IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Główna sala

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 183
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Główna sala   Wto Sie 25, 2015 4:59 pm

First topic message reminder :



Ostatnio zmieniony przez Veilore dnia Nie Lut 21, 2016 9:17 pm, w całości zmieniany 5 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t161-veilore-silver-hand

AutorWiadomość
Lisbeth De'nar
Mała piromanka
avatar

Liczba postów : 51
Join date : 07/01/2016

PisanieTemat: Re: Główna sala   Wto Wrz 04, 2018 4:50 pm

Czy to ważne ile miała lat? Lizze nigdy nie zastanawiała się nad tym ponieważ tak naprawdę nie wiedziała kiedy nastał ten dzień w jakim pojawiła się śród żywych. Nie wiedziała ile już czasu upłynęło, a tym bardziej teraz gdy wróciła po długiej podróży. Podróży jaka odmieniła ją. Nie była już tą samą naiwną dziewczynka jaką pamiętała Ast ani zagubioną jaką znała Vei. Była w końcu sobą. Odnalazła ukojenie, a zarazem zmieniła się na tyle by wszystkich zaskoczyć. Teraz jednak pochłonięta była swoją towarzyszką na tyle aby zapomnieć o trzech dniach jakie jej pozostały. Była wstanie zapomnieć o wszystkim co ją otaczało tylko i wyłącznie dla rozmowy z kimś kto nie oceniał. Brak sądów był bowiem czymś czego potrzebowała. Była przecież sobą. Była na tyle wolna aby móc rządzić własnym życiem.
Na pytanie kobiety jedynie odparła uśmiechem. Przecież uczucia bywają przeróżne. Jako były bard znała ich wiele. Umiała nazwać lecz nie odczuwała ich. Była wręcz pozbawiona odczuć poza paroma jakie nie uleciały z jej duszy. Jakie pozostały, a zarazem przyciągały ją do tego miejsca oraz czasu. Zapewne młoda nadal pozostała by sama ze swoimi myślami gdyby nie szybko dotyk jaki wyrwał ją z zamysłu oraz szybkość jaka towarzyszyła tańcu. Taniec. On zawsze nosił za sobą ładunki emocji i wierzcie mi bądź nie lecz Lizze dała się im ponieść. Dała oczarować się chwili. Szybkości z jaką obraz przesuwał się przed jej oczyma oraz osobie na jakiej skupiła swój wzrok. Była ona przecież punktem odniesienia niczym kompas dla żeglarza. Była czymś co sprawiało iż na chwilę dziewczę zapomniało ze musi żyć.
Muzyka.
Ruchy.
Głosy.
Zapach.
Ten ostatni był niczym narkotyk. Był czymś co uderzył w jej nozdrza w chwili gdy owa nieznajoma przybliżyła się na tyle by dało się usłyszeć jej słowa. Imię.
-Nigdy nie zdradzaj imienia o Pani- Odrzekła zaraz gdy ta zdradziła swe. Czy Fanny była głupia? Według Lizze była lekkomyślna, a zarazem taka lekka? Zabawne. W tańcu każdy zdaje się być kimś innym. Wszystkie mięśnie przecież krzyczą!
-Twe ciało zdradza opowieść...- Tym razem, to Lizze nachyliła się ku niej aby wypowiedzieć te słowa jednocześnie również poddając się muzyce a raczej jej. Dała się bowiem przez pierwszą cześć tańca prowadzić do pewnego momentu. Tym momentem była chwila wypowiedzenia owych słów po których pozwoliła sobie przejąć inicjatywę, a co za tym idzie przez parę sekund potraktowała Fanny niczym małą marionetkę mieszczącą sie w jej rękach. Marionetkę dla której pozwoliła sobie odkryć chwilę emocji. Emocji ukazujących niezależność a zarazem delikatność emocji wypisanych na swym ciele oraz spojrzeniu, któremu to było dane widzieć wiele. Znajome twarze. Były teraz dlań niczym. Były jedynie mgłą spowijającą rufę. Liczyła się bowiem chwila. Chwila w jakiej zapomina o tym kim jest.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fanny
Hipnotyzerka
avatar

Liczba postów : 307
Join date : 16/10/2016

PisanieTemat: Re: Główna sala   Pon Wrz 10, 2018 5:41 pm

Fanny czuła się doskonale jedynie w dwóch sytuacjach: kiedy tańczyła oraz kiedy śpiewała, chociaż to ostatnie robiła dosyć rzadko. Przynajmniej od pewnego czasu. Niemniej jednak taniec sprawiał, że była w stanie zapomnieć o wszystkim co ją dręczyło, co wyciągało z niej jakąkolwiek radość z życia. Tańczyła, by zapomnieć. A skoro jej się to udało, to mogła się dobrze bawić. Dlatego też, gdy teraz tańczyła na parkiecie z nieznajomą to uśmiechała się szeroko, a sukienka wirowała w rytm muzyki. Gdy została zrugana za przedstawienie się, to zdziwiła się lekko. Zatrzymała się na chwilę w tańcu, by ponownie jednak ruszyć w rytm muzyki.
- A to dlaczego? Przecież nic nam tutaj nie grozi! To moja impreza w końcu. - powiedziała. Dzisiaj jej rozsądne myślenie miało się ograniczyć tylko do nie używania mocy. Co do reszty, nie zamierzała się ograniczać w zabawie pod żadnym względem. Na usłyszany komplement podziękowała uśmiechając się przy okazji szerzej. Podobało jej się to, że była komplementowana, że ktoś dał się porwać jej tańcowi i oddawał się temu z podobną pasją co ona. Wtedy to też poczuła, jak inicjatywę przejmowała nieznajoma. Ponownie dała się zaskoczyć, ale nie protestowała. Dała się poprowadzić wedle woli drugiej osoby, zwłaszcza, iż dostrzegła, że tamta co nieco zna się na rzeczy jeśli chodzi o tę formę zabawy. W szaleńczym pędzie Fanny od czasu do czasu wpadała na różnych ludzi, chociaż zawsze przepraszała. Niemniej jednak, mimo iż zabawa była przednia, to jednak odczuwała coraz silniej skutki tego tańca. Coraz bardziej dyszała, jej ciało było coraz bardziej zlane potem, a w ustach jej zaschło.
-Napijmy się! Ale czegoś mocniejszego niż piwo! - wykrzyczała do dziewczyny chcąc, by ta ją usłyszała w tym gwarze. Śmiechy oraz rozmowy w połączeniu z muzyką i dużą ilością alkoholu sprawiały, że w tej karczmie było tak głośno, jak od dawna prawdopodobnie wcześniej nie było. Zwłaszcza, iż robiło się coraz bardziej tłoczno, gdyż coraz to nowi ludzie się zjawiali i dołączali do parkietu. Wrażenie było takie, jakby cała dzielnica włącznie z całym cyrkiem się tutaj zeszły.
Inkwizycja też?
Fanny nie chciała, by jej urodziny przerodziły się w tragedię, ale z drugiej strony nie zamierzała się teraz tym przejmować. Pociągnęła Lizzie za rękę do baru i powiedziała barmanowi, by nalał czystej whisky do dwóch szklanek, co też zaraz uczynił. Zielonowłosa chwyciła swój drink.
- Za moje urodziny i nową znajomość z piękną kobietą! - powiedziała, po czym upiła spory łyk. Chciała odsapnąć chwilę zanim wróci na parkiet. Co w tym czasie Lizzie zrobi? Znudzi się nią i pójdzie gdzieś dalej?

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lisbeth De'nar
Mała piromanka
avatar

Liczba postów : 51
Join date : 07/01/2016

PisanieTemat: Re: Główna sala   Nie Wrz 16, 2018 3:11 pm

-Oczywiście mówisz o sobie?- Musiała spytać. Przecież toasty zawsze miały jakiś podtekst. zawsze zawierały drobne aluzję lub coś o wiele gorszego. Lizze dobrze wiedziała iż nie należy nimi szastać na prawo i lewo. Wiedziała ponieważ przez takowy drobny niewinny toast wplątała się jakiś czas temu w mało przyjemną intrygę jaka zdawała się ciągnąć za nią aż do domu. Aż do miejsca w jakim się teraz znalazła lecz mimo wszystko szybko odrzuciła od siebie owe wspomnienie. Nie chciała bowiem aby przesłoniło ono dzisiejszy wieczór. Był on bowiem taki prosty.
Prostota ta tkwiła w zabawie oraz otoczeniu jakie chłonęła niczym małe dziecko. Pragnęła przez jedną noc pozostać tym kim są goście tego przybytku czyli osobą bez pamięci. Bez problemów. Pragnęła się bawić. Dlatego właśnie porwała ją do tańca. Dlatego wyzwalała swe emocje oraz pozwalała sobie na tą drobną grę jaka chwilowo przyprowadziła ją ponownie do baru lecz mimo wszystko nie była sama. Nadal kurczowo trzymała się swej towarzyszki i nijak nie miała zamiaru odchodzić przynajmniej teraz.
-Na pewno mówisz o sobie. Nie widzę tutaj nikogo innego pasującego do toastu Pani- Znów podjęła grę. Znów pozwoliła sobie na delikatny uśmiech oraz dokładniejsze przypatrzenie się swej nowej rozmówczyni, a przyznać trzeba iż wyglądała naprawdę korzystnie. Nijak nie przypominała panien z dobrych domów czy panny z plebsu. Nie przypominała dziś nawet szaleńców z cyrku lecz kto ją wie. Osobiście mogła być każdym dzisiejszego wieczoru i nijak nie wpłynęło by to na postrzeganie Lizze.
-Cóż powinnam zrobić?- Rzuciła zdawać by się mogło sama do siebie jednocześnie przesuwając wzrok po sali by ponownie powrócić nim do swej rozmówczyni dając jej przy tym do zrozumienia iż czeka na jej odpowiedź. Jaka ona będzie? Cóż powinna uczynić osoba na swój sposób zapatrzona w swoją rozmówczynie spojrzeniem niejednoznacznym? Przecież tak naprawdę nie wiadomo cóż chodziło po głowie owej dziewczynie. Nikt poza samą Lizze nie wiedział cóż tak naprawdę przykuwa jej uwagę ponieważ dziewczę zdawało się nader spokojne oraz opanowane mimo iż wcześniej pozwoliła sobie na chwilę emocji jednak były one przeznaczone jedynie dla Fanny. Jedynie na taniec jaki zakończył się wraz z owym toastem jaki zdawał się być rozpoczęciem kolejnego aktu owego przedstawienia w jakim brało udział wielu aktorów. Przedstawienia w jakim pragnęła z całego serca brać udział.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The Lord of the Universe
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 10
Join date : 21/04/2014

PisanieTemat: Re: Główna sala   Wto Paź 23, 2018 4:23 am


MISTRZ GRY


Zabawa trwała w najlepsze i nieprzerwanie. Gości zebrało się tyle, że gdy usadawiały się (gdziekolwiek było miejsce) grupki zmęczonych żwawym podrygiwaniem ludzi, żeby w końcu nawilżyć spragnione od wysiłku gardła którymś z dostępnych trunków, to akurat kolejne fale rozochoconych postaci wstawały z miejsc po to, aby ruszyć w tany.
Gospoda pod Złotą Kaczką wręcz chwiała się jak stara łajba na niespokojnych wodach. Niektórzy, ci bardziej trzeźwiejsi, zaczynali zauważać, że w celu dostania się w niektóre części lokalu należało się już przepychać przy użyciu łokci. Nikt niczego nie słyszał poza dominującą muzyką oraz wymieszanymi rozmowami. I co prawda niektórzy zdążyli udać się na mniej lub bardziej aktywny spoczynek w pokojach na górze razem z jakąś zauroczoną i otumanioną alkoholem połówką lub gdy mieli mniej szczęścia to z jedną z tych prostytutek, co postanowiły skorzystać z okazji do zarobku i przyłączyć się do świętowania, jednak zaraz ich miejsce wypełniali kolejni przybysze. Można by powiedzieć... istne szaleństwo! Ale to, co działo się na parkiecie przerastało już wszystkie najśmielsze wyobrażenia.
Gdy solenizantka opuściła część sali przeznaczonej na tańce, spojrzenia tych osób, które ją kojarzyły i wszystkich innych, których uwagę zdążyła przykuć swoim poruszającym się ciałem szybko znalazły inny obiekt obserwacji, choć tutaj zainteresowanie było raczej innego rodzaju.
Na parkiet wtargnęło kilka takich "obiektów". Nie wiadomo skąd się wzięły, ani po co przyszły. Nikt ich dotąd nie zauważał, ale kiedy przyłączyły się do tańców, nikt już nie mógł ich przeoczyć – sześć pomarszczonych starowinek zaczęło wywijać kończynami, zupełnie jakby dopiero przyszły na świat. Nikt nie mógł się nadziwić. Niektórzy dotychczas tańczący goście przystanęli ze śmiechem na ustach i zaczęli klaskać w rytm muzyki. Stali w bezpiecznej odległości, pozwalając staruszkom zagarnąć spory fragment przestrzeni, w jakiej łatwo był oberwać ręką, nogą, laską czy obwisłą skórą (czego najprawdopodobniej najbardziej chciano uniknąć).
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Elias Carter
Grabarz
avatar

Liczba postów : 3
Join date : 12/12/2017

PisanieTemat: Re: Główna sala   Czw Paź 25, 2018 12:48 am

Elias westchnął ciężko, obserwując z pewnej odległości ledwo trzymający się w całości budynek karczmy. Wyglądało na to, że ktoś zrobił w nim wyjątkowo huczną imprezę. Zdecydowanie nie były to jego klimaty i z chęcią wróciłby do swojej zacisznej plebanii, gdyby nie jeden mały problem.

Mały, chodzący na czterech łapach, przyobleczony w czarne futro problem.

Jego kotka jak zwykle gdzieś zniknęła. Normalnie by się tym nie przejął, ale nie wracała od kilku dni. Dlatego też wybrał się na spacer po miasteczku, by jej poszukać. No i znalazł kilka przecznic stąd. Emilia korzystała z wolności, jak gdyby nigdy nic przechadzając się ulicą. Gdy tylko zauważyła Cartera, zamarła w miejscu. Chyba wyczuła burę jaka ją czekała, bo czym prędzej dała w długą. Wprost do wnętrza karczmy.

Elias raz jeszcze spojrzał zrezygnowany na budynek, po czym wkroczył do środka. Co prawda nie miał przy sobie swojego charakterystycznego płaszcza, lecz wbił się w wygodny frak, ale koloratka i tak zdradzała jego profesję. Poza tym był pastorem, wiec osobą raczej ogólnie kojarzoną w miasteczku.

Nawet jeśli większość osób w gospodzie pewnie mnie nie zna... - pomyślał, widząc jak jedna z kilku prostytutek odchodzi z klientem "na piętro". Cóż, nie ma co się tym przejmować. Elias ruszył w stronę gdzie wydawało mu się, że mignął koci ogon. I zauważył...TO. Kilka babć, tańczących w najlepsze na środku sali. Zapewne przeżegnałby się, żeby sprawdzić czy wzrok go nie mami, ale w tym momencie przez swoją nieuwagę wpadł na kogoś.
- Przepraszam najmocniej. - powiedział, spoglądając na swoją ofiarę. Wróć, unosząc głowę i spoglądając na swoją ofiarę, bowiem okazała się nią zaskakująco wysoka kobieta o arystokratycznej urodzie. Że też musiał trafić na kogoś takiego... - Niech Pani wybaczy mi moją niezdarność. Zapatrzyłem się na to niecodzienne widowisko jakie ma miejsce na parkiecie. Swoją drogą, nie widziała Pani może tutaj kotki?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 183
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Główna sala   Pią Lis 02, 2018 7:16 pm

Do niedawna trzymała się z Astaroth i właśnie w jej towarzystwie korzystała z dobrodziejstwa imprezy, na której przypadkowo się znalazła. Jednak ku niezadowoleniu Veilore tłum nie pozwolił im dłużej kontynuować wspólnych harców na parkiecie. Ludzie zaczęli się zachowywać dosyć dziwnie, przypominając wzburzone czymś fale, mknące w przeciwną stronę do źródła zamieszania. Przesuwali się, jakby co najmniej ktoś zwymiotował na podłogę lub jego pęcherz nie wytrzymał, a oni chcieli uniknąć zabrudzenia butów.
Chaos na chwilę się spotęgował i trudno było cokolwiek zobaczyć lub chociażby ustać w miejscu, toteż ludzki prąd rozdzielił najemniczkę z jej dotychczasową partnerką w tańcu, a ona sama z nurtem podreptała w inny kraniec pomieszczenia w okolice drzwi. Jednak wkrótce zamieszanie samoistnie wygasło, a ludzie zaczęli się poruszać w bardziej uporządkowany sposób.
Veilore zaczęła rozglądać się za Astaroth, aczkolwiek nie była jej w stanie dostrzec. Za to kątem oka dostrzegła co dzieje się w środku pierścienia utworzonego przez dotychczasowych tancerzy. Nie mogła uwierzyć w to co widziała. Zadziwiające ile w sobie werwy miały tańczące staruszki. Może nie był to najpiękniejszy widok, w zestawieniu z młodszymi przegrałyby z kretesem w tej kategorii, ale jakże niecodzienny był to widok! I to właśnie przez to przykuwał spojrzenie bardziej niż niejedna piękna kobieta. Blondynka zawsze sądziła, że od takich babuszek można się spodziewać długich historii zapamiętanych z poprzednich lat życia, wyśmienitych potraw i dziergania szalików. Ale to...!?
Z uśmiechem jeszcze przez chwilę przyglądała się babciom, którym siły się nie kończyły, a wręcz ich im przybywało. Potem znów rozejrzała się za Astaroth, ale ponownie poszukiwania okazały się bezowocne, ale wtedy ktoś na nią wpadł. Veilore przyzwyczaiła się już do przypadkowych potrąceń, w końcu tyle bawiło się tutaj osób, że było o to łatwo. Najemniczka wsparła się o pobliską osobę, żeby zachować równowagę. Z początku nie zareagowała. Każdy tutaj miał co chwila podobne doświadczenia. Trzeba było się z tym liczyć podczas imprezy. Ale gdy udało się kobiecie wychwycić przeprosiny spomiędzy dźwięków muzyki i głosów, zerknęła na mężczyznę.
Duchowny? Veilore zastanowiła się, czego spodziewała się mniej – rozweselonych babuszek czy pastora?
Ależ nic się nie stało! – powiedziała nieco głośniej, by sprawca potrącenia był w stanie ją usłyszeć. – ...proszę księdza! – dodała widząc, dostrzegłszy koloratkę. Ponieważ jegomość miał najwyraźniej coś jeszcze do powiedzenia, blondynka nachyliła się lekko w jego stronę.
...Kotki? – zapytała zdziwiona unosząc brwi. Uśmiechnęła się mimowolnie. Jeszcze kotów brakowało na imprezie. Pokręciła przecząco głową. Żadne zwierze nie rzuciło się w jej oczy. Między tyloma nogami łatwo było się ukryć.
Może mogę pomóc!? Jak wyglądała!? – zapytała.
Naraz gdzieś rozległo się kocie wycie. Vei przeszły ciarki po plecach. Zdeptany ogon to nic przyjemnego. Tylko gdzie to było?
Chyba o wilku mowa! – powiedziała.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t161-veilore-silver-hand
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Główna sala   Pią Lis 02, 2018 7:46 pm

Zawitał u progów najpopularniejszej w Wishtown Karczmie, bynajmniej nie ze względu na urodziny, o których nawet nie słyszał. Przywiodły go tu o wiele bardziej prozaiczne motywy, a mianowicie naturalne pragnienie niedokonania swojego żywota z głodu. Nie mając służby, poświęcając się całymi dniami pracy, a dodatkowo bez Colette i Shilvii pod ręką, zbyt często zasypiał bez kolacji.
Tego pięknego wieczoru miało się to zmienić, dlatego ochoczo dopadł do drzwi Gospody pod Złotą Kaczką, wchodząc jak do własnego domu. Widok, jaki go zastał, sprawił, że w pierwszym odruchu cofnął się, za nic na świecie nie chcąc brać udziału w tym... cokolwiek się tu działo.
W pierwszej chwili uderzył go niemożliwy gorąc i duchota. Dodatkowo, dałby sobie rękę uciąć, że widział kota przebiegającego po jednym z blatów stołu, znikającego wkrótce pod rozkloszowaną sukienką jednej z pań. Miejsce było po brzegi zatłoczone, a znaczną część centrum tej Sodomy i Gomory zajmowały... Starsze kobieciny?
Nawet nie potrafił ocenić z jakim wydarzeniem ma do czynienia, ale też nie obchodziło go to na tyle, aby zastanawiał się nad tym dłużej niż kilka sekund. Przybył tu z zamiarem zjedzenia klusek i nie zamierzał opuszczać miejsca, nim nie celu nie zrealizuje. Przeciskał się przez dziwnie ubrane kobiety, z pokorą spuszczając wzrok, choć momentami wymagało to nadludzkiego wysiłku.
Zdecydowanie za dużo razy wypowiedział, a właściwie wykrzyczał słowo „przepraszam”, przedzierając się do lady. W tłumie ludzi dostrzegł postać dobrze znanej mu kobiety, Veilore. Z wyraźnie cierpiącą twarzą uniósł dłoń w powitalnym geście, lecz warunki nie pozwoliły mu na bliższy kontakt. Dodatkowo, widział, że jest zajęta dialogiem z... Pastorem? Tak, tylko jego brakowało w tym miejscu. Z istnym niedowierzaniem w oczach dotarł do lady, czekając na pojawienie się łaskawej duszy, gotowej go obsłużyć.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Michael Arcangelo Rosetti
Malarz
avatar

Liczba postów : 5
Join date : 07/02/2018

PisanieTemat: Re: Główna sala   Pią Lis 02, 2018 8:04 pm

Młody człowiek stał w miejscu od kilku minut, z niepokojem zerkając na budynek, który znajdował się przed nim. Karczma. Zwykła karczma. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że ów młody człowiek niesamowicie karczm się obawiał.  Stojąc tak bez ruchu, zdążył już odklepać litanię do wszystkich bóstw tego świata, ziemi, nieba i najwspanialszych malarzy poprzedniej epoki. A już zwłaszcza zdołał na wszystkie sposoby obarczyć winą za wszystkie niedogodności swojego przyjaciela, bo pomysł na spotkanie się w takim miejscu oczywiście należał do niego.
Michaelu Rosetti, co też miałeś w głowie, żeby się na tę propozycję zgodzić - pomyślał z goryczą, poprawiając frak. Właściwie poprawiał go już dwudziesty siódmy raz tego dnia. A może dwudziesty ósmy? Dwudziesty ósmy, zdecydowanie.
Wziął głęboki oddech. Jeśli teraz tam nie wejdzie, to nie wejdzie już nigdy. Nagle z nowymi siłami i uczuciem mocnej determinacji zrobił krok naprzód. I kolejny.
Już miał myśleć, że wbrew pozorom to dość proste i z delikatnym uśmiechem poczuć nutkę zażenowania względem siebie, bo przecież tak się bał, wahał i…
I wszystko prysnęło. Z głównych drzwi wyłoniła się nagle grupa, może nie pijanych, ale na pewno podpitych kobiet, powodując niemało hałasu, pisku i śmiechu wokół siebie. Co prawda ubrane były stosownie do wymogów społeczeństwa, jednak to nie znaczyło, że suknie co najmniej kilku z nich odsłaniały zbyt wiele przestrzeni podobojczykowej. To znaczy... ich piersi....
Momentalnie poczuł, że robi mu się słabo. Cała determinacja i szczere chęci wejścia do środka ulotniły się gdzieś daleko, a on sam miał ochotę zaszyć się w swojej pracowni i słońce oglądać jedynie przez półzasłonięte, jasne zasłony.
- Świecie, czemu mnie tak doświadczasz... - wymamrotał błagalnie.
Jakby tego było mało, jedna z panienek chyba upodobała sobie zamienienie kilku słów z bezbronnym i ledwie stojącym prosto malarzem. Podeszła do niego z szerokim uśmiechem i nieco zalotnym spojrzeniem. Właściwie zdawał sobie sprawę tylko dlatego, że poczuł zapach niesamowicie silnych perfum, niesamowicie blisko. Wzrok miał jakoś nieobecny i wcale nie chciał patrzeć na osobistość obok niego.
- Czy mógłbyś wskazać nam drogę do najbliższej dorożki, Cud Młodzieńcze? Wiesz, my... - zaczęła uroczym, słodziutkim głosikiem.
A pod Michaelem natychmiast ugięły się kolana. Czemu tu nagle zrobiło się tak gorąco...
- Nie mam pieniędzy! - Odparł natychmiast, nerwowym tonem i zanim dłoń dziewczyny zdążyła wylądować na którejkolwiek z części jego ciała, ten już zniknął za drzwiami karczmy.
Zatrzasnął za sobą drzwi i oparł się o ścianę.
Z kieszeni fraka wyjął chusteczkę i lekkimi dotknięciami zaczął wycierać czoło. Teraz dopiero dotarło do niego, co tak właściwie powiedział. Ugh, głupek! Żeby jeszcze wiedział, co ta kobieta do niego mówiła... Nie słyszał przez huk i dudnienie w głowie. Cały świat był jakby za mgłą.
Ale przynajmniej jest już w środku.
Wziął głęboki oddech i rozejrzał się po miejscu, w którym aktualnie się znajdował, a w którym bynajmniej znaleźć się nie chciał. Wędrował wzrokiem od jednej osoby do drugiej i z przerażeniem dokonał odkrycia. Było tu za wielu ludzi i nie zdołał odnaleźć wzrokiem swojego przyjaciela. Na domiar złego, mogło go tutaj w ogóle nie być!
w lekkim otumanieniu i wciąż trwającym szoku przesuwał się naprzód zanim zdążył nawet pomyśleć i zastanowić się, czemu tu robi. Nie powinien się zgadzać na nic, zostać w bezpiecznym mieszkaniu i oszczędzić sobie wrażeń. Do tego ewidentnie trafił na jakąś zabawę. Z oszołomienia wyrwało go głośne i rozpaczliwe „MIAAAAAAU”, gdy poczuł coś pod butem. Gwałtownie się wycofał o krok i zerknął pod siebie, ale zdołał zobaczyć tylko czarny cień uciekający gdzieś wgłąb sali. Kot?! Mają tutaj nawet koty?! O wielki Leonardo, na czym ten świat stoi.
Po kilku minutach znalazł się przy ladzie, zdumiony, że nie może już iść dalej. Mężczyzna był totalnie nieobecny i rozbity. Starał się sprawiać pozory dojrzałego, młodego człowieka doskonale radzącego sobie w takich sytuacjach uprzejmie się uśmiechając do ludzi, którzy akurat postanowili na niego spojrzeć, i jakoś utrzymywać pion, nibynonszalancko opierając się o blat.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Główna sala   Pią Lis 02, 2018 8:51 pm

Najwyraźniej nie zwracał na siebie wystarczającej uwagi, bo zabiegane córki karczmarza nie uraczyły go nawet spojrzeniem. Jęknął w duchu, czując jak jego wnętrzności skręcają się z głodu. Nagle podane na stołach jadło, które zdecydowanie nie należało do niego, wydało mu się opcją godną rozważenia. Wszystko wyglądało tak dobrze... A istotny fakt, że zniżyłby się poziomem do tymczasowego złodzieja, nie wydawał mu się nawet specjalnie krzywdzący.
Machnął ręką na piersiastą kobietę, by podeszła wysłuchać jego błagań o jadło, gdy nagle u jego boku zawitała kolejna ze znajomych mu twarzy. Sam Michael we własnej osobie! Uśmiechnął się szczerze, natychmiast klepiąc mężczyznę po ramieniu, wyraźnie rad z jego obecności. Przynajmniej nie przebywał w tym piekle sam.
- I ty tutaj! Dobrze cię widzieć - powitał go radośnie, odwracając się w stronę malarza. - Wiesz, co to za święto? - zapytał głośno pewny, że mężczyzna w końcu uwolni go z niewiedzy.
Opierał się łokciem o blat lady, dostrzegając w oczach Michaela jakby... niepokój? Nie rozumiał. Młody Cavendish uważał, że malarz znajduje się w idealnym miejscu o idealnym czasie. On, wielki casanova otoczony zewsząd przedstawicielkami płci pięknej, czekającymi wyraźnie na jego pierwszy ruch. Czyżby dzisiejsze wydarzenie było zbyt wielką odpowiedzialnością, przytłaczającą starego podrywacza? Lynnowi zrobiło się go szkoda. Oczywiście nie zamierzał porzucać znajomego w potrzebie. Bycie skrzydłowym w tym przypadku to wielki zaszczyt.
Rozmyślania przerwał mu łoskot na ladzie, towarzyszący uderzeniu dwóch pełnych kufli piwa. Przed nimi pojawiła się córka karczmarza wyraźnie spoglądając na nich. Zmusiła się do uśmiechu i odeszła, choć Lynn rzucił za jej plecami:
- Ale ja nie za... - urwał w połowie, widząc, że jego żale nie zostaną wysłuchane. Cóż, kluski to to nie były, ale... - To co? Na zdrowie? - zapytał, ujmując jeden z kufli w dłoń. - Hej, Michael, wszystko w porządku...? - zapytał jeszcze, wyraźnie widząc, że coś leży na duszy mężczyzny. Czyżby wróciły do niego wspomnienia o dawnej narzeczonej? Och, musiał temu czym prędzej zaradzić, towarzysząc mu w rozpaczy!

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Michael Arcangelo Rosetti
Malarz
avatar

Liczba postów : 5
Join date : 07/02/2018

PisanieTemat: Re: Główna sala   Nie Lis 04, 2018 4:22 pm

Im dłużej przebywał w całym zgiełku, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że takie miejsca nie zostały stworzone ku ukojeniu jego biednej, zbolałej duszy. Nerwowo rozglądał się dookoła, powoli formując jednoznaczną decyzję w głowie. Powinien stąd wyjść. Niepewnie przestąpił z nogi na nogę, poprawiając frak dwudziesty dziewiąty raz i uporczywie próbując wymyślić jakiś plan, wymagający jak najmniejszej ingerencji w otoczenie. I wtedy jego wzrok powędrował na środek sali. Obserwował w zdumieniu radosne pląsy starych babulinek i nawet się uśmiechnął, gdy jedna z osób musiała się uchylić, by nie dostać jednym z łokci z brodę.
Z zamyślenia wyrwał go głos, który już skądś znał. W przypływie paniki i nagłego oszołomienia chciał się wycofać i uciec z miejsca zdarzenia, a z braku możliwości ruchu do tyłu, postanowił czmychnąć w bok. Wszystko by się udało, gdyby właśnie nie stała tam niezwykle trudna do przekroczenia ściana. W rezultacie Michael znalazł się oko w oko ze swoim największym wrogiem. Damskim dekoltem. Później się zastanowi, dlaczego owy dekolt odezwał się męskim głosem.
Zdążył cały się zapowietrzyć, spocić i zaczerwienić po samo czoło, nim wydobył z siebie odwagę, by ową damę przeprosić i uskutecznić dalszą część ucieczki.
Z pantałyku zbił go tym razem brak kobiety. Widocznie już się oddaliła.
Te wydarzenia działy się zbyt szybko.
Santissima segniora, to nie było jedyne miejsce niesprzyjające biednemu malarzowi. To cały świat!
Na domiar złego, poczuł na sobie rękę, która niewątpliwie skreśliła wszystkie dotychczasowe i krótkoprzyszłościowe próby ucieczki.
Zamachnął nonszalancko blond pasemkami, jednocześnie zaczesując je dłonią do tyłu. Strategiczny ruch! Dał sobie czas na rozpoznanie... roz..mów...cy.
O wielki Leonardo.
Lynn tutaj?!
A więc to nie damski dekolt do niego przemówił.
- Twoja obecność tutaj także napełnia mnie zaskoczeniem, jednakowoż nie byłbym sobą, gdybym się nie ucieszył - odpowiedział, próbując wywołać uśmiech zdolny zmyć, wypłukać i dać zapomnienie całej tej fali zażenowania, która niemiłosiernie zalała sylwetkę malarza. Wyprostował się, znów wracając do opierania się plecami o ladę, zerkając na swojego rozmówcę. Sam Lynn Cavendish, piękne rzeczy! Osoba, której Michael w każdej sytuacji i w każdej minucie chciał zaimponować, a jednocześnie o dziwnej przypadłości pojawiania się zawsze wtedy, gdy Rosetti chciał zapaść się pod ziemię.
A zaraz znów podskoczył, mając nadzieję, że niezauważalnie, gdy zmaterializowały się przed nimi dwa kufle piwa. Pi..wo? Piwo? Piwo. Cazzo.
Nie chcąc tracić na respekcie i ciężko tkanym wrażeniu, chwycił kufel i uniósł go do góry w geście stuknięcie.
- Twoje zdrowie, druhu - powiedział wesoło i, mniej wesoło, łyknął. - Powiem szczerze, wpadłem tu przypadkiem i również tonę w nieświadomości, cóż to za święto. - Ponowił prędko, zanim zdążył się skrzywić.
Później sam nie wiedział, dlaczego zamilkł. Atmosfera nagle stała się przytłaczająca.
- Co? Ja? - Potrząsnął głową, znów skupiając się na rozmówcy. - Nie, wszystko w porządku. Właściwie to... - właśnie wychodziłem - wyglądasz jak zwykle stylowo i elegancko. Kolory pasują ci do oczu. - Poczuł zbliżającą się kolejną falę zażenowania. - Oka. - Poprawił się z prędkością światła. - Yyyy, wyglądasz dobrze.
Co?! Czemu właściwie to powiedział? Powinien się ulotnić. Teraz. Lub za chwilę. Za dłuższą chwilę. Po tym kuflu. Zdecydowanie po tym kuflu.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Główna sala   Nie Lis 04, 2018 4:56 pm

- Och... Niech zgadnę. Toniesz w nieświadomości, ale twój niezawodny czujnik na skupiska dam, jak zwykle działał niezawodnie, przyciągając się w owo miejsce? - zapytał z uśmiechem, przekonany, że wie, co siedzi w głowie tego starego podrywacza. - Spokojnie, przede mną nie musisz się hamować. To na swój sposób... imponujące - dokończył zdanie, a w jego głosie brzmiała najprawdziwsza pochwała. Nie czuł się w żaden sposób gorzej komplementując Michaela, który - w jego mniemaniu - zupełnie na to zasługiwał.
Z radością przyjął rozluźnienie się malarza, który teraz przynajmniej skupił się na osobie Lynna. Skoro zapewnił, że wszystko gra, zegarmistrz postanowił się nie doszukiwać, wierząc mu na słowo. Pociągnął łyk zimnego piwa, czując, że jego pusty żołądek nie jest z tego powodu najszczęśliwszy.
Zaśmiał się z chwilowego zagubienia rozmówcy. Od felernego wypadku, w którym stracił oko minęło już tyle czasu, że i Lynn nauczył się z tego żartować. Usiłował prędko załagodzić sytuację:
- Ciężko się do tego przyzwyczaić, wiem - oznajmił delikatnie, chcąc ukazać swoje zrozumienie. - Nie przejmuj się - dodał cicho. - A dobór kolorów nie jest moja zasługą. To prędzej umowa z narwaną krawcową, której poprzysiągłem ufać. Nie każdy ma tak wyczulone zmysły jak wy, artystyczne dusze - poinformował go, obdarzając znaczącym spojrzeniem. Nie znał się na tym, poddając się biernie tym, którzy znali się w tej sferze lepiej. Wyrazy uznania Michaela potwierdziły przynajmniej, że Lynn nie wyrzucał pieniędzy w błoto.
Po wymianie pierwszych grzeczności, poczuł się usprawiedliwiony, by poruszyć temat, który interesował go o wiele bardziej. Ściszył głos do półszeptu:
- Masz już jakąś na oku? Masz, na pewno. Widzę to po twoim nieobecnym wyrazie twarzy. Pokaż, która jest tą szczęściarą... - poprosił go, rozglądając się po tłumie ludzi, wyraźnie wypatrując idealnej, cud kobiety, która zawróciła Michaelowi w głowie na tyle, że z trudem składał zdania.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Główna sala   

Powrót do góry Go down
 
Główna sala
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
 Similar topics
-
» Sala operacyjna
» Sala lekcyjna nr 2
» Sala segregacji
» Neuschwanstein - Sala Tronowa
» Sala przesłuchań

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Wishtown :: Uliczki :: Gospoda pod Złotą Kaczką-
Skocz do: