IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Posiadłość Cavendisha

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Posiadłość Cavendisha    Wto Mar 15, 2016 12:04 pm

First topic message reminder :

Z oddali widać ogromnych rozmiarów rezydencję, otoczoną zielonymi terenami, rozległym parkiem, fontanną, a nawet i skrawkiem lasu. Zdawać by się mogło, że we wnętrzu zastanie się pełnię życia, całą rodzinę, zapewne wielopokoleniową, krzątającą się, podającą do stołu służbę, sprzątające pokojówki, czy też dziesiątki gości co wieczór. Przechodząc przez próg posiadłości, dopadnie nas prędzej porażające rozczarowanie. Wewnątrz nie zastaniemy nikogo, większość ścian jest pozbawiona ozdób, meble często stoją nie na swoich miejscach, a niektóre pokoje są ciągle puste. W posiadłości mieszka bowiem zaledwie jedna osoba i niemożliwością byłoby zajęcie przez nią wszystkich pomieszczeń, nawet gdyby nie pracowała przez znaczną większość dnia. Oznak, że ktoś w ogóle urzęduje w owym miejscu jest naprawdę niewiele, bo pierwsze wrażenie wskazuje na grube warstwy kurzu, głuchą ciszę (nie licząc tykania ściennego zegara) i przytłaczającą pustkę. Dopiero, gdy odnajdzie się pokój należący do Lynna, odkryć można pierwsze oznaki życia. Sypialnie połączył on z pracownią, jednak panuje tam względny porządek, co służy zwyczajnej praktyczności, a nie chęci zaimponowania gościom, bo ci niemal nigdy nie przekraczają progu jego domostwa.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn

AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Pon Lip 11, 2016 3:25 am

- Oczywiście, że ci grożę. I spełnię swoją groźbę, gdy okażesz się być nieposłuszną pacjentką. – Choć żartował, ton jego głosu był nieco zbyt poważny. To zapewne przez zmęczenie. Opatrywał ją i w milczeniu wysłuchiwał jej opowieści. Nie spodziewał się czegoś takiego, musiał przyznać. Ale i do tego powinien wynaleźć jakąś radę, prawda?
Jak mu się zdawało, wyobraźnię miał całkiem niezłą, a i tak stała przed nim teraz pewna blokada, niepozwalająca mu na wyjechanie myślami tak daleko, by ujrzeć Isabellę w sukni ślubnej. To o krok za daleko, ledwo widział ją w najprostszych kieckach, nie mówiąc nawet o najbardziej kobiecym ubiorze ze wszystkich innych. Nie wypowiedział tego jednak na głos, miał wrażenie, że dziewczyna jest przewrażliwiona na tym punkcie, najpierw samej zaczynając temat wyglądu charakterystycznego dla płci pięknej, a teraz z pogarda wypowiadając się o mężczyznach, którzy zamiast tego, co ona im oferuje, wolą kobiecość.
- Wygląda na to, że nie starałaś się wystarczająco, czyż nie? Jakbyś sobie odpuściła w momencie, w którym powinnaś dać z siebie więcej. Jeśli czuł do ciebie to samo, co ty do niego… jestem pewien, że cię nie zapomniał. Tacy ludzie zostają z nami całe życie. – Uśmiechnął się smutno, przechylając lekko głowę. Oboje mieli swoje tajemnice i Lynn nie mógł wiedzieć, że Isabelle skłamała w tym przypadku, nawet przez chwilę tego nie podejrzewając. Udzielił jej rady w stosunku do tego, co usłyszał, nie wiedząc, że w przypadku prawdy nie miała ona znaczenia albo wręcz przeciwnie; była ona kłopotliwa.
Kończył już swoje dzieło, gdy musiał wcisnąć swoje ciekawskie ręce, nie tam gdzie trzeba. Jej szept, rumieńce z wolna wypływające na policzki, zbiły go z tropu, spowodowały, że natychmiast pożałował.
- Nic. Nic, wybacz. – Natychmiast oderwał od niej dłoń, mówiąc niego podwyższonym, nerwowym głosem. Dopiero spostrzegł się, co robi, jego gest był zupełnie nieprzemyślany i spontaniczny. Zobaczył, musiał dotknąć, ot. Aby sprawdzić, czy mu się nie przewidziało. – Przepraszam – uciął jeszcze raz, odsuwając się od niej. Nie pytał o znaczenie blizny. To nie była historia na dziś.
Wcześniej planował oczyścić jeszcze jej ranę na policzku, jednak teraz wolał się już do niej nie zbliżać. Przekroczył granicę, po której już nie czuł się swobodnie, nawet jeśli dziś i wcześniej przeżyli tak wiele. Łączył ich ten felerny dzień, w którym śmieli się razem, krzyczeli na siebie, zwierzali i drżeli o swoje życia. Usiadł na zgiętych nogach, z trudem patrząc w jej oczy. Nie wiedział, jak powinien się zachować, dlatego udał, że w rzeczywistości, ostatnie wydarzenie nie miało miejsca.
- Powinnaś już iść – zarządził cicho, chwytając się za zranione miejsce. Według zegara przy ścianie dochodziła prawie szósta, a więc Shilvia wkrótce powinna się zbudzić przy pomocy bicia jednego z zegarów. Skoro tak dobrze mu szło, nie mógł tego spieprzyć już pod koniec. Natychmiast musiał się pozbyć Isabelli, wymyślając jakąkolwiek, wiarygodną historyjkę. – Skręcisz w prawo, wyjdziesz na główną ulicę i o tej porze powinnaś złapać już jakiś powóz, który zawiezie cię z powrotem do centrum. Wyjątkowo cię nie odprowadzę, mam nadzieje, że nie będziesz zła. – Im więcej mówił, tym stawał się pewniejszy siebie.
- Jeśli chodzi o mnie… nie martw się. Z rana przychodzi do mnie pomoc kuchenna, powinna mnie tu znaleźć. Ona się mną zajmie. I cóż, wolałbym, by cię nie widziała… - dokończył tajemniczo, w nadziei, że Isabelle uwierzy w te brednie. Nie zamierzał się więcej tłumaczyć, a przynajmniej nie na raz. Resztę wymyśli na poczekaniu, jeśli Is zacznie się dopytywać. Póki co zaczął się już żegnać, chcąc zupełnie zakończyć ich spotkanie:
- Nie będę ci dziękować, Isa. To nie miałoby żadnego znaczenia. Mam tylko nadzieję… że pewnego dnia spłacę swój dług. – Uśmiechnął się blado, chociaż jednocześnie nigdy nie życząc dziewczynie, by wpadła jeszcze kiedykolwiek w podobne tarapaty. – Powinniśmy pogadać o tym, co zdarzyło się tam, na uliczce. Ale dziś naprawdę nie mam na to siły. – Przez „pogadać” rozumiał wyłożenie jej wykładu, wcale krótkiego. Miał wiele do powiedzenia na ten temat, choć może nie powinien. Jeszcze więcej argumentów, aby udowodnić dziewczynie, że Inkwizycja jest złem, które należy tępić.
Ostrożnie, wciąż trzymając się za ranę, wsunął się na wersalkę, zakładając nogi wysoko na poręczy. Miał nadzieję, że zamiast nieistniejącej kucharki, wkrótce znajdzie go Shilvia. Bardzo chciał znaleźć się już we własnym łóżku, jednak obowiązki same by się nie załatwiły. Musiał wywiesić tabliczkę na drzwiach zakładu, głoszącą, że jeszcze trochę w nim nie zawita. Postanowił nabrać trochę sił i z pomocą swojej podopiecznej ruszyć do doktor Deneve, w nadziei, że ta nie zabije go za stan, jakiego się dopuścił.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 134
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Pon Lip 11, 2016 7:00 pm

Z uwagą słuchała jego słów, a nóż jakaś rada się przyda? Chociaż akurat w tej sytuacji szczerze wątpiła, że cokolwiek zdoła odnowić ich wspólną relację. Za dużo namieszała, a on skreślił ją ze swojego życia. Słysząc co Lynn miał do powiedzenia, o mało co nie roześmiała mu się histerycznie prosto w twarz. O tak, odpuściła, tyle że powód był zupełnie inny niż Lynn mógł przypuszczać. Chociaż z drugiej strony skopała sprawę, nie próbując tego naprawić. Bo to, co uczyniła ciężko było nazwać chociażby "próbą naprawy". Mijali się na ulicy, jakby nigdy się nie spotkali, nigdy ze sobą nie rozmawiali.
  - Och, nie sądzę, żeby mnie pamiętał czy rozpoznał. Zachowywał się, jakby mnie nie znał – po raz kolejny wzruszyła ramionami. - Zresztą nigdy nie dał mi odczuć, że jestem kimś więcej niż koleżanką.
  Jego wypowiedź była nieco kłopotliwa, ale przecież nie wiedział wszystkiego, co wydarzyło się w tej historii. I zapewne raczej prędko się nie dowie.
  Sama nie wiedziała, skąd wzięła się jej reakcja. Przecież nie stało się nic takiego, prawda? Ten drobny gest raczej nic nie znaczył, a zostawił ją w niepewności co do intencji. Chociaż może to odzywała się podejrzliwa natura Inkwizytorki?
  - Nic się nie stało, naprawdę – czuła się w obowiązku wyjaśnić. - Zamyśliłam się tylko... a to mnie zaskoczyło...
  Na oślep chwyciła nieszczęsną koszulę i założyła ją. Mimo wszystko cały czas próbowała unikać jego wzroku. Uniosła jednak głowę znad guzików, gdy tylko usłyszała jego następne słowa.
  - Wiesz, wolałabym zostać i dopilnować, żebyś nie zrobił niczego głupiego, ale skoro już mnie wyganiasz... - zaczęła z ociąganiem. Po kolejnych jego słowach dodała nieco gniewnie:
  - O teraz nagle wolisz, żeby nikt mnie nie zobaczył? - uniosła z niedowierzaniem brwi i wstała, kończąc dzieło. - Nie no w porządku. Co tam, idźmy nocą wśród ludzi, na pewno nikt nie zwróci na nas uwagi. Ale brońcie nas wszyscy, żeby nie ujrzała mnie pomoc kuchenna! I tak plotki się pojawią, jedna mniej czy jedna więcej chyba różnicy nie robi? Ale nie, spokojnie ja wszystko rozumiem, wcale nie czuję się urażona – mówiła.
  Raz, dwa rozpuściła włosy; pozwoliła by jasnobrązowe fale spłynęły na jej plecy. Porwała z ziemi swój płaszcz i zapięła go pod szyją, włosy układając na ramionach tak, by chociaż trochę przykryły ranę. Na koniec założyła kaptur. Kiwnęła tylko głową na pożegnanie. W sumie nie miała nic do dodania, ale jednak odezwała się:
  - Jasne, pewnego dnia o tym porozmawiamy... - wahała się chwilę. - Przepraszam, czuję się okropnie, bo to wszystko wydarzyło się z mojej winy. Mam nadzieję, że kiedyś mi to wybaczysz – odwróciła się i podążyła w kierunku wyjścia.
  Nie obejrzała się. Wychodząc, trzasnęła drzwiami. Specjalnie, czy też nie, znaczenia większego to nie miało. Odetchnęła rześkim powietrzem poranka. Jakoś nie uśmiechała jej się jazda dorożką, wolała iść pieszo, mimo zmęczenia. Zajmie jej to na pewno bez porównania dłużej, ale w tym momencie preferowała spacer w chłodzie wstającego dnia. Rozejrzała się jeszcze dookoła i zniknęła w półmroku.

// zt x2

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Wto Sie 02, 2016 12:25 am

Sądził, że nazajutrz poczuje się lepiej. A raczej nie sądził, że może poczuć się gorzej. Pomylił się, a jakże. Gdy z rana, krótkie godziny po wyjściu Isabelli, odnalazła go Shilvia, gardło paliło go i bolało, jakby miał w nim garść piachu, kończyny mu drżały, czuł się, jakby ktoś go przeżuł i wypluł, właściwie częściowo przetrawionego. Oddałby pół zakładu zegarmistrzowskiego za szklankę wody. Rana na szyi pulsowała żywym ogniem, sen w jaki zapadł był płytki i przerywany; nie dał mu odpowiedniego wypoczynku.
Shilvia zastała go na wersalce przy kominku, majaczącego i rozpalonego od trawiącej go gorączki. Jeśli pytała o przyczynę stanu i chaosu, jaki się wokół niego znajdywał, skrzętnie unikał odpowiedzi, do kiedy tylko mógł, bredząc niewyraźnie pod nosem. Nie wymyślił sobie jeszcze dobrej wymówki, nie miał na to sił. Póki co wolał nie zdradzać dziewczynie, że w jego posiadłości zawitała Inkwizytorka. To nie wzbudziłoby jej zaufania na tym etapie. Wydarzyło się jednak coś nieoczekiwanego - po raz pierwszy od początku ich znajomości, podziękował stwórcy za to, że po wypadku w pracowni, ich drogi się nie rozeszły raz na zawsze. Bezmyślnie uznał, że będzie w stanie ruszyć do lekarza o własnych siłach, jednak już wstanie na równe nogi okazało się być bardzo kłopotliwe. Gdyby nie ona, zapewne resztę życia spędziłby na tej nieszczęsnej wersalce, aż w końcu ktoś odnalazłby jego kości.
Zostawiając za sobą bałagan po operacji, zakrwawiony ręcznik i płaszcz, z trudem i przy nieocenionej pomocy Shilvii, pokonali schody. Udało mu się też przebrać w odpowiedniejszy do łóżka strój. A po tym mógł dopełnić żywota. No prawie, bo jego zakład jakąś godzinę temu powinien zostać otwarty. Nigdy wcześniej nie spóźnił się do pracy, a co dopiero nie przyszedł na cały dzień. Obowiązki nie pozwalały mu się jeszcze wczołgać do łóżka i pozwolić poddać się ogarniającej go coraz bardziej niemocy.
Sięgnął po pióro i skrawek pergaminu, pochylając się nad biurkiem i drżącymi dłońmi napisał krótki liścik, mający zastąpić jego nieobecność w pracowni. Głosił on „Z przyczyn ode mnie niezależnych, zakład będzie nieczynny do końca tygodnia, Lynn Cavendish”. Jego zamaszyste, wdzięczne pismo wypadło tu wyjątkowo blado i krzywo. Z wyjątkowo optymistycznym akcentem założył, że do końca tygodnia uda mu się wyjść z domu albo przynajmniej załatwić sobie jakieś zastępstwo. Rozpaczliwie myślał nad pogodzeniem wszystkich ciążących nad nim spraw, jednak nie doszedł do żadnego wniosku, chwiejąc się na nogach.
Doczłapał się z gabinetu do sypialni, ostrożnie wsuwając się do łóżka, aby jeszcze bardziej nie nadwyrężyć rany na szyi. Wyglądał i czuł się fatalnie. Bez słowa pozwolił Shilvii zająć się swoją raną, zmienić bandaż i przetrzeć rozgrzane ciało, co pomogło choć trochę zakryć zapach wysokoprocentowego alkoholu, którym Isabelle była zmuszona przemywać mu ranę. To był okropny pomysł. Co z tego, że nie sczezł z tego świata od zadanego obrażenia, jeśli teraz zrobi to teraz w chorobie? A w dodatku po torturach jakimi było zszywanie rany i przyżeganie jej rozgrzanym nożem? No kto na to wpadł!?
Stracił świadomość, ponownie zaczął majaczyć, wybudził go dopiero głos Shilvii. Wtedy zebrał w sobie resztki sił i przykazał jej zanieść napisany przez niego liścik, wprost do zakładu. Powiesić przy drzwiach. Wielokrotnie zaznaczał o powadze tego zadania. Nim zapadł w niespokojny półsen, dodał do poprzedniego polecenia:
- I przyprowadź jakąś pomoc… - Oczywiście miał tu na myśli doktor Deneve, ale tego już nie sprecyzował, opuszczając powieki i odpływając w krainę nieświadomości.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Nancy
Cicha Wiedźma
avatar

Liczba postów : 76
Join date : 25/10/2015

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Sob Wrz 24, 2016 7:47 pm

Nancy stanęła przed drzwiami zakładu zegarmistrzowskiego i spojrzała jeszcze raz na trzymany w rękach niewielki zegarek na dewizce, pamiątkę po ojcu. Był on jedną z osób, których blondynka darzyła bezpardonową nienawiścią, która nie ugasła nawet w te kilka lat po jego śmierci. Ale pamiątki mają to do siebie, że z czasem narasta wokół nich sentyment, siła nie do pokonania. Więc nawet taki zegarek zaczyna się mimowolnie szanować i ubolewać, gdy nakręcanie mechanizmu przestaje spełniać swoją funkcję.

Jednak jedyna osoba, do której mogła się zwrócić o pomoc, z przyczyn nieznanych kobiecie chwilowo była poza zasięgiem. Za zamkniętymi drzwiami zakładu nie było nawet żywego ducha. Westchnęła cicho. Nic tu po mnie, pomyślała niezadowolona i zacisnęła palce na zegarku. Cóż, planowała to załatwić jak najszybciej, jednak jak tak miały się sprawy, nie pozostało jej nic innego niż powrót do domu.

Wracając do domu zapytała się kilku osób, co się stało. Czyżby pożar w zakładzie? Choroba? Przymusowy remont? Oskarżenie o czary i pojmanie przez Inkwizycję? A może nieplanowany wyjazd? Nikt jednak nie był w stanie udzielić jej satysfakcjonującej odpowiedzi. To tylko wzmogło niepokój kobiety. Tak, Cavendish był mężczyzną, przedstawicielem płci, której się bała, i znała go tylko z wizyt w jej kwiaciarni, jednak była mocno zdenerwowana. Chociaż doskonale wiedziała, że nikogo znowu nie zasta, postanowiła wrócić pod zakład.

Los się do niej uśmiechnął. Z pewnej odległości dostrzegła drobnego chłopca, który przybijał coś do drzwi. Czekając, aż smętny młodzian się oddali, zaczęła układać w myślach najczarniejsze scenariusze, tylko po to, aby wkrótce zapoznać się z treścią ogłoszenia.

Zakład nieczynny do końca tygodnia, tak?, pomyślała, rozczytując niewyraźnie nagryzmolone na kartce papieru słowa. Przez chwilę powróciła do poprzednich wniosków, to jest wyjazd lub choroba, jednak po raz kolejny zerknęła na kartkę. Z pismem Cavendisha miała do czynienia stosunkowo rzadko, czasem najwyżej posłał jej liścik z prośbą, by na taki i taki dzień przygotować dorodny bukiet białych lilii, jednak była pewna, że charakter pisma mężczyzny jest zdecydowanie bardziej staranny. Niechlujne gryzmoły bardzo ją zaniepokoiły. Jeszcze te złowrogie sformułowanie, „niezależnych ode mnie”… Co u licha musiało się stać?

Z ciężkim sercem zdecydowała się na zachowanie niegodne damy. Mianowicie: śledzić tego chłopca, licząc, że zaprowadzi ją tuż pod bramę posiadłości Cavendisha. Sporo ją wyprzedził, jednak ulicą nie przemieszczało się aż tak dużo ludzi, by nie mogła go dostrzec. Działo to też na korzyść kobiety, która wmieszana w spacerujący tłumek nie była aż tak podejrzana. Najgorsze były zakręty. Gdy tylko chłopiec znikał jej na chwilę z oczu, przyspieszała kroku, prawie że biegnąć.

No ale, grunt, że się jej udało.


___________________
Mowa Myśli

relacje kp teczka mieszkanie
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Nie Paź 23, 2016 5:44 am

Lubiła sypiać w posiadłości, sama w sumie nie wiedziała dlaczego. To nie tak, że panowały tutaj jakieś królewskie warunki czy coś (chociaż dla przybłędy z ulicy zniszczona rezydencja była jak baśniowy pałac), ale jednak świadomość, że ten buc znajdował się w tym samym budynku co ona, po prostu czuła się jakoś przy nim bezpiecznie. Przestała się już go bać na tyle, że nie mdlała na widok jego wzroku i prawdę powiedziawszy musiała przyznać, że nie chciał jej zrobić krzywdy. Był w sumie o wiele milszy dla niej, niż ludzie z którymi miała nieprzyjemność obcować do tej pory (oczywiście zdarzały się malutkie wyjątki), lecz nie zmieniało to faktu, że momentami robił niemalże wszystko, by tylko jej możliwie jak najbardziej dokuczyć. Można było się domyślać, że była dość rozerwana.
Wszystkie rozmyślania znikły jednak, kiedy po wstaniu z łóżka postanowiła pójść do salonu i tam poczekać na swojego szefa, lecz ku jej zdziwieniu wcale nie musiała go długo wyczekiwać. Widok, który tam zastała, zmroził jej krew w żyłach. Zegarmistrz leżący na wersalce przypominał trupa (o wiele bardziej niż zwykle), na całe szczęście jednak ją zauważył i zaczął coś mruczeć, nim czarownica wydała z siebie krzyk myśląc, że jest martwy.
Natychmiast zarzuciła go pytaniami typu: "Co się stało?", "Kto panu to zrobił?", czy też "Może pan wstać?", wszystko niestety na marne, gdyż z ust mężczyzny wydobywały się tylko jakieś jęki. Trudno sobie wyobrazić jaki horror przeżywała teraz Shilvia. W ogóle nie miała pojęcia na czym stoi, co w ogóle ma robić, a na dodatek Lynn wydawał się z sekundy na sekundę wyglądać coraz gorzej. Na pewno nie mogła go tak po prostu zostawić, musiał jakoś znaleźć się w swoim łóżku, ale dostanie się tam na jego własnych nogach kompletnie wypadało z gry. Pomogła mu więc wstać i podpierając go, dowlokła go jakoś na piętro do sypialni co bardziej przypominało wdrapywanie się na szczyt góry z siedemdziesięciokilogramowym kamieniem na plecach, gdyż mimo iż mężczyzna swą posturą przypominał patyk to bądź co bądź jednak swoje ważył.
Będąc już w jego sypialni, Shilvia dokładniej przyjrzała się jego ranom. Z chwili na chwilę robiła się coraz bardziej niespokojna. Bandaże wyglądały paskudnie, a to co znajdowało się pod nimi sprawiło, że na chwilę jej serce przestało bić. Niezwłocznie przyniosła nowe bandaże ręcznik, by obetrzeć ciało zegarmistrza.
Nie zajmowała się takimi rzeczami nigdy wcześniej, lecz znała się trochę na szyciu (a dokładniej na wyszywaniu) i z całym szacunkiem, ale ktoś odstawił tam jawną fuszerę. - Panie Cavendish, kto panu to zrobił, niech mi pan natychmiast powie! - Prosiła go błagalnym tonem wycierając go ręcznikiem. Nie odpowiadał jej, na co ona z przerażeniem w głosie. - P-panie Cavendish, słyszy mnie pan? - Znowu nie uzyskała odpowiedzi. Tego już było za wiele. Chwyciła go za ramię i energicznie potrząsnęła. - PANIE CAVENDISH!!! - Była już na skraju płaczu.
Zegarmistrz na szczęście nie odszedł jeszcze do krainy umarłych i wcisnął jej liścik, który ówcześnie przygotował. Skinęła głową wysłuchawszy już jego polecenia, ale naprawdę nie widziało jej się zostawiać go samego w takim stanie. Jednakże musiała przyznać, że była po prostu za głupia by coś sama zdziałać i zapewne pogrążyłaby go jeszcze bardziej.
- Tylko niech pan się nigdzie przez ten czas nie rusza! - Rzuciła jeszcze przed wyjściem i ruszyła na miasto.
Napotkał ją pierwszy problem. Kompletnie nie miała pojęcia gdzie teraz powinna się udać, a stres, który teraz pochłaniał całe jej ciało wcale tego nie ułatwiał. Wiedziała, że istniała klinika tej wielkiej, białej istoty, która niegdyś wybawiła ją od rychłej śmierci, lecz miała swoje powody, by tam nie iść, o Inkwizycyjnym szpitalu nie wspominając.
Desperacko zaczęła pytać ludzi na ulicy, którzy albo mówili o klinice Noitów, albo o tym zbiorowisku kapturków. Trafiła w końcu na kogoś kto wskazał jej dom na obrzeżach i kazał pytać o doktora o nazwisku Hackett.
Uradowana popędziła ile sił miała w swoich wątłych nogach kierując się wskazówkami dobrotliwego przechodnia. W końcu dotarła do kamienicy. Miała jeszcze małą przygodę, z wejściem komuś do domu w mało dwuznacznej sytuacji co skończyło się dla niej bycia nazwanym zboczeńcem i oberwaniem miotłą po głowie, ale nie zagłębiajmy się w szczegóły.
Nie będąc pewna już zupełnie pod którymi drzwiami powinna znaleźć doktora zapytała starszego pana schodzącego ze schodów czy przypadkiem nie wie gdzie ów osobnik o nazwisku "Hackett" przyjmuje.
Starzec wybałuszył na nią oczy spod grubych okularów. - Młodzieńcze... - Zaczął zachrypniętym głosem. - Doktor Hackett nie przyjmuje... - Shilvia wnet odpowiedziała mu przejętym tonem. - A-ale jak to? Wyjechał? Kiedy wróci?!
Starszy pan spochmurniał. - Nie wróci... Stary, poczciwy Hackett nie żyje już od... Chyba dziesięciu lat. - Pokręcił wnet głową - Biedak nie mógł się pozbierać po stracie syna.
Na twarzy Shilvii w jednym momencie pojawił się istny terror. Nie odpowiedziała nic więcej. Staruszek widząc chyba jak ta wiadomość wstrząsnęła (w jego oczach) chłopcem wyciągnął z kieszeni landrynkę i położył ją na jego zielonkawej dłoni po czym minął go, znikając za jego plecami.
Mała czarownica stała tak jeszcze chwilę oszołomiona. Otrząsnęła się jednak chwilę później. Wcisnęła cukierka od kieszeni i wyszła pośpiesznie z kamienicy, ruszając w stronę miasta.
Zamiast landrynki miała w tym momencie ochotę zjeść najbliższą metalową rzecz w zasięgu wzroku, ale obiecała coś jej szefowi i musiała się powstrzymać... Lecz czego pan Cavendish nie zobaczy, to go nie zaboli, nieprawdaż? Ot, znalazła parę zardzewiałych gwoździ (tych od Lynna w życiu by nie ruszyła!), które wlały się ludziom pod nogami. Zapewne ktoś je zgubił jakiś czas temu, cóż, jego strata. Włożyła je sobie do buzi gdzieś na uboczu, a rzucie ich niebywale ją uspokoiło (dziewczyna niemalże trzęsła się jak galareta do tego momentu).
Jej spokój trwał jednak niebywale krótko, gdyż po dotarciu pod zakład ogarnął ją wielki smutek. Przybijając kartkę do drzwi naszła ją pewna przerażająca myśl. A co jeśli on tu nie wróci? Wyglądał naprawdę źle, kiedy zostawiała go w posiadłości, a trochę czasu już minęło... Nie! To nie mogła być prawda! Niepokojące myśli zaczęły kłębić się w jej głowie podczas, gdy nieomal nie uderzyła się w palec młotkiem z pracowni.
Musiała do niego wrócić. Szła bardzo szybkim krokiem, a na jej twarzy oprócz smutku zaczęła malować się również i złość. Co on sobie w ogóle myślał? Dać się tak poturbować, a później tak nieudolnie zaszyć rany? Nie mógł przecież sam siebie tak skrzywdzić! Ale ten głupek nie ma siły przecież teraz mówić! Jak ona mogła nie słyszeć tego, że w salonie działy się takie rzeczy? Do tego teraz praktycznie wracała z niczym. Mogła mu pomóc też wczoraj, kiedy to się stało, a teraz on pewnie umrze i to przez nią, a był on przecież dla niej taki dobry! Dał jej dach nad głową, pracę i jedzenie. Co teraz będzie?!
Niemalże wybuchnęła płaczem docierając do posiadłości. Już była naprawdę blisko, kiedy zdecydowała się odwrócić za siebie. I wtem ujrzała... Chyba anioła. Przez chwilę podziwiała ową niebiańską postać w milczeniu, kiedy nagle wypaliła z impetem. - Pani Braithwaite? - Uśmiechnęła się maniakalnie. - Jak dobrze, że pani jest! Proszę iść za mną!- Podeszła do owej kobiety, którą kojarzyła z zakładu (i z opowiadań Lynna), by zaciągnąć ją za rękę wprost do rezydencji.
Tak ciągnąc bogu ducha winną kobietę po schodach mówiło energicznie - Pan Cavendish ucieszy się z pani widoku, naprawdę! Jest teraz chory, ale pani na pewno wie co robić, prawda? - Uradowana prowadziła ją wprost do sypialni mężczyzny. Dziewczyna zapewne myślała, że skoro ta pani zna się na kwiatach to musi się znać też na zielarstwie i na pewno uleczy pana domu w trymiga.
- Panie Cavendish, przyprowadziłam kogoś... - Czarownica ostrożnie wychyliła się zza drzwi zaglądając do sypialni.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Nie Paź 23, 2016 4:46 pm

Gdy Shilvia wybiegła w pośpiechu, obudziła się w nim drobna nadzieja na dożycie jutra. Wyglądała na zaangażowaną. Dziewczę, co prawda, nie było okazem mądrości, ale jak sądził – co trudnego było w przyprowadzeniu doktor Deneve do posiadłości? Znała go nie od dziś, w końcu to ona pomogła mu stanąć na nogi trzy lata temu. Był pewny, że gdyby Shilvia odpowiednio wyjaśniła sytuacje, tamta zgodziłaby się na wizytę domową. Leżał więc w łóżku, żałując jedynie, że nie poprosił swojej podopiecznej o szklankę wody, a nie o powierzenie jej swojego życia. Jeszcze.
Umysł miał poważnie zaćmiony, a wszystkie kończyny jak z waty, jednak udało mu się wydobyć z szafki przy łóżku ceramiczne naczynie, zapewne służące w latach swojej świetności jako wazon, wystawiając je za okno. Oczywiście, trochę się namęczył z roztwieraniem okiennic, a powiew wiatru, jaki natychmiast uderzył jego rozpaloną twarz, prawie zwalił go z nóg. Napełnił naczynie deszczówką, jednak nie mając siły na zamknięcie źródła chłodu i wiatru, więc skulił się pod pierzyną, pijąc wodę, smakującą jak kurz, ciekawe dlaczego.
Nie utrzymał wazonu w trzęsących się dłoniach, ten z łoskotem upadł na dywan. Nie ponawiał próby, czując, że następnym razem może go wywiać z pokoju. Grzecznie czekał więc na swoje zbawienie, telepiąc się jak galareta i usilnie próbując nie dokonać żywota. Zdarzyło mu się wielokrotnie zapadać w płytki półsen, z mniej lub bardziej absurdalnymi snami. Raz nawet śniło mu się, że Shilvia zamiast doktor Deneve przyprowadziła mu Nancy! Ha, dobre sobie! Chyba aż tak nie mogła go nienawidzić, prawda? Prawda…?
Otworzył oczy, a mara senna wcale nie odchodziła. Stała przed nim, jeszcze w progu pokoju, razem z jego wychowaną, najwyraźniej dumną ze swojego postępowania. Przez ładne kilkanaście sekund nie był w stanie wykrztusić z siebie słowa. Ogarnęła go czarna rozpacz, prędko zastąpiona przez bezsilną złość. Nawet nie miał mocy w rękach, aby zdzielić to tępe dziewczę laską…! Ale niech poczeka, aż wstanie…!
Jak pomyślał, tak też zrobił, wyglądając iście jak żywy trup decydujący się na opuszczenie swojego nagrobku. Wsparł się na dłoniach, osuwając pierzynę, a wiatr rozgarnął mu włosy ze mokrej od potu twarzy. Mord w oczach był lekko przyćmiony przez jawne zmęczenie. To jednak nie przeszkodziło mu w chwyceniu pierwszej rzeczy jaka napatoczyła mu się pod palce, spoczywając również na szafce przy biurku. Mianowicie był to klucz francuski, imieniem Lorena, dwunastocalowy. Cisnął nim w dziewczynę, poświęcając w ten gest ostatnie resztki swoich sił. Skoro nikt nie mógł mu pomóc, za logiczne uznał zabicie Shilvii.
Spudłował, sił miał tyle, że klucz ledwo doleciał do drzwi i tak tworząc lekkie wyżłobienie w ścianie obok. Udawał, że taki był jego plan od początku, a dziewczyna powinna potraktować to jako strzał ostrzegawczy. Złapał się za głowę, dysząc z trudem, ale to wcale nie odbierało mu wrażenia, że na chwilę obecną lepiej się do niego nie zbliżać, jeśli nie chcę się zostać ugryzionym.
- Ty kretynko… - wysapał, przerywając prędko, bo nie miał sił, aby kontynuować. – Czego nie zrozumiałaś w poleceniu „sprowadź pomoc”? – warknął przez zaciśnięte zęby, zupełnie ignorując obecność Nancy, która zdążyła przywyknąć do nieco bardziej uprzejmego traktowania. – LEKARKĘ, DURNA DZIEWCZYNO. NIE KWIACIARKĘ!!! – podniósł głos, rozglądając się za kolejnym przedmiotem do rzucenia. W oczy rzucił mu się leżący na podłodze wazon z rozlaną wodą. – Wyjdź. Bo następnym razem nie spudłuję – zagroził jej jawnie.
Usiłował się uspokoić, ale nie zdołał się do końca przejąć swoim niepoprawnym zachowaniem. Było mu źle, czuł się fatalnie, nawet gorzej niż podczas najgorszej z męskich chorób – kataru i kaszlu. Mimo to, ton jego głosu nieco złagodniał:
- Pani Adler… - zaczął, a w oczach mu pociemniało. Dyszał niespokojnie, przymykając powieki. Nie potrafił ułożyć prośby o sprowadzenie tu kogoś kompetentnego, słowa nie układały się w spójną całość, nawet w jego głowie. – Proszę… - znów urwał w połowie, ale tym razem nie wydobył z siebie żadnej kontynuacji. Opadł z powrotem na pościel, częściowo tracąc kontakt ze światem rzeczywistym.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Nancy
Cicha Wiedźma
avatar

Liczba postów : 76
Join date : 25/10/2015

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Nie Paź 23, 2016 5:48 pm

Stanęła w miejscu, gdy tylko postać chłopca stanęła w miejscu. Na chwilę kobieta sama zastygła bez ruchu tylko po to, aby po chwili niepewnie zacząć się cofać. Machinalnie owinęła się płaszczem, chociaż wiatr wcale nie zawiał. Nie, po prostu bała się, że ktoś rozpozna w niej prześladowczynię małoletnich dzieci. Ale zobaczyła, że dzieciak jest na krawędzi swoich wytrzymałości. Gdy zobaczyła, że chłopiec odwraca się w jej stronę, uśmiechnęła się lekko. Bardzo, ale to bardzo powoli zaczynała w nim rozpoznawać w nim pewną dziewczynkę, którą miała przyjemność poznać dość dawno temu. Shilvia. Mały smakosz wszelkiego żelastwa i gwoździ, którego przyłapała na podgryzaniu płotu na obrzeżach miasta. Od pewnego czasu nie widziała jej nigdzie, przez co myślała, że mała czarownica wpadła w łapy Inkwizycji – a tu proszę, mieszkała w najlepsze u Cavendisha! Co za zabawny zbieg okoliczności.

Tak, to bez wątpienia była Shilvia. Poznała ją po głosie, a ponadto tylko czarownicom przedstawiała się jako Braithwaite – ot tak, dla większego bezpieczeństwa obu stron. Dygnęła elegancko, gdy Shilvia do niej podeszła i donośnym głosem się przywitała – o ile tak można nazwać wykrzyknięcie jej fałszywego nazwiska. Uśmiechnęła się jedynie słodziutko i przykładając palec do ust szepnęła:

Lepiej będzie, jak będziesz mnie nazywała w mieście panią Adler.

Gdy dziewczyna chwyciła Nancy za rękę, ta pomyślała w pierwszej chwili, że przypada właśnie któraś już rocznica śmierci narzeczonej Cavendisha. To by wyjaśniało zamknięcie zakładu, ciągnięcie biednej Nan do posiadłości i smutek Shilvii. Cavendish może i był twardą osobą, ale jednak Adler swoje przeczuwała. Skoro rozkleił się nieco przed kwiaciarką, to może, zamroczony zamienionymi na promile procentami, wyśpiewał pieść swojego serca i Shilvii? Ale co ona u niego, do licha, robiła? Sprzątała może? Raczej nie gotowała. Cavendish nie wyglądał na amatora żelaza...

Na co jest chory?! — zdążyła jedynie wykrztusić podczas szalonego biegu po schodach. Co ona mogła zrobić, skoro nie wiedziała, co się stało z tym zegarmistrzem? Miała przy sobie... No w porządku, jej moc mogłaby mu pomóc. Ale może jest to coś mało groźnego, jak katar? Mężczyźni w takich chwilach zachowują się niekiedy gorzej niż dzieci...

O tym, jak błędne były jej założenia, przekonała się szybko. Może nawet aż za szybko, bo widok Cavendisha był obrazem nędzy i rozpaczy. A sam widok Nancy musiał go wyjątkowo rozświeczyć, skoro odważył się wstać. Wyglądał okropnie. Zalany potem, włos rozwiany, krok niepewny, twarz szaleńca. Do tego ten leniuchujący wazon na dywanie... Tyle pokrótce zdążyła zarejestrować kwiaciarka, gdy nagle o ścianę uderzyło jakieś metalowe żelastwo. Nan nie znała się zbytnio na zawodzie Cavendisha, na narzędziach, którymi się posługiwał, tym bardziej, ale udało się jej stwierdzić, że to, co wylądowało niedaleko Shilvii, bez wątpienia było kluczem francuskim. Biedny zegarmistrz! Z rozpaczy i tęsknoty za ukochaną oszalał!

Panie Cavendish! — podniosła głos, gdy mężczyzna nie dość, że podniósł głos na i tak dostatecznie wystraszoną Shilvię, to jeszcze zaczął jej grozić. Ale po chwili rysy jej twarzy złagodniały, a oczy otworzyły się szeroko z przerażenia. Dostrzegła jego szyję. Co on wyrabiał...?

Dopiero gdy Shilvia wyszła, pozwoliła sobie na cichy jęk przestrachu. Tu naprawdę potrzebne były już czary, nie medycyna...

W porządku... Zajmę się panem... — Zrzuciła płaszcz i położyła go na stojącym nieopodal taborecie. Usiadła obok leżącego mężczyzny i przetarła mu twarz jedną ze swoich chustek. Chyba nie miała wyboru... Ale najpierw chciała chociaż odrobinę zbić temperaturę i uśpić Lynna – tak, by o niczym się nie dowiedział.

Ostrożnie odwinęła bandaże oplatające szyję Cavendisha i przyjrzała się uważnie jego szwom. Nie wyglądało to za dobrze. Nie chciała odmawiać dobrych intencji osobie, która założyła mu szwy, ale musiała jednak powiedzieć wprost: dobrymi uczynkami piekło jest usłane.

Plan działania: zbić gorączkę, uśpić i szybko pocałować, aby rany zaczęły się porządnie goić...


___________________
Mowa Myśli

relacje kp teczka mieszkanie
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Nie Paź 23, 2016 8:53 pm

- Zobaczy pani jak już dojdziemy! Naprawdę spadła mi pani z nieba! - Wołała z ulgą Shilvia pędząc po do sypialni pana domu. Pani Braithwaite bardzo jej pomagała, kiedy była na ulicy i nawet nie zbiła jej za jedzenie płotu (Lynn powinien się od niej wiele nauczyć).
Przekroczywszy próg już z gościem zawołała. - Spotkałam po drodze panią Bra- Znaczy się panią Adler i pomyślałam, że skoro... - Nagle jednak pan Cavendish wstał. Wyglądał przeokropnie, jak jakiś koszmar czatujący pod łóżkami dzieci, by tylko je wciągnąć pod nie i zjeść na podwieczorek. Czarownica przełknęła ślinę. Z chwili na chwilę zegarmistrz robił się coraz straszniejszy i zaczął przypominać siebie z ich pierwszego, niefortunnego spotkania, kiedy nieomal wyzionęła ducha.
Teraz zaczęło robić się niebezpiecznie podobnie. Znów poczuła to samo uczucie, które unieruchamiało jej wszystkie kończyny, a struny głosowe wiązały się na supełki. Uniknęła na szczęście pocisku-klucza francuskiego, lecz pewnie nawet nie próbowałaby się przed nim uchronić nawet gdyby leciał jej prosto między oczy.
- A-ale... - Dukała, kiedy on się na nią wydzierał. Przecież zrobiła to co było w jej mocy. Ba, przyniosła mu nawet kogoś o wiele lepszego od lekarza, a on się na nią dalej wytrząsał i do tego jeszcze groził! - A-ale p-panie Cavendish! - Jej oczy wypełniły się łzami.
Koniec końców wybiegła jednak z sypialnio-gabinetu (trzaskając drzwiami oczywiście) i pobiegła do jakiegoś innego, zupełnie losowego pokoju, w którym usiadła w kącie i zaczęła gorzko płakać. Co za pacan! Jak on mógł mówić jej takie rzeczy po tym co dla niego zrobiła, nienawidzi go!


// chwilowe zawieszenie postaci

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Wto Paź 25, 2016 11:17 am

Powieki miał minimalnie rozchylone, ale nic nie wskazywało na jego kontakt ze światem rzeczywistym. Błądził gdzieś na granicy snu i rzeczywistości, nie przekraczając granicy żadnej ze stron. Dostrzegał niewyraźnie ruchy pochodzące z bliska, nie będąc jednak w stanie zinterpretować ich znaczenia. Zdawało się nawet, że współpracuje, odchyla głowę, by Nan mogła sprawnie pozbawić go bandaża, by zabrać się do pracy. Nie robił tego w celu współpracy, po prostu bez świadomości podążał za drobnymi wskazówkami, pochodzącymi od jej rąk.
Mruknął pod nosem coś niezrozumiałego, co niewątpliwie było przekleństwem, nie rozumiejąc, dlaczego ktoś nie pozwala mu odpłynąć w krainę snu, do czego przecież tak dążył. Drżał z zimna, dysząc lekko, jakby to wszystko kosztowało go całkiem sporo wysiłku. W końcu rozchylił bardziej oczy, jednak nie rejestrując postaci Nancy, a dostrzegając pustkę przy drzwiach, dokładniej tam, gdzie uprzednio stała Shilvia. Zmarszczył brwi, jakby nie wierząc, że śmiała go zostawić. Na swój opaczny sposób sądził o jej wierności, niezależnie od gorzkich słów, zwłaszcza teraz, gdy jej potrzebował. Zdenerwowałby się, gdyby tylko miał na to więcej siły.
Odezwał się niemrawo, rzucając gdzieś w przestrzeń:
- Gdzie ta kretynka polazła?
Jego trybiki w głowie w końcu ruszyły, z początku ociężale. Zdołał pojąć jedno – ktoś się nim zajmuje. Zapomniał już o obecności Adler, aktualnie nie będąc w stanie rozszyfrować twarzy, znajdującej się przecież tak blisko niego. Usilnie próbował pojąć sytuację, w której się znajduje. Ktoś mu pomaga? Czy może jest już traktowany jako zwłoki, gotowe na sekcję?
- Co ty robisz? – wyrwało mu się, zupełnie zapominając o grzecznościach, a właściwie nie pojmując z kim ma do czynienia, zapominając, jak nazywał tę osobę jeszcze przed niecałymi minutami. Zamroczenie nie ustępowało, nie potrafił sprecyzować, do kogo należą dłonie, które się nim opiekują.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Nancy
Cicha Wiedźma
avatar

Liczba postów : 76
Join date : 25/10/2015

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Nie Lis 13, 2016 12:08 pm

Zdejmowanie bandaża z szyi Cavendisha było dla Nan nie lada wyzwaniem. Niby mężczyzna odchylał szyję, niby robił coś, co od biedy można by porównać do pomocy, ale gdy tylko Nan prosiła, by obrócił lekko głowę w tę stronę czy tamtą, ten coś tam mruknął pod nosem i na tym się skończyła jego aktywność. Kobieta cichutko westchnęła i obróciła lekko palcami szczękę mężczyzny, by ułatwić sobie dalsze działanie. Ostrożnie odchylała materiał od rany, która sama w sobie była paskudna ponad wszelką miarę, ale Nan nie była w stanie rozeznać, co było gorsze: obrażenia czy boleśnie niezdarny sposób ich zszycia. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że gdyby nie szwy, Cavendish dawno by się wykrwawił, jednakże… Cóż, po nich też spodziewałaby się więcej szkody niż jakiegokolwiek pożytku.

Widziała, że było mu zimno. Otwarte okno nie byłoby problemem, gdyby nie wybuch złości Cavendisha i atak płaczu Shilvii – wystarczyłoby dziewczynę poprosić o jego zamknięcie – ale ponieważ została na warcie sama, nie miała innego wyboru niźli uporać się z jego obecnym stanem, a dopiero potem zadbać o sprzyjające warunki otoczenia…

Cóż — bąknęła, zastanawiając się nad tym, co powinna jeszcze powiedzieć. Mogłaby w sumie wcisnąć mu dowolną bajkę, ale czy nie byłoby to zbyt okrutne, tak okłamywać chorującego? — Chyba musi dojść do siebie… Ale proszę przez chwilę o tym nie myśleć — szepnęła. — Proszę myśleć, że to tylko sen.

Opatuliła mężczyznę poduszkami, kocami, jakie tylko znalazła w pokoju, i kołdrą, po czym wstała i podeszła do okna. Teraz dopiero sobie uświadomiła, jak w złym stanie jest nie tylko Lynn, ale i sama jego posiadłość. Niestarannie wytarte kurze, krzywo zawieszone zasłony… Co jak co, ale brakowało w tym domu kobiecej ręki i kobiecego sokolego oka w sprawach porządków… Z westchnieniem wróciła do chorego i przystąpiła do dalszego wycierania jego twarzy i szyi z potu. Gdyby Cavendish chciał współpracować, z pewnością by już spał, a ona miałaby problem z głowy. Niestety, Lynn postanowił, że jeszcze trochę sobie pogaworzy. Zupełnie jak małe dziecko. Mimowolnie się uśmiechnęła.

Proszę leżeć spokojnie. Ma pan gorączkę, a ja staram się panu pomóc — powiedziała, starając się nie roześmiać, chociaż sytuacja nie była przecież za wesoła.


___________________
Mowa Myśli

relacje kp teczka mieszkanie
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Sro Lis 30, 2016 9:01 pm

Poddawał się jej ruchom, odwracając głowę ociężale, z wyraźnym, rosnącym wciąż trudem. Podświadomie potraktował słowa napływające mu do uszu poważnie, wierząc w nie jak w postanowienie z góry, niemalże od siły wyższej. Sen. To był tylko sen. Taki jak setka innych. Niezbyt przyjemny, sprawiający mu ból, jednak nie musiał wierzyć, co się w nim odgrywało; z utęsknieniem wyczekiwał przebudzenia, jednocześnie leniwie rejestrując, co oferował mu ten pokręcony scenariusz.
Później zaś ignorował jej słowa, nie odnajdując w nich sensu. Proszę pana? Zaniepokoił się, gdy opuściła go na moment przy zamykaniu okna, jednak jego reakcje były na tyle opóźnione, aby nie zdążył zareagować w żaden sposób. Nie zatrzymywał jej, wróciła nim otworzył usta.
Na powrót czuł ciepło jej ciała, delikatny zapach, wyczuwalny z powodu ujmującej bliskości, jakiej już dawno nie doświadczył. Wiedział już, z kim ma do czynienia. Uśmiechnął się do własnych wspomnień. Tak jak ostatnio… Zmianie uległy role, jakie przyszło im odgrywać. Z jego ust wydobył się rozbawiony, ale niemrawy i często ciężki do zrozumienia szept:
- A pamiętasz… Pamiętasz, gdy chorowałaś na szkar… latynę? Wtedy to ja opiekowałem się tobą. Mówiłaś, abym cię nie całował, bo przejdzie na mnie… - mówił, przymykając powieki, z wyraźnie ogarniającym go spokojem. Przeciągał niektóre wyrazy, inne dzielił na sylaby, ale wyglądało na to, że dopiero rozkręcał się ze swoją opowieścią. – Mówiłaś… miałaś czerwone wypieki na twarzy. Pachniałaś lawendą i mentolem. – Twarz mu pojaśniała, aż przez moment sprawiał wrażenie zdrowego na ciele człowieka. Położył dłoń na wierzchu jej dłoni, uniemożliwiając chwilowo dalszą pracę. Miękkość pierzyny otulała go z każdej strony. Błoga przyjemność wypełniała każdą komórkę jego ciała, jednak jeszcze jedna rzecz nie pozwalała mu odpłynąć w nieświadomość. – Źle ze mną? Na pewno nie tak, jak wtedy z tobą, prawda? Czytałem ci, pamiętasz…? Co to było? Ach, ta szmira… Manon Lescaut. Nie wiem, co Chevalier miał w głowie… - zastanawiam się na głos, nim zgubił wątek i przypomniał sobie, że wcale nie chciał opowiadać o tym. – Bałaś się wtedy? – zapytał w końcu, o kolejne pół tonu ciszej, minimalnie uchylając powieki, pod którymi dostrzec mogła błyszczące oczy.
Chciał pociągnąć ją w swoją stronę, ale nie starczyło mu na to sił. Zamiast tego wybełkotał  błagalnym tonem:
- Pochyl się, proszę… Czy ty wciąż pachniesz lawendą? – zerknął na nią lekko oszołomiony, ale w jego spojrzeniu nie było chociażby cienia rozumności. Rozpaczliwie chciał poczuć po raz kolejny bliskość jej ciała, a obezwładniająca go bezsilność sprawiała, że stał się od niej praktycznie zupełnie zależny. Pozostało mu jedynie prosić.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Nie Lip 09, 2017 11:40 pm

Czas mijał i mijał. Shilvia już dawno straciła rachubę czasu, ale cóż, tak to bywa, kiedy jest się zajętym płaczem, oraz przeklinaniem swojego “opiekuna” co później przerodziło się w przeklinanie samej siebie, za swoją głupotę, oraz brak jakiejkolwiek dyscypliny wobec siebie. Przez nią teraz zegarmistrz będzie dalej cierpiał, a może nawet umrze. Sama myśl o tym zestresowała ją tak bardzo, że aż cała skręciła się w ciasną kuleczkę na podłodze. 
Czarownica po chwili szybko stanęła na nogi. Nie mogła już wytrzymać. Ze łzami w oczach pobiegła do kuchni (znała już mniej więcej plan posiadłości) i chwyciła za najbliższą chochlę, po czym rzuciła się na jej uchwyt niczym wygłodniały lew na swoją zdobycz. Nawet nie zdążyła jej dokończyć, a odrzuciła ją w kąt (przy okazji robiąc hałas) i tym razem jej ofiarą stała się stara patelnia, którą obgryzła do połowy, a kiedy już przestała się nad nią pastwić, również ją gdzieś rzuciła i usiadła w kącie, znów zaczynając głośno łkać. Była naprawdę beznadziejna.
Nie trwało to jednak tak długo, gdyż zmęczyła się zarówno płaczem, jak i jedzeniem, przez co jej powieki stały się nadzwyczaj ciężkie. Nie mogła się powstrzymać. Na chwilę zamknęła oczy i przysnęła. Ile tak naprawdę? Tego chyba nie wie nikt, bo mogło to być zarówno 12 sekund jak i godzina, lecz obudziła obudziła się równie gwałtownie co zasnęła. Boże, która to mogła być? Ileż ona spała? A co jeśli pan Cavendish wyzionął już ducha?
Shilvia pobladła na twarzy i jak najszybciej popędziła w stronę gabineto-sypialni pana domu. Dochodząc już do drzwi drastycznie zwolniła, a zanim nacisnęła klamkę zastanawiała się naprawdę długo, o mało się nie rozmyśliła, lecz jednak nie słysząc żadnych głosów zza ściany, wzięła głęboki oddech i weszła w końcu do pokoju. 
Zdawała sobie sprawę z tego, że mogła zastać trupa, ale nie wiedziała w tym momencie czy bardziej bała się tego, czy tego że zegarmistrz tym razem celnie rzuci w nią jakimś innym narzędziem. Konfrontacja ją przerażała, tym bardziej po tym co zrobiła w kuchni.
Pani Adler jak się spodziewała już nie było, zostali tylko oni - sam na sam. Przełknęła ślinę. Tak jak się tego najbardziej obawiała. Na dodatek nie była pewna co do stanu w jakim jest zegarmistrz. Chciała coś powiedzieć, ale jej język zawiązał się na supeł i mogła jedynie stać jak taka guła w drzwiach i patrzeć na niego swoimi czarnymi ślepiami.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Nie Lip 09, 2017 11:41 pm

Jak w śnie, usiadł na brzegu łóżka, wciąż niepewny, co właściwie się tu wydarzyło. Leżał już w nim wystarczająco długo, usiłując przywołać wspomnienia z minionych chwil, jednak te jak na złość, pozostawały nieosiągalne, jakby znajdując się za gęstą mgłą. Zamrugał oczyma, przyglądając się przybyłej postaci, właściwie nie wiedząc, ile już czasu się tak na siebie patrzą. Był wciąż zamroczony, osłabiony, a w dodatku wyglądał jak siedem nieszczęść. Na jego twarzy przez dwa dni zdążył pojawić się lekki zarost, włosy miał rozczochrane na wszystkie strony, czoło wciąż lekko spocone, a skórę bladą, zwłaszcza w upiornym świetle (a jego sypialni).
Powrót do rzeczywistości sprawił mu wiele trudu. Z ogólnym wycieńczeniem jeszcze sobie radził, ale drżące dłonie przyprawiały go o niemożliwe zdenerwowanie. Czuł się nieudolny, zdany wyłącznie na cudzą pomoc. O dziwo jednak nie czuł dawnego szarpania w okolicach szyi. Było już lepiej, zdecydowanie. Nawet gorączka odeszła, pozostawiając za sobą wyłącznie paskudne uczucie otumanienia. Zebrał się w sobie, wyciągając rękę po opartą o stolik przy łóżku laskę, usiłując podnieść się na nogi. Nie wychodziło mu to zbyt dobrze, więc machnął ręką na dziewczynę, mówiąc:
- Pomóż mi wstać. – Udało mu się podnieść, jednak trząsł się lekko na całym ciele i bardzo prawdopodobnym było, że wkrótce runie jak długi, jeśli Shilvia mu nie pomoże. – Chcę iść do łazienki – dodał, na wszelki wypadek, gdyby myślała o zgłoszeniu sprzeciwu czy to ze względu na bliski kontakt z nim, czy może przez nadopiekuńczość.
Oparł się niemal całym ciężarem na dębowej lasce z ozdobną, wyjątkowo nieporęczną rączką, po raz pierwszy w życiu ciesząc się, że miał jedną z nich pod ręką.
- Ta pierdolona laska w końcu się na coś przydała – mruknął pod nosem, wspominając, jak zazwyczaj kroczenie wraz z tą „pomocą” przysparzało mu więcej problemów niż pożytku. W końcu pokręcił głową, wracając spojrzeniem do Shilvii. – Przepraszam, że cię tak potraktowałem. Wiem, że chciałaś dobrze. Mój błąd… Nie miałem pojęcia, że pani Adler zna się na leczeniu – zagaił, właściwie wciąż niepewny, jakim cudem doszło do jego ozdrowienia. Cóż, liczą się efekty, a nie droga dojścia, czyż nie? Zastanowi się nad tym w inny dzień, gdy będzie miał więcej sił.
- Mam nadzieję, że mi wybaczysz...? – uśmiechnął się niemrawo, przybierając błagalną minę. Szczerze, miał wyrzuty sumienia, wiedząc, że wszystkiego można byłoby uniknąć, gdyby obdarzył ją większą porcją zaufania.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Nie Lip 09, 2017 11:42 pm

Trudno jej było opisać to co teraz czuła. W sumie nie był to u niej dość niespotykany stan - zazwyczaj jak działo się coś chociażby lekko odstającego od normy to zapominała o wszystkim, nie miała pojęcia co myśleć, jak się zachować i stała wgapiona w scenę, z iście żałosnym grymasem na twarzy nie ruszając się choćby na centymetr ot taka zamknięta we własnej klatce. Przecież koniec końców nikt jej nie nauczył jak miała reagować w takich sytuacjach, jedyne co mogła to polegać na własnym instynkcie. Przyglądanie się zegarmistrzowi (albo jego cieniowi, zważywszy na to jak się prezentował w tym momencie) i jego koślawym ruchom właśnie wprowadziło ją w taki stan.
Nie ruszyła się dopóki tamten jej nie poprosił, wtedy przeszedł ją dreszcz i czym prędzej pomogła mu wstać, lecz nie odważyła się jednak odezwać.
Zgodnie z jego życzeniem prowadziła go przez korytarze wprost do łazienki, nadal nie zamieniając z nim ani słowa. Jeszcze nie do końca oswoiła się z tą sprawą i trudno było jej ukryć swoje zdenerwowanie. Cały czas była jeszcze roztrzęsiona, przypominając sobie jak jeszcze było rano i dalej obwiniała się za to całe zajście.
Stanęli tuż przed drzwiami do łazienki, kiedy zamarła. Odwróciła się do niego i w końcu spojrzała mu w oczy, które powiększyły się chyba trzykrotnie. Nagle zrobiło się jej strasznie zimno, a jej dłonie zadrżały. Czy on ją właśnie… przeprosił? Ten stary zrzęda co uczucia ma tylko wobec maszyn? Myślała, że jej nie znosi, nic już nie rozumiała! Ale jednak coś w tym było...
W pewnym momencie zadrżałą jej też warga, lecz szybko zmarszczyła brwi. - Nie ma teraz na to czasu, proszę pana! T-to nic! - Szybko się odwróciła, by nie zobaczył jak się czerwieni, a do jej oczu napływają ponownie łzy.
- Napuszczę panu wodę do wanny. Musi się pan rozgrzać! - Stwierdziła stanowczo i odkręciła kran (jak dobrze, że miała przeczucie co do dzisiejszego dnia i nagrzała wcześniej wodę).
Milczała przez chwilę wpatrując się w lustro wody i w swoje zniekształcone odbicie. Nie powinna dostać przeprosin, przecież nawaliła i nie dostarczyła mu profesjonalnej pomocy. Nie dotarło do niej jeszcze, że rany mężczyzny się zagoiły, a ten nie jest już umierający. Obejrzała się wtedy za siebie, by znów zerknąć na zegarmistrza i w końcu po tej głuchej ciszy wydukała, walcząc ze łzami. - A pan… pan się czuje dobrze, p-panie Cavendish?

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Nie Lip 09, 2017 11:42 pm

Dłonie oparł o brzeg wanny, nie zwracając uwagi na jej przejęcie. Myśli przyspieszyły, jednak on sprawiał wrażenie zupełnie nieobecnego - wpatrywał się w metalowy kurek, do kiedy nie usłyszał dźwięku płynącej wody. Pozbawiał się ubrania mechanicznie, jak we śnie, niespecjalnie kontaktując z otaczającą go rzeczywistością.
Wszedł do wanny nagi, natychmiast kuląc się w sobie i otaczając rękoma podkulone kolana. Spoglądał na swoje wychudzone kończyny, zastanawiając się, kiedy zdążył dopuścić się do tego stanu. Wyciągnął przed siebie palce, kontemplując swoją kościstą dłoń w milczeniu, jak niegdyś miała w zwyczaju czynić to Lilly. Czuł się okropnie. I nie miało to nic wspólnego z raną, która ostatecznie doprowadziła go do tego stanu. Brzydził się sobą. Brzydził się człowieka, jakim się stał.
Drgnął, gdy poczuł wokół siebie bieżącą wodę, przypominając sobie wtedy o obecności Shilvii. Ciepła woda, tutaj? Niemożliwe. Ociężale odwrócił głowę ku dziewczynie, drapiąc się po krótkim zaroście.
- Półka na lewo przy lustrze. Stalowy futerał - wydawał komendy, które na chwilę obecną mogły nie mówić jej zbyt wiele. Zupełnie zignorował jej pytanie, nie uznał je za wystarczająco istotne. Jeśli Shilvia spełniła jego polecenie i odnalazła tajemnicze pudełko (a zapewne mogła uczynić to bez większego problemu - przedmiot wchodził do stałego użytku młodego Cavendisha, nie zdążając pokryć się jeszcze kurzem), po jego otwarciu mogła zastać podłużny przedmiot z nawęglanej stali, wykończony z jednej strony składanym uchwytem, a z drugiej płaskim, zaokrąglonym ostrzem. Brzytwa. O wdzięcznym, lecz zapomnianym imieniu. - Pędzelek i mydło są obok - dodał cicho, pokracznie wyplątując się z konstrukcji swoich splecionych rąk, opierając się na brzegu wanny i odchylając głowę do tyłu. Obserwował ją i resztę świata do góry nogami.
- Ogolisz mnie - zarządził, nawet nie prosząc. Przywyknął już do wydawania poleceń, mimo że Shilvia pojawiła się w jego życiu całkiem niedawno. Przymknął oczy, wyciągając ramiona na brzeg wanny, czując jak poziom wody wokół niego podnosi się. Przemówił po dłuższej chwili ciszy. Z niemałym trudem.
- Marzy mi się, Shilvio... Aby wszystko wróciło do normy. Chciałbym jeszcze pewnego dnia zjeść dobre śniadanie, tutaj, w naszej jadalni. I aby gruz nie sypał się na mój kapelusz, gdy zbyt mocno trzaskam drzwiami na odchodne. I nie wiesz, co oddałbym za ciepłą wodę na co dzień... - szeptał, lecz w jego głosie nie dźwięczała przyjemność charakterystyczna marzeniom. W słowach Lynna kryła się tęsknota i niewyobrażalny żal. Tym głębszy, im bardziej uświadamiał sobie, że na nic podobnego nie zasługuje. Jakby wymagał od życia niemożliwego, mimo że jeszcze nie tak dawno temu prowadził się jak książę, otoczony ludźmi gotowymi spełnić każde jego życzenie. - Chciałbym, aby wszystko wróciło do normy - powtórzył sennie, aż Shilvia mogła nabrać wrażenie, że na nowo zaczyna majaczyć z gorączki. Nie oczekiwał komentarza, ba - wolałby go nigdy nie usłyszeć. Równie niespodziewanie zadał pytanie:
- Ile masz lat, Shilvio?

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Pią Lip 28, 2017 4:09 pm

Pan Cavendish najwyraźniej, a z resztą jak zwykle nie przejął się jej słowami. Ba! W ogóle nie przejął się jej obecnością tutaj i jakby nigdy nic ściągnął przy niej swoje bierki, a ona gdyby nie te osobliwe okoliczności to z pewnością darłaby się w niebogłosy na widok księżyca w pełni za dnia. Tak to tylko zakryła z zażenowaniem oczy i odwróciła się udając, że jej trauma wcale się nie pogłębiła.
Wszystko to rozegrałoby się o wiele inaczej, aczkolwiek to co dziś się wydarzyło skutecznie zagęściło atmosferę. Normalnie by uciekła, lecz teraz gapiła się w kąt, przełykając ślinę, a zewsząd dała się ponieść wymownej ciszy, aż w końcu zdecydowała się niepewnie zerknąć w stronę zegarmistrza, by sprawdzić czy wszystko z nim w porządku.
Shilvia nagle poczuła coś dziwnego.
Siedział tam, skulony. W jednym momencie ze strasznego wielkoluda wydał się jej kimś małym. Nie widziała jego twarzy, ale nie chciała jeszcze podejść, lecz tym razem nie był to strach… a przynajmniej nie taki co zawsze.
Ruszyła się dopiero, kiedy on się odezwał i w milczeniu pognała po ów przedmiot o który ją proszono - zarówno stalowy futerał, który mimo że wyglądał apetycznie to nie zwrócił jej większej uwagi, o mydło z pędzlem.
Zadrżała słysząc jego pytanie. A więc tego od niej chciał. W prawdzie widziała nie raz jak jej ojciec się golił, lecz sama nie miała zielonego pojęcia jak się za to zabrać. Z drugiej zaś strony… Nie miała serca mu odmawiać. Na pewno wszystko przyjdzie jej intuicyjnie.
Zbliżyła się do niego niepewnie i już miała nakładać mydło (czy coś) na jego zarost, lecz on się wtedy odezwał.
Dziewczyna po raz kolejny nie potrafiła się ruszyć. Wlepiała tylko swoje czarne jak smoła ślipia w zmęczone oblicze i aż zadrżała jej warga. Uczucie, które było z nią od kiedy go ujrzała w wannie cały czas się kumulowało, aż do tego momentu. Poczuła olbrzymi żal, widząc go w takim stanie. Nie zawsze było między nimi kolorowo, lecz mimo wszystko ogarnęło ją wtedy współczucie jak jeszcze nigdy. Aż wstyd jak się do niego przywiązała, lecz nic nie mogła poradzić… jego widok łamał jej małe, zielone serduszko.
- Panie Cavendish, ja… - Zaczęła lekko łamiącym głosem. - Ogrzewanie wody t-to nic trudnego, wie pan i… i w ogóle to mówiłam panu, że umiem gotować, w ogóle. Może to nic specjalnego, a-ale coś umiem… I-i widziałam też jak mój- W sensie… Widziałam jak ktoś naprawia dziury w ścianach! Też bym mogła… W sensie… Panu pomóc o-o ile oczywiście… No wie pan… - Uśmiechała się do niego, lecz wypadało to o wiele bardziej koszmarniej niż miała to w zamyśle zrobić.
Co ona wyrabiała? To wszystko jego wina, znowu ją denerwował! A to jeszcze nie wszystko.
-Ile mam lat? - powtórzyła jakby to była najdziwniejsza rzecz o którą można zapytać. Odłożyła wnet pędzelek na bok. Szczerze mówiąc to zabraniała. Nigdy się nad tym nie zastanawiała, tam skąd była nikt jej dokładnie nie powiedział… Chociaż… zaczęła liczyć na palcach…
- Hmmm… nie wiem, dawno mi nikt nie mówił, ale na pewno więcej niż dwanaście. - odrzekła z triumfalną miną, zadowolona ze swojej odpowiedzi.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Pią Lip 28, 2017 4:17 pm

Nie otwierał oczu od dłuższego czasu. Głowę ułożył bezwładnie na brzegu wanny, a jedyną oznaką, że przypadkowo nie wyzionął ducha, była jego poruszająca się miarowo klatka piersiowa. Shilvia dzierżyła w dłoni naostrzoną brzytwę, a on zamierzał poddać się jej działaniom zupełnie biernie - z pełnym zaufaniem, jakim nie powinien obdarzać kogoś, kto zawitał w jego życiu tak niedawno. Wysłuchiwał dziewczyny w milczeniu, aż mogła stwierdzić, że po raz kolejny zignoruje jej wypowiedź, wkrótce rzucając nowym tematem, jaki tylko pojawi się w jego głowie. Nie tym razem. Ni jeden mięsień na twarzy mężczyzny nie drgnął, ale jego policzki jakby zaczynały przybierać zdrowszy odcień.
- Jesteś głupia - mruknął niespodziewanie, wciąż nie otwierając oczu. Nie zamierzał na tym poprzestawać. - Jesteś największą kretynką, jaką w życiu spotkałem - ubliżał jej dalej, co nie było rozsądne z jego strony do kiedy stała nad nim z wyciągniętą brzytwą, a on idealnie eksponował jej gardło. - Na twoim miejscu rzuciłbym to wszystko w cholerę. Odszedłbym, aby nie musieć dalej użerać się ze zgorzkniałym dziadem, który nie zna nawet słowa „dziękuję” - podsumował swoją przemowę ciężkim westchnieniem, starając się nie ruszać, by nie przeszkadzać dziewczynie w pracy. - Wziąłbym stąd co najcenniejsze i odszedłbym - powtórzył. - Swoją drogą, sztućce, które sobie tak upodobałaś są srebrne. Trochę warte - mówił, sam nie wiedząc czemu. Może to była jego dziwaczna forma podziękowań? Traktował ją jak służącą i bez tego, co właśnie mu oferowała.
Otworzył oczy, obdarzając ją zamroczonym spojrzeniem zielonych oczu, gdy wypowiedziała tę liczbę. Więcej niż dwanaście. Młoda. Choć Lilly w jej wieku już... Ach, nieważne.
Nie doszukiwał się więcej, nie znał się na dzieciach, by móc to ocenić. Wyglądała młodo, przyjął więc jej przypuszczenia jako fakt.
- Powinnaś ustalić jedną wersję. Dla mnie możesz być trzynastolatką. - Lynn pokiwałby głową, gdyby tylko miał na to siły. Znów wrócił do milczenia i stanu bliskiemu półsnowi.
Oddał się wspomnieniom, tak jak zwykł czynić to zbyt często. Miał podłe wrażenie, że wszystko, co szczęśliwe, wydarzyło się w jego poprzednim życiu. Życiu, które prowadził wieki temu.
Woda otoczyła jego klatkę piersiową, aż czuł na sobie jej nacisk. Miał wrażenie, że się rozpływa, a jego zaschłe mięśnie zaczynają odżywać. Dopiero wtedy uświadomił sobie, jak dawno nie doświadczał podobnej chwili relaksu. Nie wytrzymał długo w ciszy.
- Możesz mi nie uwierzyć, Shilvio, ale to miejsce było kiedyś piękne - zaczął, a usta drgnęły mu w uśmiechu do przeszłości. - Przy drodze jak dywan rosły białe frezje. Kwitnęły na początku lata; pachniały tak mocno, aż czułem je przez uchylone okno gabinetu. Mieliśmy tylko jednego ogrodnika, który odgrażał się, że odejdzie średnio raz na tydzień, jeśli w końcu nie damy mu kogoś do pomocy. Ale nigdy nie mógł porzucić swoich kwiatów - zatracił się w marzeniach, jakby wpadając w trans. - W fontannie niegdyś płynęła czysta woda, dałabyś wiarę? - W pamięci przewijał poszczególne obrazy, lecz nie wszystko było mu idealnie widoczne, niektóre ze wspomnień zostały już na zawsze przykryte warstwą ruin, jakimi się otoczył. Zapomniał już o świeżej, wykrochmalonej pościeli, nie wiedział czym jest zapach piekącego się chleba. Trzy lata wystarczyły, by wszystko wywróciło się do góry nogami.
- Grywałem kiedyś na skrzypcach, Shilvio. Lubiłem to robić, choć rzępoliłem niemiłosiernie, wkurwiając tym chyba każdego w tej posiadłości. Tylko na wpół głuchy kot mnie tolerował - poinformował ją nagle, jak zwykle nie hamując się ze słownictwem. Jeśli wiedziała, jak wyglądają skrzypce, mogła skojarzyć, że znajdują się one w gabinecie Cavendisha. A właściwie, ich resztki - to co z nich zostało. Podstrunnica połączona była bowiem z drewnianą płytą tylko za pomocą smętnie zwisających strun; całość została złamana w wielu częściach. Ponownie westchnął do wspomnień. Tęsknił nawet za tym.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Pią Lip 28, 2017 4:30 pm

Nawet się nie obraziła słysząc jego wypowiedź. W sumie to przywykła do jego obelg pod jej adresem, a teraz nawet na nią nie krzyczał. Poza tym w przeciwieństwie do niego potrafiła chociaż w pewnym stopniu domyślić się skąd u niego taka złość. - Wiem to wszystko, panie Cavendish - ciągnęła. - Ale przecież mam u pana dług do spłacenia, prawda? Inaczej zaprowadzi mnie pan do Inkwizycji, a tam będą karmić mnie kamieniami, więc chyba nie mam wyboru. - Odrzekła z lekko nadąsanym tonem, aczkolwiek czuła coś innego. Tak naprawdę czuła się przy nim jakoś bezpieczniej, kiedy miała dach nad głową i kogoś kto chociaż w pewnym stopniu nad nią czuwa. - Poza tym nie jest pan taki okropny… cały czas. - Dodała po dłuższej chwili. Nie wiedziała sama co chciała tym osiągnąć. Może go rozbawić? A może miała nadzieję że zapomni o srebrnej zastawie…
Nie skomentowała zaś jego kolejnej wypowiedzi.
Słuchała go w milczeniu. To był pierwszy raz, kiedy otworzył się przed nią tak bezpośrednio. Zawsze się zastanawiała kim on tak naprawdę był, a jedyne co od niego otrzymywała to jakieś niejasne dla niej zagadki. Prawie dorównywał jej swoją tajemniczością (przynajmniej dla niej).
Z każdą chwilą robiło jej się coraz to bardziej żal mężczyzny. Dalej nie wiedziała o nim praktycznie nic, lecz było jasne że wydarzyło się w jego życiu coś bardzo złego. Może jednak byli do siebie chociaż w jakimś stopniu podobni…
- Widziałam gorsze ruiny, serio, niech mi pan uwierzy. - powiedziała po chwili milczenia, wykonując ostrożne ruchy brzytwą. - Tu da się jeszcze odkurzyć, przyciąć krzaki i pomalować gdzieniegdzie i będzie całkiem znośnie. Zasadzi się... te, no… te całe frezje i będzie cud miód. - uśmiechnęła się serdecznie. Szczerze wątpiła czy rozrusza jakoś tego starego grzyba ale może dowie się czegoś więcej. Przynajmniej postara się by dalej się tak nie zadręczał.
- Skrzypce? - kontynuowała zaciekawiona. - Czy to ta śmieszna, mała vihula którą się kładzie na ramionach i jeździ po niej patykiem z włosami? Ma ją tu pan?

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Pią Lip 28, 2017 4:34 pm

Dług do spłacenia. To ją tu trzymało. Już nie wiedział czy się z niego nabija, czy w rzeczywistości jest taka głupia. A może od teraz, gdy tylko nadarzy się odpowiednia okazja, sięgnie po wspomnianą srebrną zastawę, odchodząc bez pożegnania? Nie zdziwiłby się, nawet w tej chwili, zostawiając go z pianą na twarzy w wannie. Mogła zabrać ze sobą wszystko; nie zależało mu już w żadnym stopniu. A zdążył ją polubić na tyle, aby uznać, że lepszym rozwiązaniem byłoby rozłączenie ich dróg.
Przemilczał więc jej dziwaczne próby pocieszania, przyjmując biernie, co dziewczyna zdecyduje się zrobić.
- Chciałbym, aby to było takie proste, Shilvio - westchnął, czując, że zaczyna marudzić. A jeśli to właśnie było takie proste? Miał pieniądze, chęci oraz niewolnika w postaci szesnastolatki, uważającej się za trzynastolatkę. Czy potrzebował czegokolwiek więcej? Poza przełamaniem swoich osobliwych fobii i przeświadczeń, niczego. - A może...? Może to pora, aby sprowadzić tu kogoś jeszcze? - zastanowił się szeptem, wiedząc, że mało kto podjąłby się naprawy tejże ruiny. A on musiałby przechodzić przez piekło obcych komentarzy i domysłów - „co musiało się wydarzyć, że doprowadził to miejsce do takiego stanu?”.
Przerwał rozmyślania na rzecz chwili obecnej i niezbyt umiejętnego obchodzenia się dziewczyny z brzytwą. Nim odpowiedział na jej pytanie, poinstruował ją:
- Zacznij od policzków, aż do szyi. Dociskaj mocniej, pianę wycieraj w ręcznik. Możesz pomóc sobie palcami - mówił, lecz co do ostatniego - nie łudził się, że Shilvia ochoczo się tego podejmie. Szanował jej dziwactwa, przecież też miał ich cały szereg. - Jeśli zatniesz mi skórę, wyrzucę cię przez okno - dodał dla równowagi, zachowując zupełny spokój, więc jak zwykle ciężko było odróżnić czy żartuje, czy mówi prawdę.
- Owszem, mam je tutaj - przytaknął, a usta mu drgnęły w lekkim ożywieniu. - A raczej to, co z nich zostało. Mam nadzieję, że nie myślisz o grze na nich? - upewnił się, unosząc brwi bez otwierania oczu. - Cały instrument poszedł w drzazgi, gdy pewnego poranka moja słodka narzeczona straciła cierpliwość do mojej „sztuki” - wyjaśnił z rozbawieniem, choć wtedy nie było mu wcale do śmiechu. Zasypał ją kolejną porcją informacji. To była dobra chwila na zwierzenia. Gdyby tylko chciała, mogłaby wyciągnąć od niego wiele, jeśli nie wszystko.
Wtedy też wyłapał niemały dysonans. Rozmawiali ze sobą jak starzy znajomi, podczas gdy ona zajmowała się jego zarostem niczym służąca. W poprzednim życiu służbę ignorował (Lilly była swoistym wyjątkiem), a znajomych nie zmuszał do podobnych zajęć. Nie zastanawiał się nad tym długo; przywyknął już do czynienia wszystkiego na opak. Wrócił do dialogu, który, swoją drogą - zaczął sprawiać mu odrobinę przyjemności.
- Ale... naprawdę pytasz, aby spróbować? - upewnił się. Do całego pakietu, jaki dla niej zaplanował, mógłby dorzucić tą drobną uciechę. W końcu poczułby na własnej skórze fałszowanie amatora, może w końcu pojmując niezadowolenie niektórych. - Może powinienem też sprawić sobie nowe skrzypce? - rzucił w przestrzeń, oczywiście nie oczekując odpowiedzi; decyzje miał w zwyczaju podejmować sam.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Pią Lip 28, 2017 4:38 pm

- N-no nie wiem, to pana dom... chyba - motała się w słowach jakby chciał kiedyś wykorzystać je przeciw niej. - No ale chyba warto by było, co nie? Bo chata fajna, a pan jeszcze trochę w niej pożyje, co nie? A właśnie! Ile ma pan w ogóle lat? - Dopytywała się w najlepsze, jakby w ogóle nie zważając na to kim są dla siebie.
Tak naprawdę od dawien dawna z nikim nie rozmawiało jej się tak dobrze. Oczywiście też nie zapomniała o zaroście pana Cavendisha i słuchając się do jego zaleceń, wróciła do pracy, chłonąc w ciszy jego historię.
- Miał pan narzeczoną? - niemalże krzyknęła energicznie. To wcale nie tak, że uważała to za niemożliwe, prawda? - Co się z nią stało? Gdzie ona teraz jest? - Dopytywała i o mało co nie wypuściła brzytwy z rąk. Nagle uśmiech i podekscytowanie znikło z jej twarzy. Domyśliła się że skoro jej jeszcze nie widziała to nie mogło się z nią stać nic dobrego.
- Wie pan… nie musi mi pan mówić jeśli nie chce pan… - odrzekła o wiele pokorniejszym tonem i trochę się zmieszała. Zaczęła zachowywać się strasznie głupio i dziecinnie zapominając o powadze sytuacji. Głupia! Po prostu go ogól w ciszy i o wszystkim zapomnicie, o!
Oczywiście dziewczyna nie byłaby sobą gdyby nie złamała swojego postanowienia sekundę później.
- S-spróbować, ale w sensie że tak grać spróbować? - nachyliła się nad nim tak że prawie dotykała jego czoła koniuszkiem nosa. - I tak miałabym na nich grać? Tak... sobie? Na nowych? - nie dowierzała dalej. Na chwilę odsunęła się od niego by trochę ochłonąć.
Własne skrzypce. Czy to jej się śni? Pewnie kosztowałyby z fortunę. Czym ona sobie zasłużyła na takie coś. Coś jej tu nie grało…
- Chwila… a gdzie jest haczyk? - wnet spoważniała. Nie wierzyła że zegarmistrz zrobiliby to dla niej tak bezinteresownie. - Już wiem, pewnie będzie mi pan kazał siedzieć w pracowni nocami i to jeszcze w weekendy! - lustrowała go wzrokiem.
- Niedoczekanie pana… - skrzyżowała ramiona. - Poza tym, pan chyba się nie spodziewa że mam o tym jakiekolwiek pojęcie. Nawet czytać nie umiem tych… no… nut.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Pią Lip 28, 2017 4:41 pm

Z całego bełkotu Shilvii udało mu się wyłapać najważniejsze informacje, co pozwoliło tym razem przyswoić jej słowa, a nawet przygotować się do odpowiedzi. Niekoniecznie związanej z tematem.
- Powinienem kupić łódź - wypalił niespodziewanie tonem zarezerwowanym dla wielkich olśnień. Aż z wrażenia otworzył oczy i od razu skorzystał z okazji, rozglądając się wkoło oraz kontrolując poczynania dziewczyny. Prędko jednak zrozumiał, że wyremontowanie posiadłości jest bardziej realne od szalonego rejsu poza granice tego kraju. - Hmm... - zastanowił się na głos, uspokajając się i przymykając oczy. - Dawno nikt mi nie mówił, ale chyba więcej niż piętnaście - sparodiował jej dawną wypowiedź, zachowując przy tym śmiertelną powagę. Zdradzić mogło go jedynie drobne drgnienie warg, po których zdecydował się powiedzieć prawdę. - Dwadzieścia osiem, Shilvio - poinformował ją.
Starał się mówić jak najmniej poruszając szczęką, bo wbrew wszystkim groźbom i prośbom, nie do końca wierzył w umiejętności dziewczyny, której póki co najbardziej odpowiedzialnym zadaniem było sprzątanie jego zakładu. Jednak gdy usłyszał jej pierwsze pytanie, wiedział już, że prędko się nie przymknie, a czarownica będzie żałować, że kiedykolwiek poprosiła go o przybliżenie szczegółów. Dopiero kolejne dopytywanie się znacznie zgasiło Lynna, powodując, że niezbyt chętnie zabrał się do wyjaśnień.
Mógł mówić o przeszłości, z zapałem wspominając dobre i złe chwile, sprawiające, że Lilly w jego słowach była wciąż bliska, niemal obecna. Jednak za każdym razem z trudem powtarzał fakt o jej śmierci, jakby to powodowało brutalne zniszczenie jego marzeń sennych. Postanowił użyczyć dziewczynce kilka faktów, na ile tylko będzie w stanie...
- Miałem - potwierdził cicho. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji.- Lillianne. Była czarnulką, taką jak ty. Jej też ściąłem pewnego dnia włosy - zaczął od zupełnie zbędnego faktu, wspominając i plotąc to, co ślina przyniosła mu na język. Na tym podobieństwa się kończyły, więc niechętnie przeszedł dalej. - Nauczyła mnie wielu, wielu rzeczy... - dopowiedział, niekoniecznie świadom, że nawyki, które mu pozostawiła nie należały do najlepszych. - Dziwne, że ci jeszcze nie mówiłem... - spostrzegł. Przecież zdarzało mu się dzielić wspomnieniami o Lil przypadkowemu klientowi w zakładzie, przedstawiając ją w idealnym świetle i rozkoszując się, gdy rozmówca również zaczynał komplementować jego narzeczoną. Do czasu aż z dialogu nie wyniknął dość istotny szczegół. - Nie żyje od trzech lat - dokończył sucho, nie lubiąc dzielić się tym zakończeniem historii. Nie wspomniał nic o okolicznościach, jeszcze nie był na to gotowy.
Zmianę tematu na mniej ponury przyjął z ulgą, lecz jego wyraz nie uległ zmianie. Bawiła go, nie mógł temu zaprzeczyć. Postanowił ulec jej jednorazowo, poddając się grze dziewczyny.
- Masz mnie - przytaknął, przyznając, że przejrzała jego niecny podstęp. Co prawda, mógł uczynić to w sposób bardziej wiarygodny, lecz niespecjalnie mu na tym zależało. Zanurzył ręce w wodzie, pocierając zaraz mokrą skórę. - Haczyk polega na tym, że w ten sposób również będziesz spłacała swój dług. Bez dodatkowych nadgodzin za niewolniczą stawkę. A jeśli chodzi o naukę... mógłbym cię nauczyć je czytać, przynajmniej podstawy, nim się na ciebie zdenerwuję i pożałuję swojego pomysłu. W każdym razie - to łatwiejsze niż czytanie liter, zapewniam cię - wytłumaczył spokojnie, postanawiając sobie zamówienie tegoż instrumentu, gdy tylko wróci do zdrowia.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 131
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Pią Lip 28, 2017 4:45 pm

- Dwadzieścia osiem?! - wykrzyknęła, ponownie podważając jego słowa, a bełkot o łodzi i przytyk postanowiła zignorować. - A wygląda pan jakby miał pan co najmniej z cztery dziesiątki! - kontynuowała całkowicie nie zdając sobie sprawy ze swojej niepoprawności, ale czy serio można ją winić? To przez te siwe włosy i wygląd jakby niedawno wyszedł z grobu.
Jej nastrój na docinki (chociażby nieświadomie) szybko jednak minął. Domyślała się co się z nią stało jednakże, kiedy potwierdził jej przypuszczenia nie czuła się na to przygotowana. Trafił w jej dość czułe miejsce i od razu można było dostrzec zmianę w jej spojrzeniu. Te klimaty były jej dobrze znane. Nawet za dobrze. Ona również nie czuła się na siłach by kontynuować temat. Może wtedy ona nawet coś powie? Kto wie... Teraz jedynie wydusiła z siebie. - Przykro mi proszę pana… -
Przynajmniej następny temat pozwolił jej na trochę odetchnąć.
- Skoro pan tak uważa - wzruszyła ramionami. Tak naprawdę strasznie ekscytowała ją ta wieść, lecz za wszelką cenę chciała mu pokazać że wcale tak nie jest. - Tylko niech pan później nie narzeka, że… ummm… że później pan niedosłyszy, o! - paplała o niczym z przekonaniem, jak to ona.
Wykonała jeszcze parę ruchów brzytwą i...- Skończyłam - wypowiedziała radośnie, odkładając brzytwę na bok z nadzieją że aż tak mocno go nie skrzywdziła. - Wygląda pan… inaczej. - Stwierdziła stanowczo. Trudno jej było powiedzieć czy lepiej, nadal wyglądał jak on.
- A teraz czuję się pan trochę lepiej po kąpieli? - powiedziała odchodząc od wanny i wpatrując się w niego. Tym razem nie opuści go bez uprzedniego uzyskania odpowiedzi.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Pią Lip 28, 2017 4:51 pm

Obdarzył ja niezbyt przychylnym spojrzeniem na jawnie okazane zdziwienie. Co jak co, ale wygląd pozostawał dla niego wciąż istotny. Gdy oznajmiła zakończenie swojej roboty, odebrał odłożone na bok mydło, myjąc się w milczeniu. Skończył, pocierając dłonią po gładkiej już twarzy. Ach, przyjemne uczucie. Byłby niemal szczęśliwy, gdyby tylko nie wyglądał na co najmniej czterdzieści lat. Opłukał się wystygłą już wodą, wcale przypadkowo ochlapując przy tym Shilvię.
Po wszystkim wstał bezceremonialnie, świecąc gołym tyłkiem i wychylając się po ręcznik wiszący na skraju drewnianego parawanu. Był on częściowo nagryziony przez mole, jak chyba wszystko w tej posiadłości, łącznie z domownikami.
- Jestem okazem zdrowia, Shilvio - odpowiedział spokojnie, bez pomocy dziewczyny już wysuwając się z wanny i stając na lodowatej podłodze, zostawiając pod sobą niewielką kałużę z ociekającej po nim wody. - Pani Adler zna się na leczeniu i ma wprost magiczne dłonie - „i usta”, dodał w myślach, powoli domyślając się, do czego doszło w jego sypialni. - To był dobry wybór - oznajmił jeszcze, wycierając się do sucha, wciąż odwrócony do niej tyłem. Uśmiechnął się łagodnie do wspomnień, oplótł się w pasie ręcznikiem, a dłoń odruchowo drgnęła mu w kierunku Shilvii, jak zwykł czynić to w kierunku służby po świeże ubrania.
Ach. No tak. Zielona dziewczyna będzie musiała się jeszcze wiele nauczyć. Tym razem postanowił ubrać się sam. Po przetarciu skóry twarzy oleistym balsamem o intensywnym zapachu, sięgnął po odłożoną na bok laskę i ruszył w kierunku garderoby.
Zatrzymał się w progu, przypominając sobie jeszcze jedno.
- Przepraszam, że rzuciłem cię kluczem. Następnym razem masz pełne prawo we mnie odrzucić - wypowiedział, choć po chwili zastanowił się nad swoimi słowami. - Chociaż nie; żartowałem. Po prostu nie daj się trafić - sprostował prędko, świadom, że pomimo obietnic chęć morderstwa na dziewczynie nie przejdzie mu tak łatwo, gdy da mu już powód.
Kąpiel mu pomogła, nawet jeśli chęci do życia pozostawały na jednakowym, niezbyt zadowalającym poziomie, nabrał siły i motywacji do zmian. Na odchodne oznajmił więc jeszcze:
- Mamy więc sporo do zrobienia, Shilvio. Napiszę ci listę zadań. Lepiej naucz się prędko czytać - zarządził, choć nie miało to większego sensu. Najwyżej na chwilę obecną na liście Lynna pojawią się łopatologiczne rysunki. Po tych słowach o drżących nogach i bosych stopach opuścił łazienkę, wspierając się na lasce. Miał do wysłania kilka listów.
/zt x2

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
 
Posiadłość Cavendisha
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Posiadłość Trizgane.
» Odnowiona posiadłość
» Posiadłość l'Firenzza
» Posiadłość Vogarra
» Zapomniana posiadłość

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Wishtown :: Dzielnice mieszkalne-
Skocz do: