IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Malutki park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Sybille
Ofiara
avatar

Liczba postów : 60
Join date : 11/05/2013

PisanieTemat: Malutki park   Sob Sty 25, 2014 3:16 pm

Niewielki obszar znajdujący się pod gołym niebem. Minimalnie zmieniono wizerunek tego miejsca, albowiem na tej przestrzeni pozostawiono drzewa i krzewy typowe dla położenia Wishtown. Cały park otacza ścieżka zrobiona z różnych odłamków szkła, należącego najprawdopodobniej do mieszkańców miasta. Tu i ówdzie znajdzie się ławeczkę. Na samym środku zielonego terenu postawiono osobliwą altankę.
♦ ♦ ♦
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Nimue
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 15
Join date : 25/01/2014

PisanieTemat: Re: Malutki park   Sro Lut 05, 2014 8:16 pm

Czasami ludzie potrzebują odpoczynku od swojej pracy, czy znęcaniem się nad koszmarami. Czasami trzeba odetchnąć od swojej nudnej rzeczywistości i spojrzeć prawdzie w oczy. Piździ jak nie wiem, ale Nimue wręcz musiała wybrać się do malutkiego parku. Tyle wspomnień się w nim mieściło.
Tyle razy już tutaj zabijała Koszmary, że nie zliczy na palcach rąk i nóg dziesięciu zuchów. Swoją czerwoną rękawiczką zgarnęła śnieg z ławki, a sama usiadła na części bez śniegu. Wpatrywała się w niebieskie niebo. Kilka razy mrugnęła swoimi oczkami. Nudy jak zawsze.
- Ehh - westchnęła cicho, bawiąc się śniegiem. Po chwili ulepiła kulkę i rzuciła go w zupełnie randomowy kierunek tak kilka razy. Nie zastanawiała się po co to robi po prostu, ot tak dla zabicia nudy.

___________________


Kobieta musi być piękna i silna.
Łamię regułę, ponieważ jestem brzydka i słaba.
Pozdrawiam, Nimue Heavensword.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Pandora
Ofiara
avatar

Liczba postów : 7
Join date : 24/05/2013

PisanieTemat: Re: Malutki park   Sro Lut 05, 2014 8:30 pm

Pandora bardzo lubiła zimę. O wiele bardziej niżeli upalne lato, podczas którego jej blada cera była narażona na różnorakie oparzenia i tym podobne paskudztwa. Gdy na dworze panował mróz, a wszystko było okryte śnieżną kołdrą, czuła się jakoś lepiej. I powietrze bardziej się do oddychania nadawało i w ogóle... wszystko było o wiele lepsze. Mimo tego, że obecna pogoda była wyśmienita jak dla niej, to i tak była ponura i poważna. Była Królową, rzadko kiedy się uśmiechała, a zwłaszcza będąc w mieście. Musiała być uważna. Przyszła tutaj pokupować trochę ziół. Zima zimą, ale przy takich warunkach nic nie wyrośnie, a pilnie potrzebowała pewnych medykamentów... ciągle jej jakiś brakowało.
Pandora w sumie nie wiedziała, jakim cudem znalazła się w jakimś parku, no ale mniejsza. Może po prostu potrzebowała odpoczynku od tego całego jestestwa. Czasem miała dość swojej fuchy, ale to nie oznaczało, że miała zamiar ją komuś oddać. Prędzej ją inkwizycja zabije, niżeli ktoś zrzuci ją ze stołka.
Kobieta nie zwróciłaby w ogóle uwagi na Nimue, gdyby śnieżka, którą rzuciła, nie trafiła ją w ramię. Królowa Wiedźm spojrzała na rudowłosą dość chłodnym wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Po prostu westchnęła ciężko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Nimue
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 15
Join date : 25/01/2014

PisanieTemat: Re: Malutki park   Nie Lut 09, 2014 8:35 pm

Nimue w porównaniu do Pandorci nienawidziła zimy. Głównie dlatego, że jest zimna, a do tego jeszcze ten śnieg oślepia wszystkich swoją rażącą bielą. Lato ciepłe, gorące, można się wylegiwać nad plażą, a zima? Nogi i ręce co najwyżej można sobie połamać.
Dziewczyna szybko podbiegła do Pandorci. O, masz ci los!~Trafiła w bladą twarz. Nie przejęła się tym, ale musiała przeprosić.
- Przepraszam! - szybko krzyknęła i zaczęła to powtarzać strasznie szybko.

___________________


Kobieta musi być piękna i silna.
Łamię regułę, ponieważ jestem brzydka i słaba.
Pozdrawiam, Nimue Heavensword.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 160
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Pon Lis 23, 2015 12:35 am

Niebo już dawno zaczęło przygasać i ciemnieć, a okolica swój odprężający charakter zamieniła na nieco bardziej intymny, acz (niewspomnienie o tym byłoby zatajeniem części prawdy) niektórzy mogli skrywać w sercach obawę. Nie od dziś krążyły plotki o czarownicach chętnie odwiedzających tereny miejskich ogrodów, aby skorzystać z ich dobrodziejstw – ziemi, z której w niektórych miejscach wyrastały przydatne rośliny.
Kiedy Veilore przychodziła tutaj wiosną i latem o tej samej porze, słońce przyświecało jeszcze z góry, wzmacniając u spacerowiczów poczucie bezpieczeństwa oraz roztaczając przyjemną atmosferę, pachnącą kwiatami, od czasu do czasu skracaną kosami trawą, a nawet jedzeniem, z którym grupki ludzi przybywały do parku, żeby zjeść je, zajmując miejsce na jednej z ławek lub na kocu gdzieś pod drzewem.
Ale nastała jesień i wszystko swoim zwyczajem poszarzało... zmarniało. Drzewa pogubiły już część liści, które zagrabione w kolorowe górki przez wyznaczonych opiekunów parku oczekiwały tylko procesu gnicia na wilgotnej ziemi. Po wszelkich kwiatach nie pozostało żadnego śladu, nowe miały wyrosnąć dopiero wiosną. Rozmieszczonym tu i ówdzie ławkom niełatwo było przyciągnąć gości. Ich siedzenia mokre były od częstych deszczów, podobnie jak wilgotne podłoże ścieżki wyłożone różnokolorowymi szkiełkami.
Woda w kałużach pluskała pod wpływem uderzenia podeszew butów blondynki. W ciszy rozbrzmiewały spokojne, miarowe kroki. W pewnym momencie jej samotność zakłócił starszy mężczyzna zapalający latarnie poustawiane w równych odległościach od siebie, liczących na oko cztery, a może pięć metrów.
Uniósł ciemne, krzaczaste brwi najwyraźniej zaskoczony obecnością spacerowiczki i to jeszcze w takich warunkach, ale w chwilę potem jakby dostrzegł coś więcej w półmroku i skinął idącej kobiecie głową.
Veilore odwzajemniła się tym samym. Jednakże owe uprzejme gesty nie były zwykłym przywitaniem często widzących się ludzi, choć tak wyglądało to w oczach postronnych. Była umówiona. A jeśli osoba, z którą miała się spotkać, nie zjawiłaby się z jakiegoś powodu na miejscu, latarnik zagadałby ją. Przywitałby Vei nie tylko skinieniem głowy, ale również słowem, a ona kontynuowałaby później swój spacer tak, jakby zapuściła się do parku tylko w tym celu.
Wkrótce potem niebieskie oczy o rzadko spotykanym odcieniu ponownie skierowały się na wilgotną, śliską drogę. Zamierzała przejść się jeszcze trochę (ot tak dla zbadania terenu), zanim zdecyduje się wkroczyć w zieleń pośrodku; w niewielki obszar, na którym pozostawiono w spokoju całą roślinność. W jego głębi znajdowała się altana. Wzniesiono ją dokładnie na środku zarośniętego koła. Ona stanowiła miejsce docelowe.
Czy wszystko pójdzie zgodnie z planem? Zawsze istniało prawdopodobieństwo, że spotkanie nagle trzeba będzie odwołać, dlatego właśnie wpierw wolała trochę obejść park i zorientować się, czy ktoś, oprócz latarnika, nie kręci się w pobliżu. Cóż to byłoby za schadzka w odosobnieniu, która miałaby się rozgrywać na czyichś oczach? To niedopuszczalne! Zwłaszcza, że czekająca osóbka nie będzie jej szeptać do ucha czułych słówek, a przekaże informacje.
Kobieta westchnęła cicho i zrobiwszy rundkę dookoła, rozejrzała się, poprawiła chustę pod szyją i weszła w końcu między półnagie drzewa. Zostawiła za sobą mętne światło zapalonych latarni. Zanurkowała w mrok, doskonale znając drogę.
A jednak nie spodziewała się, że ktoś inny może wybrać tę samą. Zdawało się jej? Nie, była tego pewna. Zatrzymała się i wsłuchała w odgłosy otoczenia. W oddaleniu, acz ciągle w zasięgu jej wzroku, przemknął cień w płaszczu niewiadomego koloru, niedającego się precyzyjnie określić w ciemności nocy. Zmrużyła oczy, wsuwając dłoń do kieszeni własnego okrycia, gdzie trzymała zapalniczkę. "Mam nadzieję, że to przypadkowy przechodzeń" – myślała.
Sama nie tykała tytoniu, ale gotowa była jej użyć do rozjaśnienia otoczenia, a zarazem ostrzeżenia osoby, z którą chciała się zobaczyć. Płomień miał zwiastować polecenie natychmiastowego, ostrożnego oddalenia się, jeśli napotkana postać stanowiłaby zagrożenie.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Desideria
Nieokreślony Twór
avatar

Liczba postów : 90
Join date : 13/11/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Pon Lis 23, 2015 1:47 pm

Nad­cho­dzi zima. Dnie stają się coraz krót­sze, a chłód już od poranka potra­fił prze­szyć ciało aż do naj­mniej­szych jego komó­rek co i róż dawało w kość wielu miesz­kań­com tego podłego mia­sta. Wish­town było chyba najbar­dziej podłą mie­ściną jaką znała Sam, a znała ich wiele. Cza­sem zda­wało się jej iż to samo mia­sto wysysa, z ludzi chęć życia oraz pod­ju­dza do wielu okrop­no­ści… Skrywa tajem­nice, a zara­zem spra­wia iż miesz­kańcy dzi­czeją… Widziała, to na uli­cach co dzień. Mijała prze­cież sta­tecz­nych miesz­czan, plebs, a nawet cza­sem zapusz­czała się ku tak zwa­nym dziel­ni­com bie­doty i to wła­śnie w tych dziel­ni­cach naj­le­piej można było zwe­ry­fi­ko­wać jej słowa. Tutaj bowiem god­ność ludzka oraz życie było liczone poprzez parę mie­dzia­ków, sprze­da­wa­nie swych dzieci, a każdy kon­flikt roz­wią­zy­wały pię­ści czy ostrze noża. Jad­nak czy oby na pewno?
Sama pora roku nie sprzy­jała nikomu. Kupcy coraz rza­dziej uda­wali się w podróże dzięki czemu mate­riały jakie docie­rały, infor­ma­cje oraz plotki sta­wały się coraz, to mniej cie­kawe. Marazm… Z każ­dym tygo­dniem widziała jak ludzie popa­dają w coś w rodzaju letargu z jakiego nie mogą się prze­bu­dzić dzięki czemu i ona sama nie potra­fiła odna­leźć się tu i teraz… Dla­tego wła­śnie ostat­nie dni spę­dziła na obser­wa­cji zacho­wań ludz­kich co i rusz zmie­nia­jąc miej­sce pobytu. Dziew­czyna szu­kała bowiem jakie­goś zaję­cia. Zle­ce­nia jakie wyrwało by ją z otę­pie­nie oraz nie ukry­wajmy spra­wiło iż do jej kiesy spa­dło by parę monet. Nikt bowiem nie żyje jedy­nie powie­trzem… -Cho­lerna pogoda…– Mruk­nęła jedy­nie gdy wzrok jej padł na niebo jakie jesz­cze parę­na­ście tygo­dni temu było błę­kitne oraz nio­sło wra­że­nie zmian, a teraz? Chmury do skrzęt­nie je zasło­niły spra­wia­jąc iż ciem­ność spo­wiła mia­sto szyb­ciej niż zakła­dała spra­wia­jąc iż po raz kolejny naj­gor­sze instynkty wycho­dziły, z istot ludz­kich kar­miąc przy tym cie­nie pałę­ta­jące się po mie­ście… Tak Sam widziała je zbyt dobrze. One zawsze gdzieś tu się kręcą. Są nie­od­łącz­nym ele­men­tem życia. Taj­nego życia jakie roz­gry­wało się w mie­ście… Wielu ludzi bowiem nie wie­działo, o nich bądź też nie chciało wie­dzieć. Jed­nak ta ich cześć, która zda­wała sobie sprawę, z ist­nie­nia cze­goś wię­cej już dawno skryła się w swych domach czy też karcz­mach. Tak prze­cież było lepiej i zapewne kobieta uczy­niła by to samo gdyby nie jej wewnętrzny instynkt naka­zu­jący… no wła­śnie? Sama nie wie­działa kiedy ruszyła się z miej­sca. Nie wie­działa także gdzie wiodą jej nogi, a ona sama zda­wała się być jedy­nie bier­nym obser­wa­to­rem swych poczy­nań do jakich już zdą­żyła przy­wyk­nąć. Wiele bowiem razy zda­rzało się tak iż brnęła przed sie­bie nie zna­jąc powodu ani celu swego prze­zna­cze­nia, a wszystko przez fakt iż jej cia­łem naj­czę­ściej wtedy wła­dała siła co do jakiej udało się już jej przy­wyk­nąć… Ta obec­ność. Była, z nią od zawsze. Była jej czę­ścią szep­czącą do ucha. Cza­sem nato­miast zda­rzało się iż jest ona czymś wię­cej. Moto­rem napę­do­wym jej dzia­łań tak jak i tym razem.
-Po co mnie tu przy­pro­wa­dzi­łeś? – Po co pytała? Moż­liwe, ze z przy­zwy­cza­je­nia mimo iż dobrze wie­działa, że nikt jej nie odpo­wie. Prze­cież jej towa­rzysz zawsze tak czy­nił. Odzy­wał się gdy sama tego nie chciała, a gdy potrze­bo­wała odpo­wie­dzi zawsze mil­czał jak zaklęty. Jak o owej chwili jaką poświę­ciła na rozej­rze­nie się po tym dziw­nym miej­scu. Nigdy tu nie była mimo iż znała pogło­ski krą­żące o tym miej­scu. Pogło­ski jakich oczy­wi­ście ni­gdy nie chciała spraw­dzić ponie­waż wie­działa jak może się to skoń­czyć dla niej. Tak dziew­czyna była ostrożna w dobo­rze miejsc. Ostroż­ność tą wynio­sła od matki jaka prze­strze­gała ją aby nie brnęła tam gdzie instynkt mówi jej aby się nie zapusz­czała. Tak było i w tym przy­padku. Coś w głębi ducha mówiło jej by zawró­ciła. Nie brnęła dalej lecz nie mogła. Wszystko przez dobrze jej znaną siłę jaka wręcz zmu­siła ją do przyj­ścia tutaj więc cóż jej pozo­stało? -Zaraza – Wyszep­tała bez­gło­śnie nacią­ga­jąc kap­tur na głowę by uchro­nić się od desz­czu jaki wła­śnie raczył zawi­tać na ten świat. Wierz­cie mi bądź nie lecz wcale nie była zado­wo­lona, z faktu iż musiała się tutaj zna­leźć tym bar­dziej iż poza desz­czem przy­wi­tała ją ciemna noc co i rusz zakłó­cana przez blask lamp jakie naj­praw­do­po­dob­niej zapa­lono nie­dawno lecz poza tym nic tu nie było. Cisza jaka towa­rzy­szyła jej w tym miej­scu zda­wała się być przy­gnę­bia­jąca tak samo jak resztki roślin­no­ści jaka jesz­cze wal­czyła, z chło­dem i desz­czem. Wszystko tu gniło… W pew­nym sen­sie nawet można było uznać iż całe to miej­sce odda­wało kli­mat mia­sta jakie rów­nież gniło… Śmierć, wil­goć i nie­po­kój. Trzy słowa opi­su­jące dobrze odczu­cia jakie miało wielu miesz­kań­ców w tym ona sama prze­cha­dza­jąca się po alej­kach szczel­nie przy tym okry­wa­jąc się płasz­czem jaki cza­sem rato­wał jej życie. Jed­nak nawet jeśli miała by zgi­nać za jego nosze­nie nie zdjęła by go, z dwóch wzglę­dów. Pierw­szy i naj­waż­niej­szy, to fakt iż był cie­pły oraz nie raz chro­nił jej ciało przed wyzię­bie­niem. Drugi powód był bar­dziej try­wialny, a mia­no­wi­cie zabrała go z ciała matki zanim zło­żyła ją ziemi… Wła­śnie dzięki temu miała spo­kój. Mogła bez­kar­nie znaj­do­wać się w wielu miej­scach nie będąc nara­żoną na ataki. Trzeba było być bowiem głup­cem bądź wro­giem alby ata­ko­wać przed­sta­wi­ciela kościoła…
Zapewne dziew­czyna na­dal prze­cha­dzała by się po owym miej­scu wsłu­chu­jąc w odgłos desz­czu czy mia­sta jakie cza­sem docho­dziły ku niej gdyby nagle nie zatrzy­mała się w miej­scu. Coś było nie tak. Czuła, to bar­dzo dobrze… I nie tylko ona… Naj­wy­raź­niej jej przy­ja­ciel spe­cjal­nie ją tu spro­wa­dził. Czyżby chciał speł­nić jej życze­nie śmierci, a może utkał misterny plan bazu­jący na wyda­rze­niach w jakie nie­świa­do­mie wplą­tała się jego pod­opieczna przy­cho­dząc tutaj? Biedna prze­cież nie wie­działa iż miało tutaj nie być nikogo… Jed­nak jak już nie raz mówiono. Los jest prze­wrotny…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 160
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Wto Lis 24, 2015 10:14 pm

Kobieta poświęciła jeszcze jedną, krótką chwilę na przysłuchiwanie się odgłosom otoczenia. Prawie nagie gałęzie, w ciemności upodabniające się do pokracznych dłoni o powykrzywianych palcach i szponach, kołysały się na wietrze. Pojedyncze liście w barwach od żółci do czerwieni zrywały się przy co mocniejszym podmuchu, frunęły pokonując nieznaczne odległości, aż lądowały na rozmiękczonym podłożu. Ocierające się o siebie gałęzie skrzypiały delikatnie. Czasem dosłyszeć się dało uderzające powietrze skrzydła. A wkrótce do tych dźwięków dołączyło kapanie. Zaczął siąpić deszcz... już po raz któryś w ciągu ostatniej doby.
Świetnie.
Ale kroki stawiane na rozmiękczonej od wody, lepkiej ziemi nie ucichły. Brzmiały obco, ich rytm nie przywoływał do jej umysłu obrazu żadnej znanej jej osoby. A zatem nie mogła to być spóźniona dziewczyna. I jakże tego żałowała...! Wreszcie otrzymałaby jakąś konkretną informację o dwóch czarownicach, o których słuch zaginął. Co najgorsze, właśnie je obie ramię sprawiedliwości powinno dosięgnąć. Dlaczego je? Znaczna większość mogła się nie zastanawiać nad schematem obierania sobie kolejnych celów przez Vei. Według wielu żaden nawet nie istniał. I całe szczęście, gdyż wyznawanie niepoprawnych poglądów w tym świecie i w tym czasie było niebezpieczne. Jedynie szaleńcy, głupcy oraz ci, pragnący zginąć w najbliższej przyszłości, przyznawali się do nich publicznie.
Blondynka ruszyła w kierunku, skąd jej uszy wychwytywały dźwięki marszu dodatkowej obecności, której się nie spodziewała. Oczywiście nie oznaczało to, że nie brała pod uwagę takiej ewentualności, iż ktoś inny może się zmusić do łażenia po parkach przy panującej obecnie okropnej pogodzie i pod ciemnym niebem przysłoniętym chmurami tak, że nawet jasna księżycowa tarcza nie umiała przebić się przez przytłaczająco gęstą warstwę obłoków.
Veilore przyspieszyła, a następnie wyszła z gąszczu po lewej, jakby chciała przeciąć drogę nieznajomemu cieniowi, który przesuwał się parę metrów dalej. Przeskoczyła nad grubym korzeniem, dobyła zapalniczkę i zapaliła ją, jednocześnie osłaniając ogień drugą dłonią. Niewielki płomień rozświetlił małą przestrzeń mdłą poświatą.
Jest tam ktoś? – zawołała, nie pozwalając niezadowoleniu dołączyć do wypowiadanych słów. W pytaniu zadanym przyjemnie niskim głosem kryły się jednak drobne nuty ciekawości i niepokoju.
Kiedy postać pojawiła się w kolejnej przerwie między konarami drzew, kobieta ruszyła w tamtą stronę, aby nie pozwolić na zignorowanie swojej osoby oraz dać nieco więcej czasu na usunięcie się dziewczęcia z okolic altany, gdzie początkowo kierowała się ona sama, a teraz również nieznajoma postać.
Zaczekaj chwilę! – odezwała się ponownie i przyspieszyła, gasząc zapalniczkę. Niedługo potem cień nabrał wyraźniejszych kształtów. Okazał się być dziewczyną.
To chyba niezbyt przyjemny czas na spacery? – zapytała, wznosząc przed siebie nowo powstały płomień w zapalniczce. Dostrzegła wtedy szarość płaszcza i na chwilę zaniemówiła. Jakże to? Czy to mógł być jedynie przypadek, że inkwizytorka znalazła się akurat w tym miejscu i w tym czasie?
Och... Jesteś z Inkwizycji? – rzekła raczej stwierdzając fakt niż pytając. Vei zlustrowała ją dokładnie, korzystając z tego, że wreszcie znalazła się blisko tropionej postaci. – Czy coś się stało?
W każdej pogłosce kryło się ziarno prawdy, więc nic dziwnego, gdyby nagle miała pojawić się w okolicy niebezpieczna czarownica, czy jeden z tych stworów, których nigdy nie miała i nie będzie miała sposobności ujrzeć. A może to nawet lepiej? Urodzenie się normalnym człowiekiem oszczędziło Veilore nieprzyjemnych widoków, nie wykluczone, że również szaleństwa, chociaż kobieta uważała się za silną i stabilną psychicznie istotę. W swoim krótkim życiu zdążyła doświadczyć wielu nieprzyjemnych rzeczy. Nic do tej pory jej nie złamało. Właściwie to jeżeli miała do czynienia z jakimś problemem, robiła się coraz bardziej odporna... nieugięta... pewna siebie.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Desideria
Nieokreślony Twór
avatar

Liczba postów : 90
Join date : 13/11/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Sro Lis 25, 2015 3:39 pm

Nie powinno mnie tu być… prze­mknęło jej przez myśl w chwili gdy do jej uszu dobiegł odgłos kro­ków nad­cią­ga­ją­cych z pobliża. Kro­ków jakie zda­wały się nieść za sobą coś zło­wro­giego, a zara­zem cie­ka­wego. Któż bowiem tak naprawdę mógł się jesz­cze tutaj czaić? Świat był i tak już nadto podły, a to miej­sce nijak nie paso­wało do pora­chun­ków ulicz­nych gan­gów, ban­dyc­kiego rewiru czy miej­sca kultu… Fakt, z tym miej­scem mogła się mylić lecz widziała ich już wiele i żadne nie było aż tak uro­cze, że tak się wyrażę. Art’rein nie drgnęła ani rów­nież nie miała zamiaru ucie­kać gdy tylko pierw­sze słowa dobie­gły ku niej. Wprost prze­ciw­nie zacho­wała się tak jakby na coś cze­kała. Owszem stała teraz w miej­scu lecz nie odwró­ciła się od razu ku kobie­cie co mogło świad­czyć o nie­tak­cie bądź obser­wa­cji jaką pro­wa­dziła, a przy­znać trzeba iż wła­śnie takową czy­niła. Musiała wie­dzieć czy ktoś jesz­cze tu jest. Musiała oce­nić sytu­acje oraz miej­sce w jakim się zna­la­zła, a bywała już w o wiele gor­szych niż to. Matka zawsze powta­rzała o dro­gach ucieczki. W tym miej­scu aku­rat Sam zaob­ser­wo­wała co naj­mniej trzy, z czego nie­zmier­nie się ucie­szyła mimo iż jak zawsze nie dawała tego po sobie poznać. Zresztą nie musiała tego czy­nić zwłasz­cza w chwili gdy głos jaki wcze­śniej sły­szała, z oddali roz­brzmiał zaraz przy niej zada­jąc pyta­nie na jakie nie raczyła odpo­wie­dzieć. Prze­cież trzeba było być głup­cem bądź sza­leń­cem by wycho­dzić w taką noc. W osta­tecz­no­ści można było być także cza­row­nicą, inkwi­zy­to­rem czy cho­chli­kiem igra­ją­cym, z całym świa­tem lecz Art’rein nie nale­żała do żad­nej, z powy­żej wymie­nio­nych istot więc zapewne musiała mieć taki sam ważny powód jak i ta tutaj… Kobieta… Sam poża­ło­wała faktu natra­fie­nia wła­śnie na nią… Poża­ło­wała ponie­waż ostat­nimi czasy przy­szło sty­kać się jej z wie­loma osob­ni­kami wła­snej płci i szcze­rze mówiąc żadne ze spo­tkań nie koń­czyło się dobrze… A mogła prze­cież teraz sie­dzieć przed komin­kiem sącząc przy tym jakieś dzia­do­stwo jakim raczyła by ją pewna nie­wia­sta. Mogła sie­dzieć tam i słu­chać jej weso­łego szcze­bio­ta­nia lecz nie… Musiała pod­dać sie prze­czu­ciu jakie zapro­wa­dziło ją w miej­sce nie­przy­jemne, chłodne oraz nijak nie znane… Na domiar złego tra­fiła na kogoś kto nie zdra­dzał swych uczuć wzglę­dem frak­cji do jakiej nota­bene nale­żała lecz mniej ofi­cjal­nie… Co oczy­wi­ście Sam przy­znała jed­nie deli­kat­nym ski­nie­niem głowy w chwili gdy przy uży­ciu wro­dzo­nej sobie gra­cji obra­cała się ku posia­daczce dość cha­rak­te­ry­stycz­nego głosu… I tutaj powstała kon­ster­na­cja. Prze­cież tamta zadała pyta­nie bar­dziej oczy­wi­ste niż tym co oddy­chamy na co oczy­wi­ście można było odpo­wie­dzieć na parę spo­so­bów lecz Art’rein wybrała naj­praw­do­po­dob­niej jeden, z bar­dziej cie­ka­wych. – W tych nie­spo­koj­nych cza­sach zawsze coś się dzieje- Jak brzmiała? Tak naprawdę nie wysi­lała się na wia­ry­god­ność ponie­waż nie była wytwo­rem wielu lat reżimu zawar­tego, w aka­de­mii lecz cze­goś o wiele gor­szego… Matki. Ona wła­śnie nauczyła ją aby nikomu nie odpo­wia­dała wprost oraz by nie obda­rzała nikogo zaufa­niem. Fakt tro­chę ta druga zasada została nagięta przez dziew­czynę lecz tu i teraz zacho­wy­wała się ona tak jak ją uczono. Nie wypy­ty­wała także nie­zna­jo­mej, o jej powody prze­by­wa­nia w tym miej­scu ponie­waż nie obcho­dziło ją to za bar­dzo więc czemu miała poświę­cić jej swój czas? Owszem, to wła­śnie ona mogła być przy­czyną dla któ­rej tutaj przy­szła… Mogła lecz nie musiała… Nic prze­cież nie było pewne…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 160
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Pią Lis 27, 2015 5:59 pm

Jakże była zaskoczona tym płaszczem! Co prawda ogarnął ją również lekki niepokój, ale to tylko w początkowej fazie i jedynie w zaistniałych okolicznościach. Stosunki między nią a Inkwizycją wcale nie rysowały się najgorzej – ba! – można by rzec, wręcz przeciwnie! Chociaż nie należała do organizacji i nigdy nie zamierzała do niej wstępować, co niejednokrotnie proponowała jej Selene, główny kontakt i znakomita kompanka w spędzaniu wolnego czasu. Choć ich poglądy w pewnym momencie szły w inne strony na rozstaju dróg. One właśnie – to jest, jej osobiste zdanie, stanowiło główny powód do trzymania się z daleka od struktur Inkwizycji.
Nie mogę się z tobą nie zgodzić, acz... znacznie bardziej interesuje mnie, czy coś dzieje się albo ma się zdarzyć coś, o czymś nie wiem akurat w tym miejscu i czasie – powiedziała z zainteresowaniem. W końcu... zawsze lepiej wiedzieć, że coś czai się w pobliżu, niż nie być tego świadomą i bezsensownie narazić się na szkodliwy dla siebie rozwój wydarzeń. Wiele wyniosła z okresu służenia w wojsku. Najlepsze decyzje podejmowało się wtedy, gdy znanych było jak najwięcej czynników, które mogłyby mieć wpływ na starcie między wrogimi siłami w danym miejscu. Bez przygotowania pozostaje się tylko modlić o to, aby przeciwnicy również nie opracowali planu i nie mieli przewagi. Inaczej prawie na pewno strategia zmiecie bandę przypadkowo zebranych do kupy ludzi, których nieodpowiedzialny dowódca pośle chmarą na śmierć.
Ale czy dowie się czegoś od napotkanej kobiety? Jedyne do czego ta zdawała się być chętna to upodobnienie się milczeniem do pogrążonego w ciszy parku. Vei westchnęła i zgasiła zapalniczkę, chowając ją następnie w kieszeni. Deszcz siąpił coraz mocniej. Nie pozostawiało również wątpliwości to, że osoba, z którą miała się spotkać, dostrzegła nikłe światło i rozpoznała posłany jej znak, a co za tym idzie – raczej nie zastanie jej już pośrodku zadrzewionego terenu.
Tak się składa, że chciałam spokojnie spędzić czas w tutejszej altance. – Co akurat bliskie było prawdzie, gdyż tam właśnie blondynka kierowała swoje kroki, zanim zboczyła z kursu, żeby przekonać się na kogo natrafiła. A w trakcie wypowiadania tych słów, kobieta posłała jej spojrzenie takie, jakby zepsuto jej długo oczekiwaną randkę i teraz czekała na wyjaśnienia, które ów czyn byłyby w stanie usprawiedliwić.
Wolałabym zostać poinformowana, gdyby miało mi coś spaść na głowę, kiedy będziesz realizować swoje plany. Jeśli jakieś oczywiście masz.
Do parku przecież nie wchodziło się na wejściówki. Każdy mógł wpaść na podobny pomysł, na jaki wpadła ona sama. Aczkolwiek... trudno uwierzyć w takie zrządzenie losu – oto zamierza się zobaczyć z jedną spośród tych osób, posiadających przeklęty gen, aby wysłuchać co ma do powiedzenia i rozważyć, czy przekazane informacje mają jakąś wartość. Tymczasem tuż niedaleko miejsca spotkania, w zasięgu jej wzroku miga inkwizycyjny płaszcz.
A z zarówno jej planów na wyciągnięcie wiadomości, jak i ze spokojnego wieczoru chyba nie pozostanie nic poza okruszkami strawy, którą pożarł dokuczliwy los – takie Veilore miała wrażenie.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Desideria
Nieokreślony Twór
avatar

Liczba postów : 90
Join date : 13/11/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Nie Lis 29, 2015 12:03 pm

Zasko­cze­nie chyba towa­rzy­szyło każ­dej isto­cie znaj­du­ją­cej się w tym miej­scu, a przy­naj­mniej tej dwójce. Sam prze­cież zasko­czona była jej obec­no­ścią oraz wyrzu­tami? Tak, to dobre okre­śle­nie. Kobieta bowiem miała ku niej jakieś nie­uza­sad­nione wyrzuty, a prze­cież Sam jesz­cze niczego nie zro­biła! Wprost prze­ciw­nie sta­rała się uczy­nić wszystko aby to spo­tka­nie nie nale­żało do naj­gor­szych w jej życiu lecz naj­wy­raź­niej los chciał ina­czej… co gor­sza chi­cho­tał z niej na całe gar­dło dając przy tym do zro­zu­mie­nia, że nie będzie, to przy­jemna oraz miła noc zwłasz­cza jeśli dodamy pada­jący deszcz jaki nie polep­szał nastroju naszej inkwi­zy­torki, która to zaklęła paskud­nie pod nosem mając przy tym nadzieje iż jej nie­wy­godna zna­joma nie usły­szy tego, a nawet jeśli… cóż mówi się trudno. -Moje dziecko…– pod­jęła cichym spo­koj­nym gło­sem jaki pra­wie wcale nie prze­bi­jał się przez deszcz lecz nic sobie, z tego nie robiła –…zawsze gdy w pobliżu poja­wia się ktoś, z Naj­święt­szego Ofi­cjum musi się coś dziać. Nie przy­by­wamy bez powodu.– przez cały ten czas zda­wała się być wyka­paną matką. Ona zawsze w zwy­czaju swym miała zwra­cać się w tym tonie do innych ludzi nie­za­leż­nie od wieku czy pozy­cji chyba, że roz­ma­wiała, z kimś wyż­szym od sie­bie rangą. Wtedy zacho­wy­wała wsze­la­kie kon­we­nanse tak samo jak i Sam., Bądź co bądź była jej wierną kopią poczy­na­jąc od zacho­wa­nia, a koń­cząc na wyglą­dzie. Można by śmiało stwier­dzić iż miała wsze­la­kie powody ku temu aby wła­śnie tak się zacho­wać oraz odpowie­dzieć jej w taki a nie inny spo­sób co raczej nie wyja­śniało wiele. Wie­dzieć jed­nak trzeba iż przy oso­bach jej pokroju można było czuć się bez­piecz­nie. Prze­cież wszystko wkoło mówiło że z takimi jak ona się nie zadziera, a tym bar­dziej nie można pozwo­lić sobie na wiele. Dystans. Był wyczu­walny w każ­dym sło­wie czy spoj­rze­niu jakim raczyła ją Sam lecz tak miało być… -W takim razie mamy podobny cel- odparła jedy­nie na jej słowa po czym zmie­rzyła ją zim­nym spoj­rze­niem mówią­cym iż nic ją nie obcho­dzi jej rela­cja wyrzuty czy choćby zepsuty romans. Prawda była bowiem taka iż Sam nie­wiele obcho­dziło. Była jak, to się mówi nie­wzru­szona tro­skami ludzi zwłasz­cza gdy znaj­do­wała się w takim dziw­nym miej­scu oraz porze. Jed­nak by dalej utrzy­mać płaszcz złu­dze­nia kobieta ruszyła w stronę altany nie cze­ka­jąc na intruza. Nie chciała bowiem dać jej nadziei iż ją jej ist­nie­nie obcho­dzi czy co gor­sza prze­jęła się tym wszyst­kim. Zresztą coś na swój spo­sób cią­gnęło ją w tamtą stronę i może wła­śnie w tym mniej lub bar­dziej przy­tul­nym miej­scu znaj­dzie odpo­wiedz po cho­lerę tutaj przy­była! Inkwi­zy­torka pew­nie sta­wiała swe kroki mimo iż jej ucho reje­stro­wało tylko sobie znany szept. Był on natrętny. Wręcz zło­wiesz­czy. Całą drogę jaką prze­mie­rzyła mówił jej aby uwa­żała, a naj­le­piej zabiła tą kobietę aby nie pozo­sta­wiać śla­dów… jed­nak czy była, to prawda? Nie, nie wie­działa. Zda­wała sobie jedy­nie sprawę, z tego że musi coś zro­bić, a mia­no­wi­cie musi poznać praw­dziwy sens swej wizyty. Dla­tego wła­śnie brnęła przed sie­bie nie słu­cha­jąc swego głosu sumie­nia? Był on prze­cież na swój spo­sób zazdro­sny, o nią… jeśli oczy­wi­ście można tak powie­dzieć. Owy głos nie zno­sił nowych ludzi, a i tych jakich poznał naj­chęt­niej powie­sił by na sza­fo­cie lecz mimo wszystko był przy­datny. Cza­sem. Jed­nak jego przy­dat­ność miała swoją cenę tak samo jak wszystko… Sam zda­wała sobie sprawę, z faktu że przyj­dzie ją kie­dyś zapła­cić… i będzie o wiele bar­dziej okrutna niż tą jaką chwi­lowo uiściła czyli uszczer­bek na swym zdro­wiu… jed­nak, z dru­giej strony byt jaki nazwała Eli dawał jej coś wię­cej… nie­ro­ze­rwalną wieź jakiej nie odczu­wała, z nikim innym. Więź spe­cy­ficzną, a zara­zem tak bar­dzo sym­bio­tyczną.
Nie powinno nas tu być. Dobrze, o tym wiesz a mimo wszystko przy­wlo­kłaś nas tutaj… Jaki mia­łaś cel? Kolejne pyta­nia. Z każ­dym kro­kiem nara­stały coraz bar­dziej aż do chwili gdy wresz­cie prze­kro­czyła progi altany jaka oka­zała się być prze­ciętna. Sam widziała w sowim życiu wiele miejsc dla­tego to nie zro­biło na niej naj­mniej­szego wra­że­nia nie licząc oczy­wi­ście faktu iż prze­stało padać jej na głowę dzięki czemu nastrój nie­znacz­nie się jej polep­szył przy­naj­mniej na parę sekund zanim nie uzmy­sło­wiła sobie iż tak naprawdę chyba nie jest tutaj sama… – Zaraza- ponow­nie wypo­wie­działa bez­gło­śnie obra­ca­jąc się na pię­cie w stronę wej­ścia by szybko oprzeć się o drewno jakie lata świet­no­ści zapewne widziało bar­dzo dawno temu. Co ja tu robię… ponow­nie zadała sobie owe pyta­nie przy­glą­da­jąc się ciem­no­ści na zewnątrz. Ciem­no­ści jaka zda­wała się ją poże­rać, z każdą sekundą, a przy­znać trzeba iż nie było to naj­mil­sze uczu­cie jakie mogło towa­rzy­szyć jej dzi­siej­szej nocy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 160
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Nie Lis 29, 2015 7:58 pm

"Moje dziecko"? W reakcji na ten zwrot blondynka uniosła na ułamek sekundy brwi, nie odwracając przy tym wzroku od nieznajomej. Nie zaglądała do jej papierów, ale na oko były w podobnym wieku. A wziąwszy pod uwagę kilkucentymetrową różnicę wzrostu (choć to tylko pozory – wszak z wysokością bywa różnie), Veilore miała drobne wrażenie, że może być nieco starsza od członkini wyłapującej czarownice organizacji. Ile w tym prawdy? No nieważne, przynajmniej nie teraz. Przecież przypadkowo spotkanych kobiet o wiek się nie pyta.
Mogłybyśmy być siostrami. – Zwracając uwagę na niestosowność zwrotu do sytuacji, posłała dziewczynie uśmiech, nadający twarzy pogodny wyraz. Nieco rozbawiony. Może nawet spacerowiczka rozluźniła się trochę, mimo okoliczności, w jakich akurat przyszło jej spotkać inkwizytorkę. Czujności jednak nie zamierzała zatracać.
Pozwolę sobie zauważyć, że nikt nigdy nie przybywa dokądś bez powodu. Kiedy ktoś idzie na rynek, do sklepu, do znajomego... a nawet jeśli ktoś, na pozór nie mając powodu, podróżuje po świecie, to tak naprawdę jego wędrówka jest celem samym w sobie – rzekła. Tak czy inaczej czarownictwo i wiążące się z nim zamieszanie nie mogło być jedyną przyczyną pojawiania się w jakimś miejscu przedstawiciela Inkwizycji. – Gdyby zawsze coś nadzwyczajnego musiało się przy was dziać, w całym swoim życiu nie mielibyście okazji w spokoju wypić piwa w gospodzie ani o piątej zaparzyć sobie herbaty, nieprawdaż? Przybywając zaś do łóżka, nie dane byłoby wam nacieszyć się kochankami, ponieważ coś zaraz przeszkodziłoby wspólnie spędzanym chwilom... – Vei postanowiła złapać ją za słowo. A nuż dowie się czegoś więcej! Nieskłonna do podzielenia się wiedzą z (prawie) zwykłą obywatelką wojowniczka była trudnym przypadkiem. Uśmiechnęła się lekko, jakby pod wpływem jakiejś myśli. Wszakże "trudny" często łączył się z "interesujący".
A może jednak nie chodzi o jedną z tych wybuchowych, bohaterską akcji? Czyżbyś tak samo jak ja postanowiła tę noc poświęcić na odpoczynek dla zmysłów? – zapytała. – Co prawda pogoda nie obdarzyła nas szczególnymi względami... jednak zarówno pora, jak i miejsce sprzyjają pragnącym samotności i kilku chwil na rozmyślania.
Veilore obserwowała dziewczę w szarym płaszczu wchłaniającym spadające z nieba krople wody. Kiedy blondynka stała jeszcze w miejscu, tamta oddalała się, zapuszczając coraz głębiej w park – ku jego środkowi, gdzie i ona chciała się udać. W końcu jak ujęła to nieznajoma, miały podobny cel. Teraz jednak, kiedy spotkanie nie wypaliło, rzeczywista przyczyna, dla której wyruszyła do miejskich ogrodów, rozwiała się jak dym z papierosa. Pozostał tylko kamuflaż, za którym nic się nie kryło.
Mimo wszystko, aby uniknąć pytań o bezsensowne łażenie po zmroku na terytorium, według plotek, często nawiedzanym przez czarownice szukające składników do produkowanych przez siebie specyfików, ruszyła tam, gdzie miała siedzieć już dawno. Doszłoby do tego rzecz jasna, gdyby los wprowadzając swój kaprys w życie, nie rzucił jej paru przeszkód pod nogi. Trudno. Przeskoczyła je. Jednakże cel oddalił się znacząco od próbującej pomóc miasto kobiecie.
Westchnęła. Droga, jaką obrała sobie Veilore stała się dłuższa od tej, którą początkowo, to jest przed zboczeniem z kursu, szła. Teraz po krótkiej spirali okrążyła wnętrze parku, żeby przekonać się, czy ktoś poza nimi nie bawi się w leśne strachy. A trzeba przyznać, że przemoczona nie wyglądała najlepiej. Przybierający na sile deszcz wdzierał się za płaszcz, mocząc kołnierzyk koszuli. Włosy ociekały wodą. Wyobrażała sobie, że gdy je ściśnie rękoma, na ziemię spadnie strumień.
Znalazła się w końcu przy ścianach altanki. Przez niezabudowaną przestrzeń, przez którą była możliwość podziwiania mało atrakcyjnego o tej porze roku otoczenia, blondynka mogła wydawać się sunącym w mroku cieniem.
Idąc po półokręgu pod budynkiem, dostała się do wejścia. Wstąpiła na schody, a dalej do pomieszczenia, które dało jej ochronę przed deszczem. Miała uniesione za głową ręce, a dłońmi trzymającymi wstążkę, wiązała ociekające wodą włosy. Zaskoczona, popatrzała na drugi cień przybyły do altany.
To tylko ja. Wyglądasz tak, jakbyś zobaczyła ducha. Czy jak wolisz Koszmara – powiedziała opuszczając ręce wzdłuż ciała. Czy coś mogło się stać? – Jakiś się pojawił? Ja ich nie widuję, ale dużo się o nich słyszy.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Desideria
Nieokreślony Twór
avatar

Liczba postów : 90
Join date : 13/11/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Pon Lis 30, 2015 11:15 am

Reak­cja Vei nie umknęła uwa­dze kobie­cie wypo­wia­da­ją­cej owe słowa, a wprost prze­ciw­nie spra­wiła swo­istą radość. Prze­cież nie raz było jej dane obser­wo­wać reak­cje ludzi na jej słowa, a ta tutaj zda­wała się być naprawdę przy­jemna mimo iż tamta naj­wy­raź­niej nie przy­wy­kła do tego tpyu okre­śleń. Jed­nak czego można było się spo­dzie­wać po kimś pra­cu­ją­cym dla kościoła? Niczego innego jak trak­to­wa­nia reszty ludzi, z dozą rezerwy oraz nazy­wa­niem ich dziećmi. Prze­cież tak na dobrą sprawę wszy­scy byli dziećmi wiary czy też boga…

Uwaga jaką tamta posłała w stronę inkwi­zy­torki pozo­stała jed­nak pusz­czona mimo uszu ponie­waż nie miała zamiaru odpo­wia­dać jej na tak oczy­wi­stą uwagę czego zapewne nie wyma­gano od niej w owej chwili, a uśmiech jaki ujrzała był dla niej tak samo nie na miej­scu jak i wcze­śniej­sze stwier­dze­nie pro­stego faktu. Mil­cze­niem rów­nież odpowie­działa jej wzglę­dem kolej­nych słów jakie na swój spo­sób były naprawdę praw­dziwe. Prze­cież gdyby świat przez cały czas był zagro­żony, to tacy jak ona nie posia­dali by wol­nej chwili czy wła­snej woli, a całe swe życie spę­dzili by na walce, z wro­giem oraz prze­ciw­ni­kami tej praw­dzi­wej wiary nie mówiąc już o tępie­niu odmien­no­ści czy plu­ga­wego pomiotu para­ją­cego się cza­rami.

I nawet jeśli Sam zga­dzała, się z każ­dym jej sło­wem nie mogła pozwo­lić sobie na taki luk­sus jak roz­mowa, a tym bar­dziej na dekon­spi­ra­cje. Dla­tego wła­śnie ruszyła wtedy w stronę altany i dla­tego nie miała zamiaru cze­kać ani na tą dziwną kobietę czy na to co mogło by się jesz­cze wyda­rzyć, a prze­cież tak na dobrą sprawę mogło się tutaj wyda­rzyć naprawdę wiele.

Pierw­szą i naj­waż­niej­szą rze­czą oczy­wi­ście był deszcz jaki naj­wy­raź­niej chciał poto­pić ten świat co według Sam było by naprawdę dobrym roz­wią­za­niem lecz co ona by wtedy robiła? Nie miała by za co żyć więc w duchu miała nadzieję, że jed­nak ten świat prze­trwa ten potop obmy­wa­jący, go z brudu oraz roz­kładu jaki zda­wał się żywić reszt­kami zdro­wego spo­łe­czeń­stwa, a jak już przy nim jeste­śmy trzeba nadmie­nić iż na hory­zon­cie zago­ściła zna­joma twarz na jakiej widok Sam nie odczuła zupeł­nie niczego. Pustka. Brak jaki­kol­wiek emo­cji. Może, to i dobrze? Emo­cje zawsze zabi­jały ludzi szyb­ciej i traf­niej niż strzała czy żelazo.

-Nawet jeśli…-Ode­zwała się w końcu nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od ciem­no­ści –.nie masz się czego oba­wiać– dokoń­czyła uważ­nie przy tym lustru­jąc oko­licę swoim spoj­rze­niem pra­gną­cym wychwy­cić nawet naj­mniej­szą ano­ma­lię jaka mogła być przy­czyną jej poja­wie­nia się tutaj. Jed­nak ano­ma­lii nie było. Były same. Dwa ist­nie­nia sto­jące w sercu ogrodu nie­gdyś tęt­nią­cego życiem. Teraz jed­nak był on niczym innym jak tylko nędzną ilu­zją piękna niczym słowa wypo­wia­dane przez kobietę. Słowa jakie na swój spo­sób inte­re­so­wały Sam na tyle by wresz­cie prze­su­nęła swój wzrok na kobietę korzy­sta­jąc przy tym, z osłony jaką dawał jej cień oraz kap­tur jakiego nie miała zamiaru zdej­mo­wać nawet tutaj.

-Chwa­lisz się wie­dzą oraz z łatwo­ścią posłu­gu­jesz się sło­wem- zauwa­żyła nie odry­wa­jąc swo­jego uważ­nego spoj­rze­nia od twa­rzy kobiety. Zda­wać się nawet mogło iż pra­gnęła tym razem wyczy­tać, z jej mimiki emo­cje oraz prze­my­śle­nia mimo iż na dobrą sprawę nikt zapewne nie potra­fił takich rze­czy czy­nić.

-Sta­rasz się mnie wcią­gnąć w swoją roz­grywkę zada­jąc sprytne pyta­nia. Brawo Moje Dziecko- Wypo­wia­da­jąc te słowa zro­biła coś czego tak na dobrą sprawę nie robiła ni­gdy czyli na swój spo­sób doce­niła osobę, z jaką przy­szło jej zna­leźć się na tym nie­szczę­śli­wym padole. Wierz­cie mi bądź nie lecz w swoim życiu doce­niła w ten spo­sób zale­d­wie trzy osoby, a Vei oka­zała się być jedną, z nich.

-Wiedz jed­nak, że nie dam się w nią wcią­gnąć – dodała nie­spiesz­nie dająć przy tym jasno do zro­zu­mie­nia iż całą ta gra nie­wiele ją obcho­dzi, a zara­zem ceni sobie swoją pry­wat­ność na tyle by uci­nać wsze­la­kie próby roz­mowy na tematy nie­wy­godne bądź te na jakie nie miała zamiaru odpo­wia­dać, a było tego wiele…

Jed­nak mimo swych słów na­dal nie ode­rwała spoj­rze­nia od dziew­czyny jakby za bar­dzo się nie przej­mu­jąc dłu­go­ścią spoj­rze­nia jakim ją obda­ro­wała, a przy­znać trzeba iż więk­szość ludzi darzyła jedy­nie prze­lot­nym spoj­rze­niem. Owszem zda­rzały się wyjątki lecz były one naj­czę­ściej mar­twe… Vei jed­nak była żywa. Oddy­chała, mówiła, była tutaj. Sam nie do końca rozu­miała czemu owa kobieta na­dal prze­bywa w tym miej­scu. Prze­cież każdy ma swoje życie, a z tego co wie­działa o tej porze więk­szość nor­mal­nych oby­wa­teli bywała w swych domo­stwach bądź karcz­mie więc… wnio­sek był pro­sty. Ma do czy­nie­nia, z kimś kto nie jest przy­pad­kową osobą. Ma swój cel i może nawet misje? Nie, nie była pewna. Jed­nak owa nie­wie­dza spra­wiała iż pra­gnęła odkryć prawdę. Dla­tego wła­śnie przy­glą­dała się jej, z taką uwagą jakiej nie poświę­cała prze­cięt­nym jed­nostką.

-Powin­nam była zadać, to pyta­nie już dawno temu- ponow­nie prze­rwała ciszę jed­no­cze­śnie przy tym ukła­da­jąc swą dłoń na ręko­je­ści jed­nego, z noży jakie nosiła przy pasie. -Podaj mi choć jeden powód dla któ­rego nie miała bym Cię zabić– Obie chyba już dawno wpa­dły, na to iż osoba prze­cha­dza­jąca się samot­nie po takim miej­scu prę­dzej czy póź­niej będzie podej­rzana. Jed­nak Sam nie była typo­wym sie­pa­czem. Nie zabi­jała wszyst­kiego co się rusza bez wcze­śniej­szej wery­fi­ka­cji, a w tym przy­padku wery­fi­ka­cja była potrzebna. Prze­cież obie zna­la­zły się w nie­od­po­wied­nim miej­scu oraz cza­sie co było albo zrzą­dze­niem losu gra­ją­cym w jakąś grę bądź czymś zupeł­nie innym, o czym nawet nie chciała myśleć.

Dziecko zro­dzone, z ostat­niego życze­nia nie miało zamiaru odpu­ścić. Musiała poznać jej wer­sje. Musiała rów­nież zwe­ry­fi­ko­wać jej zacho­wa­nie dla­tego też nie spusz­czała wzroku, z kobiety nic przy tym sobie nie robiąc ze swej pozy. Prze­cież wypowie­działa pyta­nie, z śmier­telną powagą mimo iż opie­rała się deli­kat­nie o drewno tak aby uła­twić sobie w razie kon­fron­ta­cji dwie rze­czy. Atak oraz obronę. Była prze­cież gotowa na wszystko. (dobra pra­wie na wszystko xD) Nie wie­działa prze­cież czego może się spo­dzie­wać po kobie­cie jaka na pozór zda­wała się być zwy­czajną istotą lecz życie nauczyło Sam jed­nego. Nic nie jest takim jakim się zdaje na pierw­szy rzut oka…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 160
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Pon Lis 30, 2015 9:37 pm

Altana odznaczała się takim samym odcieniem ciemności co przestrzeń poza nią. Była ładna choć trochę osobliwa. Niestety uroku odejmowała jej późna jesień i tylko oczami wyobraźni dało się zobaczyć jak bardzo miły zakątek musiała stanowić, gdy wokół kołysały się liściaste drzewa, a wyrastające z ziemi rośliny kwitły obdarowując odwiedzających to miejsce zapachami oraz kojącym krajobrazem.
Drewno delikatnie skrzypiało pod naciskiem butów wysokiej blondynki. Wszystko jednak było stabilne i nie miało prawa zapaść się z powodu ciężaru dwóch kobiet ani też runąć im na głowę. No chyba, że nastąpiłaby jakaś obca interwencja nienaturalnego źródła, bo wiatr nie wiał z siłą zdolną unosić części budynków czy też wyrywać drzewa z korzeniami.
Odruchowo rzuciła okiem na sklepienie altanki, ciesząc się niezmiernie, iż nie przecieka. Dostrzegła również, że ze schronienia nie skorzystały tylko one. Na belce, pogrążony w zwierzęcym śnie, leżał potężny kocur, który następnie lekceważąco ukazał swe żółtozielone kocie oczy, nadstawił uszu, po czym zignorował ludzi krzątających się na dole, jakby uważał się za władcę tego miejsca  jakby uznał, że nawet dwunożne istoty go nie przegonią. Nie na ten deszcz, który kaskadami spadał z ciężkich chmur.
Veilore uśmiechnęła się delikatnie sama do siebie, a jej wzrok opadł potem do poziomu twarzy nieznajomej.
Nie mam się czego obawiać... No tak, w końcu mam u boku dzielną inkwizytorkę, która mnie obroni – powiedziała, lecz nie do końca była przekonana co do tego sprostania zagrożeniu. Zawsze mogło okazać się większe niż początkowo się zakładało. A co jeśli owe potencjalne niebezpieczeństwo reprezentowałaby tak duża siła, że jedna osoba nie byłaby dlań żadnym wyzwaniem? Co by się wtedy z nimi stało? Czy zdołałyby ewakuować się w bardziej bezpieczne miejsce? A może ich ciała wchłonęłaby lepka ziemia i rośliny, szkielety zaś odnaleziono by dopiero na wiosnę, kiedy do środka parku zaczęłoby wędrować więcej spacerowiczów?
Wzruszyła ramionami, zbliżając się do przerwy między jedną podtrzymującą belką a drugą. Po jej "koleżance" nie pozostał najmniejszy ślad. A jeśli jakiś wcześniej był, to został wchłonięty przez błoto i wodę naniesione przez nowych gości tajemniczego zakątka ogrodów.
Mogłabym pomóc ci tylko z czarownicą, już kiedyś z nimi walczyłam, ale Koszmary nie są na moje możliwości – rzekła, powoli odwracając się plecami do balustrady altany. Nie wspomniała jednak o tym, że także na obecnym etapie życia zdarza się jej zajmować takimi sprawami. Od czasu do czasu, ponieważ teraz wyszukiwała pojedyncze jednostki, ale tylko takie, które zasłużyły sobie na karę, a zdołały umknąć Inkwizycji i były przez nią poszukiwane. Już nie służyła w siłach zbrojnych swego państwa.
To były czasy! – westchnęła pod wpływem myśli.
Vei rozsiadła się w końcu na ławie, która ciągnęła się pod każdą ścianką, pomijając oczywiście wejście. W reakcji na słowa nieznajomej, uniosła lekko brew. Nie chciała, aby jej własne zachowanie zostało odebrane jako jakaś podejrzana rozgrywka.
Ależ jaka znowu rozgrywka? Czy zwykłemu obywatelowi nie wolno wiedzieć, co może go spotkać podczas zaplanowanego odpoczynku? Nie planowałam cię w nic wciągać. Właściwie pierwotnie miałam nadzieję zobaczyć tu pewną osobę... – Kobieta podkreśliła ostatnie dwa wyrazy. Wypowiedziała je tonem sugerującym kogoś szczególnego, bliskiego sercu. Jednakże owa "szczególność" była swego rodzaju półprawdą, ale nie zamierała się z tego wyspowiadać. Od kłamstwa o wiele lepsza jest odpowiednio odmierzona prawda. Nikt by jej nie uwierzył, że w deszczu, mrozie i podczas godzin nocnych wybrała się na wycieczkę po ogrodach, żeby popatrzeć na zgniłe zielsko i nagie drzewa. – ...ale chyba zmieniła plany. Nic dziwnego, okropna pogoda.
W dodatku, skoro już tak daleko zaszła, postanowiła odbębnić spacer do końca i dopiero wtedy wrócić do wynajętego w gospodzie pokoju. I to było już stuprocentową prawdą.
Veilore nie drgnęła. Zdusiła w sobie wszystkie negatywne uczucia, które dały o sobie znać przy kolejnym pytaniu. I chociaż zastanawiała się, czy nie napatoczyła się przypadkiem na któregoś z tych ułaskawionych morderców, nie dała po sobie niczego poznać. Gdyby mogła, zaczęłaby polować i na takich delikwentów, którym udało się uniknąć kary za swoje zbrodnie. Aczkolwiek... póki co ograniczała się do niewstępowania do oddziałów tej wielkiej organizacji. Być może niektórzy nazwaliby ją idealistką. Nie miała najmniejszej ochoty stać ramię w ramię z najgorszymi przestępcami tego świata, uwolnionymi tylko dlatego, by mogli przydać się Inkwizycji.
A dlaczego miałabyś to zrobić?
Założyła nogę na nogę.
Zdaje się, że jesteśmy po tej samej stronie?
Veilore postawą, brakiem jakiegoś szczególnego ruchu świadczącego o chęci sięgnięcia po broń, dawała nieznajomej do zrozumienia, że nie da się sprowokować. Jednak spojrzenie, którym blondynka ją obdarzyła mówiło wręcz "ale jeśli zaatakujesz, nie będę stała bezczynnie, a twój płaszcz przestanie mnie obchodzić".
W każdej chwili mogła dobyć szabli, kryjącej się pod długim paletotem, po swoją ulubioną broń, ale też po rewolwery chronione przed wilgocią przez kabury i wierzchnie okrycie, które miała na sobie.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Desideria
Nieokreślony Twór
avatar

Liczba postów : 90
Join date : 13/11/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Wto Gru 01, 2015 2:31 pm

Jej spoj­rze­nie. Przez chwile zda­wało się być czymś czego poszu­ki­wała. Czymś co teo­re­tycz­nie potra­fiło wywrzeć na niej podziw lecz była to tylko chwila złudna tak samo jak wszystko inne. Chwila dla któ­rej mimo wszystko warto było tutaj przyjść. Wyzwa­nie. Na pozór obie wła­snie rzu­cają sobie takowe w tej sekun­dzie licząc iż druga strona je podej­mie. Sam jed­nak nie miała zamiaru, z nią wal­czyć, a wprost prze­wi­nie nie tak jak zakła­dać mogła by blond włosa dzie­woja.
-Dosko­nale... -Wyszep­tała jedy­nie pod nosem gdy powol­nym kro­kiem kie­ro­wała się ku sie­dzą­cej kobie­cie.
-Mogłaś nie cze­kać. Mogłaś mnie zabić. – Stwier­dziła gdy zatrzy­mała się przed nią na tyle bli­sko by nie musieć już wytę­żać wzroku by obli­cze jej było dlań tak wielce widoczne.
-Mogłaś wiele…– Zaczęła nie­znacz­nie nachy­la­jąc się nad nią by kolejne słowa wyszep­tać już przy jej uchu tonem jakiego nie powsty­dziła by się istota nie­po­sia­da­jąca uczuć czy sumie­nia.
-Nadal możesz prze­szyć me serce jeśli chcesz… Wystar­czy, że wyko­nasz ruch…– Kobieta zda­wała sobie sprawę, z faktu że tamta mogła, to uczy­nić jeśli chciała. Zda­wała sobie rów­nież sprawę, z swo­jego zacho­wa­nia jakie zda­wało się być naprawdę nie­pro­fe­sjo­nalne w oczach wielu ludzi ponie­waż nikt nie powi­nien zbli­żać się aż tak bli­sko swego prze­ciw­nika… Sam łamała pod­sta­wowe zasady tylko po co? Zau­fa­nie. Czy, to wła­śnie tym nie obda­rzyła w owej chwili Vei mimo iż nie powinna tego czy­nić. Nikt jed­nak nie zro­zu­mie postę­po­wa­nia Sama­ela. Ona zawsze była inna. Wyjąt­kowa bądź jak uwa­żano za młodu nada­wała się jedy­nie do ośrodka gdzie prze­by­wały wsze­la­kie trudne przy­padki…
-Mam już swój powód by tego nie czy­nić…– Dodała nim powoli odsu­nęła się od niej na moment jedy­nie zatrzy­mu­jąc swe spoj­rze­nie na jakże, to wytrwa­łym spoj­rze­niu swego prze­ciw­nika. Czyż nie była głup­cem pozwa­la­jąc sobie na to? Owszem. Była głup­cem lecz jej głu­pota potrak­to­wana była jedy­nie chę­cią pozna­nia oraz zro­zu­mie­nia kogoś kto na swój spo­sób zda­wał się być wresz­cie istotą o podob­nym twar­dym uoso­bie­niu jakie mimo wszystko stara się masko­wać pod maską uśmie­chu jakim nie raz obda­rzała już dziś Sam. Wła­ści­wie ten uśmiech połą­czony, a paskudną pogodą, wil­go­cią jaką prze­siąk­nięte było to miej­sce oraz zepsu­ciem zda­wał się być czymś czego nie rozu­miała…
Zapewne inte­re­suje Was pewna kwe­stia jaką jest mil­cze­nie jakim zaklina sie wsze­la­kie wcze­śniejsze kwe­stie wypo­wie­dziane przez Vei. Kwe­stie te zda­wały się na swój spo­sób być ważne jed­nak nie dla Sam jaka pro­ściej mówiąc miała gdzieś jej wyja­śnie­nia czy nawet próby nawią­za­nia współ­pracy. Owszem wielu ludzi zapewne zain­te­re­so­wało by się jej histo­rią oraz czemu tutaj się zna­la­zła lecz nasza boha­terka dzie­liła świat na trzy grupy. Nic nie zna­czące, Cie­kawe, Inte­re­su­jące.
Lecz jak na razie wszystko ją nudziło… Nic nie było wsta­nie spra­wić aby uznała, to za cie­kawe. Świat bowiem się nie zmie­niał tak samo jak życie w jakim przy­szło jej tkwić. Wszę­dzie widziała te same brudne twa­rze. Cza­sem tak jak i w tym przy­padku spo­ty­kała jed­nostki jakie miały pre­dys­po­zy­cje do bycia cie­ka­wymi lecz tak naprawdę nisz­czą swój poten­cjał próż­nymi sło­wami tak jak czy­niła, to Vei. Dla­tego wła­śnie Sam nie potra­fiła długo zaba­wić w jed­nym miej­scu. Dla­tego odwró­ciła się ple­cami do tej dziw­nej kobiety nie robiąc sobie nic, z wła­snego zacho­wa­nia. Prze­cież jeśli ta zechciała by ją zabić miała oka­zje już wcze­śniej ku temu. Dla­tego wła­śnie Sam wie­działa, że możne spo­koj­nie odwró­cić się ku niej ple­cami oraz udać się w stronę wyj­ścia, z altany jaka była ostat­nim bastio­nem cze­goś na zwór pro­wi­zo­rycz­nego domu dla wędrow­ców czy ucie­ki­nie­rów. Tak mam na myśli kota jaki był jedy­nie zwy­kłym futrza­kiem ucie­ka­ją­cym przed złym świa­tem tak jak i one po cześć.
Tam dopiero się zatrzy­mała ukła­da­jąc swą dłoń na prze­mok­nię­tym drew­nie jakby pod­świa­do­mie szu­kała opar­cia przed trudną decy­zją zaklętą, w kro­plach desz­czu jakim zaczęła się przy­glą­dać, z czymś na wzór fascy­na­cji w jakiej kryło się coś zupeł­nie innego.
-Lepiej już idź… – Ode­zwała się cicho nie wie­dząc nawet czy jej słowa dotrą do dziew­czyny lecz czy, to ważne? Zapewne było to tak samo ważne jak fakt iż nie wypo­wie­działa już na głos słów jakie miały być dokoń­cze­niem jej pole­ce­nia. Dla wielu jej zacho­wa­nie mogło zda­wać się być dziwne lecz chyba kazdy w tym prze­klę­tym mie­ście uzna tę orga­ni­za­cję za dziwną. Nikt nor­malny prze­cież nie roz­pala ciem­no­ści nocy przy pomocy ludz­kich pochodni. Nikt nie wer­buje naj­gor­szego ścierwa oraz nie jest tak rady­kalny… Sam jed­nak nie paso­wała tam. Była inna. Mało­mówna, dziwna i dla wielu wręcz psy­chiczna. Jed­nak czy te cechy miały jakieś zna­cze­nie, w tej chwili gdy stała przy wyj­ściu chło­nąc zapach zgni­li­zny przez swe noz­drza? Czy brzy­dota tego świata oraz jego bru­tal­ność nie była jedyną słuszną odpo­wie­dzią na jej zacho­wa­nie? Świat ni­gdy się nie zmie­nia… Ona naj­wy­raź­niej też.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 160
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Pią Gru 04, 2015 12:00 am

Liczyły się sekundy, a nawet ułamki sekund. Jedna reakcja miała możliwość sprostać drugiej wyłącznie wtedy, gdy wybrało się, często instynktownie, odpowiedni moment. Kiedy pominięcie najdrobniejszego ruchu oznaczało zgubę, nie jest dobrze coś zignorować lub przeoczyć. Właśnie dlatego taksowała wzrokiem zbliżającą się nieznajomą, kołyszący się płaszcz i dłonie, które zdawały się nie chcieć sięgać po broń. Jednak zwykły pozór nie mógł stać się źródłem pewności i nigdy nie powinien. Kobieta, mimo przyjęcia swobodnej pozy na ławie, nie pozwoliła mięśniom rozluźnić się nawet na moment od chwili zadania niespodziewanego pytania ze strony tajemniczego dziewczęcia. Były napięte i przygotowane, ostrzeżone o potencjalnym zagrożeniu.
Mogłam... – odparła, rzucając w szumiącą deszczem przestrzeń jedno tylko słowo. Unosząc lekko głowę, aby nadal móc swe spojrzenie kierować na twarz inkwizytorki, zmrużyła oczy, choć teraz twarz nieznajomej znajdowała się bliżej; a co za tym idzie, dostrzegała więcej jej szczegółów, więc mimika najemniczki bardziej wskazywała na zamyślenie niż na takie oto wysilanie zmysłu wzroku. Bo przecież słońca uświadczyć o tej porze się nie dało za największe skarbce tego świata...
I rzecz oczywista, mogłaby od razu chwycić za broń i ruszyć do ataku. Ale co spotkałoby ją po takim incydencie? Co (i czy w ogóle) miałaby z podjęcia takiej a nie innej decyzji? Uleganie prowokacji nie było w jej stylu. A zresztą... zabić inkwizytora – źle, dać zabić siebie – jeszcze gorzej. Doprowadzenie pod sąd ostateczny co poniektórych z nich musiało po prostu zaczekać do czasu, aż utracą swój immunitet albo ona sama nie podejmie radykalnych kroków. Na szczęście blondynka była nadzwyczaj cierpliwa, a do tego inne zło zaprzątało jej głowę... Pozostawała jeszcze kwestia, czy nieznajomej taki los, jakim Vei najchętniej obdarzyłaby morderców udających bohaterów, w istocie się należał? Nic nie wiedziała
Mogłabym – powtórzyła po chwili milczenia – ale dlaczego miałabym to robić? Skoro ty nie wykazałaś się względem mnie agresją, nie zaszła konieczność, abym broniła własnego życia.
Nie rozstawała się ze swoją bronią, to prawda. Nawet metalowa skryta pod materiałem rękawiczki metalowa proteza prawej ręki kryła w sobie parę niebezpiecznych rzeczy. Jednak nie dobywała swej szabli równie chętnie co szlachta sprzed wieków, nie wywijała nią na prawo i lewo o byle co. Musiała mieć powód. I pewność.
Jeśli teraz bym to uczyniła, czym stałabym się po takim uczynku? – Veilore zadała nieznajomej pytanie, lecz w następnej chwili sama na nie odpowiedziała. – Niczym innym jak morderczynią.
Mówiła, próbując objąć jej postać spojrzeniem. Przesunęła wzrokiem po wystających spod kaptura krótkich, czarnych kosmykach, a następnie zsunęła się niżej, jakby chciała upewnić się, że dziewczę nie próbuje odwrócić jej uwagi, ograniczając pole widzenia.
Vei czyniła obserwacje nawet wtedy, kiedy tamta się oddaliła i odwróciła. Nie mogła odgonić od siebie myśli, goniących za tą tajemniczą personą. Czy był to przypadek, że pojawiła się akurat teraz? Przecież nikt właściwie nie wiedział, co tu zamierza robić. Zresztą inkwizytorka sprawiała wrażenie, iż niczego nie wie na ten temat. Niektórzy mówią, że światem rządzą przypadki... Jak było tym razem?
Co byś zrobiła, gdybym powiedziała, że mam ochotę jeszcze tu posiedzieć? – zapytała, patrząc na plecy nieznajomej. Vei nie była pewna, czy skorzystać z wspomnianej opcji. Za zasłoną może kryć się jakieś rozwiązanie lub garść interesujących informacji. A szukając tych drugich, czuła się jak w swoim żywiole. Każda kolejna wieść, która w przyszłości do czegoś się przydawała, była niczym trofeum. Nie, z tego Veilore nie potrafiła zrezygnować.
Powoli wstała z ławki, leniwie poprawiła ułożenie swego płaszcza. Nie mogła sobie pozwolić na to, aby odejść tak po prostu, bez wybadania dziewczyny i bez próby ogarnięcia sytuacji.
Tutaj przynajmniej nie pada – stwierdziła z delikatnym uśmieszkiem na ustach, chowając ręce do kieszeni. Również ich koci towarzysz miał podobne zdanie na ten temat, uznając altanę za dobre miejsce do schronienia się przed jesiennymi kaprysami pogody.
Ruszyła do wyjścia i zatrzymała się za stojącą w przejściu inkwizytorką. Intuicja podpowiadała jej, że odchodząc z parku, przegapi coś ważnego. Wcale nie chciała iść. Acz upewnienie się w niczym by nie zaszkodziło, wręcz przeciwnie – ujawniłoby kolejne możliwe ścieżki do wyboru. Ułożyła zatem lewą, żywą dłoń na barku czarnowłosej i powiedziała:
A ty? Masz co ze sobą zrobić na resztę nocy?
W pierwszej kolejności Veilore uznała za stosowne poznanie planów tajemniczej nieznajomej. Bo gdyby zamierzała zostać przy altance... To coś musiało się święcić!

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Desideria
Nieokreślony Twór
avatar

Liczba postów : 90
Join date : 13/11/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Pią Gru 04, 2015 5:56 pm

Sam dalej upo­rczy­wie stała przy wej­ściu roz­pa­tru­jąc, to co powie­działa wcze­śniej kobieta oraz upo­rząd­ko­wu­jąc sobie wszyst­kie infor­ma­cje oraz bodźce jakie wtedy były jej dane. Prze­cież nie co dzień zbliża się ku komuś obcemu. Nie co dzień dane jest jej tak dobrze poczuć spe­cy­ficzny zapach czło­wieka oraz wczuć się w rytm jego serca, a tutaj rytm cały czas był spo­kojny jakby wszystko co się działo było czymś natu­ral­nym. Inkwi­zy­torka bowiem nie była pro­stym czło­wiekiem. Była kimś kto nie potra­fił ina­czej funk­cjo­no­wać, a każde spo­tka­nie z innym czło­wiekiem było dla niej czymś magicz­nym. Prze­cież wiele razy w swoim życiu sły­szała bicie serc. wiele razy było, to ostat­nie co sły­szała u swych prze­ciwników, a tej tutaj odpu­ściła mimo iż jej reak­cje były dziwne. Zda­wała się jak ona sama reje­stro­wać wszystko uważ­nie… Co cie­kaw­sze w ich krót­kim lecz jakże, to dogłęb­nym spoj­rze­niu kobieta wyczy­tała coś wię­cej niż tylko wytrwa­łość. Mia­no­wi­cie ujrzała, to co kie­ro­wało nią samą czyli chęć pozna­nia… To wła­snie ona była mocą napę­dową całego świata oraz jej poczy­nań. Ona nada­wała sens ist­nie­nia każ­dej jed­no­stce nie­za­leż­nie od rasy, pocho­dze­nia, koloru skóry czy choćby płci.
Co byś zro­biła, gdy­bym powie­działa, że mam ochotę jesz­cze tu posie­dzieć?
Owe pyta­nie spra­wiło iż Sam nawet mogła by się uśmiech­nąć lecz nie uczy­niła tego. Ba wprost prze­ciwnie na jej twa­rzy zago­ścił gry­mas nijak pasu­jący do uśmie­chu czy nie­za­do­wo­le­nia. Gry­mas jaki wyra­żał chęć pozna­nia mimo iż tamta nie miała prawa go widzieć. Na szczę­ście. Prawda bowiem była pro­sta. Nie, nie miała by nic prze­ciw jej obec­no­ści ponie­waż jej cha­rak­ter zda­wał się być naprawdę cie­kawy i przy­jemny… Owa przy­jem­ność oczy­wi­ście wyni­kała, z faktu podo­bień­stwa. Obie były oso­bami, o moc­nym cha­rak­te­rze. Obie były czymś wię­cej niż tylko przy­pad­kowymi zbie­gami oko­licz­no­ści, a nadmie­nić tutaj trzeba iż Sam nie wie­rzyła w zbiegi oko­licz­no­ści, a zwłasz­cza gdy wie­dziona była przez swój instynkt czy jak cza­sem nazy­wała tą siłę swoją sio­strą. To wła­śnie ta niezrozu­miała siła spra­wiła iż była tutaj. Ta siła napę­dzała jej poczy­na­nia na tyle by mogła śmiało stwier­dzić iż jest czymś wyjąt­ko­wym. Nie­ro­zer­walna więź… nawet teraz zda­wała się być wyczu­walna lecz zwy­kły czło­wiek nie widział tego mimo iż Sam widziała dobrze. Nie była tutaj sama… Prze­cież koło niej stała jak gdyby ni­gdy nic ona sama. Spo­glą­dała tym samym zamy­ślo­nym spo­koj­nym wzro­kiem na świat co i rusz zer­ka­jąc na Vei jakby pra­gnąc przy tym powie­dzieć „przecz mi z oczu”. Jed­nak Sam rozu­miała to bez slow. Wie­działa iż jej sio­stra jest rów­nie zazdro­sna co i enig­ma­tyczna… Prze­cież żyła, z nią całe swoje krót­kie życie i wierz­cie mi bądź nie miała już go dość. Dla­tego sta­rała się spro­wo­ko­wać Vei. Dla­tego pra­gnęła by ktoś obcy, przy­pad­kowy skró­cił jej męki. Jed­nak naj­wy­raź­niej dziś nie było jej, to dane.
-Pozo­stanę tu jesz­cze…– odpowie­działa jej pra­wie natych­miast lecz nie odwró­ciła się w jej stronę. Nie teraz. Sam bowiem wal­czyła, z chę­cią wycią­gnię­cia ostrza oraz prze­bi­cia nie­zna­jo­mej… Prze­cież ta zakłó­ciła jej prze­strzeń oso­bi­stą. Jedną, z nie­wielu rze­czy jaka jej pozo­stała. Wtar­gnęła w jej świat bez pozwo­le­nia, a zara­zem pozwo­liła sobie na coś o czym inni nawet nie śmieli myśleć. Co gor­sza reak­cja jej sio­stry była o wiele bar­dziej natrętna. Ta bowiem pra­gnęła ponow­nie prze­jąć wła­dzę nad jej cia­łem tylko i wyłącz­nie po to aby zaci­snąć swój uchwyt na jej szyi. By zoba­czyć jak życie ucieka, z tego nędz­nego ist­nie­nia lecz nie!
-Zabierz rękę… dobrze Ci radzę dro­gie dziecko.– Ode­zwała się wresz­cie na­dal nie odry­wa­jąc wzroku od świata. Wyczuć można było bowiem iż na coś czeka. Szuka swym spo­koj­nym mar­twym spoj­rze­niem. Prze­cież coś musiało kryć się w ciem­no­ści. Coś musiało być na tyle silne by sku­piało jej uwagę na tyle by nie miała zamiaru odciąć jej ręki w tej sekun­dzie.
-Nie były­śmy tu same prawda?– Spy­tała nagle obra­ca­jąc się ku niej bokiem tak aby kątem oka móc ujrzeć ciemny zarys towa­rzyszki jaka naj­praw­do­po­dob­niej na­dal stała za nią. -Nie mówię tutaj o kocie ani tym co czai się w ciem­no­ści…– Kon­ty­nu­owała dalej jed­no­cze­śnie podno­sząc dłoń tylko po to aby ująć swój kap­tur jaki nacią­gnęła bar­dziej na głowę. Tak na­dal nie miała zamiaru uka­zy­wać swego obli­cza jakie jedy­nie czę­ściowo zda­wało się być widoczne, w magicz­nym cie­niu tego świata.
Czy wie­działa?
Dziew­czyna albo grała albo wie­działa dobrze, ze coś tu nie gra. Nie była prze­cież głup­cem i szcze­rze powie­dziaw­szy nie miała zamiaru uwie­rzyć jej na słowo tym bar­dziej iż z jej słów wyni­kało jedy­nie tyle co nic… Któż bowiem przy­cho­dzi nocą do tego miej­sca? Kochan­ko­wie? Nie. Oni zazwy­czaj wybie­rali bar­dziej przy­jemne miej­sca… No chyba, że osoba z boku wła­śnie je wzięła by za pozba­wione rozumu zako­chane istoty lecz na szczę­ście było, to nie­do­rzeczne.
-Intry­gu­jące jest w tym jedno… cóż skrywa ktoś taki jak Ty za swym spoj­rze­niem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 160
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Pon Gru 07, 2015 4:39 am

To, co pierwsze rzuciło się Veilore w oczy... nieznajoma nawet nie usunęła się na bok, żeby ją przepuścić. Owa czynność, a raczej jej brak, tor jej myśli skierowała ku rozważaniom, czy dziewczyna rzeczywiście chce pozbyć się jej z najbliższej okolicy. Owszem, w staniu na drodze dałoby się dopatrzyć przekazu: nie chcę, abyś stąd odeszła, musisz mi jeszcze coś wyjaśnić; ale to tylko zwykłe wrażenie. Zastanawiała się nad tym. acz miała pewne wątpliwości, czy nie byłaby to nadinterpretacja zachowania wojowniczki w szarym płaszczu.
Podczas gdy towarzyszka stała w przejściu, rzucając w stronę Vei raz po raz spojrzenie mówiące coś zgoła odmiennego od treści rozmyślań blondynki, informatorka już dawno podjęła ostateczną decyzję. Niestety gesty, które oczywiście widziała, nie przekonywały kobiety do powrotu do ciepłego, wynajętego pokoju w jednej z gospód Wishtown. O nie, co to, to nie. Zainteresowawszy się tą dziwną personą oraz okolicznościami przybycia jej w to miejsce, Panna Srebrna Rączka nie pozwoliłaby sobie, jakby nigdy nic, oddalić się i zapomnieć o całym zdarzeniu. Umysł przyzwyczajony do wyszukiwania najdrobniejszych informacji bił na alarm – coś jest na rzeczy! Veilore nie odchodź, bo coś przegapisz!
Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, że jeśli pozostawi nieznajomą w osamotnieniu, a coś niecodziennego się wtedy wydarzy, to nigdy już nie dowie się, co takiego oznaczało przeczucie – przeczucie, że coś tu jest nie w porządku, że inkwizytorka coś ukrywa i nie chce się tym podzielić.
Więc może i ja przeznaczę jeszcze trochę swego czasu na tę osobliwą rozrywkę, jaką stało się dla mnie przesiadywanie w altance o niestandardowych porach dnia i roku? – Już tak blisko było jej do słów "też chciałabym ujrzeć spektakl, który ma się tu odegrać", ale nic takiego nie powiedziała.
Cóż, dla nieznajomej chodzenie po podejrzanych miejscach o podejrzanych godzinach raczej nie stanowiło niczego nadzwyczajnego, chyba że odnosiło się to do normalnych ludzi, do których Vei się zaliczała. W pewnym sensie. Tylko dziewczę w szarym płaszczu mogłoby tak sądzić... Bo prawda tak się rysowała, że wcale nie prowadziła życia zwykłego człowieka. Inaczej siedziałaby grzecznie zupełnie gdzie indziej.
Zabrać? – Kobieta posłała delikatny uśmiech tyłowi głowy nieznajomej. – Zastanowię się nad tym... – powiedziała tonem, który wskazywał na drobne drażnienie się z dziewczyną. Podkreśliła to przedłużeniem czasu dotyku. Bez skrępowania przesunęła opuszkami palców po ramieniu inkwizytorki. Dopiero wtedy cofnęła dłoń. – ...o ile zechcesz opowiedzieć mi co nieco o przyczynie twojego przybycia. Pozwolisz na to, aby biedna obywatelka nie mogła zasnąć z ciekawości?
Spojrzenie Veilore ruszyło ku przestrzeni poza altanką, lecz wokół nadal panował niczym niezmącony krajobraz ogołoconych z liści drzew o szponiastych gałęziach. Monotonnego szumu pędzącego ku ziemi deszczu też, jak na razie, nic nie zakłócało. Interesujące. Co takiego tajemnicze dziewczę dostrzegło w tej okolicy, że postanowiło tu zawitać? Czyżby wywróżyła jej coś jedna z tych wróżek?
Najemniczka uniosła jedną brew.
Widzę tu tylko siebie i ciebie – odparła wymijająco, po czym szybko zwróciła uwagę na kwestii ujętej w kolejnej wypowiedzi nieznajomej. – Czyli jednak coś czai się w ciemności?
Nie chciała wracać do swoich planów na dzisiejszy wieczór. Opowiedziałaby to samo, czym już wcześniej nakarmiła inkwizytorkę, bo z jakiej racji miałaby wyspowiadać się obcej osobie? A biorąc pod uwagę fakt, że drugi gość altanki nie podarował jej żadnych konkretnych informacji, Vei tym bardziej nie miała żadnych zobowiązań względem dziewczyny.
Ale przecież sama niedawno wspomniałaś, że nie pojawiasz się nigdzie bez powodu. Nie byłabym zaskoczona, gdyby coś tu za tobą przylazło. – Dodała chwilę później, pracując nad przeniesieniem tematu rozmowy ze swojej osoby na towarzyszkę.
Udawanie się w środku nocy na spacery nie było najbardziej wyróżniającą się rzeczą spośród tych, które łączyły się z Veilore. Co w takim razie pomyślałaby sobie to czarnowłose dziewczę, gdyby powiedziała jej, że mieszka w chatce pośród drzew Ponurego Boru, wszak słynącego ze zwiększonego prawdopodobieństwa spotkania wrogiej czarownicy albo Koszmara? Jaką reakcję wywołałaby wieść, że (jeśli trzeba) podejmuje się pracy również o zmroku? Świat nie składał się wyłącznie z istot normalnych.
Każdy ma swoje małe sekrety. A jednak jakimi byłyby one tajemnicami, gdyby opowiadało się o nich każdej napotkanej osobie? – zapytała, po czym wygięła wargi w półuśmiechu. – Czyżbyś pragnęła zasugerować mi bliższą znajomość?

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Desideria
Nieokreślony Twór
avatar

Liczba postów : 90
Join date : 13/11/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Pon Gru 07, 2015 11:02 am

Miała się prze­su­nąć? Nie, nie miała zamiaru. Prze­cież gdyby tamta chciała opu­ścić ten zacny przy­by­tek, to zapewne prze­pro­siła by ją jak naka­zuje grzecz­ność bądź w jakiś spo­sób wymi­nęła… Jed­nak, to nie był powód dla któ­rego Sam nie prze­su­nęła się ani nie reago­wała przez więk­szość czasu na jej słowa. Inkwi­zy­torka wie­działa co się święci. Wyczu­wała zagro­że­nie oraz dostrze­gała w mroku cień jaki balan­so­wał pomię­dzy nikłym świa­tłem łama­nym poprzez kro­ple desz­czu a mro­kiem. Cień jaki w naj­bliż­szym cza­sie mógł spra­wić iż na pozór ta spo­kojna altana sta­nie się polem walki… Jed­nak czy oby na pewno? Co jeśli owy cień jest tylko i wyłącz­nie wytwo­rem jej wła­snej sio­stry?
-Skoro taka Twa wola- Rzu­ciła jedy­nie w prze­strzeń gdy ta pra­wiła coś o pozo­sta­niu tutaj. Zresztą miała jedy­nie dwa wyj­ścia pozo­sta­wić ją na pastwę świata bądź pozo­stać i ocze­ki­wać, na to co nie­unik­nione… A przy­znać trzeba iż ocze­ki­wa­nie było naj­gor­szą rze­czą jaka mogła spo­tkać Sam. Ona bowiem lubo­wała się w tro­pie­niu oraz szyb­kiej akcji a tutaj? Tutaj mogła jedy­nie cze­kać, reje­stro­wać spoj­rze­niem każdą nawet naj­mniej­szą zmianę oto­cze­nia jaka nie dawała jej spo­koju. Prze­cież całe powie­trze zda­wało się aż drgać od zakłó­ceń… Nie, to musiało być coś innego? Jenak niby co skoro na dobrą sprawę wyczu­wała podobne rze­czy jedy­nie w paru miej­scach? To nie może być prawda… Prze­mknęło jej przez myśl w chwili gdy usły­szała kolejne jej słowa oraz poczuła jak czas poświę­cony na kon­takt fizyczny nie­bez­piecz­nie się wydłuża. I szcze­rze było, to dziwne. Draż­niące, a zara­zem intry­gu­jące tak samo jak zacho­wa­nie tej kobiety jaka, z każdą chwilą zda­wała się być bar­dziej natrętna niż poży­teczna, a to ozna­cza jedno. Świat ni­gdy się nie zmie­nia…
-Opo­wieść będzie zbędna…-Zaczęła spo­koj­nie by zaraz potem dodać -już tu jest…– jej głos zda­wał się być teraz jakby bar­dziej mar­twy, a spoj­rze­nie jak do tej chwili brą­zowe i spo­kojne stało się niczym otch­łań można. Czarne, pozba­wione emo­cji czy też odru­chów jakie przy­pi­suje się czło­wie­kowi. Kolejne słowa.
Widzę tu tylko sie­bie i cie­bie
Była w błę­dzie. Nie, nie były same. Nigdy nie będą i nawet reszta jej słów świad­czą­cych o odsu­wa­niu podej­rzeń od swej osoby jedy­nie prze­bi­jała się przez wiatr jaki zerwał się jakby nie­spo­dzie­wa­nie. Wiatr spra­wia­jący iż prze­raź­liwe zimno oraz deszcz roz­po­częły walkę, z altanką. Pra­gnęły wedrzeć się do ostat­niego bastionu cie­pła nio­sąc za sobą coś wię­cej niż tylko zmianę pogody. Chłód. Prze­szy­wa­jący, a zara­zem tak wielce inny. Zda­wał się otu­lać ciało Sam, z mat­czyną tro­ską zma­zu­jąc, z niej ostat­nie wspo­mnie­nie cie­pła jakie było pozo­sta­wione przez dłoń Vei…
-Mogę zasu­ge­ro­wać Ci wiele… o ile prze­ży­jemy…– Odpo­wie­działa na jej ostat­nie pyta­nie prze­mil­cza­jąc słowa, o sekre­tach. Prze­cież ona miała rację. Każdy zda­wał się je posia­dać. Każdy trzy­mał swego trupa czy, to w sza­fie czy głę­boko w sercu niczym Sam. Każdy sekret jed­nak zda­wał się być niczym w porów­na­niu, ze zmia­nami jakie nosiły pewne decy­zje… Tak jak choćby ta jaka została pod­jęta przez szary płaszcz. Decy­zja naka­zu­jąca jej ruszyć bez słowa w ciem­ność gdzie po raz ostatni widziała owy cień. Ciem­ność jaka towa­rzy­szyła jej przez całe życie, a zara­zem pochła­niała ją na tyle by, z jej ludz­kiej natury pozo­stała jedy­nie deli­katna nić jaka mimo wszystko nie potrafi pozo­stać zerwana.
Nić dzięki, któ­rej ma chęć na śmierć. pra­gnie jej. Dla­tego też ruszyła przed sie­bie z wro­dzoną ele­gan­cją oraz gra­cją wycią­ga­jąc ostrze jakie widział, o wiele wię­cej niż ona. Ostrze jakie posia­dała przy­pa­sane do pasa, a z jakim nie roz­sta­wała się pra­wie ni­gdy. Uch­wy­ciw­szy ręko­jeść moc­niej. Wyszep­tała dwa słowa jakich nie dało się usły­szeć. Słowa jakie towa­rzy­szyły jej od zawsze niczym chęć śmierci… A brzmiały one…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 160
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Wto Gru 08, 2015 10:39 pm

Veilore rzuciła jej spojrzenie o trudnym do odgadnięcia znaczeniu. Jaką inną wolę mogłaby wyrazić skoro atmosfera, która wytworzyła się w czasie ich rozmowy, nabrała tak wyrazistego tajemniczego charakteru? Nie byłaby sobą, gdyby nie chciała zaspokoić swego pragnienia wiedzy. Jeśli nadarzała się okazja, korzystała z niej, nie pozwalając na to, aby interesujące sprawy przemykały jej koło nosa. I choćby kobieta miała zostać takim tylko świadkiem, który nie dostrzegłby wszystkiego ze względu na swoje pełne człowieczeństwo, a co za tym idzie - nieumagicznienie, skuszona nowością nie złożyłaby nadciągających wydarzeń w łapska zapomnienia.
...Chociaż może owa "pełnia człowieczeństwa" nie była stuprocentowa. Zerknęła na swoją prawą dłoń odzianą w rękawiczkę. Zamiast prawdziwej skóry, mięśni i kości, pod materiałem znajdował się chłodny metal protezy.
Taka właśnie jest moja wola... I nie zmieni się do czasu, aż czegoś się dowiem – rzekła zdecydowanym tonem głosu. Gorzej, że rodziło się w jej głowie swego rodzaju zwątpienie. Co kryć się mogło między konarami drzew i zalegającym w nich mrokiem? Przesuwające się chmury na parę sekund odsłoniły księżyc, ale jego światło podkreśliło tylko kształty sterczących gałęzi. Nic tam nie widziała ani też nie dojrzała żadnych efektów wskazujących na obcą interwencję. Niestety... nawet gdyby coś takiego zaszło, nie ukazałoby się to jej oczom, więc wypowiedź na temat posiadania wiedzy wyłącznie o obecności tylko Vei oraz nieznajomej w okolicy altanki, wcale nie mijał się daleko z prawdą.
Jesteś pewna? – mówiła, skupiając się na otoczeniu, acz nic nie zwróciło jej uwagi. Dotąd miała szczęście nie spotkać żadnego Koszmara, a przynajmniej nie trafić pod jego wpływy, bo przecież niczego by nie zobaczyła... W każdym razie ciągle żyła! I należało teraz zadbać o to, aby nadal tak pozostało. Veilore nie śpieszyło się na tamten świat, a każda chwila była dla niej cenna. Bez względu na obecny obraz rzeczywistości, cieszyła się życiem i tym, co ze sobą niosło – także wyzwaniami i wysiłkiem.
Podobno jesteś nieustraszoną Inkwizytorką? Nie powinnaś przypadkiem pałać silniejszą wolą walki i pragnieniem wygranej? – zapytała. Pewna znana jej panna już wrzałaby z chęci rzucenia się na przeciwnika, oczywiście od samego początku przewidując tylko zwycięstwo, wyzbywszy się natomiast wszelkich wątpliwości...

Hej! Zaczekaj! – Veilore zawołała za czarnowłosym dziewczęciem, które zdążyło już wyjść na zewnątrz. Obejrzała się jeszcze za siebie. Kot nadal leżał tam, gdzie ujrzała go po raz pierwszy. Nie przejmował się niczym, co działo się wokół niego. Naprawdę coś pojawiło się w parku? Zastanawiała się. Zwierzęta posiadają znacznie bardziej wyczulone zmysły, a ich instynkt nie dopuściłby do pozostania w miejscu zagrożonym katastrofą. Kocur nawet nie zjeżył sierści, a jego gibkie ciało spoczywało na belce rozluźnione, nie zaś sztywne. Coś groźnego wzburzyłoby niewielkie umysły fauny miejskich ogrodów, a przecież na niebie nie dostrzegła wznoszących się ptaków ani nie usłyszała bijących powietrze skrzydeł.
Zwróciła spojrzenie w kierunku wyjścia z altanki, po czym truchtem dogoniła milczącą nieznajomą – w końcu nie chciała stracić jej z oczu. Zbyt intensywna aura tajemnicy otaczała tę dziewczynę, żeby Veilore zdecydowała się zrezygnować ze swojego przedsięwzięcia, jakim miała być obserwacja... i ewentualnie pomoc, jeśli rzecz jasna byłaby w stanie jej udzielić.
Sięgnęła na tyły głowy i mocniej zacisnęła wstążkę, a potem opuściła ręce, jedną z dłoni układając na rękojeści przytroczonego do pasa ostrza, które odsłoniła uchylając skrawek swego płaszcza.
Przed sobą miały wewnętrzną krawędź pierścienia parku. Zbliżały się do niej z każdym krokiem. Ale czy rzeczywiście coś stamtąd je obserwowało? Przecież był środek nocy, księżyc, odkąd tu przybyła, chyba tylko raz wyjrzał zza powłoki chmur. W jaki sposób dziewczyna w szarym płaszczu dojrzała cokolwiek z takiej odległości i to jeszcze między konarami drzew?

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Desideria
Nieokreślony Twór
avatar

Liczba postów : 90
Join date : 13/11/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Czw Gru 10, 2015 9:42 am

Powinna? Nie. Ona nie była inkwi­zy­to­rem takim jakich szkolą. Była czymś zupeł­nie innym. Zaprze­cze­niem wszyst­kiego co znano, a zara­zem po czym można było spo­dzie­wać się wyuczo­nych zacho­wań… Po niej zaś nie można było spo­dzie­wać się niczego. Była jedną nie­wia­domą dla jakiej świat był jedy­nie złem koniecz­nym, a wszy­scy ludzie zda­wali się być tylko nie­po­trzeb­nym dodat­kiem. Jed­nak czego można było się spo­dzie­wać po kimś takim jak ona?
-Jeśli potra­fisz tak samo bie­gać jak wycią­gasz broń, to szy­kuj się– Ode­zwała się gdy tylko tamta zna­la­zła się przy niej i wierz­cie mi bądź nie lecz obec­ność innej żywej istoty spra­wiała jej deli­katną przy­jem­ność. Oczy­wi­ście pro­szę tutaj sobie nie myśleć, o jakiś dziw­nych rze­czach (tak do Cie­bie piję Dokuś) ponie­waż owe uczu­cie było tylko i wyłącz­nie spo­wo­do­wane tym iż nie musiała sama sta­wiać czoła cze­muś czego do końca nie potra­fiła zro­zu­mieć czy też roz­po­znać. Oczy­wi­ście owy kło­pot był rze­czą nie­zno­śną dla niej samej, a zara­zem dawał jej pewne infor­ma­cje jakie zaprzą­tały jej głowę. Sam wie­działa, że z wie­kiem wszystko się zmieni. Mówiono jej o tym lecz nie przy­pusz­czała, ze nastąpi to tak szybko… Jed­nak pomimo swych obiek­cji szła dalej ramię w ramię, z Vei mając nadzieję iż jest, to kolejna prze­szkoda do przej­ścia… Kolejna nic nie­zna­cząca chwila w jej życiu
Jak wielce się myliła…
Deszcz jak na złość nie prze­stał padać, a szum resz­tek jesz­cze nie opad­nię­tych liści spra­wiał iż ta spe­cy­ficzna melo­dia zda­wała się ukła­dać cały świat do snu… Nawet sam księ­życ nie miał zamiaru wyjść zza pie­rzyny, z chmur dzięki czemu ciem­ność zda­wała się być bar­dziej prze­raź­liwa niż wcze­śniej, a świat przy­po­mi­nał teraz jedną wielką nekro­po­lię dzięki ciszy… Spy­ta­cie jaka cisza? Prawda była taka iż od chwili gdy ujrzała, to coś w ciem­no­ści prze­stała odczu­wać odgło­sów mia­sta. Zda­wać się mogło iż cały świat zamarł, a ona pozo­stała tutaj pośród desz­czu i zgni­li­zny niczym ostatni pala­dyn mimo iż daleko było jej do tego tytułu czy podej­ścia, do świata…
-Było tutaj… Jesz­cze chwilę temu…– prze­mó­wiła wresz­cie jed­no­cze­śnie przy tym kła­dąc dło­nie na ręko­je­ściach szty­le­tów jakie oczy­wi­ście deli­kat­nie wycią­gnęła tak aby nie mar­no­wać czasu w razie kon­fron­ta­cji jakie oczy­wi­ście nie chciała prze­żyć… Tak. Jej chęć śmierci była tak silna iż marzyła wręcz o niej. Mogła by nawet pozwo­lić cze­mu­kol­wiek pozba­wić ją życia lecz nie skry­to­bój­czo, a w otwar­tym kon­flik­cie… Jed­nak, to co działo się tutaj było raczej tym pierw­szym. Sam wyczu­wała intruza. Dosko­nale wie­działa, że gdzieś tutaj jest. Obser­wu­jąc je. Jed­nak nawet świat był prze­ciwni niej w tej oto chwili.
-Nie wiem co to… – Mówiła cicho roz­glą­da­jąc sie przy tym bacz­nie po oto­cze­niu -Obser­wuje nas… Bawi się… – Dodała a przez jej twarz prze­mknął gry­mas jaki mógł zostać uznany za coś bar­dziej paskud­nego niż najbar­dziej ohydny uśmiech lecz czy tak naprawdę był nim? Nie, to tylko złu­dze­nie jak cała ta cisza oka­la­jąca mia­sto…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 160
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Sob Gru 12, 2015 3:04 am

Veilore patrzyła się przed siebie, próbując przeniknąć wzrokiem ciemność zalegającą między drzewami budującymi okrąg, otaczający ów niewielki skrawek ziemi ze znajdującą się pośrodku altanką – miejscem docelowym, w którym nie zrealizowały swych zamierzeń. Teraz oddalały się od drewnianej konstrukcji, nie odnajdując sensu w trwaniu pod jej dachem. A przynajmniej najemniczka nie miała czego już szukać w altance, gdyż z pierwszych planów nic nie wyszło. Natomiast ciekawość nakazywała jej nogom podążać śladem nieznajomej oraz obserwować jej poczynania i wszelkie nadzwyczajne wydarzenia, które mogłyby się rozegrać w tym opustoszałym zakątku.
Jeszcze nie wiemy, czy cokolwiek tam jest... – Zauważyła. W nocy wszystko zdaje się groźne, odrealnione i nietrudno coś pomylić z zupełnie czymś innym. – Kiedy tutaj szłam, latarnik zapalał lampy. Może to on? Ale nie chciał nam przeszkadzać? – rzekła, lecz było to jedynie branie pod uwagę różnych możliwości. Kobieta nie zamierzała uśpić swojej czujności. Mimo wszystko dobrze wiedziała, że świat nie jest taki bezpieczny, dlatego nie odrywała dłoni od rękojeści tkwiącego przy boku ostrza. Choć powątpiewała, aby jej zwykła broń przydała się do zapolowania na coś, co nie należy do tego świata... W każdym razie nawet bez czarownic i Koszmarów żadnego skrawka Ziemi nie sposób nazwać rajem. Jeden człowiek stanowił dla drugiego wystarczające zagrożenie.
...ale ostrożność nie zaszkodzi... – mruknęła cicho, kiedy dotarły do granicy tworzonej przez pierwsze, zwilżone wodą konary, a następnie wsunęły się między nie i zaczęły zagłębiać coraz dalej, aż widok altany prawie w całości zasłoniły drzewa.
Veilore przenosiła wzrok to z jednego fragmentu otoczenia na drugi, usiłując odnaleźć jakiś niepasujący element, zarys, próbujący schować się kształt albo działanie jakiejś mocy. Jednak nic podobnego nie ujawniło się niestety. Cokolwiek jej towarzyszka wypatrzyła albo musiało znaleźć sobie doskonałą kryjówkę, albo w rzeczywistości niczego tu nie było.
Jeśli ktoś lub coś tu stało, to raczej nie miało zamiaru czekać i powitać nas w uprzejmy sposób. – Spojrzała w chmurne niebo poprzekreślane krzyżującymi się gałęziami, po czym opuściła głowę do normalnej pozycji i wysunęła szablę z pochwy. A kiedy już broń znalazła się w jej lewej dłoni, kobieta zaczęła wodzić oczyma po podłożu.
Nie tkwiła w miejscu. Leniwym krokiem zaczęła się przechadzać raz tu a raz tam. Poszukiwała śladów, bo przecież jeśli coś żywego obserwowało je z tego miejsca, to po jego obecności powinny zostać jakieś poszlaki. Oczywiście nie dotyczyło to kreatur tworzących się ze śniących umysłów czarownic... ale przecież one nie mają nic wspólnego z istotami z krwi i kości.
Skąd ty to wszystko wiesz? Masz jakiś radar? – zapytała, znikając między kolejnymi drzewami i krzakami. Prawdę mówiąc ją samą ogarniało nieprzyjemne wrażenie, że czyiś wzrok przylepia się do niej. Działo się to w podobny sposób, jak ktoś zerknie ku napotykanej osobie, tak ta persona odruchowo i instynktownie obdarza obserwatora zainteresowaniem, upewniając się tym samym, że naprawdę czyjeś oczy wwiercały się w jej ciało. Jednakże w tym przypadku obie nie wiedziały, gdzie skierować własne ślepia. Nieznany im byt krył się, czaił – być może w oczekiwaniu na odpowiedni moment.
W pewnym momencie uwagę najemniczki przykuł fragment wilgotnego podłoża. Zrobiła parę kroków, oddalając się jeszcze bardziej od nieznajomej, aż w końcu pochyliła i sięgnęła ku stercie liści wymieszanej z błotem. Złapała w dłoń ułamaną gałązkę. Wtedy dostrzegła, że było ich więcej w różnej odległości... zbyt dużo jak na tak słaby wiatr. I dlaczego w takich ilościach nagromadziły się akurat na najbliższej im przestrzeni a nie dalej? Blondynka odnalazła szlak wyznaczony przez nienaturalnie złamane patyki. Wyglądało na to, że nie mogły zerwać się inaczej niż pod naciskiem o znacznej sile.
Wydaje mi się, że nie byłyśmy jedynymi gośćmi tego parku. Chyba masz rację. – powiedziała donośnie tak, aby czarnowłosa dziewczyna dosłyszała jej wypowiedź. Pozostawała jeszcze jedna kwestia do rozwiązania... Czy ów tajemniczy, nadprogramowy "spacerowicz" nadal przebywał w pierścieniu drzew? Veilore zastanawiała się, rozglądając raz po raz dookoła, ale ciągle idąc za połamanymi gałęziami. Długo nie musiała rozwiązywać tej zagadki.
Gdy patyki doprowadziły ją trochę inną drogą z powrotem w okolice paru metrów od inkwizytorki, jednocześnie atmosfera zagęściła się. W jednej chwili, w trakcie wykonywania kolejnego kroku, coś po jej lewej, około dwa metry nad głową, świsnęło w powietrzu.
Drzewa zatrzeszczały.
Uważaj! – zawołała bez zastanowienia.
Czemuś przeźroczystemu o mało nie udało się śmiertelnie przebić postaci w szarym płaszczu. Veilore aż zatrzymała się w szoku. Zakrwawiony kształt przypominający proste ostrze wyrwało się z ramienia inkwizytorki. Ciemny kształt, z którego skapywały krople krwi zaczynał nienaturalnie się oddalać, jakby płynął w powietrzu po łuku. Śledziła je, zanim posoka również nie stała się przeźroczysta jak sam skrytobójca... czy raczej – skrytobójczyni. Żadne jej wspomnienie nie ukazywało latających, zakrwawionych Koszmarów. One były bytami eterycznymi... A zresztą – po co miałby wprowadzać w życie podobny atak, skoro z pewnością dysponowałby potężną mocą? Nie poświęcając temu zagadnieniu zbyt wiele cennego czasu, zaciskając dłoń na rękojeści, pobiegła ku czarnowłosej dziewczynie.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Desideria
Nieokreślony Twór
avatar

Liczba postów : 90
Join date : 13/11/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Sob Gru 26, 2015 7:54 pm

jedna czwarta sekundy. Tyle trwa mrugnięcie oka. Tyle trwała nieuwaga...
Dla jednych, to tylko nieświadome mrugnięcie. Dla innych był, to zmarnowany czas, a dla Sam chwila w jakiej stała się ofiarą. Była, to chwila w jakiej poczuła przeraźliwy ból rozdzierający jej ciało oraz chwila gdy poczuła czyjś dotyk nie tylko w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą padł cios...
Ciszę jaka nastała przerwał metaliczny odgłos spadającego sztyletu na dróżkę co oznaczało tylko jedno. Dziewczyna w jednej sekundzie straciła poczucie czucia. Silny jak do tej pory uchwyt nagle rozluźnił się a ona sama nie wiedziała co sie dzieje. Przecież to była tylko chwila. Jedna czwarta sekundy. Drobnostka. Jednak ta delikatna zmiana sprawiła iż Sam poczuła ciepłą ciecz jaka wydobywała się, z jej ciała barwiąc przy tym jej czarne ubranie oraz szary płaszcz na piękny specyficzny kolor.
-Błąd...- delikatny szept padł, z ust Samaela w chwili gdy jej spokojne spojrzenie poruszało się za ostrzem jakie powoli wysuwało się z jej ramienia. Tak przynajmniej teraz postrzegała świat. Niczym coś otoczonego dziwną niewidzialną siłą spowalniającą wszelakie ruchy. Nawet jej samej. Dlatego właśnie miała czas aby zauważyć ten błąd. Dlatego miała czas aby poczuć zapach własnej krwi jaki sprawił iż powoli zaczynała rozumieć co się stało. Była ranna. Jednak nie martwa... To był właśnie ten błąd.
Żyła... Cios nie przeszył jej serca nie spełniając przy tym jej pragnienia jakie przyprowadziło ją tutaj. Pragnienia, o szybkim końcu oraz zmianie... Możliwe, że właśnie dlatego jej spojrzenie zaczęło się zmieniać, a źrenice rozszerzać na tyle by każdy spoglądający nań z boku mógł dostrzec brązowy ocean w miejscu gdzie jeszcze parę sekund temu było spokojne spojrzenie. Ocena jaki zdawał się pochłaniać tę chwilę. Kobieta opadła na kolana. Było, to zamierzone tak samo jak wszystko co teraz miała zamiar czynić. Nie mogła przecież pozwolić sobie na błąd czy utratę ostrza jakie było jej bliskie. Dlatego właśnie starała się je podnieść lecz, z marnym skutkiem. Dłoń zdawała się odmawiać posłuszeństwa co jeszcze bardziej wzmocniło, w niej gniew jaki narastał pozostawiając przy tym otwarte wrota dla jej siostry. Dla kogoś kogo nie powinno było się dopuszczać do świata tak zwanego żywych...
Nienawiść... To ona wypływała teraz, z rany dziewczyny i była tak samo mocna jak wiatr jaki nagle się zerwał. Ten jednak był inny niż wcześniejszy. W powietrzu dało wyczuć się chłód czy jak kto woli nadchodzącą zimę. Nie, nie tą jaką obie wyczuwały wcześniej lecz zupełnie coś innego. Coś co nie należało do naturalnego cyku życia, a wprost przeciwnie. Czyżby owy wiatr i powolny spadek temperatury, to wytwór napastnika? Jeśli tak to jaki miał w tym cel skoro cios jaki został wyprowadzony zdawał się należeć do kogoś kogo można określić mianem egzekutora? Spytacie jednak cóż działo się z Sam? Nic. Klęczała w miejscu gdzie jeszcze parę chwil wcześniej wyrwano jej kawał skóry i nie tylko. Klęczała jak gdyby wszystko, to co się dzieje było snem bądź dziełem chwilowym.
-Błąd... -Wyszeptała ponownie czując jak wszystko się zmienia. Przecież nie była tutaj sama. Był intruz oraz niechciany gość... Intruz był zapewne już przy niej lecz po co? Marnowała przecież cenny czas jaki mogła wykorzystać na przygotowanie strategii tak jak czyniła, to Samael... Czyżby intruz okazał się być naprawdę tylko białowłosą głupią dziewoją ?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 160
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Sob Sty 02, 2016 3:07 am

Dziś, pod nieprzeniknioną opończą pani nocy, razem z nimi obiema znajdowało się dodatkowe istnienie; jednostka, która stanowiła dla nich zagrożenie znacznie większe niż byle zbój w ciemnej uliczce. Ich przeciwnik był przygotowany i mimo niedopatrzenia jakie popełnił, tylko człowiek niedoświadczony nie dostrzegłby tego – tego, że napastnik musiał się kryć i czaić, obserwować od początku rozgrywające się w altance wydarzenia (może nawet od samego wstąpienia do parku? Któż to wiedział?). Nieco dokładniej rzecz ujmując, z pewnością szczególną uwagę poświęcił pannie w szarym płaszczu, wszakże została ona wybrana na pierwszą ofiarę. Veilore pozwoliłaby sobie odebrać protezę, jeśli spojrzenia czarownicy nie przykuł szary płaszcz z wyszytym symbolem Inkwizycji i tylko dlatego nie na nią spadł rozpoczynający starcie cios. Moment, w którym blondynka oddaliła się na tyle daleko, że byłoby zbyt późno na jakąkolwiek reakcję, zdawał się wręcz idealny do pozbycia się niebieskookiej wojowniczki.
Ale nie. Jak na razie była cała i to panna w szarym płaszczu otrzymała poważną ranę. Być może wiedźma uznała Veilore za mniejszy problem – taki, którym można zająć się później. Jednakże nie od dziś wiadomo, że niedocenianie przeciwnika samo w sobie jest błędem, zwłaszcza wtedy, gdy nic nie wie się osobie, z którą chce się skrzyżować ostrza.
Niewidzialność niedoszłej skrytobójczyni czyniła ją niebezpieczniejszą od tych wszystkich typów spod ciemnej gwiazdy. Ale Veilore również miała swoje za sobą. Żadna z niej zwykła najemniczka. Jako żołnierz wraz ze swoimi kompanami w oddziale walczyła w imieniu bezbronnych rodaków. Poświęciła temu kawał czasu, kiedy Inkwizycja dopiero się rozprzestrzeniała, a jej kraj nie był jeszcze objęty wpływami tej organizacji oraz później, gdy rosła pozycja zawodowo zwalczających czarownice. Walczyła dopóki nie odkryto jej płci, jednak doświadczenie, które zdążyła zdobyć, nie pozwalało jej teraz na zwątpienie we własne siły.
Gdy chwilę temu coś świsnęło w powietrzu, kobieta nie zauważyła żadnej postaci. Nic. A to rodziło znaczącą przewagę. Nawet inkwizytorce nie udało się całkowicie uniknąć zranienia. To znacznie komplikowało sprawę, w końcu trudniej walczyć z kimś, kogo się nie widzi... aczkolwiek nie było to całkowicie niemożliwe. Blondynka usłyszała tylko charakterystyczny dźwięk ciała mknącego przez stawiającą opór przestrzeń, a tło muzyczne tworzyło trzeszczenie gałęzi, z czego Veilore wywnioskowała, że czarownica prawdopodobnie czepia się ich jak cholerny pająk swojej pajęczyny.
Najemniczka czyjąś nadprzyrodzoną zdolność uznała za swego rodzaju przeszkodę, które tak bardzo lubiła przeskakiwać. Przepadała za wyzwaniami i kiedy ruszyła biegiem ku zranionej inkwizytorce, czuła już szybsze krążenie własnej krwi zwiastujące opanowywani ciała przez podekscytowanie przemieszane z lękiem oraz chęcią do działania, a ta rosła z upływem każdej kolejnej sekundy, niwelując odruch strachu. Owa mikstura wrażeń często towarzyszyła jej podczas paru lat służby w wojsku. Gdyby zaś ktoś stwierdził, że lubi ten szczególny rodzaj dreszczyku, Veilore nie zaprzeczyłaby temu faktowi.
...żyjesz!? – zawołała, będąc już tylko parę susów od tajemniczej nieznajomej. Ale wtedy rozległo się głośne uderzenie gdzieś wysoko. Przypominało jakby tupnięcie o drewnianą powierzchnię... Jasny gwint!
Padnij! Cholera! – Kobieta rzuciła się na klęczącą czarnowłosą dziewoją w odzieniu mocno nasiąkającym krwią i niemalże wbiła ją w miękką ziemię najmocniej jak się dało. Nieważne, że bolało! Sama też w tym samym czasie padła płasko na podłoże. W sekundę, a może nawet mniej, coś wytworzyło nad ich plecami podmuch powietrza.
Natychmiast po tym, jak niewidzialna postać je minęła, Veilore poderwała się z ziemi i pociągnęła za sobą ranną inkwizytorkę w stronę granicy tego niewielkiego zalesionego obszaru. Musiały wydostać się na otwartą przestrzeń, jako że nagromadzone drzewa dawały wiele miejsc do podparcia dla prędko poruszającej się czarownicy. Pajęczyna nie powstanie w pustce, a podmokła, lepka ziemia zdradzi położenie wroga. Tak samo jak deszcz. Biegła więc po stronie uszkodzonego ramienia nieznajomej, aby w razie czego od tej strony dziewczynę ubezpieczyć. I nasłuchiwała. I zaklinała w myślach los, aby nie pozwolił ulewie ustać.
Szum deszczu przerwało kolejne tupnięcie i trzeszczenie gałęzi. Szarpnęła inkwizytorkę w bok, a od przybywającego wraz z przeciwniczką ostrza oddzieliło je grubszy konar drzewa, na którym momentalnie powstała szpara, z której zaraz wyciekną soki rośliny. Ale o tym Vei już nie myślała. Co innego zaprzątało jej głowę. Przetrwanie. Zdobycie przewagi.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Desideria
Nieokreślony Twór
avatar

Liczba postów : 90
Join date : 13/11/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Sob Sty 02, 2016 1:23 pm

To tylko ciało. Tak można było podsumować w tej oto chwili postać klęczącą na ziemi. Była bowiem niczym innym jak tylko pustą powłoką ponieważ jej myśli oraz duch przebywały w innym wymiarze dzięki czemu ciało nie odczuwało żadnych bodźców ze świata zewnętrznego. Pustka, cisza, ciemność... Wszystko, to towarzyszyło Sam aż do chwili gdy poczuła kolejną falę bólu oraz uderzenie jakie okazało się być niczym innym jak kontaktem, z ziemią. Do nozdrzy kobiety dobiegł specyficzny zapach wilgotnej ziemi oraz zimno jakie przeszyło jej ciało tak samo silnie jak odczucie bólu czy też świst wiatru jaki zdawał się wygrywać specyficzną melodię słyszalną jedynie dla niej... Jednak czy to wszystko? Tak. Kobieta nie słyszała ani głosu swej towarzyszki ani kroków stawianych przez napastnika... Była ślepa oraz głucha na świat zewnętrzny. Ot skutek uboczny przerwania jej stanu.
Co jednak działo, się z jej ciałem pozbawianym racjonalnego myślenia? Tak naprawdę Sam było wszystko jedno. Tak naprawdę w tej chwili poddała się nieznajomej, o jakiej nic nie wiedziała. Jej zmysły rejestrowały ruch co oznaczało, ze przemieszcza się lecz nie mogła nic zrobić. Nadal bowiem jej zmysły były przytępione na tyle aby przez jakiś czas była odsłonięta całkowicie lecz, z czasem wszystko się zmienia...
Świst ostrza przelatującego obok niej był pierwszą rzeczą jaką usłyszała. Kolejną był odgłos wbijającego się ostrza w drzewo... To wystarczyło. Sam obróciła głowę w miejsce gdzie mogły stać. Jej spojrzenie wyrażało teraz więcej niż można było by zobaczyć kiedykolwiek. Przecież jej spojrzenie wręcz błyszczało, z radości jaką dawała jej ta sytuacja. Radości jaka zamieniła się w złość gdy tylko przesunęła go na swoją towarzyszkę jaka notabene mogła uratować jej życie. Owszem inni by się cieszyli lecz nie inkwizytorka.
-Będziesz przynętą- w chwili gdy wypowiadała te słowa szybko rozpięła klamrę trzymającą swój płaszcz po czym rzuciła go w jej stronę kontynuując -Kup mi trochę czasu, a dostaniesz intruza na tacy- Nic więcej nie powiedziała. Nie musiała. Przecież nie zdradzi jej całego swojego planu ani nie powie czego planuje. Nie w chwili gdy wiedziała jedno. Potrzebuje czasu, a go nie posiada dlatego też musi ją wykorzystać. Dlatego pragnęła zrobić, z niej ofiarę... Głos inkwizytorki dał jasno do zrozumienia Vei iż nie przyjmuje odmowy czy sprzeciwu, a nawet jeśli tamta miała by jakieś ale, to trudno...
Nie miały czasu na kłótnie oraz spory dlatego też dziewczyna zaraz po wydaniu poleceń ruszyła, w stronę gdzie drzewa przybierały na sile jak by była samobójcą... Jednak miała plan i liczyła na swoją towarzyszkę... Owszem przeczuwała, że ta wybierze otwartą przestrzeń lecz... No właśnie sama musiała znaleźć miejsce gdzie będzie mogła się skupić mając przy tym nadzieję iż nikt nie podażą jej śladem...
Czarnowłosa biegła przed siebie. Nie obracała się. Nie nasłuchiwała. Po prostu biegła by wreszcie zatrzymać się przy jednym, z bardziej spróchniałych drzew jakie lata swej świetności miało dawno za sobą. Była zmęczona. Każdy oddech był dla niej bolesny prawie tak samo jak ramię, z którego nadal wyciekała krew...
...Z każdą kolejna kroplą Sam odczuwała słabość jaka ogarniała jej ciało. jej zmysły przez chwilę skupiły się na otoczeniu. Cisza... Nagle została przerwana przez coś co mogło zostać odebrane przez nią za odgłosy pościgu, walki czy choćby odgłosy powolnie budzącego się życia w pięknej nocy miasta... Jednak, z każdą kolejna chwilą dziewczyna skupiała się na swym oddechu... Wdech, wydech... Samael czuła jak jej serce zwalnia, a wraz ze spokojem jaki ją ogarniał pojawiła się delikatna para wodna w wydychanym powietrzu...
Nadchodzi zima.
Temperatura odczuwalna zaczęła maleć drastycznie aż wreszcie każdy, z tu zebranych mógł ujrzeć pierwsze płatki śniegu spadające, z nieba. Jednak zaraz... Było, w tym coś dziwnego ponieważ gdyby w tej oto chwili ktoś wykorzystał tę chwile i spojrzał przed siebie zauważył by iż śnieg pada jedynie w tym konkretnym miejscu... Kolejne płatki śniegu spadały z wrodzoną sobie gracją na ziemie, a z każdą minutą było ich coraz więcej i więcej aż wreszcie pierwsze konary czy drzewa zostały okryte przez białą puchową kołdrę ukazującą świat, w zupełnie innej perspektywie...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 160
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Nie Sty 03, 2016 8:01 pm

Biegły, a właściwie świadomie pędziła tylko Veilore, kiedy w tym samym czasie nieznajoma była przez nią zmuszana do szaleńczego biegu. Podeszwy dwóch par butów wbijały się głęboko w podmokłą ziemię albo zagłębiały się w stosach przegniłych, ciemnobrązowych liści. Próbie wydostania się z niekorzystnego dla nich terenu towarzyszyły dźwięki łamiących się gałęzi pod ich stopami oraz nad głowami, gdzie na większych wysokościach poruszał się niewidzialny wróg.
Prawda... mogło być gorzej – ich głowy mogły już dawno toczyć się po podłożu odcięte przeźroczystym ostrzem. Plan czarownicy sam w sobie był dobry, a składało się na niego oczekiwanie na okazję do wprowadzenia go w życie, przygotowanie pola walki pod siebie, zaczajenie się oraz rozpoczęcie działań. Ale nie wszystko poszło po myśli skrytobójczyni. Nie udało się jej unicestwić ofiary za pierwszym razem, a przecież szansa, której nie wykorzystała w pełni, doprowadziła do tego, że kobieta w szarym płaszczu i Veilore były świadome zagrożenia i już rozpoczęły swego rodzaju starcie o zdobycie przewagi. Zaczynał się im rysować jakiś plan, natomiast z zamierzeń cichego pozbycia się dwóch osób nie pozostał nawet pył. No może jednak jakieś małe okruszki, bo jeszcze nie udało się do końca rozciąć pajęczych nici pułapki kryjącego się drapieżnika.
Veilore siłą rzeczy zatrzymała się za grubszym konarem, gdy ciągnięta przez nią dziewczyna odzyskała przytomność umysłu i stawiła opór. Złotowłosa najemniczka stanęła w miejscu i przyległa do grubego konaru plecami, kierując swe spojrzenie na swoją towarzyszkę, jednocześnie rozluźniając uchwyt na jej przedramieniu i otulającym go przemoczonym materiale. Zobaczyła w drugich oczach złość. Dlaczego? Uniosła lekko brwi, ale zaraz niebieskie oczy Vei również zaiskrzyły zdenerwowaniem. Panna w szarym płaszczu miała czelność obdarować ją gniewem za porwanie z głównej strefy zagrożenia? Dziewczyna mogła tam zginąć już na miejscu, gdyby ostrze czarownicy przeszyło ją nieco dalej! Jakby ważniejsze rzeczy nie zaprzątały myśli blondynki, to z chęcią paroma porządnymi szarpnięciami przypomniałaby inkwizytorce, kto uratował nie tylko jej życie, ale także honor. Bo z pewnością zostałaby zapamiętana jako "ta, która zginęła tragiczną śmiercią, dając się zajść od tyłu niczym żółtodziób w pierwszych miesiącach po ukończeniu kursu".
Wzięła parę głębszych oddechów, aby dotlenić płuca, które po tej krótkiej przerwie znowu zostaną przymuszone do pracy na najwyższych obrotach. Tutaj prawdopodobieństwo śmierci było dla wojowniczek wyższe. Nie powinny nawet się zatrzymywać.
Musimy biec dalej. Ona gdzieś tu jest – rzekła. "Przynętą!?" – Vei powtórzyła to sobie w myślach. Na bogów, którzy nie istnieją! Przecież wiedźma z pewnością je teraz widziała. Obserwowała! Jak miały zamienić się rolami?
Złapała płaszcz z niejakim obrzydzeniem, które akurat nie miało nic wspólnego z wsiąkniętą w materiał krwią. Nie pałała miłością do Inkwizycji, nigdy nie chciała wstępować do jej oddziałów i samo nałożenie na siebie jednego z charakterystycznych płaszczy wywołało w jej ciele nieprzyjemny dreszcz. Acz z drugiej strony przecież ranna dziewczyna nie będzie w stanie walczyć, nie w tak efektywny sposób, w jaki czyniłaby to, będąc sprawną w stu procentach. Uszkodzona ręka nie da pewnego uchwytu, a druga... Czy inkwizytorka była oburęczna? Dla Veilore używanie obu rąk w podobnym stopniu nie było trudnością, jedyną przeszkodę stanowiła proteza prawej dłoni. Mechanizm to nie prawdziwa, czująca tkanka, dlatego Vei bardziej przerzuciła się na lewą rękę.
Mam wrażenie, że to nie wyjdzie – powiedziała, zaznaczając swe obawy, po czym zarzuciła na siebie szary płaszcz, myśląc nad tym, ile z tej sceny widzi ich przeciwnik.
Gdy dłonie w rękawiczkach uporały się z klamrą inkwizycyjnego odzienia, Veilore przegnała z ust grymas. Zamiast niego posłała czarnowłosej uśmieszek.
No, lepiej na razie się gdzieś schowaj. Zajmę się czym trzeba.
Nim do końca rozbrzmiały ostatnie sylaby wypowiedzi, blondynka wznowiła swój bieg. Z początku wolniej, jakby jej zamiarem było skuszenie niewidzialnej wiedźmy czy też zwrócenie na siebie jej uwagi. Po paru sekundach nico przyspieszyła, ale nic się nie działo, co było nader niepokojące, choć powinna raczej cieszyć się, że w promieniu paru metrów nie znajduje się niewidzialny przeciwnik.
Veilore zwolniła i obejrzała się przez ramię. Niebieskie tęczówki skierowała najpierw na kształt mknący między drzewami, na nieznajomą, od której dostała płaszcz, a chwilę potem uniosła wzrok ku koronom drzew. Niektóre się uginały, niektóre nie, ale trzeszczenie i uderzenia o drewno jakby oddalały się, miast ciągnąć za nią. Zagryzła lekko wargę. No tak, na co czarownicy uganianie się za przebierańcem, kiedy prawdziwy inkwizytor zamierzał się oddalić w przeciwnym kierunku. Stało się tak, jak podejrzewała, więc zawróciła parę metrów, szablę zahaczając o dwa ostatnie palce i dobywając zza własnego wierzchniego odzienia dwa rewolwery.
Kobieta wypaliła z nich cztery razy w stronę poruszających się gałęzi w górze. Na oślep, bo przecież nie widziała swego przeciwnika, ale był to raczej ruch mający na celu przykuć do siebie zainteresowanie wiedźmy-skrytobójczyni. Czy zadziałało? Nie wiedziała. Przez parę sekund oczy najemniczki nie zarejestrowały żadnego skutku wystrzałów. Dopiero po chwili odgłosy zaczęły się zbliżać do niej, więc jeden z rewolwerów schowała do kabury i wznowiła bieg z szablą w lewej ręce i pistoletem w drugiej.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Malutki park
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Pomnik Piotrusia Pana
» Miejski park
» Park Promnitz
» Planten un Blomen
» Bryant Park

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Wishtown :: Miejskie ogrody-
Skocz do: