IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Pracownia Zegarmistrzowska

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Pracownia Zegarmistrzowska   Sro Lut 17, 2016 10:27 am

Przed zakładam wisi przekrzywiony, lekko pozłacany napis „Zegarmistrz”, niech jednak nie zwiedzie cię ukierunkowanie, bowiem bo przekroczeniu progu pracowni nie zastaniesz uśmiechniętego dżentelmena na tle setki tykających zegarków. O nie, gdy znajdziesz się już w środku zakładu należącego do niejakiego Lynna, możesz mieć wrażenie, jakby udało ci się pomylić owe miejsce z ostatnim kręgiem piekielnym. Może i odnajdziesz gdzieś tą setkę zegarków, jednak będzie ona częściowo zakryta toną dziwacznych wynalazków, których pierwotnego zastosowania zapewne nigdy nie rozpoznasz. Co kolejne to bardziej osobliwe od poprzedniego – buchający parą blaszany sześcian z okienkiem przykrytym kratką, metalowa proteza palca z wbudowanym nożem do smarowania chleba lub chociaż broń palna z kilkoma wystającymi elementami, aż spokojnie posądzić można ją o umiejętność parzenia kawy. Wszystkie urządzenia oznaczone są kartkami z nazwiskami, a więc czekają na swój odbiór, który sądząc po ilości sprzętu w zakładzie – nigdy nie następuje. Podsumowując… znajdziesz tu niemal wszystko, cokolwiek sobie zażyczysz! I niech nie ogranicza cię wyobraźnia, bo im lepsze wyzwanie tym prowadzący zakład mężczyzna chętniej je wykona. Tylko naprawdę, nie licz na tego uśmiechniętego dżentelmena. Usługiwać cię będzie ubrudzony smarem, zgrzany i spocony mężczyzna z zakasanymi rękawami wcale białej koszuli.
/później dodam obrazek

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Sro Lut 17, 2016 3:57 pm

To był wyjątkowo mroźny dzień, nawet jak na zimę. Z nieba padały olbrzymie płatki śniegu zlepiające z łatwością rzęsy komukolwiek kto choćby na moment spojrzał w górę. Usypały one całkiem pokaźną warstwę śniegu na tyle wysoką, by było można jeszcze otworzyć drzwi i wyjść na dwór. Pytanie tylko kto by był na tyle głupi, żeby wybierał się gdziekolwiek w takie zimno. Samo brnięcie w śniegu było wyczerpujące, lecz najgorsze było to co znajdowało się pod nim - lód. Niektórzy jednak nie mieli wyboru i musieli zostać na zewnątrz.
Shilvia tamtego dnia obudziła się dość późno, ponieważ znalazła sobie wczoraj dość ciepłe miejsce przy piekarni i na całe szczęście nikt jej nie zauważył, by ją później wygonić, jak to zazwyczaj robiono. Po przebudzeniu jednak szybko ruszyła w centrum miasta, by zarobić trochę pieniędzy. Nie był to jednak jej dzień, mimo iż rano jeszcze się trochę ludzi kręciło to, im więcej śniegu, tym bardziej ulice pustoszały. Do południa nie było już prawie nikogo, więc dziewczyna musiała opuścić miejsce, mając świadomość, że może zamarznąć.
I właśnie tak pod koniec dnia zawędrowała tam gdzie jest teraz. Nawet koc nie pozwalał jej utrzymać  dostatecznego ciepła, a buty były zniszczone i przepuszczały zimno i wodę. Nie pomagał jeszcze fakt, że wywróciła się pare razy po drodze i była cała mokra. Czekała ją pewna śmierć jeżeli czegoś nie szybko nie zrobi. Na szczęście opustoszałe ulice mają też swoje plusy i nikt nie zauważył, że zjadała poręcz od domu, mimo iż tak kleiła się do języka. Wyhodowała szybko pręt na dłoni i podeszła do najbliższych drzwi. Zawahała się przez chwilę, lecz jeżeli jeszcze trochę zostanie na tym chłodzie to z pewnością zamarznie. Rozwaliła wtedy zamek i pospiesznie weszła do środka zamykając drzwi za sobą.
Gdy już odetchnęła z ulgą, ponieważ nikogo jednak nie było w środku, i w końcu rozejrzała się dokładnie. Nie mogła uwierzyć w to co widzi. Była zewsząd otoczona dziwacznymi ustrojstwami, które się ruszały i wdawały przedziwne dźwięki. Na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech. Czuła się jak dziecko które wylądowało w sklepie z zabawkami i mogło się nimi do woli bawić. Rzuciła koc pod nogi i chwyciła za pierwsze z brzegu urządzenie. Była to mieszcząca się do dłoni metalowa kula z przepięknymi motywami kwiatów, lecz nic były trudy i wysiłki związane z jej otworzeniem, bo ta ani drgnęła. Przy niej (tak samo jak do wszystkich rzeczach) wisiała karteczka z jakimiś napisami, może na niej było napisane co to jest i jak się tym posługiwać, kto wie? Na pewno nie Shilvia, ponieważ nie potrafi czytać. Wszystko tutaj było magiczne, nawet najzwyklejsze tykanie zegara, a ich akurat tam nie brakowało. Dziewczyna wygrała chyba na loterii, albo już umarła i trafiła do nieba, tylko za co?
Nagle jednak coś ją chwyciło. Nie mogła przecież nic zjeść! Toż to by świętokradztwo było, ale nie zmierzała odpuścić takiej okazji. Poszła więc w głąb zakładu zostawiając za sobą mokry ślad i znalazła to czego szukała. Stół rzemieślniczy! Na nim było sporo żelastwa, którego nie było jej żal zjeść. Wydusiła swój pręt do końca, aż odpadł, by nie rósł w nieskończoność i ochoczo wzięła pierwszy śrubokręt do buzi. Nie poprzestała jednak na nim, tylko otworzyła szufladę i garściami brała najróżniejsze przyrządy rzemieślnicze do ust. Wszystkie takiej dobrej jakości... Smakowały jak cukierki. Nie miała żadnych hamulców, osoba prowadząca zakład pewnie spała na forsie, więc nie czuła jakiegoś wielkiego żalu.
Uczta trwałaby aż do rana, gdy nagle (o zgrozo) usłyszała, że ktoś wchodzi do środka. -Cholera...- Szepnęła i odruchowo schowała się pod stół i wkuliła między kolana. Może nie najlepsza kryjówka, lecz dziewczyna była tak sparaliżowana strachem, że nie mogła rozejrzeć się za inną .
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Czw Lut 18, 2016 7:08 pm

Nie musiał znać się na zamkach, aby stwierdzić, że ktoś usiłował się włamać do jego zakładu. Aby to poznać właściwie wystarczyło mieć oczy, bo ktoś kto wkradł się do wnętrza pracowni niespecjalnie dbał o pozostanie niezauważonym. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, czy trzymał ostatnimi czasy coś wartościowego, jednak nic takiego nie przychodziło mu do głowy. Wiadomo – metal zawsze był w cenie, ale nie spodziewał się, że po świecie znalazłby się tak cierpliwy złodziej, któremu chciałoby się przetapiać skradzione maszyny, gdy świat zewnętrzny jest wyjątkowo owocny w lepsze łupy.
Po cichu wszedł do środka, w porę łapiąc dzwoneczek zawieszony nad drzwiami, który dotychczas zwiastował przybycie nowego klienta. Szyby były całe, zegarki leżały na miejscu, nie dopatrzył się żadnego ubytku na wypchanych po brzegi półkach, ale wysoce prawdopodobne jest to, że nigdy nie zauważyłby różnicy, do kiedy ktoś by się nie upomniał, że na dziś przecież miał dostać swój upragniony mechaniczny otwieracz do puszek, czy inne dziadostwo.
Wszystko wskazywało na to, że ktoś ukradł coś zupełnie bezwartościowego i bez aktów większego wandalizmu wyszedł na wolno, nawet grzecznie zamykając za sobą drzwi. Tak też myślał, do kiedy tylko nie wyszedł na zaplecze i nie zobaczył porozrzucanych narzędzi, poniszczonych… jakby porozcinanych? Dostał małego ataku serca, a jakże! Bo oczywiście nie przyszło mu do głowy, że ktokolwiek na tym świecie mógłby je ponadgryzać. Rozejrzał się wkoło, szacując straty. Dobra, wiele tego nie było, ale… kto? Czy też bardziej powinien zapytać – jak i dlaczego!? Zbierał resztki do blaszanego pudełka, starając się uprzątnąć bałagan przed godziną otwarcia zakładu.
Dzień dobrze się nie zapowiadał, szczególnie, że zamiast narzędzi będzie używał chyba własnych zębów. Schylił się po resztkę zgniecionej cyny, która służyła mu do łączenia metalowych elementów, wsadzając głowę pod stół, wypatrując pozostałości... Zamiast tego natrafił się na parę czarnych, wpatrujących się w niego ślepi, wyłaniających się za równie czarnych pasm włosów.
Wrzasnął w głos, zrywając się, w efekcie czego zarył potylicą o kant stołu. Wyklinał, a w oczach mu pociemniało. "Śmierć… przyszła po mnie. Albo i gorzej – Koszmar! Koszmar w moim zakładzie... To kara za te wszystkie lata…" - Majaczył w myślach, dłonią macając na oślep jakiejś broni, niezniszczonego narzędzia, którym mógłby się bronić. Odtrącił ceramiczny wazon z zasuszonymi kwiatami, sięgając po metalową puszkę z wodą, która niegdyś służyła mu do wyłapywania kapiącej deszczówki z dziurawego dachu. I nie wiedzieć czemu w swoim zamroczeniu uznał to za idealną broń.
- A masz, siło nieczysta! Odejdź, zaklinam cię! – Wybąknął, natychmiast wylewając na owe stworzenie lodowatą wodę, chyba w międzyczasie święcąc ją swoją siłą woli. Drugą dłonią złapał się za swoją obolałą głowę, jak nic walcząc o życie.
Niespecjalnie podziałało, bo czarne jak smoła stworzenie wyglądało jeszcze bardziej przerażająco na mokro niż na sucho. Tarzał się jeszcze chwilę po ziemi, aby wkrótce w przypływie geniuszu, a może i odpływie debilizmu, zrozumieć, że nie do końca ma do czynienia z Koszmarem.
- Ty… - Mimo zaciętych prób nie udało mu się określić płci tajemniczego stworzenia, więc darował sobie jakiekolwiek grzeczności. – Mogę wiedzieć, co robisz w moim zakładzie!? – Wykrzyknął siląc się na wściekły ton, co sprawiło mu niemało trudu, bo póki co walczył ze sobą, aby na siebie nie zwymiotować.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Pią Lut 19, 2016 2:55 am

Siedziała cicho jak mysz pod miotłą i cały czas miała wciśniętą głowę między kolana. Wciąż miała nadzieję, że ktoś po prostu zbłądził i, że zaraz stamtąd wyjdzie. Płonne one jednak były gdyż kroki stawały się coraz głośniejsze. Kiedy owa osoba przyszła już na zaplecze, podniosła lekko głowę, by zobaczyć kto to jest. Widziała tylko czyjeś buty i słyszała tylko odgłosy zdziwienia, które dudniły jej uszach jak jeszcze nic przedtem. Udało jej się rozpoznać, że owa osoba jest mężczyzną i była to chyba najgorsza z opcji, gdyż ona panicznie się ich bała. Błagam, niech tylko sobie pójdzie.- Modliła się w myślach. Nie można było właściwie sobie wyobrazić jaki horror przeżyła, gdy tamten stanął przed stołem i się schylił. Jej czarne oczy wbiły się w jego zielone jak rapier w jabłko.
W tym momencie odpłynęła. Przypomniały jej się najgorsze rzeczy jakie tylko mogły. Dziewczyna zalała się zimnym potem i poczęła nieświadomie hodować pręty wzdłuż kręgosłupa, jak i na ramionach. Nie słyszała nawet krzyków tego gościa, były jak echo w jej głowie. Wodziła ona tylko bezmyślnie za nim oczami, gdy tamten odprawiał swoje cyrki, lecz ona nic nie rejestrowała, trzęsła się tylko ze strachu. Serce waliło jej tak mocno, że mogła usłyszeć swoje tętno (oczywiście, gdyby nie ten facet).
Otrząsnęła się dopiero, kiedy gościu wylał na nią wodę. Doszło do niej w jakim gównie ugrzęzła. Osunęła jedną ze swoich rąk na ziemię i poczęła nerwowo szukać czegoś. Czego? Czegokolwiek czym mogłaby się obronić. Czy to był już koniec? Zostanie wydana inkwizycji? Spalą ją? W przeciwieństwie do wcześniej, teraz miała mętlik w głowie. Jest! Znalazła coś, nawet nie wie co i szybko to schowała. W tym momencie facet zadał jej pytanie co tutaj robi. Ostatnio dużo osób zadawało jej je zadawało, w tej lub innej formie. Gościu był wyraźnie wkurwiony, to już nie były przelewki.
Nie odpowiedziała mu jednak i w akcie desperacji rzuciła w niego tym co znalazła. Teraz miała szansę uciec. Tylko, że źle obliczyła odległość (,albo w ogóle jej nie obliczyła) i z impetem zaryła głową w stół. Widok musiał ten być prześmieszny, lub strasznie żałosny, w zależności kogo spytasz. Przeklęła głośno i jeszcze raz spojrzała na gościa. Jezu Chryste jaki dryblas! Wyglądała przy nim jak chomik. O ucieczce nie było mowy.
-I co teraz? I co teraz?- Prowadziła monolog ze sobą w myślach. -Ty pusta pało! Żreć Ci się chciało, co? Mogłaś debilko zostawić te cholerne śrubokręty i tylko kurwa poczekać, aż Cię wywali.- Jak nic myślała, że spłonie na stosie, albo czekają ją słynne tortury. Była to sytuacja właściwie bez wyjścia. Wcisnęła się głębiej pod stół i bełkotała nie patrząc mężczyźnie w oczy, lecz nie płakała. -Było zimno... Zamarzłabym...- Wybąkała.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Pią Lut 19, 2016 10:21 pm

Całe szczęście nie był świadkiem widoku wyrastających z kręgosłupa prętów, z pewnością zszedłby z tego świata, mimo że kiedyś zwykł do oglądania i gorszych widoków. Bardziej zainteresowały go ozdobne kombinerki, które stworzenie chwyciło w dłoń. Nie domyśliłby się w jakim celu, do kiedy nie dostał nimi w twarz. Zawył z bólu, natychmiast chwytając się za swój łuk brwiowy. I pomyśleć, że jeszcze niegdyś był zdolny do otwartej walki z każdym z żywych stworzeń, o co nie sposób posądzić go teraz, gdy wyglądał jak osoba o znacznym stopniu upośledzenia.
Tarzali się po podłodze, jak żółwie z brzuchami do góry, najwyraźniej chcąc zabić śmiechem pierwszą osobę, której dane będzie ich ujrzeć. Cały czas leżąc, kopnął ją w tyłek, wcale nie dbając o maniery, gdy już zaczął przypuszczać, że ma do czynienia z przedstawicielką płci wątpliwie pięknej.
- Trzeba było zorganizować sobie jakąś egzekucję na stosie czy inne chujstwo – Bredził od rzeczy, pod czołem czując puchnącego siniaka. – Kurw…. – Chciał zakląć, ale w porę udało mu się syknąć z bólu, dla dobra nieletnich całe szczęście. – Zresztą nie mam pięciu lat i alzheimera na karku, aby uwierzyć w te twoje brednie – Wydyszał przez zaciśnięte zęby, zaraz podnosząc się do pozycji prawie siedzącej. – Masz wspólnika!? Widzę, że brakuje mi od cholery narzędzi, ty… - Objął ją cała wzrokiem, a dopiero teraz dotarło do niego, że pręty wcale nie są dziwacznym elementem jej stroju, tylko naprawdę wystają dziewczynce ze skóry. Rozchylił usta w bliżej nieokreślonej ekspresji.
- Matko i córko, niech mnie, kurwa, coś strzeli… - Wyszeptał pod nosem, zaraz zrywając się na kolana. Totalnie nie wiedział, z jakim stworzeniem ma do czynienia. Uraz głowy najwyraźniej był długotrwały w skutkach. – Jesteś ranna! – Wykrzyknął nagle i wbrew wszystkim zasadom udzielania pierwszej pomocy szarpnął za pręt znajdujący się najbliżej niego, w przypływie nieopisanego męstwa, chcąc ratować dziewczynę przed niechybną śmiercią.
Tyle, że owe cholerstwo za nic nie chciało wychodzić. Pomógł sobie nogą, opierając ją o czarnowłosą, obiema rękoma ciągnąc metalowy pręt (o zaskakująco dobrej jakości, co było zadziwiające!), niczym sam król Artur wydobywający Excalibur’a.
Zadyszał się nieco, dostrzegając, że przy ostrzach wystających ze skóry dziewczęcia nie znajduje się nawet kropla krwi. Zwątpił już zupełnie, a granice absurdu zostały osiągnięte. Najwyraźniej miał styczność z wyjątkowo brzydkim jeżozwierzem.
- Czym ty, do chuja, jesteś? – Wyjąknął, nie przestając się krzywić.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Sob Lut 20, 2016 12:43 am

Mój ty boże! Co tu się do jasnej cholery wyprawia?! Czy ten sukinkot wyrwał jej pręt z pleców, o którym nie miała nawet pojęcia? I pewnie był z siebie zadowolony. Dziewczyna nie tylko już była cholernie przerażona, ale i również cholernie wściekła, co łatwo można było poznać, gdyż kiedy przed chwilą ten typ ochoczo ciągnął za pręt, wydzierała się wniebogłosy. Była to zwyczajna histeria, nie wystarczyło, że ją dotknął, nie. Musiał oczywiście się od niej odpychać nogą. Była już na maksa wkurzona, jak jeszcze nigdy.
Żwawo wypełzła spod stołu tym razem uważając na głowę, by nie powtórzyć swojego błędu z przed chwili. Szybko stanęła na nogi obok stołu i naprężyła się mocno. Nagle wrzasnęła na niego ze wszystkich swoich sił.-Chcesz wiedzieć gdzie są te kurwione narzędzia?! Tutaj!!!- Wskazała na siebie.-O taak! Wpieprzyłam je!- Ciągnęła dalej. Poziom adrenaliny w jej żyłach stale rósł, aż jej się zrobiło biało przed oczami. -Jeśli chcesz mogę Ci je oddać!- Krzyczała z całych swoich sił i naprężała się coraz bardziej. -Wszystkie co do jednego znajdą się zaraz w twojej dupie w postaci prętów, które tak z radością wyrywałeś!- Nigdy wcześniej nie czuła czegoś takiego. Jakby wstąpiło w nią jakieś zwierze i chciało rozszarpać ofiarę przed sobą.
-Chcesz jeszcze coś powie- Nie dokończyła ponieważ za nią rozległ się głośny brzdęk. Dziewczyna zamilkła całkowicie i powoli odwróciła się za siebie. Leżał tam długi pręt. Za chwilę znowu rozległ się drugi brzdęk i kolejny. Teraz to Shilvia przeżywała mały zawał serca. Okazało się, że podczas tego całego bałaganu rosły one jej cały czas na plecach, a teraz zapasy się wyczerpały i zaczęły wypadać.
Stała jak wryta kiedy poczuła, że ostatni też się oberwał. Odwróciła się ze zdezorientowanym uśmiechem do mężczyzny. -He... He...- Wymamrotała, a na jej twarzy pojawił się w czystej postaci horror. Znowu poczuła się jak karaluch w stosunku do niego, taka bezsilna. Nerwowo wodziła wzrokiem po pokoju, ale nie było ucieczki. Spojrzała wtedy na swoje dłonie. Trzęsły się jak lipa na wietrze i do tego zrobiły się jeszcze bardziej blade niż zazwyczaj. Czuła jak jej nogi uginały się pod nią.
Nie wytrzymała już i padła na kolana. Czuła się taka bezsilna wobec tej sytuacji. -Ładnie wszystko zjebałaś.-Mówiła do siebie w myślach. To był już koniec, nie miała dokąd uciec. Sama siebie uwięziła w pułapce. Myślała teraz o swoim życiu i o tym, że umrze dokładnie w taki sposób w jaki myślała, że to zrobi- Na stosie w męczarniach. Oparła swoje ręce o podłogę i powiedziała beznamiętnie.-Zabij mnie szybko, tylko błagam nie wydawaj mnie inkwizycji. Gapiła się tak w to drewno przez chwilę i odparła równie bezpłciowo.-Wykończ mnie tutaj.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Nie Lut 21, 2016 6:57 pm

Aktualnie marzył tylko o tym, aby nie robić z siebie kretyna na każdym kroku, chociaż zdawało się to już niewykonalne, więc winę zwalił na guza, rosnącego w środkowej części jego głowy, wyraźnie ingerującego w jego sprawność intelektualną. Póki co świadkiem jego pasma żenujących sytuacji było to dziwaczne stworzenie, także tragedii nie było, będzie mógł wyjść na powierzchnie bez ukrywania swej (w jego mniemaniu) czarującej facjaty.
- Cooo, gówniaro!? – Wtórował jej, a raczej usiłował się przebić przez jej piskliwy, dziewczęcy głosik, który niemal wiercił mu dziury w głowie. – Wyrażaj się, w tym zakładzie nie ma miejsca dla chamstwa, ty…! – Krzyczał dalej, o dziwo, większą wagę przypisując do bluzgów ze strony czarnowłosej, niż treści reszty jej słów, jednoznacznie zdradzających mu, co się stało z narzędziami.
- Nie nauczyli cię ogłady, tam, skądkolwiek, kurwa, pochodzisz?! – Ryknął na nią, chociaż nie był do końca pewien, czy wkrótce nie będzie musiał się bronić przed prętowym atakiem ze strony stworzenia. Jak już zdążył wyłapać – stała przed nim wiedźma, mała, młoda, brzydka, ale wiedźma. A Inkwizycja zdołała go nauczyć przynajmniej jednego; z wiedźmami żartów nie było, bóg jeden wiedział, co te jeszcze w sobie kryły. Miał uznanie do ich mocy, po prostu za wiele w życiu widział. Chociaż ta przed nim wyglądała na równie pomyloną, co nieszkodliwą, a wystające z niej żelastwo wcale nie dodawało jej groźności.
Nieco zbaraniał na kolejny z widoków, mimo że w końcu udało mu się wstać na równe nogi. Potulne dziewczę nie mieniło się wcale lepiej, ba – wszystko wskazywało, że zaraz zacznie się mazać, czego on by już nie przeżył.
- Co? – Wyjąknął jedynie, zastanawiając się, czy naprawdę wygląda tak przerażająco, aby móc go posądzić o morderstwo na kimś tak ewidentnie bezbronnym. Sięgnął po jeden z leżących na ziemi prętów, uważnie się mu przyglądając. Zastukał nim o blat rzemieślniczego stołu. Oho, cóż za dźwięk, cóż za jakość! Oczywiście, miał spory dystans do słów wypowiadanych przez osobnika, którego dopiero co poznał, ale fakty mówiły same przez siebie.
- No, no… - Pokiwał głową z uznaniem, w końcu mówiąc niemal normalnym tonem. – Cała Inkwizycja miałaby mokro w gaciach, gdybyś trafiła w ich ręce. Zapewne nawet nie czekałby cię stos, ani stryczek… Miałabyś od cholery atencji, gówniaro. Specjalne względy, pobyt pierwsza klasa w piwnicy u Balsamistów, jak księżniczka. Taki ciekawy przypadek… - Zastanowił się, atmosfera na moment zdawała się zagęścić, a on stał się nieobecny, na krótką chwilę uciekając w wspomnienia. – Tysiące eksperymentów, aż może znaleźliby jakieś zastosowanie twoich zdolności. Kazaliby ci wpieprzać kamienie, w nadziei, że wynajdą tańszy sposób na zbrojenie betonu – Zaczynał bredzić trochę od rzeczy, jednocześnie wiedząc, że chore umysły z Inkwizycji są niezwykle kreatywne i znaleźliby jeszcze lepsze zastosowanie dla takich umiejętności. Aż do czasu, w którym stworzenie znudziłoby się im. Wtedy jednak nie byłoby nawet czego zbierać.
Mógł ją nieco stresować takim monologiem, ale nie milknął na moment, przecież jakaś kara musiała być po tym co mu tu urządziła, czyż nie? Czarnowłosa miała jednak niesamowite szczęście, bo trafiła na człowieka, który pałał nienawiścią do Inkwizycji jak nikt inny na tym świecie. Prędzej sczezłby z tego świata, gdyby miał im jeszcze choć raz pomóc.
- Dobra, gówniaro… - Zaczął, wzdychając ciężko. – Co potrafisz robić? Umiesz szyć? Myć gary? Odróżniasz mosiądz od miedzi? – Zastanowił się, jaką niewolniczą pracę jej wepchnąć, aby spłaciła narzędzia, na które akurat musiała zgłodnieć.
Nie zdecydował, bo w pomieszczeniu rozległ się dźwięk dzwonka, oznajmiający, że w jego zakładzie pojawiła się nowa osoba. Klient. „O kurwa, na śmierć zapomniałem...” – Zaklął w duchu, wychylając się i obdarzając nowoprzybyłego gościa czarującym uśmiechem, jednocześnie chwytając czarnowłosą za kark. Silnie.
- Dzień dobry, pani… - Wymamrotał coś niewyraźnie pod nosem, nie pamiętając nazwiska kobiety. To zawsze się sprawdzało. – Po odbiór, tak? – Dopytał, oczywiście nie pamiętając, a jedynie celując w najbardziej prawdopodobną opcję.
- Owszem, zamówienie numer… - Dama przerwała, wydając z siebie przenikliwy krzyk i chwytając się za klatkę piersiową. – O raju, a co to takiego!? – Parasolką w wolnej dłoni wskazała na stworzenie znajdujące się tuż przy pasie Lynna. No tak, nie mogło być zbyt pięknie.
- To… - Spojrzał na czarnulkę, jakby dopiero teraz ją dostrzegł. – Mój nowy pomocnik. Słodka pani, niech nie zwiedzie cię jego wygląd, ma złote ręce i równie złote serce. Nad tym jeszcze popracujemy. – Kiwał gorliwie głową, usiłując zmienić temat. – Simon, zapakuj pani podarek. Jeśli dobrze pamiętam… zamówienie jest już na blacie, gotowe… - Pewny nie był, więc spodziewał się głosu sprzeciwu ze strony kobiety. Ten jednak nie nastał, więc ścisnął ostrzegawczo kark czarnulki, tylko po to, aby pchnąć ją lekko na wolność, tuż w stronę naprawionego urządzenia.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Nie Lut 21, 2016 10:22 pm

Czy się stresowała? Ha! To mało powiedziane. Dziewczyna wręcz umierała ze stresu! Nie pomagały jeszcze słowa tego bufona. Cokolwiek powiedział, ona sobie wyobrażała i do tego jeszcze z nadwyżką. Im dalej w las tym bliżej było Shilvii do światełka na końcu tunelu. W pewnym momencie serce waliło jej tak mocno, że wydawało się jej wręcz, że leży na podłodze i może je sobie pooglądać. Nawet gdyby była to prawda to ona i tak nie zauważyłaby, ponieważ całkowicie straciła ostrość widzenia i nie odbierała żadnych bodźców z otoczenia. Najgorsze było jednak, że ten dureń jeszcze nie przestawał i wizjom torturowanej czarownicy nie było końca.
Później jeszcze coś do niej do niej gadał o jakimś długu i o sprzątaniu miedzi czy coś, lecz ona nic nie rejestrowała. Była jak wydmuszka, puściuteńka w środku. Cała jej świadomość została zamknięta w tej przerażającej wizji. Nie słyszała nawet dzwonka od drzwi, ledwo też poczuła jak on ją szarpnął za kark, później słyszała tylko jakąś rozmowę.-Co? Simon? Kto to jest.- Myślała jak już trochę rzeczy zaczęło do niej docierać, przebudziła się dopiero gdy tamten ścisnął ją z całej siły i cisnął ją w stronę blatu. Ocknęła się przy jakimś dziwacznym urządzeniu. Co ona tam robiła? O mój ty boże.
Odwróciła się ostrożnie za siebie i zobaczyła elegancko ubraną kobietę w średnim wieku z parasolem, a minę miała taką jakby zobaczyła trupa. Shilvia spojrzała wtedy na tego drągala. Niedobrze. Denerwował się, a potem zaczął coś dziwnie gestykulować. Gapiła się tak na niego przez chwilę, aż do niej dotarło. -A tak, z-zapakować podarek.- Powiedziała drżącym głosem i obróciła się z powrotem.
Spojrzała na blat. No tak, tylko w co to zapakuje? -P-proszę chwilkę poczekać.- Rzuciła i jęła otwierać wszystkie szuflady po kolei, mając nadzieję, że coś znajdzie w co można by było to ustrojstwo włożyć. Niestety w szufladach było jeszcze więcej ustrojstw! Denerwowała się co raz bardziej. Czuła wręcz spojrzenie tego gościa na plecach, aż ją ciarki przeszły. Ale co to?! Znalazła jakiś papier i tasiemkę! Szybko wyłożyła je na stół i sięgnęła po nożyczki, które znalazła w innej z szuflad. Nie dane jej jednak było zrobienie tego w spokoju, gdyż ciągle myślała o swojej widowni za plecami. Ręce trzęsły się jej jak galareta co wcale nie pomagało jej przy cięciu papieru i z tego powodu robiła wszystko w żółwim tempie. I ta ciągła presja. Gdy już udało się jej owinąć szkatułkę (to było to ustrojstwo) w papier poczęła ją dokładnie wiązać tasiemką. O wiele więcej razy niż było trzeba. Kiedy już wreszcie skończyła, odwróciła się i z szerokim uśmiechem podeszła do kobiety. -P-proszę bardzo i p-przepraszam za zwlokę.- Powiedziała trzęsąc się ze strachu.
Klientka z dziwną miną wzięła pakunek, pożegnała się i odeszła ze sklepu.
Shilvia jak stała, tak stała w jednym miejscu wpatrując się w nicość. Dopiero teraz wszystko do niej dotarło, aż łzy spłynęły jej po policzkach. Dziewczyna załkała. W co ona się wpakowała? -Weź się w garść!- Powiedziała do siebie w myślach i chociaż nadal była zdezorientowana, to wytarła łzy w rękę i z poważną miną odwróciła się do gościa. -Potrafię, gotować, sprzątać, szyć, prasować i cerować, ale tak na prawdę nie boję się żadnej pracy!- Mówiła stanowczo. Wkopała się to teraz musi z tego wyjść.


Ostatnio zmieniony przez Shilvia dnia Pon Mar 07, 2016 5:42 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Sro Lut 24, 2016 7:29 pm

Obserwując poczynania wyraźnie zdenerwowanego dziewczęcia, czuł, że w tym przypadku będą potrzebne słowa wyjaśnienia dla tak nierozgarniętych ruchów.
- Pierwszy raz widzę go w takim stanie. Nie muszę ci chyba tłumaczyć, słodka pani, że twoja olśniewająca uroda na w tym swój udział, czyż nie? – Zagaił ściszonym głosem, nawet nie obdarzając kobiety wzrokiem, a uważnie wpatrując się w czarnulkę nazwaną przez niego Simonem. Klientka mogła być szpetna jak noc, może nawet brzydsza od samej zjadaczki metalu, nie miało to jednak najmniejszego znaczenia.
Zrozumiał za to jedno – będzie musiał pohamować się z zlecaniem jej zadań o podobnym poziomie trudności. Z powątpiewaniem obserwował efekt końcowy, jednak ostatecznie dama wyglądała na zadowoloną, a przecież nie wierzchnia warstwa była najważniejsza. No i pojęcia nie miał skąd w jego zakładzie wzięła się wstążka!
A później dziecko zaczęło się mazać, na co Lynn w całej swojej wielkoduszności i empatii zareagował uniesieniem brwi. Wymiarował ją wzrokiem wzdłuż i wszerz, oceniając atrybuty i odnajdując ich zastosowanie w jakiejkolwiek pracy. Marnie widział ich przyszłość, ale narzędzia same się nie spłacą, więc miał zamiar wykorzystać jej dłonie, chociażby do niewolniczej pracy w kamieniołomach, za dnia i nocy.
- Ugotujesz mi wywar z trybików? Zacerujesz sprężyny napędowe? Wyprasujesz na glanc werki? – Prychnął oburzony, kręcąc bez przekonania głową. – Nic mi po twojej pomocy, mało tego... odstraszysz mi jeszcze klientów. Och, tragedia. Wiesz co jest gorsze od spotkania mężczyzny z nożem, nocą na cmentarzu? SPOTKANIE TAKIEGO MAŁEGO, CZARNEGO KMIECIA JAK TY! – Wrzasnął jej w twarz, powstrzymując się od kopnięcia szafki.
- Co mnie pokarało? – Szepnął do siebie, zakrywając twarz dłońmi. Kompletnie nie wiedział, co ze stworzeniem zrobić, jej drobne rączki nie wyglądały na takie, z których mógłby być jakikolwiek pożytek. Wyprostował się, wzdychając ciężko. Musiał coś postanowić. – Dobra, zrobimy tak. Pokrzątaj się tu, policz ziarna kurzu na podłodze albo posegreguj śmieci według wielkości, a ja zajmę się klientami. Na przerwie obiadowej wyruszymy na małą podróż. – Zarządził stanowczo, nawet niekoniecznie oczekując odpowiedzi ze strony dziewczęcia. Pozostało tylko sprostować jedną rzecz:
- Jeśli zobaczę, że coś knujesz lub usiłujesz uciec... utnę ci paluchy i powieszę koło dzwoneczków przy drzwiach, ku przestrodze, dla kolejnych zjadaczy moich kochanych... – Urwał, bo ogarnęło go wzruszenie, żal za serią istnych żelaznych dzieł sztuki.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Pon Mar 07, 2016 9:42 pm

Nic nie mówiła, kiedy tamten na nią wrzeszczał, tylko zamknęła oczy i zacisnęła zęby. Dobrze wiedziała jak bardzo bezużyteczna jest w tej całej sytuacji, a jej wygląd na dodatek wszystko pogarszał. Niestety wszystko co mówił było prawdą. Dziewucha nawet czytać nie umiała, a co dopiero robić cokolwiek w tym sklepie. Zacisnęła ręce w pięści i powiedziała do siebie w duchu.- Będzie bardzo ciężko...
Stała tak cicho z głową zwieszoną w dół, aż ten dryblas dał jej 'przyzwolenie' na ruszenie się z miejsca. Shilvia wtedy skierowała swój wzrok w jego stronę, lecz nie nawiązywała z nim bezpośredniego kontaktu wzrokowego. Jej ciało nie ukrywało tego, że bała się z nim przebywać sama w jednym pomieszczeniu. Na prawdę dawno się tak nie czuła. Przerwała jednak rozmyślanie nad swoją sytuacją i otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć. W wydała z siebie jednak głuchy dźwięk. Nie potrafiła się skupić na niczym, dopóki on tu był, ale nie poddała się, wzięła głęboki oddech i w końcu z wielkim wysiłkiem z siebie wydusiła-Pójdę na zaplecze.- Po czym ostrożnym krokiem skierowała swoje kroki w tamtą stronę, biorąc po drodze swój koc.
Zatrzymała się na miejscu i usiadła w kącie okrywając się mocno, rozmyślając nad ostatnimi słowami mężczyzny.-Prędzej to ja bym Ci odgryzła paluchy ty dziadzie.- Mówiła w myślach. Zastanawiała ją również jego reakcja, kiedy mówił o swoich narzędziach. Zrozumiałaby gdyby chodziło o jakieś z tych rupieci z przodu, a nie o jakieś zwykłe kawałki żelastwa. Jak zwykle musiała natrafić na jakiegoś dziwaka... No dobra, może to stwierdzenie było trochę hipokrytyczne z jej strony.
Rozejrzała się dookoła. Widziała jaki burdel tutaj razem zrobili. Po ziemi walały się ponadgryzane narzędzia i wyprodukowane przez nią pręty, a na dodatek w drugim kącie leżało mnóstwo kawałków rozbitej, ceramicznej wazy. Coś ją w tym momencie ruszyło, może sumienie? Kto wie... Shilvia wstała wtedy i podeszła do blaszanego pudełka, które również leżało na ziemi, i z którego wysypały się również jakieś rupiecie. Podniosła je i poczęła zbierać, co rusz zerkając w stronę mężczyzny czy aby nie robi nic co mogłoby się dla niej źle skończyć, a robiła to tak po cichu, że można było usłyszeć jak kurz ląduje na ustrojstwach i podłodze.
Kiedy skończyła zabrała się za pręty, a później wzięła miotłę leżącą w kącie i posprzątała resztki po wazonie. Za każdym razem kiedy do pracowni wchodził klient ona momentalnie chowała się pod stołem, jakby już dawno miała to przećwiczone. Po skończeniu 'pracy' ponownie usiadła w kącie, zawinęła się kocem i oczekiwała tylko, aż w końcu nastąpi ta przerwa obiadowa. Nachodziły ją wtedy same najgorsze myśli. Włożyła głowę między kolana i poczęła się kiwać na boki.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Sob Mar 12, 2016 1:13 am

Łączył się w bólu z każdą zepsuta machiną, poniszczone, niewłaściwie używane wynalazki łamały mu niemal serce, więc nawet ciężko odnaleźć słowa, którymi można było opisać jego odczucia dotyczące straty cennych narzędzi, potrafiących magicznie naprawić i doprowadzić do stanu używalności. Wiele razy słyszał: „To tylko przedmiot, kupisz drugi, lepszy”, jednak on nie podzielał tego typu opinii. Niektórym mechanizmom przypisywał duszę, a już na pewno okazywał więcej uczucia niż przeciętnemu człowiekowi. Wszystko wskazywało na to, że jeszcze długo będzie się otrząsał z podobnego wydarzenia.
Pokręcił ze zrezygnowaniem głową, jeszcze wzrokiem odprowadzając dziewczę. Odwrócił się wkrótce, aby stanąć na swoim miejscu za ladą, ale rzucił za nią jeszcze:
- Teraz jest potulna… ale nie powiem, kto groził mi prętami w dupie… - Czarnulka mogła tego nie dosłyszeć, bo Lynn mówił ściszonym głosem, typowym dla gadki przeznaczonej tylko dla jego uszu.
Zerkał co jakiś czas na zaplecze, szczególnie wtedy, gdy słyszał jakieś podejrzane dźwięki albo gdy zwyczajnie miał chwilę wolnego. Zielona dziewczyna wyraźnie wymagała kontroli, kto wie, czy nie zgłodniałaby na jego… dla odmiany - młotki? Wszystkiego można było się spodziewać po tym młodym szatanie. Póki co okazywała się grzeczna, a choroba sieroca, którą z czasem zdawała się nabyć, nawet dodawała jej uroku i Lynn nabrał pewności, że mu nie zwieje.
Przepracował we względnym spokoju pierwszą połowę dnia, zbyt często zasłaniając własnym ciałem drzwi na zaplecze, aby żaden z klientów nie dostrzegł kołyszącej się dziewczynki. Parę rzeczy naprawił, kilka oddał, jeszcze więcej wyłożył na półki, co było odpowiednikiem kolejki. Ruch całe szczęście był niewielki, o ile tylko tak można nazwać dziesiątki ludzi przewijających się przez jego zakład. Po paru długich godzinach zegar wybił dwunastą w południe, co ogłosiła wyskakująca z jego wnętrza kukułka. Otarł czoło, opuścił rękawy i z bojową miną ruszył ku dziewczynce.
- Wstawaj. Idziemy na wycieczkę. – Zarządził, nie zdradzając jej więcej ze swoich planów. Właściwie to nie do końca je miał. Wiedział tyle, że powinien sprawić, aby dziewczę przestało straszyć ludzi. Dobrze by też było, jakby zieleń jej skóry i nieciekawa facjata również zniknęły, no ale nie było co stawiać sobie zbyt wysoko poprzeczki. Ubrał się, po czym założył nowy zamek tymczasowy z kłódki i wyszli razem na uliczki Wishtown.

/zt x2

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Nie Mar 27, 2016 12:37 am

Dzień dobiegał końca, a więc zachodzące słońce, wpadające do jego pracowni przybrało przyjemny, pomarańczowy odcień. Klientów przybywało coraz mniej, aż zdążył nabrać pewności, że nikt nie zawita u drzwi jego zakładu. Wytarł ciemne od smaru dłonie w fartuch zawiązany przy pasie, po czym rozwiązał go i rzucił pod ladę. Na policzku mężczyzny widniała czarna smuga, jednak póki co był nieświadomy jej obecności. Chwycił za miotłę, przystępując do codziennych obowiązków po zakończonej pracy.
Zza lekko uchylonych powiek obserwował unoszące się opiłki metalu pod ruchem spiętych ciasto nitek słomy. Codziennej rutyny stało się zadość, był już zupełnie przekonany, że wkrótce wróci do domu, pomajstruje lub otworzy dobrą książkę i będzie czytał, do kiedy nie zaśnie. I póki co nic nie wskazywało na to, aby się mylił.
Przejechał dłonią po rozgrzanym czole, zaczesując białe pasmo włosów, aby grzecznie pozostawało na swoim miejscu, gdzie aż tak nie rzucało się w oczy. Nie miewał kompleksów z powodu swojego wyglądu, nie tylko przez to, że nie miał ku temu powodów, ale również, ponieważ zależało mu na tym, jak na garści topniejącego już śniegu. Jednak ów kosmyk drażnił go i dodawał ładne parę lat do wieku, w którym można już zacząć przeżywać swój pierwszy kryzys oraz zastanawiać się, dlaczego jeszcze nie ma się rodziny i gromadki dzieci.
Ugłaskując włosy, poczuł ukłucie bólu w okolicach brwi. Prędko przypomniało mu się owe felerne spotkanie z Shilvią, która za pomocą kombinerek zapragnęła obić mu facjatę. Aż dziw, że jeszcze nikt z klientów się go nie pytał, skąd ta rana. Społeczeństwo zakochane w konwenansach, dobrych manierach i usilnie trzymające się właściwego taktu miało swoje zalety, wbrew pozorom. Przynajmniej nie musiał wymyślać na poczekaniu kłamstw, bo na pewno nie zahaczyłby nawet o prawdę o wiedźmie, która zjadła jego narzędzia.
Zakończył swoją pracę, ostatni raz rozejrzał się po pustym zakładzie. Mógł już wracać do domu.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Nie Mar 27, 2016 6:56 pm

Oparła się o mur pracowni, czując na twarzy promienie słońca. Przez tak długi czas dominowały ciężkie chmury i śnieg, że zaczynała powoli tracić nadzieję na ponowne zobaczenie czegoś poza bielą. Spod półprzymkniętych oczu obserwowała spieszących się ludzi. Dzień się kończył, a oni wracali do swoich domów. Ignorowała spojrzenia rzucane na nią, i te złowrogie, i te przerażone czy ciekawskie. Eleganckie panie oceniały ją jednym spojrzeniem, lecz szybko odwracały wzrok, gdy natrafiały na specyficzny, czarny płaszcz. Uśmiechnęła się pod nosem myśląc o tym, jakimi muszą być nadętymi egoistkami, skoro sądzą, iż kobieta nie może nosić spodni. Wnioskowała to z ich mimiki i tego, jak odwracały spojrzenie.
Od czasu do czasu zerkała na drzwi, z których to coraz rzadziej wychodzili klienci. W końcu chyba nadszedł czas zamykania zakładu. Dziewczyna odgarnęła niesforny kosmyk włosów, który co chwilę wpadał jej do oczu. Gdy była pewna, że nikt już nie przyjdzie, przybrała lekko znudzony wyraz twarzy i w końcu oderwała się od muru. Rozejrzała się jeszcze, jakby robiła coś złego, ale zaraz wzruszyła ramionami, a potem weszła do środka.
Powitał ją dźwięk tego przeklętego dzwoneczka. Jak ona go nienawidziła, zawsze oznajmiał jej przyjście (oczywiście innych klientów też). Odruchowo dotknęła pokrowca na broń, niestety przypomniała sobie w tym momencie, dlaczego tu jest. Spojrzała w kierunku wnętrza i dostrzegła mężczyznę zbierającego się do wyjścia.
- Witaj... Panie Cavendish - zaczęła, tonem trochę zimnym, jak to ona.
Jeszcze raz rozejrzała się, a potem podeszła do półek, zaczęła lekko muskać palcami różne ustrojstwa, a w tym czasie oceniła wzrokiem Lynna. Uniosła brwi na widok czarnej smugi na policzku.
- Wanny w domu nie masz? - spytała, nie dbając o zawiłe przepisy etykiety.
Takimi niuansami bardzo często nie zawracała sobie głowy. W końcu porzuciła interesujące półki, obróciła się gwałtownie, a jej płaszcz przy tym lekko załomotał, i zbliżyła się do lady, stając naprzeciw mężczyzny.
- Mam mały problem... z rewolwerem... - spojrzała na niego, czekając na reakcję.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Nie Mar 27, 2016 7:54 pm

Odwrócił się natychmiast, okazując swoje spokojne, lecz zmęczone oblicze. Poznał dziewczynę od razu, więc nieco się skrzywił, choć nie było to spowodowane tym, że zamykał już zakład i miał raczej ochotę zająć się czym innym niż pracą. Nie, to właśnie praca sprawiała mu najwięcej satysfakcji i wcale nie narzekałby, gdyby musiał parać się nią bez większych przychodów, poświęcając na to znaczną część doby. Jeden klient więcej nie robił mu różnicy, co innego jednak, jeśli w jego skromnych progach witała Inkwizytorka. Ukradkiem rozejrzał się wkoło, jakby wypatrując śladów obecności Shilvii, jakie mogłyby go wkopać za udzielenie pomocy wiedźmie. Oczywiście takie nie istniały, ale nic nie mogło oduczyć Lynna znacznego dystansu i ostrożności względem osób zasilających szeregi tejże organizacji.
Zaskoczyło go to oficjalne powitanie, jednak nie zamierzał pozwolić jej czekać. Ukłonił się nieco zbyt teatralnie, znacznie pochylając, a raczej zginając w pół, machając wolną ręką, gdy już odstawił miotłę na miejsce.
- Panienka Foster, cóż za zaszczyt – słowa może obrał przyjemne, jednak ton jego głosu był uszczypliwy i pozostawiał wiele do życzenia. Obserwował ją czujnie, nawet przez sekundę nie spuszczając z oczu, jakby dziewczę potrafiło tymi delikatnymi muśnięciami ukraść połowę zgromadzonego tu sprzętu. Zdziwił się na nagłą zmianę formy, z sztywnego „per pan” na „ty”, któremu towarzyszyło niezbyt uprzejme wytknięcie. Ale to sprawiło, że odzyskał rezon, wiedział już na czym stoi. O wiele bardziej cenił sobie kąśliwą szczerość od tych wszystkich gier, typową dla wyższych sfer.
Przejrzał się w wypolerowanej pokrywie urządzenia, którego jeszcze nie naprawił, odwracając głowę i dostrzegając brud zalegający na jego policzku. Potarł go kciukiem, co właściwie z początku bardziej rozsmarowało smugę, a z czasem sprawiło, że twarz mężczyzny była względnie czysta, choć ciemniejsza. Później dał sobie spokój, wzruszając ramionami i okazując, jak niewiele go to obchodzi.
- Is, plamy smaru dla mechanika są niczym blizny dla Inkwizytora, to powód do dumy, cena... pracy – zastanowił się nim wypowiedział ostatnie słowo. Zbyt często dawał swojej obecnej rozmówczyni do zrozumienia, że mordowanie czarownic to żadna uczciwa fucha, za którą można było brać pieniądze.
Stanął krok bliżej, uporczywie wpatrując się w oczy dziewczyny. Nie mówił do końca poważnie, ale za każdym razem gdy ją widział, miał ochotę naprowadzać dialog właśnie na te tory, uświadamiając jej, że to, czemu poświęca życie i całą siebie, jest jednym wielkim kłamstwem.
- Nie mów mi rzeczy oczywistych. Zdziwiłbym się, gdybyś zajrzała tu z innego powodu; na plotki lub dla samej przyjemności oglądania mojej facjaty, przykładowo. – Uniósł lekko brew, a na jego wargach odbił się cień uśmiechu. – Mały problem? Co z nim zrobiłaś? Czyściłaś tak jak poleciłem? – przeszedł do konkretów i zasypał ją lawiną pytań, jakby chodziło o żywą personę, a nie zwykły rewolwer. – A zresztą. Pokaż mi go, będzie szybciej. – Zarządził, wyciągając ku niej dłoń. Mógł się tylko domyślać o co chodziło, a wszelkie wątpliwości powinny się rozwiać, gdy ujmie broń w swoich rękach, obdarzając badawczym spojrzeniem.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Nie Kwi 03, 2016 6:20 pm

Och, oczywiście musiał dać swoją wstawkę o pracy, jak zwykle. Isabelle lekko zirytowała się, lecz nie dała tego po sobie poznać.
  Gdy zaczął zasypywać ją pytaniami, dziewczyna poczuła się trochę nieswojo, jak za dawnych lat pobytu w Akademii podczas odpytywania jak szybko znokautować wiedźmę, by nie ubrudzić stroju.
  - A co mogłam z nim robić? - odpowiedziała. - Rzucałam wilkom do aportowania, wiesz? Oczywiście, że strzelałam z niego. Jasne, czyściłam go zgodnie z poleceniami i jak dotąd działał bez zarzutu, aż do zeszłego tygodnia - gdy wyciągnął ku niej dłoń, westchnęła tylko - No dobra...
  Wyjęła broń z pokrowca i podała swojemu rozmówcy. Poczuła się bardzo dziwnie, jakby oddała część siebie, najgłębszy skrawek swojej duszy, a teraz stała bez niej w tym miejscu z tymi wszystkimi niezwykłymi mechanizmami, z których większość wcale nie przypominała zegarków.
  - Głównie chodzi o zepsuty spust - powiedziała, może niepotrzebnie. - Ale podejrzewam, że za tym kryje się coś więcej.
  Cofnęła się kilka kroków, by dać mu miejsce i odsłonić światło do oględzin. Po chwili jednak zmieniła zdanie i podeszła do źródła światła, którym było niewielkie okno. Wyjrzała na zewnątrz, podglądając spieszących się ludzi. Słońce powoli niknęło za budynkami, a do warsztatu docierało coraz mniej światła.
  Isabelle wydęła usta patrząc na mieszkańców. O tylu sprawach nie mieli pojęcia... Odwróciła się gwałtownie słysząc coś i szybko podeszła do Lynna.
  - I co? - zapytała, niecierpliwiąc się. - Znalazłeś przyczynę?
Próbowała zajrzeć mu przez ramię, by zobaczyć, co się dzieje z jej własnością.
  Bez swojej ukochanej broni czuła się naprawdę nieswojo. Zupełnie jak bezbronne dziecko, jak wtedy u początków jej Inkwizyckiej drogi.
  Spojrzała na Lynna z nadzieją, iż w jakiś niewyjaśniony sposób nagle naprawi jej rewolwer i zaraz odda ze słowami, by bardziej o niego dbała czy coś w tym stylu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Wto Kwi 05, 2016 5:31 pm

Widział jej zaniepokojenie i jednocześnie miał to w głębokim poważaniu, bo jak sądził – owe cacko nigdzie nie było bardziej bezpieczne niż w jego dłoniach. Przyjrzał się dokładnie pięknym kształtom i zdobieniom, milknąc na chwilę w podziwie i tajemniczym respekcie, mimo że na wylot je znał; rewolwer nie krył przed nim żadnych tajemnic, ponieważ to on był jego stwórcą, a dokładnie pamiętał każdy przedmiot, który pojawił się na tym świecie za jego sprawą. Łącznie z inkwizycyjnymi broniami, o których wolałby zapomnieć. Dzieło, istne dzieło sztuki, teraz służy w celu mordowania czarownic, a kto wie – może i niewinnych ludzi. Nie odczuwał satysfakcji z niesienia pomocy dziewczynie, ale musiał to zrobić, bo Inkwizycja – co by się nie mówiło – rządziła całym miastem, a zresztą on nie zostawiłby niesprawnego urządzenia, jeśli już ktoś prosi go o pomoc.
- Po twoim fachu spodziewam się różnych rzeczy – mruknął pod nosem i zaraz się skrzywił, jakby spodziewał się co najmniej, że Isabelle tłukła wiedźmy po głowach odręcznie, właśnie za pomocą swojego rewolweru. Zaraz powstrzymał się od wywrócenia oczyma, bo w jego mniemaniu – on będzie zawsze wiedział najlepiej.
Po ogólnych oględzinach wyglądu zewnętrznego, zajął się kilkoma rutynowymi testami, od których zawsze zaczynał. Odbezpieczył broń, wysypał proch, podsuwając sobie przedmiot pod sam nos. Po pierwsze obdarzył wzrokiem mocowania, oceniając ich zużycie. Wyglądało na to, że dziewczyna czyściła broń dosyć często, choć nie miał serca mówić jej, że nadgorliwość w przypadku mechanizmów nigdy się nie sprawdza. Następnie sprawdził pracę zatrzasku, aż w pomieszczeniu rozległ się jego donośny dźwięk, czyli znak, że ten działał w jak najlepszym porządku. Zajął się innymi sprawami takimi jak przegląd osiowości, luzu wzdłużnego i poprzecznego, jednak nie mógł już dłużej ignorować niecierpliwej dziewczyny:
- Sztuka wymaga czasu! – Syknął na nią, bo właściwie to nawet nie zaczął. – Siadaj na tyłku i daj mistrzowi pracować – Oczywiście, miał o sobie wysokie zdanie, cały on.
Nim przeszedł do rozkładania broni, wybił klin, sprawdził nadpalenie gwinta, a potem rozłożył na blacie cały zestaw narzędzi, jakie nosił dotychczas przy pasie. Zaczynał się już wczuwać, więc nic nie zapowiadało się na to, że da wytworowi spokój, do kiedy go nie naprawi.
- Mamy trochę czasu. Możesz mi opowiedzieć, co zmieniło się w twoim życiu od naszej ostatniej rozmowy... – Zagaił, ale nie obdarzył jej spojrzeniem, wbite było ono w mechanizm broni. – Upolowałaś jakąś wiedźmę? Urządziłaś jej należytą egzekucję? – Ostatnie słowa niemal wypluł, całą siłę woli wkładając w to, aby nie zadrżeć. Nieco zbyt mocno zacisnął palce na lufie, spodziewając się, iż ów przedmiot niewątpliwie mógł się ku temu przyczynić. – Albo... – przerwał, usiłując się uspokoić. – Coś nowego w piekarni? – Dokończył, usiłując zboczyć na nieco bezpieczniejsze tematy.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Pią Cze 03, 2016 6:59 pm

Isabelle skrzywiła się na tę nieco ironiczną, jak to odczuła, uwagę o jej pracy. Czuła się co najmniej nieswojo, patrząc jak Lynn rozbiera jej cenny rewolwer. Zdała sobie sprawę, że znajduje się on w rękach specjalisty, ale nie mogę się powstrzymać.
  Gdyby mogła, warknęłaby ze złości na to polecenie. Tak się nie traktuje osoby z Inkwizycji. Zacisnęła usta, a jej źrenice niebezpiecznie, jednak, chcąc kiedyś odzyskać swoją broń w pełni sprawną, nic nie powiedziała i usiadła sztywno na drewnianym stołku. Omiotła po raz kolejny wzrokiem pomieszczenie.
  Usłyszawszy w końcu głos właściciela, drgnęła lekko. Niezbyt zadowolony grymas zagościł na chwilę na jej twarzy, jednak w końcu odpowiedziała:
  - Ostatnio nie – syknęła cicho – choć jestem na tropie pewnej... osobniczki.
  W tej chwili nie miała najmniejszych skrupułów by go zdenerwować do ostatniego. Dorzuciła jedną wiadomość, zanim jej przerwał.
  - Ktoś w mieście rozpowiada plotki, jakoby Arcymistrzyni miała odejść ze swojego stanowiska – mówiła bardzo cicho. - Co prawda nie wiem jeszcze kto to, ale, gdy się dowiem... - zagłuszył ją głos zdenerwowanego gospodarza.
  Oblizała delikatnie wargi. Cóż, nie do końca o taki efekt jej chodziło, ale było bardzo blisko do niego. Nadal czuła się urażona.
  - W piekarni? W porządku – odpowiedziała, nagle uspokojona. - Ciasta i ciasteczka jak zwykle przepyszne, aż muszę się powstrzymywać, żeby nie zjeść ich samej. Oj, dostałoby mi się za to po rękach.
  Aj, czy ona właśnie zachichotała? Coś z nią chyba jest nie tak. Cała jej złość i uraza nagle zniknęły, gdy tylko rozpoczął się temat o piekarni. Założyła nogę na nogę i uparcie wpatrywała się w plecy Lynna, zajętego pracą.
  - Słyszałam pogłoski, jakoby pani Meredith zdradzała swojego męża, a mam wrażenie, że jest to prawda. Zresztą, widziałeś go? - w jej oczach zagościły na chwilę złote iskierki, lecz zaraz zniknęły. - Ostatnio do piekarni przyszedł nawet Matoblech... - Isabelle przerwała, uświadomiwszy sobie, co przed chwilą powiedziała – Wybacz, chciałam powiedzieć Matthew, no wiesz, ten od grabarzy, i znowu pieprzył głupoty. Aż musiałam się ostro powstrzymywać, żeby nie wcisnąć mu do zamówienia zdechłego szczura – skrzywiła się. - A co w warsztacie? Działo się coś ciekawego?
  Poruszyła się na stołku i, nie mogąc już wytrzymać, wstała. Zaczęła się uważnie przyglądać Lynnowi. Nie miała bladego pojęcia czemu, ot, po prostu lubiła przyglądać się ludziom. W ten sposób mogła się dużo dowiedzieć. Przesuwała wzrokiem po jego dłoniach, notując przy okazji, co robił z jej bronią, zatrzymała się w końcu na twarzy.
  - Co ci się stało? - wykrzyknęła nagle, zauważając dziwną bliznę na czole. - Skąd ją masz? Nadziałeś się na stół czy jak? Czy może coś innego? - spytała figlarnie.
  Obserwowała czujnie jego reakcję, a na jej twarzy po raz pierwszy od dłuższej chwili pojawił się uśmiech. Lekko zmrużonymi oczami patrzyła, co teraz zrobi.
  Nagle, brzdęknął dzwonek do drzwi i do środka weszła typowa mieszkanka miasta. Suknia, charakterystyczna dla bogatszych, długie, blond włosy, niebieskie oczy. Była pewnie około trzydziestki. W pierwszej chwili nie zauważyła Isabelle. Podeszła władczym krokiem do Lynna.
  - Przyszłam odebrać zamówiony mechanizm. Czekam już na niego wystarczająco długo – powiedziała dumnie.
  Rozejrzała się i w końcu zauważyła Inkwizytorkę. Pisnęła cienko, a Isabelle wyszczerzyła się jak głodny wilk.
  - A może tak dobry wieczór? - zapytała dziewczyna.

-----
Wybacz, że tak długo mi to zajęło :$

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Nie Cze 05, 2016 1:05 am

Arcymistrzyni? Omal nie huknął gromkim śmiechem na tę wiadomość. Nienawidził suki jak mało kogo na tym świecie. Na przyszłość nie omieszka dołożyć swojej cegiełki do rozpuszczania tych idiotycznych plotek.
Żałował, że od razu nie poruszył tematu piekarni. Uniknąłby chwilowego zdenerwowania i może zdołałby udawać, że stoi przed nim zwykła dziewczyna, a nie niosący śmierć - często niewinnym - żniwiarz. Boże, jest taka młoda, pomyślał, aż ogarnął go głęboki, obezwładniający żal. Nie doświadczyła wiele. Spoglądał na nią, widząc wciąż dziecko. A jednak, Inkwizycja zdążyła wypaczyć jej umysł, zbrukać ideały, zmienić światopogląd na taki, który brzydziłby ją samą jeszcze kilka lat wcześniej. Przerażało go to. Zawzięcie, fanatyzm w oczach. Uwielbienie, gdy wypowiadała się o świętej Inkwizycji.
Starał się nie dać po sobie poznać krótkiego napadu zgorzkniałości, jednak po chwili nie musiał niczego udawać - i mu udzieliła się ogólna wesołość, co początkowo obwieszczał lekkim uśmiechem pod nosem, który przerodził się w parsknięcie śmiechem, gdy tylko usłyszał wzmiankę o jego dawnym druhu.
- Tak, zwykłem… go znać. – powiedział nieobecnym tonem, gapiąc się bezmyślnie w pustą przestrzeń. Ów grabarz dawno nie gościł w myślach Lynna, dlatego fakt o jego istnieniu uderzył go ze zdwojoną siłą. Isabelle nie mogła wiedzieć, ale mężczyzna był dla niego niegdyś kimś, kogo można było nazwać przyjacielem. Nie dodał jednak nic więcej, bo historia do krótkich nie należała, a on sam nie rozumiał jej w całości. I w całej swojej prostocie, szczerze wątpił, że dane mu będzie ją pojąć, gdyż Matthew, niegdyś jego dobry kompan, miał w sobie… zbyt wiele z kapryśnej baby. A Lynn, choć człowiek cierpliwy, nigdy nie odnajdywał się w tych zawiłościach i podtekstach. O ile bardziej cenił sobie prostoduszność i bezczelną szczerość!
Wkrótce przeniósł spojrzenie na Isabelle, nie mogąc opanować łagodnego uśmiechu. Podjął wkrótce:
Co tam u niego? Dalej jest wściekle rudy i nieskończenie denerwujący? Wciąż jest kawalerem? – wypytywał, ton miał rozbawiony, jednak nie mógł powstrzymać jakiegoś dziwnego uczucia melancholii, a może i czułości, które narodziło się w nim w parze z wspomnieniami.
Nie miał problemu z drobnym podzieleniem swojej uwagi. Swobodnie rozmawiał z dziewczyną, majstrując jednocześnie dłońmi przy rewolwerze, z taką pewnością, jakby robił to przez całe życie. Zbadał czujnym szlif pazura z uchwytu, oceniając jego zużycie. Nie byłby sobą, gdyby nie wymienił części na nową sztukę. Nigdy nie oszczędzał na swoich arcydziełach. Dlatego też się cenił, a jakże!
- W warsztacie… - powtórzył, zamyślając się lekko. Każdy dzień był dla niego osobną historią, każdy naprawiony mechanizm dodatkowym przeżyciem, ale nie zamierzał wprowadzać Is w swoje brednie, jakie jedynie on potrafi obdarzać najszczerszą pasją. Zamiast tego zdecydował się na inną odpowiedź. – Straszny ruch. Ludzie walą drzwiami i oknami. Ani chwili wytchnienia. Zastanawiam się nad znalezieniem sobie pomocnika… - wymyślił niby na poczekaniu, a w rzeczywistości było to specjalne posunięcie, które miało na celu przygotować Isabelle na obecność niejakiej Shilvii, mającej wkrótce zagościć w jego zakładzie.
W końcu rozmontował ostatni element, uśmiechając się, gdy pojął już, co było przyczyną problemów. Podczas naciągania kurka, dolna blokada bębna nie przeskakiwała w odpowiedni sposób, a cały rewolwer zazębiał się przed oddaniem strzału. Niefortunnie. Pogrzebał chwilę w szafkach stołu, wydobywając kolejne narzędzia, aż wreszcie przystępując do składania broni.
Nieco drgnął na jej kolejne pytanie. Co najgorsze nie miał na nie przygotowanej odpowiedzi. Obdarzył ją łobuzerskim uśmiechem, wzdychając lekko:
- Ach, Is, nawet gdybym ci powiedział, zapewne byś mi nie uwierzyła – wybuchnął śmiechem, grając oczywiście na zwłokę. Przecież nie wyjawi, że ranę zarobił od wiedźmy, która włamała mu się do pracowni. – Bo czy dałabyś wiarę, że musiałem skakać z balkonu płonącego teatru? – nie mówił do końca poważnie, równocześnie nie zdradzając, ile z jego słów jest prawdą. Teatry płonęły ciągle. Ale równie dobrze mógł nie chcieć się przyznać przed niezaprzeczalnie urodziwą panną, iż krzywdę wyrządził sobie sam, przez nieuwagę, chociażby spadając ze stromych schodów. Nie zamierzał ciągnąć tematu i również żywił nadzieję, że Isabelle nie będzie usiłowała prowadzić śledztwa w sprawie jego rozciętego łuku brwiowego.
Nie zdążył złożyć wszystkich elementów na ich pierwotne miejsce, gdy w pomieszczeniu rozległ się dźwięk dzwonka. Omal nie jęknął na widok przybysza. Było już sporo po zamknięciu jego zakładu, a ton głosu kobiety, ani jej zachowanie, nie wróżyły niczego dobrego. Odłożył części rewolweru na blat, ostentacyjnie wyciągając swój zegarek na łańcuszku z kieszeni kamizelki. Sam widok musiał być komiczny – on, zegarmistrz, na tle setki, a może i tysiąca zegarków z wystawy, sprawdzał godzinę na tym jednym, wybranym, aby stwierdzić oczywistość, której był już świadom: tak, było już zdecydowanie późno.
- I obawiam się, szanowna pani, że będziesz musiała poczekać jeszcze trochę. – zaczął niezwykle czarującym tonem, chociaż miał ochotę na coś zupełnie odmiennego. Powrócił do montowania broni Isabelle. – Mamy tu sprawę niecierpiącą zwłoki. Wie pani, Inkwizycja. Kimże jestem, aby sprzeciwiać się rozkazom świętej organizacji? – wyszczerzył zęby w uśmiechu tak nieszczerym, że byle ślepiec się na tym poznał. Wkrótce obdarzył Is znaczącym spojrzeniem, wracając w spokoju do swojego zajęcia.
Tak w skrócie – poszczuł pannę Inkwizytorką. Widząc jednak, że kobieta nie czmychnęła z jego zakładu, nawet gdy udało mu się naprawić w całości broń Isabelle, westchnął cicho i zaczął rozglądać się po półkach, w celu poszukiwania zamówionego przedmiotu. Gdy sięgał do niego, stając na palcach pomimo swojego wzrostu, rzucił przez ramię do Is:
- Musimy go wytestować. Nie puszczę cię wolno bez kilku prób. – zarządził, co zdawało mu się oczywiste. – Co powiesz na park? – zastanowił się, w końcu wydobywając urządzenie i zwracając się do drugiej, starszej kobiety:
- Proszę, pozytywka grzebieniowa, z naprawionym mechanizmem i ulepszonymi surdynkami. – oznajmił oficjalnie, stawiając produkt na blacie stołu i szukając papieru, by go opakować.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Czw Cze 16, 2016 7:02 pm

Dziewczyna zaśmiała się.
  - Co u niego? Wnioskuję, że ma się dobrze, skoro po przyjściu zaczął narzekać na "tego babochłopa", co go musi widywać nawet w piekarni. Tak, nadal rudy, denerwujący nawet jeszcze bardziej niż kiedyś i ciągle zrzędzi. A, i chyba szczerze mnie nienawidzi, ale to normalne. Cóż, nie interesuję się aż tak jego życiem, ale nie słyszałam nawet plotek czy pogłosek, jakoby jakaś panna miała się pojawić w jego życiu.
  Isabelle zakręciła włosy na palcu. Troszkę irytujący zwyczaj, przez niektórych nazywany nawet uroczym, co wcale nie pasowało do osoby o jej stanowisku. W końcu odpuściła mu trochę, po uświadomieniu sobie, jak to musiało wyglądać.
  Na wieść o pomocniku szczerze się zdziwiła.
  - Naprawdę? Czyżbyś na poważnie chciał dzielić z kimś swoje królestwo? Hobby, najważniejszą twoją pasję? - pytała z niedowierzaniem. - A nie boisz się, że ci zepsuje rzeczy, zrobi bałagan? I, nie daj Panie, zje narzędzia? - zażartowała Izzy, chcąc rozluźnić atmosferę.
  Kurde, sama się o to prosiła. Gdy się do niej łobuzersko uśmiechnął, w odpowiedzi na pytanie o ranę, poczuła się naprawdę dziwnie. Jakby to nie miał być uśmiech dla niej. Naprawdę, dziewczyna nie była przyzwyczajona do takich reakcji. Ludzie się jej bali, anie posyłali uśmiechy.
  * Nie, to na pewno pomyłka. Pewnie śmiał się do swoich wspomnień * przekonywała samą siebie w myślach.
  Gdy powiedział o pożarze w teatrze, wybuchnęła głośnym śmiechem. Od dawna nie była w tak dobrym humorze, co ją samą naprawdę zdumiało. Beształa samą siebie w myślach, ale i jednocześnie myślała, że to był świetny pomysł, zgłosić się do Lynna, by naprawił rewolwer.
  - Faktycznie, nie uwierzę. Ty i teatr? Przecież jesteś tutaj całe dnie – miała ogromną nadzieję, że to był z jego strony żart, nie oczekiwała też dalszych wyjaśnień.
  Każdy ma swoje małe sekrety, nawet o niezdarności, której się nie chce nikomu zdradzić. Potrafiła uszanować takie rzeczy.
  Harmonię panującą w zakładzie przerwało pojawienie się kobiety. Isabelle zaimponował spokój i opanowanie Lynna, chociaż było już dawno po godzinie zamknięcia. Była też wdzięczna, że nie marudził, a przynajmniej nie okazywał wprost, że nie podoba mu się fakt, iż musi siedzieć po godzinach, naprawiając broń Córki Feniksa. Szczerze wątpiła w to, czy ktokolwiek byłby w stanie wytrzymać z tak walniętą osobą jak ona. Omal nie parsknęła śmiechem, widząc mężczyznę sprawdzającego godzinę na zegarku wyciągniętym z kieszeni, choć dookoła było multum innych. Przez chwilę miała przeogromną ochotę wytknąć na niego język, jak mała dziewczynka. Przewróciła oczyma, gdy tylko posłał jej to znaczące spojrzenie. Tak! Lynn poszczuł natrętną kobietę Inkwizytorką. No oczywiście, jakżeby mogło być inaczej. Miała dziwnie wielką ochotę parsknąć śmiechem, ale pozycja jej na to nie pozwalała. Zresztą to strasznie nie było do niej podobne.
  - Oczywiście. Ja też wolałabym najpierw kilka prób. Nie chciałabym, żeby się zepsuł w najmniej odpowiednim momencie – odpowiedziała kompletnie ignorując kobietę.
  Isabelle zastanawiała się, a on w tym czasie zapakował mechanizm i podał go klientce. Ta, otaksowała go spojrzeniem i zapłaciła.
  - Phi. Następnym razem nie radzę tak długo zwlekać... - w tym momencie wtrąciła się Inkwizytorka.
  - Następnym razem radzę pani pamiętać o zamówionych mechanizmach – zmrużyła groźnie oczy – i o godzinach otwarcia zakładu. Nie jest tutaj pani jakąś królową.
  Kobieta aż się zapowietrzyła i chciała coś odpyskować, ale w porę opanowała się. Nachyliła się za to do Lynna.
  - Mogę na słówko? Ach, ta Inkwizycja – szepnęła, gdy miała pewność, że Isabelle jej nie słyszy. - Wszędzie wsadzi ten swój wścibski nos – pokręciła głową. - W każdym razie – powiedziała głośniej – niedługo znowu zgłoszę się z zamówieniem.
  Wyszła z zakładu, nie obdarzając Isabelle nawet jednym spojrzeniem. Jak tylko drzwi się zamknęły, prychnęła.
  - Nie, no, co za baba. Jeszcze napyta sobie biedy, bidulka – powiedziała, szczególnie akcentując ostatnie słowo.
  Nie czuła jakiejś specjalnej sympatii do tej kobiety. Nie wiedziała zresztą jak Lynn.
  - Zgoda, niech będzie park – odpowiedziała na zadane dużo wcześniej pytanie. - Z ogromną chęcią przetestuję go.
  I znowu, zdziwiła się swoją reakcją. Normalnie pewnie poszłaby go testować sama, lecz nie tego dnia.
  - Pewnie musisz zamknąć zakład... - odezwała się cichutko. - Poczekam na zewnątrz – zaproponowała.
   Po raz ostatni rozejrzała się po wnętrzu zakładu, czy aby niczego nie zostawiła, niczego nie zepsuła, nie zrobiła bałaganu. Z wesołością uznała, że nic takiego się nie stało. Spojrzała trochę dłużej na Lynna, tak, by tego nie zauważył. Cicho podeszła do drzwi i uchyliła się, sprawiając, iż znowu odezwał się dzwoneczek. Zamknęła je za sobą i odetchnęła świeżym powietrzem, patrząc na miasto pogrążające się w nocy. Oparła się niedbale o ścianę, rozmyślając nad tym wszystkim. Wkrótce wybierała się do parku z Lynnem, a miała co do tego mieszane uczucia. Strasznie mieszane uczucia. Za chwilę mieli wyruszyć w jedno z miejsc, które najbardziej lubiła...

z/t x2 ➡ Smętna szklanrnia

___________________


Ostatnio zmieniony przez Isabelle dnia Nie Cze 26, 2016 5:38 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Sob Cze 18, 2016 8:32 pm

Tego dnia padał deszcz. Choć właściwie takie stwierdzenie to jak powiedzieć, że człowiek z amputowanymi nogami nie jest zbyt żwawym tancerzem - takie lekkie niedomówienie, ponieważ uliczkami zaczęły płynąć rzeki. Nie, wróć! Potoki. Nie było to jednak dziwne, gdyż od wczorajszego wieczora non-stop lał deszcz, a nad głowami mieszkańców Wishtown wisiała wielka, szara chmura, która za nic nie chciała ruszyć się z miejsca, a do tego wiatr.
Większość ludzi nienawidzi takiej pogody. Tak znienacka i to o tej porze roku? Jeszcze do tego o takim natężeniu. Po prostu gorzej być nie mogło! Nie dotyczyło to jednak czarnowłosej czarownicy. Nawet kiedy jeszcze mieszkała w swoim starym domu w lesie uwielbiała siedzieć przed oknem i godzinami wpatrywać się w przemoknięty, zniekształcony przez krople deszczu na szybie świat za oknem. Wyciszało ją to i wprawiało w przyjemny, lecz melancholijny nastrój. Tak też było tym razem. Już od dłuższego czasu stała oparta na miotle przed oknem i wlepiała wzrok w zalaną przez ulewę uliczkę, lekko kiwając się na boki jakby w rytm deszczu. Z zewnątrz wyglądała pewnie jak stęskniony, usychający z miłości młodzieniec, czekający na powrót ukochanej, ale na szczęście mało kto wychodził dziś z ciepłego domu, by wykąpać się na chodniku. Tak myślała, że gdyby nie to, że mogła tutaj siedzieć to jeszcze przed południem utopiłaby się na ulicy. Pracownia wydawała się teraz klatką bezpieczeństwa, a otworzenie drzwi groziło zalaniem.
Wyrwało to ją ze stanu pogrążenia we własnej głowie. Rozejrzała się po podłodze, na której na szczęście nie było już kałuż naniesionych przez przemokniętych klientów, bo zmywanie ich jest absolutnym koszmarem. Już od dłuższego czasu nikt tu nie zawitał. Cóż... Czemu tu się dziwić? Dziewczyna westchnęła głośno.
Uniosła wzrok, by objąć nim skąpany w półmroku zakład. Świeciła się tylko jedna świeca przy ladzie, a poza tym w mechanizmach na półkach odbijało się jedynie szare światło z dworu, a w uszach można było usłyszeć jedynie krople deszczu dudniące o szybę w oknie. Znowu ogarnęło ją to trudne do opisania uczucie. Niby pracowała tu już pare dni, ale nie czuła się tu zbyt komfortowo. Nadal ogarniał ją dziwny zachwyt, a przy tym przechodził dreszcz, kiedy tylko mogła zawiesić dłużej oko na jednym z cacek znajdującym się w tej pracowni. Shilvia podeszła do półki i poczęła się przyglądać sobie w jednym z nich dokładnie oglądając swój nos i oczy jakby widziała je po raz pierwszy. Już miała wyciągnąć rękę, by złapać ów urządzenie i przyjrzeć mu się bliżej, aż ją ręce świerzbiły.
Nagle jakby zza jej pleców rozległ się szmer. Dziewczyna wręcz podskoczyła w miejscu i o mało nie strąciła wszystkiego z regałów. Odwróciła się szybko w stronę drzwi na zaplecze, z których wydobywało się światło. Uspokoiła oddech i przełknęła ślinę. Mimo jej odpływów, a przy tym zapominania o bożym świecie, ani na chwilę nie zapomniała kto oprócz niej siedział w tym zakładzie. Nie widziała go od momentu, kiedy przeszedł tu ostatni klient, a on znikł w odmętach zaplecza. Jej ręce zacisnęły się na miotle. Sama nie wiedziała co o nim myśleć, bądź jak się czuć w stosunku do niego. Praktycznie oprócz szybkiego objaśnienia co miała tu robić i krótkich poleceń nie odzywali się do siebie nawzajem, nie wspominając o jakiś większych incydentach jak w rezydencji, aż ją dreszcz przeleciał. Zmarszczyła brwi. W jej głowie przez ten czas zrodziło się tyle pytań: Co on zamierzał z nią dalej zrobić? Co powinna odpowiadać ludziom? Kim on właściwie jest? I masa innych, których nie miała odwagi zadać. Nadal czuła przed nim lęk, ale już nie do takiego stopnia jak w dniu ich poznania, co nie zmieniało faktu, że najlepiej czuła się na drugim końcu zakładu z dala od niego.
Jej ciekawość, która mimo iż wiele razy władowała ją w kłopoty, nakazała jej powolnym krokiem przekroczyć drzwi na zaplecze. Stanęła w rogu udając przy tym, że zamiata podłogę. Dopiero po chwili, a do tego i tak mając wątpliwości podniosła swój wzrok. Siedział tam, przy stole, przy świecy, w skupieniu. Shilvia przełknęła ślinę i powoli zaczęła się zbliżać do niego. On nadal był cicho. Im bliżej jego pleców była, tym bardziej żałowała swojej decyzji, ale chyba było już za późno, bo właściwie znajdowała się już tuż za nim.
Już zapomniała co ona tu w ogóle robiła. O, rany! Chyba miała się o coś zapytać skoro nikogo nie ma? Przecież się tak po prostu nie zapyta! Zastanawiała się, czy dźgnąć go w plecy czubkiem miotły, czy coś. Usłyszała też jak mruczy coś cicho pod nosem, aż ją dreszcz przeszedł, mimo iż nic nie słyszała. Pochyliła się, by zajrzeć co on tam robi. Wszędzie na stole leżały jakieś drobne części, lecz nie wiedziała jak się nazywają. Chyba skręcał jakiś zegarek. Nie widziała zbyt dobrze, więc stanęła na palcach, by zobaczyć co on tam miętosi w dłoniach.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Sob Cze 18, 2016 10:48 pm

Nawet jeśli na zewnątrz panowałoby piekło; zamiast deszczu mógł spadać kwas, a ziemia mogłaby być lawą, nie zwróciłby na to najmniejszej uwagi, siedząc wewnątrz swojej bezpieczniej utopii, majstrując w najgłębszym skupieniu, jak artysta tworzący na płótnie swe kolejne dzieło. I tak stało się i tym razem. Widok za oknem mógł być uznany romantyczny, może nawet gdzieś pośród ciepłego, wiosennego deszczu ktoś zebrał się na oświadczyny? (Chociaż w taką pogodę lepiej było zadbać o swoje życie próbując nie utonąć niż zajmować się miłością swojego życia.) On miał jednak to za nic. Zignorował wszystko, jakby nie było to niczym nadzwyczajnym ani szczególnym, jak chociażby słoma tocząca się po ulicy.
Obecność Shilvi w jego zakładzie miała swoje zalety. Ktoś przypominał mu o bożym świecie i o konieczności jedzenia. Chociaż z tym ostatnim było u nich krucho. Majątek Lynna rósł z każdym dniem, a on i tak zasypiał często z pustym brzuchem, gdy zamknęli jego ulubioną karczmę przed czasem albo nie sprzedawano już klusek na kolację.
Dlatego, gdy podeszła tuż pod jego ramię, oderwał się na od pracy, rozglądając się wkoło. Na zewnątrz panował taki mrok, że ciężko było określić porę dnia, więc pospiesznie zerknął na zegarek, wydobywając go ze swojego stałego miejsca. Mogli już powoli zamykać zakład, bo nic nie zapowiadało przybycia kolejnego klienta; w taką pogodę nie zawitałby u nich nawet pies z kulawą nogą. Odstawił drobny mechanizm na blat stołu, myślami przenosząc się na zupełnie inne tereny, w końcu też obdarzając Shilvię spojrzeniem.
- Czy mi się zdaje, czy ty się obijasz, gówniaro? – powitał ją tymi pięknymi słowami i jeszcze siedząc sięgnął po laskę, aby zastukać pod jej stopami, jak zwykł to robić, gdy chciał ją przestraszyć. Zgodnie z obietnicą; nie dotykał jej więcej, skoro tak namiętnie sobie tego nie życzyła, jednak przyprawianie dziewczęcia o drobne zawały i dźganie ją końcem laski uważał za zupełnie nieszkodliwe i czynił to wedle swego uznania. Tak, bywał okropnym człowiekiem.
- Ech... – westchnął, po czym wyprostował się i przeciągnął w swoim siedlisku. – Nic dobrego nas już tu nie spotka, Shilvio. Możemy wracać do domu. – odwrócił się do niej, choć nie wstał jeszcze z miejsca. Parasol. Czy ja wziąłem parasol!? – Zastanowił się w myślach, rozglądając się po pomieszczeniu. Prędko jednak udzielił sobie odpowiedzi negatywnej. – Albo... możemy przeczekać deszcz. – Chociaż póki co zapowiadało się na to, że umrą tu z głodu, bo deszcz od jakiegoś czasu nie chciał przestać lać.
- Możemy też pograć bierki. Albo posprzątać w szafach, mam tam mnóstwo nieużywanych rzeczy. Opiłki metali możesz sobie zjeść na podwieczorek. – usiłował się uśmiechnąć, choć natychmiast spoważniał i dodał drobne sprostowanie. – To był żart, ani mi się waż. – zdarzało mu się zapomnieć, że Shilvia byłaby zdolna to zrobić. Właściwie nie miałby nic przeciwko, bo pozbyłby się czegoś, co uważa za śmieci, niewarte jego czasu, jednak prędzej dałby się pokroić niż pozwoliłby na możliwość przyłapania wiedźmy. W jego własnym zakładzie.
Tak więc, nie mógł na to przystać. A poza tym żywił cichą nadzieję, że przy normalnej diecie Shilvia odzyska naturalną barwę, mniej zielonkawą i bardziej typową dla ludzi.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Nie Cze 19, 2016 12:28 pm

No nawet nie było tak źle przez chwilę do póki ten nie zaczął walić laską tuż obok jej stopy. Wtedy to myślała, że zaryje głową w sufit - tak wysoko podskoczyła, a na dodatek o mało nie walnęła się czubkiem miotły w czoło. - Nie, nie, nie, nie! - Uniosła dłonie w obronnym geście i zaczęła nerwowo kręcić głowę. - Pracuję, pracuję! Widzi pan?! - Z szerokim, ale niezręcznym uśmiechem zrobiła trzy kroki w tył, a przy tym poczęła energicznie machać miotłą co chyba miało przypominać zamiatanie. Jednak w momencie kiedy na nią nie patrzył wytknęła mu język. Ugh. Straszny z niego był buc, aż trudno było uwierzyć jak w bardzo "czarującego" jegomościa potrafił się zmienić, gdy do pracowni przychodził klient. Stawał się wtedy miłym, uśmiechniętym i życzliwym mężczyzną, za którym chichotały niektóre kobiety odwiedzające zakład przez co Shilvia ledwo powstrzymywała wybuchnięcie śmiechem. Gdyby tylko wiedziały co o nich mówi, kiedy wychodziły... Cóż, dziewczyna mogła uważać się za szczęściarę (bądź wbrew przeciwnie), gdyż jakio jedna z nielicznych widziała jaki był naprawdę pan zegarmistrz, nie bawiący się w żadne przywdziewanie masek.
Uniosła jednak brwi słysząc o sugestii pójścia do domu. Mimo że nie znała go długo, to z odwagą mogła powiedzieć, że Pan Cavendish najchętniej w ogóle nie wracałby do łóżka (ani na jedzenie), tylko siedziałby tutaj skręcając jakieś mechanizmy. Jak już spędzasz z kimś większość swojego czasu to zaczynasz dostrzegać jeszcze więcej dziwactw, niż odpowiedzi, lub uzasadnień na nie. Jednym z nich na przykład były jego nawyki żywieniowe. Shilvia była przyzwyczajona do bycia głodną, ale ona to ona, a poza tym nie mierzyła z jakiś dwóch metrów. Nie wiedziała jak on był w stanie mieć na cokolwiek siłę, skoro jadł tyle co taki, o, wróbelek. Bardzo możliwe było, że po prostu nie potrafił gotować. Jaki gamoń.
Niepotrzebnie się tak rozwodziła. Przecież i tak zostawali w pracowni, a na dodatek chyba na noc, bo nie wyglądało na to, że deszcz skończy się w tym stuleciu. - Hę? - Obdarzyła go bardzo zbitym z tropu wzrokiem, po czym znowu przybrała ten swój desperacki uśmiech. - Dobrze, że pan mi to mówi, pnie Cavendish, bo miałam już iść po nóż i widelec. Hehehe. - W ogóle nie rozumiała tego faceta, w ogóle! Nawet sama nie wiedziała o czym w tym momencie plotła. Nigdy takich ustrojstw nie miała w dłoni. Jak widać żarty nie były jego mocną stroną. No ale cóż... Co jej zostało innego, niż tylko śmianie się ze swojej bezradności.
Po chwili jednak spoważniała. Byli tu sami, a ją od samego początku, jak zaczęła tu pracować korciło wiele pytań, a w szczególności jedno. - Panie Cavendish, mam pewne pytanie... - Stanęła wyprostowana i przycisnęła do siebie miotłę. - Bo ten... No... - Zadrżała. Bardzo trudno jej było mówić o co jej tak na prawdę chodziło. Jego widok nadal robił na niej wrażenie. - Bo chodzi mi o to, że... Yyy... Ech... - Wzięła w końcu głęboki oddech. - Bo... bo chodzi mi o to, że kiedy tam u pana w domu... Tam się wtedy pytałam o coś i pan mnie nie zrozumiał... - Przełknęła ślinę. - No bo jak się pytałam dlaczego mnie pan tu ciąga to nie chodziło mi o to, że dlaczego mam to wszystko odpracować. Tylko raczej... Dlaczego pan targa wiedźmę ze sobą? W sensie, że dlaczego nie oddał mnie pan Inkwizycji. Nie rozumiem tego... - Spuściła wzrok. - I... - Ciągnęła dalej. - Co to są te bierki?

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Nie Cze 19, 2016 11:05 pm

Obserwował jej poczynania nie tyle z rozbawieniem, co z politowaniem. Nie wiedział, co dziewczę odpieprzało i niestety, miał o jedną klepkę za dużo, by móc to ogarnąć. Wyszczerzył do niej zęby, chociaż w jego oczach malowało się raczej zwątpienie.
- Nie, widzę tylko dziewczę w iście debilny sposób udające, że to czyni. – pokręcił niechętnie głową, po czym wstał od biurka, prostując kości. Nie ruszył się jednak z miejsca, bo zapowiadało się na nieco dłuższy dialog w ich wykonaniu. Cóż, mógł wyjątkowo na to przystać, przecież mieli czas. Praca dobiegła końca, a nie mogli wrócić do domu, bo wątpił, by Shilvia potrafiła pływać. Oparł się więc o blat, przyglądając się jej z góry. – Nie wiem, co mnie tobą pokarało… - to był właściwie jego stały tekst, którego zwykł już używać zbyt często.
Nie uważał spotkania Shilvii za najgorsze, co mogło go w życiu spotkać. Nie przeklinał dnia, w którym ją spotkał. Czasami go rozśmieszała. Prędzej swoją niezdarnością niż wysublimowanym humorem, ale zawsze. Mógł trafić gorzej. Dodatkowo przecież nie wiązał z nią dalekich przyszłości, wbrew temu, co mówił – że dług, jaki u niego zaciągnęła, spłacić można tylko przez wieloletnią pracę w kamieniołomach. Nie, wychowa ja trochę, nauczy, jak nie wpaść w ręce Inkwizycji w idiotycznie łatwy sposób i wypuści na wolność, jak ptaszka z klatki, licząc, że sobie poradzi.
Dobra, tym razem nie mógł powstrzymać uśmiechu. Aż sam miał ochotę to kontynuować i rzucić komentarzem o deserze z śrubokrętów i dodatkiem przedrzeźniającego ją „hehehe”. Powstrzymał się, bo jeszcze by sobie pomyślała, że mogą tak zawsze.
Obdarzał ją czujnym spojrzeniem, gdy ta usiłowała mówić. A jednak czekał ich jakiś głębszy dialog. Może powinien zaparzyć herbatki na taką okazję? Już sięgał po laskę, bo pomimo szczerych prób nie potrafił jej zrozumieć. Chciał na nią huknąć „wysłów się!”, ale wątpił, by w stresie poszło jej lepiej. Sam nie wiedział, dlaczego nie miał do niej cierpliwości. Zdawało mu się, że lubi dzieci i w razie czego będzie potrafił się nimi zająć. Shilvia jednak była na tyle dziecinna i nierozgarnięta, że nie potrafił przy niej zachować spokoju, choć powinien w szczególności.
- Bo taka mała wiedźma jak ty… – ściszył wyraźnie głos na słowo „wiedźma”. Z przyzwyczajenia, z przestrogi. Teraz dzielili tajemnicę, więc wolał, aby nie wpadli razem przez zwyczajne podsłuchanie niepożądanych informacji. – Może zrobić krzywdę sobie i innym. A poza tym nie przepadam za Inkwizycją. To był przejaw złośliwości i drobnego buntu wobec nich. – mrugnął do niej, bo ów „bunt” mógł nie być zbyt odważny i bohaterski, ale mimo wszystko uważał, że dobrze uczynił. Nie chodziło tu o życie wiedźmy, tylko o życie człowieka. – Spotkałaś kiedyś jakiegoś Inkwizytora? Nie mówi się tego głośno, ale każdy z nich ma coś nie tak z głową albo zaprzedał swą duszę diabłu, w zamian za całkiem dobrą pensję. Dlatego dziewczynka, taka jak ty powinna unikać kolorowych kapturków. Nie wchodzić im w drogę. A w razie czego, wycofywać się ukradkiem, nigdy otwarcie, bo to działa na skurwieli jak spłoszony zając na psa myśliwego. – wypowiedział się, jak zwykle nie hamując przy niej przekleństw. Może kiedyś się nauczy, póki co jednak nie czuł się zobowiązany, by zachowywać się poprawnie. I tak dużym osiągnięciem, jak dla niego, było wypowiedzenie do Shilvii tylu słów na raz. Chodziło jednak o pewną lekcję, którą dziewczę powinno jak najszybciej przyswoić, więc nie zamierzał oszczędzać na czasie ani na głosie.
- Bierki? – powtórzył, unosząc lekko brew. – To taki rodzaj pantalonów. Jak dorośniesz, to zrozumiesz. – wzruszył ramionami, bo tę kwestię uważał za mniej istotną i niewartą jego zachodu. Może, gdy naprawdę będzie miał ochotę w nie pograć, nauczy Shilvię prawdziwego znaczenia tej nazwy. Do tej chwili dzieliły ich zapewne jeszcze wieki.
- Chyba nie jest ci źle z powodu takiego obrotu spraw, co? – zapytał ją w końcu, lustrując wzrokiem. – Prawdopodobnie w przyszłym tygodniu załatwię sprawę z twoim pokojem. Zamieszkasz z pewną miłą panią, w centrum, wraz z jej dziećmi. Nie będziesz musiała się więcej kisić w tym obskurnym pokoju z papierowym kartonem zamiast szafki… - dokończył wypowiedź, mając nadzieję, że jego znajoma nie zmieni zdania, gdy już zobaczy Shilvię na oczy. – To oczywiście nie zwalnia cię z pracy. Ale zapewni ci przynajmniej ciepłe śniadania i kolacje… - westchnął lekko, gdyż on tego oddać jej nie mógł, a bynajmniej nie codziennie.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Sro Cze 22, 2016 5:29 am

Na jej twarzy pojawiło się szczere zdziwienie. Spodziewała się, że mężczyzna ją zbeszta i zbędzie, a nie po prostu najzwyklej w świecie odpowie. Tego się na pewno nie spodziewała. Chyba po raz pierwszy się pomiędzy sobą zrozumieli, więc chłonęła każde słowo, które on wypowiadał, gdyż taka okazja mogła już nigdy nie nastąpić.
Jego słowa przyniosły jednak więcej pytań niż odpowiedzi. Przekrzywiła lekko głowę i wlepiała zawzięcie w niego swoje ślipia. Nie zamierzała poprzestać tylko na tym, tylko pokiwała głową, po czym wypaliła. - Dlaczego pan tak bardzo nie lubi Inkwizycji? Chyba nie jest pan wiedźmą? - Zamrugała. - To... Chyba nie zbyt mądre buntować się takiej organizacji co pociąga za wszystkie sznurki w Wishtown? Przysporzy sobie pan tym tylko wiele problemów panie Cavendish. - Mówiła poważnym tonem, zupełnie jakby ktoś przełączył ją na inny tryb. Nie rozumiała jaki interes mógł mieć zwykły człowiek w ryzykowaniu własnego życia trzymaniem wiedźmy pod swoim dachem tylko po to, by zagrać inkwizycji na nosie, bo jej nie lubi (i choć podzielała to zdanie to nadal kompletnie nie mogła pojąć i delikatnie mówiąc - dość mocno nią to zszokowało).
- Bo wie pan... Ja to tam bardzo dobrze wiem jacy już oni są! - Powiedziała prostując się. Wyglądało na to, że miała się czym pochwalić przed nim. - Spotkałam kiedyś Inkwizytora! W karczmie, kiedy byłam ze znajomą na śniadaniu. Straszna baba! Nie dość, że rąbnięta to jeszcze ruda! Jej spojżniem można by było przeganiać koszmary z domów. Przyszła tam tylko po to, by obić sobie mordę. Ja od razu wiedziałam, że ma coś nie tak z głową, ale mam głupią znajomą o mało przez nią nie wylądowałyśmy obydwie w tym ich szpitalu, bo się tam urządziła bójka! - Mówiąc to zaczęła energicznie gestykulować. Bardzo się wczuła w to co mówiła. - Na szczęście udało się mi ją w ostatnim momencie uratować, a niech mi pan uwierzy, że było blisko! Normalnie widziałam już bramę tę ich przed nosem, ale udało mi się z nią uciec i to całkiem... Umm... - Nagle dotarło do niej co ona najlepszego wygadywała. Tak naprawdę przez tą całą sytuację bardzo naraziła się Inkwizycji, a tylko cudem uszła z życiem i nie miała się czym chwalić poza tym, bo spaprała sprawę po całości. Znowu złapała się kurczowo miotły, uśmiechając się niezręcznie. - Przepraszam, rozgadałam się trochę... Z resztą to ten no... Nudna i głupia historia...
Znów przekręciła z zaciekawieniem głowę, lecz tym razem w drugą stronę. Ciekawe jak on chciał z nią zagrać w te pantalony. Coś jej mówiło, że nie jest to zbyt skomplikowana gra i pewnie dałaby sobie z nią radę.
Na następne jego pytanie nie odpowiedziała, tylko wymownie spuściła z niego wzrok, a jedynie wzruszyła ramionami dodając cicho. - Chyba nie... - Szczerze to sama nie wiedziała jak się czuła. To wszystko było dla niej nowe i nie za bardzo się w tym odnajdywała. Starała się robić to co on jej kazał, a przy tym nie zastanawiać się nad tym za bardzo. Właściwie to przyzwyczaiła się na ulicy do martwienia się jedynie dniem dzisiejszym, lecz kiedy nie musisz martwić się czy zdobędziesz pieniądze na jedzenie i nie zamarzniesz nocą to tak naprawdę na głowę dochodzą Ci nowe zmartwienia, wcześniej na przykład nie myślała o swojej przyszłości. Ostatecznie jeszcze dodała trochę głośniej. - Chyba jest dobrze...
Dziwiła ją decyzja o oddaniu jej w ręce jakiejś obcej kobiety. Nie przeszkadzało jej kiszenie się w obskurnym pokoju z papierowym kartonem zamiast szafki, a o wiele bardziej obawiała się reakcji tych ludzi do których miała się wprowadzić. Pan Cavendish w ogóle sprawiał wrażenie, że nie chciał jej obecności w jego rezydencji, mimo iż prawie się tam nie widywali, no ale cóż... Kiwała tylko głową na znak, że wszystko zrozumiała. Wtem coś nią ruszyło. - Panie Cavendish, a co z panem? - Powiedziała z wyczuwalną nutą przejęcia w głosie. - Będzie miał pan ciepłe śniadanie i kolację? Bo ja mówiłam, że ja potrafię gotować no i wie pan... - Zmieszała się. Mężczyzna był bucem jakich mało, ale jakoś nigdy nie mogła przezwyciężyć w sobie tego dziwnego poczucia empatii do drugiej osoby co wiele razy pakowało ją w kłopoty. -I też... Mówił pan coś o jakiejś nauce, czy coś...

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Nie Cze 26, 2016 10:12 pm

- Wiedźmą? Skąd ci ten idiotyczny pomysł wpadł do głowy? – zmarszczył brwi, bojąc się go jeszcze może siedzieć pod czarną czupryną Shilvii. – Przecież nie staję na placu głównym i nie wrzeszczę, że Inkwizycja może mi possać? – Skrzywił się, a mówił tak swobodnie, nawet nie spostrzegając się, że mógł palnąć coś nieodpowiedniego dla uszu nastoletniej dziewczynki. A zresztą, co mu tam. Niech się uczy! – Mój bunt ogranicza się do takich drobnostek, Shilvio. – Lubił wypowiadać jej imię na głos. Nie wiedział czemu; sprawiało mu to przyjemność. – Ale wiesz? Nie jestem sam. Zdziwiłabyś się, wiedząc ile szanowanych person pragnie, by organizacja spłonęła w swym świętym ogniu, którym tak często się posługuje. – Zacisnął lekko szczęki, mimowolnie się denerwując. Jak za każdym razem, gdy mówił o wytworze, którego nienawidził czystą, gorącą zawziętością.
- Po prostu mam swoje powody. Nie interesuj się. Jak będę chciał to ci powiem. – uciął temat. Pomimo tego, że się rozgadał, nie miał ochoty na zwierzenia. Dla Shilvii wolał pozostać szczerym, skoro mają spędzić ze sobą nieco więcej czasu niż by tego chciał.
Ze zgrozą w oczach przysłuchiwał się opowieści dziewczyny. Już było za późno, by wyrzucić ją na bruk, ale nabierał coraz więcej pewności, że przez nią wylądują razem na stosie albo w inkwizycyjnych podziemiach. W jednej chwili postanowił ograniczyć jej dostęp do świata zewnętrznego. Śniadanie, praca, obiad, praca, kolacja. Od pracowni do wynajmowanego pokoju, niewiele więcej. Puścić taką wolno, to od razu wpieprzy się w ręce Inkwizycji. Aż się wzdrygnął.
- Nie dość, że baba, to jeszcze ruda? I Inkwizytorka? Najgorsze z możliwych połączeń. – Naprawdę tak uważał, chociaż udało mu się przybrać rozbawiony ton. Kobiety może nie dorównywały mężczyznom siłą, jednak były o całe lata świetlne bardziej zacięte i gorliwe w wykonywaniu powierzonych zadań. Maniaczki. - A ty młoda damo… nie waż mi się rozmawiać z nieznajomymi poza zakładem, jasne? Pewnie myślisz sobie, że ją wykiwałaś i jesteś błyskotliwa jak kaczka, której udało się przebyć z jednego krańca rzeki na drugi. Ech, obyś nigdy nie miała okazji zrozumieć, że ta rzeka nie ma końca. Nie pchaj się tam między takich ludzi, Shilvio. Daruj sobie „przyjaciółki”, dzięki którym lądujesz w takich sytuacjach. Nie bierzesz już odpowiedzialności tylko za siebie, rozumiesz? Jeśli ty się wkopiesz, pociągniesz za sobą też mnie. – Spoważniał, a jego głos na powrót stał się twardy i nieustępliwy. Wbijał w nią uważne spojrzenie, a kontakt wzrokowy, który trwał już jakiś czas, zaczął być niewygodny. Wolał, aby potraktowała go poważnie, skoro mieli całkiem sporo do stracenia.
W końcu odszedł od biurka, wyglądając zza okna. Deszcz nie przestawał padać. Trochę mu to nie pasowało. Pracę na dziś uważał za skończoną, a mimo to nie mógł wrócić do domu, jakby uwięziony w swojej pracowni, w której uwielbiał przebywać, o ironio! Wszystko przez tego bachorka, czyż nie?
Dobrze, chociaż tyle, że nie narzekała. Właściwie nawet spokojnie przyjęła taką zmianę jej dotychczasowego życia. Nie zastanawiał się, czy nie planowała przypadkiem uśpić jego czujności i zwiać gdzieś daleko stąd już wkrótce. Teraz by jej już nawet nie zatrzymywał, mając tylko nadzieję, że ucieknie poza granice Wishtown, gdzie będzie bezpieczna. Prawie, bo nigdy nie do końca.
- Ja w przeciwieństwie do ciebie nie wymagam specjalnej troski. Umiem o siebie zadbać. – Wypowiedział te słowa z taką pewnością, że niemal sam w to uwierzył. Co z tego, że zdarzało mu się czasami słaniać z głodu.
- Ach, tak. – Zadziwił się, jak niewiele jej jeszcze powiedział, cały czas działając za plecami Shilvii. – Nie umiesz czytać ani pisać, prawda? – zapytał prosto z mostu, nie chcąc jej obrazić, jednak równocześnie nie posiadając zbyt wygórowanych oczekiwań co do edukacji dziewczyny. – Jeśli masz mi pomagać w pracowni, będę wymagać od ciebie jakiegoś… minimum ogłady. Póki co… nie kłopocz się tym. Muszę dogadać jeszcze kilka formalności. – Ujął to nad wyraz skrótowo, bo historia ze znalezieniem korepetytorki dla nastolatki o poziomie intelektualnym jaskiniowca wcale prosta nie była. A także, znów pojawiała się kwestia zaufania; w grę w nie wchodził nikt o odmiennych poglądach.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
 
Pracownia Zegarmistrzowska
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next
 Similar topics
-
» Pracownia Nanaś~
» Prywatna pracownia/Komnata Hiro [pierwsze piętro]
» Pracownia Laczka.
» Opuszczona pracownia
» Pracownia Eliksirów

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Wishtown :: Uliczki-
Skocz do: