IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Doktoryna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Devil
Kryptowiedźma w kitlu
avatar

Liczba postów : 195
Join date : 09/08/2013

PisanieTemat: Doktoryna   Nie Sie 11, 2013 10:46 pm



































ImięDeneve
Nazwisko...iście problematyczne → Noita.
PseudonimOsoby, z którymi kobieta ma styczność, przeważnie zwracają się do niej po imieniu (o ile nie są pacjentami). Niektórzy skracają jej imię do krótkiego "Dev", przy czym zadziwiająco przywodzi ono na myśl inne miano "Devil". Aczkolwiek diabełek należy do grona tych, które rzadko wymawia się bezpośrednio do niej. Stoi w szeregu obok "Doktoryny", "Wiedźmy" i "Wiedźmy naczelnej" szeptanych złośliwie za jej plecami.
Wiek25 pracowitych lat na karku
RasaCzarownica
GrupaMieszkańcy
RangaKryptowiedźma w kitlu
ZawódNiby taka wiedźma, diabelskie nasienie (!), a uzdrawia ludzi → lekarz.







Moce
Los nie tylko uczynił Deneve czarownicą, wrzuciwszy ją do rodziny o takim a nie innym nazwisku, ale również obdarzył mocą idealnie pasującą do dziedziny, z jakiej ród Noita słynie. A jednak... albinoska nie powiedziałaby, że jest jakoś szczególnie zadowolona z tego powodu, nie przepada za swoimi krewnymi (i to z wzajemnością).
Ludzką mową trudno w pełni oddać charakter mocy, jaką zmutowany gen zapewnił Deneve. Dana jej umiejętność ściśle łączy się z funkcjonowaniem organizmu i prawdopodobnie najlepsze określenia, którymi można by nazwać ów dar (czy raczej przekleństwo), brzmiałyby "cielesna wędrówka" albo "wpływ wewnętrzny", czasem kobieta nazywa to sobie także "fantomowymi nerwami". Ale czy imię jest ważne? Jakich by nie użyć słów, zdolność trwać będzie w ciele lekarki w tej samej, niezmiennej formie.
Gen czarownicy umożliwia Doktorynie kontrolowanie własnego organizmu oraz organizmów innych żywych istot, które najlepiej jeśli znajdują się w zasięgu je wzroku, a jeszcze lepiej, gdy może je dotknąć – aczkolwiek nie zachodzi taka konieczność, przy czym oddziaływanie bez żadnego kontaktu obłożone jest bardzo dużymi ograniczeniami. W takich przypadkach niewiele jest w stanie zrobić, nie narażając się na fatalne w skutkach obciążenia. Właściwie pozostaje jej tylko czuwanie nad powrotem pacjenta do zdrowia i doglądanie, czy nie dzieje się nic niepokojącego.
Jeśli chodzi o fizyczność Deneve, daru może używać niemal bez jakichkolwiek problemów, ponieważ nie jest ono dla niej obce i łatwo przychodzi jej jego "wyczucie". Inaczej to wygląda, kiedy musi wpłynąć na czyiś organizm. Wymaga to z jej strony dodatkowego wysiłku, a energii wystarcza na mniej czynności niżby zajmowała się sobą.
Mogłaby uzdrawiać się ze stuprocentową efektywnością poprzez zmuszanie swojego ciała do szybszej regeneracji. Duża liczba zwykłych stłuczeń, zadrapań i płytkich nacięć nie sprawiłaby jej większych kłopotów; cięższych obrażeń udaje się jej wyleczyć od jednego do sześciu, w zależności jak bardzo poważne są dane uszkodzenia. Więcej powoduje przeciążenie, otumanienie, a nawet powolną utratę przytomności, co związane jest z nadmiernym wykorzystaniem zasobów własnego organizmu, krótko mówiąc – wyniszczeniem go. W takim pogłębiającym się stanie rozpoczęcie 9-tego mija się z celem, oznacza śmierć z powodu niewydolności większości lub wszystkich układów. Dotyczy to czasu, w którym nie ma możliwości uzupełnić energii oraz zapasów organizmu poprzez sen i jedzenie. Kiedy zmęczy się leczeniem pacjentów, po prostu robi sobie przerwę w pracy.
Jednakże przyspieszenie regeneracji nie jest jedynym sposobem na używanie "wpływu wewnętrznego". Deneve potrafi również opóźniać proces starzenia, niestety, tylko opóźniać, gdyż każda istota żywa musi kiedyś przebrnąć przez ten etap życia, a potem umrzeć. Oprócz tego może zmieniać wygląd – bez poświęcania dodatkowej energii na utrzymanie efektu, mija on po 12-stu godzinach, co samo w sobie okazuje się ograniczeniem. Powrót do oryginalnej aparycji da się lekko przyspieszyć, ale nie w pełni, więc konieczne staje się oczekiwanie, a gdy w grę wchodziły zmiany wzrostu, kształtu szczęki, nosa itd., dochodzą do tego rozmaite bóle o mocnym nasileniu, często przeszkadzające w robieniu czegokolwiek innego. Sen automatycznie anuluje czynność utrzymywania efektu.
Istnieje jeszcze wiele zastosowań mocy, z którą Dev się urodziła. Kobieta może wprowadzać się w różnorakie stany od pozornej śmierci/snu po częściowe zwęglenie ciała. Umie wywoływać omdlenia oraz fałszywe objawy chorób, a także kontrolować poziom wydzielanych hormonów i zapachów. W niewielkim stopniu może wzmacniać kości, wnętrzności, skórę, kumulując wszystkie metale rozprzestrzenione po organizmie w jedno miejsce, dopóki ich zapas się nie wyczerpie (1 użycie na 3 posty lub 3x po 1).
Nietrudno zauważyć, że wszystko to, co zostało przedstawione, świadczy o umiejętnościach typowo defensywnych. Dzięki nim prościej jej umknąć niebezpieczeństwu oraz leczyć siebie i innych ludzi. A będąc z zawodu lekarzem, Deneve dosyć często wykorzystuje swą moc na pacjentach odziedziczonej kliniki, choć nie popada w przesadyzm i gdy nie jest to potrzebne, pracę wykonuje zupełnie zwyczajnie, w tradycyjny sposób. Po prawdzie to każde użycie "wpływu wewnętrznego" maskuje normalnymi metodami przywracania choremu zdrowia – może niekiedy nieco unowocześnionymi, jako że ma większe możliwości poznania zasad działania organizmów oraz odnalezienia przyczyn dolegliwości, z którymi ludzie do niej przychodzą.
Tak wygląda codzienne posługiwanie się wiedźmowymi zdolnościami, ale w innych okolicznościach, kiedy doszłoby do walki o przetrwanie, lekko by nie było, o nie! Jak już zostało wspomniane, główną przeszkodę stanowi nieodzowny dodatkowy wysiłek przy oddziaływaniu na obce ciało oraz niemożność odnowienia zapasów i sił organizmu. Dlatego też (wliczając w to wcześniej podane ilości wykonywanych czynności i łącząc je z wpływem na przeciwnika t.j.: sparaliżowanie danej części ciała, zawroty głowy, oślepienie, osłabienie) czarownica może użyć mocy w sumie 8 razy, przy czym jeśli dany efekt ma trwać dłużej, np. 2 posty, to ilość zmniejsza się o 2.
Inną opcją jest doprowadzenie oponenta do nieprzytomności i ulotnienie się jak najdalej. Bo o ile ogólnie Deneve nie może swoimi nadprzyrodzonymi umiejętnościami doprowadzić do czyjejś śmierci (dla niej też oznaczałoby to utratę życia), tak w tym przypadku dobicie własnymi rękoma, przez jakowąś specyficzną naturę "fantomowych nerwów", również zakończyłoby się zgonem kobiety. Nie jest w stanie do końca tego wytłumaczyć, ułożyła sobie teorię, która mówi, że przyczyna tkwi w swego rodzaju połączeniu. Instynktownie wyczuwa, że nawet nie powinna próbować. I wiele aspektów jej własnej mocy nadal pozostaje dla Doktoryny tajemnicą. Ciągle pracuje nad wydajnością i podejmuje liczne próby odszukania granicy swego "daru".








Umiejętności
Natura poskąpiła Deneve widowiskowych i niebezpiecznych magicznych zdolności, dzięki którym mogłaby odpowiedzieć atakiem na atak, toteż postarała się o rozwinięcie umiejętności bojowych, dających jej szansę na bezpośrednie starcie, nie kończące się poniżającą i jak najszybszą ucieczką. Gdziekolwiek, byle najdalej od zagrożenia. Bowiem próbującymi albinoskę zgładzić okazać się mogli nie tylko wysłannicy Inkwizycji, ale też jej właśni krewniacy, którzy z chęcią pozbyliby się dziedzica większości dóbr rodziny.
Już w wieku ośmiu lat zaczęła pobierać nauki w tej dziedzinie. Treningi wzmogły się tuż po wypadku młodej Deneve, która w wyniku intrygi niemal nie straciła życia. Niemal... ponieważ wtedy ujawniła się jej nadprzyrodzona moc.
Czego przez lata nauczyła się przyszła głowa rodziny?
  • Walki bronią białą – Gdyby została do tego zmuszona, wykorzystałaby wszystko, co znalazłoby się w zasięgu jej ręki, acz na co dzień dziedziczka rodu Noita nie rozstaje się ze swoją drewnianą, lakierowaną laską, która kryje w sobie proste, stosunkowo cienkie ostrze. Ojciec uczył ją także fechtunku z rapierem i lewakiem w dłoniach, a typowy nóż myśliwski niekoniecznie musi służyć do zajmowania się upolowaną zwierzyną...
  • Posługiwania się bronią palną – skoro już mowa o polowaniu. Mimo że celem było kontynuowanie rodzinnego zwyczaju, taka umiejętność mogłaby się przydać również w innych okolicznościach, acz strzelbę trzyma głównie w rezydencji, a ma ją pod ręką tylko wtedy, kiedy wybywa na łowy.
  • Walki wręcz – I tego ojciec jej nie oszczędził, więc i ręce pójdą w ruch, gdy zajdzie konieczność.
Poza tymi brutalnie wbitymi do głowy i mięśni umiejętnościami (gdyż na początku nawet nie wiedziała po co i na co to, i czemu musi to robić), wyróżnić jeszcze można:
  • rozległą wiedzę medyczną;
  • dobrą pamięć, dzięki której Deneve udało się podołać wymaganiom ojca;
  • jazdę konno;
  • umiejętności myśliwskie.







Charakter
Ludzie są różni i trudno powiedzieć o dwóch osobach, nawet podobnych pod względem charakteru, dokładnie i stuprocentowo to samo. Także Deneve posiada swój własny zestaw cech i zachowań – swoją wyróżniającą się osobowość, która uformowała się w niej przez lata, również pod wpływem życiowych doświadczeń, a te każdy ma inne, każdy też inaczej na nie reaguje.
Deneve Noita, właścicielka znanej w Wishtown kliniki i członkini tych wyższych sfer narodu brytyjskiego, z pewnością nie jest typową kobietą epoki. Nie prowadzi typowego dlań trybu życia, ewentualne rozrywki preferuje zupełnie inne, nawet zachowanie, sposób bycia i wygląd uniemożliwiają zakwalifikowanie jej osoby do grona podziwianych, pięknych dam. Albinoska nie zalicza się do dusz towarzystwa i gwiazd salonów, jak wspomniane panny w szykownych, zachwycających sukniach.
Doktoryna jest samotnikiem. Nie przepada za dużymi zgromadzeniami, zresztą – kobieta nie ma czasu na spotkania. Prawie zawsze przedkłada pracę nad spędzanie wolnego czasu w towarzystwie znajomych. Krótko mówiąc – to pracoholiczka, pilnująca swych obowiązków oraz poświęcająca się nauce i rozwijaniu się. Wiedza, odkrycia, badania są dla niej wszystkim, właściwie wszystkim, co pozostało. Trudno powiedzieć, czy oddając się zajmującym rzeczom, zagłusza wspomnienia tego, z czego zrezygnowała, bowiem nie do końca żałuje popełnionego "błędu". Gdyby zrzekła się rodzinnej spuścizny, nigdy nie mogłaby liczyć na możliwość spełnienia się. A należy wspomnieć, że dusza albinoski straszliwie pożąda wiedzy i sprowadza na drogę samorozwoju.
Większość mających z nią styczność ludzi, zapytana o to, jakie wywiera na nich wrażenie, odpowiedziałaby, że cholernie trudno przebywać dłuższy czas w jej pobliżu. Określiliby jej charakter jako wyjątkowo ciężki do zniesienia. I właściwie taki jest w istocie, bo lekarka wydaje się obojętna na większość rzeczy, opanowana, nieczęsto zdradza swoje uczucia, a do tego potrafi słownie nieźle dopiec – czasem wprost, a czasem to kamuflując. Choć właściwie bywa też uprzejma, ale w dosyć chłodny sposób. Kiedy to potrzebne, nie wzdraga się przed konsekwentnym, a nierzadko bezwzględnym, działaniem. Deneve nie jest osobą, która daje sobie wejść innym na głowę. Gdy dowiaduje się o jakimś zagrożeniu, podejmuje odpowiednie do przypadku kroki, aby owo niebezpieczeństwo zlikwidować, a jego sprawcę uciszyć. Dorastanie w rodzinie wręcz wielbiącej intrygi zrobiło swoje. Dev zachowuje czujność, trzyma wartę nad swym dobrem.
To jednak nie cały "skład" osobowości doktorki. Przejawiają się u niej sadystyczne cechy charakteru. Lubi mieć nad wszystkim wokół kontrolę. Pewien rodzaj satysfakcji sprawiają jej sytuacje, w których od niej zależą dalsze losy jednostki, z którą akurat ma styczność. Choćby na przykład cieszy ją niepewność, gdy proponuje potencjalnej istotce ryzykowną terapię, kiedy ta będąc w takim stanie, że praktycznie nie ma wyboru, nie może podjąć innej decyzji niż ta, aby stać się obiektem jej badań, eksperymentów. Niemniej ciągle ceni sobie poświęcenie dla nauki oraz rozwoju jej nadprzyrodzonych umiejętności (czego akurat nie są świadomi).
Aczkolwiek jako lekarz, nie może sobie pozwolić na porzucenie obowiązków wiążących się z tym zawodem. Nigdy nie zdecydowałaby się na coś takiego, żeby odmówić komuś pomocy medycznej. Poważnie traktuje swoje wykształcenie oraz dane przez los umiejętności. Deneve trzyma się zasady, że chorym lub poszkodowanym, bez względu na to, kim jest, należy się dobrze zająć, aby przywrócić mu zdrowie. I nie są ważnymi kwestiami majątek potrzebującego, jego pozycja, czy w końcu bycie czarownicą, normalnym człowiekiem bądź członkiem niezbyt lubianej przez nią Inkwizycji. Po prawdzie to z wiedźmami również się nie kumpluje, nie wchodzi w żadne konszachty, choć sama jest jedną z nich. Dba jedynie o siebie i nigdy nie zamierza brać jednej, bądź drugiej strony. Zupełnie nie interesuje jej ów konflikt. Zajmuje się znacznie ważniejszymi rzeczami.
Należy jednak wspomnieć o tym, że nie uzdrawia z powodu zamartwiania się i troski o czyjeś zdrowie, a ze swej obowiązkowości i rodzinnej idei, z którą akurat się zgadza. Brakuje jej wrażliwości, aby przejmować się obcymi ludźmi.
Wielu nazwałoby ją zimną, złośliwą wiedźmą, intrygantką, wielolicową podstępną suką albo i królową lodu – co pasowałoby też do wyglądu Diabła. Pozytywne emocje zdarza się jej okazywać tylko w przypadku dwóch ukochanych psów, wyżłów weimarskich. Przed powrotem do Wishtown nie tylko one mogły być ich obiektem, jednakże od czasu przejęcia spadku, pozostały jej tylko one. Wcale nie zależy jej na tym, aby być przez kogoś lubianą i sama specjalnie nie stara się być miłą i sympatyczną. Rzecz dla niej nieistotna. Deneve-perfekcjonistka, skupia się na tym, na czym akurat powinna.







Wygląd
Aparycja wiedźmy zdominowana jest przez biel, wyróżniającą ją na tle miasta nieubłaganie trwającego pod ponurym zazwyczaj niebem, jakby żadne niewidzialne bestie nie dawały rady go skruszyć, choć często kruszyły serca i umysły ludzi, którzy znaleźli sobie w nim dom. Wymieniając od góry będą to śnieżnobiałe, krótkie włosy, które Deneve przeważnie zaczesuje w tył, utrwalając je odpowiednim specyfikiem, aby nie opadały na czoło. Czyni to dla wygody, a w szczególności dlatego, że podczas jakowejś trudnej operacji niesforne kosmyczki przeszkadzałyby jej podczas wykonywania zabiegu; łaskocząc i przysłaniając (choćby nawet delikatnie) pole widzenia, drażniłyby ją, a co za tym idzie – rozpraszały. Ufryzowanie ma krótsze na skroniach i nieco dłuższą resztę, nie jest to ścięcie godne damy, lecz Deneve stawia przede wszystkim na wygodę, nie zaś na wrażenia, które swą osobą może wywołać u ludzi nieprzyzwyczajonych do widoku kobiet pewnych siebie, jak najbardziej zdrowych i silnych, które nawet symbolicznym ścięciem się na krótko decydują się wyjść naprzeciw kulturalno-modowym zwyczajom obmyślonym dla płci pięknej. Jedni może widzieli to jako bunt, dla niej była to zwyczajna praktyczność i przyzwyczajenie. Inni zaś, którym arystokratka nie była znana, z pewnością nie przychodziło na myśl, że widzą kobietę w męskim stroju, kiedy zdarzało się, że przemykała szybkim krokiem ulicami miasta i wkrótce znikała im z pola widzenia.
Niżej, pod białą czupryną zaczyna się zupełnie naturalnie blada cera, której niepotrzebny jest żaden puder bądź inny kosmetyk, żeby tak wyglądać. Kiedy inne damy skazane są na różne mazidła i specyfiki, Deneve nie musi się zbytnio wysilać, bowiem efekt ten daje jej choroba – albinizm, wpływający również na resztę ciała, również wspomniane włosy. Próżne panienki mogłyby zazdrościć, zapominając jednak, że wygląd lekarki ma też swoje minusy, m. in. wyróżnianie się w tłumie, w tych czasach przecież grożące oskarżeniami o diabelskie moce, a także z koniecznością zachowania ostrożności podczas słonecznych dni. Czarownica nie posiada na skórze żadnych skaz poza jedną, powstałą jeszcze w dzieciństwie. Znajduje się ona w okolicy żeber kobiety, po lewej stronie, niemniej blizna nie jest już tak widoczna. Dostrzec można tylko lekko wyróżniającą się odcieniem pięciocentymetrową kreskę.
Później uwagę zwracają bardzo jasne, lodowoszare oczy, które często sprawiają wrażenie wbijania się głęboko w ciało niczym ostry sopel lodu. Wiecznie zaś zdają się zamrażać wszystko to, na co akurat spoglądają. Jednocześnie jednak zdarza się im przyciągać wzrok innych – przyciągać i sprawiać, że przylepia się ono dokładnie tak samo, jak językiem można się przylepić do bardzo zimnej powierzchni. Deneve nie zdradza oczyma zbyt wiele, a przynajmniej zdarza się to niezwykle rzadko, bo spojrzenie towarzyszące jasnoszarym tęczówkom bywa najczęściej obojętne, chłodne, a w innych przypadkach skupione na jakimś ważnym zajęciu, których lekarka, jako głowa rodziny ma aż w nadmiarze. Ewentualnie bywa też zmęczone bądź zamyślone, ale trudno znaleźć w nim ślad pozytywnych emocji. Na próżno podejmować próby wpatrywania się i czynienia szczegółowych obserwacji, tylko wystraszysz się paru niekiedy, głównie przy przemęczeniu, prześwitujących przez albinotyczne tęczówki żyłek.
Kiedy zerknie się jeszcze niżej, na przybladłe usta, wszelkie nadzieje na poznanie tego, co odczuwa lub o czym myśli Deneve, znikają jakby zwiał je potężny, zimny podmuch wiatru. Wargi na ogół są "nieruchome", poruszają się automatycznie wraz ze słowami, poza nimi nie zdradzając nic więcej. A jedyna mimika, jaka się przy ich udziale pojawia to jej charakterystyczny gest – uśmiech jednym kącikiem ust, być może też kwaśny półuśmieszek albo grymas. Ale nigdy, a przynajmniej dawno, nie było nań szczerego i radosnego uśmiechu.
Gdy zaś oddalić się od twarzy i jej ostrych rysów szczęki, wzrok ogarnie całą postać Deneve. Nie da się przeoczyć jej nieprzeciętnie wysokiego wzrostu, po pomiarze wynoszącego równo 188 cm, a w cylindrze – jej ulubionym nakryciu głowy – jeszcze więcej. Do tego lekarka nie jest wcale wątła niczym te mdlejące na salonach głodzące się dziewczęta. Odżywia się dobrze i ćwiczy, zachowując szczupłą, lekko umięśnioną sylwetkę, ukrywaną pod męskimi, eleganckimi strojami. Zachowanie sprawności jest dla niej jedną z najistotniejszych rzeczy, bowiem jest to decydująca kwestia, która w przykrych okolicznościach może uratować jej życie.
Z Dev jest właśnie taka chłopczyca; spodnie, koszule, kamizelki, marynarki, surduty i fraki, nie są dla niej niczym obcym. Trudno się jej jednak dziwić, bowiem duży wpływ miało na to wychowanie, w drugiej kolejności zaś jest to praktyczność. Niepodobna przecież operować w sztywnej, ciężkiej i sztywnej sukni, we wdziankach krępującym ruchy oraz w gorsetach blokujących oddech. Nikt też nie brałby jej na poważnie, albowiem przeciętnym kobietom odmawiało się wielu praw, podczas gdy te szokujące i potrafiące to odpowiednio wykorzystać, umiały zadbać o siebie i uzyskać przywileje. Właściwie przy ledwie rzucie oka człowiek mógłby pannę Noita pomylić z mężczyzną. Zresztą nic dziwnego. Po paru kolejnych spojrzeniach może odgadnie, a może takiemu się nie uda, bowiem gdyby Deneve zachciało się swoją mocą odpowiednio nastroić i tak niski, kobiecy głos, a także ukryć odpowiednimi sztuczkami wdzięki, mogłaby za młodego dżentelmena uchodzić.

Niemniej... powierzchowność wiedźmy zawsze może się zmienić.






Historia
Urodziłam się dwadzieścia pięć lat temu pod okiem rodzinnych położników. Podobno moja matka zmarła od razu po porodzie. Zupełnie jej nie pamiętam. Nie miałam też okazji poznać jej chociażby z czyichś wspomnień lub uwiecznionych podobizn, z których pierwsze nigdy nie zostały mi przekazane, natomiast drugich na próżno by szukać po całej posiadłości. Żadnego nie zobaczyłam na własne oczy, żadne nie trafiło w moje ręce.
Daj spokój, przecież wiem, co chcesz powiedzieć. Nie przerywaj. Czy chciałabym kiedyś ujrzeć tę obcą mi kobietę? Nie wiem. Wcale mi to nie spędza snu z powiek, jest raczej... obojętne? Może tylko po to, aby zaspokoić ciekawość. W okresie dzieciństwa skutecznie we mnie stłumiono zainteresowanie tą sprawą. Obecnie ledwo dycha. Jak wiesz, mam większe zmartwienia od uganiania się za skromną pamięcią o osobie, z którą nie łączy mnie najcieńsza nić relacji.
Gdzie wtedy był mój ojciec, pytasz?

Prychnęłam. Nie posądziłabym go o rozpaczanie w pokoju, gdzie rozgrywała się tragedia.

Jak sądzę przebywał w innym pomieszczeniu, próbując zająć się czymś produktywnym, ale jednocześnie nie mogąc zaakceptować faktu, że jego żona umiera, a on nic z tym nie może zrobić. Wiesz, mogę mówić o nim wiele złego, jak zresztą o każdym członku mojej rodziny ze mną włącznie, ale jest cholernie dobrym lekarzem. Gdyby mógł coś zrobić, uczyniłby to. Może też stał przed trudnym wyborem: uratować żonę czy upragnionego od lat dziedzica? Jest pragmatycznym człowiekiem. I właściwie tak byłam traktowana, nie jak dziecko, tylko jak jego następca. Wcale się nie przejęzyczyłam, jak następca. Gdy dostał w ręce narodzone dziecko, a w raz z nim usłyszał formułkę "To dziewczynka", pewnie trochę poprzestawiało mu się w głowie. Chciał dziedzica, więc zarządził, że takim będę. Podobno imię, to jedyne, co oprócz życia dała mi matka, ale ojciec ani razu nie wypowiedział go poprawnie, często też posługiwał się skrótem.
Niemniej... to tylko moje domysły. Nie rozmawialiśmy na te tematy. Wiem tylko, że odkąd sięgam pamięcią, nie byłam dla niego dzieckiem, nie córką, a przyszłym przedłużeniem jego woli.
Wiesz? Jedno jest śmieszne. Nikt dosłownie, bo ojciec obecnym przy porodzie zamknął usta, nikt nie był świadomy mojej płci przez te kilka lat od moich narodzin. Prawda wyszła na jaw dopiero później i wtedy rodzinne spory rozgorzały na nowo. Muszę tutaj zaznaczyć, że oczywiście, jesteśmy rodziną, ale gryziemy się jak stado psów w ciasnym kojcu. Od głównej linii zależą kierunki interesów, jak również masa innych rzeczy. Reszta może sobie jedynie pomarzyć, aby położyć łapy na majątku. Już od wielu lat stanowi to istotę konfliktu. A do walki w nim niejednokrotnie sięga się po brudne gierki. Jednego takiego zagrania stałam się ofiarą, gdy miałam dziewięć lat. Zawsze zastanawiałaś się, skąd wzięła się blizna na moich żebrach; pytałaś, a ja odpowiadałam lakonicznie, nie wchodząc w szczegóły. Teraz opowiem ci tę historię w całości, gdyż stanowi ona również punkt zwrotny w moim życiu.

Westchnęłam, przedłużając chwilę milczenia, bo od czego zacząć wątek? Od razu przejść do tamtej nocy? Zdecydowałam się na wstęp.

Kiedyś twierdziłaś, że za bardzo narzekam na swoich krewnych. Potem przyzwyczaiłaś się do tego. Trochę już o nich powiedziałam,
może powinnam więcej dla przedstawienia ci tego karykaturalnego rodzinnego portretu. Bo z zewnątrz wszystko wygląda pięknie, ale poza kadrem, wszyscy za plecami trzymają noże i nienawiść zaciśniętą w pięści.
Początki rodu sięgają kilku setek lat wstecz, nie więcej jednak niż sześćset. Nasi przodkowie pochodzili z terenów Finlandii. Jak pewnie słyszałaś, obecnie ziemie te znajdują się w strefie wpływów Rosji, jednak wtedy od prawie połowy XIII wieku stanowiły część Królestwa Szwecji. W późniejszym czasie moja rodzinka przeniosła się do Wielkiej Brytanii... i oto jesteśmy.
Wiele można by o tym wszystkim mówić, wymieniać kolejne nazwiska, daty, przytaczać ważne wydarzenia, ale prawda jest taka, że nie przywiązujemy wagi do własnej historii. Nie mijając się daleko z prawdą, uogólniając, mogę stwierdzić, że poza kilkoma tradycjami, nie pielęgnujemy pamięci o czasach minionych. Skupiamy się na obowiązkach, teraźniejszości oraz przyszłości... i oczywiście na kłótniach!

Zaśmiałam się krótko, bez entuzjazmu.

O tak! Spory to to, co wychodzi nam najlepiej. Ekhem. Żartuję, nie tylko to. Jesteśmy rodziną dosyć "wyspecjalizowaną". Znaczna część moich krewnych jest w jakiś sposób związana z medycyną. Powiedzmy, profesja dziedziczna z dziada pradziada – szczególnie kiedy mowa o głównej linii rodu, gdzie nie uświadczysz wyjątku. A więc... od zarania dziejów byli wśród nas Noitowie zielarze, znachorzy, uzdrowiciele, akuszerowie, a także psychiatrzy czy psychologowie i masa specjalistów. Oczywiście wielu zajmowało się innymi dziedzinami, ale to i tak... ewenement na skalę światową, tak bym to określiła,
mimo że z czasem następowało coraz większe zróżnicowanie, nawet teraz, podczas naszej rozmowy, proces ten nabiera tempa. Osiadamy w różnych częściach globu, potomni narodzonych dzieci zupełnie inaczej spojrzą na świat, pójdą w inną stronę, za nic mając dziedzictwo. Natomiast główna linia rodu skończy się na mnie. A pomyśleć, że wszystko zaczęło się od jakichś wioskowych babek.
Wróćmy jednak do przeszłości, bo jeśli za bardzo zboczę z tematu, nigdy nie zaspokoję twojej ciekawości... Mieliśmy wspólne priorytety i naprawdę ich się trzymaliśmy, ale względem siebie rzadko kiedy byliśmy życzliwie nastawieni. Szczególnie ze mną reszta rodziny miała problem, bowiem liczyła, że mój ojciec nigdy nie zdoła spłodzić potomka, a co się z tym wiąże – nadarzy się okazja do wywrócenia do góry nogami rodzinnych reguł i przejęcia wspaniałej rezydencji, jej tajemnic oraz kliniki, która w niej się znajdowała. Jednak jak już wspomniałam, pojawiłam ja i to popsuło im szyki. Z początku ojciec mnie chronił, a gdy powoli zaczynałam już rozumieć, co wokół mnie się dzieje, zaczął również przestrzegać i wspominał wtedy, ile to razy uratował mi życie, obracając wniwecz każdą intrygę. Teraz już wiem, że muszę uważać na krewnych; wiem również, w jaki sposób się z nimi obchodzić. Niestety pewnego dnia ojcu nie udało się wszystkiego dopilnować. To stało się zbyt nagle.
Muszę w tym momencie nadmienić, że moja rodzina trzyma się zasady, by prać rodzinne brudy w zaciszu własnego domu. Zależy nam na nienagannej opinii. Do takich brudów niegdyś zaliczano moją ciotkę – krewną, którą trzymano cieniu ze względu na chorobę psychiczną. Szaleństwo nie pozwalało jej na poprawne funkcjonowanie w społeczeństwie, dlatego ciągle była pod nasza opieką, często pod kluczem, żeby nie gubiła się na terenie rezydencji albo nie wydostała się poza nią, więc wychodziła tylko w towarzystwie kogoś z rodziny. W tamtych latach fakt jej istnienia mógł zniweczyć nam wiele interesów, a także zwrócić uwagę nieprzychylnych nam ludzi na rodzinę i jej poczynania. Z czasem jej schorzenie tylko przybierało na sile, niekiedy zachowywała się nieobliczalnie i coraz rzadziej pozwalano jej na spacery po posiadłości, chyba że po solidnej dawce uspokajaczy.
Jednak pewnej nocy doszło do czegoś, co nie miało prawa się stać. Widzę, że domyślasz się, co wtedy się wydarzyło – tak, ciotka wydostała się ze swego pokoju. Biegając korytarzami rezydencji, hałasami obudziła niejednego członka rodziny. Kilku udało jej się na oślep zranić trzymanym w dłoni przedmiotem, którym był kawałek szkła, raniący również jej własną skórę. Dziewięcioletnia ja jeszcze nie spała, uczyłam się zgodnie z nakazem ojca. Odgłosy zamieszania, które docierały do moich uszu, skutecznie oderwały mnie od zajęcia. Było to wielkim błędem, ale wyszłam na korytarz tak, jak inni zwabieni hałasem. Nie zdążyłam nawet dojść do źródła, ono samo do mnie przyszło. Obłąkana kobieta dosięgnęła swoją bronią również mnie. Pamiętam, że wszystko zaćmił ból, a gdzieś za jego zasłoną słyszałam ciąg dalszy nieokreślonych krzyków ciotki i tylko jedno słowo "przekleństwo". Kobietę odciągnięto zanim udało jej się zamachnąć do kolejnego ciosu. Reszta to tylko urywki w mojej głowie: zaciągana do pokoju kobieta; wściekłe przekleństwa ojca; ramiona, które niosły mnie do kliniki i dziwne mrowienie na ciele.
Tej nocy rozegrała się historia tej blizny i także tej nocy odkryłam swoją moc. Ojciec nie musiał uczynić wiele ponad to, że przyniósł mnie do sali operacyjnej, bo gdy już się tam znaleźliśmy, po intensywnie krwawiącej ranie pozostała plama na koszuli i cienka kreska na skórze umazanej czerwienią. Wtedy też ambicje mojego opiekuna wzrosły jeszcze bardziej. Stałam się nie tylko jego następczynią, jego uczennicą, ale również swego rodzaju obiektem doświadczalnym. Pragnął dokładnie poznać moje umiejętności, zdawał się nie przywiązywać większej wagi do tego, kim jestem i co się z tym wiąże, interesowały go jedynie moje możliwości, dzięki którym miałam szansę stać się sławnym na cały świat lekarzem, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, a sam miał od tamtego momentu większe pole działania jeśli chodziło o jego prace dotyczące zjawiska, jakim było pojawienie się "zmutowanych" ludzi.
Kolejne lata mojego życia były niekończącym się pasmem nacisku na naukę oraz ćwiczenia ciała i wrodzonych umiejętności. Robiłam się coraz bardziej charakterna i niekiedy próbowałam się buntować, ale ojciec na jakiś czas skutecznie wybił mi to z głowy. Był wymagający, surowy, nie okazywał mi uczuć, nie dawał żadnych ulg, ale gdy zbrzydły mu moje młodzieńcze humory i nieposłuszeństwo, zrobił coś, o co wcześniej bym go nie posądziła. Ktoś inny na moim miejscu pewnie miałby traumę do końca życia, a nawet do mnie od czasu do czasu w snach powraca owo wspomnienie.
Dziwisz się zapewne, dlaczego tak długo znosiłam metody wychowawcze mojego ojca. Zdążyłam ci już napomknąć, że pielęgnujemy kilka tradycji i jedną z nich są rodzinne polowania. Kiedyś opowiadałam ci także o moich psach, które musiałam zostawić w rezydencji. To nie są jedyne zwierzęta na terenie posiadłości, bo prowadzimy małą hodowlę tej rasy. Gdy byłam mała, moim ulubieńcem był Nyyrikki.


Poprzednia wersja KP:
 


Ostatnio zmieniony przez Devil dnia Sro Cze 21, 2017 3:25 am, w całości zmieniany 69 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sybille
Ofiara
avatar

Liczba postów : 60
Join date : 11/05/2013

PisanieTemat: Re: Doktoryna   Czw Sie 15, 2013 11:23 pm

    Nie mam większych zastrzeżeń, wielu błędów również nie znalazłam, a jak już jakieś są, to naprawdę malutkie, typu źle postawiony przecinek (np. przed oraz). Ale tak czy siak karta jest dobrze napisana. c:
      Akceptuję i życzę miłej gry.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Doktoryna
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Organizacja :: Zapisy-
Skocz do: