IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Rezydencja Cavendishów

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Rezydencja Cavendishów   Sob Gru 10, 2016 9:54 pm

Olbrzymich rozmiarów rezydencja Cavendishów, znajdująca się w niewielkiej odległości od miasta. Do rodziny należą tereny leśne, używane średnio kilka razy w roku do polowań. Sama posiadłość ogrodzona jest w większości murami, obejmującymi również niewielki staw, bogaty ogród, przybudówkę dla służby, stajnię i altanę. Drogę od wysokiej bramy do wejścia wyłożoną białymi kamieniami zdobi również żywopłot i kwiaty różanecznika.
Jeśli chodzi o samą rezydencję, mieszka w niej wiele pokoleń, dziesiątki ludzi, których łączy to samo nazwisko oraz obrzydliwie wielki majątek. Chcąc zwiedzić wszystkie pokoje i niekończące się korytarze należałoby zarezerwować sobie przynajmniej wolny tydzień, dlatego też dla domowników niektóre tereny wewnątrz wciąż potrafią zaskakiwać. Widok krzątającej się służby jest tu na tyle powszechny, że nikt nie zaszczyca ich już nawet spojrzeniem.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Nie Gru 11, 2016 1:33 am

Minął dopiero rok od ich spotkania, a mogłoby się wydawać, że znali się już od wieków. Trójka przyjaciół spędzała ze sobą praktycznie każdą wolną chwilę i można powiedzieć że w sumie wiedzieli o sobie wszystko. No… Prawie wszystko. Matthew jeszcze ani razu nie widział na oczy miejsca, w którym zwykł mieszkać jego najstarszy przyjaciel, co miało się dziś zmienić.
Najmłodszy z nich, był już gotowy do wyjścia. Dawno niczym się tak nie ekscytował, naprawdę. Lynn po raz pierwszy zaprosił go do swojej rezydencji. Czuł lekką tremę, ale był zbyt ciekawy tego wszystkiego, by schować się pod łóżko i nie przyjść, chociaż kiedyś byłoby to jego zupełnie naturalną reakcją. Trochę się przez ten czas , i nie było tu mowy tylko o tych paru centymetrach wzrostu.
Pożegnał się z domownikami i już miał nacisnąć klamkę, by wyjść na umówione miejsce z Amonem, kiedy usłyszał stukot obcasów i wołanie swojej matki. - STÓJ!
Grace Borcke dopadła go z grzebieniem i zaczęła zaczesywać jego włosy, mówiąc przy tym. - Idziesz w gościnę, nie możesz wyglądać jak czupiradło.
- Ale mamo, żaden z nich nie będzie patrzył jak wyglądam, przecież… - Próbował się wyrwać, lecz nawet nie mógł skończyć, gdyż kobieta znowu mu przeszkodziła.
- Idziesz do posiadłości Cavendishów, a nie do jakiegoś pubu. Narobisz nam wszystkim wstydu!
- Mamo, ja muszę już iść! Umówiłem się z Amonem i zaraz się spóźnię. - Jęczał bezradnie, ale jak widać ten argument przemówił do rozsądku kobiecie.
- No dobrze… - Matka chłopca w końcu dała chwilę wytchnienia rudym kosmykom jego włosów. - Tylko pamiętaj, by się zachowywać! Leć już i się nie spóźnij. Pozdrów ode mnie kolegów.
Chłopiec uściskał jeszcze matkę przed wyjściem i pomknął na umówione z blondynem miejsce, po drodze oczywiście kupując kwiaty. W końcu dotarł tam gdzie miał dotrzeć i to do tego w samą porę. Zdziwił się, że jego kolegi jeszcze tam nie było, ale no nic, zapewne zaraz się zjawi. Matthew tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia gdzie znajduje się dom Lynna, a znał jedynie jakieś krótsze opisy tego jak wygląda owa rezydencja. Lecz czas mijał, a jak Amona nie było tak nie było.
Kiedy sterczał tam już tak piętnaście minut zaczął się strasznie denerwować, a przyszło mu czekać jeszcze kolejne i kolejne. Zegar wybił już pełną godzinę od chwili w której mieli się spotkać. W końcu nie wytrzymał. Czyżby przyjaciel tak po prostu go olał? Miał go ochotę zadusić gołymi rękoma. Lecz nie miał teraz czasu na to, by się na niego złościć. Musiał się jakoś w tej właśnie chwili dowiedzieć jak dostać się do miejsca, w którym jeszcze nigdy nie był. O rany, co robić? Począł się jak idiota pytać ludzi na ulicy czy przypadkiem nie wiedzą gdzie to jest i jak tam dojść. W końcu dostał odpowiedź, która nie ograniczała się do “gdzieś pod Wishtown” i do tego jaką! Mężczyzna dokładnie odpowiedział mu jaką ulicą powinien wyjść, a nawet powiedział mu o skrócie. Matthew nie namyślał się ani chwili dłużej tylko pognał w stronę, którą wskazał mu ów przechodzień.
Pech chciał, że po drodze dopadł go deszcz, chociaż nazywając to deszczem jest małym niedopowiedzeniem. Jakby w niebie pękła tama, byłoby lepszym określeniem na to co się działo. Świat oczywiście uwielbiał się znęcać nad małym Matthewem i okazało się jeszcze, że ów skrót prowadził przez jakąś polną, ledwo wydeptaną dróżkę porośniętą krzaczorami. Chłopak westchnął tylko. Nie miał przecież wyboru, a i tak był bardzo spóźniony.
Przedzierał się przez tą niewdzięczną drogę wiekami, a po drodze zdążył jeszcze wpaść w krzaki, oraz świeżą kałużę. Zdawać, by się mogło, że gorzej być nie może, gdy nagle światełko na końcu tunelu. Zza drzew wyłoniła się ogromna posiadłość. Czuł się teraz jak żydzi po 40sto letniej tułaczce po pustyni. Ziemia obiecana. Nogi bolały go niemiłosiernie, lecz zdobył się na ostatni już bieg ku upragnionemu celu.
Zdyszany znalazł się już przy samej posiadłości, z tym że zaszedł chyba od tyłu gdyż, jedyne co zrobił to pocałował jakiś mur otaczający rezydencję. Co jak co, ale budowla wydawała się naprawdę olbrzymia z tej perspektywy. Lecz nie był to teraz odpowiedni czas, by ją podziwiać, musiał się jakoś dostać do środka. Wspinać się na mur nie było co, więc postanowił go obejść i poszukać jakiegoś wejścia, czy coś.
Natknął się w końcu na istne bramy do raju, otoczone żywopłotem i wybrukowane białym kamieniem, aż na jego usta sam wepchnął się uśmiech. Powoli podszedł do wielkich drzwi, cały ociekając wodą i przecierając przemoczone okulary ręką. Spojrzał jeszcze na swój bukiet (albo to co z niego zostało), uwiesił się kunsztownej kołatki i ostatkiem sił zapukał do wielkich drzwi.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Nie Gru 11, 2016 2:41 pm

Lynn od najmłodszych lat, a właściwie od czasu, gdy dostał swój pierwszy zegarek, wyrobił sobie nawyk częstego sprawdzania godziny. Bezsensownego, zbyt często dla samego rzucania spojrzenia na tykające miarowo wskazówki. Dziś nie było inaczej. Gdzieś w kącie umysłu potrafił spostrzec, że jego przyjaciele znacznie się spóźniają, ale w bezpiecznym i ciepłym zaciszu swojej pracowni zupełnie go to nie ruszało.
Poprawił kalkę na papierze, oddychając spokojnie, odznaczał przebijające się kształty cienkim rysikiem węgielka. Rozkoszował się ostatnimi chwilami ciszy i błogiej harmonii przed wtargnięciem do jego świętej utopii. Stłumił uśmiech, nawet na moment nie przerywając pracy, zupełnie ignorując szalejącą za oknem ulewę, której towarzyszyły przebłyski piorunów.
Tymczasem na zewnątrz od bram posiadłości Cavendishów, pośród kałuż kroczyła pewna służka, niosąc w ręku stalowe wiadro oraz parasol. Gdy znalazła się pod altaną, gdzie składowano drewno na opał, wypełniła je po brzegi ściętymi kłodami, chwytając jeszcze kilka z nich pod pachę. Już miała wracać do ciepłego wnętrza budynku, gdy gdzieś w oddali dosłyszała ciche pukanie, ledwie przedzierające się przez stukot deszczu. Zwróciła się w stronę bramy, zza krat strzelistych metalowych łuków dostrzegając rudą czuprynę. Zamrugała z niedowierzaniem. Od razu poznała chłopaka, nie było mowy o pomyłce, mimo że widziała go pierwszy raz w życiu. Jednak… do cholery, czego on oczekiwał? Słyszała doskonale; mieli wraz z tym zjebem, Amonem przybyć powozem, wtedy odźwierny otworzyłby bramy, widząc ich już z daleka. Matt, choć cóż, może i się wyróżniał, ale raczej nie miał szans przebić się przez pustkowia terenów wokół rezydencji.
Podeszła do bramy, stając na kamieniu i przez kraty zerkając na przemoczonego do suchej nitki chłopca. Przyglądała mu się z zaciekawieniem, najwyraźniej myśląc nad czymś intensywnie. Wkrótce z jej ust wydobył się cichy, nieporuszony głos:
- Nikt cię stąd nie usłyszy, Matthew – celowo użyła jego imienia, chcąc sprawdzić jego reakcję. Nie każąc mu dłużej czekać, wydobyła z fartucha pęk kluczy, otwierając bramę i ruchem ręki zapraszając chłopaka do środka. Wtedy miał okazję dostrzec ją w pełnej okazałości. Stała przed nim nieprzeciętnie wysoka, chuda dziewczyna o bladej karnacji, złotych oczach i kruczoczarnych włosach wydobywających się spod czepka w lekkim nieładzie. Na jej twarzy widniał rumieniec zmęczenia, była również przemoczona, głównie przez to, że parasol, który niosła, trzymała nad ciężkim wiadrem z belkami drewna, a nie nad sobą. Wpuszczając go na tereny posiadłości, zatrzasnęła bramy, otaczając go parasolem, zupełnie rezygnując z krycia się przed deszczem, choć wciąż usiłowała ocalić drewno.
- Panicz już czeka, zaprowadzę cię… - oznajmiła, gdy zaczęli już kroczyć ścieżką wysadzaną białymi kamieniami. Prowadziła go, zobowiązana do podtrzymywania rozmowy, co czyniła zgodnie ze swoją ciekawością. – Nazywam się Lillianne. Panicz tyle mi o tobie opowiadał, Matt. Mam wrażenie, jakbym znała cię od zawsze – kontynuowała, ale bóg jeden wiedział, ile w jej słowach zawierało się prawdy. A może już zaczęła prowadzić swoją grę opierającą się na zasadzie „ja dam ci sporo od siebie, a ty dasz mi jeszcze więcej”? – Amon pewnie się spóźni, czyż nie? To w jego stylu przyjść na gotowe… - dodała z przekąsem, marszcząc brwi. Nie zachowywała się jak typowa służąca, Matthew mógł to stwierdzić już na początku. Nie hamowała się, pozwalała sobie na więcej niż powinna. A co najgorsze – dopiero się rozkręcała.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Nie Gru 18, 2016 2:01 pm

Niemalże wisiał na kołatce, taki był zmęczony. Mimo jednak wszystkiego: piorunów, deszczu, chłodu i wycieńczenia, dzielnie walił w drzwi bram jęcząc przy tym żałośnie: - Halo! Proszę, mnie wpuścić…
Osunął się delikatnie na kolana nie wytrzymując już. Nie było chyba takiej rzeczy na nim, która nie byłaby do końca przemoczona, a robiło się coraz chłodniej, aż wróciła mu ochota na płakanie.
Nagle usłyszał swoje imię i zerwał się z krzykiem na równe nogi. Chwilę mu zajęło zanim zza mokrych szkieł dojrzał niewielką postać za bramą, która najwyraźniej znała jego imię. Na jego twarzy zaczęły się jawić delikatne pąsy. Po otworzeniu drzwi spostrzegł się już do końca, że była to po prostu jakaś dziewczynka, a on zrobił z siebie przed nią łamagę (jakby to było coś dziwnego). Na razie postanowił nie odzywać się do niej, by nie narobić sobie więcej wstydu, a jedynie ze zwieszoną głową przyglądać się białej dróżce aż do dotarcia do samych drzwi posiadłości. Tak, to dobry plan.
Okazało się być to jednak trudniejsze, niż mogło się wydawać, gdyż dziewczyna postanowiła pociągnąć rozmowę. Spojrzał na nią po raz kolejny. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że ta osóbka była służącą. Matthew poczuł się nieswojo. Była jeszcze dzieckiem takim jak on, chyba nawet w tym samym wieku. W jego domu wszystkie służki, były o wiele starsze od wszystkich domowników i zdarzyło się już parę razy że umierały ze starości. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że w sumie jeszcze młodsi od niego pracowali w ciężkich warunkach, albo głodowali na ulicy, lecz jakby za wszelką cenę starał się o tym nie myśleć, przecież jego to nie dotyczyło, nieprawdaż?
- Jestem Matthew. - Odpowiedział jej zmieszany, ale po chwili do niego doszło co zrobił, przez co zawstydził się i szybko dodał. - A-ale chyba o tym już wiesz, hehe… - Uśmiechnął się do niej niezręcznie robiąc wszystko co mógł, by nie zrobić z siebie jeszcze większego idioty.
- Och… T-to chyba dobrze. - Skwitował jeszcze jej wypowiedź o znaniu go. Chciał coś wypalić o tym, że akurat Lynn mu o niej o niczym nie mówił, ale na szczęście ugryzł się w język i raczył ją tylko tym swoim głupawym uśmieszkiem. Ciekawiło go jednak co mówił o nim Lynn, ale równie intrygujące było to dlaczego nigdy nie wspominał o tej dziewczynie, choć znając swojego kolegę, mógł z pewnością założyć, że nie zauważył jej po prostu.
Przez chwilę w milczeniu przyglądał się Lilianne. Prócz swojej aparycji różniła się jeszcze znacznie temperamentem od tego do czego przywykł. Jej zachowanie wręcz nie pozwalało mu na traktowanie jej jak jakiejś zwyczajnej służki, lecz raczej kogoś równemu sobie.
- Tak, zapewne to zrobi… - Matthew dalej popisywał się swoimi zdolnościami w prowadzeniu rozmowy z kimś innym, kiedy nagle jego wzrok przykuło wiaderko z drewnem, oraz wyraz zmęczenia na przemokniętej już Lilianne. Serce go rozbolało. Wychowyany został w sposób, który nakazywał wręcz być uprzejmym dla kobiet, dlatego też ten widok był dla niego taki wstrząsający. Walczył chwilę ze sobą, gdyż zdawał sobie sprawę kim ona była, ale koniec końców wypalił niespowdziwanie. - M-Może pomogę? - Spojrzał jej w oczy z iście komicznym wyrazem twarzy i wyciągnął rękę ku wiaderku. - Albo chociaż parasol… - Ciągnął dalej, ale już nie tak pewnie jak wcześniej. Nie wiedział co skłaniało go do takiego zachowania wobec służby, lecz w tym momencie widział ją tylko jako biedną dziewczynkę na deszczu, którą wykorzystywał. Nie zmieniało to jednak faktu, że z każdą chwilą pogrążał się coraz bardziej.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Nie Gru 18, 2016 9:06 pm

Nie spieszyła się, kroczyła wolno, pół kroku przed nim, aby wiedział dokąd zmierzać. Nie zamierzała tracić takiej okazji i milczeć całą drogę.
- Wiem – przytaknęła grzecznie, obrzucając go nieodgadnionym spojrzeniem. Kolejna kwestia, która nie pasowała do zachowania służki. Lubiła patrzeć. Wygrywać walki na spojrzenia. Nic dziwnego, że Matthew czuł, jakby rozmawiał z kimś o identycznej pozycji społecznej. Pozwalała sobie na wiele i od samego początku starała zaznaczyć swoją ważność, nie umniejszając jej, jakby wcale nie nosiła na sobie białego fartucha służby. – Matthew Borcke, uczeń akademii Św. Rozalii, wrażliwa dusza oraz magnes na kłopoty wszelakie – przedstawiła go w kilku słowach, kłaniając się lekko i uśmiechając od ucha do ucha. Balansowała na cienkiej linie, wiedząc, że jeśli przekroczy niewidzialną granicę, nie dowie się niczego, a zapewne jej bezczelność zostanie ukarana.
Nie zareagowała od razu, słysząc propozycję Matthewa. Kroczyła obok, odwracając głowę w taki sposób, że przez chwilę nie mógł dostrzec wyrazu jej twarzy. Dopiero dźwięczny śmiech, jaki wypłynął z ust Lillianne, zdradził prawdziwe nastawienie.
- Czekałam na te słowa, nawet nie wiesz – zachichotała, spoglądając na niego radosnym spojrzeniem. Nie zawiodła się. I nie zamierzała tego przemilczeć, w całej swojej skomplikowanej prostoduszności. – Cieszę się, że panicz dla odmiany znalazł sobie normalnego przyjaciela – dopowiedziała tajemniczo, po raz kolejny wspominając postać Amona, z którym zwykła już prowadzić małe wojny, pomimo że znała go o wiele dłużej niż Matthewa. – Nie musisz, ale dziękuję – pokręciła w końcu głową, a od tego momentu niosła wiadro w sposób o wiele zgrabniejszy, jakby niesienie go sprawiało dziewczynie o wiele mniej kłopotu niż przed pytaniem rudzielca. Gdy weszli do środka, zręcznie zamknęła parasol, strzepując krople na wiklinową wycieraczkę.
Nie pojawili się w głównym wejściu, Lillianne prowadziła chłopca bocznymi korytarzami, raz decydując się na przejście dla służby. Starała się podtrzymywać rozmowę, jednak jeśli ktokolwiek mijał ich na korytarzu, prędko cichła, zatrzymując się i kłaniając nisko, nawet gdy osoba z naprzeciwka nie zaszczycała ich spojrzeniem.
- Te kwiaty… Są dla pani domu? Nie wiem, czy będziesz miał sposobność je dostarczyć. Potrafi całymi dniami nie wychodzić ze swoich pokojów – mruknęła pod nosem, prowadząc go przez kolejny pusty korytarz, aż Matthew spokojnie mógł stracić orientację i zacząć podejrzewać, że służąca prowadzi go w kółko. Mieli sporą drogę do pokonania. Gdy ją w końcu pokonali, Lillianne obwieściła to krótkim komentarzem „tutaj”, zatrzymując się i pukając do dębowych, potężnych drzwi. Nie drgnęła, nim nie dosłyszała przyzwolenia na przekroczenie progu.
Nacisnęła metalową klamkę, wpuszczając Matta do środka, jednocześnie odbierając od niego kwiaty i rozpływając się – panicz zupełnie zignorował jej obecność, za to podrywając się cały i pokonując cała drogę do swojego przyjaciela za pomocą kilku długich kroków. Znaleźli się w pracowni Lynna, przestronnej, na pierwszy rzut oka zawierającej w sobie mnóstwo regałów wypchanymi książkami, stołem i biurkiem równie bardzo zawalonymi papierami, fortepianem oraz… wieloma przedmiotami o bliżej niezidentyfikowanym zastosowaniu, częściowo w fazie wykończenia.
- Matthew! – ucieszył się, natychmiast uciskając dłoń chłopca. Był dziś pełen entuzjazmu. – Dobrze cię widzieć – powitał go ciepło. – Amona z tobą nie ma? – zdziwił się, zupełnie nie poruszając kwestii jego spóźnienia, zwyczajnie nie wiedząc, która może być godzina. Gdy przetrawił już ewentualną odpowiedź przyjaciela, zdecydował się na skomentowanie jego obecnego stanu. – Wyglądasz jakbyś szedł do mnie kanałami… - westchnął, w końcu odsuwając się od niego i przenosząc spojrzenie na swoja służkę, która aktualnie zajmowała się wstawianiem kwiatów do wazonu. Zdążyła się już pozbyć płaszcza, parasola i wiadra z drewnem, więc najwyraźniej nie próżnowała.
- Panienko! Przynieś Mattowi suche ubrania i ręcznik, zaprowadź do łazienki. A później zaparz nam herbaty – rozkazał, machając dłonią w bok. Zwracał się do niej dziwnie, zdecydowanie nie tak, jak powinien zwracać się do służby, co nie powinno uciec uwadze chłopca.
Lillianne kiwnęła jedynie głową, stając w pobliżu Matthewa i potulnie prosząc go:
- Panicz pozwoli ze mną? – zapytała, zamierzając spędzić z nim jeszcze trochę czasu. W końcu nie zdołała wyciągnąć od niego jeszcze żadnych informacji.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Nie Gru 25, 2016 12:52 am

- Tak, to chyba ja… - Uśmiechnął się z lekką pobłażliwością (w stosunku do siebie, oczywiście). Bariera skrępowania powoli zaczęła ustępować. Dziewczyna okazała się być o wiele bardziej serdeczna, niż rudzielec kiedykolwiek mógł przypuszczać. Z początku troszeczkę go przerażała, zabawne, czyż nie? \
Rozglądał się dookoła, przedzierając się przez korytarze dla służby. Wszystko było to dla niego takie dziewicze i… osobliwe. Jak wielka mogła być ta rezydencja? Czuł się jak Tezeusz w labiryncie Minotaura, z tym że nie miał ze sobą nici, a jedynie był zdany na łaskę tej wyjątkowej dziewczyny. W porównaniu do całej reszty pomocy domowej, którą mijali podczas swojego spaceru. Masa nawet nie raczących ich wzrokiem ludzi różnej płci i w różnym wieku. Wszyscy jakby nie istnieli. Przypominali bardziej meble, niżeli prawdziwe osoby z własnymi poglądami i opiniami jak on, albo jego nowa znajoma, która bardzo jawnie okazywała swoją niechęć w stosunku do jednego z jego przyjaciół. Nie miała zapewne pojęcia jak bardzo chciał jej teraz wtórować, ale zdołał się powstrzymać… jeszcze.
- Hm? - Przekręcił głowę słuchając jej słów na temat matki Lynna. - A, coś się jej stało? Jest chora? - Pytał, spoglądając na swój bukiet (albo raczej to co z niego pozostało). W sumie trochę głupio się mu zrobiło, że w ogóle poruszył tą kwestię. On sam, kiedy wracał do domu praktycznie nie wyściubiał nosa poza swój pokój. Może pani Cavendish również nie przepada za towarzystwem innych domowników? Tak naprawdę trochę się cieszył, gdyż im dłużej patrzył na kwiaty tym bardziej miał je ochotę wrzucić do śmieci.
Już zaczął podejrzewać, że się zgubili, mimo zapewnień Lilianne, ale w końcu doszli na miejsce. Pracownia Lynna. Ziemia obiecana. Niemalże chciał się rozpłakać ze szczęścia, a co dopiero, kiedy w końcu ujrzał swojego druha.
- Lynn! - Wyjęknął uradowany i mocno wyściskał jego dłoń z ulgą. Jednak jego dobry nastrój nie utrzymał się zbyt długo, gdyż na samo wspomnienie o blondynie mina mu skwaśniała jakby zjadł całą cytrynę wraz ze skórką. - Nawet nic nie mów… - warknął. - Nie wiem co zrobię temu sukinkotowi jak go dorwę. Jeśli jednak będzie miał czelność się tu zjawić, lepiej mnie trzymaj, bo… - Nie dokończył, gdyż kątem oka dostrzegł przepiękny fortepian stojący na samym środku pokoju i aż zaniemówił. Z jego chwilowego zamyślenia wyrwał Lynn wydający rozkazy Lilianne, która jakby wyrosła z podziemi tuż za nim. Już miał zacząć sprzeciwiać się, ale dostrzegł mokry ślad, który za sobą pozostawił za drzwiami i przełknął ślinę. Skinął głową i poszedł za dziewczyną, niechętnie zostawiając przyjaciela i fortepian samych.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Nie Gru 25, 2016 3:25 am

- Nie – odpowiedziała zdecydowanym tonem, co było tylko łagodnym naciągnięciem prawdy, rozglądając się ukradkiem wkoło, jakby sprawdzała, czy nikt nie będzie świadkiem ich rozmowy podczas przeprawy do pokoju Lynna. – Matka panicza jest… wyjątkową indywidualistką. Ma, ekhem, niezbyt typowe dla kobiety pasje – zmieszała się na moment, bardzo ostrożnie starając się dobierać słowa, gdyż nie miała prawa powiedzieć nic złego o wspomnianej kobiecie. – To wspaniała osoba, ale… ciężko za nią nadążyć. Jestem pewna, że jeszcze będziesz miał okazję ją poznać, a póki co nie troskaj się stanem zdrowia mojej pani – odpowiadała, jednocześnie starając się powiedzieć dużo i uniknąć tematu.
Milczała zaś, gdy wypowiadał się o Amonie, ale, och - oczywiście, że dostrzegła jego spojrzenie! Zauważyła ten drobny, nieznaczący błysk, którego nie ujrzałby Lynn, nawet gdyby wpatrywał się w oczy Matta tygodniami. I co ważniejsze, wzięła sobie do serca ten przejaw entuzjazmu, zamierzając go wykorzystać, gdy tylko nadarzy się sposobność. A na takową długo nie trzeba było czekać. Opuścili pokój, a towarzyszył im jeszcze śmiech jednego z chłopców i wyrazy niedowierzania połączone z uprzejmą kpiną.
Tym razem nie prowadziła go długo, bo zaledwie wyszli na korytarz, przestąpili kilka kroków z pracowni, znajdując się w pod pomieszczeniem obok, a już trafili we właściwe miejsce. Sypialnia Lynna. Ponownie przepuściła go przodem, jednak prędko wyprzedzając, aby zapalić stojącą nieopodal łóżka lampę oliwną, gdyż do pomieszczenia poprzez deszczowe chmury nie wpadało zbyt wiele słońca. Pokój młodego Cavendisha na pierwszy rzut oka nie wyglądał na typowy pokój dla młodej osoby – był urządzony w sposób elegancki, bez zbędnych elementów podkreślających jakąkolwiek tożsamość chłopca. Na drugi rzut oka zresztą nie było lepiej, na próżno było grzebać mu po biurku i kufrze, w celu doszukiwania się żenujących sekretów, gdyż te najzwyczajniej na świecie nie opuszczały głowy Lynna.
Gdy Lillianne rzuciła już kilka słów wyjaśnień, gdzie się znajdują, poprosiła Matta do pokoju obok, połączonego z sypialnią Lynna. Stanęli w końcu w garderobie, mając przed sobą kilka szaf sporych rozmiarów, w końcu przebierając w ubraniach, zaczynając od pidżam, poprzez te, z których chłopiec już wyrósł, aż po te, w których Matthew mógł widzieć go kilka dni temu. Pozwoliła mu zdecydować, pokazując kolejno różne koszule nie różniące się praktycznie niczym, marynarki, ciepłe kamizelki i katanki. Prezentowała mu poszczególne części stroju, a jeśli Matt wybrzydzał lub rozmiar okazał się być nieodpowiedni, w błyskawicznym tempie odwieszała wszystko na miejsce. Sama miała mokre kosmyki włosów, a dół jej sukni, łącznie z fartuchem ociekał wodą, ale kto by się tam przejmował jedną służką! Nie zamierzała też marnować czasu, działa, jednocześnie przechodząc do dialogu:
- Panicz mówił, że nikt nie dorównuje ci podczas gry na fortepianie, czy to prawda? – ożywiła się, przybierając zainteresowany wyraz twarzy. Kłamała, ponownie ryzykując sporo, pokładając wiarę w swojej intuicji, iż dobrze odczytała reakcję rudzielca na instrument w pokoju. Sądziła, że znali się wystarczająco, aby wiedzieć o sobie te kilka podstawowych spraw. – Mam nadzieję usłyszeć twoją grę… zwłaszcza nim panicz dorwie się do klawiatury – skrzywiła się nieco, nie dodając nic więcej. Nie wypadało mówić jej źle o Lynnie, ale w większości przypadków musiała się naprawdę postarać, aby jej komplementy na temat gry chłopca brzmiały wiarygodnie. – Proszę, to powinno być odpowiednie. Poczekaj chwilę, przyniosę ręcznik! – wróciła do kwestii ubrań, wręczając mu wybrane rzeczy do rąk i na chwilę znikając w innej części pomieszczenia. – Pomóc ci? – zapytała wkrótce, uśmiechając się niecnie. Nie wchodziło to w jej obowiązki, a dodatkowo mogła wpaść w spore kłopoty, jeśli ktoś przyłapałby ich w podobnych okolicznościach, ale wprost nie mogła się powstrzymać.
Niezależnie od decyzji chłopaka, wkrótce odważyła się przejść o krok dalej, mówiąc lekko przyciszonym głosem, idealnie wczuwając się w rolę przyjaciółki, która bezinteresownie zachciała stanąć po jego stronie:
- Wydajesz się być bardzo podekscytowany dzisiejszą wizytą… - zaśmiała się serdecznie, prędko zakrywając usta dłonią i mrużąc rozkosznie oczy. – I ja jestem szczęśliwa, że mogę cię w końcu poznać, Matt… - dopowiedziała, łagodnie uginając kolana jakby w urwanym dygnięciu. – Widzę też, że zależy ci na paniczu… Jeśli mogę ci coś doradzić: chcąc się czegokolwiek dowiedzieć, nie zadawaj mu pytań bezpośrednio. Wystarczy… go słuchać. Pomiędzy wierszami, czy tez nawet wyłapywać, co mamrocze pod nosem sam do siebie. Wypatrywać reakcji. Lynna trzeba zmusić do szczerości, ale nad tym wciąż pracuję… - mrugnęła do niego pod koniec wypowiedzi, mając nadzieję, że powoli zdobywała zaufanie rudowłosego chłopca. Nie oczekiwała rezultatów od razu, jednak jak się spodziewała – Matt zagości w życiu panicza na dłuższy czas, a więc mogła poczekać na owoce swojej pracy jeszcze trochę.
Jeśli Mattowi udało się przebrać i wysuszyć, w drodze powrotnej Lilly w końcu zadała mu pytanie, interesujące ją w rzeczywistości:
- Jesteś w dobrych stosunkach z Amonem? Czy może wiąże was ta sama relacja co Amona z paniczem, której za nic na świecie nie potrafię pojąć? – zwolniła kroku, by mógł jej w spokoju odpowiedzieć, im znowu zniknie z pola widzenia chłopców, zapewne uciekając w ogrom nigdy niekończących się obowiązków.
Z pomieszczenia, do którego dążyli, dochodziły dziwne dźwięki, na co Lilly łagodnie uniosła brwi.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pon Gru 26, 2016 3:33 am

Lynn mógł się śmiać ile chciał, lecz rudzielec w tym momencie był śmiertelnie poważny odnośnie wszystkich swoich gróźb. Chociażby miał Amona zobaczyć dopiero za 3 lata to nie spocznie dopóki skurwol nie będzie wąchał kwiatków od spodu… Dobra, może odrobinę przesadzał, ale nie zmieniało to faktu, że był porządnie wkurwiony!
Ponownie grzecznie szedł za Lilianne, dopóki nie trafił do pokoju (a raczej sypialni) swojego kolegi. Kiedy w końcu rozbłysła lampka oliwna i można było cokolwiek dojrzeć, rozejrzał się dokładnie dookoła. Pomieszczenie wydało się mu dość osobliwe w swojej “prostocie” i syntetyczności. U siebie w domu, od razu można było rozpoznać do kogo należał czyj pokój. Na półkach miał swoje książki, na łóżku swoje jaśki i koce, na biurku walały się jego notatniki i reszta książek, która nie mieściła się na ówcześnie wspomnianych półkach, nie wspominając już o leżących w najprzeróżniejszych miejscach pluszakach i lalkach, których już dawno powinien się gdzieś pozbyć, ale jakoś nie może.
W końcu przeszli do garderoby. Chłopak z trochę nadmiernym zaciekawieniem zaczął oglądać co tam Lynn trzyma w szafie. Nie przyznawał się do tego nikomu (nawet sobie), ale bardzo interesowało go to co noszą inni ludzie, a w szczególności Lynn był jak na swój wiek zawsze w nienagannym stanie jeśli chodzi o ubiór. Zapewne nie komponował swojej garderoby sam i miało wpływ na to, że jest szlachcicem, lecz nie zmieniało to twardych jak skała faktów. Śmieszne trochę było to, że o ile podziwiał on ludzi nie bojących się trendów w modzie, tak on sam nie przykładał aż takiej wagi do swojego wyglądu. Po prostu wolał wmieszać się w tłum, a tak w ogóle to było mu też trochę głupio.
Zadanie dobrania mu odpowiedniego rozmiaru okazało się jednak dość trudne. Ubrania Lynna, nawet te sprzed paru lat okazywały się dla niego po prostu za długie i Lilly była zmuszona do wynajdywania co chwila innych rzeczy. W końcu jednak udało im się znaleźć coś co pasowało na jego drobną posturę. Wyszło na to, że Lynn chyba w wieku 9-ciu lat mierzył ze 160 cm, a kiedy się urodził musiał mieć z pewnością ponad 50 cm.
- L-lynn coś mówił? - Nagłe pytanie dziewczyny wprawiło chłopaka w osłupienie. Spąsowiał. - Oj tam, od razu nikt nie dorównuje… P-po prostu lubię czasem pograć, żaden ze mnie wirtuoz… - Chłopak nerwowo drapał się po szyi. Nie umiał za bardzo przyjmować komplementów, a w szczególności kiedy chodziło o grę na fortepianie. Daleko mu było jeszcze takich umiejętności jakie by jego satysfakcjonowały, a o graniu przed szerszą publiką i ludźmi których nie znał przynajmniej z pół roku nie było mowy. Nie skomentował jednak wypowiedzi Lilianne na temat gry jego przyjaciela, gdyż sam miał już szczęście (albo nie) doświadczyć tego na własnych uszach, a nawet za jego plecami nie miał ochoty mu robić przykrości. Nie przypominał sobie jednak, kiedy on sam grał cokolwiek przed nim, ale zapewne po prostu najzwyczajniej w świecie zapomniał.
- NIE, NIE! NIE POTRZEBUJE ŻADNEJ POMOCY! - Machał bezradnie rękoma, podczas gdy jego twarz przybierała kolor pomidora. - Znaczy… Nie kłopocz się. Dam radę sobie sam. - Uśmiechnął się nieporadnie, a w końcu zasłonił twarz rękoma z zażenowania. W ogóle nie potrafił rozmawiać z dziewczynami w takich sytuacjach, ale zapewne, gdyby mężczyzna zaproponował mu to zareagowałby jeszcze gorzej, choć w przypadku Amona, albo Lynna po prostu by ich skrzyczał.
Kiedy już zażenowanie trochę ustąpiło, uśmiechnął się przyjaźnie (albo chociaż próbował) w odpowiedzi na jej pierwszą wypowiedź. - Mi też miło Cię poznać Lilianne, hehe… - Przypatrywał jej się po czym uśmiechnął się trochę bardziej prawdziwie - Zdążyłem już zauważyć, że z Lynna nie jest zbyt wylewny człowiek, ale dzięki za radę. - Bardzo często trudno mu mu było pojąć niektóre zachowania jego kolegi i czasem było to uciążliwe, ale nigdy do tego stopnia, by jakoś się na to skarżył. Po prostu taki był. Bolało go tylko trochę, że tak trudno było odgadnąć co mu czasami leżało na sercu, ale chyba powinien się do tego bardziej przyłożyć, bo jak zauważyła jego nowa koleżanka to zależało mu na nim.
Chłopiec dokładnie się wytarł (pozostawiając na swojej głowie gniazdo zrobione z rudych loków) i przywdział na siebie spodnie, koszulę i ciepłą kamizelę kolegi. Nie od razu odpowiedział na jej pytanie, a bardziej zamyślił przez chwilę. - Nie wiem… - Wymruknął cicho po czym od razu naprostował. - NIE W TYM SENSIE! Amon to straszny jełop, prawda, ale to mój przyjaciel i go lubię. Nie wiem… Nie wiem tylko jaka relacja dzieli go z Lynnem. Znają się o wiele dłużej, są na tym samym kierunku i w tej samej klasie… Naprawdę nie mam pojęcia. - Pogrążył się głębiej w swoje myśli. Czasami miewał wrażenie, że bardzo dużo go omija. Na przykład Amon był w rezydencji już chyba ze sto razy, poza tym bądź co bądź interesowali się mniej więcej podobnymi rzeczami, mieli więcej wspólnych tematów. Momentami czuł się jak piąte koło u wozu, ale tylko momentami.
On również usłyszał te dziwne dźwięki. Zmarszczył brwi. Chyba wiedział do kogo należał jeden z głosów.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Wto Gru 27, 2016 12:11 am

Słuchała go uważnie, ale gdy skończył mówić, zatrzymała się, nie otwierając stojących przed nimi drzwi, jakby popadając w zamyślenie. Z przymrużeniem oka można było uznać to za przejaw chęci przedłużenia rozmowy. Ułożyła dłoń na klamce, zatrzymując tym samym Matta, odpowiedziała mu półgłosem, wykazując tym samym maksimum podzielności uwagi, nadstawiając ucha, aby nie przegapić z dialogu zza drzwi ani słowa.
- Chciałabym ci to wyjaśnić, jednak obawiam się, że nigdy nie dane mi będzie pojąć, dlaczego ktokolwiek miałby się zadawać z kimś tak samolubnym i denerwującym… - przerwała ze złością, bo najwyraźniej zmierzała do tego, aby użyć coraz mniej przeznaczonych dla młodej panny słów. Musiał naprawdę jej podpaść, skoro po raz pierwszy na wierzch wyszły z niej prawdziwie negatywne emocje. – Mam wrażenie, że działa to na zasadzie przedstawienia małpy w cyrku. Panicz czerpie rozrywkę z jego prymitywnych żartów, nie traktując go jednak jak równemu sobie. A przynajmniej mam taką nadzieję… - przez moment wyglądała na zmartwioną. Prędko otrząsnęła się z zamyślenia, wiedząc, że nie powinna przeciągać tej osobliwej sytuacji. Gdyby jednak dostrzegła chociażby cień znudzenia w reakcjach Matta, odpuściłaby, nim zdążyłby dodać słowo. Zależało jej na dobrym wrażeniu. Chłopak był kimś, kogo chciała mieć po swojej stronie.
Po raz pierwszy weszła przodem do pokoju, otwierając drzwi tak cicho, że nawet stojący obok rudzielec nie mógł dosłyszeć wiele: ani kliknięcia klamki, ani skrzypnięcia drzwi. Przestąpiła próg, nie odwracając się więcej do Matthewa. Nie zauważyli jej początkowo. W czasie ich nieobecności, przybył ostatni z przyjaciół, aktualnie dyskutując żywo z młodym Cavendishem. Amon stał tyłem do służącej, a Lynn był po prostu ślepy na niedotyczące go bezpośrednio sprawy.
- Nie, nie mów mi, że to Caroline… - wysoki szatyn ściszył głos, ale Lilly i tak niemal zastrzygła uszami, aby dowiedzieć się cokolwiek więcej. Miała tylko nadzieje, że Matthew zechce współpracować i nie wyda z siebie żadnego odgłosu jeszcze przez chwilę.
- Nie, ty kretynie – Amon pokręcił energicznie głową. – Co ona miałaby tam robić? Sam, oczywiście, że mówię o Sam! Przyszła do przychodni, mój ojciec zajął się jej babcią, a ja zaparzyłem jej ziół na uspokojenie i… - przerwał, unosząc swoje ręce i przybierając podniosły ton. – Tak, spójrz na te dłonie. Oto dłonie, które dotykały cycków Samanthy Hadley! – zdecydowanie czekał na wyrazy uznania, w tym podniosłym momencie otaczającej go chwały.
Stukot obcasem i głos Lilly przerywający ten piękny moment nie pozwolił Lynnowi na skomentowanie go.
- Amon, jesteś pewny czy była przytomna? Ziółka uspakajające, mówisz…? – powitała go tymi słowami, zerkając na blondyna zza uniesionych brwi i ściśniętych w poziomą kreskę warg.
Chłopak odwrócił się, ale swoje zaskoczenie dał poznać wyłącznie w pierwszych sekundach. Prędko odzyskał rezon, przybierając nonszalancki wyraz twarzy.
- O, moja kochana Lillianne… Nie bądź, proszę, zazdrosna. Jestem przekonany, że pewnego dnia ktoś się nad tobą zlituje i weźmie w obroty twoją płaską klatkę piersiową. Na przykład koneserzy oheblowanych desek… - uśmiechnął się czarująco, prędko jednak dostrzegając, kto znajduje się za plecami służki i nie pozwalając jej na ripostę (co sądząc po pąsach na policzkach dziewczęcia – było mało prawdopodobne), podskoczył cały i rzucił się w stronę Matta.
- Księżniczko, dotarłaś! – zawołał, chwytając jego dłonie i ściskając je blisko swojej piersi. – Tak się o ciebie bałem! Próbowałem skontaktować się z tobą za pomocą siły mojego umysłu i jak widzę, jesteśmy niczym jedno ciało astralne, doskonale odczytałeś moje myśli! – jęknął teatralnie, będąc jedyną osobą w tym pomieszczeniu, pojmującą minioną wypowiedź. Chociaż i to nie było takie pewne. -  Sam jednak rozumiesz… Sprawy życia i piersi… tfu – śmierci! Jednak, jak widzę, chyba nie bawiłeś się najgorzej… - zastanowił się na głos, wzrok i jedną z dłoni przenosząc na jego ciepłą kamizelkę, poznając jej pierwotnego właściciela.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Wto Gru 27, 2016 3:28 am

Przysłuchiwał się jej ze spokojem. Naprawdę go nie lubiła. Ciekawe czym tak bardzo zalazł jej za skórę. Owszem, Amon potrafił być wstrętny i bardzo nieznośny, ale miał w sobie coś takiego co po prostu sprawiało, że mogłeś mu wszystko przebaczyć. Nie widział w nim również tylko cyrkowej małpy. Wbił wzrok w ziemię. Było w nim coś… jeszcze, pod tą całą otoczką błazna, byciem samolubnym i w ogóle irytującym zachowaniu, lecz nie był jeszcze w stanie określić co. Wątpił również w to, że Lynn uważał się za kogoś lepszego od nich, bo mimo wszystko to jak na razie z nim chyba potrafił dogadać się najlepiej, pomimo tego że jak i w przypadku drugiego kolegi jego prawdziwe uczucia pozostały dla niego zagadką.
Przeszli w końcu przez próg drzwi. Szybko podchwycił plan Lilianne i dalej nie pisnął ani słowa, by móc podsłuchać trochę ich rozmowy, chociaż czuł jak ciśnienie mu rośnie patrząc chociażby na tyły blondyna. Chyba zaczynał żałować, że przed chwilą bronił go w swojej głowie, gdyż z każdym jego wypowiedzianym słowem jego pięści zaciskały się coraz ciaśniej. Co ten skończony sukinkot sobie wyobrażał? Jak on mógł, tak go wystawić!? Niemalże zgrzytał zębami ze złości, lecz nadal się nie odzywał, choć kiedy wspomniał o macaniu Samanthy miał ochotę wrzeszczeć, lecz jak widać jego nowa znajoma już go wyręczyła.
Później stał się świadkiem mało przyjemnej wymiany zdań pomiędzy nimi. Nagle jednak na jego nieszczęście został przez tego bencfała zauważony. Za późno już było na wycofywanie się. Nie zdążył nawet zrobić kroku, kiedy ręce Amona go porwały i przyciągnęły do siebie. Na początku nie wiedział co począć, a jedynie z przerażeniem na twarzy się mu przyglądał. Wysłuchawszy go jego, a zwłaszcza po ostatnich słowach w mgnieniu oka aż poczerwieniał ze złości i z lekka otworzył usta z niedowierzania. Jego kolega przekroczył pewną niewidzialną granicę w tym momencie.
Rudzielec natychmiast brutalnie wyszarpał się z jego uścisku i odepchnął go w stronę Lynna, po czym sięgnął po najbliżej stojącą książkę na półce i cisnął nią w chłopaka krzycząc przy tym: - ZAMKNIJ SIĘ GNOJU!
Nie poprzestał tylko na tym jednak, a wyrwał Lilianne swój mokry ręcznik i darł się dalej na całe gardło. - Przez ciebie musiałem iść przez jakieś kurewskie bagna, ty skończony chuju! Nie masz za grosz zasad?! - Podszedł do niego w całej swojej wściekłości i zaczął okładać go przesiąkniętym do końca wodą przyrządem do wycierania się. -  O mało przez ciebie nie zamarzłem, kiedy ty molestowałeś nieprzytomnych ludzi, jebany zboczuchu!!! A TERAZ MI TU JESZCZE PIEPRZYSZ O JAKIŚ CIAŁACH ASTRALNYCH! - Bił go praktycznie po każdym słowie. - Jak widzisz bawiłem się zajebiście, ty skończony jełopie! POZA TYM NIE NAZYWAJ MNIE KSIĘŻNICZKĄ! I NIE DOTYKAJ MNIE!!! - Darł się na całe gardło, nie zwracając uwagi na resztę tu zgromadzonych.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Wto Gru 27, 2016 11:57 pm

Pierwszą, niemal automatyczną reakcją Lilly było podniesienie ciśniętej książki i odstawienie ją na miejsce. Skoro już miało dojść do apokalipsy, wolała sprzątać nie bieżąco, w całym swoim iście pragmatycznym nastawieniu. Z czasem jednak, monolog Matthewa zdał się jej na tyle ciekawy, że zamarła w bezruchu, wpatrując się w zaistniałą scenę jak w obrazek. Przez chwilę objawiło jej się nawet wrażenie, że rudzielec wygra to starcie, jednak z pierwszym atakiem przy użyciu mokrego ręcznika i jednoczesnym śmiechem Amona, porzuciła te nadzieje. Pokręciła głową, chcąc mu dać znać, żeby się powstrzymał, jednak ten był już w swoim żywione, nakręcając się jedynie bardziej i bardziej. Lynn jakby odczytał jej myśli, podchodząc bliżej i zaczynając łagodnie:
- Matt, nie widzisz, że twoje reakcje go… - nie skończył, bo odgłosy Amona przybrały na sile. Chłopak śmiał się w głos, jakby przeżywał najpiękniejsze chwile w swoim życiu, co nie powstrzymało go od prowokowania rudzielca jeszcze bardziej.
- Miłość wymaga poświęceń, Księżniczko… - zawył ze śmiechu, unikając pierwszych ciosów, tylko po to, aby wkrótce wystawić na nie tyłek i nań zbierać wszelakie obrażenia. – Och, tak! Tutaj, tutaj lubię! – jęczał, niemalże dusząc się ze śmiechu, co nie dodawało my wiarygodności.
I Lynn wkrótce musiał zagryzać język, aby nie wybuchnąć śmiechem, jeśli oczywiście chciał być obiektywny w tej sprawie. Postanowił przerwać ich cudowną sprzeczkę, wciskając się pomiędzy nich, nim Matthew przejdzie do poważniejszych kroków niż te, które budziły w Amonie jedynie rozbawienie. Rozdzielił ich, stając na początku przodem do rudzielca, jako że w tym wypadku on był agresorem, a następnie zwracając się do drugiego z przyjaciół i mówiąc:
- Powinieneś przeprosić Matta – zmarszczył brwi, przybierając moralizatorski ton, choć musiał włożyć w to nieco wysiłku, gdyż najzwyczajniej na świecie nie ruszała go historia nieporadności przyjaciela. Powiedział to, co uznał za słuszne, wkrótce jednak wykazując odrobinę więcej szczerości. – Ale że się w końcu dała… i to jeszcze tobie – mruczał pod nosem, wciąż nie mogąc wyjść z podziwu. Przez pięć sekund Amon mienił mu się jak żywy bóg, a jego ręce były niczym najczystsze złoto. Prędko otrząsnął się jednak, gdy chłopak wychylił się zza jego ramion i posłał całusa do rudzielca, zapewne na przeprosiny. – Amon! Siadaj do pracy, zmarnowaliśmy już wystarczająco wiele czasu! Matt, ty też – rozkazał twardo, planując w głowie cały przebieg spotkania, podczas gdy Lilly krzątała się w pobliżu stołu.
- Już zacząłeś? – Blondyn faktycznie podążył w kierunku stołu, wzrokiem obdarzając dziesiątki szkiców, w graficzny sposób przedstawiający kilka pojedynczych części niewątpliwie należących do jakiegoś skomplikowanego układu. Musnął dłonią sprzęt przeznaczony do rysunku, popadając jakby w chwilowe zamyślenie. – Matthew mógłby nam pomóc – oznajmił nagle, jakby go olśniło.
- Nie, nie mógłby – zaprzeczył natychmiast Lynn, zmęczonym tonem, jakby tłumaczył coś wyjątkowo prostego. – Co grabarze mają wspólnego z kreślarstwem? – zrugał go i rzucił groźne spojrzenie, aby w chłopak w końcu zajął swoje miejsce. Jawnie dawał im do zrozumienia, że nie pozwoli na rezultaty, które choć minimalnie odbiegają od perfekcji.
Amon już miał siadać do stołu, a Lynn przedstawiać plan pracy, gdy Lilly, w sposób godny assassyna z dziesięcioletnim doświadczeniem, używając jednej ze swojej nóg, pociągnęła krzesło w swoją stronę, na chwilę nim chłopak zdążył na nim zasiąść, w efekcie czego, runął on na podłogę, boleśnie obijając sobie tyłek. Służka wsunęła stopę pod czarną suknię, stojąc w bezpiecznej odległości i przyglądając się zajściu jakby ze zdziwieniem.
- Och, Amon, uważaj… Wciąż żyjesz w sferze marzeń sennych piersi Samanthy, chyba pora się obudzić… - zaświergotała słodko, uśmiechając się do niego ciepło. Na moment zapadła cisza, nawet Amon nie wiedział jak zareagować na tak oczywistą bezczelność. To z pewnością oznaczało otwarty konflikt, aż do kapitulacji jednej ze stron. Lynn starał się ratować sytuację:
- Panienko… herbata. Idź już – przypomniał jej niezbyt pewnie, mając nadzieję, że to chociaż częściowo uchroni Lilly przed zemstą Amona lub odwlecze ten moment.
- Oczywiście, paniczu – ukłoniła się głęboko, czmychając prędko z pokoju, ignorując wstającego z trudem chłopaka, wciąż niepotrafiącego dojść do siebie po minionym szoku. Służka przed wyjściem mrugnęła jeszcze do rudzielca, rozwiewając wszelakie wątpliwości, jeśli ten mógł sądzić o nieszczęśliwym wypadku, co niestety nie umknęło uwadze Amona.
- Nie wierzę… - oznajmił, tym razem nie zasiadając do stołu, jakby w obawie przed kolejnymi sztuczkami tej małej wiedźmy. Oparł dłonie o biodra, rozglądając się wkoło, jakby szukając punktu zaczepienia. Jego oczy zatrzymały się na Matthewie, gdziekolwiek się on w tym momencie znajdował. – A więc stoisz po jej stronie, tak!? To. Oznacza. Wojnę – robił przerwy pomiędzy pojedynczymi wyrazami. - Straciłeś w moich oczach rangę Księżniczki – prychnął oburzony, aż ciężko było stwierdzić, ile w jego słowach było żartu. Ruszył w stronę okna, wzrokiem obdarzając dziwne mechanizmy, pochodzące najwyraźniej spod ręki Lynna, który aktualnie trzymał się za głowę, przerażony rozwojem sytuacji. Znał Amona już na tyle dobrze, aby wiedzieć, że wkrótce dojdzie do małego końca świata.
- Matt, błagam… Powiedz mu coś, aby zaczął pracować – poprosił go, składając dłonie. - Możesz pomóc nam konturować szkice, jeśli chcesz – łaskawie udzielił mu przyzwolenia, choć nie sądził, aby był to dobry pomysł.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Sro Gru 28, 2016 5:35 am

- PRZESTAŃ. W KOŃCU. RŻEĆ! - Wrzeszczał z przerwami po każdym słowie. Już dawno przestał zwracać uwagę na to co działo się dookoła niego działo, tylko poddał się żywiołowi i chłostał go ręcznikiem jak plantator niewolnika na polu bawełny. Zarówno słowa Lynna jak i Lilly na niewiele się tu już zdały, teraz mógł jedynie smagać go z coraz większą namiętnością, że o mało nie zaczął krzyczeć.
Reakcje Amona w tej sytuacji nakręcały go jeszcze bardziej. Jego wkurwienie sięgnęło zenitu. Ach tak? W porządku! Skoro to nie skutkowało to z pewnością znajdzie inną metodę na tego kutafona.
Sprawy obróciły się jednak w innym dość przewidywalnym, ale jednak, kierunku .Niech lepiej do końca życia całuje stopy Lynnowi, gdyż gdyby nie ich starszy kolega to rzuciłby się na niego z zębami i odgryzł by mu jedno ucho na pewno. Przez chwilę miał ochotę jeszcze zepchnąć bruneta z drogi, by móc w końcu dokonać mordu na blondynie, ale ostatecznie wziął głęboki oddech i próbował się uspokoić. Dotarło do niego, że zrobił z siebie idiotę, a i ręka zaczęła go już pobolewać. Poprawił zwisające na jednym uchu okulary i nadal jeszcze z morderczym wzrokiem gapił się zza Lynna na tego pajaca. Zazgrzytał zębami. Miał go już serdecznie dość, ale dla własnego (i jego) dobra postanowił nie podejmować już żadnych akcji, by skrzywdzić go fizycznie, za to skrzyżował ręce na piersi, zrobił obrażoną minę i odwrócił się do niego, udając (by ponownie się nie wkurzyć) że nie słyszy tego co mówił Lynn.
Obruszył się tylko dopiero, kiedy usłyszał o tym, że miał coś robić. Zdążył już usiąść na taborecie fortepianowym (oczywiście ciałem zwróconym do nich) i nie zmierzał za szybko opuszczać tego miejsca. Nawet samo przebywanie obok tego magicznego instrumentu potrafiło zdziałać cuda, lecz ku jego uciesze za chwilę znów postanowiono, że nie będzie musiał ruszać tyłka. W sumie sam nie wiedział jak miałby im pomóc jakkolwiek w tej pracy, jedyne co mogłoby się im przydać z jego zdolności to szybkie notowanie, ale wątpił czy jest to akurat teraz potrzebne. Sposępniał trochę. Znowu dawało się odczuć tę przepaść pomiędzy ich kompetencjami, a jego.
Z jego krótkich, melancholijnych nastrojów wyrwał go dopiero łomot towarzyszący upadkowi Amona na ziemię. Wytrzeszczył mocno oczy w szoku, gdyż nie do końca dotarło do niego co się właśnie stało. Dotarł do niego jednak wzrok Lilianne. Co za szczwana bestia. Będzie musiał uważać, by nigdy z nią nie zadrzeć, lecz teraz na całe szczęście triumfował razem z nią i aż nie mógł się powstrzymać od lekkiego, wrednego uśmieszku.
- O nie, jak ja teraz będę mógł spojrzeć sobie w oczy w lustrze. - Ciągnął sarkastycznie, czując przedziwną satysfakcję z nieszczęścia swojego kolegi. - I nie jestem po niczyjej stronie. Zasłużyłeś sobie na to. Czegoś ty się spodziewał wyzywając ją od desek? - Dalej drwił z niego triumfalnie, lecz jak zwykle kiedy Lynn wkraczał do akcji potrafił się pohamować. Wstał, westchnął i powoli podszedł do drugiego przyjaciela. - Ech… Dobra, Amon… Przyznaję się, jestem cholernym Judaszem. - Stanął obok niego przy oknie. Wolał już stracić, tyle by tylko nie tkwić w konflikcie z kimś, taki już był, poza tym kątem oka widział te wszystkie skomplikowane bazgroły na biurku Lynna i aż dreszcz go przeszedł na myśl, że miałby przy tym czymś cokolwiek robić. - Trzeba się jednak wziąć za robotę, bo inaczej to ja będę musiał odwalić twoją część, a szczerze wierzę, że nikt w tym pokoju by tego nie chciał… Poza tym ona tu jeszcze wróci, co nie? A jak ktoś mi kiedyś powiedział: “zemsta smakuje najlepiej na zimno”. - Uśmiechnął się do niego niecnie. Nie miał nic do Lilianne i nie lubił grać na dwa fronty, ale musiał go teraz jakoś udobruchać. - O co w ogóle tu chodzi? W sensie między nią, a tobą? - Dopytywał się trochę za bardzo podekscytowany.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Czw Gru 29, 2016 2:23 am

- Nazwanie jej płaską jest równe stwierdzeniu, że jesteś rudym kurduplem, który nigdy nie zmaca żadnych cycków – usłyszeli w odpowiedzi od Amona, który wciąż zdawał się podburzony zachowaniem Lillianne, a w dodatku nieustannie żyjąc we wspomnieniach o Samanthcie.
Młody Cavendish przed słowami przyjaciela, zdążył już odetchnąć z ulgą, że w końcu zostawili nieistotne sprawy za sobą i przeszli do pracy, jednak prędko spostrzegł o przedwczesnej ocenie sytuacji. Zupełnie zignorowano jego prośbę, co właściwie było sporym niedopowiedzeniem, bo Amon ponownie został sprowokowany iście drażliwym dla niego tematem, nawet jeśli rudzielec usiłował załagodzić sprawę, potwierdzając stanie za przyjacielem murem. Lynn powoli zaczynał się godzić z nierozpoczęciem ich zadań przed kolacją.
- O co chodzi, pytasz? Otóż, o wszystko. Ten frajer trzyma ją tu wyłącznie ze względu na to, że jest płaską deską, a wiesz, takie przecież lubi – machnął dłonią, rozpoczął swój monolog tymi słowami, jawnie naciągając prawdę, bo Lynn, choć zdążył polubić Lilly, nigdy nie wybrał sobie sam jej pomocy, a już na pewno nic wspólnego z nią nie miał niewątpliwy brak piersi u dziewczyny. Udawał więc, że nie słucha wypowiedzi przyjaciela, chwytając w dłoń drewniany cyrkiel i kończąc na papierze brakujące kształty. – Widziałeś ją, prawda!? Pozwala sobie na zbyt wiele. Jest bezczelna i ignorancka, nawet nie zachowuje się jak na dziewczynę przystało! Nie to co moja słodka Sam… - westchnął głęboko, kręcąc przy tym głową. – Jest nienormalna, przysięgam… Nigdy nie wie kiedy przestać – skrzyżował w końcu ręce na klatce piersiowej, odwracając się od Matta w stronę nieskończonych wynalazków.
- Oho! – Lynn nagle się obudził, podrywając głowę. – Słyszysz to, Matt? Brzmi znajomo, prawda? – uśmiechnął się niecnie, jakby sytuacja niezmiernie go bawiła. – Prawda jest taka, że Lillianne i Amon mają zbyt wiele wspólnego. To identyczne charaktery o tym samym idiotycznym uporze. Ja potrafię odpuścić. A oni… Ich wojna trwa już od wieków i każdy chce mieć dla siebie ostatnie słowo – wyjaśnił pokrótce, zbierając w kilka zdań ich historię, która nie zawsze kończyła się w wesoły sposób.
- Nie porównuj mnie do tej twojej flamy, nie mam z nią nic wspólnego – obruszył się, na moment poważniejąc i najwyraźniej kończąc temat. To jednak nie sprawiło, że grzecznie zasiadł do stołu i zajął się tym, czym powinien, a wręcz przeciwnie – dotykał poszczególnych elementów, usiłując zapewne odgadnąć ich zastosowanie. – Co to w ogóle jest, Lynn? – zagaił, unosząc lekko dziwną metalową konstrukcję z przezroczysta kolbą u jej szczytu.
- Och… Gazowy zaparzacz do kawy. Na chwilę obecną niezbyt wydajny; na środku wsypujesz ziarna, które poddawane są… - urwał, gdy spostrzegł się, że przyjaciel przestał go słuchać po pierwszych słowach. Nie obraził się jednak, jako że lubił opowiadać o swoich wytworach, nawet tych nie do końca udanych. Stawiał na papierze ostateczne kształty, kątem oka zerkając na Amona, czy niczego nie kombinuje. Chwilę spędzili w ciszy przerywanej odgłosami przewracania kartek i brzęczenia poszczególnych metalowych elementów, aż do powrotu Lilly.
Pojawiła się w progu pokoju bez słowa, od razu kierując się do podwyższonego stolika przy jednej ze ścian, odwracając się do nich tyłem. Tam postawiła niesioną tacę z parującym imbrykiem, cukiernicą, filiżankami z białej porcelany, kawałkiem ciasta, talerzykami i srebrnymi widelczykami. Wtedy przestąpiła kilka kroków, zwracając się do Amona:
- Ukroić ci kawałek tortu, Amon? – zapytała tak czarującym tonem, że każdy tu zgromadzony mógł węszyć spisek na kilometr. A może to była po prostu jej taktyka, mająca na celu przestraszenie chłopaka?
- Nie wezmę do ust niczego, co miało z tobą styczność, mała intrygantko – odpowiedział cierpko, co było do niego niepodobne. Jego zły humor nigdy nie utrzymywał się długo.
- Oczywiście – dygnęła lekko, odwracając się tym razem w kierunku rudzielca. – A tobie, Matthew? Czekoladowy, z kremem – zachęciła go, tym razem zachowując powagę. Gdy uzyskała już odpowiedź od chłopca, niespodziewanie pochyliła się nad pracującym Lynnem, kładąc mu dłoń na ramieniu i szepcząc coś do ucha, na co Amon zmrużył jedynie oczy. Był już przewrażliwiony, jednak Lynn uniósł zdziwione spojrzenie, obdarzając nim nikogo innego niż Matta. Opowiedział służce również przyciszonym tonem, machając ręką, co mogło oznaczać zaprzeczenie.
Nie dodała już nic więcej, wracając do stolika i przygotowując herbatę. Ściągnęła przy tym białe rękawiczki oblekające jej dłonie. Mimo że stała do nich odwrócona tyłem, co bardziej spostrzegawcze oko mogło dostrzec czerwone pręgi pokrywające skórę jej bladych palców i wyraźne ślady otarć na wewnętrznej stronie rąk. W spokoju przelewała herbatę do filiżanek, tę dla Amona, zgodnie z jego życzeniem pozostawiając pustą, chwilowo ignorując zachowanie chłopców.
Blondyn nie próżnował (choć wciąż nie zabrał się za pracę), wyciągając opartą dotychczas o szafę wysoką i cienką konstrukcję, której przeznaczenie było widoczne na pierwszy rzut oka. Mimo to, nie omieszkał zapytać, przeplatając w palcach zgrabny haczyk i kręcąc oryginalnie wyglądającą korbką.
- A to? – zapytał, kierując przedmiot w stronę Lynna.
- Ulepszona wędka! Widzisz tę sprężynę przymocowaną do wędziska? Za jej pomocą… - ponownie nie skończył, bo Amon stracił zupełnie zainteresowanie jego słowami. Ale przedmiotu nie odłożył na miejsce. Odczekał kilka przyzwoitych chwil, aby następnie wziąć potężny zamach i niczym zawodowy wędkarz, zarzucić wędką jak z bata. Tak, haczyk złapał u swojego celu; wprost na dolnej części tyłu sukni niczego nieświadomej Lillianne.
W pomieszczeniu zapadła martwa cisza pełna napięcia, przerywana jedynie charakterystycznym odgłosem kołowrotka wędkarskiego. Lynn zamarł w bezruchu, wstrzymując nawet oddech, zupełnie nie wiedząc jak zareagować. Przeniósł wzrok na unoszącą się do góry suknię, jakby w nadziei, że wędka nie wytrzyma próby i złamie się w pół. Nie, spełniła ona swoje zadanie, pociągając za sobą dodatkowo halkę, a następnie obnażając czarne pończochy i bieliznę sięgającą kolan, wykończoną uroczymi falbankami. Nie odwróciła się, najwyraźniej nie czując niczego. A Amon, w całej swojej bezczelności, posuwał się dalej, nie zamierzając przestać do kiedy Lilly nie pozna swojego upokorzenia.
Lynn z hukiem wstał od stołu, błyskawicznie sięgając po nożyce i rzucając się na wędkę, tnąc żyłkę mniej więcej na środku, sprawiając, że suknia dziewczyny opadła na swoje miejsce, a za nią ciągnął się całkiem długi ogon w postaci haczyka i żyłki. Służka zerknęła na źródło zamieszania przez ramię, zastając swojego panicza o nienaturalnie czerwonej twarzy z nożycami w ręku, a w tle kilka z papierzysk wzbitych w powietrze.
- Paniczu…? – wydukała, wiedząc już, że właśnie stało się coś dziwnego.
- Matt! – zawołał w odpowiedzi, nienaturalnie wysokim głosem. – Zagraj nam coś z łaski swojej! Chętnie posłuchamy!!! – krzyczał wręcz, mimo że rudzielec znajdował się w pobliżu. Rzucił Amonowi piorunujące spojrzenie, lecz nie dodał ani słowa na temat minionej sytuacji, nie chcąc by Lillianne wiedziała, czego byli świadkami. - A ty, Amon... Siadaj natychmiast. Wykończ to. I to. Dwa ostatnie przenieś w dwa razy większej skali - rozkazywał, podsuwając do niego serię nieuporządkowanych papierów.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Czw Gru 29, 2016 5:30 am

Zmarszczył mocno brwi. Amon wiedział co powiedzieć, by ugodzić go prosto w czuły punkt (chociaż nie było to takie trudne). Najwidoczniej w ogóle nie załapał tego o co mu chodziło. Przecież właśnie tych “oczywistych oczywistości” ludzie nie chcieli słyszeć najbardziej, ale w sumie głupie z jego strony było myślenie, że ktoś taki jak jego blond przyjaciel mógłby kiedykolwiek pomyśleć o tym co czuje druga osoba, ech. Postanowił się już do niego nie odzywać i znów skrzyżował ręce.
W milczeniu przysłuchiwał się historii Amona, to mimo że doszedł do podobnych wniosków co Lynn to nie okazał sobą nic w tym momencie. Mógłby temu debilowi doprawić rogów, tylko po co skoro się by jeszcze bardziej nakręcił, a miał już go dziś serdecznie dość. Ograniczył się tylko do westchnienia i odwrócenia się w stronę tych dziwnych mechanizmów, leżących zaraz obok niego na półkach, przyglądając się im pobieżnie, tylko po to by nie musieć się już udzielać.
Przez chwilę zrobiło się naprawdę chłodno między tu zgromadzonymi, dopóki nie wróciła tu Lilianne z herbatą i czymś jeszcze…
Od razu się odwrócił na hasło “tort czekoladowy”. O tyle, o ile uchodził w rodzinie za niejadka to jeśli coś chociażby leżało obok czekolady, to przy nim nie ostało się zbyt długo. W ogóle przepadał za słodyczami, niestety odstępy czasowe, kiedy mógł je jeść legalnie bywały czasami miesiącami, więc nic dziwnego, że dziewczyna nawet nie musiała dokończyć zdania, kiedy chłopak wypalił z namiętnością wpatrując się w kawałek ciasta. - Tak! - Reflektując się jednak z tego jak zabrzmiał, poczerwieniał trochę (strasznie się przy niej kompromitował) i od razu naprostował. - Znaczy… Poproszę, jeśli to nie problem, oczywiście, um… - Plątał się jeszcze bardziej, więc jak w końcu otrzymał to czego tak bardzo pragnął to postanowił się znów na dłuższy czas zamknąć i zacząć bez nich.
Było nawet lepsze niż się spodziewał, serio. Chyba wojenna atmosfera zaczęła powoli opadać. Jego uwagę od konsumpcji odwrócił jedynie na chwile dziwny wzrok Lynna, przez co poczuł się dość niezręcznie, a tak to nic nie było w stanie przeszkodzić mu w namiętnych chwilach pomiędzy nim a tortem czekoladowym. I mógłby się nim rozkoszować tak całkowicie zapominając o Bożym świecie, kiedy to nagle kątem oka nie przyuważył jak sukienka Lilianne sama nie podwija się do góry. Wytrzeszczył oczy i o mało cała zawartość jego buzi nie wyleciała mu na ziemię. Czyżby Lilianne serio dosypała czegoś trującego do ciasta, a teraz doświadczał pierwszych objawów?
Nawet, kiedy Lynn bohatersko przeciął żyłkę to nie dotarło do niego do końca to co się stało.  Dopiero po chwili przetrawił to, że był to tylko kolejną debilną zagrywką Amona, lecz nie potrafił być na niego teraz wściekły, sam nie wiedział czy może lepiej nie powinien zacząć krzyczeć/ Zapewne stałby tak w osłupieniu jeszcze dobry kwadrans, gdyby nie jawne rozkazy (a właściwie wrzaski) Lynna.
- C-co? - Zamrugał i spojrzał na fortepian. - Ch-chcesz, bym na nim..? - Zerknął znowu na wyraźnie poruszonego kolegę i tym razem od razu załapał o co chodziło. Oczy mu rozbłysły. Przełknął to co miał w ustach i nieśmiało podszedł do instrumentu. Usiadł.
- Zaskoczyłeś mnie trochę… - Powiedział niezręcznie, może nawet bardziej do siebie. Miał okazję trochę załagodzić ten spór chociażby ten jeden raz, bardzo by tego chciał. Prawda była jednak taka, że nie wiedział co miałby teraz zrobić.
Otworzył klapę, a przed nim ukazały się rzędy śnieżnobiałych klawiszy. Jakby za dotknięciem magicznej różdżki, poczuł się jakoś spokojniejszy niż przed chwilą. Nacisnął parę klawiszy i tyle wystarczyło by go olśniło. Już dobrze wiedział co im zagrać. Odezwał się jeszcze ostatni raz wracając na chwilę do pokoju i ludzi w nim przebywających za nim na amen wpadnie w trans. - Wybaczcie mi jeśli będę brzmiał drętwo, dawno nie grałem już, moje palce mogą być trochę sztywne. - Po czym na nowo odpłynął. Postanowił zagrać im swoją kompozycję, którą jakiś czas temu napisał.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Czw Gru 29, 2016 6:49 am

Nikt nie odważył się przerwać Matthewowi w żadnej części jego gry. Zwolnili pracę, jakby najmniejsze tarcie rysika o papier mogło okazać się zgubne dla czystego brzmienia. Lilly stanęła w miejscu, milknąc i wlepiając wzrok w chłopaka, mimo że nie należała do osób, które mogą pochwalić się chwilą wolnego. Herbata parowała zza jej plecami, na co nikt nie zwracał już uwagi. Słuchali, drżąc na sercu, wyczekując kulminacyjnego momentu. Nawet Amon nie odezwał się chociażby słowem, co było niewątpliwym wyczynem, gdyż utwór pochłaniał kilka minut z ich życia. Zerkał co chwilę na pochłoniętego grą rudzielca, leniwie ujmując ścięty rysik w dłoni.
Gdy padła ostatnia nuta, zapadła cisza, której nie chciał przerwać żadna ze zgromadzonych tu osób. Nikt nie odważył się na komentarz, chociaż scena wyraźnie go wymagała. Lynn poczuł się w obowiązku, więc już miał otwierać usta, aby ocenić grę chłopaka, gdy nagle u progu rozległ się odgłos miarowego klaskania. Wszyscy zwrócili głowy do źródła dźwięku, nie spodziewając się większego zgromadzenia w pracowni, która na co dzień gościła wyłącznie młodego panicza. W drzwiach, oparta biodrem o framugę stała młoda kobieta, o spiętych wysoko brązowych włosach, sięgających jej pasa, zielonych oczach i… zupełnie dziwacznym ubiorze. Nosiła ona bowiem luźne spodnie gdzieniegdzie brudne od smaru, męską koszulę z szelkami i potężne robocze buciory. Uśmiechała się wdzięcznie, do kiedy Lynn nie wstał na równe nogi i nie zawołał:
- M-mamo! Proszę, ubierz się normalnie… - wydukał natychmiast, kraśniejąc mocno na twarzy, czując, że zaraz spłonie ze wstydu. Jakie to było nieprzyzwoite, jak ona mogła pokazać się tak przed jego znajomymi! – myślał, a jego zażenowanie sięgnęło szczytu.
- Wstydzisz się mnie, Lynn? – zaśmiała się dźwięcznie, najwyraźniej nie robiąc sobie nic z jego uwag. Przestąpiła próg, wodząc wzrokiem po zgromadzonych dzieciach. Lilly natychmiast powróciła do napełniania filiżanek herbatą, a następnie roznoszenia ich po pomieszczeniu, wybierając miejsca z dala od ich ważnych papierzysk. Kobieta podeszła do swojego syna, zachodząc go od tyłu i sprawiając, że zmuszony był ponownie zasiąść na krześle przy stole, położyła mu obie dłonie na barkach, opierając podbródek o czubek jego głowy, gdy przemówił.
- Wiesz, że nie, mamo… - westchnął jedynie, poddając się jej zupełnie. Oto jego pierwsza w życiu kobieta, z którą dyskusje nie istniały, a każda wygrana kłótnia była jedynie pozorem. Na drugą taką nie musiał wcale długo czekać. Złożyła na policzku chłopaka pocałunek, jakby chciała napawać się jego zawstydzeniem obwieszczanym przez niezdrową temperaturą jego twarzy.
- Po prostu nie chcesz narażać swoich kolegów na szok, czyż nie? – uśmiechnęła się, odrywając od syna i wędrując miękkim krokiem dalej. – Niech wiedzą – powiedziała, wpijając wzrok prosto w oczy Amona. Blondyn z trudem wytrzymał kontakt wzrokowy, jednak gdy kobieta przejechała dłonią po skraju jego żuchwy, speszył się jednakowo jak młody Cavendish, z którego później chciał się naśmiewać. – Zwabiła mnie do was ta delikatna melodia, unosząca się przez długie korytarze… I choć raz jestem wdzięczna, Lynn, że nie zamknąłeś za sobą drzwi – dopowiedziała, na tym kończąc kontakt z Amonem i przechodząc do ostatniego z chłopców, zasiadającym na stoliku przy fortepianie.
Nad rudzielcem również się pochyliła, początkowo kładąc mu dłoń na czuprynie, a następnie odgarniając mu grzywkę wedle uznania, delikatnymi, powolnymi ruchami.
- Oto nasz mały artysta… - zachichotała jak dziewczynka, obdarzając Matta czułym spojrzeniem. Najwyraźniej doskonale się bawiła. - Tacy ładni chłopcy… Nic, tylko oprawić was w ramę i powiesić nad kominkiem. Wiecie? Całkiem dobrze się składa… - musnęła po raz ostatni rude kosmyki Matta i odwróciła się do syna. – Twój ojciec zamówił sobie fotografa, by uwiecznić jego starą facjatę na tle swojej kolekcji… Ale myślę, że wam przyda się to bardziej. – Co wy na to? Poproszę, aby zaszedł i do waszej trójki. – Mimo że zadała pytanie, najwyraźniej nie oczekiwała odpowiedzi. Sprawa w tej kwestii była już przesądzona. Ruszyła do wyjścia, zerkając jeszcze przez ramię na Lynna.
- I kochanie… ubierz buty, bo się przeziębisz – rozkazała, bez pośpiechu opuszczając pokój.
Gdy jej kroki ucichły, Lynn natychmiast warknął:
- Nawet nie ważcie się tego komentować.
- Matko i córko, zdjęcie! – Amon zupełnie zignorował jego wypowiedź, podrywając się z miejsca i w głowie układając sobie plan działania. – Na jakim tle…?! Och, z moją majestatyczną twarzą muszę stać na środku, nie widzę innej opcji…! – przejął się ogromnie, rozglądając się wkoło.
- Proponuję ci jednak stanąć z boku, Amon, łatwiej będzie wyciąć – skomentowała Lilly, tym razem jawnie udając, że pracuje, gdyż wcale nie chciała się z nimi rozstawać w tym całkiem interesującym momencie. Blondyn syknął na nią, machając ręką, aby się uciszyła, po czym zaczął namawiać swoich kolegów, aby wspólnie zapozowali na pamiątkę. Służka z delikatnym uśmiechem przyglądała się temu wszystkiemu z boku.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pią Gru 30, 2016 8:32 am

Przez cały czas jak jego palce dotykały klawiszy cały świat przestawał istnieć. W rzeczywistości mógł sobie być rudym kurduplem, który nigdy nie dotknie piersi kobiety, ale kiedy zaczął grać nagle stawał się czymś więcej. Tańczył, wiedziony przez swoje palce. Był kompletny, nie potrzebował już niczego innego. Wpadł w stan, który nie można było oddać słowami, a jedynie język muzyki potrafił w stu procentach przekazać to co miał na myśli. Nawet, kiedy już skończył grać, nie wracał do świata żywych, tylko rozkoszował się chwilą ciszy tak samo jak dźwiękami fortepianu, dopiero dźwięk klaskania sprowadził go na ziemię.
Odwrócił się jak wszyscy. Jego oczom ukazała się przedziwna istota. Postura, włosy, oraz głos wskazywałby na kobietę, ale kobiety nie noszą, spodni, szelek i koszul! A tym bardziej te plamy od smaru, przecież było to niemożliwe, by przedstawicielka płci żeńskiej się ubrudziła czymkolwiek. Z mocnym zdziwieniem, z domieszką lekkiego przerażenia przyglądał się istocie, która okazała się być matką Lynna. Szczerze mówiąc, mimo tego co mówiła mu Lilianne nie spodziewał się tego, a jej zachowanie z chwili na chwilę zdawało się być coraz bardziej osobliwe.
W końcu jednak podeszła do niego. Chłopak nie śmiał się nawet ruszyć, tylko wpatrywał się w nią jak obrazek, po czym się zawstydził i szybko spuścił wzrok. Dziwne… Po jej słowach zrobiło się mu jakoś tak… ciepło w środku. Kobieta mimo swojego osobliwego wyglądu przypominała mu jego własną matkę, w szczególności tym jak gładziła go po głowie.
Zadumał się chwilę nad tym momentem, po czym zupełnie nie zważając na konsekwencje, powiedział nieobecnym tonem, po tym jak kobieta wyszła. - Fajną masz mamę, Lynn… - Wrócił wtedy jeszcze na chwilę do swoich rozmyślań.
Chwilę mu zajęło nim przypomniał sobie o czym mówiła matka kolegi. - Czekajcie… Zdjęcia? - Chłopak natychmiast się obruszył. -Jakie zdjęcia? J-ja nie mogę! Nie w takim stanie… - protestował. Mówiąc to miał na myśli morze rudych kołtunów na swojej głowie.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Nie Sty 15, 2017 2:07 am

Lynn rzucił Mattowi wściekłe spojrzenie na jego słowa na temat matki, nie dodając jednak już nic więcej. Cierpiał na najprawdziwszy kompleks na jej punkcie, mając wrażenie, że jeśli nie będzie jej pilnował wystarczająco, obdarzy większą miłością któregoś z jego kolegów lub co gorsza – jeden z nich pozwoli sobie na zbyt wiele…! Dotychczas sądził, iż będzie musiał skupić uwagę na Amonie, teraz jednak postanowił mieć oko również na drugiego z przyjaciół.
Krzątali się bez ładu i składu, jednocześnie decydując się nad doborem tła do ich pierwszej wspólnej fotografii oraz usiłując ogarnąć swój wygląd, znajdujący się w bardziej lub mniej nieodpowiednim stanie. Ale czy to właśnie nie oddawałoby ich w całości? Zmierzwione od deszczu włosy Matta, dowód jawnej kpiny Amona, wyraźnie rozemocjonowanego po niedawnych przeżyciach, aż po zaniepokojone spojrzenie zza zmarszczonych brwi, należące do Lynna, zapewne jedynego, któremu zależało na skończeniu powierzonej mu pracy. Stojąca na uboczu Lillianne miała najprawdziwszy ubaw z ofiarowanej jej sceny roztargnienia i chwilowego chaosu.
Powitała z uśmiechem fotografa, którego przybycie zignorowali chłopcy, pochłonięci swoimi sprawami, tłumacząc mu prostych słowach powód całego zamieszania. Zapewne pozostawiłaby im tę cudowną sprzeczkę, gdyby tylko nie dosłyszała pewnej propozycji, na którą aż włosy zjeżyły się jej na głowie:
- Stańmy na tle okna; nie będzie widać tego syfu na stole… - dobiegł ich pomysł Amona, na co Lynn nie zdążył się oburzyć, gdy Lil podeszła do nich z impetem, machając dłońmi, jakby chciała ich odwieść od przedstawionego planu.
- W ten sposób będzie widać odbicie pana fotografa. To przynosi pecha – zarządziła, podchodząc do nich bliżej, wyraźnie nie chcąc się zagłębiać w temat, choć zdecydowanie miała wiele więcej do powiedzenia. Zignorowała komentarz blondyna, w dosyć niecenzuralny sposób określający ją mianem wariatki. – Stańcie przy fortepianie – zaproponowała, chcąc się już usuwać z pola widzenia.
- Założę buty do zdjęcia – oznajmił nagle Lynn, przypominając sobie o ich istnieniu, choć wcześniej zupełnie zignorował prośbę matki.
- O nie. Nie rób tego, inaczej ja też będę musiał je zakładać – Amon obruszył się, krzyżując ręce na piersiach i ciemniejąc lekko na twarzy, obdarzając wzrokiem półbuty, stojące tuż pod stołem.
Podczas gdy prowadzili dialog pozbawiony głębszej logiki, fotograf rozkładał swój pokaźnych rozmiarów sprzęt, gotów przenieść go wedle ich życzenia. W końcu za to mu płacili.
- Panienko, zajmij się Mattem. – Młody Cavendish skinął na służkę, przypominając sobie o narzekaniu rudzielca. Wizja wspólnego zdjęcia całkiem mu pasowała, ale wolałby mieć już to za sobą i przejść do powodu, dla którego się tu zgromadzili.
- Księżniczko, wyglądasz doskonale jak zawsze. – Amon musiał wtrącić swoje trzy grosze, podczas gdy Lillianne już wyciągnęła dłonie, aby niezależnie od sprzeciwów Matta zrobić porządek z jego fryzurą. Próbowała go wziąć z zaskoczenia, dosyć gwałtownie przeczesując palcami rude pasma włosów, jednocześnie usiłując uklepać wszystko co wystawało poza granicami przyzwoitości.
- Myślę, że to ma swój urok… - spróbowała pocieszyć chłopaka, choć nie potrafiła ukryć w głosie sporej dozy sceptyczności.
Amon zachichotał, a Lillianne na powrót cofnęła się, aby nie przeszkadzać im w pozowaniu. Stała obok fotografa, kontrolując również jego poczynania. Chwilę sprzeczali się, co do pozycji i miejsca, ostatecznie decydując się na propozycję służki, trafiając na tle rozłożonego fortepianu z wciąż odsłoniętą klapą i pokrywającą go stertą papierów.
- Już, chłopcy? – zapytał nieco zmęczonym tonem starszy mężczyzna, widząc, że wciąż są dalej niż bliżej ustalenia czegokolwiek.
- Prawie, proszę pana! Matt, stań tutaj. O, tutaj – rozkazał Amon, nie czekając na jego reakcję, ciągnąc go za rękaw we wskazane miejsce. Zmienił zdanie, najwyraźniej miał już swoją wizję, której nie pozwolił nikomu zaburzyć. Umiejscowił rudzielca pomiędzy sobą a Lynnem, stając blisko nich i po raz ostatni odgarniając włosy z czoła, co wywołało ciche prychnięcie u Lil.
Tymczasem młoda służka odkryła bardzo niepokojące znalezisko, tuż u dołu swoje czarnej sukni. Ciągnąca się nić, połyskująca lekko na tle dywanu. Zmarszczyła brwi, jednak jej prób odpięcia tajemniczego haczyka nie dostrzegł już zapewne nikt, gdy fotograf, skończywszy przygotowania, polecił im wyprostować się i przybrać poważne miny.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Nie Sty 29, 2017 2:55 am

Aż przeleciał go dreszcz, kiedy Lynn się na niego spojrzał. Przez chwilę nie wiedział o co chodziło, przecież nie powiedział nic złego. Musiał jakoś źle zinterpretować jego słowa! Owszem, matka chłopaka różniła się znacząco od innych matek, które jak dotychczas spotykał, ale wcale go to jakoś nie zniechęcało. Ba, polubił panią Cavedish przez ten krótki moment. Wydawała mu się zarówno miła i ciepła jak jego własna, a przy tym była taka niezależna, nie dająca sobą pomiatać byle komu. Wiele by dał, by Grace Borcke, była choć w połowie tak odważna i pewna siebie… To nie tak, żeby była zupełnie taka jak ona, ale przydałoby się to jej. Niestety o wiele trudniej to powiedzieć i o ile już uniósł swoją dłoń, by naprostować to nieporozumienie, to nie potrafił wydobyć z siebie ani słowa. Po prostu to było zbyt trudne, a zarazem już za późno. Dookoła było sporo ludzi, którzy nie powinni o tym słyszeć, a poza tym Lynn zajął się już czym innym. Matthew posmutniał. Nie podobało się mu to, ani trochę. Nie lubił martwić ludzi. Zamiast prawdy wymruczał naprawdę ciche, niemalże niesłyszalne - Przepraszam… - Po czym, trochę skulił się w sobie. Jeszcze długo pozostanie w nim niesmak po tym nietakcie.
Właściwie przez większość czasu stał w miejscu i tylko rozglądał się po bokach, kiedy inni się krzątali i rozprawiali na temat zdjęcia, oraz miejsca w którym jaką zapozować. On tylko zagubiony wodził wzrokiem za wszystkimi. Nie miał zbyt wiele do gadania w kwestii zdjęcia, nie za bardzo za nimi przepadał, po prostu stanie długo w bezruchu i z jedną ekspresją na twarzy, bardzo go krępowały (oczywiście kiedy ktoś mu kazał i na niego patrzył).
Zignorował zaczepki Amona i Lilly, oraz dylematy Lynna, sam próbując zapanować nad swoim rudym gniazdem na głowie, oczywiście do kiedy nie przyszła jego nowa znajoma za namową Lynna mu pomóc. Na początku chciał się wzbraniać, pokazać, że sam sobie poradzi, ale jednak dał za wygraną i tylko próbował nie jęczeć za głośno, kiedy ta ciągnęła go za jego splątane kosmyki włosów. Efekt końcowy, też nie był powalający, lecz zwyczajnie nie miał ochoty dalej cierpieć, a jedynie posłał Amonowi iście mordercze spojrzenie za jego komentarze, już mu się on kiedyś odpłaci, tylko poczekajcie!
Zaciągnięty przez blondyna na swoje miejsce, stał nieruchomo i zastanawiał się jaką minę przybrać, drżąc już na widok obiektywu. Zauważył też Lillianne stojącą obok i na chwilę jego głowę ogarnęły zupełnie inne myśli. Mimo że znał ją dopiero od dzisiaj, to zrobiła dla niego tak wiele. Naprawdę ją polubił, całkowicie ignorując brednie Amona, poza tym dała mu ciasto, wydała mu się wtedy bardzo dobrą osobą, tylko czasami pokazującą rogi, zupełnie tak jak wcześniej wspomniany kolega.
- Czekajcie! - Zawołał głośno, po czym trochę się zmieszał. - Przepraszam… - Wybąkał, niezręcznie uśmiechając się do fotografa, który na pewno ich już zdążył znienawidzić. - A może panienka Lillianne też by chciała z nami tutaj… w sensie na zdjęciu… zrobić sobie z nami… - Jąkał się samemu nie wierząc, że zdobył się na taką zuchwałość. Zapewne Amon nie da mu już żyć, więc wszelkie nadzieje pokładał w najstarszym koledze.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pon Sty 30, 2017 3:04 am

Lynn szykował już swoją wyjściową twarz do zdjęcia, a Amon podniósł się lekko na placach, wykonując ostatnie testy, gdy ponownie im przerwano. Fotograf wyłonił się zza aparatu, zapewne przeklinając swoje życie i pracę, w której przyszło mu przebywać z niezdecydowanymi smarkaczami. Propozycja Matthewa zaskoczyła wszystkich, bez wyjątku. Lilly uniosła wysoko brwi, za nic się tego nie spodziewając – znała przecież swoje miejsce i choć zdarzało jej się zachować nieodpowiednio, w poważnych kwestiach nie odważyłaby się wejść swojemu paniczowi w paradę. Zerknęła na Lynna, wyczekując jego decyzji. Amon oczywiście nie zamierzał znosić potulnie tej jawnej zdrady, obwieszczając swoje oburzenie wyjątkowo głośno:
- Co!? Nie chcę być na jednym zdjęciu z tą francą! Co to w ogóle za pomysł!? – wrzeszczał, aż ocuciło go donośne chrząknięcie fotografa. Doprawdy, te bogate dzieciaki są coraz gorsze! – Zresztą… „Panienko!?” Czy was już do reszty pogrzało!?
- Chłopcy, proszę… - Nie dowiedzieli się, o co prosił mężczyzna, bo Lynn po chwili zamyślenia przerwał mu iście olśnionym tonem.
- Tak, dobra myśl, Matthew. – Był jednocześnie zadziwiony inicjatywą przyjaciela i faktem, że sam na to nie wpadł. Może by to zaproponował, gdyby tylko nie przywykł do traktowania służby jako powietrza. Taka była natura rzeczy, nie śmiał jej naruszać, ale jakby się zastanowić… Lilly była mu powierniczką myśli, cierpliwą przyjaciółką, nie tylko dziewczyną od herbaty. Zasługiwała na to zdjęcie. Wyciągnął rękę, zapraszając ją do siebie łagodnym gestem. – Pozwól tu, panienko.
Dziewczę rozpromieniło się, chwytając się za materiał sukni i prędko zajmując miejsce tuż po prawej stronie Lynna. Nie przejmowała się swoim ubiorem, wciąż lekko rumianymi z wysiłku policzkami, niesfornie wydobywającymi się spod czepka włosami; radość dodawała jej piękna, niemożliwego do przyćmienia przez szarą codzienność.
- Nie mogłabym odmówić przyjemności Amonowi… - uśmiechnęła się szeroko, prezentując swoje zęby. – Proszę zaczynać. Niech pan nie czeka, aż nadąsany wyraz zniknie z twarzy naszego kolegi… To będzie urocza pamiątka – zwróciła się do fotografa, nawet nie musząc zerkać na blondyna, by doskonale odgadnąć, jakie stroi miny.
- Świetnie. Nie myśl sobie, że mnie wykurzysz swoja obecnością, płaska desko – warknął do niej, tym razem ściszając ton, aby najstarszy z mężczyzn nie zszedł na zawał. Jej słowa jednak podziałały; postarał się przybrać pogodne spojrzenie, aby wyjść na zdjęciu jak najlepiej.
- Amon… - dosłyszeli jeszcze zrezygnowane upomnienie Lynna, mimo że aż za dobrze byli świadomi o jego bezcelowości.
- Cicho! Zaczynam, nie ruszajcie się! – Fotograf przybrał w końcu ostrzejszy ton, zamierzając zrobić im to przeklęte zdjęcie i nigdy więcej tu nie wrócić. – I chłopcze, zabierz te włosy z twarzy!!! – zawołał, wskazując na rudzielca i znikając ponownie za aparatem.
Pozowali w milczeniu, przyjemnym napięciu, nawet wstrzymując oddechy. Lynn za stosowne uznał zbliżyć się do przyjaciela stojącego po jego lewej stronie, kładąc mu rękę na ramieniu. Nie był świadomy, że w tym samym czasie jego drugi przyjaciel zdecydował się na podobny gest… zaciskając paznokcie na pośladku rudzielca, szczypiąc go silnie, najwyraźniej w ramach zemsty za propozycję, nieprzypadającą mu do gustu. Amon wypadał zupełnie niewinnie; jak aniołek. Uśmiechał się grzecznie jak wzorowy uczeń, zapewne po wygraniu turnieju szachowego. Na zdjęciu nie było widać, gdzie wędruje jego prawa dłoń.
Lilly zaś aż drżała z emocji. Czuła się taka ważna, niczym panienka z dobrego domu przed artystą malującym jej portret. O tak, satysfakcja wypełniała każdą część jej ciała. Nie dość, że dostała gwiazdkę z nieba, to jeszcze utarła nosa tej małpie…! Wiedziała jednak, że nie może spocząć na laurach tak prędko. Nie kiedy los zdawał się do niej uśmiechnąć.
Uniosła powoli rękę, czując niemal opór powietrza. Powstrzymała jej drżenie, odnajdując po omacku chłodną dłoń Lynna. Wyczuła jego zaskoczenie, pierwszą reakcję, którą było cofnięcie ręki, w obawie, że ma do czynienia z przypadkiem. Nie pozwoliła mu uciec, zbliżając obleczone białą rękawiczką palce, wsuwając się powoli – przez jego nadgarstek, wnętrze dłoni, aż po same koniuszki swojej drogi, splatając ich w lekkim uścisku. Uniosła spojrzenie na panicza, czując wyraźnie, jak zesztywniał, nie podejmując żadnych działań, nie oddając jej odważnego gestu. Gdy dostrzegła jego twarz, zrozumiała jednak, co jest powodem jego zachowania. Policzki wyraźnie mu pociemniały, a spojrzenie, choć wciąż wbite w fotografa, zdradzało ogrom niepojętego zaskoczenia. Nie mogła powstrzymać tryumfującego uśmiechu, łagodniejącego dopiero wtedy, gdy odwzajemnił uścisk, splatając ciasno ich dziecięce wciąż palce, co zostało uwiecznione na fotografii.
Cichy trzask obwieścił im koniec pozowania, na co odetchnęli z ulgą. Wrócili do normalności, Lilly odsunęła się od swojego panicza, Amon schował ręce w kieszeniach spodni, udając, że nic się nie stało. Podziękowali fotografowi za pracę, nagle jakby tracąc zainteresowanie całym wydarzeniem.
- Odprowadzę pana – zaproponowała Lilly, podchodząc jeszcze do stołu, zbierając pusty talerzyk ze stołu i podnosząc coś z podłogi, znikając chwilowo pod blatem. Pomogła mężczyźnie zapakować przedmioty, po czym udała się do drzwi, na pożegnanie mrugając jeszcze raz do Matta, w podzięce za tak uprzejmy gest z jego strony.
- Ufff… w końcu możemy wrócić do pracy! – oznajmił Lynn, przeciągając się i zbliżając się do papierzysk na blacie.
- Och, tak… - przytaknął mu z entuzjazmem Amon, zapominając o całej sytuacji z fotografią. – Księżniczko, zajmij swoje miejsce. I najlepiej zagraj nam coś jeszcze. – Machnął ręką w kierunku fortepianu, na co Lynn podejrzliwie zmrużył oczy. Czyżby…? Wychylił głowę, zerkając na arkusze papieru zgromadzone pod nosem blondyna. Na tym znajdującym się najbardziej na wierzchu, choć częściowo pokrytym zwymiarowanymi projektami, znajdował się szkic…
- Chyba kpisz, Amon… - jęknął Lynn, porywając do góry papier z rysunkiem przedstawiającym ich rudego kolegę, zasiadającego przy fortepianie. Oczywiście, nie mógł mu odmówić talentu, w ciągu kilku chwil ujął wszystko, co zdało im się wtedy najbardziej zjawiskowe – zaangażowanie Matta; jego pasję i oddanie. Szkic nie był skończony, Amon zdążył go częściowo wycieniować, zaznaczając skupienie na twarzy przyjaciela z profilu, urywając najwyraźniej przy kreskach mających przedstawiać wgniecenia w materiale jego koszuli.
- Hej, oddawaj, nie skończyłem! – wyrwał mu kartkę z powrotem, za nic mając niego upomnienia.
- Ostatni raz pracujemy w parze, pajacu… - zagroził mu, wiedząc jednocześnie, że się myli. – Matthew, nie siadaj przy fortepianie, błagam. Chodź, nauczę cię wymiarować, na pewno sprawdzisz się lepiej niż tej leń… - zwrócił się do rudzielca, wyraźnie już zmęczony brakiem postępów w pracy, którą w pojedynkę z pewnością już by kończył.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pon Sty 30, 2017 7:53 pm

Spodziewał się w sumie, że rozpęta małe piekło, aż zamknął oczy, bo nie miał najmniejszej ochoty na to patrzeć, lecz pomimo chwilowego wybuchu Amona, obyło się bez rozlewu krwi. Mógł jednak liczyć na pomoc Lynna w tej sytuacji. Nie widział tego teraz, jako czegoś z drugim dnem, głębszego, ale jako najzwyklejszy przejaw życzliwości i wsparcia. Chłopiec uśmiechnął się. Lillianne wyglądała teraz na troszkę szczęśliwszą, a to mu również wystarczyło do poprawienia nastroju… Poza tym trochę utarł nosa Amonowi, a to wcale nie przeszkadzało mu w odczuwaniu euforii. Trudno, blondyn będzie to musiał przeboleć...
- Ach, oczywiście! Przepraszam… - Ze skruchą po raz kolejny uśmiechnął się niemrawo do fotografa, po czym migiem próbował jeszcze zrobić coś ze swoimi lokami, zaplątanymi już w oprawkę od okularów. Dobrze, że matka teraz nie widziała, że jej godzinne starania, by wyglądał jakoś schludnie, spaliły na panewce.
Będąc już gotowym, on również zapozował. Musiał przyznać jednak, że ogarnęła go lekka trema, przecież było to ich pierwsze wspólne zdjęcie, najważniejsza pamiątka w jego życiu! Nie mógł wypaść gorzej, niż tylko najlepiej jak potrafił, o! Tylko co by tu zrobić? Na początku myślał, o małym uśmiechu, ale wyglądałoby to strasznie niezręcznie, więc zdecydował się podobnie jak Lynn zachować powagę.
Nagle poczuł czyjąś dłoń zaciskającą się na jego ramieniu. Przeszedł go wtedy dziwny, jakby ciepły dreszcz. Cóż za przedziwne uczucie, aż się go trochę przeląkł, ale z drugiej strony, było ono… przyjemne, aż coś w nim zadrżało. Nie zdążył się jednak nad tym dobrze zastanowić, bo poczuł kolejny dotyk, mocniejszy i to w dość... wrażliwym miejscu. Chłopak niemal że podskoczył. O ile pierwszy dotyk, nie przeszkodził mu w pozowaniu, to drugi sprawił, że jego oczy prawie wyszły mu przed szkła, a na jego twarzy pojawił się wielki banan, przez co na zdjęciu zapewne wyjdzie jak skończony pajac, na całe szczęście nie zaczął piszczeć.
Klamka już zapadła, fotograf zrobił już swoje, a on sam mógł się w końcu ruszyć z miejsca. Znowu zrobił się ze złości cały czerwony na twarzy. Gniewnie zwrócił się do Amona podpierając się pod boki i kiedy Lillu, wraz z mężczyzną opuścili pokój, wtedy dopiero wybuchł. - A ty jak zwykle dobrze się bawisz, zachowując się jak skończony osioł ty… ty… TY SKOŃCZONY JEŁOPIE! - Krzyczał do niego, ale szybko zorientował się, że to jak polemizowanie ze ścianą, więc machnął na niego ręką i usiadł z założonymi rękoma gdzieś na krześle. Chyba nigdy w życiu nie będzie chciał widzieć żadnej odbitki tego zdjęcia na oczy. Boże jaki wstyd…
Z jego iście żałosnych rozmyślań wyrwał go głos Lynna. - Hm? Och, dobrze. - Odpowiedział, wyraźnie zdziwiony, że zapytał go o coś takiego, lecz skoro, już musiał to wstał i podszedł do biurka, czekając na instrukcje. Wtedy zerknął Amonowi przez ramię, bo i ile perfidnie ignorował ich wcześniejsze przepychanki z Lynnem to zaciekawiło go to czym rozwścieczył tak chłopaka.
I wtedy zdrętwiał. Rudzielec lekko przekrzywił głowę. - Czy to ja… - Wypowiedział cicho zdumiony. - Ale dlaczego… Dlaczego mnie rysowałeś? - Kontynuował jeszcze bardziej przejętym tonem. Nigdy nie uważał siebie za kogoś, kogo chciałoby się gdziekolwiek uwieczniać, poza tym że musiano. Czuł się strasznie skrępowany w tak niecodziennej sytuacji dla niego.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Sro Lut 01, 2017 11:14 pm

Amon standardowo miał za nic uwagi Matthewa, w całej swojej bezczelności twierdząc jeszcze, że będą mieli piękną pamiątkę. Co się działo za ich plecami, wiedzą tylko oni, cóż. Wykonał zdziwioną minę na pytanie kolegi, jakby odpowiedź była oczywista.
- Dlaczego? Pozowałeś idealnie, Matthew. Grzechem byłoby nie skorzystać ze sposobności – oznajmił poważnie, nawet darując sobie użycie przezwiska rudzielca. Prędko złośliwy uśmieszek powrócił na jego twarz, nie zwiastując z pewnością niczego dobrego.- Jesteś o wiele bardziej wdzięcznym obiektem do uwieczniania niż Lynn. Jego portret po ukończeniu zbyt łatwo pomylić z wizerunkiem średniowiecznego medyka w walce przeciw czarnej śmierci, jeśli wiesz, co mam na myśli… - zamrugał radośnie do Matta, ciesząc się jeszcze bardziej, na prychnięcie przyjaciela za swoimi plecami.
- Wszystko słyszę, kretynie… - prychnął, coraz bardziej zniechęcony do obecności kolegów, którzy za nic nie pomagali w ruszeniu zadania do przodu.
- Wiem, a myślisz, że dlaczego mówię tak głośno? – uniósł brew w łobuzerskim wyrazie, zasiadając na skraju stołu, aby wciąż znajdować się przodem do rudzielca. – Możesz go zatrzymać, jeśli chcesz… - machnął kartką przed twarzą chłopca, choć jeszcze przed chwilą był gotów zabić, aby dokończyć szkic, teraz jakby od niechcenia mógłby go porzucić.
Gdy sprawa rysunku została rozstrzygnięta, w końcu zapadła cisza. Młody Cavendish długo czekał na tę chwilę. O tak, w końcu idealna okazja, aby się zamknąć i w milczeniu dokończyć swoją pracę. Odczekał przyzwoite kilka sekund, aby nie wyjść na zbyt nadgorliwego i już brał powietrza w płuca, po raz kolejny chcąc zaproponować plan ich działania, gdy nagle… rozległo się pukanie do drzwi. Znowu! Ogarnęła go złość, aż przycisnął zbyt mocno rysik do papieru. Odwrócił się z wcale nietęgą miną w stronę wyjścia, a to co tam zastał, sprawiło, że cały podskoczył, prostując się i sztywniejąc.
- Kolacja wkrótce zostanie podana do stołu – w pomieszczeniu rozległ się twardy głos. Przed nimi ukazał się podstarzały, częściowo siwy mężczyzna chodzący o lasce w skromnym ubraniu, typowym dla służby. Jego wyraz twarzy mógłby być uznany za co najmniej groźny, zapewne przez krzaczaste brwi, wiecznie ułożone blisko siebie. – Nie życzę sobie spóźnienia, chłopcy. Nie zapomnijcie umyć rąk. – Kończąc wypowiedź, obdarzył wzorkiem gołe stopy Lynna, marszcząc brwi tak bardzo, że niemalże zniknęły mu pod nimi oczy. Jego spojrzenie było tak wymowne, że chłopiec automatycznie sięgnął po buty, wciskając je na nogi.
- N-nie spóźnimy się – zapewnił go młody panicz. W głosie chłopca wyraźnie dźwięczało przerażenie. Stary Alcester śnił mu się po nocach i bynajmniej nie były to przyjemne sny, a takie, z których budzi się z wrzaskiem.
Gdy mężczyzna upewnił się, że wszystko jest jak być powinno, opuścił pomieszczenie. Mogłoby się zdawać, że Amon wyśmieje potulność swojego przyjaciela, jednak nic takiego się nie wydarzyło – sam również w trybie natychmiastowym sięgnął po swoje buty. Najwyraźniej mężczyzna nauczył pokory również blondyna. Już wsuwał w nie stopę, poganiając Matthewa:
- Na co czekasz? Ubie… Au! AŁA!!! – przerwał, wydając z siebie okrzyk bólu. Podskoczył lekko i jak oparzony, odrzucił buta na dywan, chwytając się za nogę. Z jego skarpetki, w okolicach pięty zwisał smętnie… haczyk. Ten sam haczyk, który dopomógł sukni Lilly zawisnąć na wędce, wciąż z kawałkiem linki. – Zabiję ją! Przysięgam, zamorduję!!! – wrzeszczał, najwyraźniej nie żartując. – Kiedy ona…?! – rzucił urwane pytanie w przestrzeń, opornie zabierając się do wyrwania żelastwa z własnej skóry.
- Nie mazgaj się. Sam sobie na to zasłużyłeś – westchnął Lynn, stając po stronie służki bardziej z przyzwyczajenia niż wyboru, uważając, że tym razem to ona posunęła się za daleko. – A teraz chodźcie, obaj – pogonił ich, wstając z miejsca, z żalem zostawiając przerwaną pracę.
*
Stół, choć bogato zastawiony, zawierał więcej pustych miejsc niż zajętych. Chłopcy nie doświadczyli już obecności rodziców Lynna, nawet Lilly (z wiadomych powodów) zdawała się ich unikać. Po zjedzeniu kolacji zrobiło się już późno i Alcester postanowił, że na dziś ich spotkanie się zakończy. Amon, oczywiście nie oponował, wsiadł w przygotowany powóz wraz z Matthewem, życząc mu jeszcze udanej pracy. Panicz machał im jeszcze przez chwilę (środkowym palcem), nim zniknęli za bramami posiadłości, wielce niezadowolony wracając do swojej pracowni.

/zt x2

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
 
Rezydencja Cavendishów
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Off-Topic :: Strefa pozafabularna :: Retrospekcje-
Skocz do: