IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Korytarz   Czw Lip 28, 2016 2:49 am


Jeden z korytarzy akademii, mijany codziennie przez setki adeptów i nauczycieli. Prowadzi on do głównego wyjścia z budynku, więc jest miejscem dosyć często uczęszczanym, równie o godzinach porannych jak i wieczorami. Dosyć ozdobny, bogato urządzony, robiony typowo na pokaz, aby kolejny raz podkreślić potęgę Inkwizycji.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw Lip 28, 2016 3:06 am

Nastał czas przerwy obiadowej, więc pospiesznie wrzucił książki do torby, czując na sobie zniecierpliwione spojrzenie Amona. Korytarze niemal opustoszały, pojedyncze osoby wychodziły jeszcze z akademii, aby skorzystać z tej najprzyjemniejszej części dnia. I jemu w końcu udało się zamknąć wypchaną po brzegi torbę, choć zakrawało to o cud oraz wymagało użycia siły. Skręcili do wyjścia, wychodząc na główny hol, gdzie ich uwagę natychmiast przykuło zgromadzenie kilku osób; gapiów i zacieśniającego się wokół jakiegoś wydarzenia grona.
- Bójka? Chodź, przyjrzyjmy się temu… - Wypowiedź Amona zakończył złowieszczy śmiech, zwiastujący to, że miał prędzej miał ochotę się przyłączyć do awantury, niż biernie kibicować. Lynn poczuł szarpnięcie na rękawie swojej koszuli i tylko to sprawiło, że poszedł za przyjacielem. Choć zrobił to bardzo niechętnie, nie przepadając za tego typu rozrywkami. Westchnął i przewrócił oczyma, czego Amon już widzieć nie mógł.
Po odgłosach można było sądzić, że doszło do drobnej sprzeczki, zamieszenie z każdą chwilą robiło się coraz bardziej zacięte, jednak nie wszyscy się tym zainteresowali, niektórzy całkiem dojrzale mijali centrum wydarzenia, bez okrzyków i zachęcania do brutalnych rozwiązań. Nie oznaczało to jednak, że  można się było do nich przyzwyczaić. O nie, zazwyczaj na porządku na korytarzach pilnowała osoba do tego przeznaczona, a nikomu nie uśmiechało się czyścić ławek po lekcjach. To nie zdarzało się często, dlatego nawet Lynn zaszczycił spojrzeniem całe zgromadzenie, oceniając sytuację. Amon zrobił to szybciej, mówiąc na głos:
- Och, Peter Harper… - W jego głośnie brzmiał wyraźny zawód. Chłoptaś i jego koledzy nie mieli dobrej sławy. Amon chętnie poobijałby komuś bezmyślnie ryj, jednak w całej swojej inteligencji nie zaczynał, gdy nie miał choć cienia szansy na wygraną. Niepocieszony, ruszył dalej, decydując się na zjedzenie obiadu, gdy spostrzegł się, że jego przyjaciel dalej stał w miejscu. – Lynn? – zapytał, bacznie przyglądając się jego twarzy, na której z wolna malowało się zdziwienie.
Chłopak jednak nie słyszał już pytania kompana. Ogarnęła go ogromna wściekłość, aż twarz mu pociemniała z nadmiaru negatywnych emocji. Zacisnął dłonie w pięści, gdy w końcu dotarło do niego, kto gra pierwsze skrzypce w wydarzeniu nieopodal niego. To nie była zwykła bójka, tylko znęcanie się. Niemalże drżąc, obserwował, jak Peter z niezrozumiałą mu satysfakcją szarpie kołnierz rudowłosego chłopca. Tego samego, którego poznał parę, może paręnaście dni temu w samotnej klasie. Prędko połączył fakty – jego płacz, siniaki na ciele z sytuacją, która miała właśnie miejsce. A on, cóż, wciąż nie wyleczył się z wyrzutów sumienia po ostatnim kłamstwie. Nawet nie rozpoznał przyczyny całego zamieszania, nie docierały do niego złośliwe docinki, jakie krążyły wokół zamieszania.
W przypływie heroizmu, z brakiem jakiegokolwiek planu i pomyślunku ruszył w samo centrum wydarzenia, z wcale nietęga miną. Nawet Amon nie zdążył go powstrzymać, choć próbował, Lynn jednak wyrwał się z niepewnego uścisku chłopaka.
- Lynn, co ty odpierdalasz…?! – usłyszał za sobą ściszony głos przyjaciela, zupełnie go ignorując.
Lynn wpadł w środek okręgu złożonego z gapiów i kolegów Petera, natychmiast szarpiąc głównego oprawcę za ramię, palce zaciskając w stalowym uścisku, aby odciągnąć go od rudowłosego chłopaka. Właściwie wpieprzył się pomiędzy nich. Amon, w przeciwieństwie do Lynna potrafił myśleć nawet w takich chwilach. Wcale nie uśmiechało się mu dostać wpierdolu za jakiegoś rudego gówniarza, ale wiernie podążył za przyjacielem, a właściwie częściowo. Chwycił ofiarę całego zamieszania za nadgarstek, ciągnąć go w swoją stronę, pomiędzy kilku ludzi, pozostawiając główną scenę dla innych. Szepnął do niego ni to uspokajającym, ni groźnym tonem:
- Nic nie mów. Zostaw to tym zjebom. – Był gotów zatkać Mattowi usta, jeśli będzie trzeba. Z każdą chwilą ciągnął go dalej, a robił to dosyć zręcznie, niemal niezauważalnie, idealnie wykorzystując zamieszanie, które spowodował Lynn. A ten zachowywał się naprawdę dziwnie.
- Taki jesteś mądry, hę!? – ryknął na niemal równie wysokiego chłopaka co on (a przy okazji szerszego dwa razy). – Lepiej się czujesz, znęcając się nad kimś, kto nie może się nawet bronić, mając za plecami swoich debilnych koleżków!? Co!? – wrzeszczał na cały korytarz, przytykając palec wskazujący do klatki piersiowej głównego oprawcy, na twarzy którego malowało się szczere niedowierzanie. Nie, to nie mogło skończyć się dobrze. Lynn pogrążał się z każdym słowem, a Matt mógł słyszeć przerażone jęki Amona:
- No nie… Nie wierzę… Powiedz mi, że to żart…
Nie, Lynn był jak najbardziej poważny. I wczuł się, to było widać od razu.
- Znajdź sobie godnego przeciwnika, ty zakłuta pało! TAKI JESTEŚ ODWAŻNY!? No to chodź!!! – machał swoimi chudymi rękoma, co bynajmniej nie wyglądało groźnie.
I wtedy pierwsze zdziwienie minęło, Peter wzruszył ramionami i bez zbędnych słów… wziął zamach i sprzedał Lynnowi prawego prostego, w sam środek jego twarzy. Wcale nie szczędząc siły. Chłopak runął na plecy, boleśnie obijając sobie głowę. Z nosa buchnęła mu krew, a łatwość z jaką został powalony, wzbudziła w zgromadzeniu ogólną wesołość i jakby ulgę.
- To było żałosne, nawet jak na kumpla rudzielca… - Peter huknął śmiechem tak potężnym, że aż zgiął się w pół, chwytając się za brzuch. Napięcie towarzyszące im jeszcze przed chwilą, zeszło zupełnie. Nikt nie przejmował się Lynnem, któremu przed oczyma zawirowały gwiazdy. – Chodźmy, znudziłem się – prychnął na pożegnanie i splunął rannemu chłopakowi pod nogi, aby dodatkowo spotęgować jego porażkę i pokazać, jak bardzo nim gardzi.
I faktycznie, machnął na swoich kolegów, obracając się i rechocząc głośno. Dźwięk ten roznosił się po korytarzu jeszcze długo po ich odejściu. Inni też zaczynali się powoli zbierać, sądząc, że niczego ciekawego (poza krwawiącym Lynnem) już tu nie doświadczą. I wtedy do akcji wkroczył Amon, dopiero puszczając Matta. Chwycił go pod ramię, z trudem dźwigając przyjaciela do góry – Lynn nie był zbyt chętny do współpracy, po jego bladej jak płótno twarzy, sądzić było można, że niezbyt kontaktował ze światem zewnętrznym.
- Hej, ty. Pomóż mi. Złap go pod drugie ramię. – Słowa chłopaka o jasnych, mysich włosach były skierowane wyraźnie do najmłodszego z nich. – A ty co, błędny rycerzu? – Tym razem z nieukrywanym rozbawieniem zwrócił się do Lynna. – Musisz być dumny ze swojego bohaterskiego wejścia, och, ty… - westchnął z udawanym podziwem, zaraz dysząc ciężko z wysiłku. Prowadził go do wyjścia, gdzie nie zawadzałby na podłodze.
- Fpierrrfafaj! – warknął na niego, niewątpliwie chcąc przekląć, co jednak uniemożliwił mu krwotok z nosa, co wyraźnie rozczuliło Amona. Lynn poddał się pomocy przyjaciela bezwolnie, silnie zaciskając powieki. Jego kolega z ławki doskonale wiedział, co oznacza ten gest, czego nie omieszkał skomentować na głos.
- Nasz dzielny mąż mdleje na widok krwi, cóż za nieszczęście – wytłumaczył teatralnie rudzielcowi, krzywiąc się przy tym. – A teraz, Lynn, z łaski swojej… zacznij poruszać choć trochę nogami. Twoja księżniczka z pewnością doceni twoje poświęcenie, ale pierw muszę nastawić ci nos. Och, zawsze chciałem to zrobić! – Ostatnie zdanie dodał już ze szczerym zachwytem, zadowolony z posiadania żywego pacjenta, pierwszego w swoim życiu. – A tak w ogóle… skąd się znacie? – pytanie zadał wspomnianej wcześniej „księżniczce”, jako że był świadom - Lynn na chwilę obecną był zbytnio upokorzony, aby wydusić z siebie słowo.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią Lip 29, 2016 4:00 am

Po korytarzach akademii rozległ się głośny szmer rozmów, kroków i ogólnego poruszenia. Bywało tak tylko o jednej porze dnia, a mianowicie przerwie obiadowej, której wszyscy uczniowie wyczekiwali z niecierpliwością, cóż... prawie wszyscy.
Matthew pospiesznie pakował swoje rzeczy do torby i bynajmniej nie robił tego, bo nie mógł się doczekać już wyjścia ze szkoły. Właściwie zawsze niechętnie opuszczał sale lekcyjną, ponieważ zwyczajnie czuł się w niej o wiele bezpieczniej (nie licząc lekcji z Goldenmayerem), ale przerwa obiadowa stanowiła wyjątek, gdyż wtedy zazwyczaj pierwszy znajdował się na korytarzu. Robił tak, by uniknąć jakichkolwiek niepotrzebnych spotkań z pewnymi osobami i ogólnie nie wchodzić nikomu w drogę. Tak też i było tym razem, poniekąd.
Znalazłszy się już w holu, skierował swoje kroki w stronę wyjścia, ale wbrew pozorom nie poruszał się zbyt szybko, nie, on wolał trzymać się z boku i nie rzucać się nikomu w oczy. Przycisnął swoją torbę do piersi, wbijając wzrok w podłogę by nikogo nie prowokować, miał od paru dni nowe okulary, a nie chciał ich wymieniać po raz trzeci w tym miesiącu. Prawdę mówiąc to od ostatniego incydentu dopisywało mu szczęście. Nikt się go nie czepiał jakoś specjalnie, a nawet opuchlizna spod oka zeszła dość szybko, ale ta dobra passa musiała się przecież kiedyś skończyć.
Był już naprawdę blisko wyjścia, jeszcze tylko główny hol i będzie bezpieczny. Tak mu się przynajmniej wydawało.
- Proszę, proszę, a kogo my tu mamy? - Rozległ się głos tuż za plecami chłopca. Zrobił się nagle blady jak ściana, ale nie odwrócił się, dobrze wiedział do kogo on należy. Przyspieszył kroku. - Dokąd to? - Ktoś szarpnął go za włosy. Nie miał wyboru, musiał się zatrzymać i do tego obrócić. Ukazał się przed nim sam Peter Harper jak i reszta jego koleżków, wszyscy wyglądali na niebywale rozbawionych. No tak, przecież ich ponowne spotkanie musiało kiedyś nastąpić. Jakimś cudem udało mu się przez te wszystkie dni go nie spotkać, a jak tylko widział ich kątem oka to od razu zwiewał na drugi koniec akademii, lecz jakie naiwne było myślenie, że w końcu o nim zapomną. O nie, Peter Harper akurat nigdy nie zapominał, ani nie odpuszczał.
Matt zrobił z dwa kroki do tyłu, ale natrafił plecami na przeszkodę w postaci jednego z koleżków żniwiarza, który natychmiast popchnął go z powrotem do swojego herszta z takim impetem, że chłopak o mało się nie przewrócił, a przy tym zaczął chichotać jakby zobaczył nie wiadomo co zabawnego.
- Stęskniłeś się za nami, co Mattuś? - Peter uśmiechnął się bezczelnie. - Patrz jak się trzęsie! - Rzucił któryś z podrostków stojących obok i nagle dookoła rozszedł się śmiech. Uformowali wokół niego okrąg, zamykając go przy tym w samym środku, nie miał dokąd uciec. Na twarzy chłopca malowało się teraz czyste przerażenie, a Peter jak widać to wyłapał i jego uśmiech stał się jeszcze bardziej szyderczy. - Nie nauczyli Cię w domu, że nie ładnie jest uciekać z walki, którą samemu się zaczęło? - Powiedziawszy to tym razem to on go pchnął przy czym warknął - Pizda!
Matt wpadł innego z jego opryszków, który również odepchnął go w inną kolejnego podrostka, również w akompaniamencie wyzwiska. Rudowłosy po chwili był szarpany, popychany i ciągnięty z każdej strony, przypominał teraz szmacianą lalkę, a nie było to nic nadzwyczajnego w jego przypadku. Był w porównaniu z każdym o wiele mniejszy, a przy tym mizerniejszy, nic dziwnego że mogli sobie robić z nim co im się żywnie podobało. Jedyne co mógł teraz zrobić to zasłonić się rękoma i modlić się, by już sobie poszli. Chłopak miał łzy w oczach.
- Co się dzieje Mattuś? Będziesz płakać jak zwykle? - Zarechotał Peter, a z nim jego przydupasy. Uwielbiali go tak upokarzać. Poczuł nagle wielki gniew i cały czerwony na twarzy wykrzyczał. - Spierdalaj!!! - Nie przyniosło to zamierzonego efektu, a jeszcze bardziej rozbawiło wszystkich zgromadzonych w tym chyba najbardziej samego Petera. - Uuu, czyżby nasz mały, rudy koleżka podsłuchał gdzieś jak dorośli używają brzydkich słów? Oj, tatuś nie będzie zadowolony...
Matthew nie wytrzymał i wrzasnął jeszcze głośniej niż wcześniej, a z tym kierując wszystkie spojrzenia w holu na siebie. - Ja chociaż mam ojca, ty wpadko!!! - I tak jak skończył zdanie, tak wszyscy umilkli. Wyraz twarzy żniwiarza zmienił się diametralnie z triumfującego w... właściwie trudno to opisać, po chwili jednak aż poczerwieniał z wściekłości. - Odszczekaj to natychmiast, ty mała, ruda gnido! - Ryknął mu w twarz, a wokół nich zaczęło się zbierać coraz większe zbiorowisko. Z Matt wtedy zeszły ostatnie reszki gniewu, a zagościł znowu istny horror, niemalże skurczył się na miejscu. Zaczął cały dygotać, nawet nie słyszał co woła tłum dookoła niego. Wtedy Peter chwycił go za kołnierz. - Zabrakło Ci języka w gębie? Co za jebana pierdoła!!! - Huknął, chyba powoli znowu poczuł, że odzyskuje panowanie nad sytuacją. Rudy chłopiec dalej nie mógł wydusić z siebie żadnego słowa. Wtem jego oprawca, niezwykle usatysfakcjonowany przyciągnął Matta jeszcze bliżej do siebie i z paskudnym uśmiechem powiedział. - Hehehe... Wiedziałem, że jesteś zbyt wielką ciotą i nie masz jaj. - Reszta jego bandy, znowu zaczęła śmiać się wniebogłosy, a przy tym kibicować mu, by w końcu przyłożył rudzielcowi. - Och Matt, chyba obiecałem Ci obustronny makijaż? Ale oczywiście musiałeś być niegrzeczny i zmyłeś jedną połowę... - Mówiąc to szarpał nim we wszystkie strony. - Dziś będę wyjątkowo szczodry, na twoje własne życzenie. - wycedził przez zęby. Matthew zacisnął powieki, bo wiedział, że teraz na pewno oberwie.
Nagle stało się to czego w życiu, by się nie spodziewał. Niczym z podziemi wyrósł przed nim, jakiś chłopak i stanął pomiędzy nim, a Peterem. Nie zdążył się nawet zdziwić, kiedy poczuł, że ktoś go ciągnie za nadgarstek i wyprowadza go ze środka tego kręgu piekielnego. Spojrzał wtedy zszokowany na blondyna, który go chwycił, ale nie był w stanie nic powiedzieć, nie do końca jeszcze ogarnął co się przed chwilą stało.
Odwrócił się zaraz znowu, by zobaczyć co się dzieje w miejscu, w którym przed chwilą wstał i wręcz oniemiał. Był tam ten chłopak, którego spotkał parę dni temu w opuszczonej sali, a teraz stał tam i kłócił się z Peterem. Blondyn, co go odciągnął był najwyraźniej jakimś jego przyjacielem, chyba się bardzo przejął tą sytuacją. Matthew dalej za to nie dowierzał w to co się właśnie działo, nigdy nie sądził, że ktoś się za niego wstawi, a już na pewno nie posądzałby o to tego wielkoluda, który sobie robił z niego żarty. Nie wiedział jak ma się czuć w tej sytuacji, po prostu w milczeniu przyglądał się jak chłopak krzyczał na Petera, a później jak padał na ziemię, oberwawszy prosto w nos, aż podskoczył w miejscu.
Stał tak oniemiały, kiedy wszyscy się rozchodzili i przyglądał się jak chłopak, który wyprowadził go z tłumu podnosił swojego kolegę z ziemi. Ruszył się dopiero, gdy tamten go przywołał, a i wtedy się zawahał, lecz widząc w jakim stanie był zielonooki, niemal poczuł jak coś go szarpie w żołądku. Złapał go za drugie ramię jak nakazał blondyn, ale nie pomógł mu tym chyba za bardzo, przy tym wyglądając komicznie z ich różnicą we wzroście.
Bacznie obserwował tą dwójkę i jak ten niższy z nich dobrze bawił się w tej sytuacji. Trochę go to skołowało szczerze mówiąc, nie miał częstych okazji obcować z tak otwartymi ludźmi, był bardzo skrępowany. Chłopak, którego spotkał już wcześniej wydawał się nie kontaktować ze światem zewnętrznym, a do tego całą twarz miał we krwi. Niemalże odruchowo rozwiązał sobie chustę spod szyi i przystawił ją ostrożnie do nosa poszkodowanego. Miał nadzieję, że był na tyle świadom, że wiedział co z nią zrobić.
Usłyszawszy słowa blondyna zrobił bardzo zdziwioną minę. Wpadł w konsternację, ponieważ nie miał pojęcia co mu odpowiedzieć. - Ja? - Zapytał i było to chyba najgłupszą rzeczą jaką mógł wybrać na pierwsze słowa skierowane do kogoś, kogo nie znał. - J-ja go nie znam... Raz go tylko widziałem, kiedyś... - Mówił drżącym głosem. Jeszcze się nie otrząsnął po tym wszystkim.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią Lip 29, 2016 10:22 am

Amon mierzył chłopaka niosącego Lynna po drugiej stronie spojrzeniem zza jasno piwnych oczu, wyraźnie węsząc kłamstwo, chociaż nie rozumiał, dlaczego ten miałby kłamać, skoro wśród nich była osoba, która mogła temu łatwo zaprzeczyć. No dobra, mogła raczej zabulgotać przez ociekającą krew, czego jednak nie zrobiła. Czyli to była prawda…? Zmarszczył brwi, przenosząc wzrok na Lynna.
- No to ma teraz sens. Już wszystko rozumiem – rzekł sarkastycznie, nie szczędząc przy tym okropnych min. – To była albo sławetna miłość od pierwszego wejrzenia, albo Lynn upadł na głowę – wypowiedział na głos jedyne sensowne rozwiązania dla zachowania chłopaka, zbyt chętnego do oberwania za nieznajomego. Od razu wykluczył dobroć serca i chęć niesienia pomocy w potrzebie bez jawnych zysków; takie rzeczy zdarzały się tylko w kiepskich powieściach.
W tej chwili Lynn wypowiedział coś niezrozumiałego, co właściwie mogło oznaczać wszystko i przytknął do nosa chustę Matta, odchylając lekko głowę. Przez ściśle zamknięte oczy nie poznał pochodzenia materiału, jednak wydzielał on intensywną, całkiem przyjemną woń, przebijającą się nawet przez silny zapach krwi.
- Tak w ogóle… Amon jestem. – Wyciągnął ku rudowłosemu dłoń, tuż przed klatką piersiową Lynna. Skoro już mieli chwilę, postanowił się przedstawić. Nie lubił marnotrawstwa czasu. Różnica we wzroście w tym wypadku nie miała żadnego znaczenia, bo najwyższy z nich praktycznie uwiesił się na ramionach kompanów, niemrawo włócząc nogami po ziemi. Amon przez ramię przyjaciela zapytał go również, czy jest z pierwszego roku. – A ten „bohater” to Lynn. – przedstawił również kolegę, który jakby potwierdził, a może i zaprzeczył te słowa niezrozumiałym „jjefff fe!”.
Wyszli na zewnątrz i z trudem dotarli na jedną z oddalonych od głównej drogi ławek, znajdujących się w półcieniu rosnącej nieopodal wierzby, której szum mógł nieco zagłuszać rozmowę, ale jednocześnie kryjąc ich przed ciekawskimi spojrzeniami innych adeptów. Wspólnymi siłami odłożyli Lynna na ławkę, odchylając mu głowę, obchodząc się z nim jak z wyjątkowo brzydkim manekinem. Amon ukucnął przy chłopaku, oceniając szkody i ścierając krew, gdy ta w końcu zechciała przestać zalewać go potokami. Brunet wciąż nie otworzył oczu.
- Potrzymaj mu głowę. Teraz zacznie się operacja! – machnął rękoma, przytykając je do nosa Lynna, na co ten automatycznie zareagował; opluł Amona zgromadzoną w ustach krwią, niczym bardzo niegrzeczny pacjent. – Mocniej, jeśli łaska – poprosił, krzywiąc się i ścierając ciemnoszkarłatne plamy z policzka.
Macał chwilę jego nos, jakby chciał z niego coś wywróżyć, mrucząc coś cicho i robiąc przy tym swoje sławne miny. Nagle wykrzyknął z zawodem, jakby ktoś powiedział mu, że nie będzie żadnej przerwy świątecznej:
- On nie jest złamany! – jęknął, dla pewności poruszając jego przegrodą nosową, wcale delikatnie, jakby chciał dokończyć dzieła Petera. – Nie wierzę, przecież słyszałem chrzęst, jestem pewien! – Był wyraźnie nieszczęśliwy, że jego marzenia o nastawieniu cudzego nosa spełzną na niczym. Chociaż znając ich szczęście, wcale nie będzie musiał czekać długo… - Może chociaż żebra masz złamane? – zapytał jakby z nadzieją, macając go po klatce piersiowej.
Lynn odtrącił go prędko, wyrywając się z ich "czułej" opieki i powoli przechodząc w pozycję siedzącą. Otworzył zielone oczy o nieznaczne milimetry, mierząc ich wzrokiem oraz oceniając, czy pozbył się już w większości krwi.
- Jebcie się, obaj – warknął, celując nogą w Amona, na co ten zachichotał tylko i odskoczył, po czym stanął obok Matta, widząc, że przyjaciel nie potrzebuje już więcej opieki. – W ogóle, dzięki za świetną pomoc. Byłeś niezastąpiony, Amon – prychnął wciąż rozdrażnionym tonem, jakby obwiniał go o tak ostentacyjną porażkę.
- Oho! – wykrzyknął, z oburzeniem, może udawanym. – Wypraszam sobie, ja cały czas tam byłem! Zająłem się twoją księżniczką, podczas gdy ty ruszyłeś w bój, dzielny mąż, obrońca uciśnionych, nieustraszony… - mógłby wymieniać dalej, ale Lynn uciszył go tym razem celnym kopniakiem. Zaśmiał się, a później zapadła cisza. Amon usiadł obok przyjaciela, machając głową na rudzielca, aby się nie krępował i uczynił to samo.
- I co teraz? – Blondyn przerwał ciszę, jak zwykle nie potrafiąc pozwolić jej trwać długo. – Peter pewnie teraz przeniesie swoją niepohamowaną chęć psucia ludziom życia na ciebie – stwierdził już niemal poważnie.
Lynn machnął ręką, tą samą, w której wciąż ściskał zakrwawioną chustę. Unikał jednak spojrzenia w tamtą stronę, nie za bardzo wiedząc, co może z nią zrobić. Otworzył oczy zupełnie, choć wciąż nie wyglądał, jakby był u szczytu swoich sił.
- Nie boję się go. Zemszczę się – odparł z zacięciem.
- Niby jak? – prychnął, nieco zbyt otwarcie okazując brak wiary w przyjaciela.
- Nie wiem. Nasikam mu do butów, gdy będzie się przebierał w szatni, jeśli trzeba będzie. – Wzruszył ramionami, samemu się zastanawiając, co on, chudy wyrostek, może zrobić, aby się zrewanżować pięknym za nadobne.
Amon wybuchnął radosnym śmiechem, mówiąc, że tak, owszem, to do niego podobne, po czym zeszły z nich resztki napięcia, jeśli te w ogóle mogły pojawić się w ich towarzystwie.
- A ty? – zwrócił się do Matta. – Czym sobie u niego podpadłeś? To zdarza się często? – zapytał z czystej ciekawości, a Lynn aż odwrócił spojrzenie, znając przynajmniej odpowiedź na ostatnie z tych pytań. Było mu szkoda rudzielca i nie mógłby go obwiniać za to, co wydarzyło się przed chwilą, gdyż właściwie sam się podłożył pod pięść Petera Harpena.
Gdy Matt skończył mówić, o ile tylko w ogóle zaczął, Amon, przetrząsał kieszenie, wzdychając ciężko, jakby co najmniej był czterdziestolatkiem z kryzysem wieku średniego.
- Nie zdążymy już na obiad… - Tak, była to iście fatalna wiadomość. – Zapalmy więc chociaż, może ten stary dziad, Scraggs, nas tym razem nie dopadnie. – Miał tu na myśli woźnego, któremu wcale nie podobała się wizja palących w murach szkolnych adeptów. – Palisz? – zapytał niepewnie Matta, wręczając w tym czasie papierosa Lynnowi. Co jak co, ale rudowłosy wyglądał na młodszego niż był w rzeczywistości i Amon nie był pewny, czy chłopak kiedykolwiek miał fajkę w rękach.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią Lip 29, 2016 10:11 pm

Popatrzył z lekkim przerażaniem na blondyna, wysłuchawszy już jego słów. Nie tak to miało zabrzmieć! O rany, jaki wstyd... Ty i ta twoja zdolność do wysławiania się Matthew, naprawdę. W sensie, domyślił się w końcu, że chłopak sobie żartuje, ale na jego twarz wkradł się lekki rumieniec i natychmiast odwrócił wzrok na twarz niesionego przez nich bruneta. Odetchnął, kiedy zobaczył, że wziął chustę. Dziwne, mimo iż go praktycznie nie znał to poczuł wyjątkową ulgę (jeśli można było coś takiego w ogóle czuć po jego ciężarem).
Wyciągnął nieco chaotycznie rękę ku Amonowi i uśmiechnął się dość niezręcznie. - Matthew Borcke, m-miło mi poznać. - Odpowiedział tylko, a z każdą chwilą krępował się coraz bardziej. "Miło poznać"? Serio? A na dodatek to pytanie o klasę, wtedy jego uśmiech stał się stał się jeszcze bardziej desperacki. - N-nie, jestem z drugiej. Hehe. - Chyba zaraz zapadnie się pod ziemię. Nigdy nie był za dobry w gadce przy nie znanych mu osobach, a w szczególności, kiedy były od niego niewiele starsze, wtedy uginały się pod nim kolana, a język zawiązywał na supeł. Taka dziwna przypadłość. Resztę drogi postanowił patrzeć przed siebie i nie odzywać się w ogóle. Tak, to było bardzo dobre rozwiązanie.
Robił wszystko zgodnie z instrukcjami Amona, ale trzymał głowę Lynna bardzo delikatnie, jakby się bał, że coś mu zrobi (co było niemalże śmieszne jak się nad tym zastanowić). Przyglądał się przy tym z zaciekawieniem ich wymianie zdań i szczerze mówiąc był trochę skołowany, bo nie przywykł do takich rzeczy, a już na pewno nie z takiego bliska. Wyglądali jakby dobrze się bawili. Z jakiegoś trudnego do określenia powodu odwrócił wzrok, chyba to zrobił z skrępowania. Cieszył się jednak w duchu, że Lynn się czuł w miarę dobrze, aż się trochę uśmiechnął pod nosem. Zaczynał mieć już straszne wyrzuty sumienia, że przez niego ktoś będzie miał jakiś uszczerbek na zdrowiu.
Usiadł obok nich na ławce (oczywiście zachowując odpowiedni dystans) trzymając się nerwowo za kolana i kątem oka bacznie obserwował ich rozmowę. Wbił wzrok w ziemię. Zrobiło mu się teraz strasznie głupio, przez niego Peter będzie się teraz znęcał nad kimś jeszcze, choć Lynn wydawał się o wiele zaradniejszy od Matta, a przy tym jeszcze widać było, że był od nich starszy, lecz nie zmieniało to faktu, że czuł się teraz potwornie. Zacisnął zęby i poruszył się dopiero, kiedy Amon zadał mu pytanie. Poczuł jak coś skręca go w żołądku, nie za bardzo lubił wypowiadać się na ten temat, ale postanowił robić dobrą minę do złej gry.
- No, zdarza się to czasami... - Zaczął powoli, ale natychmiast uciekł od nich wzrokiem. - Ale to nic wielkiego, naprawdę! Przyzwyczaiłem się już. - Uśmiechnął się do Amona, bo jakoś nie potrafił spojrzeć Lynnowi w oczy, w jego głosie można było jednak usłyszeć smutek. Nie był dumny z tego, że nie potrafił sobie poradzić w tej sytuacji, ale za późno było już na kłamstwo, a i tak uważał, że należała im się prawda, chociaż w jakimś małym stopniu.
- Jesteś balsamistą? - Zapytał niepewnie Amona. W sumie mógł się domyślić, ale wolał się jednak upewnić. Mógłby również zapytać o to samo zielonookiego chłopaka, ale jakoś nie potrafił wydusić w stosunku do niego żadnego słowa.
- Hm? - Zrobił wielkie oczy, które utkwiły na papierosie trzymanym przez blondyna. Aż go dreszcz przeszedł, bowiem rudy chłopiec od dawna marzył o tym, by zapalić papierosa, cygaro, fajkę, albo w sumie cokolwiek. Rodzice by go chyba zabili, gdyby podwędził coś z domu, a nie miał pojęcia gdzie takie rzeczy można było kupić, a teraz nadarzyła mu się taka okazja. - Nie... Znaczy, tak..! Znaczy, nie, ale chcę! - Powiedział robiąc się czerwony na twarzy.

___________________


Ostatnio zmieniony przez Matthew dnia Sob Lip 30, 2016 10:41 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sob Lip 30, 2016 12:10 am

Obaj widzieli skrępowanie Matta, a właściwie trzeba było być ślepcem, by tego nie dostrzec. Chociaż i niekoniecznie, bo aurę jego zażenowania potrafili wyczuć w powietrzu. Dziwili mu się, bo zarówno Amon jak i Lynn nie należeli do grona nieśmiałych osób, ani też nie sądzili, że są aż tacy groźni, aby można było się tak zachowywać w ich obecności. Mieli jednak na tyle oleju w głowach, żeby nie napastować biednego chłopaka dennymi tekstami „rozluźnij się”, z pełną świadomością, jak bardzo nie mają one znaczenia. Zawali bez słowa pakt; zachowywać się jak zawsze i nie okazywać więcej zdziwienia. To najlepsze lekarstwo w celu przełamania lodów.
Znaleźli się już w normlanych pozycjach, a twarz Lynna była w miarę czysta, choć lekko opuchnięta. Starał się nie spoglądać na Matta, bo byłoby to osobliwe, zwłaszcza, że siedzieli obok siebie, ale zastanowił się, jakim cudem tak niewinna duszyczka znalazła się tu, pośród tego piekła. Lynn nie uważał się za wrażliwego, jednak to co tu zastawał, często przekraczało jego siły i szargało zdrowie psychiczne. A rudowłosy? Niemal jąkający się przy normalnej rozmowie? Och, musiał mieć ciężkie życie. W tym właśnie momencie zapragnął mu jakoś pomóc, chociaż trochę uprzyjemnić jego żywot. Z rozmyślań wyrwała go odpowiedź Amona:
- Jak można się przyzwyczaić do zbierania wpierdolu? – prychnął oburzony, lekko podnosząc głos. – Gdzie tu logika? Próbowałeś to komuś zgłaszać? – zasypał go pytaniami, bo najwyraźniej nie spodobała mu się bierność, z jaką obnosił się rudowłosy. Przerwał mu Lynn, trącając go łokciem, aby się nie unosił.
- Daj spokój. Peter stworzył sobie nowych wrogów, razem będzie nam raźniej…
- Dostawać po mordzie. Tak – przytaknął mu sarkastycznie Amon. Po raz kolejny zmierzył ich czujnym spojrzeniem, jakby usiłował wykryć kłamstwo. Było coś, o czym mu nie mówili. Lynn nie zachowywał się tak zazwyczaj. Nie miał powodów, aby być dla Matta miłym. Czy z tego płynęły jakieś korzyści? Nie. Czyżby chodziło o jakiś tajemniczy dług…? Już prędzej.
Westchnął, układając w głowie plan, jak ich rozgryźć. O co tu chodziło?
- Aktualnie jestem nikim, Matt. Może ułamkiem balsamisty, dobra. Szkolimy się, tak jak ty. Z lepszym bądź gorszym skutkiem – zerknął wymownie na Lynna, któremu przez wszystkie porażki z zajęć lekarskich groziło powtarzanie przedmiotu. – A ty? Gdzie planujesz wylądować? Pewnie w szeregu katów, co nie? Masz ku temu idealne predyspozycje – zakpił, uśmiechając się krzywo.
Blondyn poczęstował chłopaków z papierośnicy, odpalając na początku sobie, a następnie rzucając zapalniczkę Lynnowi. Wkrótce rzucił niespodziewanie:
- Muszę was przeprosić, panowie – oznajmił śmiertelnie poważnie, nieco zbyt podniosłym tonem. – Za waszymi plecami widzę Samanthę z trzeciego roku. To sprawa niecierpiąca zwłoki. Wrócę wkrótce albo nigdy, jeśli szczęście dopisze. – Przy użyciu swojego języka uczynił dosyć obraźliwy gest, mający na celu zapewne ukazać, co zamiesza z nieszczęsną adeptką zrobić. Przeskoczył zręcznie przez ławkę, jawnie się popisując, poprawił torbę na ramieniu i zaciągnął się papierosem, znikając im z pola widzenia. Lynn obrócił się za nim, aby przekonać się czy przyjaciel mówi prawdę – faktycznie, na drodze stała śliczna blondynka w otoczeniu dwóch swoich koleżanek, ale nie miał wątpliwości, że Amon coś knuł.
Został sam na sam z Mattem, co okazało się być kłopotliwe, jednak nie pozwolił ciszy długo trwać. Ujął zapalniczkę w dłoń, czując się w obowiązku wyjaśnić mu parę kwestii.
- Włóż papierosa to ust. Tą stroną. – Pokazał palcem właściwą końcówkę. – Odpalasz, zaciągasz się… to coś jak wzięcie podwójnego wdechu – starał się wytłumaczyć najlepiej, jak potrafił, jednak cóż, trzeba było doświadczyć tego na własnej skórze, aby zrozumieć. Oddał mu zapalniczkę, gdy odpalił już sobie, nie niańcząc go bardziej, choć bardziej z zasady, że papierosy opala się jedynie damom lekkich obyczajów. Jeśli sobie poradzili, po chwili podjął z lekkim zażenowaniem nowy temat:
- Wtedy w klasie… wybacz, nie chciałem cię okłamać. Po prostu... uznałem to za normalną reakcję, po tym co ty usiłowałeś mi wcisnąć. Miałem wrażenie, że uważasz mnie za debila. Ale teraz rozumiem, że nie miałeś zbytnio ochoty mi się zwierzać. Rozumiem to – powtórzył się, kiwając głową i zmuszając się całą siłą woli, aby na niego spojrzeć, choć aktualnie było to trudne. Jednak, gdy już zrzucił z siebie ten ciężar, ciągnący się za nim jeszcze przez pewien czas po poprzednim spotkaniu, poczuł się lepiej. – To nowe okulary, prawda? – obdarzył wzrokiem drobny element na twarzy Matta, niezbyt pamiętając jak wyglądały poprzednie, a wątpił też, by komukolwiek (poza nim) chciało się wymieniać same szkiełka.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pon Sie 01, 2016 3:10 am

Nie odpowiedział mu, a jedynie wzruszył ramionami zachowując swój niezręczny uśmiech, po czym od razu wbił wzrok w ziemię, jakby żałując, że w ogóle się odezwał. Przecież nikt nic by mu nie zrobił, nawet gdyby to zgłosił, jedynie skazałby się na jeszcze większy wpierdol. W domu mówiąc o tym, tylko by zawiódł wszystkich i pogorszył swoją sytuację, że nie potrafił mu "oddać", ani sobie z nim poradzić w inny sposób, więc zostało mu jedynie przeczekać to jakoś. Nic nie trwa wiecznie, nieprawdaż? Tak, z tym że teraz wmieszał w to więcej osób, a ostatnią rzeczą której chciał to, by ktoś jeszcze musiał przez to przechodzić.
Skrzyżował nogi i z chwili na chwilę zaczął się coraz bardziej kulić na ławce. Jego brak jakichkolwiek zdolności komunikacyjnych coraz bardziej go przytłacza, nie czuł się zbyt komfortowo jako uczestnik tejże rozmowy.
- Nie... - Odparł jedynie, ciszej niż zwykle. Przy ich dwójce narastało w nim poczucie małości, nie cierpiał go, ale nie potrafił z tym nic zrobić. Czuł, że każde jego słowo coraz bardziej go pogrąża, więc postanowił nie udzielać się już za dużo, co by znowu nie palnął czegoś czego, by żałował później. Z resztą nie miał się też czym za bardzo chwalić, kim on był, taki grabarz przy balsamiście?
Wyjął jedną fajkę z papierośnicy i nawet się nie obejrzał, a blondyna już z nimi nie było. Odprowadził go jedynie wzrokiem przez pewien moment, aż ten doszedł do domniemanej Samanty i obrócił się z powrotem, by zająć się swoją małą zdobyczą. Niby był to najzwyczajniejszy w świecie papieros, lecz dla Matta miał on wartość równą bryłki złota. Obracał go w dłoniach, przyglądał się z każdej strony, zaglądał do środka, a nawet powąchał, jakby właśnie odkrył coś, czego nikt jeszcze w calusieńkiej Europie nie widział.
Z tego transu wybudził go dopiero głos chłopaka, który nadal siedział obok. Spojrzał na niego i chyba dopiero wtedy dotarło do jego rudej głowy jaka ta sytuacja była krępująca, ale zrobił wszystko wedle jego instrukcji; wsadził skręta odpowiednią końcówką od ust, odpalił i zaciągnął się, ale że oczywiście chciał zrobić to "jak należy" to zamiast podwójnego wdechu wziął poczwórny. Jak można było się domyśleć chłopak rozkaszlał się tak, że omal jego okulary nie spadły mu z nosa. - O kurwa... - Wychrypiał zakrywając sobie buzię, a po chwili niemalże natychmiast poczerwieniał wiedząc, że obok niego ktoś się znajduje. Wstydził się tego, ale miał straszny problem z przeklinaniem.
Nagle oniemiał. Z wielkim wręcz szokiem na twarzy wbił wzrok w oczy Lynna. Ze wszystkich rzeczy dzisiaj, na pewno nie spodziewał się tego. Drgnął. Nie sądził, że czyjeś słowa mogły go tak poruszyć. Od razu jakby zapomniał o jakimkolwiek wstydzie (albo i nie) spiął się i powiedział głośno. - Nie, nie! Nic się nie stało! T-to ja Ciebie chciałem przeprosić za to, że nazwałem Cię jełopem i w ogóle... - Prawda była taka, że po tym całym zajściu bardzo źle się z tym czuł jak się wobec niego zachował, chciał go przeprosić już następnego dnia, ale nie mógł (albo raczej się bał) go znaleźć. Nawet opowiedział o tym wszystkim matce, tak go to dusiło. On również w tym momencie poczuł, że chociaż jakiś mały ciężar z niego spadł.
- Tak, po czym poznałeś? - Zapytał ściągając okulary z nosa, a przy tym uśmiechając się i obrócił je przodem do siebie. Sam właściwie bez nich nic nie widział, ale jakoś nie mógł się powstrzymać, może chciał po prostu odwrócić od niego wzrok, bo ich kontakt stawał się już uciążliwy?
- Wybacz, zapomniałem wtedy Ci podziękować za wyprostowanie tamtych. Ale, wtedy byłem zły i jakoś tak wyszło... - Przerwał i wcisnął je z powrotem na nos. Milczał przez chwilę patrząc przed siebie, ale w końcu odezwał się poważnym tonem. - Dlaczego to zrobiłeś? W sensie, dzisiaj? - powiedział czując jak na nowo rośnie między nimi zażenowanie.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pon Sie 01, 2016 8:11 pm

Miał wrażenie, że znowu dostaje kłamstwa. Był cierpliwy i starał się nie działać pochopnie, przynajmniej tym razem. Z trudem założył, że chłopak ma po prostu taki styl bycia, nawet jeśli wydawało się to nieprawdopodobne na pierwszy rzut oka. Przytknął papierosa do warg, zaciągając się delikatnie dymem tytoniowym. Lubił to uczucie. Znajomy, ogarniający go z wolna spokój. Nie palił często, właściwie tylko wtedy, gdy Amon mu to zaoferował, jednak tyle wystarczyło, aby między jego palcem wskazującym a środkowym pojawiła się żółta plamka, zdradzającą naturę palacza.
Nie przejął się specjalnie kaszlem Matta, zdziwiłby się, gdyby udało mu się za pierwszym razem. Każdy chyba reagował tak samo, łącznie z pytaniami „dlaczego ludzie to palą?” i „co w tym przyjemnego?!”, jednak najczęściej wracając po więcej i odnajdując to, czego się oczekiwało. Zignorował kłamstwo, nawet nie wyczuł w nim czegoś nienaturalnego. Zdarza się najlepszym, ot.
- Wybaczam – prychnął z uśmiechem, choć sytuacja nieco go żenowała, zwłaszcza przez zachowanie Matta. Gdyby przeprowadzili rozmowę jak normalni ludzie, byłoby mu łatwiej, a tak… ten nastrój trochę mu się udzielił. Uśmiechnął się blado na pytanie chłopaka, nie chcąc się wypowiadać, bo musiałby go poczęstować dawką niezbyt uprzejmej ironii. Poznałem po niestłuczonych szkłach, musiałby rzec? Och, samo pytanie było debilne, żałował, że kiedykolwiek padło z jego ust.
Wysłuchiwał go w względnym spokoju, opuszczając łagodnie powieki i rozkoszując się każdym zaciągnięciem. Chwilę musiał się zastanowić nad odpowiedzią, ale wysilił się ostatecznie na bezbarwną szczerość:
- Szczerze… nie wiem. Mam tylko nadzieję, że to nie z powodu wyrzutów sumienia. Nie pomogłem ci. A pewnie spieprzyłem sprawę bardziej. Dałem mu kolejny powód, aby się nad tobą znęcał – przerwał na moment, przeklinając się w myślach, jak głupio i patetycznie musiał brzmieć. Takie rozmowy powinny być zakazane! Poczuł gorąco na twarzy, zupełnie przekonany, że ma czerwone ze wstydu uszy. – Chyba chciałem… abyś poczuł się lepiej, chociaż tym razem… - Jego zażenowanie sięgnęło zenitu, głos powoli odmawiał posłuszeństwa. Miał ochotę się zapaść pod ziemię i nigdy nie kończyć wypowiedzi. Otwierał już usta, chcąc kontynuować, jednak za swoimi plecami usłyszał znajomy, do porzygu słodki głosik:
- Nie no, ja się popłakałem…
Lynn aż wrzasnął, odwrócił się z impetem i poderwał z miejsca na równe nogi, przypadkowo wypuszczając z palców niedopalonego papierosa. Spojrzał na uśmiechniętą, lekko zarumienioną twarz Amona i w jednej chwili zrozumiał, że chłopak musiał podsłuchiwać od jakiegoś czasu, zakradając się do nich tak cicho, jak żniwiarz na jednej ze swoich skrytobójczych misji.
Nie myśląc wiele, rzucił w niego wypchaną po brzegi książkami torbą, powodując, że Amon zgiął się w pół i jęknął. Lynn zaczął wyklinać:
- Ty frajerze! Ty chuju!!! Jebnij się w głowę, ty… - wrzeszczał, cały czerwony na twarzy. Podszedł do przyjaciela z rządzą mordu w oczach, na co ten całkiem rozsądnie zaczął się odsuwać, śmiejąc się wniebogłosy.
- Nie podejrzewałem cię o taką ckliwość, Lynn – zaświergotał, unikając kolejnych ataków. – To urocze – chichotał, rzucając mu tym samym wyzwanie.
Po chwili obaj dyszeli ciężko, a Lynn zatrzymał się w miejscu, opierając dłonie na kolanach, zastanawiając się, jak go dorwać. Był gotów skakać przez ławkę, z Mattem włącznie.
- Jak się już uspokoisz, Lynn, mam dla ciebie i dla twojej księżniczki świetną wiadomość. – Ukłonił się teatralnie w stronę rudowłosego, jak mógł to uczynić tylko najniższy sługa wobec królowej Wiktorii. Zamilkł na krótką chwilę, budując napięcie, po czym zdradził wesołym tonem:
- Samantha i reszta panien z trzeciego roku udają się na zajęcia szermierki! – klasnął w dłonie, wypatrując entuzjazmu na ich twarzach. Nie widząc na nich nic poza brakiem zrozumienia, kontynuował, z lekkim zniecierpliwieniem. – Będą się przebierać. W szatni. Możemy popatrzeć na ich skaczące cycki – wyjaśniał pół hasłami, jakby zwracał się do debili. – I tak kolejną mamy historię, można się urwać. Idziesz z nami, księżniczko? – zwrócił się do Matta.
- Ej. Nie założyłeś opcji, że mogę mieć inne plany niż ty, matole? – warknął na niego, krzyżując ręce na piersi. Był całkiem zwyczajnym nastolatkiem, ale podglądanie dziewczyn  w szatni zdawało mu się nieco poniżej jego godności… Wiedział jednak, że jeśli przyjaciel będzie naciskać, nie odmówi.
- Nie. Wiem, co dla ciebie najlepsze, Lynn – odparł zupełnie poważnie, kiwając głową. – To jak? – Odwrócił się w stronę Matta.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro Sie 03, 2016 2:50 am

Dalej gapił się w ziemię, kiedy tamten zaczął mówić. Przełknął ślinę. Nie tak, to było... Przecież i tak, by się nad nim znęcali tak samo, a nie on z ich dwójki powinien się tu o cokolwiek obwiniać, aż z emocji nagle wytrzeszczył oczy i podniósł gwałtownie głowę. Nie potrafił jednak nic z siebie wydusić, tylko wpatrywał się w niego jak w obrazek. Jego kolejne słowa jeszcze bardziej nim wstrząsnęły, wręcz otworzył usta. Nigdy by nikogo nie podejrzewał, że ktoś się nim tak przejmie, ale dlaczego?! Tak nie powinno być! Chłopak nie robiłby przecież tak po prostu bo... Ha! Pewnie wzbudził w nim litość! Boże, jakie to okropne, nie tego chciał! Nie chciał pokazywać, że jest słaby, ale jak mu to wychodziło to była już zupełnie inna kwestia. Jak się pewnie można domyśleć tłukło się w nim teraz mnóstwo emocji; zaskoczenie, strach, smutek, szczęście, gniew - właściwie wszystko. Jego dłonie, aż zaczęły drżeć i poczuł jak coś skręca jego żołądek. Lynn mógł tego nie wiedzieć, ale był pierwszą osobą, która kiedykolwiek się zachowała w stosunku do niego. Nie był przyzwyczajony, że ktoś tak na niego... zwracał uwagę i było po nim widać, że nie miał pojęcia jak się z tym czuć, ale chyba było mu z tym dobrze? Pewnie zaraz się znowu rozpłacze, mimo iż była to ostatnia rzecz, którą chciał teraz zrobić.
Z tego stanu brutalnie wyrwał go głos blondyna. Szczęście w nieszczęściu, bo mimo iż omal nie spadł z ławki w akompaniamencie wrzasku to dzięki temu przynajmniej nie wybuchł płaczem, a do tego było naprawdę blisko. Nie, zamiast tego był świadkiem iście komicznej scenki jak Lynn próbował, jak sam powiedział zabić Amona i wyglądał w tej chwili śmiertelnie poważnie. Matt nie uczestniczył jednak w tym widowisku, a jedynie przyglądał się rumieniąc się ze wstydu, bo doszło do niego, że blondyn przysłuchiwał się im, kiedy on robił z siebie pajaca i kalekę towarzyską. Wbrew wszystkiemu poczuł jak napięcie, którego jeszcze parę chwil temu nie szło wytrzymać ulotniło się jakby w ogóle go nie było. Szczerze mówiąc ich popisy z lekka go rozbawiły, choć kiedy Amon zaczął przed nim pajacować to aż zakrył twarz rękoma, bo chyba przybrała kolor pomidora. Jezu, co za wstyd! Niech go już przestanie tak nazywać!
W sumie to pytanie całkowicie zbiło go z tropu. Co Amon właściwie chciał tam zobaczyć i po co? Nie za bardzo zdawał sobie sprawę co takiego niby mieli tam robić. Z resztą przecież lada chwila miał mieć łacinę! Zorientował się jednak, że jeszcze podczas jego spotkania z Peterem ktoś świsnął mu torbę z książkami, a znając życie zrobił to jeden z jego koleżków, by zabazgrać jego zeszyty, nie był to pierwszy raz jak tak się działo i zawsze nazajutrz odnajdywał swoją sponiewieraną własność, gdzieś w łazienkach, albo pieprzniętą gdzieś na korytarzu. Fatalnie się składało, bo miał mieć wypracowanie na dziś właśnie na tą lekcję, a bez notatek właściwie nie miał się tam co pokazywać. Czyli było przesądzone, idzie z nimi.
- Dobrze. - Kiwną głową, powiedziawszy odważniejszym tonem niż dotychczas. W sumie zgodził się w głównej mierze dlatego, bo chciał z nimi spędzić jeszcze trochę czasu, jak głupio, by to nie zabrzmiało.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw Sie 04, 2016 2:44 am

Podążyli więc za Amonem, który sprawiał wrażenie wiedzącego co czyni. Matt mógł podchodzić z podziwem dla takiego nastawienia, jednak Lynn znał chłopaka nie od dziś i wiedział, że po prostu urodził się on z spojrzeniem jasno mówiącym „spokojnie, panuję nad sytuacją”. Czasami go to denerwowało, owszem. I na tym polegał cały fenomen ich przyjaźni. Różnili się, a jednak wciąż łączyło ich wiele. Amon był głośny i przesadnie pewny siebie, Lynn – wręcz przeciwnie, ułożony, mający opinię grzecznego ucznia. Jedynie przyjaciel uwalniał w nim mniej pozytywne dla świata instynkty. Obaj się tego nie spodziewali, ani nie mogli tego wiedzieć, ale wkrótce w ich niefrasobliwej codzienności miał zagościć Matt. Doprawdy, w całej swojej osobliwości będą wytykani palcami.
Wyszli za szkołę, zagłębiając się w mniej uczęszczane tereny; minęli śmietnik, kompost i przybudówkę, służącą za kostnicę; nieodłączny element ich zajęć z medycyny. Nie trzeba dodawać, że Lynna przeszedł dreszcz na samo wspomnienie, prawda? Szli przez tereny nawet niespecjalnie zadbane, aby uniknąć słowa „zakazane”. Nie mieli jednak wątpliwości, że potrzebowaliby dobrej wymówki, na wypadek, gdyby ktoś ich teraz przyłapał na chodzeniu nie tam gdzie trzeba. Nim dotarli na miejsce, zdążyli poparzyć sobie nogi od rosnących wszędzie zgliszczy pokrzyw, a podczas przechadzki towarzyszył im nieustanie wesoły bełkot Amona, głoszący mniej lub bardziej debilne treści:
- Zero zabawy z takim. Widziałeś, jak nudnie reaguje na „księżniczkę”? Nie rozumiem, co Peter w nim widzi. Żadnej przyjemności ze znęcania się, doprawdy. Gdyby chociaż odpowiadał w połowie tak żywo jak ty, Lynn, życie byłoby ciekawsze – zawodził głośno, goniąc za Lynnem i z udawanym smutkiem, zerkając cały czas na Matta, wspominając jego wyraźny rumieniec na sam dźwięk tego słowa. Och, jak on uwielbiał zawstydzać innych. Istny sadysta. Lynn znał już na to sposób, wystarczyło go ignorować. Tak, ale czasem się po prostu nie dało.
Przeszli jeszcze kilka kroków, dochodząc do wielkiej altany, zawierające narzędzia i ziemia dla uczniów z młodszych roczników, dla których odbywały się jeszcze zajęcia z botaniki i nauk przyrodniczych. Dlatego też niemałe było zdziwienie Lynna, gdy usłyszał oznajmienie przyjaciela: to tutaj.
Za jego poleceniem wdrapali się po rynnie na dach altany, zarzucając wcześniej nań swoje torby z książkami (albo i nie, jeśli się ich nie miało). Lynn rozejrzał się wokół, jednak widok wszędzie zasłaniały mu drzewa, dlatego też nie rozumiał planu przyjaciela i cierpliwie czekał na olśnienie z jego strony, siadając na krawędzi drewnianego budynku. Amon postąpił przeciwnie; przywarł do murów szkoły, zaglądając przez okno, przez który miał idealny widok na to, co się działo we wnętrzu damskiej szatni. Niemal wszystkie szyby w Akademii znajdowały się na znaczniej wysokości, jednak do tej jakiś dobry stwórca dobudował im idealne podwyższenie, specjalnie na takie chwilę i widoki. Najwyższy z  chłopaków pokręcił głową, nie mogąc uwierzyć w podobne zrządzenie losu, ani  w to, że jego przyjaciel zna podobne miejscówki.
- O, o! Wchodzą! Zaraz się zacznie, chodźcie prędko! – dosłyszał jego rozochocony głos, jednak niespieszno mu było, aby wstać z miejsca. Podglądanie panien niespecjalnie go interesowało, a przynajmniej póki co tak sądził. Miał czternaście lat, myślał, że są ciekawsze rzeczy na tym świecie od rozebranych dziewczyn o wcale ponętnych kształtach. Dlatego ignorował coraz to bardziej wulgarne komentarze Amona, starając się rozkoszować wolną chwilą, której nie musi poświęcać na zawzięte notowanie wypowiedzi profesora. Drgnął jednak, gdy usłyszał kolejną część relacji:
- Uuuu, Mary podwija halkę… nie! Nie! Zdejmuję ją! Naprawdę! O boże, czy ty widzisz te cycki? Ile ona ma lat!? Że też szyją ubrania, które są w stanie pomieścić jej wielkie melony…! – prawie krzyczał, zupełnie zapominając czym jest wstyd.
Lynn, choć zażenowany zachowaniem przyjaciela, musiał przyznać – to nieco go zaintrygowało. Nigdy nie widział kobiecych piersi. Ani przypadkiem, ani w wyniku podglądania. Dlatego też kolejne słowa Amona były dla niego istną torturą.
- Ha! Jak się do siebie wdzięczą! Chichoczą! Och, ciekawe, o czym rozmawiają… - westchnął głośno, zapewne planując, jak następnym razem znaleźć się bliżej nich, najprędzej  w jednej z szafek na ubranie. - O, oooo! – zawył z radości. – Chyba porównują rozmiary swoich cycków. O nie, nigdy tego nie zapomnę… - poprzysiągł sobie, zadowolony, jakby życie obdarowało go najpiękniejszym z możliwych prezentów.
Szatyn odwrócił się niechętnie do przyjaciela, czerwieniejąc na twarzy. On też zapragnął zobaczyć to zjawisko, o którym Amon tyle mówił. Ale to było takie niepoprawne, niegodne… Matka wpajała mu szacunek do kobiet przez większość jego życia. Jednak pokusa okazała się zbyt silna. Tylko spojrzy. Przecież nic się nie stanie. W razie czego zamknie oczy. Tylko chwilę, naprawdę…
- Suń się – rzucił do Amona, trącając go lekko ramieniem, aby mieć lepsze widoki. Od razu rozdziawił usta ze dziwienia, jako że chłopak w swojej szczegółowej relacji wcale nie kłamał. Och, jakie to były piękne nimfy! Smukłe, cudownie dziewczęce, dopiero nabierające pierwszych oznak kobiecości. Nawet nie pamiętał ich imion, mimo że z niektórymi zamienił więcej niż kilka słów, ale ów pokaz sprawił, że zapragnął poznać je bardziej. O ile tylko będzie miał odwagę spojrzeć im jeszcze kiedykolwiek w oczy.
Przepychali się chwilę z Amonem, walcząc o najlepsze miejsce, wcale nie przejmując się tym, że jakaś z dziewczyn może akurat zapragnąć spojrzeć do góry, wprost na ich ciekawskie twarze. Później odpuścił, po prostu podziwiając w ciszy i czując rosnące gorąco. Mimo już ciążących na nim wyrzutów sumienia, był równie pewien, że ów obraz nie opuści go przez długi czas.
- Są śliczne – oznajmił niemal niedosłyszalnie, dopiero po chwili się otrząsając. – Prawda, Matt? – zapytał ich nowego kompana, właściwie tylko po to, aby się upewnić czy ten potrafi jeszcze mówić i czy nie skoczył jeszcze z dachu altany. Szczególnie upodobał sobie jedną, o krótszych, ciemnych włosach, cudownie drobną i powabną. Nie mógł oderwać spojrzenia. Gapił się w nią jak w obrazek, nawet na chwilę nie przymykając ust.

/najbardziej pedo post ever, pozdrawiam

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią Sie 05, 2016 5:51 am

Szedł za nimi utrzymując przy tym pewien dystans, ale nie tak, by być jakieś kilometry w tyle, tylko tak daleko nie być zobowiązanym do rozmowy, ale na tyle blisko by dokładnie słyszeć ich rozmowę. W głównej mierze jedynym co dostawało się do jego uszu był głos Amona, był z nich wszystkich chyba najbardziej towarzyski, bo z kolei Lynn sprawiał wrażenie mruka (być może w towarzystwie blondyna tak wyglądał, choć chyba dominował nad każdym z kim przebywał), o sobie już nie wspominając. Udało też mu się dosłyszeć zażalenia jakie ów chłopak do reakcji Matta na jego zaczepki. Rudowłosy poczuł wtedy przeokropne zażenowanie, aż wcisnął ręce w kieszenie i odszedł jeszcze na parę kroków w tył, odwracając wzrok za każdym razem, kiedy Amon nań spojrzał. Nie wiedzieć czemu zrobiło się mu też przykro chyba z najgłupszego powodu na świecie - bo nie sprostał jego wymaganiom odnośnie zaangażowania w odpowiedź na owe przezwisko, ale co mógł poradzić? Przyzwyczaił już siebie do możliwie jak najspokojniejszej reakcji na takie zagrywki, czyli zwykłego ignorowania, a i tak z tym było różnie, chyba był za mało rozrywkowy dla tego towarzystwa.
A więc dotarli już na miejsce. Z niemałym trudem wdrapał się po rynnie, bo nie był jakimś miłośnikiem wysiłku fizycznego, ale w końcu udało mu się wylądować na dachu altanki, aż się zdyszał. No tak, tylko teraz pojawił się pewien problem... Nie wiedział za bardzo co ze sobą zrobić.
Desperacko wodził wzrokiem to na Lynna relaksującego się gdzieś na skraju dachu, a z drugiej strony jednak na Amona, który niebywale przeżywał widoki za oknem i co miał teraz ze sobą począć? W sumie sam do końca nie wiedział po co tu przyszedł, bardziej się ekscytował tym, że robił coś "zakazanego". W sensie, że poszedł na wagary, palił i w ogóle.
Postanowił przyłączyć się do Amona, będąc jeszcze rozentuzjazmowany łamaniem reguł, bardziej niż chęcią oglądania nagich dziewcząt (co nie znaczyło, że nie w ogóle nie chciał tego robić, po prostu mu nie zależało, o). Poszedł więc do okna, stanął na palcach i trochę z boku zerkał na to co się działo w szatni. Szczerze mówiąc to, aż zakrył sobie usta patrząc na roznegliżowane ciała adeptek, tak naprawdę nie widział nigdy jeszcze ciała kobiety nie będącego niczym przykryte. Szczerze mówiąc był zaszokowany, a jednocześnie zaintrygowany ogólną estetyką kobiecych kształtów, ale bardziej od podniecenia seksualnego, było to coś jak oglądanie jakiegoś egzotycznego zwierzęcia po raz pierwszy, co nie zmienia faktu, że był pod wrażeniem. Blondyn stojący obok chyba podzielał jego zdanie i to chyba o wiele bardziej, bo nie mógł zamknąć się choćby na chwilę, w ogóle jego zachowanie bardzo bawiło Matta, aż musiał się odwracać na chwilę od okna, by chłopak nie zauważył, że się z niego śmieje.
W końcu i Lynn do nich dołączył. On w przeciwieństwie do Amona był o wiele bardziej opanowany w tym wszystkim, bo o ile ruchy blondyna były bardzo chaotyczne tak on skupiony był na tylko jednej dziewczynie, co nie uszło uwadze rudego chłopaka. O dziwo o wiele bardziej ciekawiło go obserwowanie jego towarzyszy aniżeli panienek, których bieliznę poznał już chyba na wylot.
- Mhm. - Kiwnął do niego głową, ale bez większego zainteresowania, lecz po chwili znowu się odezwał. - To Caroline Swallow... W sensie ta dziewczyna! - Speszył się trochę. W sumie nie wiedział po co mu to powiedział, chyba chciał się popisać, że znał imię ów niewiasty, choć chyba jeszcze nigdy nie zamienił z nią słowa, ot zasłyszał kiedyś jak znajome z klasy o niej gadały, a że miał zdolność do zapamiętywania takich rzeczy to więcej nie potrzebował.
Nagle do głowy wpadł mu do głowy pewien powalony pomysł. - Jeśli chcesz mógłbym Ci przynieść jej pantalony. - Oznajmił śmiertelnie poważnie. Jego sztywniactwo musiało ich krępować, a i myślał, że mógłby im się w sumie czymś odwdzięczyć, poza tym już całkowicie rozkręcił się z tym byciem delikwentem. - Tylko, któryś z was musiałby mnie podsadzić.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią Sie 05, 2016 6:25 am

Przylepiali nosy do szyby, dysząc w nią, aż skropliła się na nich para, pochodząca od ich oddechów. Byli świadkami całego przedstawienia od początku, aż do przykrego końca, w którym dziewczęta zaczęły się ubierać w stroje sportowe; długie spodnie i wygodne, typowo męskie koszule. Powoli opuszczały szatnię, stawiając się na miejsce zbiórki.
- Och, nie odchodźcie jeszcze, piękne rusałki! Olejcie dla nas szermierkę! – Amon jęknął błagalnie, nawet stukając lekko w szybę, jakby to miało je zatrzymać i rozebrać je na nowo. Sądząc po jego nastawieniu, był gotów czekać, aż dziewczyny skończą zajęcia i wrócą tu z powrotem, zgrzane od wysiłku, co właściwie tylko bardziej by go zachwyciło. Komentarz Matta rozbawił ich oboje, aż huknęli gromkim śmiechem, zupełnie się po nim tego nie spodziewając.
Zapamięta to nazwisko, nawet mimowolnie. Zerknął na dziewczynę jeszcze raz. Podobała mu się, nie mógł zaprzeczyć. Dziewczyny w krótkich włosach, wbrew panującej modzie, miały coś w sobie. Może chodziło tu o wrażenie niezależności i pewności siebie? Nie wiedział, ale urzekało go do reszty.
- Po co mi jej bielizna? – zapytał głucho, chociaż sama myśl, że mógłby dzierżyć w dłoniach jedwabny materiał, dotykający wcześniej jej miękkiego ciała, budziła w nim nieznane mu wcześniej instynkty. Całą sytuacja sprawiała, że serce tłukło mu mocno w piersi.
- Nie żartuj, Lynn. Ja cię podsadzę, Matt. A później zachowam sobie jej gacie jako trofeum. W ogóle się go nie słuchaj, widzisz chyba jak bredzi, co? Peter musiał mu również zrobić kuku w głowę, biedaczysko… - mówił gorączkowo, stając pod ścianą i splatając razem dłonie, w ten sposób planując podsadzić Matta. Nie obawiał się o jego porażkę. Z wejściem problemu by nie było, jednak z lądowaniem mógłby być problem… O drodze powrotnej nie wspominając. Chyba żaden chłopak nie chciałby być uwięziony z damskiej szatni z nie do końca własnej woli.
- Hej, poczekajcie. Nie zamierzacie tego zrobić naprawdę, co nie? Przecież można byłoby zorganizować jakąś wędkę albo linkę z haczykiem… - w jego głowie zazgrzytały już trybiki, pracując na najwyższych obrotach, aby bezinwazyjnie porwać bieliznę Caroline. Po chwili jednak zrozumiał, co powiedział, więc prędko zaczął się poprawiać, energicznie kręcąc głową. – Nie to, żebym chciał. To… się nie godzi!!! – wydyszał niemal, oblewając się rumieńcem.
Rechot przyjaciela obwieścił mu jednak doskonale, że pomimo skromności, doskonale wie, co siedzi wewnątrz niego. Tak. Wewnątrz skrywało się bezwstydne stworzenie, stawiające odkrywanie uroków tego świata ponad wszystko inne. Nie zdążyli się jednak tej zdecydować, bo wkrótce stało się coś, na co zupełnie nie byli gotowi, przechadzając się po raju należącym do podwiniętych halek i opuszczonych gorsetów.
- Widzę, że świetnie się bawicie chłopcy – usłyszeli głos za swoimi plecami, natychmiast się odwracając. Przed oczyma stanął im straszny widok szkolnego woźnego, jawnie ucieszonego, że przyłapał ich na gorącym uczynku i będzie mógł wymierzyć im należytą karę.
Cóż, Lynn, owszem, polubił Matta, jednak nie na tyle, by siedzieć z nim w kozie po lekcjach. Wraz z Amonem wrzasnęli w głos i chwytając torby w biegu, skoczyli z altany, od razu rzucając się do biegu, nawet nie oglądając się za biednym Mattem. Jeśli ten miał wystarczająco wiele rozumu i jego refleks działał sprawnie, również powinien zwiać z miejsca zbrodni. Woźny był przerażający, nie można było temu zaprzeczyć, jednak miał swoją drobną niedoskonałość – chodził o lasce, więc w starciu z młodymi nogami adeptów, nieczęsto wygrywał. Do ucieczki potrzeba było jednak sporych zasobów bezczelności lub desperacji. Amonowi nie brakowało jednego, a Lynnowi drugiego.
Już za zakrętem murów akademii krzyki Amona i Lynna przeszły w śmiech, obwieszczający, że po raz kolejny udało im się oszukać przeznaczenie.

// zt

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Korytarz   Czw Sie 11, 2016 12:31 am

Był już właściwie gotowy, by wskoczyć na okno i zdobyć cenne (jak dla kogo) pantalony Caroline Swallow. W sumie to nie miał planu i właściwie mu na tym nie zależało, ale był tak zmotywowany, by zaimponować kolegom, że jakoś nie grało tu teraz zbyt wielkiej roli. Wczuł się już w bycie szkolnym łamaczem zasad reguł i nic nie mogło go już powstrzymać w byciu niegrzecznym uczniem, nawet świadomość że może utknąć tam po wsze czasy, po prostu był tym wszystkim tak podniecony. Nie słuchał tego, co mówią, chciał już tam wejść! Teraz!
Z jego transu wybudził go przerażająco znajomy głos. Matt, aż zastygł w miejscu, nawet nie ważąc się obrócić. Był to woźny - postrach wszystkich młodszych uczniów (a już na pewno takich jak Matthew), o którym krążyły najprzeróżniejsze legendy, z czego ani jedna pochlebna. Z rudzielca prysnęły jakiekolwiek buntownicze nastroje i na nowo stał się dygoczącą, potulną owieczką. Pewnie o wszystkim już wiedział, o jego paleniu i urywaniu się z lekcji.
Nawet się nie obejrzał jak jego kompani zniknęli gdzieś, zostawiając go samego na pastwę starego woźnego. Z przerażeniem zaczął rozglądać się dookoła po dachu altanki szukając miejsca ucieczki, niestety wszędzie, było tak samo wysoko, a stary człowiek zdawał się być z każdą sekundą coraz bliżej. Matt pobladł i zalał się zimnym potem. Już widział wściekłego ojca, wraz z nauczycielami drących się na niego wniebogłosy, chyba że zdoła jakoś uciec. Jedyna jego droga ku wolności prowadziła jednak na dół, a dach wcale nie był taki niski...
Nagle w przypływie emocji zacisnął powieki i całkowicie już nie myśląc po prostu zeskoczył z dachu. Nie zdążył nawet pomyśleć czy coś go boli przy lądowaniu, tylko od razu rzucił się w pogoń za Amonem i Lynnem.
- CZEKAJCIE NA MNIE, AAAAAAAAAAAAA!!! - Wrzeszczał tak głośno, że chyba pobudził wszystkie trupy w laboratoriach. W końcu jednak ich dogonił, lecz niestety nie mógł dołączyć do ich gromkich śmiechów, ponieważ był zajęty dyszeniem jak lokomotywa. Omal nie stracił przytomności, lecz mimo wszytko był szczęśliwy. Hmm...

/zt

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Korytarz
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Tajemniczy korytarz
» Korytarz w lochach
» Korytarz na II piętrze
» Korytarz
» Korytarz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Off-Topic :: Strefa pozafabularna :: Retrospekcje-
Skocz do: