IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Wieża

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Wieża   Pią Wrz 02, 2016 6:19 pm



Ruiny zamku to jedno, jednak w najgorszym stanie znajduje się wieża, wciąż zadziwiając swoim ogromem, potęgą i faktem, że jeszcze w ogóle nie runęła w proch. Miejsce idealne dla samobójców ceniących sobie doznania estetyczne przed skokiem. A na kolejną korzyść tego miejsca, jeśli już chcesz w nim targnąć na swoje życie, wpływa to, że ewidentnie nikt nie znajdzie twoich zwłok przez najbliższe dziesięciolecia. Zamczysko znajduje się w sporej odległości od cywilizacji, a nie każdy mieszkaniec Wishtown w ogóle słyszał o jego istnieniu. Legendy głoszą, że na szczyt wieży prowadzi czterysta pięćdziesiąt dwa stopnie, jednak nikt nie wie dlaczego i nikomu nie chce się tego liczyć, a aktualnie lepiej się skupić na poluzowanych cegłach i pokruszonej podłodze, niż rzeczywiście na liczeniu.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Wieża   Pią Wrz 02, 2016 7:26 pm

Trochę już temu minęło południe, ale słońce nadal grzało z pełną swoją mocą. Niejednego wykurzyłoby już dawno do środka, do wnętrza chłodnych murów. Ale nie Isabelle. Ciekawie było siedzieć tutaj samotnie, skulonej w kącie, gdzie promienie nie do końca sięgają, niosąc ze sobą przyjemne ciepło, lecz nie skwar. Kamień był chłodny, więc do jakieś pocieszenie i wytłumaczenie dla długich rękawów Isabelle.
Oparła głowę o kamienną barierę i z przymkniętymi oczami rozkoszowała się dniem. Ludzie mieli swoje własne życie, a ona była ponad nimi, z pozoru odcięta od przyziemnych spraw, tak w oddali. Ale tylko z pozoru. Lubiła się tutaj zaszywać. W końcu komu chciałoby się wdrapywać po tych całych schodach i ryzykować poturbowanie? Naprawdę mało było takich osób. Miejsce to sprawiało wrażenie opuszczonego, chociaż widok z niego mógł zaprzeć dech w piersi. Perspektywa była nieziemska. Ten spokój i cisza opuszczonych ruin dodawały tylko uroku.
Isabelle westchnęła i skrzywiła się z bólu. Zdążyła już zapomnieć o tym całym spotkaniu z koszmarkiem. Ostatnio nie były to jej dni. Zarobiła przecięty łuk brwiowy, siniaki i parę ran. A oprócz tego poturbowane żebra. Uroki tropienia wiedźm i potworów. Dlatego wolała się nie pokazywać ludziom. Rozpuszczone włosy już niezbyt dawały radę, więc unikała mieszkańców, a w każdej wolnej chwili takiej jak tak, uciekała na wieżę.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Wieża   Pią Wrz 02, 2016 7:29 pm

Był sam w zakładzie, gdy odwiedził go nieznajomy, schludnie ubrany mężczyzna. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ów jegomość nie miał najmniejszego zamiaru nic kupować, ani zamawiać. Przyszedł on bowiem do Lynna, a dokładniej w celu zadania mu kilku pytań. Osobliwość tej sytuacji na tym się nie kończyła, aż zegarmistrz utracił swój długo budowany spokój. Pytania były ogólne, niejasne, nie zdradzały zbyt wiele, a jednak bez problemu mógł się domyślić, że coś się święci. Okazało się to być mimo wszystko ponad jego siły; trzymane w dłoniach narzędzia, o mało co nie wypadły mu z rąk, gdy usłyszał:
- Ta rana – mężczyzna wskazał na szyję Lynna. – Jest świeża?
- Tak. To tylko zadrapanie. Uroki mojej pracy – skłamał gładko, na twarz przybierając niemrawy uśmiech.
Na tym jednak się nie skończyło. I z każdą chwilą robiło się coraz dziwniej.
- Osiem dni temu w Wishtown miał miejsce festyn z okazji rocznicy otwarcia filii bibliotecznej. Skorzystał pan z tej okazji jak wielu innych mieszkańców?
Nie musiał liczyć na palcach, aby wiedzieć, co wydarzyło się osiem dni temu. Zaczął obawiać się kierunku, dokąd zmierzała ta rozmowa.
- Nie, nie przepadam za tego rodzaju rozrywkami – odparł z wymuszonym spokojem, w końcu odkładając swoją pracę na bok i poświęcając mężczyźnie całą swoją uwagę.
Jego rozmówca kiwnął głową, jednak to wciąż nie był koniec pytań. Lynn w głowie układał już sobie wersję zdarzeń na tamten wieczór, świadom, że nie może powiedzieć prawdy.
- Rozumiem. Z tego, co zdążyłem zauważyć… pański zakład jest nieraz otwarty do późnego wieczora. Proszę mi powiedzieć, jeśli, oczywiście, w tamten dzień zdarzyło się panu zostać dłużej – czy zauważył pan coś niecodziennego na uliczkach?
Zamarł. W porę udało mu się zmarszczyć brwi, na znak, że się zastanawia. Działo się tu coś bardzo niedobrego. Czyżby ten mężczyzna był z Inkwizycji, jeśli zadaje mu pytania z wydarzenia, co do którego ma nie do końca czyste sumienie?
- Nie przypominam sobie. Raczej nie. Zwróciłbym na to uwagę – odpowiedział niejasno. – Czy coś się…?
Nie zdążył skończyć swojego pytania, a do wnętrza jego zakładu weszła nowa osoba. Tym razem klient, całe szczęście.
Mężczyzna zadający pytania odsunął się, najwyraźniej wiedząc już wszystko i nie zamierzając tłumaczyć powodu swoich odwiedzin. Podziękował uprzejmie zegarmistrzowi, zostawiając go sam na sam z klientem.
Lynn jeszcze chwilę obserwował wychodzącego mężczyznę przez okno, resztki uwagi i świadomości poświęcając klientowi. Prędko go jednak odprawił, wracając myślami do trapiącej go sprawy. Odczekał przyzwoite dziesięć minut, aby nie wzbudzić niczyich podejrzeń i ruszył na miasto, korzystając z przywileju przerwy obiadowej, zamykając za sobą pracownię z wywieszką – „wrócę niedługo”, co było ewidentnym kłamstwem.
Podążył w kierunku centrum, gdzie ruch był większy i znacznie bardziej musiał uważać na swój skromny dobytek. Wkrótce dostrzegł, a raczej usłyszał swój poszukiwany cel. Chłopiec od codziennej gazety, reklamujący swój towar, wykrzykując hasła, których głębszą treść można było odkryć po zagłębieniu się w druk. Oczywiście, nie za darmo.
Rzucił chłopakowi szylinga, od razu porywając pisemko i zabierając się do lektury, ignorując wszystkie dźwięki dochodzące z zewnątrz. Wertował strony, błądząc wzrokiem po chwytliwych nagłówkach, choć sam do końca nie wiedział, czego może się spodziewać.
Nie miał jednak wątpliwości, gdy natrafił na tytuł „Morderca wciąż na wolności”. W pośpiechu czytał tekst poniżej, głoszący mniej więcej: „Tajemnicze morderstwo z nocy przesilenia letniego, wciąż pozostaje zagadką. Zidentyfikowano już znalezione zwłoki, według naszych źródeł, należą one do byłej Inkwizytorki. Przyczyną zgonu jest uraz czaszki, spowodowany uderzeniem twardym przedmiotem, prawdopodobnie kamieniem. Nie wyklucza się konfliktu z czarownicami, jednak na miejscu prawdopodobnie doszło do szarpaniny. Władze ponawiają prośbę o zachowanie ostrożności i kontakt w razie jakichkolwiek informacji na temat wydarzenia.” Przerwał czytanie, czując na karku zimny pot.
Papier wyraźnie drżał w jego zazwyczaj spokojnych, skupionych dłoniach. Przełknął głośno ślinę, rozglądając się nerwowo wkoło. Załapał kontakt wzrokowy z jednym z przechodniów, na co niemalże podskoczył i natychmiast ukrył twarz w gazecie. Oni już wiedzą. Wszyscy wiedzą. Tylko czekali na odpowiedni moment, na pewno. Właśnie zaczynał panikować, jak widać.
Odszedł chwiejnym krokiem. Czy mogło być gorzej? Tak bardzo usiłował nie zwracać na siebie uwagi, cały czas czując Inkwizycję na karku, a teraz, proszę; zostanie pewnie posądzony o morderstwo. O boże. Koniec jest blisko, pomyślał. Będzie na ustach całego miasteczka, jak nic! Oczyma wyobraźni już widział kolejne nagłówki w gazetach: „Szanowany zegarmistrz z zimną krwią zamordował byłą Inkwizytorkę”. Rozłożą jego życie na kawałki, poznają każdy najmniejszy szczegół. Aż w końcu zainteresuje się nim sama święta organizacja. Bo gdzie indziej z otwartymi ramionami przyjmowane są zbłąkane owieczki, które zboczyły na niewłaściwą ścieżkę, chociażby i morderstwa?
Och, bał się. Kroczył szybko wąskimi uliczkami Wishtown, a w jego głowie kształtował się plan. No, może nie tyle co plan, a raczej obowiązek, który podpowiadał mu, co powinien uczynić. Musiał odnaleźć Isabellę. Czym prędzej. Natychmiast. W pierwszej kolejności zajrzał do piekarni, gdzie zastał jedynie kierownika. Aby nie wzbudzić jego podejrzeń, kupił świeże pieczywo, wciąż ściskając w ręku gazetę. Następnie sprawdził park, wciąż rozglądając się wkoło, a ostatecznie złapał powóz, uprzednio rzucając zakupiony chleb kaczkom.
Instruował dorożkarza, popędzając go co chwila, aby jechał szybciej. Wkrótce dotarł do obrzeży miasta i zgliszczy tak gęstych, że dalsza podróż dla pojazdu okazała się niemożliwa. Z kwaśną miną zapłacił za transport, resztę drogi pokonując pieszo.
„Lepiej, żebyś tu była” – pomyślał, przedzierając się przez krzaki i za pomocą laski torując sobie drogę. Wiedział, że Isabelle lubiła tu przebywać. W tej krytycznej sytuacji zdołał wyciągnąć tę informację, którą niegdyś uważał za zbędną. Nie rozumiał zachwytu dziewczyny nad ta budowlą. Doprawdy, jeśli chciała zobaczyć ruinę, wystarczyło zajść do posiadłości Cavendisha.
Dotarł na tyły wieży, gdzie ścieżka była już wydeptana. Zastanowił się chwilę, czy nie zacząć wołać z dołu, niczym błędny rycerz do księżniczki, aby spuściła swój warkocz, aby mógł się po nim wdrapać na szczyt. Jednak w porę się opanował, nie chcąc robić z siebie kretyna bardziej niż to konieczne. Postanowił wspiąć się, tradycyjnie, po czterystu pięćdziesięciu dwóch stopniach, w celach czysto rekreacyjnych. Może jego laska ponownie się na coś przyda.
Wieża była całkiem spora, jednak nie zatrzymywał się na zwiedzanie pomniejszych sali (zresztą i tak nie znalazłby tam niczego poza gruzem), kierował się prosto na sam szczyt, sądząc, że Isabelle, jeśli już, mogła ukryć się tylko tam. Gdzieś w połowie drogi zerknął w dół. Oho, gdyby spadł, z pewnością połamałby sobie więcej niż nogi.
Znalazł się w końcu na samej górze. Zapukałby może do ostatnich drzwi, gdyby nie to, że były one częściowo wyważone z zawiasów. Pozwolił sobie wejść bez tego, starając się jednak zachowywać głośno, bo mimo wszystko – czuł, że zakłóca jej prywatność. Miejsce, do którego on nie powinien mieć wstępu. O ile w ogóle tu była.
A owszem. Była. Jednocześnie uderzyło go poczucie ulgi i bolesne wspomnienie, dla którego w ogóle się tu znalazł. Ujrzał ją, witając się dość niecodziennie:
- Isabello Foster!!! – wrzasnął na nią, mimo że wcale nie znajdowała się tak daleko. Nie był tu dla przyjemności. Musiał ją o wszystkim poinformować. I dowiedzieć się paru spraw. Dlatego też przyjął iście moralizatorski ton.
- Ze wszystkim miejsc na Ziemi, ty musiałaś ukryć się akurat tutaj? Wiesz, ile ja… - przerwał, wzdychając z wyrzutem i natychmiast do niej podchodząc, nie tracąc nawet sekundy.
Zamaszystym ruchem rozłożył gazetę na tej konkretnej stronie i podsunął jej pod sam nos, wyjątkowo władczym tonem rozkazując:
- Czytaj.
Dał jej chwilę, choć może nie na tyle długą, aby dziewczyna zapoznała się z całą treścią ogłoszenia, jednak obecnie musiało to wystarczyć, bo zaraz zaczął swój wywód:
- Skup się, Isa. Przypomnij sobie i powiedz mi… W czasie tego przeklętego festiwalu, zostawiłaś coś na tamtej uliczce? Jakieś rzeczy osobiste? Coś mogło ci wypaść? – Konkrety na początek, kazanie zostawi sobie na deser, gdy już zdecyduje, czy na gwałt powinien zmieniać nazwisko i wyjeżdżać z kraju. Choć nie wątpił, że nie ominie to Isabelli. Nie byłby sobą, gdyby nie wygłosił kilku prawd moralnych na temat tego, do czego doprowadziło funkcjonowanie w Inkwizycji.
- Dawno się tak nie wpieprzyłem… - mruknął pod nosem, obdarzając ją niezbyt pogodnym spojrzeniem i zaczesując włosy, opadające mu na czoło.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Wieża   Pią Wrz 02, 2016 7:30 pm

Wyczulony słuch, oto co jej dały nocne ćwiczenia. Coś, lub też ktoś, przedzierało się przez krzaki. Chyba wolała jednak opcję ze zwierzem; tylko towarzystwa jej tu do szczęścia brakowało. W pierwszym odruchu sięgnęła do pokrowca i zacisnęła dłoń na chłodnym metalu. Co ona wyprawia? Nikt tu i tak raczej nie wejdzie. Zaczęła więc bawić się rzemykiem owiniętym na jej prawym nadgarstku.
  Inkwizytor nie powinien się bać, tak mówią. A tymczasem ona tak się zatraciła w swoim myślach, że tym razem nawet nie usłyszała, jak ktoś wchodzi do jej samotni. Gdy więc zasłonił ją cień, zareagowała jak ją wyuczono. Zerwała się z miejsca, wyjmując broń i tłamsząc syknięcie bólu. W porę jednak się opamiętała, widząc, że nikt nie chce jej zabić i zostawić jej zwłok, by pewnie nikt już się nie dowiedział, co się z nią stało, schowała więc broń z powrotem. Dopadło ją nagłe poczucie winy, gdy mimowolnie skierowała wzrok na ranę zegarmistrza.
  Odpędziła od siebie to uczucie, zamiast niego pojawiło się pytanie: "Co on tu może robić?". Nie wyglądał na kogoś, kto przychodził tu często powłóczyć się czy nacieszyć samotnością, jak ona. W ogóle nie wyglądał na kogoś, kto często opuszcza pracownię czy mury swojego domostwa. Samotnik? Tak. Ale to bywała zapewne samotność zatracania się w pracy.
  - Tak, Lynnie Cavendish – rzekła, przesadnie akcentując każdy wyraz - zgadza się, to ja. Ile... co? – uniosła brwi i posłała mu ironiczny uśmieszek, nie przejmując się zupełnie jego krzykiem.
  Pierwszym jej odruchem było odsunięcie się pod mur. Poczuła bardziej niż zobaczyła, że kamienie nie są zbyt stabilne. Dobrze wiedzieć. Z ust nie schodził jej uśmiech, dopóki nie ujrzała artykułu. Już tytuł mówił sam za siebie. Zagłębiła się w tekst, a z każdym słowem miała coraz bardziej nietęgą minę. Zdecydowanie ma zbyt dużo siły. Nie chciała przecież zabić tej dziewczyny, tylko ją ogłuszyć! Jej serce przyspieszyło swój bieg. Nawet jeśli pracowała dla świętej organizacji, nie przejdzie to pewnie jej bezkarnie. Zresztą już rozpoczęto śledztwo, tak łatwo się nie wywinie.
  - Cholera – wymknęło się jej.
  Już widziała te nagłówki. Ciekawe... Inkwizycja ukaże ją czy nagrodzi? Coś skłaniało ją do oczekiwania raczej pierwszej opcji. Chociaż? A kto ich tam wie. Przez dłuższą chwilę nie mogła oprzeć się wrażeniu, jakoby Lynn chciał ją wydać. Ale, przecież do było niedorzeczne!
  Usiadła pod murem i pomasowała skronie, jakby chciała pobudzić swój mózg do pracy. Pamiętała doskonale, co się zdarzyło tamtej nocy, więc nie musiała jakoś szczególnie się wysilać.
  - Nie – powiedziała ostrożnie. - Nie zostawiłam nic, nawet nie wzięłam ze sobą sztyletu zamordowanej. Zabrałam wszystko... - Nagle sobie o czymś przypomniała. Zwinęła gazetę w rulon i trzasnęła nim niezbyt delikatnie Lynna po głowie. - Ale znam pewnego idiotę, który postanowił sobie zapalić, podczas mojej hm... pogawędki z blondyną – spojrzała na niego, mrużąc niebezpiecznie oczy. - Zabrałeś ze sobą chociaż niedopałek?
  Liczył się każdy, nawet najmniejszy szczegół, a ona myślała gorączkowo, co zrobić. Lęk przeplatał się z ulgą, że dziewczyna nie żyje. To w pewnym sensie niwelowało pewne trudności, lecz jednocześnie stwarzało zupełnie nowe.
  - Tak, wpieprzyłeś się. Na własne życzenie, bo nikt ci nie kazał za mną łazić – wkurzyła się na niego, wstając i oskarżycielsko na niego patrząc, krzyżując ręce na piersi. - Całe szczęście, że w tym całym zamieszaniu związanym z festynem, nikt nas nie widział. A nie... czekaj, czekaj. Dorożkarz nas widział – zaczęła zastanawiać się na głos. - Pomyślał pewnie, że nasz stan może być skutkiem festynu. Lecz jeśli ktoś go zacznie przepytywać, może powiedzieć o słowo zbyt dużo... - spojrzała z przerażeniem na rozmówcę. - Cholera.

___________________


Ostatnio zmieniony przez Isabelle dnia Pią Wrz 02, 2016 7:35 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Wieża   Pią Wrz 02, 2016 7:33 pm

Spojrzał na nią spode łba, gdy ciągnęła go język, każąc dopowiadać słowa, które on celowo wolał przemilczeć. W normalnych okolicznościach, z pewnością przekomarzałby się z nią bardziej; budziło w nim to ciepłe wspomnienia, czego Isabelle nie mogła wiedzieć. Dziś jednak nie czuł się na siłach, aby brać udział w tej zabawie. Z drugiej strony jednak, sytuacja mieniła się w na tyle nieciekawych barwach, że zwyczajnie nie opłacało się dłużej zamartwiać. Nie zamierzał podchodzić do sprawy beztrosko, ale jeśli miały być to jego ostatnie dni na wolności, postanowił zachować resztki optymizmu.
- Ile… nic – dokończył, uśmiechając się kwaśno. – Po prostu… gdy ty mnie potrzebujesz, zawsze wiesz, gdzie mnie znaleźć. Jeśli ja cię szukam, muszę sprawdzać pod każdym kamieniem, tylko po to, aby ostatecznie odnaleźć cię na szczycie wieży, niczym księżniczkę z kiepskiej bajki. Ech… Nieważne, skoro cię już dorwałem… - spojrzał na nią uważnie, co właściwie mogło być groźbą, że od tego momentu nie wypuści prędko z rąk.
Po chwili przerwał kontakt wzrokowy, ostrożnie podchodząc do rozwalonego okna, wyraźnie powiększonego przez brak niektórych cegieł. Wyjrzał na zewnątrz, upewniając się czy na pewno są tu sami. Kompletnie nie wiedział, co robić. To w końcu zdarzyło mu się po raz pierwszy… Nie potrafił rzucić żadną propozycją planu, więc postanowił zebrać informację, aby następnie w spokoju przejść do swojego wykładu, który chciał wygłosić już od początku, a nie miał ku temu sposobności przez ranę na szyi.
Przy okazji tej rany – aktualnie Lynn wyglądał nadzwyczaj zdrowo. Gdyby nie bandaż nie można byłoby sądzić o tym, że blisko tydzień temu został niemal śmiertelnie raniony. Takich przypadków nie leczyło się w tak krótkim okresie czasu. Ale nie zamierzał się spowiadać z tego, w jaki sposób udało mu się tak prędko stanąć na nogi. Z powodu użycia nie do końca legalnych środków… na pewno wolał nie mówić tego Inkwizytorce, mimo że w przypadku Isabelli działało to inaczej. Był z nią bliżej, niż z „jakąś tam” Inkwizytorką, dlatego zasługiwała ona na odrobinę szczerości. Posiadanie niektórych z informacji mogło jednak szkodzić, więc zachował to dla siebie.
- Myślisz, że nie miałem lepszego zajęcia od zbierania swoich śmieci?! – wykrzyknął, choć i tak potulnie dając się zdzielić gazetą. – Żałuję, że nie powiedziałem tej wariatce: „Poczekaj chwilę, przez najbliższe trzydzieści sekund postaraj się nie zabić Isabelli, bo muszę podnieść swojego papierosa, aby nie zostawiać ewentualnych dowodów zbrodni!” – wybuchnął, kręcąc energicznie głową. – Właśnie tu leży problem… Nie znam nikogo poza mną i Matthewem, kto paliłby podobne papierosy. Jeśli nie chcemy zwalać winy na niego, to cóż, trop prowadzi do mnie. Jestem wybredny jeśli chodzi o tytoń, nie kupuję byle czego - wyjaśnił cierpko, nigdy nie spodziewając się, że palenie może go skrzywdzić w taki sposób. – Istnieje jednak możliwość, że wypalił się on w całości… o ile tylko go wcześniej nie zgasiłem podeszwą. – Musiał zakładać najgorszą opcję, mimo że zapalona raz bibułka i papierowy filtr nie powinny zostawić za sobą żadnych śladów.
- Poza tym… zostawiłem na bruku sporo krwi, więc nic dziwnego, że podejrzewają napaść. Świadków raczej nie mieliśmy, chociaż tyle dobrego – wymieniał, bardzo się skupiając, by niczego nie przeoczyć.
- O, przepraszam?! – obruszył się na jej kolejne słowa. – Nie łaziłem za tobą. Zresztą to nie ma znaczenia. Wkopaliśmy się razem, razem w tym siedzimy. I musimy jakoś z tego wybrnąć. – Zmarszczył brwi. – Z dorożkarzem też może być kłopot… poduszki i zasłony były ciemne, ale… krew była wszędzie. Zapłaciłem mu też więcej niż powinienem, co mogło wzbudzić jego podejrzenia. Jeśli połączy morderstwo z naszym spotkaniem… - przerwał, a po plecach przeszedł go zimny dreszcz. – Nie wiem, co robić. Może powinniśmy złożyć dorożkarzowi wizytę? Grozić? Porwać mu córkę? – zasypał ją swoimi „genialnymi” pomysłami, skoro już wkroczyli na drogę morderstwa i usiłują nie dać się złapać. – Mam wrażenie, że jest coraz więcej śladów, prowadzących w naszym kierunku… Dziś w pracowni miałem gościa, zapewne jakiegoś detektywa. Zadawał mi pytania. Mi, mimo że nie powinienem mieć z sytuacją nic wspólnego…. Zaczynam się zastanawiać, czy… Czy nie lepiej byłoby się przyznać na tym etapie? Wtedy stanąłbym w innym świetle, może wyrok nie byłby aż tak surowy. Zwłaszcza, że… to był wypadek, prawda? Nie planowaliśmy jej zabijać, stwórco… - wypowiedział wszystko niemal na jednym wdechu, zaplątany w swoich myślach, zagubiony i pozbawiony jakiejkolwiek wizji przyszłości.
- Ty jesteś pewnie zadowolona z takiego obrotu spraw, co? Jeden problem z głowy – prychnął. Nie pragnął śmierci tamtej dziewczyny, przecież nawet prosił Isabelle, by jej nie dobijała! Jednak stało się inaczej, co nie było już zależne od nich. Rana z uderzenia i upadku głową na bruk okazała się zbyt poważna. – Ech… W twoim środowisku… inni są świadomi twojego zatargu ze starą nauczycielką? Ktoś zna szczegóły? Myślisz, że możesz być jedną z podejrzanych? – dopytywał dalej, doszukując się kolejnego gwoździa do trumny, jako że dorożkarz mógł po raz kolejny zebrać te wszystkie fakty w jedno stwierdzenie – to oni są winni.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Wieża   Pią Wrz 02, 2016 7:34 pm

Piorunowała go wzrokiem. Nie, to mało powiedziane. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, on już dawno leżałby martwy u jej stóp. Jak już się ucieka z miejsca zbrodni, to powinno się zadbać o wszelakie szczegóły. Najmniejszy drobiazg a zdemaskują ich dwoje.
- Nie trzeba było wpadać w nałóg tego cholernego palenia! - naskoczyła na niego. - Jakim trzeba być zjebem, żeby dać się na to namówić?! - walnęła się otwartą dłonią w czoło. - Cóż... ewentualnie można by na niego zwalić winę, ale jak wyjdzie na jaw, że to nie on, to mamy przerąbane. Nie mogłeś już sobie darować i palić pierwszy lepszy tytoń?!
Odetchnęła głęboko, by się uspokoić. Gniew tutaj nic nie da. To trzeba załatwić na spokojnie, by furia nie zaślepiła umysłu. Liczył się każdy pomysł, by jakoś odwrócić podejrzenia. Nie skomentowała jego ostatniego zdania. Zawsze lepiej liczyć na najgorsze, co najwyżej spotka nas wtedy miła niespodzianka. Ale tutaj nic się na to nie zapowiadało. To byłoby zbyt wielkie szczęście, gdyby papieros wypalił się całkowicie.
- Mogę powypytywać nieco w Inkwizycji czy coś mają na ten temat – odezwała się cicho. - Najwyżej...
Najwyżej co? Złapią ich, dadzą na tortury i spalą? Najbardziej optymistyczny scenariusz. Zaczęła przechadzać się po wieży, krzywiąc się co jakiś czas z bólu. Niedobrze, ale... Ona miała wymówkę. Rozmawiała już o pochodzeniu jej raz z kilkoma osobami, więc czemu by nie?
- Coś mają... - zbladła nieco, gdy dowiedziała się o wypytującym. - Tak, najlepiej. Uprowadźmy jego córkę, pogróźmy. Na pewno nie skojarzy faktów! Jakieś jeszcze cholernie bystre pomysły?! Tak, przyznaj się, przyznaj. Co tobie mogą zrobić? Najwyżej będziesz katem, a co! - zaczęła podnosić głos. - NIE, WIESZ?! SPECJALNIE WALNĘŁAM JĄ TAK MOCNO! Przestań zgrywać debila!
Podeszła wściekła do muru i kopnęła go. Syknęła z bólu, gdyż jednak jej buty nie były przystosowane do rozwalania budowli.
- Po części – odwróciła się w jego stronę. - O jedną wariatkę mniej na tym świecie – syknęła. - Myślisz, że zabiłam ją celowo? Skąd mogłam wiedzieć, że ten rozpęd da aż za dużo siły?!
Po chwili uświadomiła sobie, że w swoim gniewie ruszyła w jego kierunku. Zatrzymała się gwałtownie. Coś jej zaczynało świtać.
- Tak – powiedziała ostrożnie. - Są świadomi. Chociaż niewiele osób, zwłaszcza tych, z którymi chodziłam do Akademii wie całą prawdę o sprawie. Mówiono raczej o "tajemniczym wypadku", zemście wiedźmy... - potarła oczy. Sprawa dorożkarza ciągle nie dawała jej spokoju.
Musiała coś wymyślić, cokolwiek, co wytłumaczy ich obecność. Już, już wiedziała co robić, gdy pomysł jej umykał. W końcu na coś wpadła, chociaż zdawało jej się to nieodpowiednie, szalone, niewłaściwe.
- Może mam alibi... - wyszeptała cicho. - Dorożkarz widział nas razem, może nawet zauważył rany. Dlaczego by nie miał nas zaatakować koszmar? A przynajmniej mnie, po czym ty ruszyłeś bohatersko na pomoc? Czy coś w tym stylu – zaproponowała, po czym odchrząknęła. - A jeśli chodzi o podróż do rezydencji... Zamiast ratunku, przecież mogłam walczyć z nim wcześniej, ym... można by... - przerwała, niepewna czy mówić. Tym razem ona podeszła do okna, popatrzyła w niego, zbierając się na odwagę. - Można by wmówić innym, by odwrócić podejrzenia naszej wspólnej nocnej podróży, że... jesteśmy razem, lecz ukrywaliśmy to dotychczas – wypaliła jednym tchem.
Nie mieli zbyt wiele opcji. Trzeba było rozważyć każdą z nich. Zacisnęła ręce na kamieniu, oczekując na reakcję Lynna.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Wieża   Pią Wrz 02, 2016 7:36 pm

I on nie pozostawał jej dłużny, jak się kłócić to na całego! Już nie próbował się uspokoić i hamować, po prostu wtórował Isabelli, przekrzykując ją i w niezbyt dojrzały sposób przekazując swoje racje:
- O tak, wypomnij mi błędy z dzieciństwa, śmiało! Wyciągnij na wierzch moje decyzje sprzed dwudziestu lat, nie krępuj się! Przeklnij jeszcze pierdolonych Indian, za to, że handlowali tytoniem z Europejczykami, tyle samo będzie w tym sensu. Zwymyślaj jeszcze moich dziadków i ich kolejne sześć pokoleń wstecz, za to, że w ogóle mieli czelność się rozmnażać! – wrzeszczał na nią, gestykulując zamaszyście ręką, coraz bardziej się wczuwając. – Z łaski swojej więc, daruj sobie. Takie komentarze niczego nie zmienią, a już na pewno nie spowodują, że zacznę żałować palenia dobrego tytoniu, zamiast pierwszego lepszego gówna z rynku – syknął wściekle, nie wierząc, że musi się bronić przed tak nieprawdopodobnymi oskarżeniami. Palił od pierwszego roku w akademii, a do kiedy przynosiło mu to odrobię spokoju, nie zamierzał tego tak łatwo porzucać. Nawet gdyby potrafił to zrobić bez większych poświęceń, bo zwyczajnie już zdążył się uzależnić.
Odsunął się w końcu, milknąc. Obiema dłońmi zaczesał włosy, chwilę zostawiając nań palce i popadając w głębokie zamyślenie. To nie pomagało. Nigdy nie potrafił myśleć w takich sytuacjach. Ile razy podejmował już złe decyzje przez stres i presję czasu! Dobra, tym razem nie był sam, Isabelle była pogrążona równie mocno, co on. I miał nadzieję, że przez to jej umysł będzie pracował na zdwojonych obrotach, nim przez niego podejmą jakąś głupią decyzję.
- Mam tylko nadzieję, że Matt nigdy nie pozna szczegółów sprawy… Inaczej na pewno skojarzy fakty i rozpozna, kto jest właścicielem niedopałka. Nie wiem, czy mógłbym liczyć na jego milczenie albo pomoc… Dobra, pewnie wkopałby mnie tylko bardziej. Ech, im mniej osób wie, tym lepiej. Jeśli już masz się wypytywać wśród innych Inkwizytorów… bądź ostrożna. Nie zdradzaj nigdy więcej, niż tyle, co wyczytałaś w gazecie. Rób to po kryjomu. Po prostu uważaj – mówiąc to zerknął na pogięty już papier, z którego wyczytali te niepokojące informacje. Wolałby, aby Isabelle ją zabrała i nauczyła się na pamięć. On będzie musiał się zainteresować jeszcze poprzednimi numerami, bo z artykułu wynikało, że o morderstwie było wiadomo już wcześniej.
- Boże, Isabella! – ryknął na nią, aż jego głos odbił się echem wśród murów wieży. – Nie winię cię za to! Wierzę, że to był przypadek i ostatecznie tego nie chciałaś… Zresztą, to niekoniecznie musiała być sprawa twojego uderzenia. Podczas upadku całkiem solidnie walnęła głową w kostkę brukową, a my cóż… nie mieliśmy okazji, aby jej pomóc… - Im więcej mówił, tym bardziej zdawało się, że usiłował przekonać również siebie. Zastanawiał się, czy podświadomie nie zostawił dziewczyny na pastwę losu, nie chcąc jej oglądać nigdy więcej na oczy. Jej życie nie było mu na rękę, a na pewno sprawiało zagrożenie dla życia Isabelli. Kolejna próba ataku mogłaby nie skończyć się dobrze… Po wzięciu głębokiego oddechu, podjął jeszcze raz:
- Zależy mi na tym, żeby nie pisnął słówka. Dorożkarz może sobie myśleć, że to my jesteśmy winni, ale do kiedy będzie trzymał gębę na kłódkę, to wcale nie taka zła opcja. Tyle, że nie jestem pewny, czy chcę odgrywać rolę czarnego charakteru… - Skrzywił się. Na pewno by tego żałował. Nigdy nie miał na tyle silnej woli, aby nie odbiło się to na jego zdrowiu psychicznym. Właśnie z tego powodu nie odnajdywał się w Inkwizycji.
Omal nie podskoczył, gdy Isabelle zdecydowała się wyładować swoją frustrację na murze. Dobra, była nieprzewidywalna. Lepiej było to okiełznać, do kiedy nie rozkręciła się na dobre.
- Szkoda stopy, Isa. Lepiej kopnij mnie, jeśli już musisz – skomentował, bynajmniej nie mając żadnych masochistycznych zapędów. – A twój plan ma lukę. Ukrywaliśmy te rany przed dorożkarzem. Dlaczego mielibyśmy mu nie powiedzieć od razu, gdy wsiedliśmy do powozu? Dlaczego nie poprosiliśmy go o transport do szpitala? To nie trzyma się całości. Co do pomocy, świat nie uwierzyłby w podobną bajeczkę. Nie widzę siebie w roli rycerza na białym koniu, mógłbym skrzywdzić Koszmara w najlepszym wypadku, gdy ten przewróci się ze śmiechu na mój widok. Albo mógłbym użyć swojej jedynej broni w postaci drewnianej laski… ale to również nie skończyłoby się dobrze – zapewnił ją, prychając lekko sztywnym śmiechem. – Myślę, że na początek, nim cokolwiek postanowimy, powinniśmy zobaczyć w jakim stanie jest tamta dorożka, w świetle dziennym. Może nie ma czym się przejmować? Tylko jak zrobić to bez wiedzy dorożkarza…? I właściwie to… tak, plamy krwi można było by uargumentować w inny sposób. – Zarumieniłby się, gdyby tylko krew nie odpłynęła mu zupełnie z twarzy przez powagę sytuacji. Miał na myśli… coś zupełnie innego. Podróż była długa, nieprawdaż? A oni szli wsparci na sobie, budząc wśród obserwatora jednoznaczne myśli. Kto wie, do czego mogłoby dojść ciepłą nocą w całkiem przytulnej dorożce, gdzie ich odgłosy stłumione były przez tętent końskich kopyt?
Nie. Stop. Co się stało, że w ogóle rozważa tak poronione pomysły!? Nie mógł myśleć tylko o sobie! Zresztą alibi nie dawało im całkowitej pewności. A na pewno nie przed dowodami i faktami, których wkrótce mogło się nagromadzić coraz więcej.
- Stój. Nie mów nic więcej. Nie możesz poświęcić własnego honoru dla takiej sprawy. Ludzie wytykaliby cię palcami na ulicach. Kobieta nie powinna sobie pozwalać na szlajanie się po nocach z mężczyzną, niebędącym jej mężem. Nie rozpowiadajmy tamtego powrotu nikomu, nie chciałabyś tego, uwierz mi… - zapewnił ją z powagą, patrząc jej w oczy. To nie miało prawa bytu. Ileż on musiał się ukrywać z Lilly, nim podjął decyzję o ślubie. Żyli w takim, a nie innym społeczeństwie. Kobieta, która żyła w ten sposób, nie miała szans na szacunek.
- Póki co, chodźmy z tej wieży… Zacznij wypytywać w robocie, a ja zainteresuję się, gdzie mieszka tamten dorożkarz… Może niepotrzebnie panikuję... – westchnął z trudem.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Wieża   Pią Wrz 02, 2016 7:38 pm

Skinęła tylko głową na jego słowa, bo przecież nie będzie się non stop wypytywała o sprawę, przez co mogła być tylko bardziej podejrzana. A tego by tylko do szczęścia brakowało. Jej umysł pracował na najwyższych obrotach. Uśmiechnęła się niemiło.
- Jasne. Ciekawe czemu nie mieliśmy szansy? Co do dorożkarza? - odgarnęła włosy w tył - na pewno ma już swoje domysły. A zabójstwo tylko zwiększa ich ilość.
Próbowała jakoś się uspokoić, ochłonąć. Myślenie w gniewie nie było dobre. Prychnęła na jego słowa. Oczywiście, że nie żaden normalny człowiek, nie chce odgrywać czarnego charakteru. Chyba decydują się na to szaleńcy czy chorzy psychicznie. I tak uważają ją za psychopatkę, więc czemu nie?... Dorożkarz stanowił poważny problem. Zastanawiała się, brnąc w to dalej i dalej, rozkładając sprawę na czynniki pierwsze. Miała ochotę wyładować na kimś złość, lecz przecież nie uderzy Lynna.
- Kamień nic nie czuje – stwierdziła. - w przeciwieństwie do żywych osób. W swej złości wolę pocierpieć sama, bo może ból przywróci mi jasność umysłu – umilkła na chwilę. Nie każdemu odpowiadała taka forma uspokajania się i często spotykała się z oburzeniem, niedowierzaniem, czy stwierdzeniem, że jest wariatką. A niech myślą sobie o niej, co chcą.
No dobra, ukrywanie ran bardzo komplikowało sprawę. Dodatkowo, czyżby zapominał o tym, że to na jego własną prośbę ominęli szerokim łukiem miejsce o nazwie szpital? Po cholerę się zgodziła? Podeszła do niego i spojrzała mu wyzywająco w oczy.
- Tak, masz rację. Nikt by nie uwierzył, patrząc na twoje próby... "pomocy". Suma summarum nawet strzelić nie potrafiłeś i oberwało ci się gorzej ode mnie – powiedziała nieco złośliwie, z każdym słowem szturchając go mocno w pierś. Musiało to zabawnie wyglądać, gdyby ktoś oglądał to z oku, bowiem była od Lynna dosyć niższa. Isabelle jednakże nie było do śmiechu - Prawdziwy z ciebie rycerz, naprawdę.
W głowie zaczął jej kiełkować powoli plan, czym można by zająć dorożkarza. Ale to wymagało dopracowania. Na razie zajęła myśli czym innym, na obmyślenie tamtej sprawy mają jeszcze czas. Sama nie wiedziała, czemu pomyślała o tym całym przedstawieniu. To prawda, ludzie nie okazaliby ani krzty szacunku. Takie czasy, chociaż chyba nigdy do końca to nie będzie właściwe. To było chore, przeczyło wszelkim zasadom. Czuła, jak policzki płoną jej czerwienią po propozycji. Na szczęście swoje spojrzenie skierowała za okno.
- Ja tylko rozważam każdą możliwą opcję – odezwała się, odwracając do niego. - Każdy pomysł, każdą nawet najmniejszą nadzieję. Szukam czegoś, co odwróciłoby od nas podejrzenia. Dobra, możemy o tym nie mówić nikomu, ale będzie kiepsko, jeśli dorożkarz o tym komuś wygada.
Rozejrzała się po wnętrzu, raczej nic nie wskazywało na czyjąś obecność tutaj, no i dobrze. Nie byłoby miło, gdyby ktoś zorientował się o ich dyskusji.
- Nie musimy brnąć w to we dwoje – powiedziała jeszcze. - Zawsze mogę wziąć winę na siebie. Mnie już nic nie zaszkodzi – stwierdziła, nie do końca szczerze. - Powiem, że z tym niedopałkiem chciałam wrobić pana Borcke. Pewnie uwierzą, wiadomo że nie przepadamy za sobą. A taka zagrywka... pasowałaby do mnie.
Skinęła głową na podział zadań. Wiadomo, że się tym zajmie, kto inny prowadziłby śledztwo, jak nie święta organizacja? W końcu ofiara była w pewnym sensie jedną z nich, a biada temu, to podniósłby rękę na Inkwizytora.
- Zawsze powinieneś zakładać najgorsze – pouczyła go. - Najwyżej spotka cię miłe rozczarowanie.
Zdjęła rzemyk z nadgarstka i związała nim włosy, po czym skierowała się do wyjścia z wieży. Czekał ją pracowity i niespokojny czas. Odwróciła się jeszcze w progu, by po raz ostatni upewnić się, czy niczego żaden z nich nie zostawił. Nigdy nie wiadomo, czy to czasem nie pogłębiłoby tylko podejrzeń.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Wieża   Pią Wrz 02, 2016 7:38 pm

Początkowo milczał, bo starał się rejestrować jej słowa, wyciągać z nich sens i układać sobie w głowie na ich podstawie, chociażby zalążek planu. Wysłuchiwał Isabelli. Później jednak zamilknął jak zaklęty, bo dotknęła go do żywego. Ugodziła jego męską dumę, wytknęła coś, czego się wstydził i pragnął o tym zapomnieć. Niemal dyszał ze wściekłości, zaciskając silnie zęby, aby chociaż tym razem nie powiedzieć o słowo za dużo.
Miał dosyć tej rozmowy. Żałował, że nie spotkali się w kawiarni albo w innym cichym miejscu, gdzie musieliby chociaż sprawiać resztki pozorów. Inaczej z trudem się powstrzymywał. Chciał wygarnąć jej wszystko, co tylko przychodziło mu do głowy, wyciągnąć na wierzch każdy, najmniejszy szczegół.
Gryzł się w milczeniu długo, wkładając wiele siły w uniknięcie wybuchu, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że nie będzie obiektywny ani uprzejmy. Wolał tego uniknąć. Właśnie teraz, w tej wystarczająco bardzo stresującej sytuacji. Isabelle wciąż była młodą dziewczyną, nawet jeśli dopuszczała się już czynów, które mogłyby temu zaprzeczyć. Nie chciał jej krzywdzić swoimi słowami. Ale długo tłumiona złość zaczynała brać górę.
Niespecjalnie siląc się na ostrożność, schodził za nią po stromych schodach, a wściekłe tupanie rozchodziło się dźwiękiem po całej wieży. Myślał, że ochłonie, gdy znajdzie się już na zewnątrz, gdzie wciąż panował upał, a atmosfera była odrobinę bardziej pogodna. Wszystko wskazywało na ich rychłe pożegnanie i ruszenie w przeciwnych kierunkach, gdy po prostu zatrzymał się, stając pośród porośniętej trawą ziemi, odwracając się w jej kierunku z niemalże cierpiącym spojrzeniem.
- Nie oczekuję twojej łaski, Isabello. Twoje kłamstwo nie przyniesie mi ulgi. Jak bardzo musisz mnie nie szanować, aby w ogóle proponować mi coś takiego? Za kogo mnie uważasz, jeśli sądzisz, że przystanę na twoją propozycję? Kimże bym był, aby nie podjąć odpowiedzialności za swoje czyny? – zaczął spokojnie, ale ze śmiertelną powagą, co nieraz bywało gorsze od najgłośniejszych wrzasków. – Masz mi za złe, że wtedy nie strzeliłem. Rozumiem to. I wiesz co? Gdybym musiał przejść przez to jeszcze raz, postąpiłbym identycznie. Ba, jestem szczęśliwy, że z przypadku to ja dzierżyłem twoją broń. Bo widzisz, ja, w przeciwieństwie do ciebie, szanuję ludzkie życie. I mam chociaż te resztki moralności. Przyznaje, nie popisałem się, jednak zapłaciłem za to odpowiednią cenę. Ale nie miałem prawa decydować o losie tamtej dziewczyny, co ty uczyniłabyś bez większego zastanowienia! Bez wahania! Jakby było to dla ciebie codziennością, jakby ci się należało! Musiałem cię prosić o oszczędzenie jej! To powinien być twój naturalny odruch, niespowodowany moim słowami… - pokręcił głową z żalem spoglądając w jej oczy. Zamilknął. Na chwilę, bo jeszcze miał coś do powiedzenia.
- Spotkanie z córką twojej byłej nauczycielki powinno ci uświadomić jedno. Że takie czyny niosą za sobą poważne konsekwencje. Kolejne morderstwo tego nie zatrzyma. Ten krąg nie będzie miał końca. A ty nawet nie sprawiasz wrażenia przejętej tą wiadomością. Mam tylko nadzieję, że nie jesteś z siebie dumna. Nikt na to nie zasługuje, rozumiesz? Niezależnie od czynów. Miałaś wybór, Isabello. I go dokonałaś. Teraz będzie się to za tobą ciągnęło, aż do końca – mówił twardo, niskim głosem. Wyraźnie nawiązywał do pierwszego z morderstw, które pociągnęło za sobą zemstę. Naprawdę, bał się, że to nigdy się nie skończy.
W końcu odsunął się minimalnie, spuszczając z tonu. Para nieco z niego zeszła, uświadomił sobie, co właśnie powiedział.
- Nie chciałem tego. Ale stało się… i jakoś sobie z tym poradzimy – oznajmił niepewnie, a bynajmniej nie zabrzmiało to wiarygodnie. Niekoniecznie w to wierzył, musiał jednak stawić temu czoła.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Wieża   Pią Wrz 02, 2016 7:39 pm

Chciała iść jak najdalej stąd, bez pożegnania, bez żadnego słowa, nie obdarzając Lynna nawet spojrzeniem. Po prostu iść póki co przed siebie, myśląc, jakim cudem podpytać tak, by nikt się nie zorientował, że maczała palce w morderstwie. Ba! Że to ona zabiła blondynę. Widać było, że zegarmistrz ma jej serdecznie dosyć. Już miała ruszać w swoją stronę, gdy on się odezwał. Przystanęła pod wpływem jego słów. Czyżby próbował apelować do jej sumienia? Wplotła palce we włosy, jakby miała nadzieję, że w końcu się przymknie. Zamknęła oczy.
- Uważam cię... - zaczęła cicho, by zaraz przerwać i odchrząknąć. - Uważam po prostu – zaczęła głośno i wyraźnie, wciąż się nie odwracając. Nie, nie dałaby rady spojrzeć mu w oczy. - że jesteś kimś, komu nie warto niszczyć życia. Kimś, kto ma szansę na normalne życie. Nie ty ją zabiłeś, tylko ja. Mogła być to wina bruku, ale to ja ją uderzyłam. Lynn, jesteś tu tylko ofiarą, jak i ona. Nie musisz brać tego na siebie, skoro to ja jestem mordercą.
W końcu odwróciła się, dłonie zaciskając w pięści. Chciała syknąć, że wystarczyłby tylko strzał w łydkę, który by jej nie zabił, a tylko unieszkodliwił. Nie była jednak w stanie wydusić z siebie słowa, zaś każde jego było jak policzek, jak cios wymierzony w nią. Ile ona by dała, by być w tej chwili tą przeklętą wiedźmą. By go spalić. Sprawić, żeby ziemia wokół zapłonęła, pochłaniając go na zawsze. Miała ochotę rzucić się na Lynna, sprawić by przestał mówić.
- Zamknij się w końcu! - warknęła na zegarmistrza i pchnęła go. - Do jasnej cholery, naprawdę myślisz, że mnie to nie obchodzi?! Że każdego dnia nie żałuję popełnionych czynów, chcąc odwrócić bieg wydarzeń?! - złapała Lynna za nadgarstki, wbijając w nie paznokcie; nie panowała nad sobą, była blisko przekroczenia granicy, po której nie będzie już odwrotu.
Nie, ta granica została przekroczona już dawno, wtedy w tej uliczce i nic tego nie zmieni. Mógł poczuć po części jej złość, gdy próbowała się uspokoić. Daremnie. Nie radziła już sobie z tym wszystkim, zbyt długo nie dawała innym odczuwać jej emocji. Tak było najlepiej. Może odczepią się, gdy zobaczą, że jej to nie rusza, że ma to kompletnie gdzieś. Ale z tym nie mogła tak postąpić, stawka była zbyt duża. Zbyt wiele było do stracenia, a ona nie chciała ciągnąć w to za sobą innych. Nie wiadomo skąd w jej głowie pojawiła się pewna myśl.
- Ty się po prostu boisz, że ciebie też zabiję – zaśmiała się histerycznie, wzmacniając uścisk. - Cholernie się boisz, że podzielisz ich los.
Wyczuła, bardziej, że się odsunął, gdyż cały czas świdrowała go spojrzeniem, jak zahipnotyzowana patrząc w te jego zielone oczy, jakby chciała przeniknąć do duszy zegarmistrza, by sprawdzić, czy ma rację.
- Czemu tu jesteś? Skoro jestem taka zła, to po prostu się przyznam. I kłopot z głowy, będziesz sobie spokojnie mógł wrócić do swojego zakładziku - puściła Lynna, zostawiając mu na rękach krwawe ślady. - Nie chciałeś? Nie wierzę ci - Słów nie cofniesz – przerwała na chwilę, krzyżując ręce na piersi, by go nie uderzyć. - Jak chcesz sobie z tym poradzić? Wyjaśnij mi proszę łaskawie, skoro jesteś taki mądry, Cavendish, jak?
Nie wytrzymywała już, bardziej zerwała niż zdjęła mu chustę z szyi, odsuwając się potem gwałtownie, oplatając ją sobie wokół nadgarstków, by choć na chwilę zająć czymś ręce. Zachowanie może nieodpowiednie, lecz jej zupełnie to już nie obchodziło. A niech Lynn myśli co chce. Podobał jej się odcień materiału, chusta nawet pasowała kolorystycznie do tuniki Isabelle.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Wieża   Pią Wrz 02, 2016 7:40 pm

Gdy tylko się odezwała, zapragnął sprowokować ją bardziej, aby w swojej dziecinnej złośliwości udowodnić jej, że nie panuje nad sobą. Oraz, że jest taka, za jaką próbuje uchodzić.
- Nie rozśmieszaj mnie. Czy ty słyszysz, co mówisz? Jestem winny w tym samym stopniu. A słysząc z ust osoby, która nie zdążyła jeszcze niczego w życiu doświadczyć, że to mi się należy jakakolwiek taryfa ulgowa... o nie. Spójrz na siebie, Isabello. Spójrz, ile masz jeszcze przed sobą – wypowiedział z nieukrywaną goryczą. Dzieliło ich te kilka lat, jednak Lynn, choć czerpał przyjemność ze swojego sposobu bycia, nie spodziewał się przeżyć kolejnego rozkwitu, jak wtedy, gdy był w jej wieku. Czuł się staro. A z każdym dniem stawał się coraz bardziej zgorzkniały.
Już teraz wiedział, jak bardzo będzie żałował każdego wypowiedzianego słowa. A jednak kontynuował, właściwie by postawić na swoim, wygrać tę potyczkę. Sam nie rozumiał dlaczego tak się stara, naruszając swój cenny spokój, druzgocząc dotkliwie harmonię, w jakiej usiłował żyć. Skoro powiedział jej tak dużo, dlaczego miałby nie posunąć się o krok dalej, zdradzając cała gorącą nienawiść, jaką żywił do Inkwizycji? Niech wie. Niech zadecyduje, po której jest stronie.
Mimo względnej bierności w czynach, nie zamierzał milknąć, choćby miała mu wyszarpać żyły z nadgarstków.
- Nie wierzę ci. Nigdy w to nie uwierzę. Jesteś taka sama jak reszta z tych morderców. Masz krew na rękach i nie próbujesz jej zmyć, każdego dnia postępując tak samo! – podniósł w końcu głos, nieco przesadnie okazując swoje zdenerwowanie. Przesadził. Nie chciał tego tak ująć. Nie planował być tak dosadny. Ale wciąż się nie zatrzymywał.
Nachylił się, wbijając w nią uporczywe spojrzenie. Nie obchodziło go, co uczyni z nim w obecnym stanie. Pozwalał jej na to wszystko. Cierpliwie znosił, gdy wpijała mu paznokcie w ręce, rozdzierając je do krwi. Trochę wysiłku włożył w to, aby nawet nie drgnąć, bo doprawdy – jeśli chciała go zabić, istniały na to szybsze sposoby. Dopiero, gdy zwolniła uścisk, pozwolił sobie na wytarcie krwi w materiał kamizelki.
- A powinienem się obawiać? Nie sądziłem tak dotychczas. Ale powiedz, czy we własnym mniemaniu sprawiasz wrażenie poczytalnej? Zachowując się w ten sposób? Gratuluję, jeśli chcesz tak udowodnić, że wszystko z tobą w porządku.
Nie mogła wiedzieć, jak nisko cenił swoje życie. Po odejściu Lilly niejednokrotnie tańczył ze śmiercią, z obojętnością witając ją, gdy ta zdecydowała się zajrzeć mu w oczy. Balansował na cienkiej linie, mając za nic wszystko, co zostawiłby za sobą na ziemskim padole. Jednak jak na złość - ani razu się nie potknął. Nie miał też odwagi skoczyć. Mało tego, ostatnie wydarzenie, zadana w szyję rana, pokazała mu, że nawet, gdy jest bliski upadku, resztkami sił trzyma się tej liny.
- Nie zamierzam cofać moich słów. Zasługujesz na nie. Gdybyś tylko nie miała ich w poważaniu... Isa, nie chcę, abyś się przyznawała. To by było zbyt proste. Nie musimy działać razem, chociaż razem w tym siedzimy i byłoby to wygodne... Nie wiem. Jeśli nas złapią, będą musieli wziąć pod uwagę to, że działaliśmy w swojej obronie. Nie zamierzam się oddawać Inkwizycji z własnej woli. Nie chcę tam lądować z tak głupiego powodu. Zajrzę do dorożkarza, upewnię się, czy ma jakieś podejrzenia. Może spróbuję odnowić kontakty ze starymi kolegami od grabarzy... Od czegoś zacznę. Ty też powinnaś, lepiej już teraz... – spojrzał na nią krzywo, gdy ta trzymała w dłoniach jego chustę. Nie spodziewał się tego, zupełnie nie wiedział, jak powinien to interpretować. Podczas wyciągania materiału zza jego kołnierza przystał na to, podobnie jak na resztę jej dziwnych zagrywek, w dziwnej ignorancji i obojętności. Nawet tego nie skomentował.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Isabelle
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 133
Join date : 11/03/2016

PisanieTemat: Re: Wieża   Pią Wrz 02, 2016 7:41 pm

Nie był od niej wiele starszy. A mimo to, zachowywał się, jakby było zupełnie inaczej. Co miała powiedzieć? Czy opłaca w ogóle jej się żyć, tkwić w tej dziwnej obojętności, zapomnieniu i pewnego rodzaju samotności, bo chociaż otaczali ją ludzie, ona niezbyt chętnie nawiązywała z nimi kontakt. Jakoś... to nie był jej styl. Nie żyła pełnią życia, mogła je spędzać zupełnie inaczej, lecz obrała taką a nie inną ścieżkę.
  Co ona wyprawiała? Nie do końca była tego świadoma, zaś aż zbyt dobrze zdając sobie sprawę ze słów Lynna. Niech jej nie wierzy, proszę bardzo.
  - Postępując tak samo? - przedrzeźniała go. - To co według ciebie mam robić? Klęczeć na grochu wołając do nieba o przebaczenie? Czy może iść na plac z szubienicą i wydzierać się, jaka to Inkwizycja zła i w ogóle?! - głos jej się nieco załamał. Cud, jeśli jutro będzie mogła wydusić z siebie chociaż słowo.
  * Uspokój się * nakazywała sobie w myślach, z marnym skutkiem, co było widać. Zdumiało ją to, że Lynn nie zareagował w żaden sposób, gdy torturowała go, wbijając mu się z nadgarstki. Gdy uświadomiła sobie w pełni co robi, zrezygnowała z tego szybko. Ujrzała rany, kiedy Lynn wycierał ręce. Dziesięć idealnych, krwawych półksiężyców, powstałych za jej przyczyną. Poczuła ukłucie żalu. Nie chciała tego, naprawdę. Isabelle pokręciła tylko przecząco głową. Nie była poczytalna, zwłaszcza w gniewie i wiele osób o tym wiedziało.
  - Broniłbyś się? - spytała cicho. - Gdybym... no wiesz... Gdzieś czuję, że nie chcę byś zginął z mojej ręki. Gwałtowne emocje jednak różnie wpływają na ludzi... Nie wiem, jak mogę się zachować.
  Zgniatała w dłoniach chustę. Zielony uspokaja, prawda? Prawda?! A w niej budził cały czas dziwny niepokój. Wciąż miała wątpliwości. Powinna zbierać informacje, a tym czasem co robiła? Bawiła się bezsensownie skrawkiem materiału?
  - Dlaczego? Dlaczego wciąż się nie poddajesz? - zarzuciła chustę sobie za kołnierz tuniki, chwytając jej końce i krzyżując je tuż przy szyi, jakby chciała spróbować uduszenia. - Skąd wiesz, że mam gdzieś twoje słowa? To, że nie okazuję, jakoby mnie ruszały, wcale nie oznacza zaraz, że tak jest.
  Nie miała pojęcia, co ona odpierdziela z jego własnością. Po prostu... musiała czymś się zająć, by wygasić gwałtowne emocje.
  - Nie musisz tam lądować, Lynn. Jakoś... coś się da... Skoro musimy sobie jakoś poradzić, zróbmy to razem, będzie łatwiej w pewnym sensie – popatrzyła mu w oczy. - W końcu co dwie głowy, to nie jedna.
  Nieśmiało podeszła do niego, w rękach trzymając materiał. Chciała, jeśli Lynn jej pozwolił, zarzucić mu ją za kołnierz i delikatnie zawiązać.
  - Wybacz, że ją wzięłam... Po prostu, może to się wyda dziwne, ale to sposób na uspokojenie – potarła łokieć. - Te słowa, mimo że są bolesne, wiem, że są prawdą – odchrząknęła. - Zorientuję się co i jak. A jeśli chcesz, jeśli wyjdziemy z tego cało, mogę już więcej nie wchodzić ci w drogę.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Wieża   Pią Wrz 02, 2016 7:42 pm

Stali bez celu, nie przekonując się wzajemnie do swoich opinii, ani nie odkrywając niczego nowego, jednak wciąż rozmawiając, a to przynosiło im tylko nieprzyjemnie uczucia, niewiele więcej.
- To twoja droga, nie ułożę ci pokuty, jeśli jedyne, co potrafisz to żałować, bez podjęcia żadnych prób. A zresztą, czemu mnie to obchodzi? Nie słuchaj mnie. Wtrąciłem się już w twoje sprawy wystarczająco. I tym razem się poddaje, naprawdę. Nie mam już siły. – Pokręcił głową, wzdychając. Zamilknął, choć miał ochotę mówić jeszcze, bo wciąż istniało kilka spraw, do których jeszcze nie doszedł. Na Isabelli wciąż było kilka suchych nitek.
W rzeczywistości, zaczął sprawiać wrażenia zmęczonego życiem człowieka, jakby ta rozmowa zabiła w nim resztki pokładów energii, buzujących w nim jeszcze niedawno, gdy wydzierał się na nią u szczytu wieży. Miał niewyraźnie spojrzenie. – Nie wiem. Nie chcę się nad tym zastanawiać. Nie sądzę, abyś była w stanie... – przerwał, nawet na nią nie patrząc. Nie zagłębiał się, ponieważ gdzieś w zakamarkach jego umysłu brzmiała odpowiedź przecząca.
- Możesz ją zatrzymać... – mruknął, ale i tym razem nie drgnął, niezależnie od tego, co dziewczyna uczyniła – czy usiłowała zawiązać mu ją na szyi, czy ukryła ją ponownie w swoich dłoniach. Poddał się temu bezwolnie. Nieco zobojętniał na wszystko, co się wokół niego działo, przyjmował jej reakcje ze spokojem, łagodnie mrużąc powieki. Czy było to zasługą wyrzuconych na wierzch emocji, budowanych i skrywanych przez wieki opinii? A może po prostu po wszystkim opadł z sił? Czy też... stracił do niej cierpliwość i chęci dokonywania zmian w jej osobowości, w której z takim uporem widział nadzieję? – Tak, najpierw poczekajmy, aż sprawa się rozwiąże... albo ucichnie. Wtedy może wrócimy do tej rozmowy. – Spojrzał na nią chłodno, po czym odwrócił się i wybrał jedną z wydeptanych ścieżek, prowadzących do miasta, nie oferując Isabelli wspólnego powrotu.
Nie, po tym wszystkim potrzebował chwili w samotności, aby w spokoju móc się przeklinać w myślach za negowanie wyborów, które niegdyś sam podejmował.

/zt x2

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
 
Wieża
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Wieża Wiatrów
» Szczyt Wieży
» Wieża Północna
» Hightower/ Wysoka Wieża
» Szczyt opuszczonej wieży

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Obrzeża Miasta :: Ruiny zamku-
Skocz do: