IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Posiadłość Cavendisha

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Posiadłość Cavendisha    Wto Mar 15, 2016 12:04 pm

First topic message reminder :

Z oddali widać ogromnych rozmiarów rezydencję, otoczoną zielonymi terenami, rozległym parkiem, fontanną, a nawet i skrawkiem lasu. Zdawać by się mogło, że we wnętrzu zastanie się pełnię życia, całą rodzinę, zapewne wielopokoleniową, krzątającą się, podającą do stołu służbę, sprzątające pokojówki, czy też dziesiątki gości co wieczór. Przechodząc przez próg posiadłości, dopadnie nas prędzej porażające rozczarowanie. Wewnątrz nie zastaniemy nikogo, większość ścian jest pozbawiona ozdób, meble często stoją nie na swoich miejscach, a niektóre pokoje są ciągle puste. W posiadłości mieszka bowiem zaledwie jedna osoba i niemożliwością byłoby zajęcie przez nią wszystkich pomieszczeń, nawet gdyby nie pracowała przez znaczną większość dnia. Oznak, że ktoś w ogóle urzęduje w owym miejscu jest naprawdę niewiele, bo pierwsze wrażenie wskazuje na grube warstwy kurzu, głuchą ciszę (nie licząc tykania ściennego zegara) i przytłaczającą pustkę. Dopiero, gdy odnajdzie się pokój należący do Lynna, odkryć można pierwsze oznaki życia. Sypialnie połączył on z pracownią, jednak panuje tam względny porządek, co służy zwyczajnej praktyczności, a nie chęci zaimponowania gościom, bo ci niemal nigdy nie przekraczają progu jego domostwa.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn

AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Pon Lip 11, 2016 3:25 am

- Oczywiście, że ci grożę. I spełnię swoją groźbę, gdy okażesz się być nieposłuszną pacjentką. – Choć żartował, ton jego głosu był nieco zbyt poważny. To zapewne przez zmęczenie. Opatrywał ją i w milczeniu wysłuchiwał jej opowieści. Nie spodziewał się czegoś takiego, musiał przyznać. Ale i do tego powinien wynaleźć jakąś radę, prawda?
Jak mu się zdawało, wyobraźnię miał całkiem niezłą, a i tak stała przed nim teraz pewna blokada, niepozwalająca mu na wyjechanie myślami tak daleko, by ujrzeć Isabellę w sukni ślubnej. To o krok za daleko, ledwo widział ją w najprostszych kieckach, nie mówiąc nawet o najbardziej kobiecym ubiorze ze wszystkich innych. Nie wypowiedział tego jednak na głos, miał wrażenie, że dziewczyna jest przewrażliwiona na tym punkcie, najpierw samej zaczynając temat wyglądu charakterystycznego dla płci pięknej, a teraz z pogarda wypowiadając się o mężczyznach, którzy zamiast tego, co ona im oferuje, wolą kobiecość.
- Wygląda na to, że nie starałaś się wystarczająco, czyż nie? Jakbyś sobie odpuściła w momencie, w którym powinnaś dać z siebie więcej. Jeśli czuł do ciebie to samo, co ty do niego… jestem pewien, że cię nie zapomniał. Tacy ludzie zostają z nami całe życie. – Uśmiechnął się smutno, przechylając lekko głowę. Oboje mieli swoje tajemnice i Lynn nie mógł wiedzieć, że Isabelle skłamała w tym przypadku, nawet przez chwilę tego nie podejrzewając. Udzielił jej rady w stosunku do tego, co usłyszał, nie wiedząc, że w przypadku prawdy nie miała ona znaczenia albo wręcz przeciwnie; była ona kłopotliwa.
Kończył już swoje dzieło, gdy musiał wcisnąć swoje ciekawskie ręce, nie tam gdzie trzeba. Jej szept, rumieńce z wolna wypływające na policzki, zbiły go z tropu, spowodowały, że natychmiast pożałował.
- Nic. Nic, wybacz. – Natychmiast oderwał od niej dłoń, mówiąc niego podwyższonym, nerwowym głosem. Dopiero spostrzegł się, co robi, jego gest był zupełnie nieprzemyślany i spontaniczny. Zobaczył, musiał dotknąć, ot. Aby sprawdzić, czy mu się nie przewidziało. – Przepraszam – uciął jeszcze raz, odsuwając się od niej. Nie pytał o znaczenie blizny. To nie była historia na dziś.
Wcześniej planował oczyścić jeszcze jej ranę na policzku, jednak teraz wolał się już do niej nie zbliżać. Przekroczył granicę, po której już nie czuł się swobodnie, nawet jeśli dziś i wcześniej przeżyli tak wiele. Łączył ich ten felerny dzień, w którym śmieli się razem, krzyczeli na siebie, zwierzali i drżeli o swoje życia. Usiadł na zgiętych nogach, z trudem patrząc w jej oczy. Nie wiedział, jak powinien się zachować, dlatego udał, że w rzeczywistości, ostatnie wydarzenie nie miało miejsca.
- Powinnaś już iść – zarządził cicho, chwytając się za zranione miejsce. Według zegara przy ścianie dochodziła prawie szósta, a więc Shilvia wkrótce powinna się zbudzić przy pomocy bicia jednego z zegarów. Skoro tak dobrze mu szło, nie mógł tego spieprzyć już pod koniec. Natychmiast musiał się pozbyć Isabelli, wymyślając jakąkolwiek, wiarygodną historyjkę. – Skręcisz w prawo, wyjdziesz na główną ulicę i o tej porze powinnaś złapać już jakiś powóz, który zawiezie cię z powrotem do centrum. Wyjątkowo cię nie odprowadzę, mam nadzieje, że nie będziesz zła. – Im więcej mówił, tym stawał się pewniejszy siebie.
- Jeśli chodzi o mnie… nie martw się. Z rana przychodzi do mnie pomoc kuchenna, powinna mnie tu znaleźć. Ona się mną zajmie. I cóż, wolałbym, by cię nie widziała… - dokończył tajemniczo, w nadziei, że Isabelle uwierzy w te brednie. Nie zamierzał się więcej tłumaczyć, a przynajmniej nie na raz. Resztę wymyśli na poczekaniu, jeśli Is zacznie się dopytywać. Póki co zaczął się już żegnać, chcąc zupełnie zakończyć ich spotkanie:
- Nie będę ci dziękować, Isa. To nie miałoby żadnego znaczenia. Mam tylko nadzieję… że pewnego dnia spłacę swój dług. – Uśmiechnął się blado, chociaż jednocześnie nigdy nie życząc dziewczynie, by wpadła jeszcze kiedykolwiek w podobne tarapaty. – Powinniśmy pogadać o tym, co zdarzyło się tam, na uliczce. Ale dziś naprawdę nie mam na to siły. – Przez „pogadać” rozumiał wyłożenie jej wykładu, wcale krótkiego. Miał wiele do powiedzenia na ten temat, choć może nie powinien. Jeszcze więcej argumentów, aby udowodnić dziewczynie, że Inkwizycja jest złem, które należy tępić.
Ostrożnie, wciąż trzymając się za ranę, wsunął się na wersalkę, zakładając nogi wysoko na poręczy. Miał nadzieję, że zamiast nieistniejącej kucharki, wkrótce znajdzie go Shilvia. Bardzo chciał znaleźć się już we własnym łóżku, jednak obowiązki same by się nie załatwiły. Musiał wywiesić tabliczkę na drzwiach zakładu, głoszącą, że jeszcze trochę w nim nie zawita. Postanowił nabrać trochę sił i z pomocą swojej podopiecznej ruszyć do doktor Deneve, w nadziei, że ta nie zabije go za stan, jakiego się dopuścił.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Pon Lip 11, 2016 7:00 pm

Z uwagą słuchała jego słów, a nóż jakaś rada się przyda? Chociaż akurat w tej sytuacji szczerze wątpiła, że cokolwiek zdoła odnowić ich wspólną relację. Za dużo namieszała, a on skreślił ją ze swojego życia. Słysząc co Lynn miał do powiedzenia, o mało co nie roześmiała mu się histerycznie prosto w twarz. O tak, odpuściła, tyle że powód był zupełnie inny niż Lynn mógł przypuszczać. Chociaż z drugiej strony skopała sprawę, nie próbując tego naprawić. Bo to, co uczyniła ciężko było nazwać chociażby "próbą naprawy". Mijali się na ulicy, jakby nigdy się nie spotkali, nigdy ze sobą nie rozmawiali.
  - Och, nie sądzę, żeby mnie pamiętał czy rozpoznał. Zachowywał się, jakby mnie nie znał – po raz kolejny wzruszyła ramionami. - Zresztą nigdy nie dał mi odczuć, że jestem kimś więcej niż koleżanką.
  Jego wypowiedź była nieco kłopotliwa, ale przecież nie wiedział wszystkiego, co wydarzyło się w tej historii. I zapewne raczej prędko się nie dowie.
  Sama nie wiedziała, skąd wzięła się jej reakcja. Przecież nie stało się nic takiego, prawda? Ten drobny gest raczej nic nie znaczył, a zostawił ją w niepewności co do intencji. Chociaż może to odzywała się podejrzliwa natura Inkwizytorki?
  - Nic się nie stało, naprawdę – czuła się w obowiązku wyjaśnić. - Zamyśliłam się tylko... a to mnie zaskoczyło...
  Na oślep chwyciła nieszczęsną koszulę i założyła ją. Mimo wszystko cały czas próbowała unikać jego wzroku. Uniosła jednak głowę znad guzików, gdy tylko usłyszała jego następne słowa.
  - Wiesz, wolałabym zostać i dopilnować, żebyś nie zrobił niczego głupiego, ale skoro już mnie wyganiasz... - zaczęła z ociąganiem. Po kolejnych jego słowach dodała nieco gniewnie:
  - O teraz nagle wolisz, żeby nikt mnie nie zobaczył? - uniosła z niedowierzaniem brwi i wstała, kończąc dzieło. - Nie no w porządku. Co tam, idźmy nocą wśród ludzi, na pewno nikt nie zwróci na nas uwagi. Ale brońcie nas wszyscy, żeby nie ujrzała mnie pomoc kuchenna! I tak plotki się pojawią, jedna mniej czy jedna więcej chyba różnicy nie robi? Ale nie, spokojnie ja wszystko rozumiem, wcale nie czuję się urażona – mówiła.
  Raz, dwa rozpuściła włosy; pozwoliła by jasnobrązowe fale spłynęły na jej plecy. Porwała z ziemi swój płaszcz i zapięła go pod szyją, włosy układając na ramionach tak, by chociaż trochę przykryły ranę. Na koniec założyła kaptur. Kiwnęła tylko głową na pożegnanie. W sumie nie miała nic do dodania, ale jednak odezwała się:
  - Jasne, pewnego dnia o tym porozmawiamy... - wahała się chwilę. - Przepraszam, czuję się okropnie, bo to wszystko wydarzyło się z mojej winy. Mam nadzieję, że kiedyś mi to wybaczysz – odwróciła się i podążyła w kierunku wyjścia.
  Nie obejrzała się. Wychodząc, trzasnęła drzwiami. Specjalnie, czy też nie, znaczenia większego to nie miało. Odetchnęła rześkim powietrzem poranka. Jakoś nie uśmiechała jej się jazda dorożką, wolała iść pieszo, mimo zmęczenia. Zajmie jej to na pewno bez porównania dłużej, ale w tym momencie preferowała spacer w chłodzie wstającego dnia. Rozejrzała się jeszcze dookoła i zniknęła w półmroku.

// zt x2

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Wto Sie 02, 2016 12:25 am

Sądził, że nazajutrz poczuje się lepiej. A raczej nie sądził, że może poczuć się gorzej. Pomylił się, a jakże. Gdy z rana, krótkie godziny po wyjściu Isabelli, odnalazła go Shilvia, gardło paliło go i bolało, jakby miał w nim garść piachu, kończyny mu drżały, czuł się, jakby ktoś go przeżuł i wypluł, właściwie częściowo przetrawionego. Oddałby pół zakładu zegarmistrzowskiego za szklankę wody. Rana na szyi pulsowała żywym ogniem, sen w jaki zapadł był płytki i przerywany; nie dał mu odpowiedniego wypoczynku.
Shilvia zastała go na wersalce przy kominku, majaczącego i rozpalonego od trawiącej go gorączki. Jeśli pytała o przyczynę stanu i chaosu, jaki się wokół niego znajdywał, skrzętnie unikał odpowiedzi, do kiedy tylko mógł, bredząc niewyraźnie pod nosem. Nie wymyślił sobie jeszcze dobrej wymówki, nie miał na to sił. Póki co wolał nie zdradzać dziewczynie, że w jego posiadłości zawitała Inkwizytorka. To nie wzbudziłoby jej zaufania na tym etapie. Wydarzyło się jednak coś nieoczekiwanego - po raz pierwszy od początku ich znajomości, podziękował stwórcy za to, że po wypadku w pracowni, ich drogi się nie rozeszły raz na zawsze. Bezmyślnie uznał, że będzie w stanie ruszyć do lekarza o własnych siłach, jednak już wstanie na równe nogi okazało się być bardzo kłopotliwe. Gdyby nie ona, zapewne resztę życia spędziłby na tej nieszczęsnej wersalce, aż w końcu ktoś odnalazłby jego kości.
Zostawiając za sobą bałagan po operacji, zakrwawiony ręcznik i płaszcz, z trudem i przy nieocenionej pomocy Shilvii, pokonali schody. Udało mu się też przebrać w odpowiedniejszy do łóżka strój. A po tym mógł dopełnić żywota. No prawie, bo jego zakład jakąś godzinę temu powinien zostać otwarty. Nigdy wcześniej nie spóźnił się do pracy, a co dopiero nie przyszedł na cały dzień. Obowiązki nie pozwalały mu się jeszcze wczołgać do łóżka i pozwolić poddać się ogarniającej go coraz bardziej niemocy.
Sięgnął po pióro i skrawek pergaminu, pochylając się nad biurkiem i drżącymi dłońmi napisał krótki liścik, mający zastąpić jego nieobecność w pracowni. Głosił on „Z przyczyn ode mnie niezależnych, zakład będzie nieczynny do końca tygodnia, Lynn Cavendish”. Jego zamaszyste, wdzięczne pismo wypadło tu wyjątkowo blado i krzywo. Z wyjątkowo optymistycznym akcentem założył, że do końca tygodnia uda mu się wyjść z domu albo przynajmniej załatwić sobie jakieś zastępstwo. Rozpaczliwie myślał nad pogodzeniem wszystkich ciążących nad nim spraw, jednak nie doszedł do żadnego wniosku, chwiejąc się na nogach.
Doczłapał się z gabinetu do sypialni, ostrożnie wsuwając się do łóżka, aby jeszcze bardziej nie nadwyrężyć rany na szyi. Wyglądał i czuł się fatalnie. Bez słowa pozwolił Shilvii zająć się swoją raną, zmienić bandaż i przetrzeć rozgrzane ciało, co pomogło choć trochę zakryć zapach wysokoprocentowego alkoholu, którym Isabelle była zmuszona przemywać mu ranę. To był okropny pomysł. Co z tego, że nie sczezł z tego świata od zadanego obrażenia, jeśli teraz zrobi to teraz w chorobie? A w dodatku po torturach jakimi było zszywanie rany i przyżeganie jej rozgrzanym nożem? No kto na to wpadł!?
Stracił świadomość, ponownie zaczął majaczyć, wybudził go dopiero głos Shilvii. Wtedy zebrał w sobie resztki sił i przykazał jej zanieść napisany przez niego liścik, wprost do zakładu. Powiesić przy drzwiach. Wielokrotnie zaznaczał o powadze tego zadania. Nim zapadł w niespokojny półsen, dodał do poprzedniego polecenia:
- I przyprowadź jakąś pomoc… - Oczywiście miał tu na myśli doktor Deneve, ale tego już nie sprecyzował, opuszczając powieki i odpływając w krainę nieświadomości.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Nancy
Cicha Wiedźma
avatar

Liczba postów : 76
Join date : 25/10/2015

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Sob Wrz 24, 2016 7:47 pm

Nancy stanęła przed drzwiami zakładu zegarmistrzowskiego i spojrzała jeszcze raz na trzymany w rękach niewielki zegarek na dewizce, pamiątkę po ojcu. Był on jedną z osób, których blondynka darzyła bezpardonową nienawiścią, która nie ugasła nawet w te kilka lat po jego śmierci. Ale pamiątki mają to do siebie, że z czasem narasta wokół nich sentyment, siła nie do pokonania. Więc nawet taki zegarek zaczyna się mimowolnie szanować i ubolewać, gdy nakręcanie mechanizmu przestaje spełniać swoją funkcję.

Jednak jedyna osoba, do której mogła się zwrócić o pomoc, z przyczyn nieznanych kobiecie chwilowo była poza zasięgiem. Za zamkniętymi drzwiami zakładu nie było nawet żywego ducha. Westchnęła cicho. Nic tu po mnie, pomyślała niezadowolona i zacisnęła palce na zegarku. Cóż, planowała to załatwić jak najszybciej, jednak jak tak miały się sprawy, nie pozostało jej nic innego niż powrót do domu.

Wracając do domu zapytała się kilku osób, co się stało. Czyżby pożar w zakładzie? Choroba? Przymusowy remont? Oskarżenie o czary i pojmanie przez Inkwizycję? A może nieplanowany wyjazd? Nikt jednak nie był w stanie udzielić jej satysfakcjonującej odpowiedzi. To tylko wzmogło niepokój kobiety. Tak, Cavendish był mężczyzną, przedstawicielem płci, której się bała, i znała go tylko z wizyt w jej kwiaciarni, jednak była mocno zdenerwowana. Chociaż doskonale wiedziała, że nikogo znowu nie zasta, postanowiła wrócić pod zakład.

Los się do niej uśmiechnął. Z pewnej odległości dostrzegła drobnego chłopca, który przybijał coś do drzwi. Czekając, aż smętny młodzian się oddali, zaczęła układać w myślach najczarniejsze scenariusze, tylko po to, aby wkrótce zapoznać się z treścią ogłoszenia.

Zakład nieczynny do końca tygodnia, tak?, pomyślała, rozczytując niewyraźnie nagryzmolone na kartce papieru słowa. Przez chwilę powróciła do poprzednich wniosków, to jest wyjazd lub choroba, jednak po raz kolejny zerknęła na kartkę. Z pismem Cavendisha miała do czynienia stosunkowo rzadko, czasem najwyżej posłał jej liścik z prośbą, by na taki i taki dzień przygotować dorodny bukiet białych lilii, jednak była pewna, że charakter pisma mężczyzny jest zdecydowanie bardziej staranny. Niechlujne gryzmoły bardzo ją zaniepokoiły. Jeszcze te złowrogie sformułowanie, „niezależnych ode mnie”… Co u licha musiało się stać?

Z ciężkim sercem zdecydowała się na zachowanie niegodne damy. Mianowicie: śledzić tego chłopca, licząc, że zaprowadzi ją tuż pod bramę posiadłości Cavendisha. Sporo ją wyprzedził, jednak ulicą nie przemieszczało się aż tak dużo ludzi, by nie mogła go dostrzec. Działo to też na korzyść kobiety, która wmieszana w spacerujący tłumek nie była aż tak podejrzana. Najgorsze były zakręty. Gdy tylko chłopiec znikał jej na chwilę z oczu, przyspieszała kroku, prawie że biegnąć.

No ale, grunt, że się jej udało.


___________________
Mowa Myśli

relacje kp teczka mieszkanie
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 124
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Nie Paź 23, 2016 5:44 am

Lubiła sypiać w posiadłości, sama w sumie nie wiedziała dlaczego. To nie tak, że panowały tutaj jakieś królewskie warunki czy coś (chociaż dla przybłędy z ulicy zniszczona rezydencja była jak baśniowy pałac), ale jednak świadomość, że ten buc znajdował się w tym samym budynku co ona, po prostu czuła się jakoś przy nim bezpiecznie. Przestała się już go bać na tyle, że nie mdlała na widok jego wzroku i prawdę powiedziawszy musiała przyznać, że nie chciał jej zrobić krzywdy. Był w sumie o wiele milszy dla niej, niż ludzie z którymi miała nieprzyjemność obcować do tej pory (oczywiście zdarzały się malutkie wyjątki), lecz nie zmieniało to faktu, że momentami robił niemalże wszystko, by tylko jej możliwie jak najbardziej dokuczyć. Można było się domyślać, że była dość rozerwana.
Wszystkie rozmyślania znikły jednak, kiedy po wstaniu z łóżka postanowiła pójść do salonu i tam poczekać na swojego szefa, lecz ku jej zdziwieniu wcale nie musiała go długo wyczekiwać. Widok, który tam zastała, zmroził jej krew w żyłach. Zegarmistrz leżący na wersalce przypominał trupa (o wiele bardziej niż zwykle), na całe szczęście jednak ją zauważył i zaczął coś mruczeć, nim czarownica wydała z siebie krzyk myśląc, że jest martwy.
Natychmiast zarzuciła go pytaniami typu: "Co się stało?", "Kto panu to zrobił?", czy też "Może pan wstać?", wszystko niestety na marne, gdyż z ust mężczyzny wydobywały się tylko jakieś jęki. Trudno sobie wyobrazić jaki horror przeżywała teraz Shilvia. W ogóle nie miała pojęcia na czym stoi, co w ogóle ma robić, a na dodatek Lynn wydawał się z sekundy na sekundę wyglądać coraz gorzej. Na pewno nie mogła go tak po prostu zostawić, musiał jakoś znaleźć się w swoim łóżku, ale dostanie się tam na jego własnych nogach kompletnie wypadało z gry. Pomogła mu więc wstać i podpierając go, dowlokła go jakoś na piętro do sypialni co bardziej przypominało wdrapywanie się na szczyt góry z siedemdziesięciokilogramowym kamieniem na plecach, gdyż mimo iż mężczyzna swą posturą przypominał patyk to bądź co bądź jednak swoje ważył.
Będąc już w jego sypialni, Shilvia dokładniej przyjrzała się jego ranom. Z chwili na chwilę robiła się coraz bardziej niespokojna. Bandaże wyglądały paskudnie, a to co znajdowało się pod nimi sprawiło, że na chwilę jej serce przestało bić. Niezwłocznie przyniosła nowe bandaże ręcznik, by obetrzeć ciało zegarmistrza.
Nie zajmowała się takimi rzeczami nigdy wcześniej, lecz znała się trochę na szyciu (a dokładniej na wyszywaniu) i z całym szacunkiem, ale ktoś odstawił tam jawną fuszerę. - Panie Cavendish, kto panu to zrobił, niech mi pan natychmiast powie! - Prosiła go błagalnym tonem wycierając go ręcznikiem. Nie odpowiadał jej, na co ona z przerażeniem w głosie. - P-panie Cavendish, słyszy mnie pan? - Znowu nie uzyskała odpowiedzi. Tego już było za wiele. Chwyciła go za ramię i energicznie potrząsnęła. - PANIE CAVENDISH!!! - Była już na skraju płaczu.
Zegarmistrz na szczęście nie odszedł jeszcze do krainy umarłych i wcisnął jej liścik, który ówcześnie przygotował. Skinęła głową wysłuchawszy już jego polecenia, ale naprawdę nie widziało jej się zostawiać go samego w takim stanie. Jednakże musiała przyznać, że była po prostu za głupia by coś sama zdziałać i zapewne pogrążyłaby go jeszcze bardziej.
- Tylko niech pan się nigdzie przez ten czas nie rusza! - Rzuciła jeszcze przed wyjściem i ruszyła na miasto.
Napotkał ją pierwszy problem. Kompletnie nie miała pojęcia gdzie teraz powinna się udać, a stres, który teraz pochłaniał całe jej ciało wcale tego nie ułatwiał. Wiedziała, że istniała klinika tej wielkiej, białej istoty, która niegdyś wybawiła ją od rychłej śmierci, lecz miała swoje powody, by tam nie iść, o Inkwizycyjnym szpitalu nie wspominając.
Desperacko zaczęła pytać ludzi na ulicy, którzy albo mówili o klinice Noitów, albo o tym zbiorowisku kapturków. Trafiła w końcu na kogoś kto wskazał jej dom na obrzeżach i kazał pytać o doktora o nazwisku Hackett.
Uradowana popędziła ile sił miała w swoich wątłych nogach kierując się wskazówkami dobrotliwego przechodnia. W końcu dotarła do kamienicy. Miała jeszcze małą przygodę, z wejściem komuś do domu w mało dwuznacznej sytuacji co skończyło się dla niej bycia nazwanym zboczeńcem i oberwaniem miotłą po głowie, ale nie zagłębiajmy się w szczegóły.
Nie będąc pewna już zupełnie pod którymi drzwiami powinna znaleźć doktora zapytała starszego pana schodzącego ze schodów czy przypadkiem nie wie gdzie ów osobnik o nazwisku "Hackett" przyjmuje.
Starzec wybałuszył na nią oczy spod grubych okularów. - Młodzieńcze... - Zaczął zachrypniętym głosem. - Doktor Hackett nie przyjmuje... - Shilvia wnet odpowiedziała mu przejętym tonem. - A-ale jak to? Wyjechał? Kiedy wróci?!
Starszy pan spochmurniał. - Nie wróci... Stary, poczciwy Hackett nie żyje już od... Chyba dziesięciu lat. - Pokręcił wnet głową - Biedak nie mógł się pozbierać po stracie syna.
Na twarzy Shilvii w jednym momencie pojawił się istny terror. Nie odpowiedziała nic więcej. Staruszek widząc chyba jak ta wiadomość wstrząsnęła (w jego oczach) chłopcem wyciągnął z kieszeni landrynkę i położył ją na jego zielonkawej dłoni po czym minął go, znikając za jego plecami.
Mała czarownica stała tak jeszcze chwilę oszołomiona. Otrząsnęła się jednak chwilę później. Wcisnęła cukierka od kieszeni i wyszła pośpiesznie z kamienicy, ruszając w stronę miasta.
Zamiast landrynki miała w tym momencie ochotę zjeść najbliższą metalową rzecz w zasięgu wzroku, ale obiecała coś jej szefowi i musiała się powstrzymać... Lecz czego pan Cavendish nie zobaczy, to go nie zaboli, nieprawdaż? Ot, znalazła parę zardzewiałych gwoździ (tych od Lynna w życiu by nie ruszyła!), które wlały się ludziom pod nogami. Zapewne ktoś je zgubił jakiś czas temu, cóż, jego strata. Włożyła je sobie do buzi gdzieś na uboczu, a rzucie ich niebywale ją uspokoiło (dziewczyna niemalże trzęsła się jak galareta do tego momentu).
Jej spokój trwał jednak niebywale krótko, gdyż po dotarciu pod zakład ogarnął ją wielki smutek. Przybijając kartkę do drzwi naszła ją pewna przerażająca myśl. A co jeśli on tu nie wróci? Wyglądał naprawdę źle, kiedy zostawiała go w posiadłości, a trochę czasu już minęło... Nie! To nie mogła być prawda! Niepokojące myśli zaczęły kłębić się w jej głowie podczas, gdy nieomal nie uderzyła się w palec młotkiem z pracowni.
Musiała do niego wrócić. Szła bardzo szybkim krokiem, a na jej twarzy oprócz smutku zaczęła malować się również i złość. Co on sobie w ogóle myślał? Dać się tak poturbować, a później tak nieudolnie zaszyć rany? Nie mógł przecież sam siebie tak skrzywdzić! Ale ten głupek nie ma siły przecież teraz mówić! Jak ona mogła nie słyszeć tego, że w salonie działy się takie rzeczy? Do tego teraz praktycznie wracała z niczym. Mogła mu pomóc też wczoraj, kiedy to się stało, a teraz on pewnie umrze i to przez nią, a był on przecież dla niej taki dobry! Dał jej dach nad głową, pracę i jedzenie. Co teraz będzie?!
Niemalże wybuchnęła płaczem docierając do posiadłości. Już była naprawdę blisko, kiedy zdecydowała się odwrócić za siebie. I wtem ujrzała... Chyba anioła. Przez chwilę podziwiała ową niebiańską postać w milczeniu, kiedy nagle wypaliła z impetem. - Pani Braithwaite? - Uśmiechnęła się maniakalnie. - Jak dobrze, że pani jest! Proszę iść za mną!- Podeszła do owej kobiety, którą kojarzyła z zakładu (i z opowiadań Lynna), by zaciągnąć ją za rękę wprost do rezydencji.
Tak ciągnąc bogu ducha winną kobietę po schodach mówiło energicznie - Pan Cavendish ucieszy się z pani widoku, naprawdę! Jest teraz chory, ale pani na pewno wie co robić, prawda? - Uradowana prowadziła ją wprost do sypialni mężczyzny. Dziewczyna zapewne myślała, że skoro ta pani zna się na kwiatach to musi się znać też na zielarstwie i na pewno uleczy pana domu w trymiga.
- Panie Cavendish, przyprowadziłam kogoś... - Czarownica ostrożnie wychyliła się zza drzwi zaglądając do sypialni.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Nie Paź 23, 2016 4:46 pm

Gdy Shilvia wybiegła w pośpiechu, obudziła się w nim drobna nadzieja na dożycie jutra. Wyglądała na zaangażowaną. Dziewczę, co prawda, nie było okazem mądrości, ale jak sądził – co trudnego było w przyprowadzeniu doktor Deneve do posiadłości? Znała go nie od dziś, w końcu to ona pomogła mu stanąć na nogi trzy lata temu. Był pewny, że gdyby Shilvia odpowiednio wyjaśniła sytuacje, tamta zgodziłaby się na wizytę domową. Leżał więc w łóżku, żałując jedynie, że nie poprosił swojej podopiecznej o szklankę wody, a nie o powierzenie jej swojego życia. Jeszcze.
Umysł miał poważnie zaćmiony, a wszystkie kończyny jak z waty, jednak udało mu się wydobyć z szafki przy łóżku ceramiczne naczynie, zapewne służące w latach swojej świetności jako wazon, wystawiając je za okno. Oczywiście, trochę się namęczył z roztwieraniem okiennic, a powiew wiatru, jaki natychmiast uderzył jego rozpaloną twarz, prawie zwalił go z nóg. Napełnił naczynie deszczówką, jednak nie mając siły na zamknięcie źródła chłodu i wiatru, więc skulił się pod pierzyną, pijąc wodę, smakującą jak kurz, ciekawe dlaczego.
Nie utrzymał wazonu w trzęsących się dłoniach, ten z łoskotem upadł na dywan. Nie ponawiał próby, czując, że następnym razem może go wywiać z pokoju. Grzecznie czekał więc na swoje zbawienie, telepiąc się jak galareta i usilnie próbując nie dokonać żywota. Zdarzyło mu się wielokrotnie zapadać w płytki półsen, z mniej lub bardziej absurdalnymi snami. Raz nawet śniło mu się, że Shilvia zamiast doktor Deneve przyprowadziła mu Nancy! Ha, dobre sobie! Chyba aż tak nie mogła go nienawidzić, prawda? Prawda…?
Otworzył oczy, a mara senna wcale nie odchodziła. Stała przed nim, jeszcze w progu pokoju, razem z jego wychowaną, najwyraźniej dumną ze swojego postępowania. Przez ładne kilkanaście sekund nie był w stanie wykrztusić z siebie słowa. Ogarnęła go czarna rozpacz, prędko zastąpiona przez bezsilną złość. Nawet nie miał mocy w rękach, aby zdzielić to tępe dziewczę laską…! Ale niech poczeka, aż wstanie…!
Jak pomyślał, tak też zrobił, wyglądając iście jak żywy trup decydujący się na opuszczenie swojego nagrobku. Wsparł się na dłoniach, osuwając pierzynę, a wiatr rozgarnął mu włosy ze mokrej od potu twarzy. Mord w oczach był lekko przyćmiony przez jawne zmęczenie. To jednak nie przeszkodziło mu w chwyceniu pierwszej rzeczy jaka napatoczyła mu się pod palce, spoczywając również na szafce przy biurku. Mianowicie był to klucz francuski, imieniem Lorena, dwunastocalowy. Cisnął nim w dziewczynę, poświęcając w ten gest ostatnie resztki swoich sił. Skoro nikt nie mógł mu pomóc, za logiczne uznał zabicie Shilvii.
Spudłował, sił miał tyle, że klucz ledwo doleciał do drzwi i tak tworząc lekkie wyżłobienie w ścianie obok. Udawał, że taki był jego plan od początku, a dziewczyna powinna potraktować to jako strzał ostrzegawczy. Złapał się za głowę, dysząc z trudem, ale to wcale nie odbierało mu wrażenia, że na chwilę obecną lepiej się do niego nie zbliżać, jeśli nie chcę się zostać ugryzionym.
- Ty kretynko… - wysapał, przerywając prędko, bo nie miał sił, aby kontynuować. – Czego nie zrozumiałaś w poleceniu „sprowadź pomoc”? – warknął przez zaciśnięte zęby, zupełnie ignorując obecność Nancy, która zdążyła przywyknąć do nieco bardziej uprzejmego traktowania. – LEKARKĘ, DURNA DZIEWCZYNO. NIE KWIACIARKĘ!!! – podniósł głos, rozglądając się za kolejnym przedmiotem do rzucenia. W oczy rzucił mu się leżący na podłodze wazon z rozlaną wodą. – Wyjdź. Bo następnym razem nie spudłuję – zagroził jej jawnie.
Usiłował się uspokoić, ale nie zdołał się do końca przejąć swoim niepoprawnym zachowaniem. Było mu źle, czuł się fatalnie, nawet gorzej niż podczas najgorszej z męskich chorób – kataru i kaszlu. Mimo to, ton jego głosu nieco złagodniał:
- Pani Adler… - zaczął, a w oczach mu pociemniało. Dyszał niespokojnie, przymykając powieki. Nie potrafił ułożyć prośby o sprowadzenie tu kogoś kompetentnego, słowa nie układały się w spójną całość, nawet w jego głowie. – Proszę… - znów urwał w połowie, ale tym razem nie wydobył z siebie żadnej kontynuacji. Opadł z powrotem na pościel, częściowo tracąc kontakt ze światem rzeczywistym.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Nancy
Cicha Wiedźma
avatar

Liczba postów : 76
Join date : 25/10/2015

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Nie Paź 23, 2016 5:48 pm

Stanęła w miejscu, gdy tylko postać chłopca stanęła w miejscu. Na chwilę kobieta sama zastygła bez ruchu tylko po to, aby po chwili niepewnie zacząć się cofać. Machinalnie owinęła się płaszczem, chociaż wiatr wcale nie zawiał. Nie, po prostu bała się, że ktoś rozpozna w niej prześladowczynię małoletnich dzieci. Ale zobaczyła, że dzieciak jest na krawędzi swoich wytrzymałości. Gdy zobaczyła, że chłopiec odwraca się w jej stronę, uśmiechnęła się lekko. Bardzo, ale to bardzo powoli zaczynała w nim rozpoznawać w nim pewną dziewczynkę, którą miała przyjemność poznać dość dawno temu. Shilvia. Mały smakosz wszelkiego żelastwa i gwoździ, którego przyłapała na podgryzaniu płotu na obrzeżach miasta. Od pewnego czasu nie widziała jej nigdzie, przez co myślała, że mała czarownica wpadła w łapy Inkwizycji – a tu proszę, mieszkała w najlepsze u Cavendisha! Co za zabawny zbieg okoliczności.

Tak, to bez wątpienia była Shilvia. Poznała ją po głosie, a ponadto tylko czarownicom przedstawiała się jako Braithwaite – ot tak, dla większego bezpieczeństwa obu stron. Dygnęła elegancko, gdy Shilvia do niej podeszła i donośnym głosem się przywitała – o ile tak można nazwać wykrzyknięcie jej fałszywego nazwiska. Uśmiechnęła się jedynie słodziutko i przykładając palec do ust szepnęła:

Lepiej będzie, jak będziesz mnie nazywała w mieście panią Adler.

Gdy dziewczyna chwyciła Nancy za rękę, ta pomyślała w pierwszej chwili, że przypada właśnie któraś już rocznica śmierci narzeczonej Cavendisha. To by wyjaśniało zamknięcie zakładu, ciągnięcie biednej Nan do posiadłości i smutek Shilvii. Cavendish może i był twardą osobą, ale jednak Adler swoje przeczuwała. Skoro rozkleił się nieco przed kwiaciarką, to może, zamroczony zamienionymi na promile procentami, wyśpiewał pieść swojego serca i Shilvii? Ale co ona u niego, do licha, robiła? Sprzątała może? Raczej nie gotowała. Cavendish nie wyglądał na amatora żelaza...

Na co jest chory?! — zdążyła jedynie wykrztusić podczas szalonego biegu po schodach. Co ona mogła zrobić, skoro nie wiedziała, co się stało z tym zegarmistrzem? Miała przy sobie... No w porządku, jej moc mogłaby mu pomóc. Ale może jest to coś mało groźnego, jak katar? Mężczyźni w takich chwilach zachowują się niekiedy gorzej niż dzieci...

O tym, jak błędne były jej założenia, przekonała się szybko. Może nawet aż za szybko, bo widok Cavendisha był obrazem nędzy i rozpaczy. A sam widok Nancy musiał go wyjątkowo rozświeczyć, skoro odważył się wstać. Wyglądał okropnie. Zalany potem, włos rozwiany, krok niepewny, twarz szaleńca. Do tego ten leniuchujący wazon na dywanie... Tyle pokrótce zdążyła zarejestrować kwiaciarka, gdy nagle o ścianę uderzyło jakieś metalowe żelastwo. Nan nie znała się zbytnio na zawodzie Cavendisha, na narzędziach, którymi się posługiwał, tym bardziej, ale udało się jej stwierdzić, że to, co wylądowało niedaleko Shilvii, bez wątpienia było kluczem francuskim. Biedny zegarmistrz! Z rozpaczy i tęsknoty za ukochaną oszalał!

Panie Cavendish! — podniosła głos, gdy mężczyzna nie dość, że podniósł głos na i tak dostatecznie wystraszoną Shilvię, to jeszcze zaczął jej grozić. Ale po chwili rysy jej twarzy złagodniały, a oczy otworzyły się szeroko z przerażenia. Dostrzegła jego szyję. Co on wyrabiał...?

Dopiero gdy Shilvia wyszła, pozwoliła sobie na cichy jęk przestrachu. Tu naprawdę potrzebne były już czary, nie medycyna...

W porządku... Zajmę się panem... — Zrzuciła płaszcz i położyła go na stojącym nieopodal taborecie. Usiadła obok leżącego mężczyzny i przetarła mu twarz jedną ze swoich chustek. Chyba nie miała wyboru... Ale najpierw chciała chociaż odrobinę zbić temperaturę i uśpić Lynna – tak, by o niczym się nie dowiedział.

Ostrożnie odwinęła bandaże oplatające szyję Cavendisha i przyjrzała się uważnie jego szwom. Nie wyglądało to za dobrze. Nie chciała odmawiać dobrych intencji osobie, która założyła mu szwy, ale musiała jednak powiedzieć wprost: dobrymi uczynkami piekło jest usłane.

Plan działania: zbić gorączkę, uśpić i szybko pocałować, aby rany zaczęły się porządnie goić...


___________________
Mowa Myśli

relacje kp teczka mieszkanie
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Shilvia
Hodowca
avatar

Liczba postów : 124
Join date : 04/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Nie Paź 23, 2016 8:53 pm

- Zobaczy pani jak już dojdziemy! Naprawdę spadła mi pani z nieba! - Wołała z ulgą Shilvia pędząc po do sypialni pana domu. Pani Braithwaite bardzo jej pomagała, kiedy była na ulicy i nawet nie zbiła jej za jedzenie płotu (Lynn powinien się od niej wiele nauczyć).
Przekroczywszy próg już z gościem zawołała. - Spotkałam po drodze panią Bra- Znaczy się panią Adler i pomyślałam, że skoro... - Nagle jednak pan Cavendish wstał. Wyglądał przeokropnie, jak jakiś koszmar czatujący pod łóżkami dzieci, by tylko je wciągnąć pod nie i zjeść na podwieczorek. Czarownica przełknęła ślinę. Z chwili na chwilę zegarmistrz robił się coraz straszniejszy i zaczął przypominać siebie z ich pierwszego, niefortunnego spotkania, kiedy nieomal wyzionęła ducha.
Teraz zaczęło robić się niebezpiecznie podobnie. Znów poczuła to samo uczucie, które unieruchamiało jej wszystkie kończyny, a struny głosowe wiązały się na supełki. Uniknęła na szczęście pocisku-klucza francuskiego, lecz pewnie nawet nie próbowałaby się przed nim uchronić nawet gdyby leciał jej prosto między oczy.
- A-ale... - Dukała, kiedy on się na nią wydzierał. Przecież zrobiła to co było w jej mocy. Ba, przyniosła mu nawet kogoś o wiele lepszego od lekarza, a on się na nią dalej wytrząsał i do tego jeszcze groził! - A-ale p-panie Cavendish! - Jej oczy wypełniły się łzami.
Koniec końców wybiegła jednak z sypialnio-gabinetu (trzaskając drzwiami oczywiście) i pobiegła do jakiegoś innego, zupełnie losowego pokoju, w którym usiadła w kącie i zaczęła gorzko płakać. Co za pacan! Jak on mógł mówić jej takie rzeczy po tym co dla niego zrobiła, nienawidzi go!


// chwilowe zawieszenie postaci

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Wto Paź 25, 2016 11:17 am

Powieki miał minimalnie rozchylone, ale nic nie wskazywało na jego kontakt ze światem rzeczywistym. Błądził gdzieś na granicy snu i rzeczywistości, nie przekraczając granicy żadnej ze stron. Dostrzegał niewyraźnie ruchy pochodzące z bliska, nie będąc jednak w stanie zinterpretować ich znaczenia. Zdawało się nawet, że współpracuje, odchyla głowę, by Nan mogła sprawnie pozbawić go bandaża, by zabrać się do pracy. Nie robił tego w celu współpracy, po prostu bez świadomości podążał za drobnymi wskazówkami, pochodzącymi od jej rąk.
Mruknął pod nosem coś niezrozumiałego, co niewątpliwie było przekleństwem, nie rozumiejąc, dlaczego ktoś nie pozwala mu odpłynąć w krainę snu, do czego przecież tak dążył. Drżał z zimna, dysząc lekko, jakby to wszystko kosztowało go całkiem sporo wysiłku. W końcu rozchylił bardziej oczy, jednak nie rejestrując postaci Nancy, a dostrzegając pustkę przy drzwiach, dokładniej tam, gdzie uprzednio stała Shilvia. Zmarszczył brwi, jakby nie wierząc, że śmiała go zostawić. Na swój opaczny sposób sądził o jej wierności, niezależnie od gorzkich słów, zwłaszcza teraz, gdy jej potrzebował. Zdenerwowałby się, gdyby tylko miał na to więcej siły.
Odezwał się niemrawo, rzucając gdzieś w przestrzeń:
- Gdzie ta kretynka polazła?
Jego trybiki w głowie w końcu ruszyły, z początku ociężale. Zdołał pojąć jedno – ktoś się nim zajmuje. Zapomniał już o obecności Adler, aktualnie nie będąc w stanie rozszyfrować twarzy, znajdującej się przecież tak blisko niego. Usilnie próbował pojąć sytuację, w której się znajduje. Ktoś mu pomaga? Czy może jest już traktowany jako zwłoki, gotowe na sekcję?
- Co ty robisz? – wyrwało mu się, zupełnie zapominając o grzecznościach, a właściwie nie pojmując z kim ma do czynienia, zapominając, jak nazywał tę osobę jeszcze przed niecałymi minutami. Zamroczenie nie ustępowało, nie potrafił sprecyzować, do kogo należą dłonie, które się nim opiekują.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Nancy
Cicha Wiedźma
avatar

Liczba postów : 76
Join date : 25/10/2015

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Nie Lis 13, 2016 12:08 pm

Zdejmowanie bandaża z szyi Cavendisha było dla Nan nie lada wyzwaniem. Niby mężczyzna odchylał szyję, niby robił coś, co od biedy można by porównać do pomocy, ale gdy tylko Nan prosiła, by obrócił lekko głowę w tę stronę czy tamtą, ten coś tam mruknął pod nosem i na tym się skończyła jego aktywność. Kobieta cichutko westchnęła i obróciła lekko palcami szczękę mężczyzny, by ułatwić sobie dalsze działanie. Ostrożnie odchylała materiał od rany, która sama w sobie była paskudna ponad wszelką miarę, ale Nan nie była w stanie rozeznać, co było gorsze: obrażenia czy boleśnie niezdarny sposób ich zszycia. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że gdyby nie szwy, Cavendish dawno by się wykrwawił, jednakże… Cóż, po nich też spodziewałaby się więcej szkody niż jakiegokolwiek pożytku.

Widziała, że było mu zimno. Otwarte okno nie byłoby problemem, gdyby nie wybuch złości Cavendisha i atak płaczu Shilvii – wystarczyłoby dziewczynę poprosić o jego zamknięcie – ale ponieważ została na warcie sama, nie miała innego wyboru niźli uporać się z jego obecnym stanem, a dopiero potem zadbać o sprzyjające warunki otoczenia…

Cóż — bąknęła, zastanawiając się nad tym, co powinna jeszcze powiedzieć. Mogłaby w sumie wcisnąć mu dowolną bajkę, ale czy nie byłoby to zbyt okrutne, tak okłamywać chorującego? — Chyba musi dojść do siebie… Ale proszę przez chwilę o tym nie myśleć — szepnęła. — Proszę myśleć, że to tylko sen.

Opatuliła mężczyznę poduszkami, kocami, jakie tylko znalazła w pokoju, i kołdrą, po czym wstała i podeszła do okna. Teraz dopiero sobie uświadomiła, jak w złym stanie jest nie tylko Lynn, ale i sama jego posiadłość. Niestarannie wytarte kurze, krzywo zawieszone zasłony… Co jak co, ale brakowało w tym domu kobiecej ręki i kobiecego sokolego oka w sprawach porządków… Z westchnieniem wróciła do chorego i przystąpiła do dalszego wycierania jego twarzy i szyi z potu. Gdyby Cavendish chciał współpracować, z pewnością by już spał, a ona miałaby problem z głowy. Niestety, Lynn postanowił, że jeszcze trochę sobie pogaworzy. Zupełnie jak małe dziecko. Mimowolnie się uśmiechnęła.

Proszę leżeć spokojnie. Ma pan gorączkę, a ja staram się panu pomóc — powiedziała, starając się nie roześmiać, chociaż sytuacja nie była przecież za wesoła.


___________________
Mowa Myśli

relacje kp teczka mieszkanie
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Posiadłość Cavendisha    Sro Lis 30, 2016 9:01 pm

Poddawał się jej ruchom, odwracając głowę ociężale, z wyraźnym, rosnącym wciąż trudem. Podświadomie potraktował słowa napływające mu do uszu poważnie, wierząc w nie jak w postanowienie z góry, niemalże od siły wyższej. Sen. To był tylko sen. Taki jak setka innych. Niezbyt przyjemny, sprawiający mu ból, jednak nie musiał wierzyć, co się w nim odgrywało; z utęsknieniem wyczekiwał przebudzenia, jednocześnie leniwie rejestrując, co oferował mu ten pokręcony scenariusz.
Później zaś ignorował jej słowa, nie odnajdując w nich sensu. Proszę pana? Zaniepokoił się, gdy opuściła go na moment przy zamykaniu okna, jednak jego reakcje były na tyle opóźnione, aby nie zdążył zareagować w żaden sposób. Nie zatrzymywał jej, wróciła nim otworzył usta.
Na powrót czuł ciepło jej ciała, delikatny zapach, wyczuwalny z powodu ujmującej bliskości, jakiej już dawno nie doświadczył. Wiedział już, z kim ma do czynienia. Uśmiechnął się do własnych wspomnień. Tak jak ostatnio… Zmianie uległy role, jakie przyszło im odgrywać. Z jego ust wydobył się rozbawiony, ale niemrawy i często ciężki do zrozumienia szept:
- A pamiętasz… Pamiętasz, gdy chorowałaś na szkar… latynę? Wtedy to ja opiekowałem się tobą. Mówiłaś, abym cię nie całował, bo przejdzie na mnie… - mówił, przymykając powieki, z wyraźnie ogarniającym go spokojem. Przeciągał niektóre wyrazy, inne dzielił na sylaby, ale wyglądało na to, że dopiero rozkręcał się ze swoją opowieścią. – Mówiłaś… miałaś czerwone wypieki na twarzy. Pachniałaś lawendą i mentolem. – Twarz mu pojaśniała, aż przez moment sprawiał wrażenie zdrowego na ciele człowieka. Położył dłoń na wierzchu jej dłoni, uniemożliwiając chwilowo dalszą pracę. Miękkość pierzyny otulała go z każdej strony. Błoga przyjemność wypełniała każdą komórkę jego ciała, jednak jeszcze jedna rzecz nie pozwalała mu odpłynąć w nieświadomość. – Źle ze mną? Na pewno nie tak, jak wtedy z tobą, prawda? Czytałem ci, pamiętasz…? Co to było? Ach, ta szmira… Manon Lescaut. Nie wiem, co Chevalier miał w głowie… - zastanawiam się na głos, nim zgubił wątek i przypomniał sobie, że wcale nie chciał opowiadać o tym. – Bałaś się wtedy? – zapytał w końcu, o kolejne pół tonu ciszej, minimalnie uchylając powieki, pod którymi dostrzec mogła błyszczące oczy.
Chciał pociągnąć ją w swoją stronę, ale nie starczyło mu na to sił. Zamiast tego wybełkotał  błagalnym tonem:
- Pochyl się, proszę… Czy ty wciąż pachniesz lawendą? – zerknął na nią lekko oszołomiony, ale w jego spojrzeniu nie było chociażby cienia rozumności. Rozpaczliwie chciał poczuć po raz kolejny bliskość jej ciała, a obezwładniająca go bezsilność sprawiała, że stał się od niej praktycznie zupełnie zależny. Pozostało mu jedynie prosić.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
 
Posiadłość Cavendisha
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Posiadłość Trizgane.
» Odnowiona posiadłość
» Prywatna posiadłość Kajl'a
» Posiadłość l'Firenzza
» Posiadłość Vogarra

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Wishtown :: Dzielnice mieszkalne-
Skocz do: