IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Lynn

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Lynn   Czw Lut 11, 2016 3:04 am

Imię i nazwisko: Lynn Vernon Cavendish
Pseudonim: Mr. Watchmaker, za starych, inkwizycyjnych czasów.
Wiek: 28 lat
Rasa: Nosiciel
Grupa: Mieszkańcy
Ranga: Zegarmistrz
Zawód: Jak powyżej. A dodatkowo złota rączka, wynalazca, kolekcjoner, a także uzdrowiciel wszelakiej materii nieożywionej.

Umiejętności:


  • Obsługa, naprawa, ulepszanie broni palnej.
  • Walka wręcz.
  • Znajomość dwóch dodatkowych języków, podstaw chemii i zielarstwa.
  • Wszystko co typowe dla arystokratów; umiejętność gry na pianinie, skrzypcach, tańca towarzyskiego, szermierka, kaligrafia, szachy, jazda konna, od biedy potrafi też wymyślnie ułożyć kwiaty.
  • I powtarzając jeszcze raz – dryg do mechanizmów, dużo inwencji twórczej, przykładowo wykorzystywanej w opracowywaniu nowych receptur prochów do broni.
  • O ile można to zaliczyć do umiejętności: znakomite wysławianie się, wyobraźnia przestrzenna, pamięć fotograficzna, wiedza w szerokim zakresie sztuki.
  • Rozbrajanie mechanizmów, otwieranie zamków.


Wygląd:

Wysoki jak na mężczyznę, zadbany i schludny, zazwyczaj gładko ogolony, choć zdarzają mu się dni (a nawet tygodnie!), gdy pozwala swojemu zarostowi żyć własnym życiem. Ubrany elegancko, wedle panującej mody, co jest zasługą umowy z krawcową, a nie jego zmysłem estetycznym. Chód ma lekki i sprężysty, nosi się dumnie, z wiecznie wyprostowaną sylwetką, uginającą się jakby niechętnie, gdy trzeba się z kimś powitać. Jego ciało szpeci paskudna blizna ciągnąca się przez całe udo, aż do biodra.
Lynn jest posiadaczem jasnozielonych tęczówek, na co dzień obdarzających świat spokojnym, lekko znudzonym spojrzeniem. Jego karnacja nie odstaje od normy (nie licząc anemicznych panien gotowych zabić za mlecznobiałą skórę), balansuje gdzieś pomiędzy alabastrem a kością słoniową. Pomimo raczej biernego trybu życia, postura ciała mężczyzny jest dopasowana do jego wzrostu, z lekko widocznym zarysem mięśni. Włosy ma ciemne, brązowe, gdzieniegdzie popielate. I pomimo wciąż młodego wieku – można odnaleźć w nich siwobiałe pasmo, efekt dawnych przeżyć, który on skrzętnie zaczesuje.

Charakter:

Osobowość Lynna można podzielić na dwa obszary; pierwszą ujrzymy przy jego kontakcie z mechanizmami; mężczyzna jest perfekcjonistą, nie interesują go półśrodki i niedoprowadzenie do końca zadania. Zdarza mu się mówić samemu do siebie, a jeśli zajęcie wymaga bezruchu – okazuje nieprawdopodobne skupienie, przerywane ewentualnymi westchnieniami ulgi lub przekleństwami, niedosłyszalnymi dla cudzych uszu. Nader wszystko szanuje efekty swojej pracy, jeśli tylko uniknąć stwierdzenia – uwielbia je, obdarza najszczerszą, bezwarunkową miłością. I niestety, tego samego dostrzec nie można podczas konfrontacji z żywą osobą. Lynn nie zawsze ofiarowuje pozytywne pierwsze wrażenie. Bywa cyniczny; jakby znudzony, a dodatkowo nie szczędzi nikomu ironii. Za nic ma obowiązujące w społeczeństwie zasady i dobre maniery, które przez lata wpajano mu do głowy i których niegdyś usilnie się trzymał. Zdarzy mu się powiedzieć o słowo za dużo, a czasami i zarobić kilka wyzwisk lub policzek w akompaniamencie kobiecego: „Jak śmiesz!”.
Stać go na wiele, wieki temu zapomniał co to wstyd i niewinność, zastępując te cechy pokaźnymi zasobami szyderstwa i złośliwości. Są dwa sposoby, aby przedrzeć się przez tę niezbyt przyjemną wierzchnią warstwę oraz znaleźć się w kręgu osób mu nie-aż-tak-bardzo obojętnych. Po pierwsze wystarczy znać go od lat, a jeśli nie należy się do grona tych (nie)szczęśliwców, istnieje też inny sposób… Lynn łatwo wdaje się w nie do końca poprawne konwersacje, zdarza mu się filozofować i zadawać pytania w ogólnym przeświadczeniu znane jako krępujące. Lubi zaspokajać swoją ciekawość dla zwykłego kaprysu, choć preferuje w tym osoby niezbyt bierne, potrafiące odgryźć się za każdy komentarz z nawiązką. Poza tym nie istnieją większe trudności, aby wkraść się w krąg jego zainteresowań. Mężczyzna podchodzi do wszystkiego z dystansem, a dodatkowo nie jest przesadnie ufny; nie zdradza swoich sekretów byle komu, jednak nie przeszkadza to w prowadzeniu rozmowy na inne tematy. Jest dobrym słuchaczem, czasami zdarzy mu się po prostu przymknąć, ale na taką dogodność trzeba sobie zasłużyć.
Obnosi się ze swoją niechęcią do Inkwizycji, oczywiście – w granicach rozsądku! Wystarczy dać mu do zrozumienia, że ma się coś wspólnego z ową organizacją, a już wbrew jego woli pojawi się w nim niejasna nieżyczliwość, jeśli nawet nie wrogość. Niektórym jest jeszcze w stanie ofiarować szansę, jednak niczego nienawidzi równie mocno co zagorzałych fanatyków, gotowych oddać życie w imię polowania na czarownice.
Typ samotnika, dla którego spotkania w większym gronie i przyjęcia okazują się torturą. Nieczęsto jednak pozwala sobie na stronienie od ludzi, za bardzo już wpasował się w życie Wishtown – pełne hałaśliwej pracy za dnia i wesołego relaksu wieczorami.
Jego poczucie humoru nie odbiega od tego, co reprezentuje normalny człowiek, chociaż w tej sferze ma wielki zakres tolerancji i nadziei na poszerzanie horyzontów. Ceni ludzi potrafiących z siebie żartować, niezależnie od tego, co w życiu przeszli. Gdy pod tym względem trafi na bratnią duszę – kryjcie się; w Lynnie budzi się paskudny dzieciak, a zwiedziony chwilą zabawy potrafi przystać na dowolne szaleństwo, niekoniecznie zważając na konsekwencje.

Historia:

Pracował w Inkwizycji, a dokładniej w jej ciemnych podziemiach. Tam było miejsce Balsamistów; ludzi nienarażających swojego cennego życia, a przynajmniej nie w bezpośredni sposób. Naprawiał cudze bronie, ulepszał je, dbał jak o swoje. Odpowiadał mu taki los, zawód połączył z pasją, niezmienną od lat. Początkowo nie myślał zbyt wiele... gdy zaczął; wtedy rodziły się problemy.
***
W pomieszczeniu cuchnęło trupem. Sam się sobie dziwił, że jeszcze nie zdołał przywyknąć do tego zapachu, codziennie przecież zamiast do laboratorium, wchodząc do umieralni. Dusząca woń zgnilizny świadczyła o tym, że ciało leżało tu przez całą noc. Inni Balsamiści krzątali się wkoło, zupełnie niewzruszeni odorem, który powodował odruch wymiotny u Lynna. Wiele śmierci dane mu było ujrzeć, a jednak nie udało mu się powstrzymać wzdrygnięcia na widok białych jak wapno zwłok kobiety, nawet nieprzykrytych płótnem. Sięgnął po swoją torbę z narzędziami, nie odrywając od niej wzroku. Niczym się nie różniła od krzątających się po laboratorium osób, a spotykając ją na ulicy nie zaszczyciłby jej nawet spojrzeniem; przez myśl nigdy by mu nie przeszło, aby nagle chcieć ją zabić.
Nie pojmował właśnie tej jednej rzeczy. Poza jego wyobrażeniami były zmiany, jakie powodowała informacja o czyjejś rasie. Tylko słowo. Ono wystarczyło, by podjąć decyzję o cudzym życiu.
Wszystkie lata w akademii robił, co mu polecono. Tego dnia zaczynał wątpić.
***
Pracował między uderzeniami serca. Jego palce precyzyjnymi ruchami drążyły na powierzchni metalu ozdobne wzory, wykańczające całość.
- Tylko ty, panie, potrafisz od godziny z niezmienną pasją przyglądać się żelastwu – Gdy usłyszał jej miękki głos, nawet nie drgnął, zaraz błogosławiąc myślach, że tym razem trafiła mu się niespotykanie spokojna i cicha pokojówka, niemal zawsze wtapiająca się w tło rezydencji. Z drobnymi odskokami na uszczypliwe, pełne ignorancji komentarze.
Z stoickim spokojem, wyważonymi ruchami odłożył swoje narzędzia na miejsce, zdejmując szkło powiększające spod oka. Wzrokiem obdarzył kobietę, stawiającą nieopodal filiżankę herbaty, w bezpiecznej odległości od stanowiska jego pracy, tak jak ją prosił.
- A ty, słodka pani, stajesz się coraz bardziej bezczelna – Odparł pogodnie, obdarzając ją łobuzerskim uśmiechem. Nie miał nic złego na myśli, jednak nie potrafił przywyknąć do wymiany zdań z służbą, niekończących się na suchych grzecznościach.
- Ja jedynie urozmaicam twój nudny żywot. Beze mnie otwierałbyś usta jednie podczas zachwytu dla trybików... panie – Ostatnie słowa dodała po znacznej przerwie, stopniowo wchodząc na nowe tereny. A on jej na to wszystko przyzwalał.
- Lilly, podejdź tu, proszę. – Po raz pierwszy zwrócił się do kobiety po imieniu. Nowością było też lekkie zwątpienie na jej twarzy, najwyraźniej w obawie, że zapędziła się za daleko.
Gdy spełniła jego życzenie, stojąc tuż przy jego prawym ramieniu, on powoli, z należytym szacunkiem, uniósł w dłoń dzieło, które tworzył już od jakiegoś czasu. Kieszonkowy zegarek z otworzoną pokrywą, ukazującą wszystkie jego miniaturowe, perfekcyjne dopasowane wnętrzności.
- Jak mogłabyś odmówić temu piękna? – Zapytał głucho, wzrok zza lekko uchylonych powiek wlepiając w skomplikowany wytwór, jakiego był twórcą.
W dłoń chwycił metalowy drucik o ściętym ostrzu, dokręcając zręcznymi ruchami kila wystających elementów. Ciszę w pokoju przerwało rozkoszne tykanie, wyraźnie mające źródło w jego dłoni. Kochał ten moment. Chwilę narodzin. Odwrócił głowę w stronę kobiety, natrafiając na jej zdziwione oblicze.
- Wszystko jest od siebie zależne. Jeden drobny błąd – o nieznaczne odległości, starte elementy, pozornie nic nieznaczące niedopasowania, a on nie zadziała tak, jak powinien. – Ciągnął dalej.
- Podobnie jest z podczas obchodzenia się z człowiekiem – Odważyła się stwierdzić, jak zwykle stawiając na swoim. Od początku usiłowała przekonać Lynna, aby nie przekładał materii nieożywionej nad naturalnym wdziękiem.
- Człowiek? Ludzie to proste stworzenia…. Och, chyba że mowa o kobietach. Wtedy przyznam ci rację. Niepozorne i tajemnicze stworzenia, obdarzone skrzywionym siódmym zmysłem; dostrzegą wszystko, z wyjątkiem tego co oczywiste.
- Zabawne, słyszeć takie prawdy życiowe z ust kawalera.
- Przypomnij mi... dlaczego cię zatrudniłem? – Zaśmiał się, choć trafiła w sedno.
- Nie zrobiłeś tego. To twoja matka uznała, że w tejże rezydencji brak kobiecej dłoni. Podejrzewam jednak, że jestem tu tylko po to, aby przypominać ci o istnieniu świata zewnętrznego i wszystkich jego urokach.
Zamilknął, odwracając się do swojej pracy, dając służącej tym samym znak, że rozmowa dobiegła końca. Nim ta wyszła z pokoju rzucił za nią:
- Przypominasz. Po stokroć.
***
Zadziwiała go. Przywodziła na myśl dawną dziecięcą niewinność, czystość, w jaką zaczynał już wątpić spędzając doby w Inkwizycji, pośród niekończącej się wojny. Lubił na nią patrzeć. Tyle czasami wystarczyło, aby zapomniał o całej niesprawiedliwości tego świata. Obserwował jej łagodny uśmiech, pojawiający się znikąd, pozostający na rumianej twarzyczce bez powodu, ani chęci uzyskania czegoś w zamian.
Wprowadziła do jego mieszkania życie. Wieczorami paliła kadzidła, aż w całym przedpokoju do korytarza niósł się intensywny zapach orientalnych kwiatów, których nawet nie potrafił zidentyfikować. Tańczyła, gdy tuż obok nad ogniem gotowała się woda na herbatę, palcami wybijając rytm o blat kuchennego stołu, kiedy on udawał, że tego nie widzi. Rzuciła żartem, ścieląc jego pościel, co często kończyło się brakiem snu przez znaczną część nocy.
Wyczekiwał jej słów, strzygł uszami na każde westchnienie. Rozmawiał z nią częściej niż z kimkolwiek innym, zasypywał podarkami, pozwalał na wszystko. Aż ciężko było stwierdzić, kto służył komu. Granica, jaka powinna dzielić ludzi pochodzących z tak różnych warstw społecznych, zdawała się zatrzeć już wieki temu.
- Ułożę ci tarota, Lynn. – Usłyszał jej zagadkowy ton za swoimi plecami, zaraz odkładając pióro, które trzymał w dłoniach. Miał do skończenia ważny raport dla Inkwizycji, ale nie byłby sobą, gdyby nie poświęcił jej choć chwili. Odwrócił się do dziewczyny, lekko marszcząc brwi.
- Czy wszelakie wróżby, a zwłaszcza tarot nie zostały spisane przez Inkwizycję na listę czynności niedozwolonych? – Zapytał, chociaż doskonale znał odpowiedź.
- To wszystko zależy od tego, czy będziesz brał szczeniackie zabawy na poważnie – Odparła jak zwykle rezolutnie.
- A skąd pewność, że będę chciał brać udział w tych „szczeniackich zabawach”? – Skontrował, choć uległ jej już zupełnie.
- Powiedziały mi to twoje zmęczone oczy. A teraz wybierz pięć kart.
Niby od niechcenia wyciągnął z grubej talii pięć odwróconych kart, zupełnie przypadkowo. Następnie przyglądał się jej dziwnym ruchom i skupionej minie. Odrzuciła dwie karty, nieumiejętnie podglądając uprzednio, co się na nich znajdowało. Obtoczyła krawędź stołu rękoma, wyszeptała parę niezrozumiałych słów, co zapewne podpatrzyła u prawdziwej wróżki. Odwróciła karty, kładąc je pomiędzy sobą a Lynnem.
- Wisielec, wieża i… kochankowie? – Zastanowiła się chwilę nim zinterpretowała ostatnią kartę. Sam Lynn przypisałby jej prędzej miano kontrastu lub dnia i nocy, nie wypowiedział jednak ani słowa sprzeciwu, ciekawy, co dziewczę mu z tego wywróży.
Spodziewał się, że o tarocie mają podobne pojęcie; czyli praktycznie żadne. I nie pomylił się tym razem, choć służąca potrafiła się dobrze wysławiać i improwizowała, jak mało kto.
- Popełnisz zły wybór, który na zawsze cię odmieni. Wiele stracisz, zamykając pewien rozdział w swoim życiu. Widzę narastające trudności, z jakimi nie będziesz mógł sobie poradzić. Odrodzisz się, jednak to nie będziesz ten sam ty. – Mówiła tajemniczo, ignorując mężczyznę, wyraźnie powstrzymującego się od wybuchnięcia gromkim śmiechem.
- Doprawdy? I ty to nazywasz wróżbą? – Zachichotał po chwili ciszy, natychmiast zatykając usta dłonią, widząc, że jeszcze trochę i się obrazi. – Nie powiedziałaś mi nic dobrego… Gdybyś była cyganką, nie dałbym ci złamanego pensa.
- Przyszłość nie musi być kolorowa – Odparła, wyraźnie naburmuszona. Złożyła karty i skrzyżowała ręce na piersiach.
- Mogłabyś dla mnie skłamać – Wypowiedział niemal błagalnie, jakby od niej w rzeczywistości zależały jego losy. – Karta kochanków wzbudziła we mnie nadzieję, które ty pogrzebałaś słowami o tragicznej przemianie.
- Nie zwiedziesz mnie swoimi słodkimi słówkami. Potrafisz żywić uczucie tylko wobec zegarków.
Prawie się oburzył na tę jawną ignorancję. Kochał przecież tysiące innych elementów i urządzeń. Podejrzewał, że zrobiła to celowo, chcąc usłyszeć charakterystyczne wytłumaczenie, aby tylko potwierdziły się jej słowa. W resztkach spontaniczności, jakich nie zostało mu już zbyt wiele, rozegrał to inaczej:
- Sprawdź mnie – Nie skończył jeszcze mówić, a ujął jej dłonie, ciągnąc lekko w swoją stronę. Nie dopatrzył się zdziwienia na twarzy służącej.
Zaskoczyło go, jak łatwo mu uległa. Jakby na to czekała, całkiem długo… Przeklinał swoją niedomyślność składając żarliwe pocałunki na jej szyi, wplatając palce w spięte włosy, bezczelnie naruszając ich misterną konstrukcję. Żałował setki straconych chwil, podwijając kolejne warstwy sukni i układając ją na stercie w tej chwili śmiesznie nieistotnych papierów. I z każdą sekundą uświadamiał sobie, jak bardzo tęsknił do ciepła jej ciała, namiętności, jaką potrafiła oddać mu jedynie żywa istota. A później te wszystkie myśli odeszły w niepamięć, stłumione pragnieniem oraz zwierzęca niemal żądzą.
Kochali się niespokojnie, gorliwie, jakby w każdej chwili ktoś mógł im przerwać. Wtedy należał do niej, a ona do niego, była jego miłością, co zdołał wypowiedzieć na głos podczas jednego z dosadniejszych ruchów bioder, w charakterystyczny dla siebie, absolutnie nieromantyczny sposób.
***
Długo zwlekał z oświadczynami. Nie obeszło się bez sprzeciwów rodziny, potępienia na każdym kroku przez ten jawny mezalians. Niczego jednak nie był tak pewien – pragnął widzieć tę dziewczynę zawsze, aż do końca. Czekał jedynie na stabilizację, która jak na złość nie nadchodziła zbyt prędko.
Nasiliły się prześladowania wiedźm, stosy płonęły często jak nigdy wcześniej. Czuł obrzydzenie do całego inkwizycyjnego świata, jego wątpliwości tym razem stały się niemal namacalne.
- Żenię się – Udało mu się w końcu wyznać; pierwszą osobą, która usłyszała nowinę był jego przyjaciel, lekarz, również zasilający szeregi Inkwizycji.
- O, stary. Z tą pokojówką!? – Usłyszał zdziwienie, którego oczywiście mógł się spodziewać.
- Z żadną inną – Wyjaśnił cierpliwie, świadom, że będzie musiał to znosić setki razy.
- Kiedy wesele? Nie no, to świetna wiadomość, już myślałem, że coś z tobą nie tak…
Lynn uniósł wysoko brew, ignorując jego docinki. Zszedł na kolejny temat, który chciał poruszyć nawet bardziej:
- Jeszcze nie wiemy; chciałbym najpierw się nieco ustatkować… myślałem o odejściu z Inkwizycji – Ściszył głos, choć dołożył starań, by ton jego głosu zabrzmiał naturalnie.
- Lynn… Drogę odejścia z Inkwizycji przed emeryturą masz tylko jedną. Chyba nie muszę ci tłumaczyć jaką, co? Nie próbuj nawet. Inkwizycja nie wybacza. – Przyjaciel nagle spoważniał, obserwując badawczo swojego rozmówcę.
Nie spodziewał się, że będzie łatwo, więc małymi kroczkami dążył do obranego celu... Prędko zyskując nieufność innych Balsamistów i podpadając samej Arcymistrzyni.
***
- Lynn Cavendish! – Usłyszał za swoimi plecami przenikliwy, twardy jak stal głos, należący od osoby, której miał nadzieję już nigdy więcej nie widzieć na oczy.
Odwrócił się z kamienną twarzą, a przed nim stanęła rosła postać Arcymistrzyni. Ukłonił się nisko, rzucając parę niezbyt zrozumiałych słów na przywitanie. Nie zrobił jeszcze nic złego, nie popełnił żadnej zbrodni przeciwko Inkwizycji, a mimo to na sam jej widok obleciał go zimny pot. Unikał przenikliwego spojrzenia kobiety, jak tylko mógł.
- Za parę minut pod ratuszem zacznie się egzekucja, skusisz się? – Tylko ona mogła wypowiedzieć te słowa z uśmiechem na ustach. – Porozmawiamy, ostatnio doszły mnie niepokojące plotki na twój temat…
Prędzej wolałby starcie z krwiożerczym koszmarem, ale po świecie kroczyli ludzie, którym najzwyczajniej nie można było odmówić. Ona zdecydowanie należała do tej grupy.
Wyszli na dziedziniec, powitał ich piękny, słoneczny dzień, fatalnie komponujący się z tym, co mieli wkrótce obserwować. Stos już czekał. Jedna przerażona do bólu wiedźma i obstawa w postaci kilku Inkwizytorów, wyraźnie dumnych ze swoich poczynań. Zatrzymał się tuż za większą grupką ludzi spragnionych rozrywki.
- Bliżej. Zasługujemy na najlepsze miejsca. – Rozkazała, jakby świadoma, że jej słowa są dla Lynna torturą. Co najgorsze, prawdopodobnie sprawiało to kobiecie przyjemność.
Zgodnie z przykazaniem wędrował ku centrum wydarzenia, oczekując łaski. Ta nie nadeszła, do kiedy nie znaleźli się w pierwszym rzędzie.
Podłożono ogień, a on po raz pierwszy w życiu nie mógł spuścić wzroku. Zbyt dokładnie widział obłęd w oczach torturowanej wiedźmy, a nieludzkie wrzaski, jakie wydobywały się z jej gardła wyryły na nim ślad, którego nie potrafił się już pozbyć. Zbladł na twarzy, całą siłą woli starając się, aby nic go nie zdradziło. Zapach palonej skóry stawał się nie do zniesienia. Zacisnął zęby, czując na sobie spojrzenie arcymistrzyni. Nie, już dłużej nie potrafił…
Krzyki ustały, nieruszające się ciało przybrało ciemny odcień. Tłum wiwatował, co przeraziło go najbardziej.
- Powiedz mi, Lynn, czyżbyś wątpił w słuszność czynów Inkwizycji? – Dobiegł go głos, jakby z oddali.
- Nigdy – Wychrypiał, w końcu przenosząc spojrzenie w inne miejsce.
- A co z plotkami o twoim odejściu? – Kontynuowała, choć wyraźnie zadowoliła ją poprzednia, jakże zdecydowana odpowiedź.
- To zwykłe brednie – Odparł przez zęby, nikogo nienawidząc w tej chwili bardziej niż jej.
- Miło mi to słyszeć, Lynn. Szkoda byłoby stracić tak wybitnego wynalazcę jak ty. – Wykonała swój słynny uśmiech, który nie obejmował jej oczu. Wkrótce jednak i on zrzedł, a głosie kobiety zagościła groźna nuta. – Pamiętaj jednak, że mam cię na oku. Ciebie i twoją słodką narzeczoną.
***
To doprowadziło go niemal do szaleństwa. Wyrzucił z domu pamiętnego tarota, kadzidła, drobne wróżby, spalił wszystkie książki, kojarzące się w najmniejszym stopniu z magią. Ignorował przerażone spojrzenie narzeczonej. Nie sprzeciwiała się, co nie oznaczało, że była w stanie objąć umysłem obecne zagrożenie.
Głaskał ją po dłoniach, szepcząc: „wszystko się ułoży, jeszcze trochę…”, mimo że głos mu drżał, co nie dodawało mu wiarygodności. Nic nie było takie jak dawniej. Na każdym kroku widział szpiegów, a w zachowaniu swojej narzeczonej, cechy, jakie można przypisać czarownicy.
Planował ucieczkę do innego miasta, oddalonego o setki kilometrów stąd. Sądził, że przed Inkwizycją można się ukryć. I to był jego największy błąd.
***
Od godzin wlepiał wzrok w bilety na pociąg, będące szansą na rozpoczęcie nowego życia. Z dala od inkwizycyjnego chaosu. Mieli wziąć ślub w jednej z angielskich wsi, nareszcie. Cały ich plan zdawał się być tak realny i bliski...
Słysząc otwierające się drzwi, chwycił podróżną torbę, ruszając do przodu. Już zaczynał się niepokoić, długo nie wracała, nawet jeśli wyszła pożegnać się z najbliższymi. Dlatego widok, jaki zastał w przedpokoju uderzył go jak grom z jasnego nieba. Stał przed nim jego przyjaciel, nie narzeczona. Był zdyszany, o niezdrowym odcieniu na twarzy, a panika jaką Lynn zobaczył w oczach mężczyzny, powiedziała mu już wszystko. Kolejne słowa były zbędne, w ułamku sekundy pojął do czego doszło.
- Zabrali ją. Posądzili o paranie się magią, widziałem, jest... – Nie pozwolił mu dokończyć, torba wysunęła mu się z rąk, opadając na posadzkę z głuchym trzaskiem, którego już nawet nie słyszał. Rzucił się do biegu, modląc się w duchu, aby nie było za późno...
Przedzierał się przez brudne, zakurzone uliczki miasta, nie zważając na żadne głosy dochodzące z zewnątrz. W głowie powtarzał cały czas tę samą, jedną myśl.
Wparował do budynku, do którego miał już nigdy nie wrócić. Biegł ciemnymi korytarzami, zdającymi się nie mieć końca, w pogoni za tym, czego nie chciał ujrzeć.
Znajdowała się za dziesiątą, a może setną parą drzwi. Leżała pośród stojących wokół niej Balsamistów, rozebrana, biała jak papier. W jej ramion wystawały igły, z bladych ust odchodziły wąskimi, zastygłymi strumieniami ciemnoszkarłatne smugi.
Na krótką chwilę odeszły go wszystkie siły, pewien był, że umrze; serce niemalże mu pękło. A później ogarnęła go wściekłość, jakiej nigdy wcześniej nie zaznał. Wpadł w szał, wrzeszcząc i z impetem przewracając wszystkie przedmioty, jakie znalazły się na drodze do niej.
- Jak śmiecie... Nie macie prawa jej dotykać! – Ryknął, aż całe pomieszczenie zdawało się zatrząść w posadach. Odtrącił dwóch naukowców wokół siebie, ujmując zimną, lodowatą dłoń narzeczonej. – Ona nie jest wiedźmą! Została oszukana, ona… Ona… – Głos mu się załamał, a dzielący ich ludzie rozstąpili się, cofnęli o krok, odpuszczając. Aż zostawili ich samych.
Sztywne, martwe ciało i mężczyznę szepczącego łagodne zapewnienia; już dobrze, od teraz wszystko się ułoży, naprawdę...
***
Nie dociekł prawdy. Nie uzyskał informacji, czy zabito ją przez oskarżenia o uprawianie magii, czy jedynie współudział. Nieistotne. Jeśli powodu nie było, to Inwizycja stworzyła go sama. Organizacja obnosiła się w swojej bezkarności, po raz wtóry udowadniając, że jednostka nie ma szans mierzyć się z podobną potęgą.
Długo walczył o wydanie jej ciała, by mógł ją pochować jak człowieka. Pracował pod czujnym okiem Arcymistrzyni jeszcze jakiś czas, bezmyślnie, bez uczuć. Spełniał rozkazy z martwą pustką w oczach, całkowicie wyprany z emocji. Nigdy jednak nie pogodził się z niesprawiedliwością, jakiej doświadczył.
Aż w końcu – udało mu się wziąć udział w jednej z inkwizycyjnych misji, podobno iście samobójczych. Nikt mu nie bronił, jego brak woli życia stał się aż nader widoczny. A w takim stanie nie był przydatny Inkwizycji. Wyjechał jako wsparcie techniczne, lecz w gwałtownym zrywie skończył na pierwszej linii, oddając się w ręce wroga.
Upragniona śmierć nie nadchodziła. Obudził się ze śpiączki po kilku miesiącach. Nie mógł się ruszać. I wtedy dostał to, czego niegdyś pragnął – wcześniejsze zwolnienie z służby. Za pomocą opinii dawnego przyjaciela-lekarza, w jego kartotece widniało: „Niezdolny do pracy. Prawdopodobnie nigdy nie będzie mógł chodzić.”. Nikt, kto widział go w stanie po misji, nie wątpił, że Lynn nigdy nie stanie na nogi, jednak zwolnienie było raczej ostatnim podarunkiem od przyjaciela, nieco naginającym prawdę.
Wracał do zdrowia ponad rok, pełen męczarni i wyrzeczeń. Miał dużo czasu na przemyślenia, mógłby zaplanować zemstę na tysiące różnych sposobów. Pierwsze kroki po rehabilitacji nie pokierowały go do komnat Arcymistrzyni z zamiarem brutalnego zabójstwa. Nie, wrócił do innego zajęcia, nie przypominając o swojej osobie światu zewnętrznemu. Z zaoszczędzonych na ślub pieniędzy, otworzył zakład zegarmistrzowski, który prędko zapełnił się jego dziwacznymi wynalazkami i kolejkami ludzi potrzebujących naprawy sprzętów.
Nigdy jednak nie zapomniał, ani nie wybaczył. Inkwizycja odcisnęła na jego duszy piętno, piekący ślad, który przypominał, że nic w Wishtown nie jest takie, jak być powinno.
Chciał zmienić ten chory świat, sam, swoimi gołymi dłońmi. Zaprzestać wojen, leczyć zacięty fanatyzm, ukrócić pasmo nieludzkich egzekucji.
Młodzieńcze lata miał już dawno za sobą, a zdawać by się mogło, że dopiero teraz przeżywał okres pierwszego buntu; sympatyzował z wiedźmami, pluł na narzucone przez Inkwizycję konwenanse i… zaczął korzystać z życia na nowo, jeśli tak tylko można nazwać to egzystowanie po tym jak raz już przecież umarł.
***

Ciekawostki:



  • Chodzi o lasce, czasami kulejąc. Gdy mu się przypomni, że powinien.
  • Nadaje przedmiotom imiona. Jego podręczny, uniwersalny śrubokręt nazywa się Bianca, a ukochany zegarek, z którym nie rozstaje się na krok – Lilly. Zdarza mu się do niego mówić.
  • Posiada wielką rezydencję, a mieszka w niej zupełnie sam. Nigdy więcej nie zatrudnił pokojówki, ani nawet kucharki. Zbyt często przez to zasypia bez kolacji.
  • W ramach treningu zdarza mu się pływać w jeziorze. O każdej porze roku, do kiedy jego tafla nie pokryje się lodem.
  • Pali. Dla towarzystwa, spokoju, zabicia czasu.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Devil
Kryptowiedźma w kitlu
avatar

Liczba postów : 191
Join date : 09/08/2013

PisanieTemat: Re: Lynn   Pon Lut 15, 2016 9:44 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Lynn
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Freddie Lynn

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Organizacja :: Zapisy-
Skocz do: