IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Karczma na rozdrożach

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Jacqueline
Dobra Wróżka
avatar

Liczba postów : 83
Join date : 20/08/2015

PisanieTemat: Karczma na rozdrożach   Wto Sie 25, 2015 11:00 pm




Znajdująca się na obrzeżach karczma, a równocześnie niewątpliwie jedno z lepszych miejsc w całym Wishtown, oferujących nocleg i posiłek strudzonemu wędrowcy. Swoją czarującą nazwę zawdzięcza oczywiście położeniu w jakim się znajduje, a mianowicie na rozwidleniu dróg, z których jedna, wybrukowana kamieniami jest główną trasą, prowadzącą do serca miasta, a druga pozostaje niezbadaną ścieżką, mającą swoje ujście gdzieś w mroku lasu. Pomimo sporej odległości od życia towarzyskiego w centrum, karczma cieszy się powodzeniem, a wbrew pozorom częściej spotkamy w niej niewątpliwą śmietankę społeczeństwa, niźli pijaczynę, kończącą swe noce w rynsztoku. Jak mawia gospodarz, sukces wynika z uroku i atmosfery miejsca, choć realiści, spoglądając na ceny trunków i pokojów, będą wiedzieli dlaczego nie pojawia się tu byle kto.
Jedno jest pewne - jeżeli stać Cię na jedwabie w miejsce wełny, wieloletnie wina zamiast gorzały oraz ciepło kominka, w zastępstwie przeciekającego dachu, to z pewnością spędzisz tu miłe chwile, bez spoglądania na zegar i w portfel.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lettie Ailsbury
Wizja
avatar

Liczba postów : 8
Join date : 25/08/2015

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Wto Sie 25, 2015 11:21 pm

Po drodze miała mikro-zawał, była prawie pewna, że tak. Powodem był niewinny królik, który jak szalony przeleciał przez leśną dróżkę akurat w momencie, kiedy nasza paranoiczna Lettie nią szła. Spłoszyła się na tyle, że zeskoczyła z drogi i postąpiła kilka susów do tyłu, zanim poskromiła nerwy.
Spokojnie Lett, spokojnie. - powiedziała sobie w myśli, po czym wróciła do spokojnego marszu we wcześniej obranym kierunku.
Były dwie rzeczy, które naprawdę dziwiły ją tego wieczora. Pierwsza, to fakt, że została zaproszona do zagrania w tak ładnie prezentującym się miejscu, jak to. Słyszała opinie na jego temat już wcześniej, a zaraz po dostaniu oferty występu zdążyła podpytać właściciela lokalu, u którego wynajmowała pokój. Ton jego głosu, kiedy mówił o Karczmie na rozdrożach świadczył o tym, iż jest zazdrosny o jej obroty i o persony, które w karczmie się pojawiają. To musiało świadczyć dobrze. Przyjęła ofertę, ciesząc się możliwością zarobku. Pieniądze naprawdę jej się przydadzą, patrząc na jej styl życia.
A druga dziwna rzecz, to ta bardziej frapująca Lettie, brak kompana. Nigdy, dosłownie nigdy nie wybierała się w nowe miejsca samotnie. Wszędzie mogły chować się koszmary, których dziewczyna tak piekielnie się bała. Albo co gorsza - jakieś wiedźmy. Na samą myśl dziewczynie jeżył się włos na karku. Przez dłuższą chwilę nie mogła wziąć głębszego wdechu, tak zestresowała ją sama myśl o tych przerażających istotach.
Można zastanawiać się, jak Lettie dowiedziała się o istnieniu wiedźm. Cóż, nietrudno połączyć fakty, kiedy czyta się tyle co ona w poszukiwaniu jakiegoś lekarstwa na swoją paranoję, choćby czasowego. Melisa nie działała, leki na receptę nie działały, nawet mistyczna medycyna orientu nie pomogła. A dziewczyna przełamała taką granicę wewnętrzną, żeby przekonać się do tamtego azjatyckiego medyka.
Mniejsza o to. Kiedy czarnowłosa w końcu weszła do Karczmy, z początku jej ulżyło. Zeszła z przerażającej drogi, na której pewnie czaiły się jakieś straszne stwory. Gdy jednak zwróciła twarz do wnętrza pomieszczenia, ponownie troszkę się spłoszyła. Sala nie była zatłoczona, skądże. Jednak dla niej te kilkanaście osób to już był tłum. Miała cichą nadzieję, że nikt więcej się nie pojawi, nawet jeżeli oznaczało to mniejszy zarobek dzisiejszego wieczora.
Rzuciła ostatnie nieszczęśliwe spojrzenie na swoją skromną sukienkę. Nie lubiła prostoty w swoim ubiorze, ale na żadne szaleństwa nie było jej przecież stać. W dodatku każde wyróżnienie mogło zostać potraktowane przez koszmary jako zaproszenie do ataku. Coś jak: "Oh, czyżby Lettie nie bała się już aż tak? Trzeba to natychmiast poprawić!" Wygładziła szary materiał i weszła z przedsionka do wysokiego pomieszczenia. Natychmiast musiała wyminąć grupę arystokratów, śmiejących się rubasznie z jakiegoś dowcipu tylko dla wyższych sfer. Wycofała się pod sam podest, na którym stało kilka instrumentów, w tym harfa. Westchnęła tęsknie, przypatrując się delikatnym krzywiznom instrumentu. Nie mogła się już doczekać, kiedy opuszki jej palców zaczną fruwać wzdłuż strun.
Ale do tego jeszcze co najmniej godzinka. Robiąc zgrabny unik przed zamaszystym ruchem ramienia jakiegoś mężczyzny usiadła przy jednym ze stołów w rogu, po stronie bliższej ścianom.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Jacqueline
Dobra Wróżka
avatar

Liczba postów : 83
Join date : 20/08/2015

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Sro Sie 26, 2015 12:49 am

Wygrała życie. Los się do niej uśmiechnął i dodatkowo jakby zdawał się mówić; „Jack, to twoja szansa na przyszłość, wyjście na prostą, nie spieprz tego.” Miała wyjątkowo realistyczną wizję przed oczyma, jak tapla się w górze złota, będącej zarobkiem za krótki wieczór pracy. Sprawa wyglądała jasno – musiała podawać jedzenie, sprzątać i spełniać każdą zachciankę gości. A także trzymać spragnione pieniędzy dłonie przy sobie, unikać słów, których na co dzień używa oraz znosić niewątpliwie nieinteresujące brednie ludzi wokół.
I są w życiu takie wartości, dla których warto przecierpieć najgorszą mękę. Miłość, rodzina, zdrowie lub jak w przypadku Jacqueline; pieniądze. Gdy przechadzała się w pobliżu karczmy, nie spodziewała się, że na gwałt będą potrzebowali pomocy, gdyż do ich drzwi wkrótce zapuka rozkwitająca, zapowiadająca się obiecująco harfistka. Wyłącznie przez owy przypadek zamiast wykopać Jack'a na zbity pysk, wciągnęli ją niemal siłą do środka, oferując (w jej oczach) majątek i odziewając w śnieżnobiałą koszulę. Czuła się jak profesjonalny lokaj, choć wcale tak nie wyglądała. Często przyłapywała się na tym, że miała rozwarte w zdziwieniu usta, nie potrafiąc się napatrzyć na wszechobecny przepych i bogactwo.
Dostojne damy trzymały zgrabne torebki na ławach, bądź kompletnie z dala od siebie, powodując niemal tortury na duszy Jack’a. Tyle okazji, tyle kosztowności, o który się nikt nie troszczy! Mamrotała cichutko, użalając się nad sobą, gdy poczuła lekkie pacnięcie w okolicach ramienia. Odwróciła się, wiedząc już czego może się spodziewać.
- Stolik przy drzwiach! Czy ty w ogóle zamierzasz ich dziś obsłużyć, chłopcze!? – Żona gospodarza syknęła na nią, jednocześnie zachowując uśmiech na ustach (dla niepoznaki wśród gości) i sypiąc pioruny z oczu, gdy spoglądała na Jacqueline. Gdy jednak Jack rzuciła to czym się zajmowała i ruszyła w polecone miejsce, kobieta złapała ją silnie za nadgarstek. – Nie teraz! – Przyciągnęła ją do siebie, ustawiając pod odpowiednim kątem. – Widzisz ją? Nasz gwóźdź programu. Zajmij się nią, nie pozwól by czegokolwiek jej brakowało. – Dodała złowrogim szeptem, puszczając ją w kierunku harfistki.
Zdezorientowana służka w męskim ubraniu postawiła parę kroków, dopiero wypatrując swojego celu. I ujrzała ją, bezsprzecznie najpiękniejszą z kobiet na przyjęciu, siedzącą samotnie i możliwie najdalej od wnętrza zabawy. Na moment zwyczajnie przystanęła w miejscu, oczarowana jej urodą, wlepiając w nią wzrok jak w obrazek. Automatycznie, a również wbrew woli Jack, pomyślała, że dawni kompani spod czarnej bandery oddaliby znaczną część swoich łupów za noc z ową kobietą, zazwyczaj przecież ograniczając się do płatnej miłości, w której zamknięte szczelnie oczy są równie istotne co bujna wyobraźnia. Szybko jednak rozwiała swoje myśli, wracając do obowiązków.
- Witam serdecznie – Ukłoniła się tak głęboko, że spięte włosy wylądowały jej na czole. – Czy zechce się pani posilić przed występem? Podać coś do picia? – Pytała z powagą, chociaż usilnie powstrzymywała się, aby nie parsknąć śmiechem, tak działały na nią pompatyczne słowa, absurdalnie do niej niepasujące. – To wielki zaszczyt gościć w naszych progach tak wielką sławę jak pani. – Dodała, kłaniając się po raz kolejny, właściwie nie mając pojęcia, o czym gada. Pierwszy raz usłyszała o kobiecie dzisiaj, właściwie wyrzuciła już z głowy informację na czym gra i czy w ogóle to robi. Odwróciła się, wyłapując zaraz czujne spojrzenie gospodarza. Była obserwowana.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lettie Ailsbury
Wizja
avatar

Liczba postów : 8
Join date : 25/08/2015

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Sro Sie 26, 2015 11:34 am

Wedle skromnego życzenia wypowiedzianego w myśli, nikt do niej nie podchodził. Siedziała więc samotnie, dosyć zadowolona ze stanu rzeczy. Zwłaszcza, że z miejsca które zajęła, widziała każdy kąt sali. Mogła wzrokiem śledzić każdego gościa na sali, oraz upewniać się, czy z któregoś kąta aby nie wychodzą koszmary. Jako, że nie wychodziły, Lettie zaczęła brać nieco głębsze wdechy.
Jej wzrok padał po kolei na różne osoby. Przez chwilę patrzyła na wysokiego mężczyznę, odzianego w wyraźnie bardzo drogi garnitur. Jej pierwsza myśl była dość oczywista - stwierdziła, że jest bogaty. Gdy się jednak przyjrzała, zdołała dostrzec, że odzianie nieco na nim wisi. I nawet jeżeli kiedyś było idealnie dopasowane, jego właściciel chyba sporo schudł. Westchnęła pod nosem. Wyglądał, jak ktoś, komu nie brakuje ogłady i miała nadzieję, że zrzucenie wagi było umyślne, a nie spowodowane chorobą. Życzyła mu w myśli szczęścia, po czym wzrokiem poszukała jakiegoś innego celu.
Tym razem była to kobieta. Mocno umalowana i finezyjnie uczesana. Jednak jej strój - chociaż przepełniony koronkami, cyrkoniami i innymi udziwnieniami - wydawał się dość tandetny. Nie zmieniało to jednak faktu, że sama dama wyglądała w nim nieźle. Chociaż nie w typie Lettie było podkreślanie oczu cieniami do samych skroni, czy też upinanie sobie w swych blond lokach miliona czerwonych róż. Wydawało się jej to nieco... Pokazowe? Tak, i mówi to artystka sceniczna. - pomyślała, wzdychając. Odwróciła spojrzenie zaraz po tym, jak drgnęła przestraszona. Na drodze zatrzymał się dyliżans, a ona - a raczej jej wiecznie czujny mózg - wzięła jednego z koni za koszmar. Odetchnęła, gdy pojazd odjechał z jej pola widzenia.
Zdecydowała, że przed występem nie zdecyduje się na wyjęcie książki. Wolała jeszcze trochę poobserwować zebranych, żeby wiedzieć, z jaką publicznością ma do czynienia. Jednak nikt nie wydawał się w jakiś sposób magnetyczny i miała problem w obraniu kolejnego celu. Aż nie zauważyła jednego z kelnerów, którego terroryzowała jakaś potworna kobieta. W jej uśmiechu widziała jad i przez chwilę pomyślała, że może jest ona jakimś potworem. Kiedy ta odsunęła się od wymienionego wcześniej pracownika, zaczęła ją obserwować.
Kobieta dumna, wyraźnie zadowolona ze swojej pozycji. Pewnie posiadająca kontakty w każdym miejscu na ziemi, nawet w tych nieodkrytych. Cofnęła głowę, mrużąc powieki. Nie lubiła takich ludzi, którzy myśleli sobie, że mogą pogardzać kimkolwiek innym.
Ponownie drgnęła, kiedy usłyszała nad sobą głos. Najpierw spojrzała w górę, szukając swojego rozmówcy ponad sobą. Znalazła go jednak zgiętego w pół. Powstrzymała pierwszą chęć spytania, czy się aby nie dusi, że tak nisko się pochyla. Nie była przyzwyczajona do takich konwenansów.
- Witam. - przywitała się, wstając na moment i dygając, po czym usiadła z powrotem. Zaraz. - pomyślała, patrząc na chłopaka przed sobą. - Czy to nie ten terroryzowany? - zdała sobie sprawę, że tak, to dokładnie ten sam kelner. W jej wnętrzu pojawiła się chęć rzucenia w niego pieniędzmi z okrzykiem: "Uciekaj stąd, twoja szefowa to demon wcielony!". Wolała jednak nie ryzykować z takimi posunięciami.
- Czy mogłabym prosić o herbatę? - uśmiechnęła się lekko, starając się mówić nieco głośniej, niż normalnie. Musiała bowiem wybić się ponad zgiełk, a z jej niemal szeptanym tonem był to nie lada wyczyn.
Obserwowała tego chłopaka i niespodziewanie w jej głowie pojawiła się myśl, że wygląda kobieco. Skrzywiłaby się i machnęła głową w celu pozbycia się wrażenia, wolała jednak nie robić takich rzeczy koniecznie w tym momencie. Została więc z tłumionym wrażeniem, że kelner przed nią jest obdarzony bardzo nietypowym typem urody. Gdy usłyszała jego kolejne zdanie, spąsowiała. Na szczęście jej ryło nie miało w zwyczaju robić się czerwone jak barszcz i rumieniła się zazwyczaj delikatnie, w okolicach nosa.
- B-bez przesady. - powiedziała, nieco wyższym i trochę bardziej zestresowanym tonem. Uśmiechnęła się również zakłopotaniem, starając się ignorować chęć zaprzeczania, czy gwałtownego wycofania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Jacqueline
Dobra Wróżka
avatar

Liczba postów : 83
Join date : 20/08/2015

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Sro Sie 26, 2015 10:17 pm

Musiała nadstawić ucha, aby ją w ogóle usłyszeć pośród rosnącego z każdą chwilą zgiełku i podniecenia wśród gości. Założyła więc, że nie ma do czynienia ze śpiewaczką, bo te z reguły miały głosy jak dzwon, donośne i niemożliwe do zignorowania. Niedługo zastanawiała się nad potencjalnym zajęciem kobiety, bo nagle padło niespodziewane słowo, po którym Jack musiała ugryźć się w język, aby nie huknąć chichotem, którego nie opanuje przez kolejne lata. „Herbata, naprawdę? Masz do wyboru setki alkoholi z całego świata, całą piwniczkę najlepszych win, służba cały wieczór będzie tańczyła tak jak jej zagrasz, a ty, głupia dupo, prosisz o herbatę?!” –Pomyślała z żywym rozbawieniem, nie dając jednak wiele po sobie poznać. Usta drżały jej lekko, ale w małym zakresie tolerancji uznać to było można za objaw wzruszenia.
W każdym razie musiała odgrywać swą rolę dalej, do kiedy tylko będzie trzeba. Nie miała nic przeciwko udawaniu i bawieniu się te wszystkie gierki szlachty, przynajmniej na krótszą metę, ograniczającą się do wieczora. Nie dłużej. Komplementy nieimające się prawdy, żal i zazdrość zatuszowane wdzięcznym uśmiechem, plotki i zawiłe historie, z dalece zniekształconym pierwowzorem. Wieczór w takim towarzystwie raz na sto lat mógł ją nawet uradować, ale w swojej dziecinności o wiele bardziej ceniła bezpośredniość i prostoduszność.
- Do usług, piękna pani – Tym razem powstrzymała się przed ukłonem, bo wyglądałoby to nie tyle śmiesznie, co już podejrzanie. – Noc będzie chłodna, na rozgrzanie palców przed występem proponuję połączenie czarnej herbaty z szafranem, płatkami dzikiej róży i kawałkami suszonych wiśni. Lekki aromat i wyrazisty... – Nie zdołała dokończyć zdania, bzdury jakie plotła zdecydowanie ją przerosły. Wybuchnęła gromkim śmiechem, niemal natychmiast zatykając usta i nos dłonią. Tylko trochę się dusiła, nie potrafiąc uwierzyć, że poświęciła owej nieszczęsnej herbacie więcej niż dwa słowa. – Przepraszam – Otarła prędko łzy, jakie zebrały się w kącikach jej oczu, nader wszystko usiłując zachować powagę. – Herbata. Oczywiście, już parzę. – Podsumowała krótko, udając, iż poprzednia wypowiedź wcale nie miała miejsca.
Poczuła do niej kolejny przypływ uwielbienia, gdy tylko dostrzegła subtelne pąki wykwitające na bladych policzkach. Zazwyczaj nie obracała się w towarzystwie kobiet zdolnych do zalania się rumieńcem na sam dźwięk słowa, dlatego musiała się zastanowić, gdzie na tym okrutnym świecie uchował się kwiat tak czysty i delikatny, nieskażony nawykiem krycia tego co w człowieku najpiękniejsze.
Nie męczyła jej dłużej, jedynie wzruszyła z ramionami z miną pt. „Jak sobie życzysz, pani”. W końcu mogła wykonać ukłon, nie mniej głęboki niż poprzednie i wrócić do kuchni. Poleciła kucharkom wrzucić żeliwny czajnik na ogień, a sama zajęła się obsługą nieszczęsnego stolika nieopodal drzwi. Nim zupełnie wyszła z kuchni, podjadła trochę wędzonego sera, chyłkiem popijając z świeżo otwartej butelki wina. Och tak... Mogłaby tu umrzeć, zapijając się na śmierć. Prędko jednak dosięgło ją szaleńcze spojrzenie żony gospodarza, najwidoczniej niespuszczającej z niej oczu.
- JESZCZE JEDEN... – „Taki numer, a połamię ci wszystkie palce i wbiję na płot przy wyjściu” – Miała zapewne dokończyć przez zaciśnięte zęby, ale grupka kolorowo ubranych ludzi przechodziła akurat niebezpiecznie blisko, nieświadomie ratując jej życie. – STOLIK DO OBSŁUŻENIA. – Starsza kobiecina prędko zmieniła swą wersję, choć jej oczy były nader wymowne.
Śmignęła prędko, niespecjalnie zastanawiając się, ile razy jeszcze się jej upiecze. Sprzątała, tańcząc wokół stolików, radośnie zaczepiała gości, zbyt często wdając się z nimi w konwersacje, niekończące się na założeniu zamówienia. Zaraz dorzuciła ognia do wesoło tlącego się kominka, żywo przekładając te lepiej gorzej rozpalone na wierzch za pomocą pogrzebacza. Poprawiła jeszcze zasłonki w kwieciste wzory i popędziła do kuchni. Zalała słodko pachnącą, liściastą herbatę, znajdującą się w małych rozmiarów porcelanowym imbryku, ułożyła na srebrnej tacy obok pasującej kolorystycznie cukiernicy oraz filiżanki, zdobionej w malowane ręcznie kwiaty lawendy i na nowo zaczęła szukać owej artystki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lettie Ailsbury
Wizja
avatar

Liczba postów : 8
Join date : 25/08/2015

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Sro Sie 26, 2015 10:54 pm

Gdyby Lettie chciała się napić alkoholu, prawdopodobnie i tak by o niego nie poprosiła. Przynajmniej nie przed występem, bowiem jej słaba głowa nawet od najmniejszej ilości alkoholu mogła przestać działać tak poprawnie, jak działała w normalnym stanie. Ale, że harfistka nie miała ani ochoty, ani obowiązku, żeby pić coś mocniejszego, wolała raczyć się naparem z liści, którego smak był równie kwiecisty co włosy kobiety, na którą patrzyła wcześniej. Z tą różnicą, że kiedy dla herbaty był to komplement, to tamta szlachcianka powinna poczuć się urażona.
Jej paranoiczna główka zaczęła się niepokoić na widok drgających kącików ust kelnera. Czy popełniła jakąś gafę? A może jest brudna, a on usilnie stara się tego nie skomentować, trzymając się manier? Odetchnęła cicho. Uznała, że kiedy tylko chłopak odejdzie, sprawdzi, czy jakimś sposobem nie stała się brudna. Co byłoby naprawdę dziwne, jako że przez stres nie zdołała wcisnąć w siebie dzisiaj niczego poza lichym śniadaniem, w dodatku sprawdzała swój stan za każdym razem, gdy było to możliwe.
Kiwnęła głową na znak podziękowania. Jednak wyraz zaskoczenia wystąpił jej na twarz, gdy kelner zaczął proponować różnego rodzaju dodatki. Piła dużo herbaty i zawsze przyjmowała ją taką, jaka była, bez dodawania do niej choćby cukru, bowiem uznawała to niemal za zbezczeszczenie naturalnego smaku napoju. Choć, czasami piła czarną herbatę z dodatkiem mleka, ale to wyłącznie o poranku. Miała już powiedzieć, że dziękuje za wszelkie dodatki i naprawdę decyduje się na najzwyklejszą formę napoju, gdy kelner wybuchnął śmiechem. Teraz nie była zaskoczona, raczej zdumiona. Otworzyła oczy szerzej, niezmiernie dziwiąc się takiemu zachowaniu w miejscu przeznaczonym przecież dla wyższych sfer. Wraz z tym przypływem wesołości, ona poczuła przypływ sympatii do pracownika i uśmiechnęła się nieco.
Łał. - pomyślała, kładąc splecione dłonie na stole. - A więc w takich miejscach jednak istnieją emocje.
Odprowadziła wzrokiem chłopaka, znowu mierząc się z myślą, że jego budowa wcale męskiej nie przypomina, po czym zdecydowała się podnieść i przyjrzeć niektórym personom z bliska. Przesunęła się po sali, wymijając naprawdę głośną grupę arystokracji. Szła ponownie w kierunku podwyższenia z instrumentami, gdy zatrzymała ją nieznajoma kobieta, która spytała, czy to aby nie Lettie gra dzisiejszego wieczora. Nie chcąc kłamać, pokiwała głową, ale nie chcąc również ciągnąć dialogi, przeprosiła z krótkim dygnięciem i ominęła szlachciankę, umykając w stronę równoległej ściany.
Po drodze mimowolnie usłyszała parę słów o podbojach miłosnych jakiegoś mężczyzny, żalenie się innego, oraz ze dwa zdania o przesadzaniu bratków, co akurat ją ucieszyło. Przystanęła, kiedy z jej lewej strony usłyszała głos gospodyni. Odwróciła się w tamtą stronę, mimowolnie marszcząc nos. Głos tej kobiety ranił tym bardziej, im głośniej mówiła. Czarnowłosą bolał nieco bardziej, biorąc pod uwagę jej czuły słuch muzyczny.
Nie była zdziwiona, widząc, że gniew kobiety skupił się ponownie na skrzywdzonym kelnerze, który akurat ją obsługiwał. Fakt, jak szybko czmychnął z pola widzenia tej potworzycy utwierdził ją, że musiała być dla niego naprawdę paskudną osobą. A przecież on mimo tego, jak bardzo nie pasował do wystroju tego miejsca, tak bardzo się starał! Pomyślała sobie, że jeżeli jeszcze raz zobaczy, że gospodyni naskakuje na któregokolwiek z pracowników, porozmawia z nią poważnie, napomykając, jak dobrze została obsłużona.
Wróciła na swoje dotychczasowe miejsce w kącie sali, po drodze uśmiechając się do mężczyzny zbyt chudego na swoją marynarkę i ze strachem spoglądając na strzelające drwa w kominku. Usiadła, zerkając w szybę za sobą. Odbicie nie mówiło jej, żeby była brudna, więc odpuściła sobie temat swojej powierzchowności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Jacqueline
Dobra Wróżka
avatar

Liczba postów : 83
Join date : 20/08/2015

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Czw Sie 27, 2015 12:21 am

Odnalazła swojego gościa numer jeden, sunąc zręcznie pomiędzy stolikami, nieraz unosząc tacę z wrzątkiem ponad ich twarzami. Dotarła do najbardziej oddalonego stolika, dającego harfistce cień prywatności, a przynajmniej do momentu, gdy nie podeszła do niej służka w męskim odzieniu. Wtedy o samotności nie było co mówić, nie ze względu na obecność Jack’a, tylko na zapalczywą kontrolę ze strony szefostwa. Cóż się było im dziwić, dziewczyna podpadła im wystarczająco wiele razy. Nie byli winni swojego braku cierpliwości, prędzej tego, ze z braku czasu zatrudnili byle kogo. Widocznie i do usługiwania potrzebne było pewnego rodzaju wykształcenie.
Wykładała zdobne, porcelanowe naczynia na blat stołu, zręcznie i szybko, ale nie znając się na zasadach jakie towarzyszyły tejże ceremonii. Przy lekkim dygnięciu rzuciła swym głębokim głosem „Proszę uprzejmie” i przytrzymując wieczko imbryka, zaczęła przelewać napar do filiżanki, ponieważ czuła, że należy tak postąpić, a nie dlatego, iż ktoś wyuczył ją manier. Intuicja w wielu przypadkach pomagała zachowywać pozory, gdy zdarzyło się jej wyjść do ludzi, tak jak teraz.
- Czy życzy sobie pani czegoś jeszcze? – Obdarzyła ją ciekawym spojrzeniem, ale nie dała udzielić odpowiedzi, prędko przejmując stery. – Ostatnim razem, gdy gościliśmy tu wyśmienitą wiolonczelistkę z Francji, ta uznała, że nie będzie w stanie grać bez wesołej kompanii swoich sześciu buldogów, ponoć nietolerujących niczego innego od polędwiczek cielęcych i górskiej wody, wprost od źródła. – Zapewniła ją gorliwie, chcąc pokazać, że artystka może pozwolić sobie na więcej niż filiżankę herbaty. Oczywiście nigdy wcześniej tu nikogo nie gościła, bo jej noga stanęła tu pierwszy raz zaledwie parę godzin temu. Przekręciła też nieco wersję, zamiast wiolonczelistki był marynarz, zamiast buldogów były dziwki portowe, które chciały nie polędwiczek i wody, a zapłaty z góry. Ale poza tym wszystko się zgadzało. – Albo ostatniej, przeraźliwie mroźnej zimy, niech mnie piorun trafi, jeśli kłamię, do naszych drzwi zapukał...
Młoda harfistka prawdopodobnie nigdy się nie dowie, kto zapukał do owych drzwi, bo zza pleców Jack’a jakby wyrosła sporych rozmiarów kobieta z nie mniejszą furią w oczach niż ostatnio.
- Nie zanudzaj panienki Lettie swoimi dyrdymałami, chłopcze. Zajmij się tym, czym powinieneś. – Oznajmiła twardo, aż Jacqueline nabrała pewności, że nie ominie ich poważna rozmowa w kuchni, gdzie nie słychać brzęku rozbijanych talerzy. Nie bała się, od lat przyzwyczajona była do takiego stanu rzeczy. Nim zdążyła się usunąć w cień, wesołe towarzystwo z samego centrum przyjęcia zawołało w ich stronę:
- Zaszczyć nas swą grą odrobinę wcześniej, o pani! Nie każ nam już dłużej czekać! – Odważny mężczyzna podjął się pozornie grzecznie prośby, mimo że do występu pozostawało spokojnie pół godziny. Jack była oburzona, na tyle, że musiała się powstrzymać od szeptu „A sam se graj, pajacu jeden!”. Herbata, którą niosła z takim poświęceniem, prawdopodobnie musiała się zmarnować.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lettie Ailsbury
Wizja
avatar

Liczba postów : 8
Join date : 25/08/2015

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Czw Sie 27, 2015 10:45 am

Ucieszył ją widok kelnera niosącego herbatę. Przyglądała się, jak lawiruje między gośćmi i do jej głowy przywędrowała myśl, że niejeden kelner mógłby spokojnie zostać tancerzem. Nie odwrotnie, bowiem kelnerstwo wymaga jeszcze noszenia różnych talerzy, czy filiżanek i imbryczków właśnie. Natomiast tańczenie, chociaż trudne, wymaga wyłącznie koordynacji ruchów i dobrej pamięci. Wyglądało imponująco, to fakt i Lettie uwielbiała taniec, ale gdyby miała stawiać na zręczność tancerza, albo kelnera, bez wahania postawiłaby na tego drugiego.
Zarejestrowała kilka osób, które odsunęły się, chcąc ułatwić pracownikowi sprawę, więcej było jednak takich, którzy nawet nie zauważyli, że ktoś się do nich odzywa. Ale to przecież jeden z przymiotów arystokracji, że mają się za lepszych od innych. Przynajmniej w większości, bo zawsze znajdzie się jakiś wyjątek. Mimo wszystko, nie przepadała za najwyższymi warstwami społecznymi.
Kelner wykładał naczynia na blat w jakiś umówiony sposób, a ona wędrowała wzrokiem za jego dłońmi.
- Dziękuję bardzo. - powiedziała z zadowoleniem, obserwując jak bursztynowy napój wypełnia jej filiżankę. Bardzo ładną filiżankę, swoją drogą. Będzie musiała pomyśleć o dodaniu takiej do własnego dobytku, ponieważ ostatnia, najładniejsza filiżanka jaką kiedykolwiek widziała, pękła, gdy niezbyt rozgarnięty gość zamaszyście gestykulował. Przykre wspomnienie, te herbaciane róże na jej zewnętrznej stronie były przepiękne.
Podniosła naczynie i pociągnęła z niego łyk, gdy kelner zaczął swoją wypowiedź. Odstawiła je więc z powrotem na spodeczek, a gdy chłopak doszedł do sposobu żywienia buldogów, zaśmiała się lekko, przykładając kostki dłoni do ust, nie chcąc zacząć rechotać na cały głos. Widocznie jej herbata była wyjątkowo skromnym pragnieniem.
- Doprawdy? Na miłość matki, kosztowne w utrzymaniu pupile. - powiedziała z rozbawieniem, ponownie pociągając łyk z filiżanki. Uśmiechając się, patrzyła przez moment na taflę herbaty, po czym wróciła spojrzeniem do chłopaka. Cieszyła się, że to akurat on ją obsługiwał. Mogła trafić na gbura z wieszakiem w miejscu ramion i kijem od mopa zamiast kręgosłupa, a ta nawet zaczyna rozmowę. Znaczy ten. Lettie, pilnuj się. - pomyślała, nie dała jednak tej myśli wpłynąć na jej mimikę.
Zaczęła już wczuwać się w następną opowieść, wyobrażając sobie karczmę w okresie zimowym. Oświetlona przez latarnię na zewnątrz, musiała wyglądać naprawdę bajkowo. Chciałaby ją kiedyś zobaczyć, ale nie miała pojęcia, czy będzie miała okazję jeszcze raz gościć w tym mieście. Niestety, nie mogła usłyszeć dalszej części, bowiem kelnerowi znów przeszkodziła gospodyni. Czarnowłosa przerzuciła oczami ze znużeniem, co ją samą zdziwiło. Zdecydowała się jednak podjąć postawionego sobie poprzednio wyzwania i odezwać do kobiety.
- Miła pani, pański pracownik w żadnym wypadku mnie nie zanudza. Wręcz przeciwnie - jestem pod wrażeniem jego kompetencji. Jest mi również niezmiernie miło, że zdecydował się dotrzymać mi towarzystwa chociaż przez krótki moment. - powiedziała, starając się brzmieć poważnie - Jak brzmi twoja godność? - tę wypowiedź skierowała już do pracownika, nie dało się pomyśleć inaczej. Patrzyła wyraźnie na niego i spytała nawet nieco głośniej, chcąc uniknąć powtarzania pytania.
Zdążyła pociągnąć jeszcze jeden łyk herbaty, gdy ktoś z tłumu zawołał w stronę jej stołu. O zgrozo, on wołał do niej! Jej chwilowa pewność siebie uleciała, niczym powietrze z dziurawego balonu. Lettie odstawiła filiżankę na stół i podniosła się od stołu. Na jej twarz ponownie wystąpił rumieniec. Pokiwała głową w stronę wesołej gromadki, po czym powoli ruszyła w stronę harfy na podwyższeniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Jacqueline
Dobra Wróżka
avatar

Liczba postów : 83
Join date : 20/08/2015

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Czw Sie 27, 2015 9:40 pm

I ona cieszyła się z takiego obrotu spraw, bo nieczęsto na swojej drodze spotykała się z bezwarunkową życzliwością, pojawiającą się niemal na starcie, niepodpartą jeszcze żadnym słowem, ni zachowaniem. Jack nie była z góry uprzedzona do ludzi, a i później, niechęć pojawiała się rzadko, tylko ku nielicznym przypadkom, do których nie zaliczała się nawet gospodyni tego dobytku. Wbrew pozorom, służka uważała ją za dobrą i odpowiedzialną kobietę, mająca nieszczęście trafić na jej nierozgarnięcie i nieznajomość zachowań obowiązujących u wyższych sfer.
Miło było obserwować rozluźnienie artystki, początkowo sprawiającej wrażenie bojącej się własnego cienia. Gdyby tylko zaraz nie występowała, Jack z pewnością odważyłaby się pokręcić wokół jej stolika nieco dłużej. Uwielbiała poznawać nowe osobistości, słuchać ich historii lub usiłować je rozszyfrować między wierszami. Choć owa panna o ciemnoniebieskich oczach nie wyglądała na taką, która oddałaby jej wszystko – każde wspomnienie i uczucie, stanowiło to w przypadku Jack wyzwanie, jakiego mogłaby się podjąć z przyjemnością. Dlatego póki co postanowiła zapamiętać jej imię, padające z ust pojawiającej się znikąd żony gospodarza, a pamięć miała całkiem dobrą.
Wcale nie zdziwiła się na oniemienie starszej kobiety, sama nie do końca wiedziała czy wypowiedź była przejawem dobroci, czy może prawdą. Nie byłaby jednak sobą, gdyby zastanawiała się nad tym dłużej niż sekundę.
- Tak? – Wyjąkała w pełnym oszołomieniu. – Taka wiadomość jest istnym balsamem na moją duszę – dopowiedziała, chociaż Jack nie miała złudzeń, że kobieta potraktowała to jako uprzejme kłamstwo i na wszelki wypadek wolała, aby służka nie miała dłużej styczności z harfistką.
Nie spodziewała się, że ktokolwiek zapyta ją o imię, na pewno nie tutaj, gdzie poziom w społeczeństwie wyznaczał to czy było się widzialnym, czy nie. Nie do końca wiedziała co odpowiedzieć, bo zarówno żona gospodarza, jak i reszta przyjęcia wciąż pozostawały nieświadome jej płci, a imię, mimo że zagraniczne, było ewidentnie kobiece. Zdecydowała się ostatecznie na szczerość, ze świadomością, iż na tak nieistotne informacje większość z otaczających ich ludzi, najzwyczajniej na świecie wyłączy zmysł słuchu.
- Jacqueline, moja pani. Choć najczęściej wołają na mnie Jack. – Przechyliła lekko głowę, wyczekując jej reakcji. Pierwsze ze swych imion wypowiedziała z niewątpliwie francuskim akcentem, bo tak winno być wymawiane przez jego pochodzenie. Nie prosiła o rewanż, gdyż wciąż nie wyrzuciła z pamięci jak tamta została nazwana, a zresztą  nie było im dane więcej dłużej rozmawiać – przedstawienie miało się wkrótce rozpocząć.
Jack zerknęła na małą scenę, w końcu dostrzegając harfę w jej środku. To trochę rozjaśniło sytuację, wiedziała już czego może się spodziewać. Teraz pozostawało tylko zająć dobre miejsce. Czmychnęła prędko, po drodze zbierając puste półmiski i talerze ze stolików, tworzących prędko pokaźny stos. Odniosła wszystko do kuchni, jeszcze raz dorzucając drew do kominka, poprawiając stojące w pobliżu suszone róże, zaraz ukradkiem, niby przy okazji schodząc do piwniczki. Po ciemku sięgnęła po butelkę nieznanego jej jeszcze trunku i niespostrzeżona wpełzła pod jeden z większych stolików dla gości, tylko częściowo przykrytego szkarłatnym obrusem. Omijając wystające nogi, doczołgała się blisko sceny, gdzie podwinęła skraj płachty, wypatrując występu.
Stwierdziła, że wystarczająco się na dziś napracowała i należy jej się chwila odpoczynku, dlatego z tą myślą oraz z charakterystycznym dźwiękiem dla odkorkowywanych butelek, zaczęła swój fajrant. Reszta bardziej kompetentnej służby z pewnością da sobie radę bez niej. Poczuła w ustach cierpki smak czerwonego wina, nie potrafiąc powstrzymać się od uśmiechu. Zniecierpliwienie towarzyszące całej sali, udzieliło się także i jej, dlatego przymrużyła oczy, wyczekując pierwszego dźwięku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lettie Ailsbury
Wizja
avatar

Liczba postów : 8
Join date : 25/08/2015

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Czw Sie 27, 2015 10:25 pm

Wypowiedź naprawdę była szczera. Wolała być obsługiwana przez człowieka, a nie wyuczony mechanizm. Owszem, mogło to być uznane za dziwne, biorąc pod uwagę, w jakich czasach żyła. Chociaż jej zdaniem każdy, kto był chociaż trochę ludzki, gdzieś wewnątrz siebie również liczył na nieco emocji i życzliwości w świecie. Smutne, że żeby je znaleźć, trzeba naprawdę dużo szukać. Chociaż w tym przypadku los się do niej uśmiechnął, to zazwyczaj nie rozmawiała z nikim szczerze miłym, wyłącznie z pochlebcami i rzekomymi fanami jej twórczości. Mimo jej uwagi, nie często natrafiała na ludzi z którymi miałaby ochotę zacząć dialog. Oczywiście, nie chodziło tu wcale o ludzi, a o nią samą. Była po prostu nadwrażliwą istotą, która do rozmawiania pragnęła kogoś uduchowionego, z kim mogłaby porozmawiać o dalekich krajach za oceanem, czy o twórczości dzisiejszych autorów, a nie tylko o bieżących wydarzeniach, to jest skandalach z najwyższej półki. Doprawdy, smutny był fakt, że niewinność w zasadzie nikogo nie obchodzi.
Była zadowolona, że pracownik usłyszał jej słowa. Miała również nadzieję, że potraktuje to jako nieśmiałe zaproszenie do późniejszego dialogu, bowiem miała wrażenie, że nawet jeśli dość kelner jest nietypowy, to ma za pasem kilka historii, których Lettie gorąco pragnęła posłuchać.
Nie znała francuskiego zbyt dobrze, ale na tyle, by go rozpoznać i zwizualizować sobie, jak imię może być pisane. Jednak samo jego brzmienie sugerowało, iż jest kobiece. Znowu zaprzątnęła ją myśl, z kim dokładnie ma do czynienia. Gdy jednak usłyszała zdrobnienie, znowu zganiła się za wątpliwości. Przecież każdy mógł dostać niezbyt dobrane imię, może w jakiejś kulturze jest to męska godność. A może nawet w tej kulturze, a ona zwyczajnie nie miała o tym pojęcia? Również bardzo prawdopodobne. W każdym razie kiwnęła głową z zadowoleniem. A potem nie zdążyła wspomnieć o swojej godności, bowiem tłum wyczekujących spojrzeń pogonił ją na scenę tak skutecznie, jakby ktoś strzelił jej biczem nad głową.
Wstąpiła na skromną scenę i piszczelem przesunęła mały stołeczek do instrumentu. Wedle własnej zasady nie spojrzała na widownię, aby się przypadkiem nie speszyć. Na początek przesunęła dłonią po strunach instrumentu. Dźwięk był niemal idealny i już na to kilka dźwięków jej umuzykalnione wnętrze poczuło się, jakby zostało uniesione zefirem pod same chmury. Usiadła na stołku, po czym wzięła się do gry. Zaczęła od czegoś dość popularnego. Każdy, kto kiedykolwiek był na jakimś koncercie, bez wątpienia słyszał tę melodię. Inna rzecz, że mało kto grał ją na harfie, ale bezsprzecznie dało się ją rozpoznać. Po pierwszej melodii zrobiła krótką przerwę, pozwalając palcom na kilka sekund odpoczynku. I po tej przerwie wzięła się za coś, co naprawdę lubiła - trudne melodie. Pierwsza była chyba jej ulubioną. Niejeden raz wykorzystywała ją, by przyciągnąć na siebie uwagę publiczności. Była jednak nieskromnie pewna, że tym razem melodia również wywoła furorę. Jako środkową część występu sięgnęła po coś bardziej imponującego. Melodię, która potrafiła z harfy wyciągnąć naprawdę to, co najlepsze. I chociaż zdarzało się, że opuszki jej palców krwawiły po tym utworze, wątpiła, by tym razem ją to spotkało. I nie myliła się. Jej palce, chociaż wyraźnie przemęczone, poradziły sobie z wymagającym utworem. Miała świadomość, że energii wystarczy jej jeszcze tylko na jeden utwór. Wybrała chyba swój ulubiony, pragnąc podzielić się nim z dzisiejszymi gośćmi. Z kobietą o ukwieconych włosach. Z głośnymi gośćmi imprezy na środku sali. Z gospodarzami, którzy ją tu dziś zaprosili. Z mężczyzną w zbyt dużym fraku, oraz, oczywiście, z pracownikiem, który ją obsługiwał. Pomyślała, iż naprawdę musi się postarać.
I postarała. Obiektywnie mogła uznać to za jeden z naprawdę udanych koncertów. Dopiero gdy podniosła się ze stołka i dygnęła nisko, poczuła, że jednak poraniła sobie opuszki palców. Schowała dłonie, splatając je za sobą, aby zaraz po aplauzie zejść ze sceny i znaleźć serwetkę, którą mogłaby zetrzeć kropelki krwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Jacqueline
Dobra Wróżka
avatar

Liczba postów : 83
Join date : 20/08/2015

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Sob Sie 29, 2015 1:52 am

Nie znała się na muzyce, Lattie mogła być najlepszą harfistką na świecie lub początkującą amatorszczyzną, a ona nie była w stanie ocenić tego pod innymi względami, niż przy użyciu swojego niemającego większego porównania gustu. Podobało jej się na tyle, że przez chwilę była w stanie pojąć ludzi uczęszczających do opery dla samej przyjemności słuchania. Nie na długo, uczucie prędko minęło, a lekkie dźwięki pochodzące spod giętkich strun szarpanych jej delikatnymi dłońmi stały się zwyczajnym dodatkiem do chwili relaksu, nie głównym motywem.
Zamknęła oczy, rozkoszując się chwilą. Wino było z ewidentnie górnej półki, nawet ignorantka taka jak Jack musiała przyznać, że wyrazisty, dojrzały smak z lekkim aromatem przypraw korzennych, różni się od szczyn, jakie zwykła pijać. Całe szczęście, tanie alkohole nie wypaliły jej jeszcze języka, by nie mogła się nim delektować. Wraz z kolejnymi odgrywanymi melodiami, zaczęła rozglądać się po widowni, na zmianę z główną atrakcją tego wieczoru, panną Lattie. Gdy tylko cisza zapadała na dłużej niż parę sekund, publika klaskała na swój ograniczony sposób, aby przypadkiem nie zdradzić zbyt wiele emocji na raz, niezależnie od tego czy było to ich najlepsze przedstawienie w życiu, czy jedynie umiarkowanie dobre. W oczach Jacqueline mieniło się to iście komicznie. Nie sposób było opisać, jak bardzo tęskniła za swoimi kompanami, jawnymi w swoich odczuciach i przemyśleniach, że gdyby byli równie poruszeni jak Jack teraz – z pewnością użyli by swoich gardeł do mniej lub bardziej kulturalnych okrzyków uwielbienia, palców do gwizdania, a nóg do wykonywania dzikich pląsów, bez względu na porę dnia i stan upojenia. Oddałaby wszystkie życzenia, aby poczuć ową wolność jeszcze raz…
Odrzuciła prędko myśli, nim zdążyły ją pochłonąć w całości. Czknęła cicho, upijając po raz kolejny łyk wina. Młoda harfistka wyglądała zjawiskowo, ewidentnie była w swoim żywiole, aż Jack czuła przyjemność z samego patrzenia. Aktualnie była w raju i naprawdę, nie mogła uwierzyć, że jeszcze jej za to płacą. Koncert powoli zmierzał ku końcowi, gdy nagle dostrzegła „drobne” zakłócenie harmonii…
Suszone kwiaty zajęły się ogniem, stojąc zbyt blisko kominka. Jack spoglądała na ów widok ze zgrozą, niezdolna do wykonania ruchu. Nikt, poza nią nie dostrzegał płomieni wypełzających murowanej wnęki, muzyka trwała dalej, rozanielenie na twarzach gości stawało się coraz bardziej widoczne. Może gdyby poderwała się na równe nogi i usiłowała ugasić pożar w zalążku, od razu gdy go dostrzegła, przyjęcie zakończyłoby się bez większych strat w ludziach i przedmiotach. Nie, za bardzo bała się konsekwencji, siedziała więc cichutko pod stołem, zakrywając twarz dłońmi i czekając na rozpętanie się piekła. Lattie podniosła się z miejsca, a na pierwszy wrzask nie trzeba było czekać długo:
- Och, och!!! O-ogień! – Zauważyła pięknie uczesana dama z samego końca pomieszczenia, siedząc pod idealnym kątem do zjawiska iście konkurującego z danym niedawno przedstawieniem.
- Pali się! – Wtórowała jej kolejna, tym razem dopełniając swą wypowiedź wskazującym palcem. Ktoś zemdlał, rozległ się dźwięk wielu odsuwanych na raz stolików, nastrój udzielił się wszystkim i podniósł się nieprzyjemny dla ucha zgiełk. Jack wynurzyła się bardziej spod stołu, nie puszczając butelki, jakby koła ratunkowego. Ogień rozprzestrzenił się w zastraszającym tempie, w sekundach pochłaniając znajdujące się firany, kotary i obrazy. Płomienie zaczynały lizać drewniany stolik przy oknie, czerwony dywan oraz resztę zbędnych i ewidentnie łatwopalnych ozdób, na jakie tylko mogła sobie pozwolić karczma.
Gospodarz od razu rzucił się do gaszenia zaistniałego pożaru, jednak okazało się to już niemożliwe, częściowo przez jego aktualne rozmiary, a w dużej mierze przez to, że cała sala zerwała się do drzwi, przeciskając się, gniotąc i depcząc. Jack obserwowała wszystko ze swojego miejsca, czekając aż zwolni się przejście do kuchni, skąd będzie mogła czmychnąć tylnym wejściem. Gdyby nie była przerażona dostaniem się w ręce gospodarza i jego żony, z pewnością ryknęłaby gromkim śmiechem, po raz pierwszy w Wishtown widząc niestosowanie się w progu zasady „panie przodem”. Cóż, spodziewała się, że zarobek za pracę, w tym przypadku może ją ominąć.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lettie Ailsbury
Wizja
avatar

Liczba postów : 8
Join date : 25/08/2015

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Nie Sie 30, 2015 8:38 pm

Lettie nie zdążyła nawet podnieść dłoni, aby na nie zerknąć, gdy krzyk jednej z kobiet uderzył ją mocniej, niż gdyby ktoś zdołał rzucić w nią fortepianem. Ogień. Dlaczego akurat ogień? Wolałaby sforę wściekłych psów, niż to. Mogłaby stanąć oko w oko z najgorszym koszmarem największej czarownicy na świecie - to byłoby lepsze. Ale nie, natychmiast po występie coś musiało zapłonąć. Dlaczego nikt tego nie zauważył? Gdyby tylko nie zgodziła się grać wcześniej, wszystko potoczyłoby się inaczej. Ona na bank zauważyłaby liżące karczmę jęzory ognia, nie mogło być inaczej z jej paranoją. Dlaczego nie poczuła, że niebezpieczeństwo jest blisko? Czyżby jej gra stała się nie tylko ucieczką, ale też całkowitym odizolowaniem od strachu? Może nawet nie chodziło już o sam strach. Ailsbury czuła się, jakby na moment cały czas zniknął. Czuła się również bezużytecznie, biorąc pod uwagę, że raz, gdyby jej wiecznie czujne mięśnie by się przydały, akurat swoją czujność straciły.
Nie liczyli się dla niej uciekający ludzie, ani ich krzyki. Ledwie docierało do niej, że i ona może zrobić sobie krzywdę. Jedyne, co biegało po jej głowie, to słowo: "ogień". W kółko, jakby nie miała już nigdy pomyśleć o niczym innym. Im dłużej patrzyła na pożar, tym jej oparzenia na plecach zdawały się boleć bardziej. Były już perfekcyjnie zagojone, widoczne tylko po kontakcie z wodą. A jednak, pamięć mięśni nie pozwoliła jej choćby ruszyć nogą. Cały mózg harfistki krzyczał, że ta musi się ruszyć, inaczej będzie boleć bardziej. Ale ostatnio, kiedy uciekałam, było tylko gorzej. Świadomość tego faktu całkowicie ją unieruchamiała. Chciała wręcz cofnąć się do łatwopalnej, płonącej już ściany za sobą, aby mieć mniej możliwości ucieczki. Przerażenie w oczach pewnie nawet nie było już strachem - to był obłęd. Lettie faktycznie zrobiła krok w tył, jednak niemal natychmiast poczuła żar. Obróciła się i zaczęła rozglądać, dopiero teraz przebijając się przez zasłonę starej traumy. Nie widziała już jednak karczmy - widziała starą, płonącą kamienicę. Widziała lekarza stojącego w płomieniach, widziała popiół.
- Niech ten ogień zniknie... - szepnęła, na co jej mózg zdawał się zacząć pracować z powrotem. - Niech nie będzie tu żadnych płomieni! - powiedziała, powoli wydostając się spod przytłaczającego wspomnienia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Jacqueline
Dobra Wróżka
avatar

Liczba postów : 83
Join date : 20/08/2015

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Pon Sie 31, 2015 3:42 pm

Chaos. Płomienie trawiły meble z ciemnego drewna, z każdą sekundą łapczywie sięgając po więcej. Nie nasyciły się również ozdobami pomieszczenia, ogień wezbrał się futrynie, tworząc istne drzwi do piekła, przez które ludzie i tak skakali, pozwalając małym językom ognia lizać wszystkich po odkrytych dłoniach i twarzach. Czarny dym zaczął ich spowijać, sprawiając, że wyglądali złowrogo, jakby przewijali się w najgorszym koszmarze nocy. Krzyki bólu i przerażenia wypełniał każdy kąt sali.
Gospodarz tak samo jak Jack, nie usiłował wydostać się na bezpieczną powierzchnię. Mężczyzna zapewne miał w niejasnych planach zginąć w swoim dobytku, do ostatniej chwili usiłując go uratować. A ona była bezsilna. Życzenie nie padało z niczyich ust. Przekleństwa, modlitwy, płacz, błaganie o pomoc, a nawet przeprosiny, z natychmiastową potrzebą rozgrzeszenia. Ale nie życzenie. Musiała stąd uciekać, powietrze zaczynało dusić i piec w gardło, mimo że leżała na podłodze, najbardziej dogodnym miejscu w takich sytuacjach.
Parę razy już stała na płonącym, zrabowanym statku. W swoim krótkim życiu zdążyła poznać potęgę ognia i nie była w stanie odmówić mu stanowiska żywiołu równie niebezpiecznego co otaczająca ich woda. Nie zamierzała go lekceważyć dłużej. Nim rzuciła się do biegu, rozejrzała się wokół, dokładnie namierzając drzwi prowadzące do kuchni. Daleko w tle dostrzegła jeden, drobny niepasujący element.
Harfistka dalej stała w tym samym miejscu, skulona w sobie, jakby niezdolna do żadnego ruchu. Co więcej, w oczach Jacqueline wyglądała na rzeczywiście pomyloną, bo zamiast skryć się przed ogniem, ona jakby dążyła w jego kierunku. Przez myśl przeszło jej, żeby nie zwracać na nią uwagi, skoro tak bardzo chce umrzeć w tym ognistym szale. Szybko jednak poczuła zawstydzenie i chcąc, nie chcąc, zaczęła się czołgać w stronę przerażonej kobiety. Podniosła się na kolana, przecierając załzawione od dymu oczu.
- Pani… - Zaczęła, a przerwał jej napad kaszlu, spowodowany popiołem w gardle. Zakryła usta rękawiczką, zbliżając się do kobiety jeszcze bardziej. I wtedy dosłyszała jej szept. Doskonale pamiętała jej pierwsze życzenie. Była nim herbata. Dlatego nie spełniła go od razu, jak setki innych życzeń pozostałych gości. Pojawiające się znikąd półmiski z potrawami, filiżanki i butelki mogłyby wzbudzić zainteresowanie, jeśli tylko nie panikę. Tym razem mogła ją wysłuchać, jeśli właśnie tego chciała… - Och – Westchnęła ciężko.
Wszechświat jakby zaczął im sprzyjać. Mocniejszy powiew wiatru wtargnął do karczmy, nie rozjuszając żaru bardziej, a nie pozwalając mniejszym płomykom zaistnieć na nowo. Buty karczmarza ze stopionymi podeszwami zaczęły raz za razem gasić płonący dywan, a wylane wiadro pomyj okazało się być genialnym sposobem na stojące w ogniu stoły. Mężczyzna coraz bardziej panował nad sytuacją, a widzący to ludzie, jeszcze niedawno tłoczący się ku wyjściu, zaczęli mu pomagać.
- Pani, powinnyśmy stąd wyjść. – Obawiała się, że nadpalona konstrukcja karczmy może w każdej chwili na nich runąć. Zresztą miała inne powody, dla których nie powinna przebywać tu dłużej. Ktoś mógł skojarzyć fakty, że to Jack jest sprawczynią pożaru, właściwie to dwukrotnie. Kto inny niż nierozgarnięty lokaj, mógł umieścić suszone kwiaty blisko tlącego się wesoło kominka? Lub siedzieć jak mysz pod miotłą, widząc początki rozpętującego się zamętu? Powinna uciekać, na wszelki wypadek. – Jest przejście przez kuchnię – dopowiedziała, ale nie miała zamiaru długo na nią czekać, pomimo niemal zupełnie ugaszonego pożaru. Wyciągnęła ku niej dłoń.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lettie Ailsbury
Wizja
avatar

Liczba postów : 8
Join date : 25/08/2015

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Nie Wrz 06, 2015 6:03 pm

Wraz z jej życzeniem, ogień zaczął faktycznie gasnąć. Stała oniemiała, obserwując, jak złowieszcze płomienie gasną i spod nich wyłaniają się osmalone, bądź zwęglone elementy wystroju. Ciemne stoły, resztki krzeseł na podłodze, sufit z opadającym z niego popiołem. Zamrugała kilkakrotnie, nie wierząc, że świat zdecydował się spełnić jej pragnienie. Czy możliwym było, żeby ten podmuch, który poczuła, był jej zasługą? Nie, przecież żadnych umiejętności magicznych nie miała, w końcu nie była czarownicą. Choć w tym wypadku nie stało się nic złego, więc to nie musiała być czarownica. Raczej jakaś dobra wróżka. O ile coś takiego istniało. Mogła czytać i słyszeć o koszmarach, lecz nigdy o dobrych duchach opiekujących się bezbronnymi śmiertelnikami.
Poznała głos, który się do niej zwrócił. Odwróciła się w stronę Jacka, niemal całkowicie odzyskując trzeźwość umysłu. Znowu on. - pomyślała, nie była to jednak myśl przepełniona irytacją, raczej zaskoczeniem. Niesamowite, że akurat on wyciąga do niej teraz dłoń, oferując wyjście, a nie ktokolwiek inny. Lettie mogłaby sądzić, że przeznaczenie pcha ją ku poznaniu tego nietypowego jegomościa, jednak w jej głowie pojawiła się inna teoria. Może jakimś sposobem to właśnie lokaj uratował lokal? Wydawało jej się niemal niemożliwym przypadkiem, że stał obok akurat wtedy, kiedy jej życzenie zaczęło się realizować. Z drugiej jednak strony, równie niemożliwy wydawał się fakt, aby dzięki niemu miejsce zostało uratowane.
Niepewnie ujęła dłoń lokaja i kiwnęła głową, na znak potwierdzenia. Obejrzała się na zniszczoną harfę, która prawdopodobnie nigdy nie będzie się już nadawać do gry. Nie zatrzymała się jednak, by się nad nią rozczulać, dała się prowadzić w stronę drugiego wyjścia. Gdy odwróciła głowę w kierunku, w którym szli, zauważyła niewielką, czerwoną plamkę na dłoni chłopaka. W tym też momencie przypomniała sobie, że zraniła się w palce. Cofnęła więc rękę, zaciskając zęby. Ze wspomnieniem przyszedł nieprzyjemny ból, który tylko by się nasilił, jeżeli dotykałaby zranionym miejscem jakiejś powierzchni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Jacqueline
Dobra Wróżka
avatar

Liczba postów : 83
Join date : 20/08/2015

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Nie Wrz 06, 2015 10:43 pm

Ujęła jej palce, ściskając łagodnie, ale nie pozwalając im się wymknąć, chociażby na moment. Ten drobny gest uznała za łączący je pakt, dlatego też postanowiła wziąć za nią odpowiedzialność, do kiedy tylko nie znajdą się w bezpieczniejszym miejscu. Spieszyła się, wyrzucając w biegu butelkę niedopitego wina. Żar wokół rozlanego alkoholu zaiskrzył głośno i zapłonął na krótko intensywnym, niebieskim ogniem. Nie przejmowała się niczym, kierowała ją zręcznie pomiędzy przewróconymi krzesłami i stołami, wprost do kuchni. Gdy dosłyszała nad swą głową niezbyt przyjazne skrzypnięcie, odwróciła się, zwalniając kroku.
Nie zdążyła krzyknąć „uważajcie!”, nim drewniany strop wyraźnie naruszony przez pożar, z hukiem runął tam, gdzie jeszcze przed sekundą stał gospodarz, wzbijając w powietrze cały kurz i popiół. Poczuła uderzenie pod stopami, nie wróżyła niczego dobrego tym, którzy mieli nieszczęście stać pod walącymi się belkami. Usłyszała krzyki, ale te z pewnością należały do żywych. Nie zamierzała zostawać tu chwili dłużej, z pewnością nie teraz, gdy złożyła niewerbalną obietnicę dziewczynie, której dłoń wciąż usilnie trzymała.
Krztusząc się i dusząc pobiegła dalej, docierając do uchylonych drzwi. Chłód nocy uderzył ją w rozgrzane policzki, a świeże powietrze wypełniło rozpaczliwie pracujące płuca. Oddychała ciężko, ale nie przestała biec, do kiedy tylko nie znalazły się w naprawdę sporej odległości od niestabilnej konstrukcji budynku. Wylądowały w lesie, pośród mroku i drzew, ledwie przepuszczających widok podpalonej karczmy. Krzyki i płacz dochodził je dalej, ale teraz wydawał się obcy, jakby we śnie.
Odetchnęła głęboko, nawet na moment nie puszczając dłoni Lettie, nieporównywalnie delikatnej ze skórą Jacqueline, zahartowaną ciężką pracą. I to właściwie mogło być błędem. Gdyby puściła ją w porę, cofając się o krok, nie runęłyby razem na złamanie karku ze stromego zbocza.
Wrzasnęła krótko, przewracając się i w locie obijając każdą z możliwych kończyn, żebrami zahaczając o wystające konary drzew, a nogami usiłując hamować i zapobiec kolejnym przykrym zderzeniom. Dopiero wtedy była zmuszona puścić harfistkę, czy też właściwie rozdzielił je wznoszący się pień drzewa. Długa i bolesna to była droga, a jej zakończenie, czyli upadek na płaską powierzchnię, też nie należał do najprzyjemniejszych.
Zignorowała wirowanie świata, podnosząc się z wolna na czworaka. Przez otarcia, rozcięcia i obicia wszystko ją bolało, ale z ulgą stwierdziła, że niczego sobie nie połamała. Prędko, choć niemal po omacku, dopełzła na kolanach do Lettie, której być może udało się wyhamować wcześniej, bez większych strat na ciele.
- Ż-żyjesz? – Wydyszała, spodziewając się wszystkiego. Cóż, najwyraźniej przynosiła jej pecha, bo od kiedy się spotkały, towarzyszyło im pasmo nieszczęść, najwyraźniej niezamierzające się kończyć, skoro trafiły pośród mrok wysokich drzew, na kompletnie nieznanym jej terenie, pełnym różnych stworzeń, niekoniecznie przyjaznych…
Promykiem nadziei okazał się być sierpowaty księżyc i gwiazdy na rozpogodzonym niebie. Dzięki temu widziała wyraźnie jej twarz, znajdującą się blisko, choć tego samego nie mogła powiedzieć o gęstej czerni wznoszącej się pomiędzy drzewami, znajdującymi się parę metrów dalej.
- Musimy znaleźć zachód i ruszyć lub przeczekać w bezpiecznym miejscu do rana – Zaproponowała, choć niespecjalnie wierzyła w istnienie „bezpiecznego miejsca”. Cały las żył, w każdej sekundzie zdradzając obecność innych osobników. Skrzypnięcie drewna, jakby coś ciężkiego usiadło na jednej z gałęzi, łamane gałązki, leżące na ściółce i przyprawiające o dreszcze piski nietoperzy były tylko częścią z nieprzeliczonej gammy dźwięków dochodzących z głębi lasu.

/Myślę, że przydałoby się zmienić lokację, dogadamy na czacie >:).
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Nie Wrz 18, 2016 6:57 pm

Pomimo zmęczenia, odzyskał dobry humor. Coraz bardziej uświadamiał sobie, że kolejne troski mu nie pomogą i nie powinien się zadręczać na zapas. Właściwie…? Co miał do stracenia? Najwyżej Isabelle na sumieniu, a sam znalazłby się w położeniu bez wyjścia, tfu, z jednym wyjściem, tym w postaci powieszenia się na dorodnej gałęzi. Także, nie wydarzyłoby się nic, czego się nie spodziewał, a nawet, czego by nie planował.
Z lekkim rozbawieniem, złapał powóz, kierując woźnicę do jego ulubionej lokacji, do której dzieliło ich trochę kilometrów, gdzie jednak - jako stały klient w porach obiadowych - z czystym sumieniem mógł stwierdzić, że było warto. Tym razem, podróż przebiegła bez większych ekscesów, siedzieli naprzeciw siebie i całe szczęście; nikt nie krwawił bardziej niż powinien.
Przepuszczając Isabelle w drzwiach, podjął urwany temat, który powodował u niego uśmiech przez całą trasę:
- Głupio wyszło. Ale nie bierz tego do siebie, robię to częściej niż bym chciał. Kobiety zazwyczaj się obrażają, gdy nazywam je nie tak, jak powinienem, jednak w tym przypadku, dziwne, że nie traktują tego jako najpiękniejszy z komplementów, na jaki potrafię się zdobyć. – Uśmiechnął się blado, prowadząc ją do stolika gdzieś przy oknie, unosząc dłoń do gospodarza na przywitanie. W oddali zamajaczyły mu znajome twarze, ale w ogólnym ujęciu, miejsce było cudownie opustoszałe. Między innymi dlatego tak je lubił. Zdjął rękawiczki i surdut, przerzucając je niedbale przez poręcz wybranej ławy. Kapelusz rzucił na jeden z wieszaków. – Prowadziło to do wielu żenujących sytuacji… Mamy teraz chwilę, skoro już zgodziłaś się mnie „pilnować”, abym nie zasłabł, zapewne nie będziemy jedli w milczeniu. Jeśli chcesz, a pewnie nawet jeśli nie chcesz, opowiem ci co nieco… - Oczywiście, z początku wyśmiał ten pomysł, ale później uświadomił sobie, jak Isabelle trafiła w sedno. Zdarzało mu się zapomnieć o obiedzie z powodu pracy, a gdy doszły do tego problemy, z którymi ledwie sobie radzi… To nie byłby pierwszy raz, gdyby zemdlał. Raz nawet zdarzyło mu się to w obecności Shilvii, piękne czasy.
- Byłaś tu kiedyś, Isa? – Tym razem wyraźnie podkreślił jej imię, przetwarzając pytanie w głowie, nim wypowiedział je na głos. Musiał się na tym nieco skupić, bo średnio już kontrolował, co robi. Westchnął cicho, gdy zasiedli razem przy stole. Zamierzał sprawić sobie chwilę odpoczynku, nie myśląc o ciążącym nad nimi problemie. – Och, niemal zapomniałem. Tacy jak ty, nie mają zbyt wiele wolnego czasu, prawda? – dodał nieco złośliwie, choć wiedział, że nie mógł się minąć znacznie z prawdą. On za swoich czasów przesiadywał w Inkwizycji dłużej niż by tego pragnął. Zaczął temat jednak w innym celu – chciał, by Isabella wyraźnie zaprzeczyła, że jest inaczej. To dałoby mu pewne pole widzenia, wiedziałby na czym stoi, bo póki co… wciąż łapał się na tym, że praktycznie nie zna inkwizytorki. Nie zaszkodziłoby zacząć od poznania jej codzienności, nieprawdaż?
Przyglądał się jej uważnie, gdy usłyszał znajomy głos:
- Panienko, panie Cavendish… Witam w moich progach. - Mężczyzna podszedł do ich stolika z łagodnym uśmiechem. – Czym mogę was ugościć? – Zazwyczaj nie zadawał tego pytania, bo Lynn wiecznie zamawiał to samo, ale po raz pierwszy zjawił się tu z kobietą, więc potraktował sprawę inaczej.
- Zaskocz mnie, gospodarzu. I do tego… - przerwał nagle, szybko dobywając kieszonkowego zegarka, aby sprawdzić godzinę. Dobra, wcale nie było tak wcześnie, mógł pić. – Butelkę tego waszego specjału. Albo najlepiej dwie, co byś się nie nachodził. Ach, a dla mojej pięknej towarzyszki… Ją też zaskocz. Jeszcze bardziej niż mnie – mrugnął do karczmarza, na co ten się uśmiechnął, jakby w niezrozumiałym dowcipie. Pozwolił sobie zdecydować za nią, a co się będzie! Gdy mężczyzna odszedł z "zamówieniem", Lynn uśmiechnął się pod nosem i zerknął na nią pytająco „o czym to ja…?”. Z jego kieszeni wystawała zielona chusta, z którą nie miał pojęcia co uczynić, więc póki co spoczywała przy nim.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Nie Wrz 25, 2016 9:00 pm

Myślisz, że gorzej być nie może? Los zawsze pokaże ci, że się mylisz. Dopiero po dłuższej chwili jazdy dorożką, Isabelle mogła zorientować się, dokąd mniej więcej jadą. Z początku zdziwiła się, że nie wybrali się do karczmy w mieście, ale jako tako zdołała już przyzwyczaić się, iż z zegarmistrzem nie ma nic pewnego, chociaż z pozoru powinno być zupełnie inaczej.
Z początku rozglądała się niespokojne, gnębiona niezbyt dobrym przeczuciem, ale w końcu przekroczyła próg gospody. Uśmiechnęła się delikatnie, aczkolwiek nieco z zakłopotaniem, na słowa Lynna.
- Cóż... rozumiem je troszkę – przyznała, wchodząc do wnętrza budynku. - Czy powinnam się teraz czuć zaszczycona? - odpięła klamrę, zsuwając płaszcz z ramion. Czarny materiał zaszeleścił przyjemnie, gdy złożyła go na pół i przełożyła przez jedną z ław, idąc w ślady Lynna. Gospodarzowi skinęła głową na przywitanie. - Opowiadaj, jeśli chcesz – dodała jeszcze.
Nie była wielką zwolenniczką nadzoru, ale przezorny zawsze ubezpieczone. A patrząc na stan, do jakiego doprowadził się mieszkaniec, sprawiał, że jej obawy stawały się coraz bardziej realne. Chciała już odpowiedzieć, już, już, otwierała usta, kiedy pojawił się mężczyzna. O ironio, tym razem nie odezwała się ani słowem, pozwalając innym zdecydować. Uśmiechała się tylko lekko, zastanawiając się nad zadanym pytaniem.
- Wypijesz aż dwie butelki? - uniosła brwi w udawanym zdziwieniu, gdy gospodarz odszedł. Wyraźnie zwlekała z odpowiedzią.
Wpatrywała się w stół, muskając delikatnie słoje, jakby z nudów, chociaż tak naprawdę starała się zapanować nad swoim głosem, gdy ten na nią zerknął. Chcąc czy nie chcąc, musiała się odezwać.
- Kiedyś zagościłam w tych progach. Ale to było dawno – powiedziała ogólnikowo, unikając opowiedzenia o okolicznościach. Czy istniała szansa, że ją rozpoznali? Raczej nie. - A jak myślisz, panie Cavendish? - podjęła, podnosząc wzrok, nieco gniewny. - Czas w wolny w Inkwizycji? Nie rozpieszczają nas tam nim. Chociaż dają chwilę wytchnienia. Raczej przecież nie chcą, by wszyscy się zapracowywali.
Przejechała paznokciem po drewnie, zostawiając na nim lekką, jasną ryskę. Tak w sumie, dlaczego tu była?
-Prawda? Wiesz o tym coś. Czy się mylę? - przechyliła lekko głowę, jakby z ciekawości.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Czw Wrz 29, 2016 11:39 pm

Przez zamieszanie nie zdążył kontynuować swojej wątpliwie poprawnej politycznie historii, choć uszy i psychika Inkwizytorki zapewne na tym skorzystały. Może wróci do tematu, gdy jej tolerancja na pieprzenie głupot wzrośnie…
- Dwie butelki? – zdziwił się, jakby z początku nie wiedział, o co może chodzić jego rozmówczyni. Prędko odzyskał rezon, uśmiechając się łobuzersko i mrużąc łagodnie oczy. – Och, z rozpędu pomyślałem również o tobie. Nie założyłem twojej odmowy. I właściwie… wciąż jej nie przyjmuję. Zresztą… mam takie śmieszne wrażenie, że jeśli ci naleję, to mi chętnie potowarzyszysz – stwierdził niecnie, wspominając szereg sytuacji, w których Isabelle nie miała żadnego wyboru, niż poddać się jego woli. Bawiło go to niemiłosiernie, aż sam dziwił się nad swoją dziecinną złośliwością.
Inkwizytorka ogółem budziła w nim dziwne instynkty, bo cóż, nigdy nie bywał miły bez powodu, ale z nią przekraczał wszelakie granice, czasami żartem, a  innym razem (jak przykładowo, w na wieży ruin zamku) znacznie poważniej, niż by tego chciał. Nikogo nie traktował w ten sposób i wyjątkowość w tym przypadku nie ujawniała się w pozytywny sposób. Pół życia wychowywano go na dżentelmena, tylko po to, aby zachował się jak ostatni buc, przykładowo ignorując sprawy tak oczywiste jak odebranie płaszcza od Isabelli (gdyż jako mężczyzna powinien się nim zająć), a również zignorowanie jej woli wyboru, a o typowej dla niego, nieco zbyt swobodnej rozmowie nawet nie wspominając.
Zastanowił się chwilę, nim odpowiedział. Nie zwracał uwagi na tę kwestię. Wrócił myślami do wspomnień, które zdawały się oddalone o tysiące lat.
- Nie wiem. Lubiłem swoją pracę. Och, do czasu. Do kiedy nie rozglądałem się za bardzo, co się dzieje wokół mnie… W każdym razie, zdarzało mi się zostawać po godzinach dla, hmmm, zwykłego spokoju. Raz zamknięto mnie w magazynie, było dosyć późno. Wszyscy poszli do domu. Nie chciałem zostawać tam na noc, więc rozbroiłem zamek w każdych drzwiach, stojących mi na drodze do wyjścia. Ostatecznie ruszyło mnie sumienie i postanowiłem je naprawić i pozamykać na nowo. Znaleziono mnie rankiem, naprawiającego drzwi… Nie masz tak czasem, że musisz doprowadzić coś do końca…? O. Pewnie nie masz. W każdym razie, nie, nie czułem się wykorzystywany. Większość chwil tam wspominam dobrze. Szczególnie czasy akademii – uśmiechnął się szeroko na samą myśl. Czy wzięło go na wspomnienia? Nie, swoją paplaniną chciał raczej pokazać jej swobodność, którą i ona mogła, a może powinna mu oferować, skoro już tu byli… a także mieli zostać wspólnikami zbrodni i kłamstwa.
Póki co ostrożnie balansował między tematami do konwersacji, nie chcąc wrócić do ich poprzedniej rozmowy, jeśli tylko nie planował rzucać stołem. Wkrótce jednak na krótki moment przerwał im karczmarz, podając tajemnicze butelki w zielonym szkle, wraz ze zgrabnymi kieliszkami. Jedną z butelek postawił przy oknie, drugą począł odkorkowywać. Lynn, który przywykł do obecności służby, uczony przez lata, jak ją ignorować, nie przejął się obecnością mężczyzny, kontynuując:
- Ty najchętniej zapomniałabyś o tamtych czasach, mylę się? – zapytał, spojrzenie wbijając w jej oczy. Zdążył się już domyśleć, sądząc po pojedynczych słowach, że dawny okres życia Isabelli nie należał do najbardziej fortunnych. Nagle zauważył zdezorientowane spojrzenie karczmarza w stronę Isabelli, najwyraźniej zastanawiającego się, czy też planuje pić. Lynn prędko zareagował, podrywając się lekko.
- Ja się tym zajmę, gospodarzu, dziękuję – rzucił w pośpiechu, odbierając od niego szkło. Siknął jeszcze na niego głową, dając znak, że może odejść, przechodząc do napełnienia jednego z kieliszków. Do pełna. Postawił ją przed Isabellą, obdarzając ją jedynie uśmiechem. Nie dodał już nic więcej, nalał sobie i odstawił butelkę. Cóż, najwyżej będzie pił z dwóch kieliszków na raz, żadne z rozwiązań nie było złe.
Nie czekając na jakiekolwiek ceremonię, upił łyk wina. Był naprawdę głodny.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Sob Paź 01, 2016 8:07 pm

Podczas gdy Lynn rozgadywał się, ona musiała ważyć słowa. By nie powiedzieć zbyt dużo? Może. Bardziej jednak by nie palnąć głupot, co było jak najbardziej prawdopodobne nawet w stanie całkowitej trzeźwości.
  Nie to, że nie ufała zegarmistrzowi, raczej starannie selekcjonowała informacje. Niektórych rzeczy lepiej nie zdradzać, a nawet lepiej o nawet nie wspominać. Zresztą, od zawsze miała w głębokim poważaniu wszelkie reguły jak powinna zachowywać się dama, które z takim uporem próbowała wpoić jej matka. A zresztą, co z niej była za pociecha? Nauki poszły w las, a szczerze mówiąc w ogóle nie przydałyby się jej w Inkwizycji. W pamięci Isabelli pozostały tylko podstawy. Czasem przecież trzeba wyjść do ludzi. Na nieco zaczepne powiedzenie nie zareagowała jednak. Nie chciała się kłócić, a miała wrażenie, że do tego by doszło.
  Wysłuchała w milczeniu opowieści Lynna, lecz w końcu nie mogła się powstrzymać.
  - Naprawdę? - zaśmiała się. - Nie chciałeś spędzać tam nocy, a jednak – uniosła brew. Niby takie nie do uwierzenia, ale jednak potrafiła sobie wyobrazić mężczyznę w tej sytuacji. To takie dla niego typowe, poświęcić mechanizmom chociażby i całą noc przez sumienie. Skoro czuł się tam dobrze, to chciała go zapytać, czemu odszedł, jednak w porę ugryzła się w język. O to akurat nie powinna pytać.
  Zignorowała gospodarza, a przynajmniej próbowała to zrobić, bo się speszyła. Nigdy nie czuła się jakoś szczególnie komfortowo wśród innych. Ot, natura samotniczki. Nie odzywała się, dopóki nie odszedł. Popatrzyła na podsunięty jej kieliszek i westchnęła w duchu. Nie była zwolenniczką alkoholu akurat...
  - Przyznaję – odezwała się. - nie były to najlepszy czasy. Ale czy zaraz warto o nich zapominać? - wzięła ostrożnie naczynie do ręki i upiła łyk. Jak ona dawno nie miała w ustach wina. Już niemalże zapomniała, jaki to smak. - Nie wiem czy wiesz, jak to jest, gdy kilka osób obiera sobie za swój cel, uprzykrzanie ci życia? Och, pewnie nie. Ale mogą wyniknąć z tego też ciekawe sytuacje – rozgadała się. - Raz na przykład, moi "ukochani" oprawcy zaskoczyli mnie. Trójka chłopaków. Nie powiem, miło nie było, a skończyło się na tym, że przypadkowo przywaliłam jednemu z profesorów – westchnęła. - Nie no, piękna sprawa. Żebyś widział jego minę – pokręciła z zadumą głową. - Chociaż nie było mu pewnie miło.
  Zmrużyła oczy, przypominając sobie tamto wydarzenie. Ech, jakże była porywcza. I chyba nadal jest. Obracała w dłoniach kieliszek, w końcu jednak upiła kolejny łyk.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Nie Paź 02, 2016 5:22 pm

Wino miało przyjemny, cierpki smak. Niektórzy uznaliby to za grzech, ale nie delektował się nim, pił je tak, jak może to czynić jeden z uczniów w krzakach akademii, w pośpiechu przed nocnym obchodem woźnego. Czasy, w których pijał alkohol dla przyjemności, minęły bezpowrotnie. Prędko opróżnił szkło do dna, co właściwie w dobrym guście nie było, ale Lynn był zwolennikiem zasady „płacę – wymagam”, więc nawet nie przeszło mu przez myśl, aby się tym przejąć. Dolał sobie i to samo uczynił z kieliszkiem Isabelli, gdy ten wylądował już na blacie stołu, nawet jeśli wciąż nie był pusty.
Również się uśmiechnął i przytaknął, zadowolony, że z czasem jego plan zdawał się coraz bardziej realny. Otworzyła się przed nim, co zapewne jeszcze nie było zasługą alkoholu. Wysłuchał w milczeniu, nie przerywając nawet na uniesienie brwi, choć bardzo go to kusiło. Spodziewał się podobnej historii, choć zawrzało w nim, gdy już ją usłyszał. Nie był ideałem, księciem z bajki, o jakim mogłaby marzyć kobieta, a jednak skręcało go w środku na sam pomysł, że mógłby fizycznie dopuścić się takiej przemocy wobec płci pięknej. Mimo to, zgrywał spokojnego. Musiał w końcu pracować na swój wizerunek buca.
- O tak, bójki to nieodłączna tradycja przerw w akademii, która najwyraźniej uchowała się jeszcze po moim odejściu, a i zapewne utrzymała się na długo i po twoim zakończeniu nauk. Piękne czasy. Aż można było się w końcu przyzwyczaić do obrywania… - westchnął, przymykając powieki. Na moment odstawił szkło, wyciągając ku Isabelli dłoń z wewnętrzną stroną do góry. – Spójrz, niezapomniana pamiątka po bójce z przyjacielem – wskazał białą bliznę o dziwnym kształcie tuż pod małym i serdecznym palcem. – Skurwysyn chciał mi odgryźć rękę – zaśmiał się na samo wspomnienie. Wtedy co prawda tak wesoło nie było, gdyż walczyli niemalże na śmierć i życie, z wykorzystaniem wszelakich dostępnych środków, ale obecnie oddałby wszystko za możliwość powrotu do tamtych czasów. Chwycił wino i kontynuował:
- Jednak dziewcząt… nigdy nie bito. Musiałaś trafić na jakieś… wybitne przypadki. Co innego wrzucanie im wiśni za dekolt, jeśli już jakaś założyła coś nie pod samą szyję. O ciągnięciu za warkocze we wcześniejszych latach nie wspomnę. Chociaż, nie. Mnie to nie dotyczyło. Ja byłem wzorowym uczniem… albo po prostu nie dawałem się przyłapać – wyszczerzył zęby, dumny z tego, jak udało mu się wszystko poukładać w tamtych latach. Nie kłamał, miał dobrą opinię o profesorów. Nikt nie mógł wiedzieć, ile w tym zasługi miało szczęście i to, że w razie czego potrafił szybko zwiewać. – Jak skończyła się tamta historia? Nauczyciel zapewne nie był zbyt skłonny, aby cię wysłuchiwać? – dopytywał dalej, usiłując kłuć żelazo póki gorące.
Popijał wino, czekając na odpowiedź (zapewne wkrótce jej wysłuchując) i swój posiłek, gdy do głowy wpadła mu kolejna myśl.
- Powiedz mi… pamiętasz bal na zakończenie nauki w akademii? Z kim poszłaś? – zapytał się w końcu, mając nadzieję, że ten temat pozwoli Isabelli się nieco rozgadać. Osobiście nie potrafił sobie wyobrazić młodej inkwizytorki, która – zapewne – na ten jeden wieczór musiała zrezygnować ze spodni, tak przez nią uwielbianych. Chociaż kto wie? Może pytanie nie należy do tych budzących ciepłe wspomnienia? On sam mógłby o tym mówić i mówić.
Dopełnił ich kieliszki, odstawiając pustą butelkę na parapet przy stole.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Nie Paź 02, 2016 9:02 pm

Ona zaś piła wino ostrożnie, jakby po raz pierwszy czuła jego smak. Jakby nie była do niego przyzwyczajona. Delektowała się każdym delikatnym łykiem, jakby znowu siedziała za długim, bogato zastawionym stołem rezydencji rodziców. Oczywiście nie piła normalnego wina. Rozmieszali jej je z wodą, dużą ilością wody, ale alkoholu było wystarczająco, by zmorzył ją wtedy sen. I może to dobrze? Nie skomentowała w żaden sposób posunięcia zegarmistrza, chociaż w jej kieliszku znajdowała się jeszcze znaczna ilość trunku. Chociaż dzisiaj wolałaby nie przesadzić z alkoholem.
Porwały ją nieco wspomnienia. W sumie, tamte czasy nie były aż takie złe jakby się to mogło zdawać. Mimo bójek, mimo tamtych trzech i ich "zwolenniczek". To ją nieco nauczyło, dało jakieś doświadczenie. O tak, walka to akurat była codzienność, nie taka zła jak to mogło wyglądać. Chociaż raczej wolała nie wracać do tamtych dni. Życie toczy się dalej i tego się lepiej trzymajmy.
Przyjrzała się z nieukrywanym zdziwieniem bliźnie na ręce Lynna. Dłoń Isabelli drgnęła lekko, jakby chciała się przekonać o jej prawdziwości. Zaraz jednak skarciła się w duchu za ten gest, zamiast niego uniosła brwi.
- Czyżby twój przyjaciel był kanibalem? - zapytała z rozbawieniem, wzrokiem wskazując na rękę zegarmistrza. - Myślałam, że tutaj nie ma takich przypadków, a tu proszę! - upiła łyk wina, zamyśliwszy się na chwilę. - Wybitne przypadki? - dopowiedziała jeszcze. - Może, ale nauczyło mnie to przynajmniej, jak się powinnam bić w razie potrzeby – wzruszyła ramionami. - Ech, chłopcy. Wam tylko jedno w głowie? Oczywiście, już to sobie wyobrażam, jaki "grzeczny" byłeś, taaak, raczej bardziej wierzę w to, że uciekałeś, gdy było zbyt blisko przyłapania. Skąd ja to znam. Chłopcy się raczej pod tym względem nie zmieniają – poprawiła kosmyk włosów, powracając do zadanego pytania oraz wydarzeń po tamtej pamiętnej bójce. - A jak mogła się zakończyć moja historia? Oczywiście, że psorek nie był zadowolony, skoro złamałam mu nos. A tym bardziej nie miałam nawet małej szansy na tłumaczenie. Przez miesiąc chyba musiałam czyścić sale lekcyjne. Zwłaszcza te po sekcjach zwłok... - wzdrygnęła się lekko. - Do tego doszła bura w domu – A nawet gorzej, dodała w myślach.
Udało jej się nawet uśmiechnąć, nie wiedziała jednak, czy wypadło to przekonująco, więc szybko podniosła kieliszek. Jednak słysząc następne pytanie, omal nie zakrztusiła się napojem, ostawiając gwałtownie kieliszek na stół.
- B-bal? - upewniła się, czy dobrze słyszała. - O-oczywiście, że pamiętam... - wróciło to do niej, cała ta podniosła atmosfera, dotyk delikatnego materiału sukni na skórze, muzyka. Jakby we śnie widziała te wszystkie piękne pary, a wśród nich ona, spędzająca dużą część zabawy samotnie, po ogarnięciu jakoś łez, znaczących jej policzki. - Poszłam z dobrym przyjacielem, co tu dużo mówić? Nie wiem, czy zainteresuje cię fakt, jak kiepsko wykonane zostały moje buty i większość nocy musiałam tańczyć boso? To było ciekawe doświadczenie, a co dopiero powrót! Kamienie bywają naprawdę ostre, nieprawdaż? Chociaż sam bal? Nie był taki zły, bawiłam się świetnie, nawet kiedy jakiś gościu rozdarł mi sukienkę. A szkoda, bo nawet ją polubiłam. Ach, nie zapominajmy, że na koniec pokłóciłam się z tym przyjacielem, ale co tam! Większość wieczoru, ba! Nawet nocy była wspaniała – tak, tak, pokłóciła się pod koniec, dobre sobie!
Atmosfera między nią, a jej partnerem była napięta, a on przyszedł tylko dlatego, że jej obiecał to wcześniej i głupio mu było ją wystawić, a jednak zmył się dosyć szybko. Nie szczędząc gorzkich słów, do których Isabelle go sprowokowała. Podobno chciał ich oszczędzić Inkwizytorce, przynajmniej tamtego dnia...
Otrząsnęła się jednak z tego. Co jej da roztrząsanie ciągle na nowo tych samych wydarzeń? Upiła kolejny, duży łyk i zamiast tego zadała pytanie:
- A twój bal, Lynn? Jak ci minął? - zapytała, ale jakimś takim nieco bezbarwnym głosem, który mógłby śmiało przeczyć opowiedzianej przed chwilą radosnej wersji uroczystości. Dłoń drgnęła jej nerwowo, przewracając naczynie. Płyn rozlał się po stole.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Nie Paź 02, 2016 11:44 pm

- Kanibalem? – prychnął z rozbawieniem. Nie spodziewał się takiego komentarza. – O nie, był po prostu debilem – huknął śmiechem, nieco zwracając na siebie uwagę reszty gości w sali. Ludzi z każdą chwilą przybywało, a atmosfera stawała się luźniejsza, dlatego nikogo nie zdziwił ten przejaw wesołości. Nawet na moment nie speszył się, gdy już zrozumiał, że mówi o nieżyjącym od lat człowieku, zgodnie z zasadą „o zmarłych mówi się dobrze albo wcale”. Ale nie szczędził mu złośliwości za życia, więc i teraz nie zamierzał się hamować. Kochał go, szczerze, a uczucie to nie byłoby identyczne, gdyby nie mógł sobie z nim pozwolić na podobną swobodę.
Ukrył rękę, wciąż nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu. Nie dał zagłębić się okropnym myślom, jak smutnym jest człowiekiem, nieustannie żyjąc wspomnieniami, bez umiejętności postawienia ni jednego kroku do przodu. Ten wieczór miał być inny, bez żalu i przykrości, jakimi na co dzień potrafili się obdarzać.
Wzruszył ramionami na pytanie Isabelli, uśmiechając się przebiegle, co mogło oznaczać wszystko. Nie zamierzał przytakiwać, bo nie było to do końca prawdą. Nigdy nie był typowym chłopcem, ganiającym za każdą spódnicą. Miał inne sprawy na głowie, żyjąc w swoim małym światku pełnym mechanizmów, do kiedy nikt nie wyciągał go z niego za pomocą brutalnych uświadomień, jak na przykład Lilly. Jego zachowanie w akademii nie zawsze szło w parze z tym, co chciał robić, a zbyt często z tym, czego się od niego oczekiwało lub w co wkopywał go Amon. Bywał wycofany, usilnie próbując zachować dystans, wobec tego, co oferował mu okres jego młodzieńczych lat.
Nie doszukiwał się kłamstwa, po prostu słuchał w milczeniu, wyobrażając sobie całą sytuację w głowie. Dopracował już każdy szczegół; rozłożystą suknię Isabelli, chyboczący się obcas, lekką, przyjemną muzykę, przy której młoda dziewczyna przetańczyła cały wieczór, ujmując dłoń przystojnego… bruneta, dajmy na to. A później płomienna awantura, której wkrótce towarzyszył równie żarliwy pocałunek. O tak, nazwijmy go romantykiem, ale widział tę scenę dokładnie, równie wyraźnie, jak teraz widział ją.  
- Brzmi jak marzenie. Musisz dobrze wspominać tamtą noc – westchnął cicho z niego zamyślonym wyrazem twarzy. Nie zauważył zmiany w tonie głosu Isabelli, a nawet gdyby to zrobił, z pewnością nie powiązałby tego z nieprawdziwą opowieścią. Brał wszystko, co mu się dawało i do kiedy nie otrzymywał żadnych sprzeczności, był w stanie uwierzyć w wiele. Zwłaszcza w historię, do której tak się przyłożyła. On starał się nie kłamać bez powodu i nigdy nie podejrzewałby, że Isabelle mogłaby się do tego dopuścić w tak pozornie nieistotnych kwestiach.
Huk przewróconego szkła zajął jego myśli, nim zdążył odpowiedzieć na pytanie zadane przez kobietę.
- Och, Isa – zaczął z pobłażliwym uśmiechem. – Jeśli nie chciałaś, naprawdę, wystarczyło słowo, a nie tak obsceniczne sugestie. – Gest ten uznał za przypadek, natychmiast wyciągając śnieżnobiałą, materiałową chustkę z kieszeni i kładąc ją na plamie rozlanego wina. Biel prędko pokryła się szkarłatem, wciągając alkohol. Z wycieraniem się już tak nie kwapił, przecież byli od tego inni ludzie. Zaczynał podejrzewać, że Isabella nie czuje się z nim swobodnie. Mało tego, pewnie się go boi, a jego paplanina przyniosła odwrotny skutek. Skoro jednak padło takie, a nie inne pytanie, postanowił ostatni raz podjąć podobną próbę, cały czas oceniając jej reakcję.
- Wracając do twojego pytania… Moja opowieść nie będzie taka ciekawa, ani przyjemna. Na swoim balu w ogóle nie byłem. Panna, którą zaprosiłem, wystawiła mnie tego samego dnia, co właściwie jest lekkim niedopowiedzeniem, bo stwierdziła wtedy, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Przez lata nie rozumiałem, co było powodem takiego zachowania, do kiedy nie dowiedziałem się, że moja cudowna narzeczona maczała w tym palce, już tamtego dnia… ekhem, zwalczając konkurencję. – Brzmiało to dosyć groźnie, jednak Lynn, jak zwykle, gdy wypowiadał się o Lilly przybierał ton pt. „no i jak jej tu nie kochać?”. – Wkręciłem się za to na bal Matta. Co po części było błędem, gdyż całą nos spędziłem pod stołem, pijąc słabe wino i rozprawiając na tematy sensu życia. Także, widzisz… cieszę się, że chociaż tobie się udało – dodał, wzruszając ramionami. Wiedział jedno – nie było idealnie, ale nigdy nie zamieniłby tych wspomnień na inne.
Nim zdążył podjąć kolejny temat, do ich stołu podszedł gospodarz, w rękach niosąc tacę z parującymi talerzami i sztućcami. Bez słowa sprzątnął mokrą od wina chustę, zręcznie rozkładając srebrne sztućce. Zaczął od Isabelli, kładąc przed nią dwa talerze – mniejszy i większy, wypełnione kolorowymi składnikami, ułożonymi w równie wymyślny sposób. To samo uczynił z Lynnem, choć jego danie wyglądało skromniej, a jego część przypominała coś w rodzaju klusek albo pierożków (najwyraźniej mężczyzna nie chciał go narażać na szok związany ze zjedzeniem czegoś nowego). Gdy wszystko rozłożył, przeszedł do zapoznawania ich z własnymi posiłkami, zaczynając od kobiety:
- Krem z karmelizowanej marchewki gotowany au naturel na…
- Och, gospodarzu, pozwól nam zgadywać – Lynn przerwał mu prędko, nim ten zdążył się w ogóle rozkręcić. Nie tylko nie chciał tego słuchać, ale w rzeczywistości uznał testowanie każdego fragmentu posiłku za ciekawsze. Zresztą był już tak głodny, że nabierał ochoty na zjedzenie do tego stół pod nimi.
- Oczywiście – mężczyzna ukłonił się nisko. – Czy życzy sobie pan, aby otworzyć kolejną butelkę? – zapytał, nie podnosząc wzroku, ale zapewne dostrzegając stojące na parapecie szkło, w tym jedno opróżnione do dna. Lynn na moment zapomniał o istnieniu wina.
- Dziękuję, poradzę sobie – odparł wesoło, a brew mu drgnęła z rozbawieniem. Podziękował mu jeszcze raz, wkrótce dopijając resztkę alkoholi i porywając zamkniętą butelkę. Wyciągnął z kieszeni zgrabny scyzoryk, z radością dziecka wbijając ostrze w korek. W kieszeniach miał setki takich pozornie niepotrzebnych przedmiotów, również podręczny śrubokręt – Biancę, ale wolał wyciągnąć ten, który nie powoduje zbędnych pytań. Siłował się chwilę z butelką, w końcu otwierając ją z charakterystycznym dźwiękiem.  
W końcu obdarzył Isabelle pytającym spojrzeniem, łaskawie czekając na zgodę.
- Masz jeszcze jakieś miłe wspomnienia z akademii...? - zapytał, jakby chciał podsumować ten temat do końca. Nim skończył mówić, w pobliżu rozległa się muzyka, mająca swoje źródło u harfy stojącej w przeciwległym rogu pomieszczenia. Oznaczało to, że wieczór rozpoczął się na dobre.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Pon Paź 03, 2016 9:11 pm

Na chwilę przed oczyma miała uroczystość. Nie, nie byłoby źle, naprawdę.  Bawiła się świetnie, gdy zapomniała o sprzeczce. Nie to, że kłamała, bo nie ufała Lynnowi. Wolała nie mówić mu o wszystkim z powodu pewnej historii. Wolała go w nią nie wciągać, przynajmniej na razie. Nie musi przecież każdemu rozpowiadać tajemnic. Wtedy to przecież nie byłyby już tajemnice. Jedyne co jej przeszkadzało to powrót boso. Ależ czego to się nie robi? Uśmiechnęła się delikatnie, przyrzekając sobie w duchu, że na ten dzień starczy gorzkich smutków. Może kiedyś powie mu całą prawdę.
  - Tak, wspominam ją... miło – dokończyła jeszcze. Potem tylko gorączkowo zapewniała, że wino wylała przypadkowo, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, że zegarmistrz zażartował tylko.
  Wsłuchała się w jego opowieść, milknąc. Aż ciężko było jej uwierzyć, że Lilianne posunęła się aż do takiego kroku, by zepsuć w sumie jeden z najważniejszych dni jego życia. Zaczynała mieć co do niej mieszane uczucia. Może i eliminowała konkurencję, lecz Isabelle nie mogła zrozumieć, jak można posunąć się aż do czegoś takiego. Czyżby bała się, że tamta odbierze jej Lynna? A może powód był inny? Tego raczej już się nie dowie.
   - To Matt był na balu? - wtrąciła się, zbyt zdumiona, by milczeć. - Z kim? - uniosła aż brwi z niedowierzaniem.
  Ciężko jej było wyobrazić sobie rudzielca na balu, a tym bardziej w czyimś towarzystwie. Na tyle, ile go znała, to było dziwne. Chociaż, czy w ogóle znała grabarza? Najpierw powinna odpowiedzieć sobie na to pytanie. I w głębi duszy wiedziała, że nie.
  - Gadanie. Byłeś na balu? No byłeś – podsumowała. - Nie liczy się na czyim. Nawet jeśli nie mogłeś być na swoim z czyjejś winy, to byłeś na balu Matta i to powinno zostać uznane.
  W końcu jednak przerwał im gospodarz, podając posiłek. Isabelle ze zdumieniem patrzyła na postawione przed nią talerze. A ponieważ Lynn przerwał mężczyźnie, zanim ten zdążył objaśnić co to za kolorowe warzywa i inne rzeczy, więc musiała to odkryć sama.
  Nie skomentowała ani słowem zaradności zegarmistrza, ale jednak nie mogła się powstrzymać od dania rady:
  - Tylko się nie pokalecz – mrugnęła do niego i dodała nawet i z lekkim zdziwieniem – zawsze nosisz ze sobą scyzoryk?
  Machnęła ręką, pozwalając mu napełnić jej kieliszek. I tak jej postanowienie, że nie pije, diabli wzięli, gdy tylko upiła pierwszy łyk. Powolutku zaczynała odczuwać skutki alkoholu.
  - Och, kilka jeszcze się znajdzie – powiedziała po głębszym zastanowieniu. Rozejrzała się po sali, spostrzegając, że sala zapełniała się cały czas. - Opowiadałam może, jak wybraliśmy się na zajęcia w terenie? W każdym razie ni stąd ni zowąd pojawił się dzik. Niby nic takiego, ale musieliśmy się rozbiec i zaszyć na drzewach. Najpiękniejsze było chyba, gdy jeden z nieco większych, ekhem, gabarytowo uczniów nie mógł zejść z drzewa, musiał mu opiekun pomagać, ale no... troszeczkę się natrudzili – zaśmiała się głośno, widząc znów przed oczami tę sytuację. Tak, zdecydowanie to było piękne.
  Chwyciła za kieliszek, pociągając długi łyk wina, które coraz bardziej przypadało jej do gustu. No pięknie. A przecież nie wypiła jeszcze aż tak dużo. Ostrożnie zaczęła jeść podaną potrawę. Mimo obaw, okazała się naprawdę pyszna. Przypomniało jej się coś.
  - O, albo jak na kolejnej lekcji, zaplątałam się jakoś we wnyki i skończyłam zwisając głową w dół, uwieszoną za nogę na linie... Wtedy to nie było zabawne, ale patrząc z perspektywy czasu? Mogłam bardziej zwracać uwagę na otoczenie – zaśmiała się głośno.
  W tym momencie usłyszała pierwsze dźwięki harfy i już wiedziała, co za chwilę zaśpiewa kobieta przy niej siedząca.
  - Chata wśród drzew? - pytanie skierowała pozornie w próżnię, nie oczekiwała, że Lynn jej odpowie, zapewne zajęty jedzeniem. Dziwne, że na początku zagrali coś spokojnego, pewnie by ewentualnie dostroić instrumenty. Z zadumą słuchała, jak do harfy dołączają się skrzypce oraz dwie lutnie. Rozległ się przyjemny głos śpiewaczki w duecie z mężczyzną:
  - Wracam do chaty pośród drzew, 
Gdzie strumień kręty u stóp wzgórz; 
Może tam dziewczę czeka jeszcze, 
A może zapomniało już. 

  Inkwizytorka nieco nieświadomie zaczęła powtarzać za nią słowa. A może mówić czy śpiewać z nią jednocześnie? Mniejsza z tym, bo szybko przestała, odchrząknęła i podjęła:
  - Zabawnie było jeszcze, gdy moja współlokatorka zaczęła flirtować z woźnicą. Jakby to ująć... młody był, niczego sobie. Chciał chłopak dorobić. No ale cóż, podejrzewam, że zbyt wiele wiedział – westchnęła. - I spotkał go "wypadek przy pracy". Niestety, tak to u nas działa, a przynajmniej działało, bo nie mam pojęcia jak jest teraz.
  I taka była prawda. Nie znała sytuacji panującej w jej rodzinnym domu, bo rzadko tam bywała. Wróciła to tego zapewne przez nastrój pieśni, która na szczęście dobiegała końca, więc zabrała się za posiłek. Rozległy się oklaski, a chwileczkę po nich muzycy zaczęli znowu grać, tym razem weselej. Kątem oka Isabelle zauważyła kilka par, które ruszyło do tańca.
  - Powiedz mi Lynn, lubisz w ogóle tańczyć? - spytała, ni stąd, ni zowąd.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Wto Paź 04, 2016 8:52 pm

Zmarszczył brwi, przywołując do myśli osobę, która towarzyszyła… a raczej miała towarzyszyć Matthewowi. Jej imię i twarz zdążyły się zatrzeć pod upływem czasu, dziewczę wtedy nie wywarło na nim żadnego wrażenia, ale zgodnie z prawdą odpowiedział:
- Tak, była taka jedna… Biedactwo, jako obiekt swych westchnień obrała Matta. Zaprosiła go pierwsza, ten z rozpędu zgodził się, a po pierwszym tańcu, resztę wieczoru ukrywał się przed nią, och, razem ze mną pod stołami – uśmiechnął się niewyraźnie, mając nadzieję, że nie powiedział zbyt wiele. Nie znał relacji między Isabellą a jego dawnym przyjacielem, ale ta nie zdawała się być najcieplejszą.
Wysłuchiwał wszystkich pomniejszych historii, przerywając jej jedynie na pojedyncze uśmiechy i drobne komentarze, oczywiście nie mogąc się powstrzymać od wytknięcia „profesjonalizmu Inkwizycji” przy historii z dzikami, brzmiącej raczej jak dowcip. Rozmowa stała się luźniejsza i w końcu wszedł w czarujący etap upojenia, w którym przestał baczyć na słowa. Język mu się rozwiązał do reszty, chociaż nigdy nie był zamkniętym w sobie człowiekiem.
Popijał cały czas wino, niemrawo przebierając w swoim obiedzie, choć niegdyś wilczo głodny, teraz dzieląc sobie porcję na drobne kęsy. Obrócił widelczyk w dłoni, wzrok skupiając na talerzu Isabelli.
- O, to chyba żurawina – zachwycił się, nagle porywając z jej talerza kilka ciemnych owoców, które przerobiono na mus. Porwał je do swoich ust, nim jego rozmówczyni zdążyła zaprotestować, mrugając łobuzersko. Zdziecinniał do reszty, proszę. Nie potrafił się już powstrzymać. Rozlał wino ponownie, zostawiając butelkę opróżnioną do połowy. Schował scyzoryk na swoje miejsce, unosząc jedną brew i odpowiadając niemo „zdziwiłabyś się, co jeszcze przy sobie noszę”.
Przechylił łagodnie głowę, wsłuchując się w melodię i słowa Isabelli, które docierały do niego wyraźniej niż głos artystki. Nie znał tej pieśni, najwyraźniej nie należała do kanonu, który wpajano do głowy każdemu, kto miał uchodzić za „światowego”. A proszę, jak niewiele wciąż wiedział. Takie drobnostki sprawiały mu ogromną przyjemność.
Później padło pytanie, powodujące, że zamilknął, chwilę będąc w stanie przyglądać się jej jedynie zza uniesionych brwi. Gdy cisza przerywana jedynie odgłosami z karczmy, aktualnie dopływającymi do niego jakby z oddali, stawała się nieznośna, podjął niepewnym tonem, zupełnie niepodobnym do wcześniejszego, tak przesadnie pewnego siebie:
- Nie wiem. Och. Chyba. Nie potrafię… ci powiedzieć. – Zerknął na swoją laskę, dotychczas wiszącą na poręczy jego siedliska, jakby chcąc zyskać na czasie albo przynajmniej dać znać, że od czasów wypadku nie mógł sobie pozwolić na podobne przyjemności.
Isabelle nie mogła wiedzieć, jak szalenie intymne było to pytanie. Jak wiele emocji w nim budziło. Niegdyś kojarzył taniec z ciężkim obowiązkiem, do jakiego zmuszali go rodzice, podobnie jak do setki zajęć, które wypadało, aby znał, będąc synkiem bogatego jegomościa. Niegdyś za tym nie przepadał, nie czuł w tańcu niczego poza koniecznością powtarzania jednakowych, wyuczonych posunięć.
A później poznał Lilly. Kobietę która pokazała mu, że taniec… ma o wiele więcej wspólnego z seksem niż przykrym obowiązkiem, koniecznym do uszczęśliwienia rodziców. Kochała tańczyć. Czyniła to przy każdej z możliwych okazji, ciągnąc za sobą biednego Lynna. Biednego, do czasu aż nie pokochał tego uczucia równie mocno. Wtedy zrozumiał też, że w tańcu nieistotna jest wiedza, a jedynie żywe emocje. I umiejętność oddania się chwili.
Dlatego też bał się kontynuować temat, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak powinien w tej sytuacji zareagować mężczyzna. Nie mógł dać się prosić ani czekać. Wyjść z inicjatywą, obserwując pierwsze pary porywające się do lekkiego tańca. Ale… nie potrafił. To budziło w nim zbyt wiele niepotrzebnych wrażeń, żywych, niemal namacalnych, bolesnych. Niekoniecznie tego nie chciał, po prostu… wiedział, że to nie skończy się dobrze.
Nie miałby jednak argumentów, gdyby Isabelle nalegała, przecież nie potrafiłby przyznać, że przez jego fanaberie nie jest stanie wykonywać najprostszych czynności, stworzonych, aby sprawiać człowiekowi jedynie radość. Walcząc sam ze sobą, odpowiedział, decydując się na wersję:
- Lubię. Ale nie jestem w tym najlepszy… - odpowiedział, powoli odzyskując swój spokój. Nie wiedział, jak zmienić temat, więc po prostu odbił pytanie. – A Ty? Zakładam, że nie robisz tego zbyt często?

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Czw Paź 06, 2016 9:00 pm

Na początku chciała zapytać, co on do cholery wyprawia, ale w porę ugryzła się w język, zamiast tego śmiejąc się głośno.
  A potem? Zasłuchała się w przyjemne, delikatne nuty melodii. Lubiła tę pieśń. Niosła ze sobą pewien spokój, ukojenie bólów czy smutków. Nie, lubiła to złe słowo. Isabelle ją uwielbiała. Może nie była najweselszą piosenką, ale dla Inkwizytorki zdawała się idealna. Nawet nauczyła się kiedyś ją grać, chociaż z biegiem czasu zapomniała niektórych fragmentów, dawniej ćwiczonych godzinami. Z żalem powitała więc jej koniec.
  Myśli kobiety pogalopowały jednak w innym kierunku. Zaczęła grzebać w talerzu, gdy cisza między nimi się przedłużała. Dopiero po chwili uświadomiła sobie swój faux pass. Przez wino przestawała normalnie myśleć. Przygryzła wargę, z zakłopotaniem wpatrując się w swój talerz.
  - Wybacz – zaczęła szybko. - Przepraszam, nie chciałam... - zrobiła smutną minkę.
  Przez chwilę zrobiło jej się naprawdę przykro, gdy uświadomiła sobie, że mogła go urazić. No brawo Isabelle, beształa się w myślach, znowu chrzanisz sprawę. To była cała ona, gdy rozmowa jakoś się kleiła, zawsze musiała palnąć coś nie tak. Tak bywało prawie zawsze, kiedy z kimś udawało jej się rozmawiać nieco dłużej. Uparcie patrzyła w stół, gdy odpowiadał. Czuła się nieco źle z powodu tego pytania. W końcu jednak musiała unieść wzrok.
  - Raczej nie mam w życiu okazji do swobodnego tańca – stwierdziła szczerze. - Ciężko o chwilę i o osobę, która... dobrze tańczy. Cóż, lubię tańczyć. Chyba że nade mną stoi surowa nauczycielka, która każe za każde najmniejsze potknięcie – Isabelle zadrżała.
  Może i była dorosła, ale w był w niej cały czas pewien lęk podczas tańca. Lęk, że gdy się pomyli przy nawet i najmniej istotnej rzeczy, to będzie z nią źle. Może i dlatego nie tańczyła od bardzo długiego okresu czasu. Ta czynność nie kojarzyła jej się z radością. Raczej z chęcią zadowolenia nauczycielki, a przez to i rodziców. Zadziwiające, jak bardzo ona i jej rodzeństwo się starało, a bardzo rzadko udawało się osiągnąć cel.
  - Zabawne – upiła duży łyk wina. Błogie upojenie, tak chyba powinno się mówić na stan, w którym się już znalazła. - Starasz się i starasz, chociaż wiesz, że i tak to nie ma sensu. A lata lecą i nie da się ich odzyskać – zaczęła nieco filozofować.
  Przecież miała o tym nie mówić, a jednak im więcej wina piła, tym mniej rozsądku zachowywała. Nigdy nie miała dobrej głowy do alkoholu. Może to i lepiej, przynajmniej mniej było dziwnych sytuacji, gdy była nietrzeźwa.
  - Twoja kolej – powiedziała nagle, stawiając gwałtownie kieliszek na stole, prawie znowu go przewracając. - Wychowywałeś się w Wishtown? - zadała pytanie i zaraz zaprzeczyła sobie. - No oczywiście, durne pytanie. - Hm... masz rodzeństwo?
  Co ona odwala? Jakąś durną ankietę statystyczną? Najwyraźniej. Do reszty zbzikowała już. A najgorsze było to, że następnego dnia pewnie będzie to wszystko pamiętała i próbowała zapaść się pod ziemię z powodu wstydu wywołanego wspomnieniami.[/i][/i]

___________________


Ostatnio zmieniony przez Isabelle dnia Pon Paź 10, 2016 9:05 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Karczma na rozdrożach
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next
 Similar topics
-
» Karczma "Męty i odmęty"
» Karczma
» Karczma "Pod Niedźwiedziem"
» Karczma "Mały Pony" i Stajnie
» Karczma

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Wishtown :: Uliczki-
Skocz do: