IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Malutki park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Sybille
Ofiara
avatar

Liczba postów : 60
Join date : 11/05/2013

PisanieTemat: Malutki park   Sob Sty 25, 2014 3:16 pm

First topic message reminder :

Niewielki obszar znajdujący się pod gołym niebem. Minimalnie zmieniono wizerunek tego miejsca, albowiem na tej przestrzeni pozostawiono drzewa i krzewy typowe dla położenia Wishtown. Cały park otacza ścieżka zrobiona z różnych odłamków szkła, należącego najprawdopodobniej do mieszkańców miasta. Tu i ówdzie znajdzie się ławeczkę. Na samym środku zielonego terenu postawiono osobliwą altankę.
♦ ♦ ♦
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Desideria
Nieokreślony Twór
avatar

Liczba postów : 82
Join date : 13/11/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Pon Sty 11, 2016 1:17 pm

To tylko chwila... Nic więcej.
Jednak ta drobna chwila dała jej czas by zadziałać. By na jakiś czas skupić się oraz zrobić coś co miało pomóc wszystkim znajdującym się tutaj. Owszem słyszała jak gałęzie uginają się pod ciężarem przeciwnika. Odgłos ten był coraz bliżej i bliżej... Przeciwnik jednak nie docenił tej dwójki. Popełnił błąd jakiego nie można było zignorować. Błędem tym było danie się wciągnąć w walkę na terenie jaki teoretycznie sprzyjał jedynie wiedźmie. Przecież, to ona atakowała ich z góry uważając iż obie staną się idealnymi ofiarami lecz teraz wszystko się zmieniło.
Inkwizytorka powoli stanęła na wyprostowanych nogach opierając się przy tym zdrową ręką o drzewo. Zmęczenie mieszało się z bólem lecz nie mogła teraz odpuścić. Musiała zakończyć to starcie nawet jeśli miała by dorobić się kolejnych ran. Wiedziała, że jest to gra warta świeczki dlatego też powolnym krokiem ruszyła w stronę, z jakiej dochodził odgłos zbliżającego się przeciwnika. Była szybka. Z każdą sekundą dystans między nimi malał. Sam dostrzegała już opadający śnieg, z konarów na jakich wcześniej stawiana była stopa egzekutora. Widziała bardzo dobrze jak ta zaczyna swe łowy pozostawiając przy tym widoczne ślady swej bytności. Wtem wszystko zaczęło się zmieniać. Odgłos wystrzału rozerwał ciszę panującą w tym miejscu. Był on niesiony przez wiatr dzięki czemu określenie czy został on oddany daleko czy blisko było wręcz niemożliwe przynajmniej dla niej... Nie dla Wiedźmy jaka ruszyła w stronę Vei. Skąd było, to wiadome? Cóż śnieg nie wybacza. Na nim bowiem można ujrzeć ślady poruszania się bądź też ślad czerwonej posoli jaka ozdobiła biel.
-Błąd- Wyszeptała podchodząc do miejsca gdzie jeszcze parę chwil wcześniej bytowała ich oponentka nie przejmując się przy tym faktem iż ta zainteresowała się teraz Vei. Dla Sam nie miało, to znaczenia ponieważ teraz już wiedziała jak należy postępować... Teraz, to one miały stać się łowcą, a nie ofiarą. Rolę się odwróciły... Przynajmniej na chwilę.
Co robiła w tej chwili Vei ze swoją urokliwą ofiarą z jaką miała się zaprzyjaźnić? Tego nie wiedział. Mogła tylko się domyślać, że ta walczy o swe przeżycie na różne sposoby... Inkwizytorka zaś przykucnęła nad kropą krwi i przez parę sekund przyglądała się jej. Po co? Nie dowiecie się tego na razie. Przecież ważniejszym był fakt iż wreszcie wstała na równe nogi i powoli zaczęła kroczyć za swym śladem. Zdawać się mogło iż nie śpieszy się, z pomocą. Wręcz czeka aż tamte powyrzynają się nawzajem lecz prawda była inna. Jej krok był spowolniony poprzez utratę krwi oraz manipulacje. Niosła ona przecież ze sobą ładunek śnieżny... Wraz, z nią bowiem przesuwał się płat śniegu
-Patrz pod nogi..!- Krzyknęła w stronę Vei gdy tylko ją zauważyła -Trafiłaś! - wykrzykując te słowa zdrową ręką sięgnęła do pasa przy jakim nadal miała przypięty rapier po matce. Uchwyciła jego rękojeść przy tym jednym szybkim ruchem obnażyła ostrze.
-Będe tego żałować- Wymamrotała pod nosem porzucając skupienie na rzecz sprintu w stronę Vei.
-Zmiana planów - Wyszeptała gdy znalazła się koło jej ramienia -Wystawiam się Ty zatop ostrze- Jej głos zdawał się być zmęczony oraz lekko ochrypnięty. Jednak nie dziwmy się. Nie przywykła do sprintu, a tym bardziej w takim stanie dlatego też wszystko wkoło zdawało sie być dla niej już jedynie iluzją... Świat jaki znała nabrał innych kolorów lecz nie przeszkadzało jej, to w tym aby szybko odnaleźć ostatnie miejsce w jakim mogła znajdować się wiedźma. Jakie było prawdopodobieństwo? Znikome jednak nie przeszkadzało jej to wcale. Ba z chęcią odezwała się prowokującym mrocznym tonem
-Powtórz, to... Tym razem postaraj się trafić w serce! - Prowokacja. Jedyna rzecz jak jej została. Przecież biedna nie będzie walczyć! Nie do tego była stworzona... I wierzcie bądź nie miała wielki żal do matki że nie nauczyła jej posługiwać się bronią tak dobrze... jednak czasu nie cofnie... chyba ze znajdzie kiedyś na to sposób...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 155
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Pią Sty 15, 2016 2:13 am

Vei za bardzo nie wiedziała, gdzie i po co oddala się nieznajoma, ale postanowiła sobie już na początku, że ta walka będzie również jej walką. W końcu to była Veilore, a z kolei takie bezpardonowe zaatakowanie kogoś, wyprowadzenie ciosu z zamiarem wydalenia na tamten świat niczego nieświadomej jednostki wybitnie świadczyło o czyimś zepsuciu, już nie mówiąc o złych intencjach, te wszak były oczywiste... Nie znała powodu, dla którego czarownica zaczaiła się akurat w tym miejscu i cóż uczyniła czarnowłosa kobieta (rzecz jasna poza obwieszczaniem wszystkim swojej przynależności do Inkwizycji), że w oczach tamtej zasłużyła sobie na śmierć. Jedno nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Niewidzialna wiedźma obrała je za swój cel, a one musiały wyjść z tego obronną ręką, co – o ile nie przegrają – niechybnie zakończy się zabiciem napastniczki. Ze złem trzeba walczyć, a nie wypuszczać je na wolność. Veilore nie pomyślała nawet o czymś takim. Za to jeszcze przez chwilę zastanawiała się, gdzie też znikła tajemnicza nieznajoma.
Czy skorzystała z okazji i uciekła? Blondynka wcale by się nie zdziwiła. Dla inkwizytorki byłoby to najlepsze rozwiązanie. Z taką raną szybko o wykrwawienie, a z niesprawną ręką i osłabieniem tylko zbędnie naraziłaby się na kolejne obrażenia.
A tymczasem biegła. Przebierała nogami tak szybko, jak tylko pozwalało jej rozmiękczone podłoże. Za plecami czuła od czasu do czasu gwałtowne powiewy wiatru, które chybiały przy każdej kolejnej próbie. Zapewne sterowanie swym lotem między drzewami nie było takie łatwe, ale jednak nadal nad głową miała pełno potencjalnych punktów podparcia. Przeciwniczka miała ich od wyboru do koloru.
Najemniczka zerknęła za siebie tylko na chwilę. Szlak, który przemierzała czarownica odznaczał się za każdym razem nienaturalnym uginaniem się gałęzi oddalonych od siebie minimum o cztery metry. Tak, coś koło tego. W przypadku mniejszej odległości niewidzialna kobieta nie wprawiłaby swego ciała w ruch o wystarczającej prędkości, który nadałby ciosowi odpowiedniej siły. A na tym właśnie, domyślała się Vei, polegał styl walki tego nadprzyrodzonego umysłu. Jego właścicielka musiała zaczepiać się o gałęzie czymś w rodzaju linek, których długość można w pełni kontrolować. Najlepiej jedną ręką. Ogólnie zaś rzecz ujmując, tłumaczyłoby to kiepską precyzję.
No chodź – myślała. – Na pewno jesteś nieźle spanikowana. Twój pomysł nie wypalił – komentowała w duchu i biegła. Nie był jej znany stan psychiczny przeciwniczki, ale w ten sposób pomagała umysłowi skupić się na problemie. Co można zrobić? Daleko jeszcze do tej ścieżki wokół parku? Zawsze wydawało się jej, że był mniejszy. Teraz zdawał się nie mieć końca.
A na otwartej przestrzeni znacznie łatwiej przyszłoby wykryć niewidzialną postać. Tam, gdzie wiedźma nie mogłaby użyć swego sprzętu, nogi trzeba byłoby postawić na ścieżce, która wskazałaby odciski przeźroczystych stóp. Pogoda jak najbardziej temu sprzyjała, w końcu przez nią wszystko podmokło... choć Vei musiała przyznać, że teraz zrobiło się nieco zimniej... a przecież pędziła, więc raczej powinna być zgrzana. Spadające z nieba krople deszczu również zanikałyby w pustą przestrzeń o kształcie istoty ludzkiej i dostrzeżenie jej stałoby się jeszcze łatwiejsze...
Tyle że... może lepiej nie tracić sił na szaleńczy bieg? No i odezwała się tamta inkwizytorka. Jednak nie oddaliła się od niebezpiecznego obszaru. Jak miło! Gorzej jeśli nieznajoma nie będzie potrafiła się obronić przy wykorzystaniu własnych, malejących sił.
Veilore rozejrzała się po podłożu, które stopniowo zaczynało pokrywać się cienką, białą powłoką. Kiedy to się stało? Nawet tego nie zauważyła... ale mniejsza. Nie to było najważniejsze. Kiedy podmuch wiatru się zbliżył, a kobieta odskoczyła nadążając z jego wcześniejszym wyczuciem, dostrzegła kilka kropek krwi na śniegu. Trafiła. Chociaż tyle dobrego.
Zerknęła na zrównującą się z nią czarnowłosą inkwizytorką. Posłała jej lekki uśmiech.
Witaj z powrotem. A myślałam, że gdzieś się schowasz – rzuciła w leśną przestrzeń.
Gdyby nie utrzymywała właśnie swego oddechu w ryzach, zapewne by prychnęła. Łatwo mówić o trafieniu, trudniej do niego doprowadzić. Wiedźma była latającym, niewidzialnym celem i ledwo dało się w odpowiednim momencie usunąć z jej drogi. Gałąź się ugnie, ale gdy najemniczka strzeli, przeciwnik będzie już w innym miejscu. Liczyły się ułamki sekund i naboje, bowiem amunicji nie posiadała w nieskończonych ilościach. W magazynkach obu rewolwerów mieściło się po sześć naboi. Po dwa już wystrzeliła. Pozostało cztery w każdym. Na ładowanie bębna nie było po prostu żadnych szans. Za mało czasu i za paskudna pogoda.
Rzuciła w stronę dziewczyny szary płaszcz.
Zwracam – wydyszała, po czym stanęła. Para wydostająca się z ust blondynki tworzyła niewielkie obłoczki, które szybko rozpływały się w powietrzu. Kobieta rozglądała się i nasłuchiwała. Gdzieś zatrzeszczało drzewo. Odwróciła się w tamtą stronę, trzymając w gotowości i jeden ze swoich rewolwerów i szablę.
W pięści zaciskającej się na rękojeści ostrza trzymała skrawek materiału, który zdążyła wyszarpać wcześniej podczas krótkiego zetknięcia się z nadlatującą wiedźmą, jeszcze przed powrotem nieznajomej. Poszarpana tkanina, gdyby nie ciemność, byłay ciemnoniebieska niczym niebo przed nastaniem prawdziwej nocy.
Przybywa... – szepnęła, jeszcze w tej sekundzie, w której był na to czas. Dźwięk przedzierania się przez powietrze wzmacniał się, ale stała w niemalże bezruchu. Aż nie okazało się, że wiedźma celuje w drugą wojowniczkę. Niewidzialne ciało przemknęło obok niej, wytwarzając niewielki podmuch.
Veilore błyskawicznie się odwróciła i wystrzeliła z rewolweru dwa razy. Nie trafiła. Ewentualnie nabój nieszkodliwie drasnął napastniczkę, ale...
...obłok dymu, który wydobył się wraz z wystrzałami, na chwilę ukazał sylwetkę. Skoczyła na nią. Uderzyła ciałem w niewidzialny kształt. Kobieta nie wiedziała, czy wiedźma zdążyła dodatkowo uszkodzić inkwizytorkę, ale schwytała kogoś... czy raczej powaliła. I ów ktoś próbował się wyrwać.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Desideria
Nieokreślony Twór
avatar

Liczba postów : 82
Join date : 13/11/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Pią Sty 15, 2016 8:46 pm

Ciało obumierało. Każdy ruch zdawał się być ociężały oraz ospały, a chwile płynące dla wielu, z zawrotną szybkością były dla niej jedynie wieloma tygodniami. Świat natomiast zdawał się rozmywać. Powoli lecz skutecznie. Najpierw zaczęło się niewinnie. Delikatnie skaczący obraz... Z czasem oraz wysiłkiem włożonym w utrzymanie takiej pogody obraz zaczął przybierać bardziej wyraz morza rozbijającego się o zimne skały. Wszystko było zbyt wyraźne. Każda nawet najmniejsza rzecz zdawała się atakować jej zmysły mimo iż nie potrafiła już odróżnić powiewu powietrza, od spadającego płatka śniegu.
Mimo wszystko grała na zwłokę wiedząc, że manipulacja przestaje działać. grała aby ściągnąć na siebie uwagę tylko i wyłącznie po to aby Vei mogła wymierzyć cios. Taki był plan... Czy się udał?
Nie, nie wiedziała. Wszystko, to co się działo w tamtej chwili dochodziło do niej, z w zwolnionym tempie dzięki czemu Sam nie była niczego pewna... Czy tamta trafiła? Czy może wiedźma ponownie przeszyła jej ciało? Nie, nie wiedziała. Jedyne co tak naprawdę rejestrował jej organizm w tej chwili, to chłód oraz przerażające zmęczenie nakazujące wreszcie zamknąć obolałe oczy jednocześnie przy tym ignorując wszystko inne. Ból? Jaki Ból? Sam nie czuła już bólu ani ciepła jakie jeszcze parę chwil temu było takie przyjemne... wręcz rozleniwiające. Teraz wszystko było inne...
-Odpocznij...- Nagle niczym, zza grobu doszedł ku niej ten głos. Znajomy, przyjemny, kojący. Głos należący do niej samej. Jednak tylko Sam wiedziała, że jest to osoba jakiej może zaufać... Jaka nie musi wypowiadać dalszej cześć słów jakie zapewne brzmiały by zajmę się tobą... Wiele razy już, to słyszała... Ta myśl przywołała wspomnienie i zapewne przesunęła by teraz palcem po swym udzie gdyby nie fakt iz nie była wstanie tego uczynić. Trudno. Wtedy też się nią zajęła. Wtedy też mogła odpocząć...
Kobieta powoli zamknęła ociężałe powieki. Tylko na chwilę. Zaraz potem na nowo je otwarła lecz tym razem spojrzenie jakie mogły ujrzeć wprawny obserwator było czarne niczym bezgwieździsta noc.
-Za twoje przewinienia...- Ciche lecz dobitne słowa przyszły na świat będąc wydane przez jej struny głosowe. Głos ten jednak zdawał się być odrobinę inny. Nie dało się wyczuć w nim ani zmęczenia ani także spokoju jaki do tej pory towarzyszył Sam. Był on po prostu zimny. Jeszcze bardziej przenikliwy niż chłód jaki powoli zaczynał zanikać dzięki czemu śnieg jaki do tej pory zalegał na ziemi, z wolna zaczynał się topić. Sam, to jednak nie przeszkadzało, a wprost przeciwnie.
-...Skazuję cię na śmierć- Inkwizytorka podeszła do szamoczących się osób i nie czekając na reakcję Vei czy choćby jakiekolwiek pytanie szybkim zdecydowanym ciosem wbiła ostrze rapiera tam gdzie powinna się teraz znajdować czaszka wiedźmy. Jeśli nie trafiła mówi się trudno. Wyrok został wydany więc zapewne sama Vei wykona go bez szemrania. Jeśli natomiast trafiła... resztki śniegu zostaną zabarwione czerwienią, z szybka uchodzącą z martwego już ciała wiedźmy. Ciała jakie nie powie po co tutaj była ani dlaczego pragnęła śmierci Sam. Nie, nie zdradzi jej przed światem...
Jednak nie ważnym jest, co się stało. Ważnym natomiast jest fakt iż Inkwizytorka zaraz, po tym zdarzeniu zamknęła ponownie powieki lecz tym razem nie otwarła ich z powrotem... Nie miała już siły, a ciało jej padło bezwładnie na ziemię. Żaden człowiek przecież nie jest wstanie funkcjonować gdy ucieka, z niego życie a tak było w przypadku Sam. Życiodajna krew ulatywała, z niej wraz z każdą kolejną sekundą... Jednak nie było, to ważne. Nie dla niej...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 155
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Malutki park   Pon Sty 18, 2016 3:43 am

Błoto z przegniłymi liśćmi mieszało się ze śniegiem, tworząc obrzydliwą, brązową i chłodną breję w miejscu, gdzie szarpały się Veilore i czarownica. Druga z postaci w tym splocie próbowała wyrwać się pierwszej, wydostać spod przyciskającego ją ciała blondynki, która starała się tak ustawić nadgarstek i dłoń trzymającą rewolwer, aby przezwyciężyć irytująco wymachującą rękę wiedźmy, chcącej powstrzymać jakoś kierującą się w jej stronę lufę.
Warknęła coś, zapewne jakieś przekleństwo. Gdyby teraz puściła dziewczynę, aby dopomóc sobie w odepchnięciu jej ramienia, przeciwniczce udałoby się wyślizgnąć spod niej i może nawet uciec. Vei nie mogła pozwolić sobie na osłabienie uścisku i naporu ciała, ale niewskazane byłoby również ciągłe wiązanie nadziei z dobrym wycelowaniem do czarownicy z broni. Bezsensownie marnowałaby siły, kiedy tamta próbowałaby coś uknuć, żeby zwalić z siebie najemniczkę.
Na szczęście znalazła się dodatkowa para członków. Nie, nie wyrosły jej z pleców, wszakże nie była żadnym mutantem, wyróżniała się ewentualnie protezą. Interwencję nieznajomej w szarym płaszczu spostrzegła dopiero wtedy, gdy w kąciku oka jej zmysł wzroku zarejestrował srebrzystą smugę.
Kobieta wstrzymała w płucach powietrze. Kształt błyskawicznie się zatrzymał, a jego koniec wbił w przytrzymywaną wiedźmę, z której ust dobył się osłabiony, krótki krzyk, jakiego powodem było przedziurawione gardło – bo tam właśnie trafiło ostrze inkwizytorki, w szyję, niewiele pod podbródkiem. Z pozostawionego nakłucia zaczęła intensywnie sączyć się krew. Lepka, soczyście czerwona posoka wypływała z wydrążonej dziury, aczkolwiek czarownica przez chwilę jeszcze wierzgała, ale owe ruchy stawały się coraz słabsze. Nie miała już żadnych szans. Ręka, która tak bardzo przeszkadzała Veilore opadła na ziemię, a do oczu przeciwniczki nabiegła złość i rozpacz.
Moment później najemniczka usłyszała głośny dźwięk osuwającego się na podłoże ciała i wtedy przypomniała sobie, że nieznajoma została poważnie ranna.
A niech to... – wysyczała przez zaciśnięte zęby. Coś trzeba z tym zrobić, ale najpierw...
Veilore podniosła się z wiedźmy, stanęła wyprostowana, po czym wypaliła dwa razy w głowę dygoczącej, duszącej się przeciwniczki. Nastąpiło ostatnie drgnięcie i już duch całkowicie opuścił śmiertelnie ranioną, nierozsądną czarownicę.
Kiedy blondynka przykucnęła przy dziewczynie w szarym płaszczu, zagryzła lekko wargę. Mokra plama na odzieniu wojowniczki nie wróżyła dobrze. Musiała mocno krwawić... Ułożyła zemdlone ciało czarnowłosej w lepszej pozycji, po czym zerwała z czarownicy opończę i podarła ją na pasy, którymi zaczęła przewiązywać ramię towarzyszki w walce. Nie zapomniała również o rapierze. Włożyła broń do pochwy u boku poszkodowanej. Dobrze wiedziała, jak ważna może być dla wojownika jego broń.
W kolejnym etapie pomocy przewiesiła sobie ręce nieprzytomnej przez barki.
Pomóż mi trochę, muszę cię jakoś złapać... – mruknęła, choć zdawała sobie sprawę, że dziewczyna jej raczej nie usłyszy, a jeśli nawet – to nie zrozumie.
Kiedy zdołała ją i siebie podnieść do pionu, pociągnęła inkwizytorkę w stronę drzewa, do którego przyparła ją, dociskając plecami i pośladkami, w tym czasie starając się sięgnąć rękoma jej wiotkich ud.
W końcu się to udało. Na szczęście. Przecież nie mogła poszkodowanej tak tu zostawić, aby zdechła w błocie niczym zwierzęce truchło.
No... – Veilore wypuściła powietrze w momencie, w którym objęła mocno górną część nóg dziewczyny. Teraz najemniczka mogła stabilnie unieść ją na plecach. I wreszcie odejść z tego miejsca... dotrzeć tam, gdzie będą w stanie pomóc rannej.

ZT x2 -> ciąg dalszy APTEKA

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Malutki park   Nie Lip 03, 2016 8:40 pm

W parku zawitał dość niecodzienny gość. Rudy grabarz nie był typem człowieka, który lubi często opuszczać zacisze swojego mieszkania, w którym mógł odciąć się od reszty ludzi, a przy tym całego syfu, który niosą ze sobą. O wiele bardziej preferował godzinami przesiadywanie w swoim fotelu, rozmyślając o tym jaki to jest szczęśliwy, że nie musi już więcej nikogo widzieć i może w spokoju poczytać książkę, napić się whisky, a przy tym pieścić Bethanię siedzącą na jego kolanach. Tak miał w zwyczaju robić, lecz dzisiejszy dzień był jednak wyjątkiem od reguły. Ostatnio w pracy wydarzyło się parę rzeczy, które... Powiedzmy, że niepotrzebnie zaśmiecały mu umysł i wiedział, że jak dziś będzie siedział w domu to nie skończy się tylko na jednej szklance jego ulubionego trunku. Nie mógł przecież do tego dopuścić. Jeszcze tak się nie stoczył, by przychodzić do pracy wstawiony. Ostatnimi czasami jednak nie potrafił się "zdystansować" i jak on mawiał miał "chwilę słabości" co kończyło się zazwyczaj opróżnieniem całej butelki, lub dwóch, a później cóż... działy się rzeczy o których sam woli nie myśleć. Musiał więc dziś znaleźć sobie inne zajęcie, a najlepiej takie trzymające go z dala od alkoholu.
Miał parę rzeczy do załatwienia w mieście. Jakieś zakupy do, których przygotowywał się ładne dwie godziny, by sporządzić dokładną listę i jak najbardziej wydajny plan trasy. Dzięki temu już samo wyjście zajęło mu śmiesznie mało czasu. Jeszcze przed południem miał już wszystko załatwione. Nie mógł sobie pozwolić na bycie niczym nie zajętym, a przy tym pogrążaniu się w swoich rozmyślaniach jeszcze bardziej, bo wiedział, że nie skończy się to dobrze.
Jakoś tak zawędrował do parku. Właściwie tak nie wiedział dokładnie po co. Atmosfera parku sprzyjała zadumaniu, a nie na tym mu zależało w tym momencie. Może liczył na to, że nie będzie tam tylu ludzi co na mieście? Szedł tak po ścieżce ze szkła i wyraźnie niepocieszony spoglądał w niebo. Było szaro i pochmurnie, czyli tak samo jak wtedy, kiedy wychodził z domu. Wyglądało jakby zaraz miało się rozpadać, a nie mogło. Trochę go to irytowało, ponieważ jak taki głupek łaził z parasolem, który otwierał tylko na parę sekund, jak tylko zaczynało mżyć, a później musiał go chować, bo zaraz przestawało. Istne utrapienie, ale co zrobisz? Matthew nie cierpiał mieć mokrych ubrań, do tego stopnia, że nie obchodziło go to, że wyglądał jak debil starając się tego uniknąć.
Udało mu się zawędrować nawet do altanki, w której nikogo nie było. Jak widać normalny pan i pani typowy mieszkaniec Wishtown również stwierdzili, że dzisiaj będzie padać i darują sobie umizgi w altance. Jak cudownie. Nie dość, że znalazł sobie miejsce gdzie będzie mógł sobie w spokoju zapalić, to jeszcze nikt nie będzie go widział z wypchaną torbą z zakupami, co go w dziwny sposób krępowało.
Wyciągnął więc swoją fajkę, ugniótł w niej tytoń, a przy tym wielce niepocieszony stwierdził, że musi się w niego zaopatrzyć i odpalił. Zaciągnął się. Pokręcił głową widząc mokrą ławkę, przez którą musiał stać i wbił wzrok w zwilżone lekkim deszczem drzewa. Ogarnęło go dziwne uczucie. Nie mógł do końca sprecyzować co to było, ale najbliżej była lekka melancholia. Chyba dziś będzie musiał dać za wygraną swojemu durnemu poczuciu winy i wróci do czym prędzej do domu do swojej ukochanej butelki whisky. Tylko na to miał w tej chwili ochotę.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rosaline
Różyczka
avatar

Liczba postów : 90
Join date : 25/01/2014

PisanieTemat: Re: Malutki park   Czw Lip 14, 2016 9:16 pm

Jaki wspaniały dzionek! Po prostu idealny na spacerek po parku!

Z takiego założenia – jak bardzo antagonistycznego do punktu widzenia pewnego rudzielca – wychodziła inna osóbka o jeszcze bardziej nietypowym kolorze włosów. Nasza mała Różyczka oczywiście. Znużona siedzeniem w domu i doglądaniem sióstr, a skuszona pierwszymi letnimi promykami słońca, zdecydowała się opuścić dom rodzinny w celu dotlenienia się – ot tak dla zdrowotności, jak to zwykł mówić jej ojciec. Co prawda dla niego szczytem dbania o rzeczoną zdrowotność było kopcenie fajki na przydomowym ogródku – no ale, przynajmniej mówił dość rozsądnie.

Gdy dotarła do parku, pogoda ją srogo rozczarowała. Kilkanaście minut temu, kiedy opuszczała dom, niebo było ładne, czyste i nic nie wskazywało, by miał lunąć deszcz. Ale teraz niegdyś błękitny nieboskłon nabrał niepokojąco zszarzałego odcienia, a do tego zdecydował na odgrodzenie się od reszty świata grubą warstwą chmur. Rose zmarszczyła nos. Nie po to się tutaj targała, aby zaczęło tak nagle, samo z siebie – o zgrozo, padać. Niby odbębniła już spacer, ale moknąć nie zamierzała. A jakby była burza… Chowanie się pod drzewami to najprostszy sposób na samobójstwo w takich okolicznościach… W sumie to romantyczne. Taka śmierć… Jak Romeo i Brzoza. Jednym, krótkim do tego słowem – odlot. Czysty odlot!

Mimo narastającej świadomości, że jak lunie deszcz, to w towarzystwie piorunów, nie zrezygnowała jednak ze spaceru – wręcz przeciwnie. Maszerowała dzielnie ścieżką, jednak z żołnierską czujnością przyglądając się niebu, posyłając w jego stronę co jakiś czas ostrzegawcze spojrzenie, zupełnie jakby chciała przekazać sklepieniu niebieskiemu, że jak choćby jedna kropelka wody spadnie jej na nos, a niebo przetnie chociaż jedna błyskawica, Rosia tak mu nakopie do tyłka, że nie będzie wiedziało, gdzie tęcza ma początek, a gdzie koniec. Ma moknięcie w żadnej postaci nie miała ochoty – co się więc Rosi dziwić? Hm, może na przykład temu, że nie wiem… Nie wzięła ze sobą parasola?

Tak przykładowo, pff.

Co jakiś czas zbaczała ze ścieżki w celu zerwania kwiatków, które wolno sobie rosły i tu i ówdzie. Owszem, bała się, że dostanie reprymendę, ale przecież one rosły tu dla każdego… A i tak kiedyś zwiędną… Więc czemu nie mogą pocieszyć przez ten jeden dzień oczu Różyczki robiąc za jej wianek? Dużo tu ich nie było… Kaczeńce, stokrotki, kwitnąca koniczyna… Zwykłe kwiatki, ale przynajmniej ładne. Najbardziej lubiła pleść wianki z koniczyny właśnie, a to przez wzgląd na jej ciekawe zabarwienie. Taka ciekawostka o Rosi.

Kwiatki ładowała wręcz hurtowo do sukienki, którą przytrzymała tak, by mogła coś ukryć pomiędzy jej falbanami. Pozostało tylko znaleźć dogodne miejsce, w którym mogłaby przysiąść i przystąpić do produkcji. I właśnie dlatego ucieszyła się, gdy znalazła altankę. Niestety, ktoś w niej był… Ale hej, nie powinno być to chyba problemem… Nadęła lekko policzki i przyspieszyła kroku, starając się jednocześnie upuścić jak najmniej kwiatków.

Akuku! – zawołała radośnie do rudzielca. Bo kto normalny mówi „dzień dobry”? Na pewno nie Rosie. Takie zwroty są dla słabych! – Nie będzie problemu, jak usiądę sobie w pańskim towarzystwie? – spytała się uprzejmie. – Nie chcę panu przeszkadzać, po prostu… Pod altanką jest chyba najlepsze miejsce na robienie wianków! – paplała radośnie, nadal stojąc przed altanką i nie zdając sobie kompletnie sprawy, że choć nie chciała przeszkadzać Mattowi, właśnie zrobiła to swoim niemalże dziecięcym gawożeniem.


___________________
MyśliMowa

karta postaciinformacjeposzukiwaniarelacjewarsztat
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Malutki park   Wto Sie 02, 2016 2:53 am

Chroniony przed mżawką w altance, stał jak taki kołek i gapił się w przestrzeń. Niebo nadal było szare, a reszta świata jakby chcąc się mu przypodobać, również odrzuciła swoje barwy. Cała ta aura wprowadzała go w przygnębiający nastrój, co mogło się wydawać wręcz fatalne mając na uwadze, że wyszedł z domu tylko po to, by nie czuć przygnębienia, ale ten cały brak jakiegokolwiek klującego w oczy koloru był dziwnie kojący. Można było również dosłyszeć śpiew ptaków, które jak widać nie miały w naturze przerywać swoich codziennych rytuałów ze względu na jakiś tam deszcz, co potęgowało w nim jeszcze to słodko-gorzkie uczucie. Przedziwne jak takie nieistotne rzezy mogą tak zadziałać na człowieka, było to wręcz żałosne, ale zamiast się nad tym zastanawiać wolał się porwać temu błogiemu, z lekka melancholijnemu uczuciu spokoju. Nic nie było w stanie wyprowadzić już z tego stanu... no chyba, że znalazłaby się tu nagle jakaś różowo-włosa istota, która za cel w życiu postawiłby sobie brutalne wyrwanie z tej chwili.
Wyraźnie zdziwiony opuścił wzrok na niewielką osóbkę stojącą tuż obok i uniósł brwi w dezaprobacie.  Nie sposób było nie rozpoznać ów dziewczęcia, bo był to nikt inny jak tylko krawcowa, u której zwykł zamawiać swoje odzienie. Doprawdy osobliwa persona, ale że czerpał korzyści ze znajomości z nią i utrzymywania w miarę dobrych stosunków, postanowił ugryźć się w język i nie komentować jej infantylnego zachowania, a jedynie się uśmiechnął i co było niesłychane, nie był to jeden z jego wyraźnie złośliwych uśmiechów, choć bardziej uważny obserwator mógłby się dopatrzeć sporych pokładów ironii.
- Moje uszanowanie panno Endeavour. - Ukłonił się, zdejmując przy tym cylinder. - Ależ skądże, będę iście zaszczycony panny towarzystwem. Nie wiem skąd u panny to przeświadczenie, że mogłaby mi panna w jakikolwiek sposób przeszkadzać. - odparł prostując się. Wypuścił dum z ust i z lekkim rozbawieniem (oraz politowaniem) począł się przyglądać Rosaline. - Z całym szacunkiem panno Endeavour, ale stanowczo odradzam siadanie na którąkolwiek z tych oto ławek, iż zakładam, że nie ma panna ochoty pobrudzić swojej sukni. Z resztą, czy nie są to kwiaty z parku?Zdaje sobie sprawę panna, że nie jest to zgodne z prawem, a ja jako przedstawiciel władz, jestem zmuszony odprowadzić pannę na przesłuchanie? - Kpił sobie z niej, ale po prostu nie mógł się powstrzymać.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Malutki park
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Pomnik Piotrusia Pana
» Miejski park
» Park Promnitz
» Planten un Blomen
» Bryant Park

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Wishtown :: Miejskie ogrody-
Skocz do: