IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Karczma na rozdrożach

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Jacqueline
Dobra Wróżka
avatar

Liczba postów : 83
Join date : 20/08/2015

PisanieTemat: Karczma na rozdrożach   Wto Sie 25, 2015 11:00 pm

First topic message reminder :




Znajdująca się na obrzeżach karczma, a równocześnie niewątpliwie jedno z lepszych miejsc w całym Wishtown, oferujących nocleg i posiłek strudzonemu wędrowcy. Swoją czarującą nazwę zawdzięcza oczywiście położeniu w jakim się znajduje, a mianowicie na rozwidleniu dróg, z których jedna, wybrukowana kamieniami jest główną trasą, prowadzącą do serca miasta, a druga pozostaje niezbadaną ścieżką, mającą swoje ujście gdzieś w mroku lasu. Pomimo sporej odległości od życia towarzyskiego w centrum, karczma cieszy się powodzeniem, a wbrew pozorom częściej spotkamy w niej niewątpliwą śmietankę społeczeństwa, niźli pijaczynę, kończącą swe noce w rynsztoku. Jak mawia gospodarz, sukces wynika z uroku i atmosfery miejsca, choć realiści, spoglądając na ceny trunków i pokojów, będą wiedzieli dlaczego nie pojawia się tu byle kto.
Jedno jest pewne - jeżeli stać Cię na jedwabie w miejsce wełny, wieloletnie wina zamiast gorzały oraz ciepło kominka, w zastępstwie przeciekającego dachu, to z pewnością spędzisz tu miłe chwile, bez spoglądania na zegar i w portfel.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Nie Paź 09, 2016 2:27 pm

Serce mu się krajało z każdą nutą, a reakcja dziewczyny, najwyraźniej myślącej, że popełniła błąd, stawała się nie do zniesienia. Miało ochotę walić głową w stół. Przeklinał się za chore zwyczaje i fakt, że nie potrafił być już normalnym człowiekiem. Piosenka wkrótce się skończyła, ale dziwne uczucie zostało. Melodia, która rozbrzmiała w sali na nowo była spokojniejsza, jednak… och, to już nie było to samo.
Nie był w stanie odpowiedzieć, nawet zapewnić jej, że nic się nie stało i nie powinna przejmować się jego dziwnymi nawykami. Co najgorsze, nie wiedział jak je wytłumaczyć, bo nie było w nich za grosz logiki, a sam nabierał coraz więcej świadomości, że powinien z nimi walczyć. Kiwnął głową i wzruszył ramionami, tłukąc się jeszcze we własnych myślach.
Z pantałyku wybił go dopiero kolejny tekst Isabelli, na który uśmiechnął się pobłażliwie, zaciskając wargi w poziomą kreskę, aby nie prychnąć śmiechem. Nie odnalazł w jej słowach sensu, więc wydał jednoznaczną diagnozę:
- Oho, pani już nie polewam. – Uśmiechnął się, nawet nie dając się wkręcić w filozoficzny wywód. To nie był ten stopień nietrzeźwości. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Boże, atmosfera była przeurocza, aż szkoda było nie skorzystać. Dobra. Postanowił spróbować. Pójść o krok na przód albo przynajmniej ocenić, czy jest w stanie go zrobić. Najwyżej po raz wtóry nazwie inną kobietę imieniem swojej narzeczonej, a później będzie miał ochotę wejść ze wstydu pod dywan i tam gdzieś dokończyć żywota.
Poderwał się nagle, tuż po tym, gdy piosenka doszła gdzieś już do wesołego refrenu. Pochylił się lekko nad Isabellą, wyciągając dłoń w jej kierunku, stojąc w odstępie zaledwie kroku.
- Chodź więc. Oddam ci tę przyjemność, o ile przyjemnością będzie taniec z kimś, kto na co dzień porusza się o lasce. Najwyżej będziesz prowadziła – zaśmiał się i nie czekając na odpowiedź, po prostu porwał ją do tańca, ciągnąc za sobą przez tłum ludzi, zostawiając na ławie wszystkie swoje rzeczy wraz z dopiero rozpoczętym posiłkiem. – Opowiem ci wszystko w trakcie… albo nie. Mam lepszy pomysł. Zgadujmy. Ja pierwszy – rzucił przez ramię, nim dotarli do celu, odnajdując swój, bezpieczny kawałek podłogi.
- Powiem ci jedno. Tańczyłem z wieloma kobietami. Z starymi, zasuszonymi ciotkami, z mniej lub bardziej urodziwymi, młodymi pannami… ale nigdy, w całym swoim życiu, nie tańczyłem z kimkolwiek w spodniach – powiedział z uśmiechem, obdarzając ją znaczącym spojrzeniem. Nawet wokół nich, choć karczma niewątpliwie należała do tych gromadzących w sobie najdziwniejsze osobliwości; artystów różnej sławy, jednak panie i panny lubowały się w wszelakiej maści kieckach. Nie rozglądał się, skupił się bardziej na tym, co ma przed sobą. No i udawaniu, że kuleje.
- Rękę tutaj – poprowadził jej dłoń na swoje ramię, na wszelki wypadek, gdyby dziewczyna zapomniała, co powinna robić. Poczuł się trochę dziwnie, jakby robił coś, czego wcale nie powinien. A alkohol podpowiadał mu nierozsądne rozwiązania do głowy. Wiedział, że będzie tego żałować. Tańczyć z inkwizytorką? Dlaczego więc nie mógł normalnie chodzić? Och, liczył na to, że nazajutrz jej wspomnienia przykryją się mgłą, a może wcale nie będzie pamiętała tego wydarzenia. – Dobrze, zacznę… Wychowałaś się w innym kraju, w bogatym domostwie, w którym nigdy niczego nie brakowało. Może… jakieś mroźne państwo? Gdzieś na wschodzie? Miałaś dwójkę rodzeństwa. Starszego brata i młodszą siostrę. Wasze drogi prędko się rozeszły – zgadywał, rzucając hasłami choć nie był pewny niczego. Mówił to, co mu do niej pasowało, choć mógłby się wczuć jeszcze bardziej, układając z tego całkiem łzawą historię.
Mówiąc to, przestąpił kilka pierwszych kroków, zaczynając swój spokojny taniec. Nie miał nic przeciwko rozmowie, to właściwie ułatwiało mu sprawę i pozwalało się skupić na tym, co robi i z kim w rzeczywistości ma do czynienia. Nie pozwalał sobie odpłynąć.
- A ja? Jak było ze mną? – zapytał uśmiechając się lekko. Czekał na jej wersję zdarzeń i próby zgadnięcia, jak potoczyły się jego losy.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Pon Paź 10, 2016 9:30 pm

Isabelle z początku wpadła nieco w przygnębienie z powodu wspomnień i nietaktu spowodowanego niezręcznym pytaniem. Upiła wina, by zapomnieć, a chwilę później już wędrowała przez tłum, prowadzona przez Lynna.
  - A co z posiłkiem? - rzuciła jeszcze, zanim stolik zniknął wśród ludzi.
  Nie było innej rady, tylko poddać się temu "porwaniu" przez zegarmistrza. Dziewczyna nie była pewna, czy to dobre rozwiązanie.
  - Co ty mówisz? Oczywiście, że to będzie przyjemność! - protestowała. - Już sam fakt, że ekhem... porwałeś mnie do tańca jest miły. Tylko nie wiem, czy to dobr... - reszta jej wypowiedzi utonęła w muzyce, teraz już bliższej, oraz przyjemnym gwarze ludzi. W końcu znaleźli odpowiednie miejsce do tańca.
  Parsknęła śmiechem na wywód Lynna, a w odpowiedzi na zaczepkę przewróciła teatralnie oczami.
  - Kiedyś musi być ten pierwszy raz – uśmiechnęła się, puszczając mu oczko. Inkwizytorka świetnie zdawała sobie sprawę, że pod względem ubioru jest jednym z niewielu jeszcze wyjątków. Wiedziała, że dużo z dam krytycznie patrzy na to, że kobieta nosi spodnie. Zadziwiające do społeczeństwo.
  Delikatnie położyła dłoń na ramieniu Lynna, jakby się nieco obawiała. Powoli przypominała sobie zasady tańca. Chociaż nie była pewna, czy akurat tutaj się one przydadzą. To nie sala balowa czy bankietowa. Atmosfera w ogóle nie przypominała tej nieraz sztywnej panującej niepodzielnie na oficjalnych uroczystościach, a dzięki wypitemu winu zaczynała czuć się naprawdę swobodnie. Zdążyła tylko wspomnieć coś o tym, że przeprasza za podeptane stopy. Postąpiła ostrożnie te kilka pierwszych kroków, jakby musiała na początku spróbować, czy pamięta w ogóle jak tańczyć. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, gdy słuchała zgadywanek Lynna.
  - Blisko, blisko – mruknęła. - Co do domu, mogłabym się zgodzić. Chociaż nie uznałabym Szkocji za inny kraj, aż tak bardzo wyglądam dla ciebie jak cudzoziemka? - spytała unosząc brwi. - Mam troje rodzeństwa, dwoje młodszych: brata i siostrę, oraz starszego o rok przyrodniego brata, o czym dowiedziałam się w sumie niedawno. - Chyba po raz pierwszy zaczęła mówić zupełnie szczerze o swojej rodzinie. - Troszkę to nie fair: żyć obok takiej osoby, przyjaźnić się z nią, ba! nawet zakochać się w niej i nawet w najśmielszych snach nie przypuszczać, że to twoje rodzeństwo.
  Miała tego nie mówić, ale przez alkohol zatraciła poczucie co powinna mówić, a czego nie. Gdzieś w głębi duszy miała nadzieję, że zegarmistrz nie zapamięta wszystkiego, co plotła. Tańczyła lekko, jednocześnie czując lęk przed fatalną pomyłką. Isabelle towarzyszyło dziwne uczucie, chociaż nie potrafiła go już nazwać. Jakby miało się coś fatalnego zdarzyć.
  - Cóż... - zastanowiła się, łatwo zmieniając temat. - Podejrzewam, że wychowywałeś się tutaj w Wishtown. Już to widzę, znana, szanowana rodzina, może i z licznymi zasługami dla królowej? - fantazjowała. - Jedynak albo... wyglądasz na kogoś kto ma starszego brata – uśmiechnęła się. - Brata, który zawsze pomoże, który bawił się z tobą w dzieciństwie... - rozmarzyła się nieco.
  Stąpała lekko, z czasem coraz bardziej pewna siebie. Jak na razie wszystko szło dobrze pod względem tańca. Jednak nic nie trwa wiecznie. Isabelle musiała, no po prostu musiała depnąć Lynnowi na nogę. Odskoczyłaby, lecz tego nie zrobiła.
  - Przepraszam! Przepraszam, wybacz! Nie chciałam – zaczęła zaraz gorączkowo przepraszać, a na jej twarzy odmalowało się przerażenie, zadrżała. Przygryzła wargę z niepokojem. Wiedziała, że to nie było jakieś poważne wykroczenie, jednak przyzwyczajenia brały górę.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Pią Paź 14, 2016 6:21 pm

Potrzeba było przyłożyć wiele starań, aby go urazić. Albo wiedzieć gdzie trafić. Istniały tematy, na punkcie których robił się przewrażliwiony, reagując możliwie gwałtownie i nieprzyjemnie. Ale Isabelle nie była nawet blisko, pojedyncze słowa spływały po nim jak po kaczce, a już na pewno nie byłby w stanie się przejąć kwestią swojego wymyślonego kalectwa, o którym przecież nieraz zdołał zapomnieć. Nie myślał o tamtej chwili, doskonale odnajdując się w nowej sytuacji.
Rzucił jej jeszcze przez ramię coś niewyraźnego, co w jego mniemaniu miało brzmieć jak „najadłem się już”, chociaż w rzeczywistości z jego ust padł niezrozumiały pomruk. Nie planował zaprzątać sobie głowy czymś podobnie nieistotnym, nawet jeśli po solidnej głodówce zdążył jedynie podzióbać swój obiad. Niecodziennie miał przecież okazję do tańca, prawda? Korzystał więc, pogodny nastrój mu sprzyjał.
Mimo wcześniejszych zapewnień, zaczął prowadzić. Inaczej nie potrafił, uczył się przecież tańca w jednej roli. Obejmował jej talię i ujmował dłoń, przestępując drobne kroczki, niespecjalnie wobec tego, co poznał w młodzieńczych latach, a raczej w zgodzie z tym, co czuł. Nie było w tym żadnej filozofii. Mógłby zamknąć oczy i oddać się tańcu w zupełności. Nie czynił tego z jednego, fatalnego powodu – gdyby się oddał czynności za bardzo, z pewnością przed oczyma miałby zupełnie inny obraz; taki, do którego przywykł. Zamiast tego, nie odrywał wzroku od swojej towarzyszki, niecodziennej bliskości nie uważając za nic krępującego. Cóż, za stary był na fałszywy wstyd.
- Mówiłaś kiedyś, że twoja rodzina nie pochodzi stąd. Zdarzyło mi się wysłuchać, co masz do powiedzenia, no patrz. I nawet zapamiętać. O twoim rodzeństwie jednak nigdy nie słyszałem… Przyrodni brat? To może być ciekawa historia – zainteresował się, unosząc łagodnie brew, czekając na dalszy ciąg opowieści. Nie codziennie przecież człowiek dowiaduje się o istnieniu kogoś, kto jest z tobą w jakiejś części spokrewniony, prawda?
- O, ciebie poniosła fantazja. – Właśnie tak w pierwszej kolejności skomentował jej wypowiedź, a zwłaszcza fragment z zasługami dla królowej. – Tak, mieszkałem prawie całe życie tutaj, dokładniej na obrzeżach, w ogromnej posiadłości, w której funkcjonowało jednocześnie kilka pokoleń… - Wrócił wspomnieniami do rezydencji swojego ojca, choć robił to niechętnie. Nie znosił tamtego miejsca, podobnie jak żyjących tam ludzi. – Pudło – opowiedział z uśmiechem na jej kolejną próbę. – Od takich spraw miałem matkę. To ona… podzieliła się ze mną swoją pasją. Miała dryg do mechanizmów. Nie była typową kobietą. Częściej od haftu i poezji, trzymała w dłoni uwalony smarem klucz. – Uśmiechnął się smutno, omal nie zamykając oczu. Uświadomił sobie właśnie, że przez całe jego życie przeplatały się silne, potrafiące postawić na swoim kobiety, a ich przykład miał właściwie przed sobą. – Zamiast starszego brata, mam młodszą siostrę. Nie dogadywaliśmy się, nigdy. Po prostu… żyliśmy w oddzielnych światach. Nie wiem, jak rozmawiałoby nam się teraz, bo aktualnie i od wielu lat mieszka we Francji, jest guwernantką. Listy od święta nie zdradzają zbyt wiele – wyjaśnił dosyć obojętnym tonem. Losy siostry nie były mu obojętne, ale niekoniecznie cieszyłby się na jej wizytę. Za dobrze wiedział, że zabiłaby go za to, do jakiego stanu doprowadził swoje domostwo.
Rozmowa przychodziła mu łatwo, idealnie łączył ją z tańcem, nie czując się rozproszony. Jakby robił to od wieków, jakby… wcale nie było przerwy trzyletniej przerwy od czasu, gdy poprosił ostatnio kobietę do tańca. Przestąpił kolejny krok, pozwalając się łagodnie odchylić się jej do tyłu, zastanawiając się jednocześnie, na co więcej może sobie z nią pozwolić. Nie chciał przecież od razu wrzucać ją na głęboką wodę, powinien najpierw ocenić jej umiejętności… Tak też myślał, gdy poczuł nacisk na swojej stopie.
Uniósł wysoko brwi, bo nawet by tego nie skomentował, gdyby Isabelle nie zaczęła się tak gwałtownie tłumaczyć. Teraz poczuł się do tego zobowiązany.
- Nie wierzę… byłem pewny, że takie rzeczy dzieją się tylko w kiepskich romansach – oznajmił, mając na myśli gatunek literacki, wciąż ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. – Planujesz urządzić mi maraton pierwszych razów, prawda? Bo, proszę, ponownie jesteś pierwszą, która odważyła się nadepnąć mi na stopę. Mam tylko nadzieję, że był to zabieg z pełną premedytacją. Nie przejdę kroku dalej, jeśli twoje umiejętności kończą się gdzieś w tym miejscu… - zagroził jej z uśmieszkiem, kołysząc się powoli, spokojniej, ale wciąż w rytm dopływającej do ich uszu muzyki.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Pon Paź 17, 2016 8:59 pm

Nie przepadała za rozmawianiem o rodzinie, a na pewno nie opowiadałaby o niej, gdyby była trzeźwa. Tego tematu unikała jak ognia. Po części wolała nie wracać nawet wspomnieniami do tamtych lat, a jednocześnie odczuwała pewnego rodzaju wstyd. Chyba nikomu nie jest łatwo mówić o niewiernym ojcu i skutkach jego złych postępków. Na razie jednak Isabelle nie odpowiedziała na zadane pytanie, chyba chcąc zyskać nieco na czasie.
Dała się porwać panującej atmosferze, tak swobodnej, na co na co dzień nie pozwalał jej status. Przecież... to było takie proste: oddać się tańcu, nie myśleć o troskach i zmartwieniach. Mówić prawdę tak swobodnie jak nigdy. Duży udział w tej swobodzie miało wypite wcześniej wino, lecz kto by się nim przejmował?
- Nigdy nie powiedziałeś, że nasze zgadywanki muszą być jakieś dokładne – zachichotała, wcale nie speszona. Miała zgadywać, to zgadywała. A to, że minęła się z prawdą, wcale takie złe nie było.
Szczerze zdziwiła się na wieść, że to matka wprowadziła Lynna w techniki mechaniki. W sumie... to było niecodzienne, niespotykane, ponieważ kobieta raczej zajmowała się domem, takie zajęcia zostawiając mężowi.
- Francja... - westchnęła – podobno piękny kraj. Szczęściara. A ty? Nie chciałbyś do niej dołączyć? Wyrwać się stąd? - dopytywała dalej.
Czekając na odpowiedź, kontynuowała ten w pewien sposób nieszczęsny taniec. Muzycy starali się, było to słychać w śpiewie, ale też w samej melodii, w której póki co nie usłyszała nawet nuty fałszu.
- No pewnie – rozluźniła się nieco. - oczywiście, że to było specjalnie. Odwzorowuję sytuację w pewnej książki, po której się pobierzemy i będziemy mieli szóstkę dzieci – przewróciła ostentacyjnie oczami, a na jej twarz powrócił powoli uśmiech. - Sprawdź moje umiejętności, śmiało – dodała.
Noc jeszcze młoda, a ona dopiero rozkręcała się z tańcem. Chyba te wszystkie okropne lekcje nie poszły na marne? Trochę kiepsko byłoby, gdyby tak się stało. A jednak czuła, że jest inaczej. Że jeszcze wszystkiego nie zapomniała.
- Ym... - odchrząknęła. - Pytałeś mnie o mojego brata... - Isabelle zebrała się na odwagę. - Cóż ciekawego jest w tej historii? Ojca od zawsze ciągnęło do ładnych panienek. I... tak się zdarzyło, że zdradził matkę. Oczywiście wszystko było trzymane w tajemnicy. Mówiłam o tym przyjacielu, co mnie nie pamięta. To on. Mieszkał dosłownie obok, a coś od zawsze nas do siebie ciągnęło. Teraz już wiem co. Bo kto mógł przypuszczać, że relacja zajdzie nieco za daleko i któraś ze stron zakocha się w tej drugiej, nie znając prawdy? - powiedziała gorzko. - W sumie wydało się tuż przed końcem szkolenia. I tak się niefortunnie składa, że wbrew wszystkiemu mieszka w okolicach Wishtown. Niby blisko, ale jednak trochę niezręcznie mijać go bez słowa na ulicy – uśmiechnęła się krzywo, przestępując kilka kroków.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Czw Paź 20, 2016 12:00 am

Melodia zachęcała do tańca, głos śpiewaczki uwodził swoim wdziękiem; nikt nie pozostałby obojętny wobec tego powłóczystego, subtelnego rytmu. Uczucie stawało się nie do zniesienia, z coraz większym trudem powstrzymywał się przed oddaniem się mu w zupełności. Chwila kusiła. Musiał się kontrolować.
Jak to w tańcu – nie zawsze miał okazję, aby odpowiedzieć. Puszczając ją na wyciągnięcie dłoni, urywał słowo w pół oddechu, który przy okazji; stał się płytki i przyspieszony, innym razem pozwalając sobie na otwarcie ust dopiero wtedy, gdy nadchodził na to odpowiedni, spokojniejszy moment. Miało to swój urok, dawało czas na przemyślenie dialogu, nawet dwukrotnie. Sprzyjało to jednemu… brakiem żalu na dzień kolejny, co obecnie zdawało się być nieuniknione. W końcu… Tańczył. Z inkwizytorką. Jak mogłoby się zdawać – wrogiem naturalnym. A co najgorsze, nie był w stanie się tym przejąć. Nie myślał zbyt wiele. To cudowna zaleta tańca, zajmującego większość świadomości, przez konieczność intuicyjnego podążania za rytmem.
Gdy znaleźli się na powrót blisko, korzystał z okazji, ściszając głos do głębszego półtonu:
- Podobno piękny. Paryż, stolica kultury, mówią. Artystów. Naukowców. Otwartych umysłów. Taaak… Dziwki na każdym rogu, chlew i wieś, miasto megalomanów, w dodatku z znikomym poczuciem humoru. Nie poznaliby się na żarcie, nawet gdyby ten uderzył ich prosto w twarz -  wzruszył ramionami, kręcąc przy tym głową. Stanowczo odradzał. Wishtown nie było idealne; przynajmniej raz na miesiąc zastanawiał się, co wciąż go tu trzyma, nieustannie nie potrafiąc udzielić sobie satysfakcjonującej odpowiedzi. Najwyraźniej nie było mu tu aż tak źle. - Wcale nie tak łatwo się stąd "wyrwać". - Wzruszył tajemniczo ramionami, nie dodając nic więcej.
Nawet na chwile nie pozwolił sobie na zwolnienie tempa, nie do kiedy muzyka nakazywała mu coś zupełnie odmiennego. Podążał za wskazówkami pochodzącymi od rytmu, a także drobnymi znakami Isabelli; pojedynczymi, ledwie wyczuwalnymi ruchami.
- Dobrze, przygotuj się – ostrzegł ją z uśmiechem, zaczynając od kwestii tańca. Nie czekał jednak, aż dziewczyna będzie gotowa, łapiąc ją silnie w talii, unosząc całą o ładne parę cali nad ziemią zgrabnym, posuwistym ruchem okręcając wokół siebie. Pozwolił jej wylądować bezpiecznie na ziemi, asekurując ją jeszcze przez ułamek sekundy. Nim melodia ucichła, chwycił ją za dłoń, unosząc lekko do góry, odchylając na pełną długość ramienia, pozwalając na powabny obrót, tylko po to, aby wraz z brzmieniem ostatniej nuty wylądowała na powrót blisko niego. Objął ją ponownie, dysząc lekko i śmiejąc się z ulgi i rozluźnienia, jak po doskonale odegranym przedstawieniu, w którym nie było miejsca na ni jedną pomyłkę.
Do uszu uderzyły go roześmiane głosy, okrzyki i oklaski, jednak wszystko to dopływało jakby z daleka. Pozwalał rozszalałemu sercu odnaleźć swój rytm, uspakajał przyspieszony oddech. Uwielbiał to uczucie, jakże mógł niemal o tym zapomnieć! Wkrótce rozległa się nowa melodia, spokojniejsza od poprzedniej, wprost idealna do rozmów. Skorzystał z okazji, przestępując krok do przodu po tej krótkiej przerwie, uprzednio pytając:
- Masz jeszcze siłę? – kontynuował, ale był gotów w każdej chwili przerwać. Taniec, w końcu, był czynnością, która wymagała zaangażowania i chęci obojga partnerów. Odetchnął, wracając do dialogu, kołysząc się spokojnie. Wciąż mieli splecione palce, drugą dłoń poprowadził jednak po talii Isabelli wzdłuż jej pleców. Natrafił na zniszczoną konstrukcję jej koka, który nie przeżył ich intensywnego szaleństwa. Wplótł się w pojedyncze kosmyki, kładąc otwartą dłoń, gdzieś pomiędzy jej łopatki. Wrócił w końcu do poprzedniego tematu, nie podnosząc głosu nawet o pół tonu:
- Czytujesz więc beznadziejne powieści, skoro uwzględniają one szczęśliwe zakończenia dla takiego zgorzkniałego buca. Podobna książka nie miałaby powodzenia! Czytelniczki rzucałyby ją z oburzeniem w kąt, mając tyle rozumu w głowie, aby stwierdzić jedno: te puzzle nie pasują do siebie… - Uśmiechnął się tajemniczo, nie zdradzając zbyt wiele emocji. Mówił z lekkim przekąsem, aż ciężko było rozszyfrować, gdzie w jego wypowiedzi leży żart, a gdzie uraz. – Utożsamiając się z główną bohaterką, dodatkowo… to niszczy wszelakie romantyczne wizje, jakie zdążyłem poznać. Nie powiesz mi, że z tych wszystkich mężów na Ziemi, ona wybrała iście… niepoetycką postać. – Balansował na skraju dziwnych wypowiedzi, jednocześnie sprawiając wrażenie, jakby odnalazł podtekst w wypowiedzi Isabelli i podjął się wyzwania lub po prostu… bredząc, co alkohol podpowiadał mu do głowy. A może bawił się jej kosztem? Ciągnął za język, korzystając z chwili szczerości? Nic nie dał po sobie poznać.
- Najprędzej, grałbym rolę czarnego charakteru. Albo Parysa, ginącego z ręki Romea… - wczuł się, mogąc wymieniać podobne przykłady przez resztę nocy. Prędko przeszedł jednak do innej kwestii, na którą wcześniej nie zdążył odpowiedzieć. – Już rozsądniej byłoby wydać nieszczęśliwą historię z twoim bratem… Chociaż? Nie zrozumiem, dlaczego zrezygnowałaś z dobrego końca dla tej opowieści. Czym byłaby miłość bez przyjaźni? Małżeństwem, w którym brak zrozumienia? Wystarczyło zatrzymać się o jeden krok wstecz, o ile to tylko możliwe… - zastanowił się na głos, nie do końca jednak przekonany. Za swoich czasów, jak nic innego, cenił sobie trafne komentarze Lilly, przekorne zrozumienie i charakter, którego nikt nie mógł jej odmówić, ale… gdyby ktoś powiedział mu, że nie może posunąć się dalej? Nie, to sięgało poza jego wyobraźnię. Fizyczna bliskość była porównywalnie istotna. Czasami… pokusa stawała się nie do zniesienia. – Nie chciałbym tracić ukochanej… Ale utrata siostry to inna sprawa  - rzucił niejasno, nie nakłaniając jej do powrotu, gdyż nie znał szczegółów. Po prostu miał wrażenie, że ich relacja wcale nie musiała się kończyć w ten sposób.
Wędrował dłonią wyżej, jakby wspinał się po jej włosach, ostatecznie naruszając panujące zasady, ale cóż, kto by zwrócił na to uwagę!
- A wierny mężczyzna to gatunek na wyginięciu, nie przejmuj się – skomentował ostatecznie,  z lekkim westchnieniem. Może pogrążył siebie i całą męską populację tym oto jednym zdaniem, ale on również zdążył swoje w życiu zobaczyć. Jego ojciec też nie był przykładem cnót, łagodnie powiedziawszy. Po prostu wolał ją przygotować na najgorsze, w zgodzie ze swoim pesymistycznym charakterem.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Czw Paź 20, 2016 9:29 pm

Jej nastrój był dziwnie pogodny i radosny, wbrew naturze bycia prawie zawsze poważną. Czuła się, jakby tańczyła od zawsze; tak naprawdę po raz pierwszy w życiu czerpała radość z chwili, nie martwiąc się o to, co nastąpi. Dała się porwać rytmowi melodii, mogło się wydać, że całkowicie, lecz jakaś cząstka Isabelli próbowała panować na wszystkim, nieco nieskutecznie. Jej oddech przyspieszył nieco, mimo jako takiej kondycji. Nie na co dzień miała jednak okazję do tej formy ruchu. Nieco przyczyniał się do tego żywy rytm piosenki. Starała się, jak mogła, by się nie pomylić, chociaż nie tańczyła według jakiś z góry ustalonych reguł, ruchów, których uczyła się niegdyś na pamięć. Musiała najpierw ukoić nieco oddech, zanim coś powiedziała.
  - Rzeczywistość często różni się diametralnie od wyobrażeń – skwitowała z lekkim półuśmiechem, ale też i żalem. Potem jednak ciekawsko przekrzywiła głową. - Co masz na myśli, mówiąc, że nie jest łatwo się stąd wyrwać? - zapytała, ale chyba Isabelli nie dane było usłyszeć odpowiedzi Lynna, zastąpionej innym wyrażeniem.
  Nie zdążyła się do końca przygotować na jego następne posunięcie, jednak szybko to nadrobiła. Zaśmiała się głośno, delikatnie lądując czubkami palców na ziemi, zaraz przechodząc do kolejnego obrotu. Zakręciło jej się lekko w głowie, jednak winę zrzuciła na taniec. I tak oto znajdowała się znowu blisko niego, z zarumienionymi policzkami i rozwaloną nieco fryzurą.
  Dopiero teraz dotarły do niej odgłosy gospody: pobrzękiwanie naczyń, wybuchy śmiechu czy oklaski. Zaraz jednak na powrót odezwały się instrumenty. Serce biło jej szybko w piersi, a ona po raz kolejny musiała uspokajać swój oddech. Uśmiechnęła się na pytanie zegarmistrza.
  - Ależ oczywiście. Dam radę, nie martw się.
  Melodia jednak nie była na szczęście tak żywiołowa, jak poprzednia, dawała chwilę wytchnienia, odpoczynku. Isabelle więc również zwolniła, korzystała z każdego momentu. Nawet nie czuła się skrępowana tym, że tańczyła blisko Lynna, od czego na co dzień spaliłaby zapewne buraka, spuszczając wzrok. Teraz jednak parzyła mu prosto w oczy, nawet nie próbując uciekać. Zmrużyła tylko nieco oczka.
  - Ależ oczywiście! Każdy w końcu zasługuje na szczęśliwe zakończenie. Wyobraź sobie to: mężczyzna, straszliwy samotnik i ona, młoda kobieta, próbująca sobie radzić z życiem – kpiła nieco, wymyślając fabułę na poczekaniu. Zaraz jednak udawanie się oburzyła – Przesadzasz. Stanowczo przesadzasz. Tak, wybrała taką postać – ciekawe, czy domyśli się kiedyś, że nieco nabija się z niego w tej chwili. - W sumie co jest złego w utożsamianiu się z postacią? W sumie może nam nieco zaburzyć to postrzeganie świata, lecz życie byłoby niesamowicie nudne bez naszych wyobrażeń. I już nie ważne czy bohater jest poetycki czy nie, miłość podobno jest ślepa i cóż nam na to poradzić? - wzruszyła ramionami na tyle, ile mogła. - Naprawdę? Mało kto chciałby być czarnym charakterem. Aż taki zły jesteś? - przestąpiła kilka kroków, delikatnie, tak, by się obrócili. Rzuciła szybko okiem na salę i kontynuowała – Och, a więc wolałbyś śmierć z rąk zakochanego szaleńca? Dobrze wiedzieć – uśmiechnęła się do niego.
  Później jednak Inkwizytorka zamilkła, zastanawiając się nieco nad możliwymi odpowiedziami i nie chcąc przerywać wywodu Lynna. Cóż, nie wiedział o wszystkim, a mimo to próbował ją "nawracać". Cisnęło jej się na usta, że już stracił ukochaną, jednak powstrzymały ją te resztki zdrowego rozsądku, mówiące, że to by go mogło zaboleć.
  - O krok wstecz powiadasz? - zamiast tego spytała. - Czy byłbyś w stanie to sobie wyobrazić? - krok – Obdarzyć kogoś miłością inną niż przeznaczoną dla rodzeństwa i wiedzieć, że to chore? - zamknęła na chwilę oczy. - A może to było tylko silne szczeniackie zauroczenie? - zapytała z pozoru samą siebie, jednocześnie znając odpowiedź.
  Westchnęła tylko, nie odpowiadając na ostatnie, zdając sobie doskonale sprawę z tego uczucia. Może jednak coś dałoby się rozegrać inaczej, lecz niestety czasu się cofnąć nie da. Nawet jeśli bardzo by się chciało. Otrząsnęła się z tego zamyślenia i otworzyła na powrót oczy, z których jednak zniknął póki co blask.
  Isabelle zadrżała lekko pod jego dotykiem, przebiegł ją przyjemny dreszcz, zaś sama zaczęła wędrować delikatnie palcami po jego ramieniu, jakby studiowała jego sylwetkę, mięśnie ukryte pod koszulą, drugą dłoń mając cały czas splecioną z jego.
  - Niestety... takie czasy – odparła tylko, doceniając próbę przygotowania jej na to. - Chociaż zawsze znajdą się wyjątki, jak z tych "kiepskich romansideł" – uśmiechnęła się do niego nieśmiało. Przez jedną długą chwilę miała ochotę się w kogoś wtulić.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Pią Paź 21, 2016 4:32 pm

Nie tyle, co nie miał okazji odpowiedzieć na pytanie, dlaczego wcale niełatwo się stąd wyrwać, a po prostu wolał uniknąć odpowiedzi. Nie chciał się teraz zagłębiać w męczące wspomnienia. Poza tym miał swoje pokręcone teorie na temat tego miasta. A zapewne zostałby uznany za pomylonego, gdyby zaczął głosić o klątwie, która nie pozwala na jego opuszczenie. Próbował w sumie niejednokrotnie, zawsze wracając do punktu wyjścia. Całe szczęście, w tańcu nie problemem było unikanie odpowiedzi. Czasami wystarczył uśmiech, innym razem odsunięcie się od partnerki na bezpieczną odległość.
Zamiast tego, zdecydował się podjąć inną myśl, która chodziła za nim już od pewnego czasu – a właściwie od początku ich spontanicznego przedsięwzięcia.
- Jedno muszę przyznać – zaczął, przerywając w takt, który zmusił go do skupienia się na czym innym niż rozmowie. – Nie spodziewałem się tego, ale jesteś całkiem dobrą tancerką – przyznał, z uznaniem kiwając głową. Bo szczerze, czego mógł oczekiwać po żniwiarz, której codzienność zdecydowanie nie łączy się z podobnymi przyjemnościami?
Długo zwlekał z kolejną odpowiedzią. Nie wiedział, jak zabrać się za ten dialog, jednocześnie nie wychodząc na ostatniego dewianta, z znacznie szerokim zakresem tolerancji (głównie przez dorastanie w obecności Matthewa). Znał różne znaczenia miłości, niewiele już potrafiło go zdziwić, widząc już w życiu dosyć sporo. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że niektórym będzie trudno przełknąć podobne informacje. Aż w końcu dotarła do niego wypowiedź Isabelli, tę sama, którą on niepoprawnie zaczął, pozwalając sobie na zbyt wiele.
Tym razem to on się pomylił. Przestąpił krok w nieodpowiednim kierunku, co wprowadziło niemały dysonans w ich zgraniu. Zderzyliby się ze sobą, gdyby w porę nie postanowił ratować sytuacji. Zbliżył się o cale, tylko po to, by wkrótce odsunąć się na wyciągnięcie ramion. Wtedy puścił ją, absurdalnie przedłużając chwilę ich kontaktu – musnął wierzch jej dłoni, palce aż po same opuszki.
Ukłonił się, jak należało to uczynić po zakończonym tańcu.
Chłód, jaki go ogarnął po uderzającej go na powrót samotności, zaskoczył go samego. Nawet zakończona w tle pieśń nie zrekompensowała w całości tego, co uczynił – wszystko wskazywało na to, że powinien rozegrać to inaczej. Jakby urwał w połowie zdania, jakby oderwał smyczek od skrzypiec tuż przed najważniejszym momentem.
- Masz jutro ciężki dzień. Powinniśmy już iść – oznajmił niespodziewanie, kończąc bajkę i przykazując powrót do rzeczywistości, w której musieli zmierzyć się z ich tajemnicą. Speszył się, spuścił wzrok. – Zorganizuję ci pojazd na powrót. Ja… prześpię się tutaj, jeśli mają wolny pokój. Poradzisz sobie? – Bardziej stwierdził niż zapytał. Powinien zadbać o jej bezpieczny powrót, ale z kolei, Isabelle nie należała do kobiet, które nie potrafią sobie poradzić. – Poczekaj przy stoliku – przykazał, odchodząc w stronę gospodarza kręcącego się za ladą.
Zamienił z nim całkiem sporo zdań, jakby tłumaczył mu szczegółowe instrukcje.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Sob Paź 22, 2016 7:56 pm

Symfonia dźwięków. Roześmiane twarze. Pogodny nastrój. To wszystko zlewało się ze sobą, sprawiało, że aż chciało się żyć. I Isabelle z tego korzystała, śmiejąc się co chwila podczas tego szaleństwa, jednocześnie nie mając czasu zastanowić się, co tak naprawdę wyprawia. Wypity alkohol robił swoje.
Skinęła mu głową, z podziękowaniem za pochwałę. Nie przyzwyczajona była do chwalenia jej, więc niezbyt wiedziała, jak zareagować. Jednak, gdy tylko znaleźli się na powrót blisko, odezwała się:
- Dziękuję – posłała Lynnowi kolejny uśmiech. - Najwyraźniej opłacało się dawniej brać lekcje tańca.
Nie zdążyła powiedzieć czy dodać nic więcej, zmuszona przez rytm do dalszego ruchu. Przyspieszony oddech, bicie serca. Szum krwi w uszach, przez chwilę nawet zagłuszający nieco muzykę. Kontakt trochę nawet brutalnie przerwała pomyłka. Może specjalna? Któż to mógł wiedzieć. A wtedy melodia zaczęła powoli cichnąć. Isabelle zadrżała lekko przed to muśnięcie. Głupio, sama nie wiedziała dlaczego. Przez lekki zawrót głowy o mało co się nie przewróciła, zrobiła więc dodatkowy obrót, zaraz po nim skłaniając się lekko, po dziewczęcemu, unosząc poły wyimaginowanej sukni.
Dziwne, to było jak zimny prysznic, jak wylany na nią kubeł lodowatej wody, nakazujący na powrót do rzeczywistości. Dyszała lekko, jak po długim biegu. Dziwnie się czuła, od chwili, gdy melodia zaczęła, a na słowa Lynna zacisnęła lekko usta.
- Racja – powiedziała sucho. - Nie musisz załatwiać powozu... - zaczęła oponować. Łażenie tak późno samej? Proszę bardzo. - Nie musisz się martwić. Dam sobie radę – nie zdążyła nic więcej dodać, gdyż zegarmistrz zniknął wśród tłumu.
Westchnęła głośno, ale poszła do stolika. Ujrzała w butelce resztkę wina, nalała go trochę do swojego kieliszka i wypiła duszkiem. Skrzywiła się lekko, ale reszta podzieliła los poprzedniej części płynu. Wzięła swój płaszcz i zapięła go pod szyją, siadając potem na ławie, by poczekać na Lynna. Widziała, jak najwyraźniej coś zażarcie tłumaczył gospodarzowi.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Nie Paź 23, 2016 3:56 pm

Po długich wyjaśnieniach, podszedł do Isabelli, dostrzegając smutny widok pustych butelek i nieskończonych, zimnych już posiłków. Sięgnął po swój surdut, przekładając go niedbale przez ramię i zostawiając resztę rzeczy, zaproponował czekanie na zewnątrz. Wyszli przed karczmę.
Noce były już dotkliwie chłodne, jednak gdy wciąż byli rozgrzani żwawym tańcem, alkoholem i przebywaniem w karczmie, aż zimny wiatr, który ich omotał, sprawiał pewną ulgę. Odetchnął, przymykając powieki, przy bocznej ścianie budynku słysząc rżenie konia, zapewne pochodzące od prób zaprzęgania go. Bez słowa wyjął z kieszeni okrycia wierzchniego papierośnicę i zapalniczkę. Nie częstował jej, nie pytał o zgodę, był nieco pochłonięty we własnych myślach. Pierwsze zaciągnięcie przyniosło mu znaną ulgę, pozwalającą nieco zwolnić.
- Zostaniesz zawieziona pod samą bramę Inkwizycji… - poinformował ją, w końcu odsuwając papierosa od ust. Nie potrafił wyjaśnić swojego zachowania, za nic na świecie nie mógł objąć umysłem słów, które w tej chwili powinien wypowiedzieć.
Chciał ją ostrzec. Powiedzieć, że to wszystko było błędem, że nie powinien. Zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z wyboru, jakiego dokona, jeśli zostanie postawiony w sytuacji, do której przecież tak dążyli. Tłukł się we własnych myślach, nie wypowiadając żadnej z ich części na głos. Zamiast tego, łagodnym ruchem wyjął chustę, tę samą, którą ona wcisnęła mu jeszcze na placu w centrum miasta. Zarzucił ją za szyję Isabelli.
- Proszę. I tak wyglądasz w niej lepiej niż ja – mruknął pod nosem, uśmiechając się kwaśno. Skrzyżował ręce na piersi, z wciąż ćmiącym papierosem, spróbował dojrzeć, czy powóz jest już gotowy.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Nie Paź 23, 2016 9:22 pm

Chłód nocy, tak przyjemny teraz po panującej w gospodzie wręcz duchocie, a właściwie ciepłem, rozkoszą zziębniętego podróżnika. Oddech Isabelle powoli wracał do normy po szaleństwie. Oparła się o zimną ścianę budynku, rozkoszując się nocnym powietrzem. Przymknęła nawet lekko oczy.
  To było szaleństwo. Innym słowem nie potrafiła tego określić. Słyszała rżenie nieszczęsnego konia. Po co komu jeżdżenie po nocach? Gdyby nie zarobek, nikt normalny by się na takie coś nie zgodził. Zadziwiające, jak pieniądz rządzi tym światem.
  - Nie trzeba było – otrząsnęła się z rozmyślań. Serce biło jej dziwnie ciężko, a oddech jako ledwo widoczna mgiełka ulatywał ku niebu. - Dałabym sobie radę sama.
  Nie skomentowała palenia Lynna, nie miała na to już sił. W końcu po tym wszystkim dopadło ją zmęczenie. Szaleństwo. To słowo tłukło jej się po głowie, nie mogąc najwyraźniej znaleźć drogi ucieczki. Dlaczego? Za jakie grzechy? Drgnęła lekko, gdy Lynn się do niej zbliżył, a jej poliki mimo chłodu oblały się szkarłatem.
  - Nie... nie trzeba było – wydukała tylko, czując na swojej szyi delikatny materiał chusty. Czemu ona tak reaguje?
  Wybawieniem jej był niecierpliwy stukot podkutych końskich kopyt. I oto ich oczom mógł ukazać się powóz. Isabelle nie wiedziała za bardzo jak się pożegnać. Skłoniła się tylko lekko, powiedziawszy tylko coś w stylu "Dziękuję za miły wieczór" i "do zobaczenia".

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Pon Lis 07, 2016 3:43 pm

Milczał, nawet jeśli niektóre wypowiedzi Isabelli wymagały komentarza. Milczał jak zaklęty, obserwując jej – jak mu się zdawało – zakłopotane poczynania i usiłując pojąć, co siedzi w głowie kobiety. Nie rozumiał. Ale też nie łudził się, że kiedykolwiek zrozumie. Oczekiwała czegoś więcej, jak podpowiadała mu nieużywana od lat intuicja. A może się myli? Spoglądali na siebie, jakby nie wierząc, że to koniec. Desperacko walcząc o szósty akt, jednak po tym, jak aktorzy już ukłonili się, schodząc ze sceny.
Zgasił papierosa o ścianę budynku, upuszczając niedopałek gdzieś za siebie. Nie odpowiedział nawet na pożegnanie. Tak usilnie próbował rozszyfrować jej myśli. Czerwieniła się, a on po raz pierwszy w życiu zastanowił się, ileż Isabella może mieć lat. Nigdy jej o to nie zapytał, znając drobniejsze szczegóły z życia dziewczyny, omijając skrzętnie te podstawowe informację. Wcześniej ich nie potrzebował, teraz spojrzał na nią z nieco innej perspektywy. Zamiast słów pożegnania, wypowiedział inne słowa, ryzykując całkiem sporo:
- Poczekaj – zaczął, ignorując otwierające się drzwiczki powozu, wyraźnie czekające na reakcję inkwizytorki. Przestąpił krok do przodu, nie tyle co znajdując się bliżej, a zwyczajnie naruszając jej przestrzeń osobistą. Ujął pomiędzy kciuk a palec wskazujący jej podbródek, zadzierając delikatnie do góry, aby załapała z nim kontakt wzrokowy. Patrząc jej w oczy, musnął samym opuszkiem jej usta, nie pozostawiając złudzeń, co chce z nią zrobić. – Możesz zostać, jeśli tego chcesz. Ale nie miej pretensji, jeśli nazwę cię nie tym imieniem, którym powinienem – oznajmił twardo, może nieco brutalnie. Chciał rozwiać wszelakie wątpliwości – nie byłby w stanie obdarzyć ją na tym etapie cieplejszym uczuciem, jednak… może ona wcale tego nie potrzebowała? A kimże byłby, gdyby odmówił kobiecie tej jednej nocy?

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Pon Lis 07, 2016 9:41 pm

Była młodą kobietą, która w zasadzie ledwo weszła w dorosłość. Nie chciała się rumienić, nie pragnęła okazywać uczuć, a jednak umysł wolał postąpić inaczej. W głębi duszy desperacko pragnęła, by ten wieczór trwał dłużej, a chwila powrócenia do szarej rzeczywistości odwlekła się w nieskończoność.
Miała już wsiadać do powozu, gdy Lynn ją zatrzymał. Już, już otwierała usteczka by wypowiedzieć to jedno, proste słowo "Dlaczego". Nie zdążyła jednak wydać z siebie żadnego dźwięku, zaskoczona tą nagłą bliskością. Rozwarła tylko szeroko oczy o rozszerzonych źrenicach, nie wierząc do końca w jego słowa. Gdzieś w środku pragnęła tego, lecz rozsądek uparcie twierdził, że to nie czas. Chociaż, kto by się nim kierował w cudownym stanie upojenia?
- Jesteś tego pewien? - spytała zamiast odpowiedzi na jego słowa. Serce tłukło się jej prędko w piersi, jak młodej dziewczynie, która po raz pierwszy rozmawia sam na sam z przedstawicielem płci przeciwnej. - Znaczy... Em, jakżebym mogła mieć pretensje, skoro sam twierdzisz, że jest to najpiękniejszy komplement z twych ust – zażartowała sobie z niego, śląc mu delikatny uśmiech.
Alkohol szumiał jej w głowie, a Isabelle złapała go za nadgarstek, pokryty bandażem.
- Tylko spróbuj się nie pakować w kłopoty, dobrze? - westchnęła, wcześniej odetchnąwszy głęboko nocnym powietrzem zmieszanym z zapachem jego wody kolońskiej. - Zostanę, jeśli chcesz mego towarzystwa.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Sro Lis 09, 2016 3:30 pm

Mogła zgrywać odważną, udawać swoje obeznanie w temacie, zaciskając dłonie na jego na jego nadgarstkach. Mogła próbować. Jej rumieniec na twarzy zdradził mu wszystko. Była wciąż dzieckiem stawiającym pierwsze kroki w dorosłym życiu. Jednak… nie zamierzał ofiarować jej z tego powodu jakiejkolwiek taryfy ulgowej. Sama tego chciała. Odda jej więc to wszystko z nawiązką, do kiedy nie będzie błagała o chwilę wytchnienia.
- Jeśli tylko taka forma komplementowania ci odpowiada… - szepnął, wykonując łobuzerski uśmieszek, unosząc jeden kącik warg ku górze. Nie miał już złudzeń, nie oczekiwał innego finału wieczora, niż tego, który rodził się w jego głowie niczym plan, sprawiając, że ciepłe pragnienie przeradzało się w targającą nim żądzę. Przywarł do niej, popychając lekko w głąb powozu, aby choć trochę skryć się za uchylonymi drzwiami i przed ewentualnym spojrzeniem woźnicy, czekającego na ich znak. Złożył na jej ustach pocałunek, tym razem w pełni świadomy, z premedytacją i nadmierną pewnością siebie. Przymknął powieki, dłonią sunąc po jej podbródku aż do szyi, gdzie rozgościł się na dłużej, przyciągając ją do siebie mocniej. Nie spieszył się, nic, co wykraczało poza ten drobny dotyk i ciepło drugiej osoby, nie miało znaczenia. Pocałunek zwieńczył szeptem, wprost w jej gorące wargi:
- Chcę. – Jedno słowo, a jakże wymowne! Odsunął się powoli, przeciągając każdą chwilę. – Idź do pokoju, niedługo do ciebie dołączę. Numer dziesięć, będzie otwarty – polecił jej, ostatnie słowa dodając niemalże rozbawionym szeptem. Czekał aż go wyminie, wtedy odprowadził ją spojrzeniem, a następnie podszedł do zapewne zmarzniętego na kość woźnicę na przedzie pojazdu. Nawet nie chciało mu się zgrywać skruchy. Na poczekaniu wymyślił wymówkę, świadomy, że mężczyzna i tak mu w nią nie uwierzy.
- Panienka nie czuje się najlepiej. Zdecydowała się więc zostać do rana, proszę wybaczyć zamieszanie… - kłamał gładko, nie dając mężczyźnie dojść do słowa. Znowu poczuł potrzebę zapłacenia za czyjeś milczenie. Tym razem nie przywiązywał do tego żadnej wagi.
Wrócił wkrótce do ciepłego wnętrza gospody. Muzyka na nowo rozbrzmiała w jego uszach, a on jakby z powrotem zasnął, powracając do identycznego snu, najwyraźniej uznając, że rzeczywistość wcale nie jest tak pociągająca jak mu się zdawało. Podszedł wolnym krokiem do gospodarza, wymyślając kolejną bajeczkę. Nie spieszył się, chciał dać Isabelli czas na przemyślenie, a może i na ewentualne wytrzeźwienie?
Isabella zaś, jeśli ruszyła do wskazanego pokoju, mogła minąć dwie pochłonięte rozmową służki, niosące puste cebry po wodzie. Gdy przekroczyła próg, zrozumieć mogła, że kobiety wychodziły właśnie stąd. Pokój był przestronny, urządzony w przytulnym stylu, zawierając w sobie to, czego spragniony odpoczynku człowiek oczekiwał – pościelone, choć jednoosobowe łóżko, wokół którego rozłożone były zwierzęce skóry, fotel stojący nieopodal niewielkiego okna na świat i dębowego stolika oraz potężnej komody. W przeciwległej stronie pomieszczenie znajdował się także zdobny, rozkładany parawan, za którym teraz unosiły się kłęby pary. Jeśli Is zechciała sprawdzić, co znajduje się za nim, już wychylając głowę, mogła dostrzec stojącą na złotych nóżkach wannę, wypełnioną gorącą wodą, a przy niej taborecik z przedmiotami niezbędnymi do kąpieli, wraz z kilkoma ręcznikami. Mogła korzystać z dobrodziejstw pokoju do woli.
A Lynn? Dogadał się już z karczmarzem? Wymyślił odpowiednią wymówkę, która nie wskazywała jednoznacznie, że zegarmistrz nie spędzi tej nocy sam? To nieistotne, do kiedy znajdował się w miejscu mającym dostarczyć mu rozrywki i przyjemności. Plotki na podobne tematy nie były nawet interesujące, gdyż podobne sytuacje odgrywały się tu na co dzień. Niezależnie od przebiegu rozmowy, szedł po schodach, w dłoni dzierżąc kolejną butelkę wina, wraz z dwoma kieliszkami. Gdy stanął przed pokojem numer dziesięć, nie od razu nacisnął klamkę od jego drzwi. Zamyślił się. A później zapukał delikatnie, wierzchem dłoni. Nie czekał jednak na „proszę”, otwierając je i wchodząc do środka.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Sro Lis 09, 2016 10:10 pm

Miała niesamowitą ochotę odpowiedzieć Lynnowi. Nie dodała jednak nic, powstrzymując się od dodania swoich trzech groszy. Tym razem pocałunek jej nie zaskoczył. Odwzajemniła go, aż zakręciło jej się nieco w głowie, dłońmi wędrując delikatnie po ramionach mężczyzny. Delikatne muśnięcia, nic więcej. Na wszystko przyjdzie jeszcze czas. Cały świat wokoło przestał istnieć, a wraz z nim ostatnie wątpliwości. Chciała tego, a jakże. Z tym niewinnym pocałunkiem obudziło się w niej zapomniane uczucie, niegoszczące w jej duszy od dawien dawna. Niezaspokojone pragnienie.
Z żalem pozwoliła zegarmistrzowi się odsunąć, zabierając ze sobą cudowne ciepło, a na jego słowa skinęła tylko głową. Podążyła w kierunku wejścia, drąż lekko od chłodu nocy, a paradoksalnie jej policzki paliły żywym ogniem. Otoczył ją ponownie gwar oraz muzyka, a przede wszystkim ciepło, nie, wręcz zaduch w porównaniu z rześkim powietrzem z zewnątrz.
Przemknęła dosyć sprawnie przez salę i będący w niej tłum, by skierować się w stronę pokoju. Gwar powoli cichnął, do kiedy nie usłyszała zbliżających się kroków oraz głosów, które na chwilę umilkły, by zaraz pojawić się znowu.
- I wtedy powiedział jej... - oczom Isabelli ukazały się dwie służące, które prędko przemknęły obok kobiety, niosąc puste cebry. Najwyraźniej gdzieś się spieszyły.
Nie spotkała nikogo więcej, stając przed drzwiami z numerem dziesięć. Zawahała się sekundę, lecz weszła do środka, rozglądając się ciekawie po przytulnym wnętrzu. W pierwszej kolejności podeszła do okna, by popatrzeć na otoczenie; nie dostrzegła jednak nic oprócz czerni nocy. Panowała tutaj dziwna cisza w porównaniu z główną salą.
Następnie podeszła z dziecięcą ciekawością do parawanu. Wiedziała już, co robiły służki. Pokręciła z niedowierzaniem głową, widząc wannę i zastanawiając się, czy panu Cavendishowi nie jest czasami po prostu za wygodnie. Sprawdziła dłonią temperaturę wody; była wprost idealna.
Zrezygnowała jednak z pierwotnego zamysłu kąpieli. Zamiast tego, rozpięła delikatnie klamrę płaszcza, kładąc go na oparciu fotela. To samo zrobiła z kaburą. Chyba nic jej tu nie grozi, prawda? Poluźniła delikatnie chustę na szyi.
Usiadłszy w fotelu z podkulonymi nogami, zaczęła nucić, ponieważ panująca wokół cisza sprawiała, że czuła się nieswojo. Tak jakoś za bardzo dzwoniło jej w uszach. Uwolniła swoje włosy spod jarzma nieszczęsnej ruiny koka. Przymknąwszy oczęta, wplotła w nie palce, próbując je rozczesać. Oddała się temu zajęciu w zupełności, chcąc doprowadzić swoje fale do jako takiego porządku.
Nie zdążyła odpowiedzieć na pukanie, gdy drzwi się uchyliły. Mimo że wiedziała, kogo się spodziewać, lata ćwiczeń dały o sobie znać. Jednak nie ruszyła się z miejsca, uśmiechając się tylko delikatnie na widok Lynna. Obdarzyła go badawczym spojrzeniem niebieskich oczu.
- Widzę, że jesteś przygotowany – zaśmiała się, wskazując delikatnym ruchem głowy trzymane przez niego kieliszki i butelkę.
Wstawszy z mebla podeszła do niego, po to, żeby odebrać od zegarmistrza kieliszki, a potem postawić je na stoliku.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Pią Lis 11, 2016 6:10 pm

Właśnie uświadomił sobie, że zgubił swoją laskę. I stał przed nią na obydwu nogach, właściwie gotów do poczynań wymagających od niego jeszcze większej sprawności. Sam nie wiedział czy liczy na niespostrzeżenie się Isabelli, czy może już na tyle jej ufał. Niewiele go obchodziło. Chciał jednego i nie zamierzał zrezygnować, do kiedy tego nie osiągnie. Odstawił butelkę, dołączając ją do kieliszków, póki co nimi się nie zajmując. Nawet nie rozglądał się po pomieszczeniu, a przynajmniej nie do kiedy miał przed sobą ją. Ją, najwyraźniej dzielącą jego pragnienia.
A on… był tak cholernie spragniony. Chciał tego już, teraz. Natychmiast. Jakby po latach uświadomił sobie, jak to jest czuć na nowo. I wszystko podpowiadało mu, że nie może czekać już ani chwili dłużej.
- Zawsze jestem. – Uśmiechnął się, odpowiadając półszeptem.
Chwycił ją pod ramiona, unosząc lekko i przyciągając do swojego ciała. Rękę podsunął pod jej pośladki, nie pozwalając jeszcze stanąć na ziemi. Zamiast tego, posadził ją na komodzie, natychmiast wsuwając się pomiędzy jej rozchylone nogi. Uniósł głowę do góry, patrząc zadziornie w jej oczy; w tym stanie znajdowała się wyżej niż on, jej nogi mogły wisieć w powietrzu. Nie tracił ani chwili. Isabelle z pewnością pierwszy raz mogła zobaczyć go w podobnym stanie. Zachłannego, nachalnego. I ze spora pewnością napalonego. Cały czas utrzymując kontakt wzrokowy, dobrał się do jej koszuli, rozpinając guziki w gwałtowny sposób.
- Mam nadzieję, że jesteś świadoma jednego… Nie dam ci już ani chwili spokoju – szepnął, obnażając łagodnie kły niczym wygłodniały wilk. Nie skończył rozpinać koszuli kobiety, gdy dłońmi zjechał do zapięcia jej spodni, jakby chciał ją posiąść tu i teraz. – Na tę noc jesteś moja – dodał, a gdy zamek uległ mu zbyt prosto, niemal wydał z siebie westchnienie.
- Nie mogę wyjść z podziwu, jak łatwo można pozbawić kobietę spodni – stwierdził niespodziewanie, wspominając mimowolnie, ile męczarni napotyka się z falbaniastymi sukienkami i halkami. To wszystko miało swój urok. Kładąc dłoń na jej udach, przywarł wargami do jej szyi, sunąć po nich i rozkoszując się otrzymanym ciepłem. – Wybacz mi pośpiech… - przeprosił, choć nawet na moment nie zwolnił, ani też się nie tłumaczył. Wyjaśnienie „ciężko jest mi się powstrzymać” nie należało przecież do najlepszych.
Drgnął nagle, odsuwając się od niej o ładne cale. Do głowy wpadła mu bardzo niepokojąca myśl. Obdarzył ją badawczym spojrzeniem.
- Bo… miałaś kogoś wcześniej.. prawda? – Na krótki moment stracił pewność siebie, nie wiedząc jak powinien zachować się w przypadku uzyskania przeczącej odpowiedzi. Pozwolił sobie na namiętność, licząc na to, że kto inny ofiarował jej delikatność, gdy tego potrzebowała. Jak zdążył jednak poznać – kobiety z Inkwizycji były nieco bardziej… wyzwolone. Trzymał się tej myśli.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Pią Lis 11, 2016 9:23 pm

Uniosła tylko brwi, patrząc jak oto Lynn stoi przed nią o własnych siłach, bez wsparcia laski. Nie zdążyła zareagować inaczej niż krótkim piśnięciem, gdy porwał ją w ramiona. Czuła ciepło jego ciała, bliskie jak nigdy dotąd, pomimo tego, że wciąż skrywał je materiał ubrania. Zrezygnowała z udawania, zresztą miała wrażenie, że zegarmistrz już dawno ją przejrzał. Pragnęła go, pragnęła tej bliskości, jedynej w swoim rodzaju, jaką może osiągnąć kobieta z mężczyzną.
  Przylgnęła do niego, jakby bała się, że odejdzie, zniknie jak ulotny sen. Isabelle zacisnęła delikatnie uda i również popatrzyła mu w te zielone oczy. Po raz pierwszy bez skrępowania mogła błądzić po jego ciele dłońmi; jedną z nich musnęła policzek Lynna, by po chwili powędrować nią niżej. Zdumiało ją nieco, jak zachłanne były jego ręce; ona zaś nie była aż tak nerwowa. Wpierw kierowała swoimi rękami spokojnie, z precyzją, jednak trwało to niedługo. Dawała się ogarnąć żądzy.
  - Nie powiem, żeby mi to przeszkadzało – mruknęła, dobierając się do jego halsztuka; poluźniając go i sprawiając, że wkrótce leżał już na podłodze, po czym dodała – a ty mój.
  Zaczęła rozpinać kamizelkę zegarmistrza, a później guziki jego koszuli.
  - Chcesz to zrobić tutaj, Lynny? - mruknęła mu wprost na ucho, po raz pierwszy nazywając go zdrobniale, jednocześnie przerywając walkę z zapięciem, by wpleść palce w jego ciemne włosy. Drugą rękę zaś trzymała na bandażu na jego szyi, jakby zastanawiając się, jak bardzo cierpiał z jej powodu. Jęknęła cicho, zadrżawszy od przyjemnego dotyku jego warg. Zaśmiała się cichutko, mówiąc do niego, że na pewno ma to swoje plusy i minusy. Pozwalała mu na wiele, błądzić po jej ciele, stopniowo pozbawiając ją ubrania.
  - Ale nie możesz się opanować? - dokończyła za niego z uśmiechem podkreślonym delikatnym rumieńcem, mniejszym jednak niż wtedy, na zewnątrz. Liczyła na więcej, coraz śmielsze ruchy, tymczasem Lynn się odsunął. Pozwoliła mu na to, zbyt zdumiona.
  Isabelle mruknęła coś niezrozumiałego w odpowiedzi na jego pytanie i odwróciła na chwilę wzrok, pesząc się. Niezbyt miała ochotę zwierzać mu się akurat z takich spraw. Mimo to zasługiwał na tę szczerość.
  - Nie miałam... To chyba nie problem? - posmutniała nieco. - Nawet... em... z nim, na szczęście, nie byłam tak blisko.
  Serce jej zadrżało, na chwilę straciła pewność siebie. Rozpięła guziki swojej kamizelki. Zsunąwszy się z komody, złapała go za dłonie, jego palce splatając na chwilę ze swoimi. Isabelle poczuła, jak chłodne są jej palce w porównaniu z Lynna. Przyłożyła je na chwilę do swojego policzka, a później złapała go za materiał koszuli i popchnęła na łóżko, lecz tak, by usiadł. Sama zaś usiadła na nim okrakiem, przodem do jego twarzy. Zostawiła nieszczęsną tkaninę; poruszyła lekko biodrami i zabrała się za guziki, czując jednocześnie przyjemne ciepło w podbrzuszu. W końcu wsunęła rączki, będąc w stanie dotknąć jego ciała. Inkwizytorka przełamała onieśmielenie i pocałowała go w usta, przewracając jednocześnie Lynna na miękką pościel. W efekcie więc leżała na nim. W końcu, uniosła się na łokciu, patrząc mu głęboko w oczy.
  - Wiesz coooo? - spytała przeciągle, mrużąc figlarnie oczka i oblizując delikatnie wargi. - Mam ochotę skorzystać... z wanny, póki woda jest ciepła – dała mu możliwość, żeby, jeśli oczywiście zechce, mógł się też nieco unieść. - Chciałbyś dołączyć? - przekrzywiła figlarnie główkę, jak ciekawskie dziecko.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Sob Lis 26, 2016 1:20 am

Nie spodziewał się po niej przejawu okazywanej w tak jawny sposób bezwstydności. Ona również zwyczajnie korzystała, brała wszystko, jakby od zawsze należało to do niej. Samolubnie, w pośpiechu. A on nie potrafił wyjść z podziwu. Że też w dobie fałszywej skromności i przymusu zachowania przyzwoitości wraz z solidną porcją wstydu, uchowała się jeszcze resztka niemalże zwierzęcej brutalności i instynktownego podążania za spełnianiem swoich fizycznych pragnień – bez żadnych podniosłych idei, bez uczucia, bez myślenia o jutrze. Pragnął jej. I nie dopisywał do tego ani jednej filozofii.
Odpowiadał szeptem, półsłówkami i zdaniami, które mówiły wiele, jednocześnie nie zdradzając nic. Słowa na tym etapie przestały mieć już znaczenie. O wiele większą wartość przypisywał czynom; swoim i tym pochodzącym od niej. A jednak... jego zachłanne ręce, błądzące po świeżo odkrytym skrawku skóry, zatrzymały się w bezruchu, gdy uświadomił sobie, co powiedziała.
Stracił stabilny grunt pod stopami, drgnął lekko, jakby jego pierwszym odruchem było odsunięcie się na bezpieczną i niegorszącą odległość. Nie odpowiedział od razu, bo wcale nie chciał tego robić. Jego moralność walczyła z rosnącą żądzą. Podążył za nią, poddając się Isabelli, ale bez większego zaangażowania. Żałował, że zapytał. Nieświadomość byłaby w tym przypadku lepsza, jednak... nie, nie mógłby. Zasługiwała przecież na coś lepszego niż spontaniczną noc z mężczyzną, który w rzeczywistości może nazwać ją imieniem dawnej ukochanej? Nie zamierzał jednak rezygnować zupełnie z przyjemności, jaką mu oferowała. Zdecydował się na kompromis, o ile tylko taki był możliwy w owej sytuacji.
- Problem...? Nie, nie nazwałbym tego w ten sposób. To raczej... – zastanowił się na głos, korzystając z okazji i podnosząc się o nieznaczne cale, jednocześnie zbliżając się do wciąż leżącej na nim Isabelli. – Spora odpowiedzialność. Nie chcę zawieść twoich oczekiwań, ani romantycznych wizji, jeśli jeszcze się takimi raczysz... – westchnął, nie zdradzając jej ostatecznie swoich planów. Musiał być delikatniejszy. A później... zobaczy, na ile będzie w stanie się kontrolować.
- Chętnie – odparł na jej propozycję, gdy udało im się już zwlec w łóżka,  skoro chcieli dotrzeć do wanny. Zachował dystans, w końcu nabierając głęboki oddech w płuca. Przyglądał się jej uważnie, tym razem w całej okazałości, ze względu na krok odstępu, jaki ich dzielił. Przeszedł do rozpinania mankietów, tym razem spokojnymi ruchami, a w dodatku swojej koszuli, nie kobiety naprzeciw niego. Mogli rozbierać się wzajemnie, ale w bezczelnym przyglądaniu się sobie było o wiele więcej intymności. Zgodnie z tą myślą, oznajmił dosadnym tonem:
- Rozbierz się. Chcę popatrzeć. – Miał być delikatniejszy, owszem, a mimo to już na samym starcie nieco przekroczył granicę normalności, dodatkowo zwieńczając wypowiedź wyzywającym uśmiechem. Powoli rozpinał guziki swojej koszuli, ciekaw czy podejmie wyzwanie.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Pon Lis 28, 2016 11:34 pm

Milion myśli, każda niby z pozoru prosta, a tak naprawdę niosąca za sobą wiele. W pierwszej chwili chciała wybuchnąć śmiechem prosto w twarz rozmówcy. Romantyzm? Bajki dla dzieci. Ot, kolejna niepotrzebna, jak dla Isabelle, rzecz. Nie odpowiedziała jednak o dziwo nic, wyczuwając drobną zmianę w zachowaniu Lynna. Wszystko działo się zgodnie z jej propozycją, a mimo to miała wrażenie, że coś w niej stanowi problem.
Podeszła wpierw do wanny, zanurzając lekko dłoń w wodzie, jakby sprawdzając ponownie jej temperaturę. Wytarła wilgotną rękę o materiał spodni i obróciła się do niego. Isabelle drgnęła na słowa towarzysza.
- A gdzie pańska kultura, panie Cavendish? - uniosła delikatnie brew, udając oburzenie, lecz jej oczy mówiły coś zupełnie innego. Kącik ust dziewczyny zadrgał w lekkim uśmiechu.
W myślach zakiełkowało jej pewne wspomnienie, odgoniła je jednak, usilnie trzymając się rzeczywistości. Co innego miała zrobić? Sama tego chciała. Zsunęła z ramion kamizelkę, dając ją gdzieś na bok. Potem zabrała się za guziki bluzki, kończąc rozpoczęte przez mężczyznę dzieło, stopniowo zrzucając z siebie odzienie, oczekując tego samego od zegarmistrza. Podkreślała to rzucanymi od czasu do czasu spojrzeniami, jakby czekała aż podejmie jej wyzwanie. Chociaż może było na odwrót? Może to Isabelle podjęła wyzwanie Lynna? Zapewne tak, ta druga opcja.
Zawiesiwszy koszulę gdzieś na obrzeżu parawanu, uniosła lekko włosy, by kaskadą spłynęły jej po plecach. A i tak chwilę później stała przed nim boso, prawie naga, z delikatnie rozwichrzonymi lokami, czekając na Lynna, z dozą pewnej jakby obawy, ale też i ciekawości. Lekka niepewność zagościła w jej sercu, co mogły podkreślać delikatne wypieki. Mimo jego słów, jakby czekała na coś w rodzaju przyzwolenia.
Chcieć czegoś, a robić to coś to dwie różne rzeczy. Odczekała chwilę, tylko po to, by delikatnie zsunąć ramiączko od bielizny. Może zaczęła zachowywać się, jakby nie czuła wstydu. Bo i on utonął gdzieś w głębi jej duszy, zaginiony pod silniejszymi pragnieniami. Nie do końca wiedziała, co mężczyzna planuje wobec niej, ale przezwyciężyła ostatnie kruche wewnętrzne opory, by móc stanąć przed nim tak, jak kobieta została stworzona, nie mówiąc zupełnie nic.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Pią Gru 02, 2016 10:14 pm

Ani na chwilę nie spuścił z niej spojrzenia. Zajmował się swoimi ubraniami, owszem, ale nawet na moment nie poruszył głową, nawet oczy mrużył niechętnie. Takie wybrał sobie życzenie, a jego efekty przyjmował z prawdziwą adoracją. Najchętniej wybuchnąłby śmiechem na jej udawane oburzenie, ale postanowił pociągnąć dłużej tę chwilową zabawę.
- Panienka wybaczy, palnąłem straszne faux pas; subtelność nigdy nie była moją mocną stroną. Jeśli mogę zacząć jeszcze raz… czułbym się zaszczycony, gdyby uraczyła mnie panienka odrobiną wdzięków, na co dzień nieprzeznaczonych dla męskiego oka. Oczywiście, jeśli to dla panienki nie problem… - Ukłonił się jeszcze teatralnie, poprawiając się i możliwie wytwornie prosząc ją właściwie o to samo. Doskonały przykład na to, jak nieznaczące były słowa, a ile potrafiły skomplikować! Wolał klasyczną prostotę, choć potrafił się zachować, gdy już się tego od niego wymagało. Bawiło go to, jednak prędko zrezygnował z przedstawienia z utrzymującym się na twarzy uśmiechem. – Żaden ze mnie gentleman, Isa. Gdyby nie ta cudowna bezpośredniość, zapewne właśnie wysiadałabyś pod murami Inkwizycji. A tak… przynajmniej się ogrzejesz, prawda? – Zmrużył powoli powieki, przechylając głowę na bok. Aby być bardziej prostolinijnym musiałby nazywać rzeczy po imieniu. I tak udało mu się wyrazić wszystko, co chciał w dosyć bezczelny, ale niewulgarny sposób.
Kontynuował rozpinanie guzików swojej kamizelki zsuwając ją po przedramionach i zrzucając ją tam gdzie stał. Z koszulą uporał się szybko, to samo czyniąc z ostatnią, górną warstwą okrywająca jego ciało. Nie silił się na rozkładanie ubrań, całe jutro niespecjalnie go obchodziło, a możliwe zagniecenia na nich po prostu nie imały się jego świadomości. Nim przeszedł do rozpinania guzików spodni, zaczął pozbywać się bandaża z nadgarstków, gdy Is mogła obrzucić go spojrzeniem niemalże w pełnej okazałości, po raz pierwszy dostrzegając wszystkie blizny szpecące jego górne partie ciała, choć nie było ich wiele – ślad postrzału nad klatką piersiową, tuż pod prawym ramieniem, kilka pociągłych zadrapań „zdobiących” jego żebra.
Pozbawiał się ubrania dłużej niż Isabella, mimo że nie robił tego w tak ostentacyjny sposób. Kwestia zbyt wielu dodatkowych warstw robiła swoje, jednak po pewnym czasie i bandaż z jego szyi wylądował na miękkim dywanie, a zabliźnioną (dzięki pomocy Nancy) ranę przykrywała już tylko przyklejona jałowa gaza. Wkrótce stał przed nią wyłącznie w ostatniej części bielizny – bawełnianych, białych spodniach (w których, przy okazji, jego wyraz podniecenia był aż nadto widoczny), nie rozbierając się jednak do końca, a odwracając do stolika i sięgając w jedną dłoń po butelkę, a w druga po kieliszki. Czubkiem brody wskazała na wannę, podczas gdy zębami siłował się z korkiem od butelki, który jak ostatnio, zechciał z nim współpracować.
Nalał im w sposób wyjątkowo niedbały, stawiając szkło na taborecie przy wannie, zostawiając czerwoną smugę na śnieżnobiałych ręcznikach. Gdy uwolnił już ręce, pobył się w końcu bielizny, jednak zgodnie z myślą, że w przypadku mężczyzn – przeciwnie niż u kobiet – nie ma czego podziwiać, nie stał przed nią niczym model przed malarzem, wsuwając się do wanny, natychmiast zajmując jeden z jej brzegów. Wyciągnął ku niej dłoń, najwyraźniej chcąc jej pomóc w znalezieniu się tuż obok. „Panienka pozwoli” – mówiła jego mina, chociaż jawnie uwiedzione spojrzenie nie było aż takie uprzejme. Dopasowując się do kształtu wanny z tafli wody wyłonił nogę, tę samą na którą zwykł kuleć. Właśnie tam widniała najgłębsza z jego ran, pamiątka po bliskim starciu z Koszmarem oraz niezapomnianego dnia przed zapadnięciem w długi sen. Prędko ukrył ją z powrotem w ciepłej wodzie, nie chcąc straszyć dziewczyny.
Gdy już znalazła się koło niego, sięgnął po swój kieliszek zaczynając temat, który napawał go rozbawieniem, kiedy tylko do niego wracał, mając ją tak blisko siebie.
- Wiedziałaś, że skończymy właśnie tak, w ten sposób, prawda? Kobiety podobno potrafią przewidzieć takie rzeczy… Gdy mężczyzna naiwnie cieszy się, że w swoich awansach dorównuje samemu Erosowi, kobieta z pobłażaniem przyzna mu rację, mimo że zna treść finału wieczora już od samego poranka, mylę się? – zastanowił się na głos, nie szczędząc jej metafor, jednocześnie przystawiając kieliszek do warg, aby być gotów podjąć dalszą dysputę na ten jakże filozoficzny temat.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Sob Gru 03, 2016 7:46 pm

Nie odpowiedziała nic za zawoalowaną prośbę Lynna, skoro i tak ją zaczęła spełniać. Na kolejne zaś jego słowa skinęła głową, mruknąwszy coś niezrozumiałego, co można było potraktować jako wypowiedź w stylu: „Masz rację”. Mimo stopniowego pozbawiania się odzienia, patrzyła z dziecięcą ciekawością na mężczyznę, zastanawiając, podczas jakich okoliczności powstały jego blizny.
Westchnęła cichutko, widząc, jak zegarmistrz również zrzuca z siebie ubranie, a gdy nie patrzył na nią, sięgając po wino, zwilżyła lekko usteczka językiem. Nie wiedziała czemu, lecz smugi wina na ręcznikach wyglądały dla niej nieco jak krew.
Zanim przyjęła pomoc od Lynna, rzemykiem, który jakoś uchował się na jej nadgarstku, podwiązała włosy; by przynajmniej na chwilę obecną nie przeszkadzały. Potem jednak ujęła jego dłoń i wsunęła się do wanny. Otoczyła ją ciepła woda, na moment odbierająca oddech, oraz cudowna bliskość drugiego ciała. Zanim usadowiła się między jego nogami, poruszyła wodą, a potem delikatnie oparła plecy i głowę o jego pierś, rozkoszując się chwilą. Zastanowiła się chwilę nad zadanym pytaniem.
- Czy ja wiem? - sama również sięgnęła po kieliszek, upijając łyk. - Chciałbyś szczerej odpowiedzi? Przeczuwałam coś, jasnowidzem nie jestem – przymknęła oczęta, przedtem jednak odstawiła naczynie ze szkarłatnym płynem. - Zastanawiające, może to wiąże się z tym, że zazwyczaj osiągamy to, czego chcemy? Chociaż może mężczyźni bardziej podatni na manipulację? - wzruszyła delikatnie ramionami, obracając głowę ku niemu, znowu łapiąc na chwilę swój kieliszek. - Ale w sumie, dlaczego nie? Czemu nie może się to wiązać z dziwnymi przeczuciami?
Zastanawiała się tak, upijając kolejny łyk. Do wszystkich przyjemności dochodziło jeszcze ciepło alkoholu. Po odłożeniu szkła w bezpieczne miejsce, delikatnie nabrała wody w dłoń, polewając sobie ramię.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Sob Gru 03, 2016 9:06 pm

Jako wzrokowiec, potrafił docenić piękno, jakie oferowała mu owa sytuacja. Płomienie świec drgały niespokojnie, podążając za ruchami ich dłoni, rzucając czarne cienie na ściany otaczającego ich parawanu. Kolory współgrały, ciepłe barwy zawirowały mu w głowie. A może była to zasługa wina, którego dziś sobie nie szczędził? Nie zastanawiał się nad niczym zbyt długo. Tego wieczora wszystko było tak proste i oczywiste…
Odstawił niedbale szkło, chcąc mieć wolne ręce, skoro już znalazła się tak blisko niego. Tym razem nie spieszył się już wcale. Łagodnymi ruchami odgarniał jej splecione na szybko włosy z karku, pleców, aby ułożyły się nad jej lewym barkiem. Odsłonił nagą skórę jej szyi, otuloną jedynie przez kłęby pary i pomarańczowy blask świec. Przejechał wyciągniętym palcem po wyeksponowanym fragmencie, zahaczając delikatnie końcówką paznokcia. Badał tę rozkoszną powierzchnię, zatrzymując się dopiero pod płatkiem jej ucha. Zbliżył się, dociskając klatkę piersiową do pleców dziewczyny, oddychając niemalże w tym samym tempie co ona.
- Mówi się, że to kobieta jest jak instrument, na którym mężczyzna zagra jak chce, jeśli tylko wie jak się z nim obchodzić. Nie słyszałem większej bzdury, czy też… Jak zwykle trafiam na nieodpowiednie kobiety. Manipulacja to łagodne określenie – zastanowił się z lekkim uśmiechem, szepcząc jej wprost do ucha. W końcu przytknął wargi do szyi Isabelli, wodząc nimi lekko i delektując się zapachem, który z tego miejsca był najbardziej intensywny. Nim otworzył usta na nowo, by kontynuować swój wywód, złożył na skraju swej wędrówki ledwie wyczuwalny pocałunek. – To ja zwykłem tańczyć, jak mi się zagrało, a po wszystkim wracałem po więcej, wdzięczny za pamiętne wrażenia… - szepnął, przymykając powieki, a do głowy uderzyła do setka wspomnień i obrazów sprzed wielu lat. Odpłynął dosyć szybko.
Ujął między palce jej podbródek, zwracając go minimalnie w swoją stronę. Przylgnął do niej mocniej, usta kierując na skraj żuchwy Isabelli, tam zasypując ją dziesiątkami drobnych pocałunków, kierujących się powoli w wybrane miejsce.
- Ale… swoje już zdążyłaś przeżyć, nieprawdaż? Nie uwierzę, że jesteś czysta jak łza – stwierdził pomiędzy pocałunkami i choć kobieta mogła tego nie dostrzec, na skórze swojego policzka mogła poczuć wargi, z których płynęły te słowa zastygające w uśmiechu. Nawiązywał do jej braku wstydu oraz pewnego rodzaju wiedzy; pewności siebie i znajomości niepisanej etykiety, pozwalającej na odpowiednie reakcje wobec jego czynów.
Pochylił się nad nią odrobinę bardziej, odtrącając wierzchem dłoni kieliszek z winem, jeśli jeszcze nie zdążyła go odstawić. Uniósł jej głowę, składając na ustach delikatny, wyjątkowo subtelny pocałunek. Sam się zdziwił, szczerze. Idąc do tego pokoju po schodach, miał w głowie jedną myśl. Planował być samolubny. Wziąć, co do niego należało, czerpać z sytuacji jak najwięcej, niespecjalnie przejmując się drugą osobą. Powoli przypominał sobie, że w dzieleniu rozkoszy może być tyle samo radości. Przytknął wargi mocniej, bez pośpiechu, nie wiedząc, co zrobi dalej, a jednocześnie znając zakończenie ich przygody na jedną noc.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Sob Gru 03, 2016 10:43 pm

Zsynchronizowali się niemal idealnie w oddechu, mimo iż jej był trochę przyspieszony. Isabelle cieszyła się, że płomienie świec drgają niespokojnie, może i nawet rzucając cień na jej oczy; przed to mniejsze były szanse na zobaczenie jej rozszerzonych źrenic.
  - Wiele zależy też od mężczyzny – mruknęła w końcu cichutko – Ale też nie każda kobieta jest skłonna „dominować”...
  W tym miejscu zmuszona była przerwać, drżąc lekko pod wpływem przyjemnej pieszczoty. Jej ciało pragnęło więcej, wbrew wszystkiemu. Była wstanie odszepnąć mu tylko: „Najwyraźniej było warto, a może to one pragnęły znów twego towarzystwa?”, czując jego tchnienie tuż obok siebie. Z niejaką radością pozwoliła na pocałunki, rozkoszując się nimi, doceniając każdy z nich osobna. Wolną dłonią delikatnie rysowała kółka na jego ręce.
  Na jego kolejne słowa nie odpowiedziała nic, nie będąc w stu procentach pewna, co miałaby powiedzieć. Przed przymkniętymi oczami pojawiło jej się mgliste wspomnienie. Próbowała, je uchwycić, lecz uleciało, zastąpione drgnięciem pod wpływem przyjemności.
  - Jak myślisz? Co dadzą mi zaprzeczenia, skoro i tak nie uwierzysz? - zapytała tylko mężczyznę.
  W ostatniej chwili Isabelle uchroniła wino przed rozlaniem, nie mając ochoty brać kąpieli w wodzie wymieszanej z trunkiem. Odwróciła się ku mężczyźnie niemu, nieco zdumiona delikatnością. Lewą dłoń położyła u postawy jego żuchwy, lekko muskając policzek Lynna kciukiem. Nie przeczuwała takiej ostrożności, kiedy się zgodziła spędzić z nim tę noc. Miała ochotę na jedno, a póki co dostała więcej, niż była w stanie przewidzieć.
  Oczarowała ją ta gra, chociaż znała finał; a przynajmniej się go domyślała. Jej ręce błądziły nieświadomie po jego ciele, wyczuwając mięśnie, wszelkie blizny. Przerwała pocałunek, dość niechętnie, ujmując jego nadgarstek i unosząc go do swojej twarzy. Przejechała po zabliźnionych śladach noskiem, w ten sposób przepraszając za zadaną ranę, mrucząc jednocześnie pytanie, czy jej to wybaczy.
  Splatając swoje palce z jego, złożyła na ustach Lynna pocałunek.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Nie Gru 11, 2016 2:49 pm

Byli tak blisko siebie, że mogła wyczuć jego każdy, najmniejszy ruch, dlatego też nie powinien umknąć jej uwadze naturalny odruch Lynna – wzruszenie ramion na słowa Isabelli, zwłaszcza, że znajdowała się dokładnie pomiędzy nimi. Zastanowił się chwilę, choć jego głowę zapełniły jednocześnie dziesiątki różnych myśli, cisnących mu się na usta. Jeśli nie chciała wysłuchiwać jego monologu, powinna się bardziej postarać, aby mu je przymknąć.
- Całe szczęście, żyjemy w pięknym świecie, w którym nic nie jest idealnie czarne ani białe. Upraszczam, bo jest mi to na rękę. Ale jaką kobietę można określić jednym słowem, niezależnie od tego, jak „dominująca” by nie była? Określać, znaczy ograniczać – wypowiedział się, nawet wspominając zasłyszane dawno słowa. Proszę, najwyraźniej odezwał się w nim poeta, tylko tego brakowało! Nie pozwolił ciszy zapaść na długo. – Brzmisz, jakbyś nie utożsamiała się owymi pannami… choć jednocześnie zdążyłaś mi zaoferować inne wrażenie. Pomyliłem się? Czy może…Wystarczyło przekroczyć pewną granicę, aby ujrzeć prawdę? – zapytał, przymykając powieki i łagodnie ocierając się policzkiem o bok jej głowy.
Aktualnie zamiast fizycznych bodźców potrzebował intelektualnej rozrywki, mimo że siedziała przed nim zupełnie naga kobieta. Bawiło go to, więc do kiedy nie kazała mu dosadniej przejść do rzeczy, korzystał ze sposobności wypowiedzenia na głos kilku filozoficznych bredni, dotychczas kiełkujących w jego umyśle.
- Dla samej przyjemności wypowiedzenia tych słów? – odparł natychmiast z lekkim rozbawieniem, nawet przez chwilę się nad tym nie zastanawiając. – Dla… podarowania odrobiny siebie? – usiłował ją zachęcić. Druga taka okazja zapewne nie będzie miała już miejsca. Zamierzał nakierować ją na odpowiednie ścieżki, odpowiadając na wcześniejsze pytanie Isabelli. – Pamiętne czasy akademii… Pewnie miałaś jakiegoś „nauczyciela”. Kogoś, kto poprowadził cię za rękę aż w dorosłość? Może się mylę, oceniając cię swoją miarą… Z tamtych czasów pamiętam jedno – im bardziej się czegoś zakazywało, tym chętniej łamało się ów zakaz. Jak było więc z tobą? Mów, ja słucham – szepnął, licząc na to, że uda mu się poznać ją jeszcze bliżej. Kiedy doświadczą lepszego momentu na szczerość niż teraz?
Dla równowagi, pozwolił ciszy potrwać równie długo. Odwzajemnił przyjemność, powoli i równie nienachalnie co uprzednio. Muskał jej wargi, wyczuwając na ile może się posunąć. Podarował jej odrobinę czułości, tylko po to aby zwieńczyć gest łagodnym przygryzieniem rozchylonych warg. Wydobył z siebie cichy śmiech, pozwalając Isabelli na wyprostowanie szyi.
Sięgnął w końcu do znajdujących się już pod taboretem, przewróconych w pośpiechu przyborów do mycia. Zignorował obecność naturalnej morskiej gąbki, wylewając gęstą, pieniącą się ciecz z drobnej buteleczki na swoje ręce, ogrzewając ją dłoniach. W powietrzu rozległ się intensywny zapach jaśminu.
- Pozwolisz? – zapytał, ale nie czekał na odpowiedź. Nie sądził, że mógłby dziś otrzymać jakikolwiek brak zgody. Przytknął obie dłonie do jej pleców, zaczynając od masowanie karku, schodząc powoli na niższe partie ciała Isabelli. Łączył przyjemne z tym, po co w rzeczywistości się tu znaleźli. Naciskał palcami na jej ramiona, znaczył delikatnie paznokciami powierzchnię skóry kobiety, bezwstydnie i w sposób wyjątkowo skrupulatny badając nieznane mu wcześniej tereny.
Dłonią, po barkach podążył aż do obojczyków, obejmując palcami szyję, zmieniając na nowo tor wędrówki, zaciskając palce na jej piersiach, którym poświęcił trochę więcej czasu niż planował, jakby upewniając się, że na pewno będą czyste.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Nie Gru 11, 2016 11:17 pm

W jakimś stopniu Isabellę ciekawiło, co zegarmistrz ma do powiedzenia. Słuchała jego odpowiedzi, wyczuwając jednocześnie każdy najmniejsze jego drgnięcie, poruszenie.
- Zależy co o mnie wcześniej sądziłeś, żeby teraz mówić o pomyłce – powiedziała wolno, starannie dopierając słowa. - Myślę, że bardziej chodzi o granicę. O głupią, pozorną ludzką granicę, a po niej nie ma już odwrotu, zdajesz sobie z tego sprawę? Łudząco niepozorny krok, który ma moc zmienienia wszystkiego. - udało jej się dodać, między pocałunkami, chociaż nie pozwalały jej się do końca skupić.
Zapewne wino sprawiło, że starała się rozgadać, mimo że okazji aż tak wiele nie było ku temu, podczas swoistej gry, w którą się bawili. Isabelle miała wrażenie, że przez nią próbują się wyczuć, poznać lepiej. Odstawiwszy kieliszek, prychnęła rozbawiona:
- Strasznie dużo mówisz, wiesz? - zatrzepotała rzęsami, badając opuszkami fakturę jego skóry. - Mówił ci to już ktoś? - Nie odpowiedziała na zadane pytania, na to przyjdzie jeszcze czas.
Przygryzienie warg skwitowała czymś w rodzaju krótkiego mruknięcia oraz uniesieniem delikatnie brwi, słysząc śmiech. Uśmiechnęła się kącikiem ust, wcześniej delikatnie zwilżając je koniuszkiem języka. Ostrożnie umościła się w wygodniejszej pozycji, kiwając głową na znak zgody, chociaż pewnie się tego spodziewał. Przymknęła oczy, w pełni poddając się mu, wcześniej jednak unosząc delikatnie włosy. Gdyby mogła, zamruczałaby z rozkoszy jak kot. Zanim podjęła opowieść wzięła nieco piany na rękę i przejechała nią Lynnowi po nosie, zostawiając ją na nim. W pewnym sensie dodawało mu to uroku.
- Nie każdy jest panem zegarmistrzem – zaczęła kobieta. - Zadziwię ciebie, Lynn. Nie miałam takiego „nauczyciela”, chociaż łamanie zakazów było dla mnie niczym chleb powszedni. Chociaż, po zastanowieniu – przerwała na chwilkę – była pewna osóbka, która starała się być nauczycielem dla mnie. - Westchnęła przeciągle, nie tylko pod dotykiem Cavendisha. - Ależ byłam głupia.
Miała ochotę walić głową w ścianę, jednak tego nie zrobiła. To byłoby zbyt nieodpowiedzialne.
- Wiem, co miałeś na myśli – powiedziała zamiast tego. - Ale nie, nie był takim przewodnikiem. Uznaj mnie za wariatkę, ale nie wiem. Po protu nie wiem już. Mam tylko mglistą ułudę wspomnienia nie dającą się uchwycić. Nie wiem skąd.
Wyrzuciła to z siebie. Pojęcia zielonego nie miała, jak mężczyzna na to zareaguje. Alkohol dodawał jej dziwnej, niepohamowanej szczerości. Odchyliła głowę do tyłu patrząc mu w te jego zielone oczy z zawadiackim uśmiechem.
- Lynn, rozumiem, że chłopcy nigdy nie mogą się tym nacieszyć, ale chyba są czyste – zaśmiała się, chwytając jego nadgarstek. - Nie mówię oczywiście o tym, jako o czymś nieprzyjemnym, ale... - nie dokończyła.
Sama nie wiedząc czemu, Isabelle drugą dłonią muskała jego nogę. Zamarła na chwilę, wyczuwając zabliźnioną dawno skórę. Przejechała po niej lekko paznokciami.
- Skąd ją masz? - wyrwało jej się, zanim zdołała ugryźć się w język. - Znaczy się, powiedz jeśli oczywiście chcesz – próbowała wybrnąć jakoś z sytuacji.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Karczma na rozdrożach   Czw Gru 15, 2016 10:22 pm

Gdy podsumowała swoją wypowiedź komentarzem o jego cesze, której za nic na świecie nie mógł (ani nawet nie próbował) się pozbyć, nie poczuł się urażony. Przywyknął do takiego stanu rzeczy. Jego opinia gadającego z zegarkami nie wzięła się przecież znikąd. Nie zamierzał się wypierać, gdy było to widoczne jak na dłoni.
- Och, tak – potwierdził energicznie. – Jesteś przynajmniej setną osobą, która mi to powtarza. Nic na to nie poradzę, lubię tę grę. Jeśli ci to przeszkadza… przecież nigdy nie miałaś lepszej sposobności od przymknięcia mi ust niż teraz, nieprawdaż? – uśmiechnął się lekko, jednocześnie uważając, że kolejna taka okazja nigdy nie nastąpi, ale nie wypowiedział tych słów na głos, by nie psuć chwili. Nie chciał dawać jej złudzeń, choć jednocześnie wiedział, jak wiele kobiet uwielbia dźwięk słów „na zawsze”. Póki co brutalne uświadomienia nie były konieczne, cieszył się tym, co otrzymywał, bez myśli o jutrzejszym rozstaniu, nawet jeśli będzie musiał wychodzić przez okno, nie chcąc się z nią żegnać. Kontynuował dialog:
- A więc jest jak w bajce; wystarczył pocałunek, aby zmienić postać rzeczy. Przerwać klątwę, ot, obudzić królewnę – odparł, podsumowując ich spontaniczną decyzję o niekończeniu wieczoru. – Nie postąpiłbym jednak wbrew twoim znakom. Dążyłaś do postawienia kroku po drugiej stronie, ja podałem ci jedynie dłoń. Jeśli więc nie przyśniesz od mojej paplaniny lub z nadmiaru alkoholu, możemy spędzić całkiem urokliwą noc – wyszeptał wprost w jej usta, niezrażony bliskością. Nie wiedział, na ile będzie w stanie się powstrzymać, cały czas ciążyła nad nim świadomość, że nie powinien. A z drugiej strony… przecież każdą częścią ciała dawała mu do zrozumienie, że właśnie tego pragnie!
Nie dzielił się z nią tymi przemyśleniami, zamiast tego, przytknął na nowo szkło do ust, tym razem odstawiając je już puste na taboret. Oczywiście, nie zrozumiał kolejnej z wypowiedzi Isabelli. Mógł się tylko domyślać lub podejrzewać zasługę alkoholu w tych niejasnych słowach. Czuł, że nie powinien naciskać, skoro nie dowie się niczego więcej. Nie przyznawał się, nie kontynuował tematu. Znajdował się w tak dogodnej pozycji, że zamiast słów równie dobrą odpowiedzią było działanie.
Wsunął palce pomiędzy jej pasma włosów, początkowo delikatnie, aż ścisnął je mocno u samej nasady, odchylając nieznacznie jej głowę, aby na powrót mogli złapać kontakt wzrokowy. Na krótki moment wrócił do słodkiej brutalności, nie wiedząc czemu odnajdując w tym wiele przyjemności. Spoglądał w oczy Isabelli, na tyle blisko, by mogła poczuć ciepło pochodzące od jego skóry. Drugą dłonią, wedle jej życzenia, posunął się o krok dalej, zsuwając się po piersiach kobiety, do żeber, talii, aż wsuwając się pomiędzy łagodnie rozchylone uda, ukryte pod taflą wody, na której pojawiła się piana. Bezczelnie wyczekiwał każdej jej reakcji.
- Naprawdę chcesz wiedzieć? To nie jest historia na jesienny wieczór w wannie… - upewnił się, muskając palcami wewnętrzną stronę jej ud, zaciskając się na nich i sunąc powoli w stronę rosnącego gorąca. – Mogę wymyślić na poczekaniu jakąś ckliwą opowieść, jeśli uznasz to za lepsze od prawdy – usiłował ją odwieść od tego pomysłu. Blizna, którą naruszyła palcem miała dla niego szczególne znaczenie, jednak wiązała się z tym niezbyt kolorowa historia. Jego tchórzliwa próba samobójcza, spieprzona w każdym z możliwych punktów. Nie zamierzał jednak dziś kłamać. Jeśli chciała, pozna wszystko, o co go zapyta. Spróbował jednak jeszcze raz:
- A może… nacieszyłaś się już ciepłą wodą? – uśmiechnął się niecnie, w tym samy czasie przesuwając łagodnie kciukiem po jej podbrzuszu. - Dobrze mi tu, ale… och, poza wanną będę mógł się tobą odpowiednio zająć. – zaproponował, nie drgając jednak chociażby o milimetr.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
 
Karczma na rozdrożach
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
 Similar topics
-
» Karczma "Męty i odmęty"
» Karczma
» Karczma "Pod Niedźwiedziem"
» Karczma "Mały Pony" i Stajnie
» Karczma

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Wishtown :: Uliczki-
Skocz do: