IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Ponury Dom Lichwiarza

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Iris
Pożeracz Mięsa
Pożeracz Mięsa
avatar

Liczba postów : 50
Join date : 18/09/2016

PisanieTemat: Ponury Dom Lichwiarza   Sob Paź 29, 2016 12:19 am

Ponury Dom Lichwiarza.
Niegdyś budowla budząca przyjazną aurę dzięki szczególnemu zadbaniu o piękno wokół. Teraz mroczna, lekko poniszczona, budząca strach i zdająca się być opuszczona. Brak ogrodów, gdzieniegdzie błoto, obumarłe drzewa i fragmenty dachu czy paru wyrzuconych niegdyś sprzętów. Szlachetność domku umarła, tak jak i sam gospodarz wraz z interesem. Mimo to, wnętrze stanowczo różniło się od tegoż całego nieprzyjemnego miejsca.
Budynek był dwupiętrowy z dodatkiem piwnicy, w której trzymano wiele sprzętów. Duża ilość pokoi, które niegdyś służyły do przyjmowania gości w celu pokazania mebli. Niezmienne, nawet wyczyszczone z kurzu, dość zadbane jak na rzekomo opuszczone od wielu lat miejsce. Instrumenty, zegary, obrazy, złote naczynia. Aż dziw, że przetrwały tyle czasu, nie zostając uprzednio skradzione. Temu przyczyniła się klątwa, której okoliczni wiedzący o budowli, obawiali się na tyle mocno, by nawet nie podchodzić. A bandziory wraz z wejściem na teren posiadłości, pryskali przez cały mrok.


___________________
LINKI JESZCZE NIEAKTYWNE - TESTOWE


Ostatnio zmieniony przez Iris dnia Sob Paź 29, 2016 12:39 am, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Iris
Pożeracz Mięsa
Pożeracz Mięsa
avatar

Liczba postów : 50
Join date : 18/09/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Sob Paź 29, 2016 12:38 am

Powrót z umarłych.
Umysł Lynna powracał do prawidłowego funkcjonowania. Mógł wreszcie uruchomić tryb rzeczywisty, wychodząc z krain wyobraźni. Poczuć swe ciało i parę zmian, które w tym wszystkim zaszły. Pierwszą z nich było miejsce. Ciepłe i przyjemne. Był w pozycji leżącej, mając pod spodem coś miękkiego, zapewne materac. Musiał zatem leżeć na łóżku w ogrzewanym pomieszczeniu, gdyż nie czuć było tu za grosz wiatru. No i dźwięk palącego się kominka raczej skutecznie rozwiązał sprawę. Kolejną ze zmian były rany. O wiele mniej bolesne, nie krwawiące i zapewne zabandażowane, z towarzyszącym temu uczuciem chropowatego, nieprzyjemnego materiału. Choć lepiej by nie próbował się zbyt mocno poruszyć, gdyż groziło to przypomnieniem sobie o ich istnieniu, a nawet dodatku nowych. Siniaki, głównie na klatce piersiowej, które skrywały liczne poły bandaży. Na jego szczęście, nie doszło do złamań, a co najważniejsze, żył, a ktoś się nim zajął. Ktoś na tyle silny, by móc konkurować z wiedźmą. I jeśli otworzy oko, przekona się o tym, któż go wyciągnął z tej kiepawej sytuacji. Raczej nie będzie zadowolony z faktu, że ta istota leżała na jego brzuchu, między jego nogami. Niestety, nie widział ciała tegoż osobnika, gdyż był on przykryty kołdrą. Jeśli odważy się zdjąć kołdrę, zobaczy coś, czego zapewne nie chciałby nigdy zobaczyć w swoim życiu. Śpiącego koszmara zwącego się Iris.

___________________
LINKI JESZCZE NIEAKTYWNE - TESTOWE
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Sob Paź 29, 2016 1:54 am

Żył. Nie miał wątpliwości. Nieustanny, ciążący nad nim ból po walce, która właściwie przebiegała w sposób wyjątkowo jednostronny, nieprzyjemnie mu uświadamiała, że pozostał wśród żywych. Ale czy tego właśnie nie chciał? Czuć. Zachować swoje marne istnienie. Zdrętwiałe członki informowały go o tym, że musiał całkiem sporo czasu już leżeć w tej pozycji. Rozchylił ociężale powiekię, a widok, jaki zastał, wcale nie pomógł mu w ułożeniu układanki, której rozwiązaniem była odpowiedź: dlaczego udało mu się przeżyć?
Ratunek. To jedyne sensowne hasło. Czuł na sobie jej ciało. Kto znowu wyciągnął go z tarapatów? Shlivia? Jakim cudem? A może Isabella lub Nancy? Przeklął w duchu swoją nieostrożność, ale nie był w stanie obiecywać sobie więcej rozsądku. Był po prostu wdzięczny. Ból nie był już przejmujący, a raczej tępy i miarowy, a deszcz i przenikający do kości mróz zastąpił płomień pochodzący z rozkosznie skwierczącego kominka. Jego świat ograniczył się do błogiego spokoju, ciszy, która nigdy wcześniej nie przyniosła mu takiej ulgi. Zacisnął zdrowe oko, odczuwając przypływ niezdrowego wzruszenia.
Wspomnienia z minionego wieczora wracały. Nie chciał się jednak zagłębiać. Jeszcze tylko chwilę. Słodki moment przedłużający resztki snu, nim na nowo zmierzy się z rzeczywistością. Uciekał przed prawdą, usilnie trzymając się łagodniej, powłóczystej sytuacji. Nie pozwolił przykrym myślom zagłębić się w swojej głowie – sam przed sobą ukrywał prawdę głoszącą, że już nigdy nie przejrzy na prawe oko.
Powolnym, sprawiającym mu sporo problemu ruchem, wsunął drżącą z wysiłku dłoń pod pierzynę. Ciepło. Niewiele więcej. Przełknął ślinę, tym razem naprawdę powstrzymując łzy. Drobne ramiona, kobiecy, wąski kark, na którym ułożył palce, odgarniając miękkie pasma włosów. Nie obchodziło go, kim jest - i tak nie była tym, kogo teraz potrzebował. Drobne, posuwiste ruchy ograniczające się do nieznacznych muśnięć miały na celu jedno – zbudzić śpiącą możliwie delikatnie. Chciał oddać jej chociaż tyle.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Iris
Pożeracz Mięsa
Pożeracz Mięsa
avatar

Liczba postów : 50
Join date : 18/09/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Sob Paź 29, 2016 12:39 pm

Początkowo, dotyk zdawał się nie przebudzać istotki siedzącej pod pierzyną. Miarowo oddychała, nie dając się tak szybko zbudzić. Choć miarowo, im dłużej muskał jej karku, tym więcej znaków świadczących o jej przebudzaniu mógł uświadczyć. Drobne wiercenie się, niewielka zmiana pozycji, aż w końcu naparcie dłoni na jego brzuchu. Lada moment uniosła tors ku górze, tym samym demaskując swoją osobę spod pierzyny, która zawisła na rogach. Jedno oczko miała zamknięte, które przecierała rączką, podczas gdy drugie wbiło wzrok na chwile w jego facjatę. Wyglądała dość przerażająco, niczym demon lub coś gorszego, lecz nie można było jej odmówić dziwnej szczypty uroku przez zaspanie. Ziewnęła, nieświadomie eksponując swój wężowaty język wraz z dodatkiem ostrych jak brzytwa i białych, zadbanych kiełków, aż w końcu opadła z powrotem na brzuchu Lynna, skrywając się znów za połami kołdry. Mógł przez ten czas dojrzeć, że poza bielizną i wieloma bandażami, nie ma niczego na sobie, gdyż mokre rzeczy schły przy kominku, zawieszone na krześle. Przedmioty zostały powyjmowane z kieszeń, odstawione z boku, pod kominkiem, będąc w dobrej odległości co by się nie zapalić, a być opatulone jego ciepłem. Pomieszczenie było dość bogate, przeróżne obrazy, zadbany parkiet z droższego drewna, parę złotych lub pozłacanych elementów w postaci obramowań czy kielichów. Sofy i fotele wykonane ze skóry, ale tak, by były bardzo gładkie i wygodne. Zdawać się mogło, że jest w jakiś wysokich sferach. I to z koszmarem o tak diabelnym wyglądzie. A to z kolei nie budziło niczego dobrego.

___________________
LINKI JESZCZE NIEAKTYWNE - TESTOWE
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Sob Paź 29, 2016 2:15 pm

Chwila słodkiej nieświadomości trwała zdecydowanie zbyt krótko. Jeszcze moment był delikatny, poruszając dłonią zgodnie z drgnieniem tajemniczej postaci. Rozkoszna miękkość zwiastowała znacznie odmienny widok niż ten, który zastał, gdy pościel zsunęła się z ciała tajemniczego osobnika, odpowiadającego za ratunek. Przez długie parę sekund był w stanie po prostu wbijać w nią tępe spojrzenie, jakby w nadziei, że owa diablica jest tylko iluzją. Naprawdę, spodziewał się każdego. Nawet nieszczęsnego Matta, boże, kogokolwiek. Ale na pewno nie... no właśnie. Kim... czym ona do cholery była!?
Wrzasnął w głos, natychmiast, w sposób wyjątkowo gwałtowny usiłując ją zwalić ze swojego ciała. Szamotał się i odsuwał nogami, byleby znaleźć się jak najdalej. Poczuł dotkliwe szarpnięcie w okolicach swojej łydki, najwyraźniej spowodowane nadwyrężeniem świeżej rany. Syknął, ale nie przerwał, nie mając najmniejszego zamiaru nie skorzystać z danej mu przez los szansy na zachowanie swojego życia. Prędko zaczął się rozglądać za czymkolwiek mogącym służyć mu aktualnie za broń. Spostrzegł się, że nie ma na sobie nic poza bielizną, bawełnianymi spodniami za kolano, co właściwie przeraziło go bardziej. Jeśli udało mu się natrafić na przedmiot, z pewnością chwycił go w dłoń, celując w stworzenie, gotów na starcie. W innym przypadku i tak zagroził jej twardym tonem:
- Nie zbliżaj się! – Nie dodawał „bo pożałujesz”, gdyż zbyt oczywistym było, że nie może spełnić swojej obietnicy. Przeraziło go, jak bardzo zachrypnięty i zmęczony miał głos. Podczas „starcia” z wiedźmą naprawdę musiał wrzeszczeć wniebogłosy. – Czego ode mnie chcesz? – zapytał jeszcze, ale bardziej, aby odwrócić uwagę stworzenia, rozglądając się za miejscem ucieczki, bo nie miał wątpliwości – diablica nie chciała dla niego dobrze. Okrężnym tokiem rozumowania doszedł do wniosku, że skończy u niej w garze, jako gulasz na kolację. Doprawdy, trafił z deszczu pod rynnę.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Iris
Pożeracz Mięsa
Pożeracz Mięsa
avatar

Liczba postów : 50
Join date : 18/09/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Sob Paź 29, 2016 3:38 pm

Leżała na nim zaspana. Z zamkniętymi oczkami, próbując odejść w krainę wyobraźni. Niestety wrzask w tym nie pomógł, jak i wybudzające szamotanie się mężczyzny. Jednak nie utrudniała zadania ewakuacji od jej osoby, pozwalając na ucieczkę z dobrodziejstw materaca. Postanowiła usiąść na pośladkach, przysuwając nogi do siebie. Przetarła jedno oczko, drugim obserwując desperacje Lynna, z błogim spokojem i niewzruszoną, wyrysowaną kreską na ustach, prawdopodobnie jeszcze nie wyłapując zbyt świata rzeczywistego.
Pokój był bogaty w różnorakiego typu przedmioty, mogące posłużyć za broń. Stolik z pełną butelką wina, parę szklanic, drewniane, eleganckie krzesła, na tyle lekkie, by móc nimi cisnąć w przeciwnika. Nie zapominając też o dekoracjach w postaci tarczy z dwoma mieczami za nią, elegancko przystrojonymi, czy też otwartej gablotki z rewolwerem Navy 1851 kalibru .44, zmodyfikowany do używania normalnych pocisków. Miał szeroki wybór wobec arsenału i wymierzenia w małego potworka, dla którego z każdą kolejną sekundą, klarował się lepiej obraz.
W końcu cofnęła dłoń z oczka, patrząc na niego swoimi dwoma czerwonymi, przerażającymi punkcikami na tle nieludzkiej czerni. Ręce ułożyła na kolanach. Przegięła lekko głowę w bok, jak pies, ukazując za pomocą mimiki twarzy nieco zdziwienia.
- On mnie widzi...? - zapytała sama do siebie, cichutko. Głos miała nieco nieludzki, ale pasujący do jej drobnej osoby. Delikatny. - Chyba naprawdę mnie widzi... - kolejne zdanko, które poskutkowało przesunięciem głowy w drugi bok. Patrzyła zaciekawiona na Lynna. - Ja...? Niczego - odpowiedziała nieco głośniej, machając swoim ogonem powolutku, na prawo, jak i lewo. - Zerwiesz szwy, głuptasie. Nie umiem ich zbyt dobrze zakładać. Lepiej usiądź gdzieś - nagle, na jej ustach wstąpił lekki uśmieszek. - Boisz się mnie? - zapytała uroczo, z odrobinką melodyjności. Ponad to nie wykonywała żadnych agresywniejszych ruchów, co by nie przestraszyć Lynna. Spokojna, nie odrywająca od niego wzroku, z lekkim, dość uroczym uśmiechem.

___________________
LINKI JESZCZE NIEAKTYWNE - TESTOWE
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Sob Paź 29, 2016 7:19 pm

Im dłużej na nią patrzył, tym bardziej uświadamiał się w przekonaniu, że skończy jako jej posiłek lub przynajmniej element jakiegoś demonicznego rytuału, który chciała niewątpliwie odprawić. A jej poruszający się ogon wcale nie ułatwiał mu sprawy, zszedł niemal na zawał, gdy już myślał, że bardziej go nie wystraszy. Nie mógł oderwać od niej oczu z dwóch powodów: wolał zarejestrować wzrokiem, gdy zechce się już na niego rzucić, ale też w jego spojrzeniu widniała lekka ciekawość. W całym swoim żywocie nie spotkał tak dziwacznej istoty. Jednocześnie miał ochotę dotknąć jej spiczastych uszu, aby ocenić ich prawdziwość i znaleźć się bezpieczne sto metrów dalej od niej. Oczywiście, zdrowy rozsądek wygrał, nie miał zamiaru z własnej woli się do niej zbliżać.
Wiedział doskonale z kim ma do czynienia. Za swoich inkwizycyjnych czasów spotkał kilka takich stworzeń, słyszał również nienapawające optymizmem opowieści. Nigdy jednak nie przypuszczał, że Koszmary mogą być na tyle… rozumne. Ostatecznie, uznał za logiczne posunięcie nie wdawać się w żadne konwersacje z dziwaczną istotą.
Poderwał się z łóżka, co wyszło mu w sposób iście żałosny i ociężały; gdyby Iris chciała, mogłaby go powstrzymać przynajmniej kilkunastokrotnie. Opierał się o szafkę przy łóżku, a właściwie częściowo na niej siedział, ściskając silnie w dłoniach swoją broń, która okazała się być srebrnym widelcem. Oho, srebro było idealne na demony! Czy to nie ta bajka?
Odsuwał się, nie odwracając się nawet na moment, celując w nią owym widelcem. Ruszył do swoich rzeczy wiszących przy kominku, trzęsąc się z wysiłku i dysząc, jakby w gorączce. Sprawdził, czy wszystko znajduje się na swoim miejscu. Zegarek był. Najważniejsze. Zapalniczka też. Odetchnął, pozwalając sobie na moment odpoczynku. Ścisnął tykający mechanizm z drugiej dłoni, oceniając swe siły w celu ubrania się bez niczyjej pomocy. Kolejnego pytania padającego z ust Koszmara, wprost nie potrafił zignorować. Zaśmiał się nerwowo, mówiąc:
- A wyglądam, jakbym się bał? Masz wyrafinowane poczucie humoru, istoto. Nie wiem, jak można się bać tak czarującego stworzenia jak ty. Chociaż dałbym sobie rękę uciąć, że słyszałem, jak kobiety straszą swoje pociechy twoją osobą.  – Chciał brzmieć ironicznie, ale w pojedyncze słowa wdarły się nutki histerii. Zaczął się nerwowo rozglądać po pomieszczeniu. Miał tyle pytań, że nie wiedział od czego zacząć, zresztą nie sądząc, aby otrzymał w odpowiedzi prawdę. Mimo to, próbował. – Gdzie jest wyjście? I gdzie ja, do cholery, jestem? – mruczał pod nosem, co bynajmniej nie wyglądało jak wypowiedź skierowana do Koszmara. Dopiero po chwili przemówił trochę głośniej:
- Doskonale się bawiłem, ale czas już na mnie. Obowiązki wzywają – spróbował wziąć ją z zaskoczenia, na wszelki wypadek, gdyby starała się go zatrzymać.
Sięgnął po swoją koszulę, skoro demonica jeszcze się na niego nie rzuciła. Gdyby okazywała więcej niepokojących zachowań, nie wahałby się opuścić domostwa w samej bieliźnie. Gdy uniósł ręce na wysokość barków, jęknął z bólu, dodatkowo przestając się wspierać na stojącym nieopodal krześle. Runął jak długi, twarzą na podłogę. Nie sądził, że może czuć się bardziej poobijany, ale proszę, stało się. Rana na szyi zaczęła nagle dokuczać o wiele mocniej. Jak podejrzewał, szwy nie przeszły próby. Tylko czekał aż bandaż nasiąknie krwią.
Wypuścił z dłoni widelec, zwijając się lekko i przyciskając kieszonkowy zegarek do piersi, wysapał jak zwykle rezolutnie:
- Ożeż kurwa…

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Iris
Pożeracz Mięsa
Pożeracz Mięsa
avatar

Liczba postów : 50
Join date : 18/09/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Nie Paź 30, 2016 12:35 am

Czerwone oczyska czujnie obserwowały mężczyznę, ani na chwile nie odrywając z niego wzroku. Mimika twarzy ukazywała natomiast ciekawość. I choć wyglądała groźnie, najzwyczajniej w świecie siedziała, emitując specyficzną aurą błogiego spokoju. Nie przejęła się wymierzeniem w nią widelcem, nie reagując nawet mrugnięciem. Zero strachu, co mogło być dość w tym wszystkim przerażające. Jakby przedmiot w jego ręce zwyczajnie nie istniał albo przynajmniej zadanie nim obrażeń było nierealne. Jedno z dwóch. Pozwoliła mu nawet odejść, samej rozwalając się nieco wygodniej na łóżku dzięki udostępnionemu dodatkowego kawałka. Nogi w tył, ręce pod brodę, co by było wygodnie i zamienienie się w słuch, chcąc usłyszeć odpowiedź na swoje skromne pytanko. Te jednak sprawiło, że nadymała poliki, jakby w przypływie złości. Nawet mruknęła niczym niezadowolona dziewczynka, której odmówiono cukierka. Lecz ponadto, nie wykonywała agresywnych ruchów, nastawiając uszysk na dalsze wypowiedzi nowo-poznanego i jego przygody. Na słowa, które zdawały się być rzucone nie do niej, pomijała, aż w końcu jego podróż skończyła się skosztowaniem podłogi. A to z kolei sprawiło, że z jej usteczek wydostał się lekki śmiech. Uniosła nóżki do góry, którymi zaczęła miarowo machać.
- Naaaprawdę powinieneś odpocząć. Masz duuuże rany, które się chyba teraz otworzyły - i z tymi słówkami, pozwoliła sobie na leniwe zmienienie pozycji, siadając na łóżku. Wsunęła ogon pod mebel, po czym wyciągnęła coś niezwykle interesującego, czym była czarna, skórzana walizka. Ustawiła na nogach, otworzyła, a jej oczyskom ukazały się różnej maści medykamenty. Wyjęła bandaże, jałową gazę, aż w końcu powstała. Z pomocą ogona wzięła aktówkę i ruszyła powoli ku Lynnowi, stawiając spokojne kroki. Nagle uśmiechnęła się szerzej i stanowczo przyspieszyła, lada moment klękając przy mężczyźnie. Tym razem nie mając zamiaru słuchać się jego protestów, postanowiła naruszyć przestrzeń prywatną i przestawić go szybko z pomocą rąk na plecy. Po tym, co by nie wyrywał się zbyt prędko, usadowiła swoje cztery litery na jego brzuchu, siadając okrakiem. - Pobawiiiimy się w doktora! Pozwól sobie pomóc, głupku! Myślisz że żyłbyś, gdybym chciała Ciebie zabić? I zdawała sobie tyle trudu z zaszyciem takich ran? - założyła ręce na siebie, znów nadymając poliki w przypływie złości. Wąska kreska, bez uśmiechu, jeszcze odwrócenie wzroku. Postanowiła jeszcze dorzucić szybko kilka słów, nie pozwalając mu na wtrącenie się. Powróciła oczyskami na niego. - I nie oczekuje niczego. Materialne rzeczy ludzi do niczego mi się nie przydadzą... I tak mało z was mnie widzi... - mruknęła jakby z szczyptą smutku, lecz lada moment na jej ustach znów pojawił się lekki, uroczy uśmiech. - Więc? Mooogę pomóc, praaawda? Poooopatrz! - położyła medykamenty przy boku, blisko jego twarzy, otwierając znów walizeczkę ogonem. - Zióóółka, bandaże, igiełki, nici chirurgiczne, nie przyprawy do ludzkiego mięska, praaaawda? - kolejne pytanko. Nic jednak ponad to nie robiła, siedząc na jego brzuchu okrakiem. Dała mu możliwość wyboru. On musiał podjąć decyzje i zezwolić na ewentualne działanie. O ile nie bał się operacji czerwonookiego diabła.

___________________
LINKI JESZCZE NIEAKTYWNE - TESTOWE
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Pon Paź 31, 2016 1:53 am

Nie próbował się bronić, czując się jak szmaciana lalka w jej rękach. Miała sporo siły, nie mógłby temu zapobiec, nawet gdyby był u szczytu zdrowia. Gdy na nim usiadła, przeżył niemalże atak paniki. Dyszał, jęczał i odsuwał się na nieznaczne odległości, jakby milimetry miały cokolwiek zmienić. Nie miał już siły zwalić jej ze swojego ciała. Był przerażony nagłą bliskością, mimo że jeszcze niedawno sam głaskał tego demona po karku. Na samą myśl po plecach przechodziły go nieprzyjemne dreszcze. Długo uspokajał swój oddech, aby móc powiedzieć:
- Słuchaj… na pewno jesteś znakomitą lekarką… martwią mnie nieco twoje niekonwencjonalne metody – ujął w słowa najdelikatniej jak potrafił „czyś ty do reszty zdurniała!? Widziałaś, aby w szpitalach siadano na swoich pacjentach!?”. Znaczącym spojrzeniem obdarzył również jej paznokcie, którymi prędzej posiekałaby warzywa na obiad, niż opatrzyła jego rany. Nie wróżył im owocnej współpracy, więc jęczał dalej. – Nie, nie chcę. Naprawdę. Proszę. Obejdzie się bez. Czuję się już świetnie – bredził bez ładu i składu, za nic na świecie nie chcąc dopuścić jej rąk do swojego poturbowanego ciała. A przynajmniej nie podczas gdy był tego świadomy.
Znał ten typ zdziecinniałych inkwizytorów. Sadystów, którzy śpiewali wyliczanki przy wyrywaniu wiedźmom paznokci. Nie chciał się z nią w nic bawić, ale jednocześnie uznał to za jedyny sposób na wyjście cało z sytuacji. Do dzieci w końcu trzeba podchodzić sposobem, nieprawdaż? Starał się grać opanowanego. Przycisnął mocniej zegarek do piersi. To go nieco uspakajało.
- Nie lubię „w doktora”. Możemy pobawić się w dom, co ty na to? I, Koszmarku. Wcale nie trzeba byłoby mnie zabijać, abym umarł. Wystarczyło pozwolić mi kontynuować rendez-vous z pewną urokliwą wiedźmą. Jak się domyślam… nie mieszkasz tu sama? – zapytał, mając nieopartą ochotę rozejrzeć się wkoło. Jego teoria głosiła, że demonica służy komuś innemu, komuś kto opatrzył mu rany. Nie miał już sił na węszenie podstępu. Nie chciał podejrzewać, że został zabandażowany niczym smakowity kąsek mięsa zostawiony na później. – Co się stało z tamtą panną? – próbował się upewnić, bardzo nie chcąc widzieć jej jeszcze kiedykolwiek. – Mogę wiedzieć… dlaczego to wszystko robisz? – dopytywał, korzystając z okazji i licząc, że uda mu się w końcu choć minimalnie zrozumieć powód, dla którego się tu znalazł.
- Pohamuj swój entuzjazm. Pomożesz mi, jeśli ze mnie zejdziesz. I tak z czystej ciekawości – nie to, żebym tego chciał – ale jeśli zechcę odejść… pozwolisz mi? – Zdobył się na żałosny uśmiech, gdy w jego głowie pojawił się tragiczny obraz, w którym zostaje na wieki niewolnikiem Koszmara.
Przyprawy do mięsa. Ach, no tak. Nabrał pewności, że stworzenie potrafi czytać mu w myślach, bezbłędnie odczytując jego przerażone spojrzenie. Od tego momentu zwyczajnie postanowił uważać na swoje myśli.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Iris
Pożeracz Mięsa
Pożeracz Mięsa
avatar

Liczba postów : 50
Join date : 18/09/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Pon Paź 31, 2016 12:18 pm

Uśmiechała się uroczo jeszcze przez jakiś czas. Nawet lekko rozbawiona przez przerażenie, które wyczytać z jego facjaty i mowy ciała trudno nie było. Lecz wtem, oczekując prawdopodobnie pozytywnej od razu wypowiedzi, słowa które padły nie poprawiły jej humorku. Wręcz cały entuzjazm, którym jeszcze jakiś czas temu buchała, wyparował. Za niego wkradła się wąska, neutralna kreska, którą darzyła każdą osobę, jakiej nie do końca lubiła. Co gorsza, Lynn dalej udzielał głosu, zasypując ją większą ilością odmów, informacji, pytań, że z tego wszystkiego prawie zaprzestała słuchać. Wrzuciła bandaże i gazę do otwartej aktówki, a ręce przetransportowała na swoją głowę, zamykając oczy. Zaczęła nią machać w prawo jak i w lewo, kręcąc ósemki, ukazując za pomocą tego gestu zirytowanie. Nawet ogon jej opadł na ziemie, nieżywy.
- Za-dużo-mówić... - mruknęła z wyraźnymi przerwami, pozbawiona nadziei, z pełnym zmęczeniem. - Macie taaak wiele słów, jak "tak, pomóż", a wszyyystko utrudniacie... -burknęła z lekkim wkurzeniem, nadymała policzki i otworzyła oczyska, wbijając go w jego zielone. Ręce usadowiła na swoich pokaźnych rozmiarów udach. Wzięła duży oddech i wypuściła powietrze ze smutkiem. - I nazywam się Iris! - krzyknęła nagle z oburzeniem, przypominając sobie jego nazwanie jej "Koszmarkiem". Nadymała policzki, przewiercając go bardzo niezadowolonym spojrzeniem. - A nie jakiś Koszmarek! - wypuściła powietrze z polików, założyła ręce na siebie, a chwile później odwróciła głowę w bok, w gest totalnej obrazy. Chwile milczała, lecz zapewne po tym ataku złości z jej strony, żaden śmiałek nie miałby zamiaru się odezwać. Zresztą, towarzyszyło temu dziwne uczucie, jakby chciała jeszcze coś powiedzieć. Dlatego też, lada chwila odwróciła głowę z powrotem ku niemu i znów wypuściła w sposób zmęczony powietrze.
- Ale odpowiem na te Twoje nuuuuuuuudne pytania, umm... człowieku! Nie chce się bawić w dom, chce w lekarza! To pierwsze! Wiesz czemu? Bo jesteś raaanny! I zepsułeś moją pracę! - nagle ogon odżył, tykając go delikatnie w lekko już zakrwawione bandaże na szyi. - Mieszkam tu też sama. Nikt tu nie odważyłby się przyjść... - powiedziała to tak dumnie, że aż poprawiła sama sobie humor, a na ustach pojawił się i lekki uśmiech. Nie trzeba było być zbyt domyślnym. Prawdopodobnie właśnie ona zadbała o spokój tej leśnej dzielnicy, a sądząc po wyglądzie, musiała nieźle wystraszyć śmiałków. - Co do tamtej wiedźmy... Uuumarła! Zaaabiłam ją. Miaaała wiele zdolności, ale była baaardzo głupia. Psyyychopatka! Ciągle mówiła o sprawianiu cierpienia, nieuważna. Jak ją pokonałam, to ją wzięłam wraz z Tobą i zjadłam - to, jak spokojnie i naturalnie powiedziała "zjadłam", mogła budzić ciarki na plecach. - I... jakie tam było pytanie? Ah! Tak! Czemu to robię. Ale... - nagle minka jej zrzedła. Wydawała się, jakby sama nie wiedziała. Spojrzała na niego, przekrzywiła głowę. - W sumie tak o. Nie lubię wiedźm i inkwizycji, mniej ludzi, a nie wyglądasz jakbyś miał ich płaszcz. Umarłbyś, a... no... szkoda mi się Ciebie jakoś zrobiło, choć nie rozumiem zbyt tego... Postanowiłam Ciebie wziąć i zatamować krwawienie, licząc że przeżyjesz. I udało mi się! Jestem szczęśliwa, choć jak otworzyłeś usta, zaczęłam żałować... - mruknęła ostatnie zdanko ponuro. - Lecz mnie widzisz, to... Nawet duuuzio dla mnie znaaaczy! I pooogłaskałeś po kaaarku - odwróciła głowe w bok, nieco zasmucona. - Przynajmniej póki mnie nie zobaczyłeś - wtem przysunęła ręce bardziej do swojej klatki piersiowej. Oddała się chwili melancholijnej zadumy, znów pochmurniejąc. Jak na koszmara przystało, dość łatwo czytało się jej emocje, których nie umiała chować, a przynajmniej ich "zalążki". - Mniejsza!  - pokiwała głową na boki, jakby chcąc wyrzucić z siebie jakieś myśli. Po czym powróciła twarzyczką i oczyskami na obserwowanie jego facjaty. - Pomogę Tobie... um... odejść. Nawet i na drugi świat jeśli będziesz chciał! - i tu zaśmiała się uroczo, ewidentnie zdając sobie sprawę z tego, jak morderczo mogło to zabrzmieć. Nie ukrywała perfidnego uśmieszku.

___________________
LINKI JESZCZE NIEAKTYWNE - TESTOWE


Ostatnio zmieniony przez Iris dnia Wto Lis 01, 2016 11:29 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Wto Lis 01, 2016 1:51 am

Nie przypuszczał, że stworzenie będzie dosyć dobrze odnajdywało się w ludzkich obyczajach. Z góry – i najwyraźniej błędnie – założył, że jest nieco bardziej… zwierzęca, zapewne przez jej osobliwy wygląd. Doskonale też zdawał sobie sprawę, że jego paplanina zaczyna ją męczyć. Musiał bredzić, aby ukryć swój stres. Denerwując demonicę tym samym bardziej. Wędrował więc po tym błędnym kręgu, czując niemalże zaciskającą się pętlę wokół jego szyi.
- Iris? Jak ten kwiat? Tak. Widzę to. Czy jak bogini tęczy? Och… nie lubisz, gdy ktoś dużo mówi, nieprawdaż? Już… Już nic nie mówię. Chociaż… Lynn Cavendish. Skoro już jesteśmy na wymianie godnościami – mówił prędko, urwanymi zdaniami w przerwach na nerwowy oddech, nawet wykonując coś na wzór ukłonu, co w obecnej pozycji i stanie ograniczyło się do krzywego pochylenia głowy.
Miał ochotę się z nią wykłócać, nawet pomimo braku większych sił, ale miał w sobie jeszcze tyle rozsądku, aby trzymać język za zębami i nie kusić bardziej losu. Wykonał grzeczny uśmiech, na tyle na ile pozwoliła mu gra aktorska i towarzyszące jej pokłady przerażenia. Wysłuchiwał jej, niekoniecznie wierząc, a na pewno nie ufając owej istocie. Pomimo jej rozumnego zachowania, nie czuł się bezpiecznie. Zamierzał wypatrywać pierwszej możliwości ucieczki. Oczywiście, nie uwierzył w ani słowo historii o wiedźmie. Obdarzał ją nieco pobłażliwym spojrzeniem, mogącym oznaczać wszystko.
- Dziękuję za ratunek… - przyznał niechętnie, co ledwie przeszło mu przez gardło. – Postaram się mówić mniej… Jednakże, chyba nieczęsto spotykasz ludzi, prawda? Rozmowa jest naszą… intelektualną formą rozrywki, stąd… o matko, nie! Nie szczerz tak zębów! – przerwał swoją wypowiedź, znowu dostając niemalże ataku paniki. – Dobrze, pobawimy się w doktora. Słyszałaś może taką teorię, iż swoich pacjentów nie należy stresować? Będę grzecznym, cierpliwym pacjentem, ale proszę cię… - nie skończył, przełykając ślinę i zerkając na nią iście sceptycznie. Jak się spodziewał – po wizycie u tego „lekarza” wcale nie będzie musiał się martwić o swoje pasmo siwizny na włosach, gdyż zapewne osiwieje do reszty.
Później nawet udało mu się przymknąć, co wcale proste nie było. Odchylił dłonie nieco wyżej, dając jej przyzwolenie na działanie. Gorzej już być nie mogło, postanowił więc pozwolić się demonicy pobawić. Pocierpi jeszcze trochę, przy odrobinie szczęścia tracąc świadomość z bólu na początku jej „zabiegu”.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Iris
Pożeracz Mięsa
Pożeracz Mięsa
avatar

Liczba postów : 50
Join date : 18/09/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Wto Lis 01, 2016 12:49 pm

Wymiana imion, dzięki której Iris nabrała ciut większego humorku. Potem jeszcze podziękowanie, lecz niestety Lynn musiał wszystko zepsuć, a to za sprawą wystraszenia się jej zębów. Po zakończonych wypowiedziach, oczywiście wysłuchanych, postanowiła założyć znów ręce na siebie, nadymać poliki i przybliżyć swoją facjatę ku twarzy zielonookiego. Po mimice twarzy można było zauważyć coś określanego mianem zirytowania lub wkurzenia.
- Ja waszych pożółkłych zębów i ohydnych oddechów nie oceniam! I wiem do czego służy wasz język! - fuknęła w geście agresji, na szczęście bardzo szybko powróciła do neutralnej miny, może lekko rozweselonej. - Ludzi spotykam często, ale nie często mogę z nimi rozmawiać. Zwykle reagują jak Ty, a gorzej jak mają broń przy sobie. No i... Postaram się być... Deliiiikatna? Bleh! Nie ma w tym zabawy jak pacjent nie krzyczy o pooomoc... Ale niech będzie, spróbuje Ciebie nie stresować, uummm... Lynnie - wzięła głęboki oddech, nabierając większego skupienia. Do tego bystre oczyska, których wzrok poleciał wprost na zakrwawione bandaże.
- Zaaamknij oczy. I... Wiesz... Mógłbyś wyobrazić sobie, że operuje Ciebie człowiek. Byłoby to pewnie dla Ciebie... łatwiejsze, bo paaanicznie się mnie boisz - i tu wydała z siebie lekki, dość przyjazny chichot. Po tym powiodła swymi rączkami ku jego szyi. Położyła na bandażu, czystej części. Pomimo pazurów, wcale nie były one tak ostre, by mogły przeciąć skóry lub przesuwać się po niej w sposób niekomfortowy. Zwyczajny dotyk,  tyle że z ostrzejszym zakończeniem, nic ponad to. Chwile później, w drugiej rączce stworzyła coś, co przypominało kościany nóż używany podczas operacji. Za pomocą tego wykonała cięcie. Dość precyzyjne, uwalniając szyjkę spod brzemienia bandaża. Niestety, pokrwawiony kawałek nieco przykleił się do skóry. I zdawać się mogło, że zaraz Lynn poczuje ból z tym związany. Nic bardziej mylnego.
Iris ułożyła jedną rączkę na jego nagiej szyi. I z sekundy na sekundę, dotyk ten stawał się coraz przyjemniejszy. Błogi, wyzwalający, bardzo delikatny, wręcz ujmujący duszę. Wszelakie napięte mięśnie narażone na tę "magię", po prostu przyjemnie odpuszczały. Niezwykle rozkoszny, anielski dotyk, którego nie w sposób było opisać słowami przez niesamowitość towarzyszącemu przy tym uczucia lekkości. Ból związany z raną zniknął gdzieś wśród całej niebiańskości  kojących palców Iris. Dzięki temu, oderwanie bandaża i gazy było raczej nieodczuwalne. A to zrobiła drugą, wolną rączką, pozbywając się brudnego materiału. Wyciągnęła z pomocą ogona kilka odpowiednich środków, których użyła do obmycia rany. I wtem, jeśli Lynn postanowił jednak patrzyć, mógł ujrzeć użycie jej prawdziwej mocy. Czegoś, co odebrało bardzo wiele żyć. Na szczęście w ten sposób użyte, miały za zadanie je ratować.
Machnęła wolną ręką, tworząc parę smug krwi. Te natomiast przetransportowała na ranę biedaczyska. Szkarłat Iris zaczął wchodzić w dziurki i szparki, skąd wcześniej ulatywała jego posoka. Tyle że jej krew nagle zmieniła swój stan, na bardziej żelowy, nie pozwalając krwi Lynna wydostać się na powierzchnie. Zaraz po tym wzięła kościaną zabawkę do cięcia i usunęła szwy. Wyciągnęła za pomocą pazurków i odłożyła gdzieś na boku. Kolejno utworzyła w rączce igiełkę, zabiła nić chirurgiczną i oddała w inne ręce. A właściwie coś, co przypominało małe macki, które wylazły z żelowej krwi. To one właśnie rozpoczęły szycie, nie mając problemu z władaniem takim przedmiotem, jakim była igła, ze względu na swój mały rozmiar. Naciągnęły skórę, zaszyły i gdy wszystko było gotowe, Iris wyparowała  swoje małe przywołańce.
- Teeeraz powinna trzymać... - mruknęła pod nosem, bardziej do siebie, widocznie skupiając się dość intensywnie na swej pracy. Obmyła jeszcze raz ranę, co by nie wdało się żadne zagrożenie, przyłożyła gazę i zerknęła na twarzyczkę Lynna, uśmiechając się tak, by nie ukazać kłów. - I co? Bolało? - powiedziała z lekką dumą, zwłaszcza że była raczej przyzwyczajona do mordów i zadawania cierpienia. Była to dość nieczęsta sytuacja, w której zamiast tego, starała się sprawić jak najmniej bólu. W tym przypadku, udało się to na medal, gdyż Lynn nie poczuł niczego, co byłoby związane z cierpieniem. Dalej miała rękę ułożoną na jego szyi, oddziałującą w ten sposób. I jeszcze nie związała bandażem, ewidentnie czekając na jakieś słowa z jego strony. W końcu zaszyła ranę o wiele szybciej niż jakiś człowiek.

___________________
LINKI JESZCZE NIEAKTYWNE - TESTOWE
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Sro Lis 02, 2016 8:53 am

Nie był pewny, czy Koszmar żartuje wspominając o krzykach pacjenta, jednocześnie też nie chciał być tego świadom w obawie, że odpowiedź była przecząca. Z uprzejmości również się zaśmiał, w sposób wybitnie nienaturalny i wymuszony. Zazwyczaj gra w konwenanse wychodziła mu lepiej, ale zazwyczaj też miał naprzeciw siebie człowieka, a nie wypisz, wymaluj demonicę.
- Na pewno nie będziesz chciała niczego w zamian? – próbował się upewnić, wspominając na raz te wszystkie legendy o pakcie z diabłem, dowolne życzenie, drobnym kosztem – swojej duszy. – Pieniądze zapewne są ci potrzebne jak siodło świni. Ale... Jeśli masz jakieś drzwi do naoliwienia, zepsuty zegar, fortepian... Mógłbym się tym zająć – zaproponował, mając nadzieję, że to odpowiednia cena za swoje życie lub duszę.
Prychnął lekko, słysząc jej życzenie. Zamknij oczy, dobre sobie. Spełnił jej życzenie, a właściwie zacisnął lewą powiekę, a drugą nawet nie drgnął, czując jedynie opuchliznę i paskudny ból. Podglądał, nie ufając stworzeniu na tyle, aby móc się jej powierzyć w zupełności, ale też nie widział wszystkiego. Podążał za instrukcjami Koszmara, wyjątkowo przypadającymi mu do gustu. Mówił cicho, starając się nawet za bardzo nie poruszać wargami i dając jej pole do popisu:
- Rozumiem... Dobrze. Leżę w szpitalnym łóżku, gdzieś na angielskich prowincjach. Nade mną stoi młodziutka pielęgniarka, ma lekko zatroskaną minę. Brunetka. Lubię brunetki. I nie narusza mojej przestrzeni osobistej. – Do swojej idealnej wizji wtrącał drobne wytyki, wyraźnie w kierunku demonicy. – Kładzie mi ręce na szyi – kontynuował, zgodnie z tym, co czyniła Iris. – I drżącym głosem obwieszcza, że konieczna będzie operacja. Powolnymi ruchami odwija bandaż i... ach! – wyrwało mu się z ust. Aż szeroko otworzył zdrowe oko, zupełnie zdezorientowany, jakby niepewny, czy wrażenie również nie było wytworem jego wyobraźni. Nie, trwało ono nieustannie, nawet z silniejszymi efektami. Porzucił swoją historię, chwilowo nie będąc w stanie wydusić z siebie słowa.
Dziwne to było uczucie. Chciał więcej i jednocześnie nie chciał tego wcale. Drgnął lekko, podejmując pierwszą formę zrywu, aby oswobodzić się spod jej czaru. Położył dłoń na dłoni Iris, w niepełnym uścisku obejmując nadgarstek. Wolał to przerwać, póki błoga przyjemność nie kusi go bardziej. Nie wiedział na czym stoi, obawiał się nieznanego. Podejrzewał, że to rodzaj pułapki niczym światło dla ćmy, która jeśli podąży w zgodzie ze swoimi pragnieniami, skończy jako spopielone zwłoki.
Oddychał głęboko. I milczał, tym razem jak zaklęty, przez całe trwanie zabiegu. Całe szczęście, nie widział wszystkiego, co działo się wokół jego szyi, bo z pewnością zszedłby z tego świata. Pomimo upływających lat, widok krwi budził w nim identyczną słabość. Przyjemność nasilała się, więc nie myślał o tym zbyt wiele, zaciskając wargi, jakby nie chcąc się podzielić informacją, że czuł się z tym dobrze.
- Zabierz rękę... – wysapał błagalnie, niemalże nieśmiało. Nie jak mężczyzna, który zdążył przeżyć już niejedno, a prędzej jak chłopiec, który dopiero został wrzucony w odmęty rozkosznych doznań. Poruszył jej dłonią, usilnie trzymając się rzeczywistości, łapiąc się każdej deski ratunku, byleby nie utonąć do reszty. Przebłysk świadomości pozwolił mu zebrać myśli na komentarz, którego wyraźnie oczekiwała. Jednak nie odpowiedział konkretnie na jej pytanie, skupiając się na osobliwym wydarzeniu.
- Jak się tego nauczyłaś? W Inkwizycji nie wypuściliby cię z rąk, do kiedy nie poznaliby mechanizmu działania tej... zdolności? – próbował znaleźć odpowiednie słowo. – Właśnie... – przypomniało mu się coś jeszcze, więc korzystał z tej chwili „świadomości”. – Mówiłaś, że nie lubisz Inkwizycji i wiedźm... jak to pierwsze pojmuję jako odruch naturalny, tak... wiedźmy? Co one ci zrobiły? – pytał, wcale nie ukrywając zdziwienia.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Iris
Pożeracz Mięsa
Pożeracz Mięsa
avatar

Liczba postów : 50
Join date : 18/09/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Sro Lis 02, 2016 1:36 pm

Uśmiechnęła się wymownie na wzmiankę o naprawie, w szczególności gdy padło na słówko "fortepian". Mógł domyślać się w jaki sposób może się odpłacić. Potem jeszcze drobne wytyki, które poprawiły humorek Iris, aż tu nagle jego dłoń powędrowała na jej nadgarstek.
Początkowo dalej oddziaływała magią, nic nie mówiła, lecz wraz z błagalnym wysypaniem, spojrzała zdziwiona. Mimo to, dalej kontynuowała na jego szyję anielskim dotykiem, przynajmniej do czasu, w którym nabrał więcej sił by poruszyć jej dłonią. Rozzłościło to nieco diablice, chcącej chociaż tym razem zrobić coś dobrego. Jednak mimo wszystko znalazła w tym powód do małej satysfakcji, o czym miał się niedługo przekonać Lynn i jej sadystycznym charakteru. Wycofała dłoń, drugą mając nadal nad raną, będąc na tyle dobrotliwa, by zaprzestać bolesnych ruchów. Wszystko, co tam się "spawało", zostało wstrzymane. W szczególności naciąganie, które mogłoby doprowadzić do bardzo nieprzyjemnego cierpienia.
- Nie wiedziałam że jesteś masochistą... - mruknęła, z nieukrywanym, wrednym uśmiechem, nie ukazującym kiełków. Rozkoszny dotyk oddalał się, jednakże na tyle powoli, by zielonooki mógł rzucić kilka swoich groszy i zapytań. Niestety, po zakończeniu wypowiedzi, ból na nowo przybywał w leczone miejsce.
- Tak, to jest zdooolność. Nauczyłam się jej... kiiiilkanaście lat temu. Władam przyjemnością, jak i bólem. A ten ostatni teraz starałam się cofnąć! Lecz skoro taaaak bardzo go chcesz, nie moja strata! - powiedziała z szczyptą diabelnego entuzjazmu. - Choooć jak poproooosisz... mooooże zmienię zdanie. Ale za to będę chciała faktycznie jakiejś zapłaty - i wraz z tymi słówkami, wystawiła uroczo język, zadowolona z siebie niczym dzieciak po udanym psikusie. Zaraz jednak spoważniała, spoglądając na niego w bardziej ponury sposób. I nawet jeśli nie prosił, ułożyła ogon na jego szyi i postanowiła ponowić rozkoszny dotyk, byleby Lynna odwieść od bólu. Tym samym ponowiła operowanie. - Co do wiedźm... - wzięła głęboko oddech i odwróciła głowę w bok. Nie wyglądała na zbyt zadowoloną. - Czy nie wystarczy, że nas nieświadomie stworzyły i nie biorą za to odpowiedzialności? Nie miałam wpływu na to, kim mam być. Pomyśl, że to ty pojawiłbyś się jako.. Koszmar! A nie człowiek! Nie wiedziałbyś nic o świecie, nikt by Ciebie nie chronił! A jakbyś znalazł człowieka, zignorowałby, nawet nie wiedząc że istniejesz. Lecz gdyby taki jak Ty przyszedł, chciałby nas zabić, przez strach! - jej słowa były okraszone w złość. Powiodła na niego wzrokiem, rozzłoszczona. - Dlaczego musimy powstawać a wiedźmy nawet o tym nie wiedzą? Albo dlaczego nie próbują dowiedzieć się, czy nie stworzyły Koszmara, który potrzebuje pomocy? Troszku... wiesz... jeżeli są inne koszmary, które lepiej pojmują te rzeczy określane emocjami i uczuciami, to muszą one czuć ogromny smutek, samotność i pustkę, chyba to. Sądzę, że jeśli tylko na to zasługują koszmary, to wiedźmy powinny umrzeć, tak samo jak ludzie... a przynajmniej inkwizycja i ci, co niszczą naturę. I ich zabijam! Po równi! - zakrzyknęła w bojowym nastawieniu, pewna swej racji i cholernie dumna. - A poza tym... wiedźmy z uroboros są tak samo głuuupie jak inkwizycja! Prowadzą tylko inną tą... um... tę no... POLITYKĘ! O to słowo mi chodziło! Starają się oni stworzyć wiedźmy, które mogliby kontrolować! Jeszcze tego brakuje, by ktoś tworzył coś takiego, albo przejmował kontrolę nad innymi główkami! - warknęła pod nosem, kończąc opatrywanie. Złapała w dłoń gazę i położyła na jego ranie, zakrywając szwy.

___________________
LINKI JESZCZE NIEAKTYWNE - TESTOWE
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Sro Lis 02, 2016 10:49 pm

Gdy czar prysnął, skrzywił się, dla odmiany wciągając powietrze z cichym sykiem i trzymając je dłuższą chwilę w płucach. Ból wcale nie znikał, po prostu stawał się zagłuszony przez przeciwstawne uczucie, jednak gdy ten powrócił, odczuł go ze zdwojoną mocą, niczym cios bezczelnie wymierzony we wrażliwe miejsce. Ostatecznie nie było to wrażenie nie do zniesienia; blizny ciut wyżej przypominały mu, że przeżył już raz podobny zabieg, z różnicą w postaci znieczulenia, gdyż solidna dawka whisky nie imała się skuteczności czaru Iris. Ból dokuczał, ale podjął kontakt wzrokowy z demonicą, jakby rzucając jej pewnego rodzaju wyzwanie.
- Nie jestem masochistą. Nie wiń mnie za to, że wolę widzieć, co się wokół mnie dzieje, gdy pewna urzekająca istota trzyma swoje szpony niecałe cale od mojej tętnicy. Z dwojga złego wolę czuć – postanowił. Pomimo słów Koszmara, nie potrafił jej zaufać. Sam nie wiedział, na co liczył – zareagowanie w porę czy może świadomość do samego końca, łącznie z momentem ewentualnej śmierci. Stąpał po bardzo niepewnym gruncie, ale jak widać, najwyraźniej odzyskał choć nędzne okruchy pewności siebie.
A później Iris wystąpiła ponownie z pokazaniem swoich nadnaturalnych zdolności, być może ignorując jego wolę, a być może działając z pełną premedytacją, zupełnie przekornie i odwrotnie, niż by sobie tego życzył. Nie wyszło źle, uczucie powitał z ulgą, pomimo jego wcześniejszych zapewnień.
Wysłuchiwał jej w milczeniu, z tego samego idiotycznego powodu – usiłował ograniczyć okazywanie swojej przyjemności do minimum, a otwieranie warg mogłoby go już zdradzić. Starał się więc oddychać przez nos i udawać, że nie ma nic do dodania, choć było to bardzo dalekie prawdy. Mógłby poprowadzić na ten temat monolog, wcale niekrótki, jakby mówienie stało się dla niego równie niezbędne co oddychanie. Narodziła się w nim setka pytań, z każdym jej słowem podwajając swą ilość, bo choć odpowiadała – tworzyło to więcej wątpliwości niż rozwiązań.
Nie odważył się walczyć z jej ogonem, ale sądził, że jeszcze chwila i oszaleje. Zdrowe oko zaszło mu mgłą, na poharatanej twarzy z wolna występowały wypieki. Była dla niego dobra (nawet jeśli ta dobroć ograniczała się do nie zabicia go „na dzień dobry”), więc zdobył się na błaganie:
- Proszę… - urwał, nie będąc w stanie złożyć całego zdanie w cokolwiek chociażby z najmniejszym sensem. Reszta słów Iris dopływała do niego jakby z oddali, co może nawet wyszło mu na zdrowie. Walczył z uczuciem jeszcze moment, zagryzając usta, jakby to miało powstrzymać go przed zatracaniem się. A później oddał się uczuciu w zupełności. Bezbronny, ranny, leżący pod Koszmarem. Zamknął na nowo powiekę, lądując w krainie słodkiego niebytu, gdzie jedynym istotnym czynnikiem było podążanie za swoim pragnieniem, aż na skraj rozkoszy. Nie zwracał już nawet uwagi na osobliwość sytuacji, choć z początku nie mógł wyjść ze zdziwienia, że całe wrażenie zachodzi jedynie przez dotyk, nic nieznaczące muśnięcie; wszystko działo się w jego głowie, a przyjemności nie towarzyszył żaden rytualny ruch, dźwięk ani zapach. To wykraczało poza jego wyobrażenie. Mruknął przeciągnę, nienawidząc się za to po stokroć.
Przytknął palce do ust, palce tej samej dłoni, w której uprzednio trzymał swój ukochany zegarek – jego słodką Lilly, teraz wypuszczając ją na podłogę, niczym pierwszy lepszy przedmiot. Miał nadzieję stłumić kolejne obwieszczenie swojej rozkoszy. I faktycznie, żaden pomruk nie wydobył się z jego ust, ale zadanie wykonał nad wyraz marnie, odruchowo poruszając biodrami i mając wrażenie, że w jego spodniach jest coraz mniej miejsca.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Iris
Pożeracz Mięsa
Pożeracz Mięsa
avatar

Liczba postów : 50
Join date : 18/09/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Czw Lis 03, 2016 12:34 am

Opatrywała i widziała cóż dzieje się z jego ciałem. Nie wyglądała jednak na to by miała przestać. Nie do końca świadoma jak jego organizm reaguje na tak potężne dawki przyjemności, których może i nieco nie kontrolowała. Kontynuowała, pókim nie skończyła, nawet pomimo jego słówek, których znacznia w tym kontekście nie zrozumiała. I gdy doszło do kulminacyjnego podpunktu operacji, wycofała ogon i deaktywowała magię. W zdziwieniu zmrużyła oczka i zmarszczyła nosek, nie słysząc od niego wypowiedzi. Postanowiła wykorzystać chwile spokoju z jego strony na zawiązanie bandaża wokół szyi, z dodatkiem gazy. Wykonała zabieg z diabelną precyzją, chcąc dać mu już spokój od swojej osoby. Cofnęła się pośladkami, prawie wstała, gdy nagle poczuła coś nietypowo wystającego na kroku Lynna. Odwróciła twarz w bok, zerknęła z ukosa i zauważając cóż to za interesujący osobnik domaga się zainteresowania, nieznacznie się uśmiechnęła. Jej spojrzenie nabrało ciekawości, a umysł dał kilka nieprzyjemnych dla mężczyzny pomysłów. Powróciła głową na zielonookiego, czekając aż wybudzi się ze swego otępienia. Nie wstawała, siedząc na pewnej górce. Ręce wycofała na brzuch chłopa.
- Czyyyżby mój doootyk był aż tak... przyyyjemny? - wysunęła język z ust, uroczo, lecz w tym samym czasie pokręciła zaczepnie bioderkami. - Jeeestem zła na Ciebie, że nie słuchałeś mnie! Odpowiadałam na Twoje pytania, a mimo wszystko pewnie nic nie usłyszałeś?! Ale... - wzięła głęboki oddech, zerkając w boczek. Nabrała powagi. - To moooja wina. Chyyba zaaaapomniałam jak kontrolować tej zdolności... - i tu nie mogła się powstrzymać, wypuszczając z siebie lekko stłamszony chichot. Zaraz po tym rzuciła wymownym spojrzeniem. Aż w końcu postanowiła wstać, kucając z boku przy nim, na linii jego pasa. Unosiła się na samej przedniej części stóp, unosząc wysoko ogon. Ręce usadowiła na kolanach, wyglądając nieco jak czyhający na swą ofiarę gargulec.
- Oszczęęęędzę Ciebie... O ile pamiętaaam, to opuszcza wam nieco krwi z waszych maaałych móżdźków - uniosła rączkę i poklepała go wrednie po górce, delikatnie rączką. - A Twojego po-trze-bu-je - zaakcentowała.- Choooć... straaasznie mało wieeem o tyyyym... w każdym razie! Nastroisz mi fortepian, ot co. I poczekasz tu aż znajdę jakąś laskę, bo z taką raną to szybko sobie rozerwiesz szwy przy chodzeniu, rooozumiesz, Lynn? Nie nadajesz się na zabawy przy taaaak wielkiej nieudolności, byłoby za łaaatwo - teatralnie ziewnęła i powstała na proste nogi, strzepując kurz z kolan. Powiodła rączką ku niemu, w geście pomocy przy ewentualnym wstaniu. - Pomóc usiąść? - zadała pytanie, czekając na odpowiedź i ewentualne wtrącenia.

___________________
LINKI JESZCZE NIEAKTYWNE - TESTOWE
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Czw Lis 03, 2016 7:37 pm

Świadomość wracała powoli, schodził na ziemię, jakby z głębokiego, długiego snu. Zdołał wyłapać, że stworzenie się odsuwa, podnosi, ale nie mógł już tego powstrzymać. Przyłapała go, a on… Nawet nie poczuł wstydu! Mało tego, gdy siedziała na jego biodrach, ręce drgnęły mu odruchowo, niemalże automatycznie w stronę jej ud, jak czynił to setki razy – usadawiając kobietę dokładnie tam, gdzie winno być jej miejsce i gdzie spełniała się najlepiej, czyniąc tak typową dla płci pięknej magię. Niemalże zapomniał jakie to uczucie. W porę jednak przypomniał sobie, z kim ma do czynienia, więc prędko cofnął palce, zadziwiony własnymi pragnieniami.
- Potraktuj to jako komplement, Iris. – Po raz pierwszy od ich spotkania uśmiechnął się i był to gest rozbrajająco szczery. Nigdy nie przejmował się przyjętymi zasadami, ale tutaj, gdziekolwiek się znajdował, w obecności niezbyt okrzesanego Koszmara… przyjął również jej nawyki, kpiąc z wszelakich form i grzeczności. Nie znał już wstydu, zachowywał się jak rozbawiony chłopiec, w którym obudziła się chęć na radosne przekomarzanie się. – Słuchałem cię. Co prawda, jednym uchem… - mrugnął do niej, jakby potwierdzając fakt, że stało się to wyłącznie za jej „zasługą”.
Milczał, usiłując opanować oddech i powstrzymując nagły przypływ rozbawienia. Nie wypowiedział tego na głos, ale odczuwał nieopisaną wdzięczność. Nie ufał słowom, demonica mogła mówić jedno, a czynić drugie, nie znał jej przecież wcale. Ale w tym drobnym akcie, udowodniła mu, że potrafi się pohamować, zwłaszcza gdy w obecnym stanie… mogłaby zrobić z nim wszystko, wedle kaprysu. Przekroczył nową granicę, podając jej dłoń i mówiąc, całkiem śmiało:
- Pomóż wstać, proszę – poprawił ją, kiwając głową, a następnie ujmując jej rękę i korzystając z niej, na ile tyko pozwalało mu poturbowane ciało. Jeśli chciała, aby zajął się spłacaniem długu, powinien przynajmniej stanąć na nogach. – Zaprowadź mnie do fortepianu – odważył się zażądać, wspierając się na łokciach i kątem oka dostrzegając leżący na podłodze zegarek. Widok zabolał go niemalże fizycznie, tylko cudem powstrzymał się od zasypaniem Lilly lawiną przeprosin za podobne traktowanie. Niewątpliwie zrobi to później, gdy zostanie już z przedmiotem sam na sam. Póki co wetknął go pomiędzy warstwy bandaża oplatające okolice jego pasa.
- Nigdy nie widziałem kwestii Koszmarów z takiej perspektywy… - Skoro już był w stanie, wrócił do wypowiedzi Iris, podnosząc się za jej pomocą do pozycji siedzącej. – Niektórzy wciąż nie wierzą w ich istnienie, nawet w Inkwizycji słyszałem relację tylko o pojedynczych przypadkach posiadających świadomość… Inne, cóż, nie były bardziej rozumne od przeciętnego owada – dopowiedział, popadając chwilowo w głębsze zamyślenie. Przypadkiem, już z przyzwyczajenia powiedział o słowo za dużo, zdradzając swoją dawną przynależność do Inkwizycji. Uznał historię demonicy za przykrą, nawet jeśli twierdziła, że nie inne z Koszmarów zrozumieją emocje lepiej. Nie mógł oprzeć się wrażeniu – Iris z pewnością musiała być bardzo samotna. – Nie cieszysz się jednak, że otrzymałaś… nie wiem, pewnego rodzaju szansę? Wiele istnień powstało z przypadku! – obruszył się ostatecznie, wykrzywiając usta w bliżej niezidentyfikowanym grymasie.
Usiłował sięgnąć pamięcią do innych wypowiedzi rozmówczyni, jakby chciał wyłapać resztki snu od razu po przebudzeniu. Przychodziło mu to z niemałym trudem, więc zamilknął.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Iris
Pożeracz Mięsa
Pożeracz Mięsa
avatar

Liczba postów : 50
Join date : 18/09/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Czw Lis 03, 2016 8:29 pm

Jej mimika twarzy uległa drobnej zmianie ukazującej zdziwienie z szczyptą ciekawości. A to wszystko przez jego dłonie, które powiodły na szerokie uda Iris. Lecz szybko puściła to mimochodem, a na komplement przytaknęła z niewielkim, acz przyjaznym uśmiechem. Zaraz po tym, gdy ten zdołał wreszcie opanować swe ciałko, pomogła mu wstać, usadawiając lada moment na wygodniejszym od ziemi krześle. I to bez problemu. Jak już wcześniej mógł przekonać się o jej sile, tak teraz miał dowód. Bez dwóch zdań, zadzieranie z nią byłoby kiepskim pomysłem.
- Zaaaaaprowadzę jak znajdę laskę, tymczasowy ka-le-ko - i mówiąc to, odwróciła się z gracją na pięcie, wymachując mu ogonem przed nosem. Zaczęła przechadzać się po pomieszczeniu, szukając jakiegoś przedmiotu zdatnego do użycia jako laski. Słuchała też tego, cóżże ma do powiedzenia. W jej oczyskach aż zaświecił się ogień ciekawości, gdy wypadło kilka słówek na temat inkwizycji. Lecz mimo to, kontynuowała zadanie, wykonując je ostatecznie pomyślnie. Gdzieś w rogu pomieszczenia, głęboko w szafie i stercie rupieci w środku, zdołała znaleźć przedziwny artefakt. Była to laska, ale nie byle jaka. Stara, wykonana jednakże z wytrzymałego drewna hebanowego. Do tego elegancka, grawerowana rączka, która świetnie trzymała się w ręce. Wywinęła nią kilka razy, postanawiając powrócić do Lynna.
- Cieszę się! Mogę bawić się z ludźmi, ścigać ich, patrzeć na strach! Potem walczyć, to bardzo kocham, a na końcu zabić i zjeść! Uwielbiam tę zabawę. Albo patrzenie jak cierpią z powodu ran, rozrywani od środka. Luuubię też jak wyciągnę ich organy, a oni trzymają je taaacy przerażeni - mówiła poważnie, dość szczęśliwie, a chichot ubarwił tylko to w bardziej rzeczywistą, makabryczną otoczkę, gdyż wszystko to wychodziło z jej ust bardzo naturalnie. - Choć nie martw się. Wybieram... silniejszych! Bardziej odważnych! Zwyczajnych luuudzi nie tykam. Nie ma w tym satysfakcji... bo wiesz, wooole jak mnie widzą. Chyba że znęcają się nad słabszymi! Tacy... um... bandyci! Tak ich nazywacie. Ich ubóóóóśtwiam straszyć nawet jeśli mnie nie widzą, bo psują często naturę... - stanęła naprzeciwko niego, nachyliła się nieznacznie i podała laskę pod samą rękę. Jednak nie cofała się, wpatrując głęboko w jego oczyska. - Wiesz dużo o inkwizycji i koszmarach. Więcej niż zwyczajny człowiek... - zmrużyła nieznacznie brwi. Atmosfera nieco zgęstniała - Pooowiedź mi co o nich wiesz i chooodźmy w dół! Na parterze mam forteeepian. Zabrać Twoje rzeczy? Chyyba są jeszcze mokre - mruknęła ostatnie zdanko niepewnie, cofając facjatę. Miała dzisiaj wyjątkowo dobry humor. To było pewne.

___________________
LINKI JESZCZE NIEAKTYWNE - TESTOWE
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Pią Lis 04, 2016 10:00 pm

Brzydził się jej słowami. Wiele niechęci odczuwał zarówno do niekończącej się walki Inkwizycji i wiedźm, a także do zwykłego ludzkiego zakłamania, jednak nigdy nie mógłby odczuwać przyjemności z świadomego zadawania bólu drugiej osobie, zwłaszcza w sposób, jaki czyniła to Iris; nie dla zemsty, nie w imieniu sprawiedliwości, a jedynie by zaspokoić swoje chore zachcianki. Powstrzymał się od pierwszego komentarza nasuwającego mu się na myśl, nie chcąc jej prowokować – miała przecież więcej siły, nawet gdy nie był obłożnie ranny. Nigdy nie był jednak dobry w trzymaniu języka za zębami, podczas gdy sytuacja wyraźnie tego wymagała. Póki co, rozmawiali. A to było oznaką zrozumienia, więc czuł się bezpiecznie, na ile tylko bezpiecznie może czuć się człowiek w obecności Koszmara.
- Jeśli naprawdę jesteś taka silna… Naprawdę wciąż odczuwasz satysfakcję z czynności, którą najprędzej przyrównać można do rozgniecenia robaka podeszwą buta? – Nie zamierzał jej nawracać, ani prawić kazań, co nie do końca szło w parze z jego usposobieniem. Wciąż czuł się oszukany przez wiedźmę będącą sprawczynią wszystkich jego ran. Uczono go niegdyś, iż Koszmary nie znają pojęcia empatii, ale bzdur, jakie wciskano mu w Akademii, nie sposób było przyrównać do realiów, jakie zastały go w świecie rzeczywistym. Nie wydawał ostatecznej oceny, postanowił delikatnie wybadać jej punkt widzenia. – Czy człowiek nie reaguje na ból zawsze w podobny sposób? Doprawdy, wspaniała rozrywka – odparł, nie tępiąc jawnie jej zachowania, a usiłując pojąć uciechę płynącą z podobnego postępowania.
Odebrał laskę ze skinieniem głowy, z niemałym trudem powstając na równe nogi. Drżał z wysiłku, ale uznawał to za lepsze od leżenia na ziemi pod Koszmarem. Skorzystał więc z okazji, drepcząc maleńkimi kroczkami we wskazanym kierunku. Kiwnął głową na zadanie przez Iris pytanie, odwracając się i tłumacząc jeszcze, że właśnie tam trzyma swoje podręczne skarby.
Podróż po schodach nie należała do najprzyjemniejszych, co chwila musiał się zatrzymywać, gdyż w oczach mu ciemniało i niewiele brakowało, by zszedł z nich w przyspieszonym tempie – zwyczajnie turlając się po nich jak bezwładny worek ziemniaków. Jeśli Iris nie odeszła za daleko, próbował oczyścić się z zarzutów, doskonale zdając sobie sprawę z jej niechęci do Inkwizycji. Tłumaczył, decydując się na szczerość:
- Znam Inkwizycję od strony kuchni… niegdyś miałem z nimi więcej wspólnego, niż bym tego pragnął. Dziś uświadomiłaś mnie, że wciąż nie wiem o Koszmarach zupełnie niczego… Jeśli jednak interesuje cię organizacja, która za cel obrała sobie zostawianie popiołów i zgliszczy, gdziekolwiek postawi swoją nogę - proszę bardzo, pytaj. – Wzruszył lekko ramionami, czego od razu pożałował, czując szarpanie w szyi. Zerknął na nią, pokonując ostatnie stopnie i stawiając nogi na parterze. Stąd wiedział już, gdzie się kierować; fortepian stał w dogodnym miejscu salonu, idealnym pod względem akustyki.
Zignorował siedlisko przy fortepianie, odstawiając laskę i opierając się o jego solidną, drewnianą konstrukcję, bo gdyby usiadł, zapewne nieprędko podjąłby próbę podniesienia się bez niczyjej pomocy. Otworzył powoli klapę, stukając palcami w klawisze, odruchowo i bez większego pomysłu grając początek powłóczystej sonaty, pierwszej, która przyszła mu na myśl. Urwał, nim melodia na dobre zdążyła się rozkręcić. Odsunął dłoń od instrumentu, przez chwilę oddając się zamyśleniu. Koszmar nie kłamał, pojedyncze nuty nie były czyste. Nigdy nie miał tego przesadnie wyczulonego zmysłu słuchu, a może artystycznej wrażliwości, aby krzywić się z powodu nieodpowiednio naciągniętych strun. Sam niegdyś grywał, jednak najczęściej robił to z przymusu, co powoli, ale skutecznie zabiło w nim pasję. Wiedza, siłą rzeczy, pozostała w jego głowie, dlatego dostrzegał problem, a nie byłby sobą, gdyby dojście do jego źródła nie sprawiło mu charakterystycznej przyjemności.
- Podaj mi klucz nastawny… - rozkazał odruchowo, wyciągając dłoń niczym doktor do siostry podczas pochłaniającej operacji. Dopiero po chwili zrozumiał, że się rozpędził. – Proszę. Powinien być wewnętrznej, dolnej kieszeni płaszcza. Długi na pięć cali, z drewnianą rączką. A, i śrubokręt. I chustę. I rękawiczki – Wymieniał swoje życzenia, w głowie układając już plan, łącznie z zastępstwem profesjonalnego klucza do stroicielskiego i tłumików. Gdy otrzymał swoje narzędzia (albo wziął sobie je sam), przeszedł do działania. Okręcił metalową część śrubokręta kawałkiem materiału. Założył rękawiczki, wyglądając iście kretyńsko, ale jak podejrzewał – Koszmar nie zwróci uwagi na jego wygląd. Dostał się do wnętrza instrumentu, odsłaniając jego mechanizm, od razu płasko kładąc dłoń na strunach. Wsunął pomiędzy nie śrubokręt, uderzając w pierwszy klawisz, drugą dłonią operując kluczem w poszukiwaniu dobrego tonu. Nie było to proste zadanie, głównie przez jego ograniczone zasoby narzędzi, ale też przez zwyczajną mozolność pracy. Na dłuższą chwilę odpłynął, poświęcając fortepianowi całą swoją uwagę, ustalając pojedyncze barwy, ustawiając wysokości dźwięków i odległości między nimi. Zdołał nawet zapomnieć, że stoi nad nim Koszmar imieniem Iris, pogrążając się w ciszy, którą przerywało dźwięczenie nut bez ładu i składu.
- Wspominałaś też coś o wiedźmach z… Uroboros? – przypomniało mu się nagle. Zerknął na nią kątem oka, nawet na moment nie przerywając pracy, z precyzją i wyczuciem kontrolując naprężenie strun. – Tamta opętana suka też coś o nich bredziła – mruknął ciszej, jakby do siebie. Prędko pogodził się z losem, nie było mu szkoda wiedźmy, która chciała go zabić, choć zazwyczaj walczyłby o możliwie pokojowe rozwiązanie. Teraz miał ochotę się zaśmiać na samo wspomnienie słów Iris: „zjadłam ją”.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Iris
Pożeracz Mięsa
Pożeracz Mięsa
avatar

Liczba postów : 50
Join date : 18/09/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Sob Lis 05, 2016 12:51 am

Patrzyła na niego, czekając aż ten zabierze od niej laskę. Przy okazji wysłuchując co takiego miał do powiedzenia. Wraz z przedstawieniem pytanek i odebraniem drewnianego przedmiotu, postanowiła odpowiedzieć w drodze do salonu, zabierając uprzednio jego rzeczy za pomocą zwinnego ogona.
- A myślisz że czemu kooooooochaaaaaam walczyć i... jak mówiłam, wybieram silniejszych? Czyżbyś mnie nie słuuchał dobrze? W każdym razie, nie łapię się za karaluchy. Chce się bawić, walczyć! Zgniatanie jest nuuuudne! - ziewnęła teatralnie, przeciągle. - I nie sprawia satysfakcji. Choć kiedyś... zabijałam ludzi bez względu na to! Ale wtedy nadawałam im sens! Zmieniałam w sztukę, ot co! Było to jednak spowodowane... um... irytacją, chyba... nie jestem w tym dobra... I byłam głodna... - powiodła rączką na kark i przeczesała leniwie włosy, robiąc małą pauzę w rozmowie, na przemyślenie. - A ludzie i ból... Faaakt, reagują podobnie! Ale, ale! Gdy to taki głupi głupek, co rzuci się na mnie pewny siebie, sądząc że łatwo mnie pokona, to aż przyjemnie patrzeć na jego cierpienie! A jeszcze niektórzy starają się to ukryć. Choć w większości to przywilej głupców, samotnych Inkwizytorów i wiedźm  - odpowiedziała na pytanko, schodząc w dół. Wtedy do jej długich i czujnych uszek doszły kolejne słówka. Zakodowała w głowie, nie przerywając, pozwalając mu na wypowiedź bez przerywników. Nawet wraz z zejściem nic nie mówiła, a po prostu kontynuowała chód za Lynnem. Jej twarz nie wyrażała żadnych złowrogich zamiarów, jak i język ciała. Czuła się raczej swobodnie w jego towarzystwie, machając miarowo, leniwie ogonem na boki, na którym zwisały jego rzeczy. Choć odrobina ciekawości była wymalowana przez inkwizycyjny temat. Aż tu doszło do wymiany nut. I w przeciwieństwie do niego, zaciskała lekko ząbki na nutach, które były wygrywane fałszywie przez fortepian.
Wraz z rozkazem, przekrzywiła pytająco głowę na niego. Nie była zła czy wkurzona przez tryb w jakim to powiedział, bez magicznych słów. Ale ewidentnie nie miała pojęcia o czym zegarmistrz mówił. Wraz z wyjaśnieniem, przytaknęła żwawo głową i z dziecięcym ogniem chęci pomocy, wyciągała przedmiot raz po drugim, w pazurkach na tyle delikatnie, by przypadkiem czegoś nie porwać. Podała i zaczęła wpatrywać się w jego pracę. Wzrok pełen magicznego zafascynowania. Ani myślała, by przerywać mu robotę czy w jakiś sposób przeszkadzać. Dlatego też usadowiła swoje pośladki na taboreciku w milczeniu, ani na chwilę nie odchodząc oczyskami, będąc gotowa na jego ewentualne prośby.
Choć nie była to prośba, do jej uszek doszło pytanie. Wyrwała się z transu magicznej obserwacji jego poczynań, od razu odpowiadając na pytanie.
- Pewnie, że opętana! Mam wieeeele z nimi zabawy! Super walczą! Ale nawet jak na nie... troszku są... dziwne. Poooodobne do siebie, jakby... Były głową w innym świecie! Zabijają kogo popadnie, chcąc spożyć ich... Umm... jak to nazywają... życiową energię. To ponoć pozwala im na nabycie drugiej natury zdolności, bo jaaak wiesz, wiedźmy powinny mieć tylko jedną! Raaaaz jedną złapałam, nie zabijając, ale była słabsza od innych. Cieeekawa co mi powie. I choć było trudno, bo musiałam użyć naaaprawdę duuuzio swojej magii bólu, to w końcu otworzyła się. Mówiła, że ludzie z Uroboros starają się zrozumieć mocy wiedźm, tworzyć je i kontrolować. Ale tu mam na myśli wiedźmy, a nie ich zdolności! To... tyle co wiem... - mówiąc to, położyła pazurki na fortepianie, zerkając na Lynna. - MOOOGĘ JUŻ GRAAAĆ?! - zapytała błagająco, niczym prawdziwe dziecko, które zjadło obiad i czekało na cukierka.

___________________
LINKI JESZCZE NIEAKTYWNE - TESTOWE
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Nie Lis 06, 2016 6:02 pm

Wolał nie kontynuować tematu; zbyt często musiał się powstrzymywać od wtrącenia swoich trzech groszy. Gdyby nie miał do czynienia z Koszmarem, z pewnością przedstawiłby swoje racje w sposób bardziej dobitny. Ostatecznie wolał jej nie prowokować. Miał też obawy przed poznaniem wszystkich możliwości Iris – spodziewał się, że jej moce nie kończą się na ofiarowywaniu przyjemności i bólu. Wiedźma, z którą miał niedawno nieszczęście się "zmierzyć", należała do najsilniejszych, jakie w życiu widział. A Iris… cóż, nie wyglądała, jakby stoczyła ciężką walkę. Nie widział na jej ciele żadnych obrażeń, więc szczerze nie chciał wiedzieć, jakie osoby są w jej mniemaniu „silne”. Milczał więc, ewentualnie wydając z siebie westchnienia fałszywego zrozumienia i przytaknięcia.
Również podczas strojenia fortepianu, pozwolił jej mówić, nie przerywając jednocześnie swojej pracy. Uderzał w kolejne klawisze i przestawiając śrubokręt z materiałem między kolejne struny, nabierając powoli coraz więcej wprawy i rozpędu. Opowieść Iris zdawała mu się ciekawa, jednak nie czuł potrzeby dopytywania o więcej. Czasy, w których angażował się w podobnymi kwestie, minęły bezpowrotnie. Teraz szczytem jego marzeń było stanie z boku, z dala od niekończącej się wojny i konfliktu pomiędzy wiedźmami a Inkwizycją. Bardziej z grzeczności niż zainteresowania, zapytał:
- Energię życiową? Nie rozumiem więc, dlaczego więc padłem ich ofiarą… Nie jestem zbyt atrakcyjnym przypadkiem, jeśli o to chodzi… - zastanowił się na głos, chociaż podejrzewał, że zwyczajnie był pierwszą lepszą osobą, która napatoczyła się wiedźmie na drogę i dała się tak łatwo nabrać na odegraną scenkę. Ta myśl wcale go nie pocieszyła. – Ciekawe, czy Inkwizycja już o nich wie… - westchnął, mrużąc oko, prędko spostrzegając się jednak, że losy Inkwizycji nie powinny go już w najmniejszym stopniu obchodzić. – Wiesz, co mnie jeszcze zastanawia? Niegdyś słyszałem o istnieniu wiedźm, kontrolujących umysły Koszmarów… podobno w Cyrku urządzają dzięki temu zjawiskowe pokazy. Ciekawe, co by się stało, gdyby taka wiedźma natrafiła na ciebie… - Sam, niestety, miał okazję stanąć oko w oko z takim przypadkiem. Pogrążył się w przypuszczeniach, zaraz jednak podrywając się lekko, gdy Iris przystawiła swoje palce do instrumentu.
- NIE! Oczywiście, że nie! Nie widzisz, że pracuję!? Jak z dzieckiem, a nawet gorzej! – Podniósł na nią głos, jakby zapominając, że jest (prawdopodobnie) dorosłą osobą, a w dodatku może go pozbawić życia szybciej, niż by się tego spodziewał. Odezwał się z nim nawyk, jakim obdarzał Shilvię. Całe szczęście, nie skorzystał z odruchu użycia laski. – To żmudna, długotrwała praca, Iris. Jeśli ci się nudzi, opowiedz mi coś jeszcze o sobie. Albo… o tym miejscu. Jak rozumiem, nie należało zawsze do ciebie, prawda? – domyślał się, chociaż nie był pewny, czy chce znać historię, zapewne, „zjedzenia” właścicieli tego domostwa. Nie minęło więcej niż pół godziny, gdy zadowolony, choć lekko zmęczony, oznajmił:
- Proszę bardzo, skończyłem. Jest już do twojej dyspozycji. – Uśmiechnął się, ściągając chustę z śrubokrętu i zdejmując rękawiczki. – Życzysz sobie czegoś jeszcze? – zapytał, nawet lekko się kłaniając.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Iris
Pożeracz Mięsa
Pożeracz Mięsa
avatar

Liczba postów : 50
Join date : 18/09/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Nie Lis 06, 2016 10:21 pm

Patrzyła na pracę, skłonna lada chwila nacisnąć klawisze, niecierpliwiąc się. Pytania zapamiętała, ale nie odpowiedziała, będąc zmuszona nieco się nad nimi nagłowić. Poza tym przeczuwała, że mężczyzna będzie chciał wtrącić jeszcze kilka słów do pełnej wypowiedzi. Kolekcjonowała je i czekała na dogodny moment, dostając jeszcze opieprz, na który zareagowała cofnięciem pazurków i nadymaniem polików w akcie złości. Na szczęście dla Lynna, morderczyni nie postanowiła oddać się swej naturze, a zachować względny spokój i obejść się smakiem naciśnięcia klawisza. Usiadła bokiem, założyła nogę na nogę, a wraz z zadaniem czegoś, co mogłoby zniszczyć zwiększającą się nudę, postanowiła otworzyć usta.
- Niiim na to odpowiem, to ten... Myślałam o tej energii życiowej, ale nieeestety, tak samo nie wiem jak i Ty. Po prostu o tym paaaplają zawsze gdy walczą! Nuuudne to - odpowiedziała na pierwsze. - Co do tej wiedźmy, nie słyszałam nigdy o niej. Ale brzmi jak zabawa! Choć to nieco nie fair z właaadaniem umysłem... - znów oddała się chwili zadumy, wchodząc w swój jakże interesujący świat wyobraźni. Po namyśle wróciła do wydawania dźwięków z pomocą ust. -Taak. Prawda, nie należał on do mnie... Ale... tutaj powstałam! Byłam bardzo zdezorientowana. To takie... przyjście na świat, którego w ogóle się nie zna! Nawet samego siebie. Dooość frustrujące... i nieopisane. Lichwiarz zamieszkiwał ten dom. Grał akurat na tym fortepianie. Ja słuuchałam... Było to wspaniałe! On zauważył mnie w lustrze, które jest naprzeciwko teeego superowego instrumentu. No... i... ten... troszku się wystraszył. Wziął broń i chciał mnie zastrzelić! To była jedyna osoba, której nie chciałam zabijać! Ale wtedy... chyba się bałam. To było dość dawno. Zareagowałam szybciej niż pomyślałam i go zabiłam... Szczegółów tego raaaaczej nie chciałbyś poooznać, wy ludzicie nie lubicie (...) - i kontynuowała. Opowiadała o swoim umiłowaniu do przyrody, uratowaniu przez członków Inkwizycji, wspólnych zabaw właśnie niedaleko domu lichwiarza, które owocowały w dość niebezpieczne bitwy. Nauki języka, zrozumienia tego, co czują ludzie, czy też trzymanie się zasad o nie zabijaniu śmiertelników dla zabawy. Problemy z pojęciem kodeksu moralnego, przechodząc do śmierci swego przyjaciela - Christophera, przez Inkwizycję, wybuchu jej nienawiści i rzucenie się w tej fali ku "artystycznym" morderstwom. Dziesięć luźno opisanych lat, w których wyszumiała się i uspokoiła, przestając masakrować tak słabą rasę, szukając tylko tych najsilniejszych i starając się zabijać "złych". Po tym dała czas na komentarz od Lynna, aż w końcu doszło do pozwolenia na ruszenie klawiszami. Od razu się zerwała, a w jej oczach zaiskrzył jeszcze jemu nieznany płomień pełen pasji, entuzjazmu i zadowolenia. Nie patyczkowała się, od razu musiała wyrzucić z siebie kilka nut. I to w dodatku wybrała utwór, który należał do zdecydowanie cięższych w zagraniu. Beethovena, sonata księżycowa, trzecią część. Podczas tego po prostu odpłynęła. Grała z niebywałą gracją, zapewne sobie nieznaną delikatnością, poświęcając się całym swym umysłem i ciałem na zmysłowym wygrywaniu nut za pomocą instrumentu. Na szczęście w połowie drogi oprzytomniała, zwróciła uwagę na Lynna, o ile ten nie wyszedł i zaprzestała gry, schodząc z taboreciku.
- Nie, już niczego nie chcę. Dziękuje! Bardzo dziękuje za nastrojenie pianina! To wieeeele dla mnie znaczy, Lynn! Umm... A, tak! Zapewne chcesz już odejść ode mnie - i tu uśmiechnęła się bardzo przyjaźnie. - Odpocząć pod swoim dachem, z dala od brzyyydkiego i baaardzo groooźnego Koszmara, praaawda? - wyszczerzyła aż kiełki z szczyptą złośliwości. Odwróciła się zwinnie na pięcie, wykonując do tego wymach ogonem. - Jak chcesz, możesz tu przychodzić kiedy chcesz i zostać na tyle, ile pragniesz - zaczęła aż odbijać się od podłogi, podskakując w błogim zadowoleniu, ku drzwiom wyjściowym, wprost na główny, długi korytarz, udekorowany w obrazy. Stanęła przy drzwiach, otworzyła szybko ogonem czekała na niego.

___________________
LINKI JESZCZE NIEAKTYWNE - TESTOWE
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Pią Lis 25, 2016 10:18 pm

Gdyby tylko nie był tak przeraźliwie zmęczony i obolały, z pewnością zdołałby się przejąć słowami demonicy o wiele bardziej. Podczas strojenia instrumentu słowa dochodziły do niego z pewnym opóźnieniem, jakby głoszone były z ambony wielkiej sali, a nie bezpośrednio do niego. Zapewne dopiero, gdy siądzie we własnym fotelu w posiadłości, wspomni to dziwaczne stworzenie, mające kaprys uratowania mu życia, a wraz z nią jej wszystkie opowiastki. Być może wtedy zmarszczy brwi, zaniepokojony losem Koszmarów, porzuconych samych sobie na tym wielkim świecie. Póki co funkcjonował jak we śnie, pracując automatycznie, właściwie i z wydajnością godną maszyny. Odzywał się co jakiś czas, przytakując lub odpowiadając półsłówkami, aby nie pomyślała, że odpłynął zupełnie.
- Czarne charaktery w powieściach mają to do siebie, że lubią zdradzać swoje okrutne plany na przyszłość, a przy okazji zwierzać się z popełnionych występków, jakby to miało im przynieść upragnione rozgrzeszenie – mówił spokojnym, zamyślonym tonem. – Dopiero dziś spostrzegłem się, jak wiele te debilne, fantastyczne książki mają wspólnego z rzeczywistością... czy tam na odwrót. I tamta wiedźma - jak zresztą każda baba – musiała skorzystać z okazji dorzucenia swoich trzech groszy, a bynajmniej nie obchodził ją fakt, że stałem z jedną nogą w grobie. – Nie chciał wypowiadać tego na głos, ale w jego głowie pojawiała się niepokojąca myśl; miał nadzieję, że kobieta cierpiała. Długo. Adekwatnie do tego, co mu uczyniła. Tłumił w sobie to nastawienie, przerażony własną bezsensowną bezwzględnością. Pozwolił sobie wtedy na dłuższe milczenie, wsłuchując się w grę stworzenia.
Niegdyś grywał inne sonaty Beethovena na cztery ręce z nauczycielką, więc jego pierwszym odruchem było dołączenie do siedliska Iris. Prędko jednak spostrzegł się, że przeszkadzanie jej byłoby czymś na wzór świętokradztwa. Opierał się więc o fortepian i słuchał koncertu dla jednoosobowej publiczności. Nawet jeśli nie miał w sobie zmysłu artystycznego, potrafił jednak dostrzec wysoki poziom, jaki reprezentowała gra Koszmara. Czuł, że nie na miejscu jest nawet głośniejsze nabranie oddechu.
Muzyka urwała się nagle, a on otrząsnął się ze słodkiego stanu niemyślenia, skupiony wyłącznie na rozkosznych drganiach rozchodzących się w powietrzu i powłóczystych ruchach palców demonicy. Był oczarowany, aż uderzyła go absurdalna myśl, że... do cholery, kto mu uwierzy, jeśli będzie chciał opowiedzieć o tym, co dziś dane mu było ujrzeć i doświadczyć?! Nie skomentował tego nawet w żaden sposób. Komplementowanie kobiet nie przychodziło mu łatwo, a i cieplejsze słowa skierowane do Koszmara wybiegały poza jego wyobraźnię.
Przestąpił kilka kroków, oczywiście przy pomocy otrzymanej laski, znajdując się przy oknie i przez nie wyglądając. Dopiero po chwili wrócił wzrokiem do Iris. Nie ukrywał, że najchętniej znalazłby się pod dachem swojego domostwa, nawet jeśli nie doświadczyłby w nim ani ciepła, ani opieki, jakiej niewątpliwie właśnie potrzebował.
- Jest wciąż ciemno, a ja znajduję się w środku nieznanego mi lasu. Byłoby szkoda, gdyby twój trud, jaki włożyłaś w łatanie mnie poszedł na marne, nieprawdaż? Czuję, że powinienem iść, nim twój dobry humor minie... Obawiam się jednak, że moja podróż może skończyć się już na schodach wyjściowych – westchnął z lekkim uśmiechem. – Jestem wdzięczny za wszystko, co dla mnie zrobiłaś, szczerze. Zszyłaś moje rany, opatrzyłaś oko... które à propos nie ma już szans na odratowanie, czyż nie...? – zapytał, nim zdążył się ugryźć w język. Jeszcze nie potrafił się pogodzić z tą myślą. – Nie, nie odpowiadaj. Głupie pytanie. Pomóż mi się ubrać. Jeśli nie masz nic przeciwko, zostanę tu do rana – wskazał brodą wersalkę znajdującą się w przeciwnej stronie pomieszczenia.
Jeśli Iris przystała na jego propozycję, spędził noc w domu lichwiarza, żywiąc wielką nadzieję, że Shilvia nie zabije go za kolejny raz, gdy pojawi się w pracy wyglądając jak trup, tylko po to, aby zostawić na drzwiach zakładu zegarmistrzowskiego wywieszkę w uprzejmych słowach obwieszczającą treść „Ni chuja, dziś nie pracuję”. Wraz z świtem udało mu się zwlec z łóżka. Odszedł, wciąż nie potrafiąc uwierzyć, że po raz wtóry udało mu się oszukać śmierć. Nim ruszył w dalszą, samotną wędrówkę zgodnie z wytyczonymi instrukcjami Iris, obiecał jej odwdzięczyć się, jednocześnie będąc świadomym, że niemożliwością będzie spłacenie tak ogromnego długu.

/zt x2

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Iris
Pożeracz Mięsa
Pożeracz Mięsa
avatar

Liczba postów : 50
Join date : 18/09/2016

PisanieTemat: Re: Ponury Dom Lichwiarza   Pią Gru 16, 2016 6:31 pm

Elegancka koperta. Zapieczętowana przez czerwony wosk z wyrytym nań symbolem klucza. Samo to mogło zachęcać do zerwania jej i zerknięcia do wnętrza. W środku list na czystej, białej, zgiętej w pół kartce. Pismo bardzo stylowe, kunsztowne, po prostu kaligraficzne, zadbane i pozbawione większych błędów ze strony wizualnej. Treść brzmiała:
Treść listu:
 

Zlecenie na czyjąś głowę, a na dodatek nie byle jakiej. Wysokiej klasy, opłacane przez sam "rząd" i podatników. Nie chcąc brudzić sobie rąk i tracić swoich ludzi, płacili hojnie za usunięcie swych problemów. Warte przyjęcia.


Dom Lichwiarza.
Pogoda dopisywała. Czyste niebo, choć z dodatkiem nieprzyjemnego, zimowego chłodu. Dość jasno, przejrzyście, co wpływało pozytywnie na pierwsze oględziny wokół. A to było warto zrobić, gdyż list nie kłamał. Pułapki były i to całkiem nieznośne. Takie, przez które zerwanie liny kończyło się rozpaleniem dynamitu, używanego głównie przez górników. Niekiedy coś mniej wyrafinowanego jak zwyczajny alarm dźwiękowy, po pułapki mające za zadanie złapać czyjąś nogę i uwięzić do góry nogami, na odpowiedniej wysokości. Mało skomplikowane ale efektywne.
Wszystko wyglądało na ciche, spokojne. Przygotowujący się Patroszyciel, który sądząc po otoczeniu, musiał posiadać nie tylko bomberki, ale i jakieś gnaty w postaci strzelb czy rewolwerów, które w tym wypadku dawały mu cholernie wielką przewagę. Podchodzenie do tejże rozpadającej się rudery mogło powodować ciarki, jakby miał to być ostatni krok, bo zaraz ktoś wyskoczy i wyrzuci serię, a to nawet i dla wprawnych ludzi byłoby nie do ominięcia. Lecz nic takiego nie nadchodziło, nawet jeśli ktoś by się aktualnie zbliżał. Zamiast tego, antagonista od czasu do czasu krzyczał. Panicznie darł się, uciekał i strzelał. Niestety, nie do osób z zewnątrz, a do jakiejś w środku. Coś działo się tam i raczej nie był to taniec czy zwykła, spokojna impreza. Plotki o nawiedzeniu okazać się mogły prawdziwe. Pozostało wejść do środka i przejść na pierwsze piętro, na którym działa się główna akcja.

___________________
LINKI JESZCZE NIEAKTYWNE - TESTOWE
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Ponury Dom Lichwiarza
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Ponury las

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Lasy :: Ponury bór-
Skocz do: