IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Mea Culpa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mea Culpa
Biały Indianin
avatar

Liczba postów : 11
Join date : 27/01/2017

PisanieTemat: Mea Culpa    Nie Sty 29, 2017 4:48 pm

Imię i nazwisko: Mea Culpa
Pseudonim: -
Wiek: prawdopodobnie 18 lat
Rasa: czarownica

Grupa: Wędrowiec
Ranga: brak
Zawód: brak

Moce: Telekineza (niezbyt ciężkie przedmioty, zwarte do 15kg, drobne w nieograniczonych ilościach, zasięg 5m, czas trwania: zależny od wagi przedmiotu. Mea jest dość słaba, więc lekkie przedmioty do godziny, a te powyżej 2kg bez zmęczenia około 15min, każda kolejna minuta wymaga wiele wysiłku, zazwyczaj w 20min wysiłku daje efekt wycieńczenia. Przy silnych emocjach większe przedmioty również, wtedy gniew czy inne silne uczucie maskuje objawy zmęczenia, jednal taki stan może trwać tylko do kwadransa, potem dziewczyna pada z wycieńczenia).

Broń: brak

Umiejętności: Brzuchomówstwo, poza tym Mea jest całkiem zwinna i nieźle kradnie. Potrafi również dobrze polować i skradać się. Jest bardzo spostrzegawcza i co ciekawe, doskonale widzi w ciemnościach.

Charakter: Wychowanie przez Indian ukształtowało całkowicie tę dziewczynę. Najwyraźniejszą jej cechą jest nieufność wobec obcych, którą łatwo jest przełamać dzięki zwyczajnej ciekawości Indian do innych. Przy nieokazywaniu złych zamiarów, stają się bardzo ciepli, pomocni i mili, chociaż wciąż bacznie cię obserwują. Trudno jest zdobyć całkowite zaufanie Indianina tak, aby nie śledził każdego twojego ruchu czujnym spojrzeniem i zaczął zachowywać się pełni naturalnie. Życie nauczyło ich, aby cały czas być gotowym wobec obcych do obrony. Na Mei mocno się te cechy odcisnęły.
  Poza tym jest bardzo wrażliwa na świat natury. Darzy szacunkiem nie tylko konie, ale także zwierzęta, które je oraz rośliny, pogodę, słońce, chmury, gwiazdy, wszystkich ludzi również. Bogowie stworzyli piękny świat i są w każdym jego aspekcie obecni – taka silna wiara znajduje centralne miejsce w moralności dziewczyny. Nikogo nie zabija się, niczego nie niszczy bez powodu, którym może być zaspokojenie swoich potrzeb (głodu, pragnienia) oraz powinność obrony. Indianin nigdy nie atakuje pierwszy, nawet jeśli czuje intuicyjnie zagrożenie. Indianin czeka, wyczekuje momentów. Świadczy to o determinacji i cierpliwości.
  Kolejną ważną moralną zasadą jest wiara w dobro – bogowie stworzyli wszystko dobrym i nawet wąż ma swoje miejsce w świecie i ze swojego punktu widzenia jest dobry. Nie wierzą w zło, raczej w zagubienie, czasem bezpowrotne. Jednak zawsze przy osobistym spotkaniu ze złem starają się pokazać właściwą ścieżkę. Nie są bohaterami – nie narzucają swoich przekonań nikomu obcemu, nie ratują obcych od obcych. Mea podobnie, uważa, że zagubienie w gronie obcych, to sprawa obcych. Inaczej mają się sprawy, gdy zło dotknie kogoś z rodziny, plemienia czy przyjaciół. Wtedy atak, aby bronić bliskich, staje się najbardziej uzasadniony. Na piedestale stoją zawsze bliscy i to o ich dobro walczy Indianin, tworząc idealnie powiązaną wspólnotę. Aktualnie Mea nie ma nikogo bliskiego, znajduje się w nowym świecie, jednak zawsze w swojej wędrówce znajdowała jakieś miłe dusze, z którymi nawiązywała więź. Z uwagi na swój młody wiek jest bardzo tych więzi spragniona, potrzeba znalezienia własnej wspólnoty przegnała ją przez ćwierć globu.
  Następną typową cechą indiańską Mei jest świetna pamięć do rzeczy ogólnych oraz szczegółów. Przez swoją ciągłą obserwację zapamiętuje typowe dla danych ludzi zachowania, ubrania czy nawet tiki. Prócz tego zapamiętuje również słowa, czasami potrafi jest powtórzyć niemal jako dosłowny cytat. Indianin ma wykreowany prosty świat, tak więc nie jest w stanie dostrzec niuansów w głosie. Nie wie, czym jest sarkazm, ironia, żart, dwuznaczność. Dla niego przekaz słowny, pisany czy pokazywany jawi się od razu jako dosłowny.
  Mea właściwie nie bardzo zna świat pozaindiański. Jedynie co z obserwacji miasteczek i portów amerykańskich i angielskich, ale nie było ich wiele. Mnóstwo rzeczy będzie dla niej dziwnych i jednocześnie interesujących. Jako osoba młoda przejawia wielką ciekawość świata, którą hamuje jednak poczucie wyobcowania i nieodłączna podejrzliwość wobec wszystkiego.
  Harmonicznie współgrająca z realiami wioski indiańskiej osobowość, teraz kłóci się ze wszystkim, na co napotyka. Mea jest więc dziewczyną pełną sprzeczności.

Wygląd: Mea jest dziewczyną raczej chudą niż szczupłą – szczególnie widać to po sterczących spod niemal białej skóry obojczykach i prostych, nieproporcjonalnie długich rękach i nogach. Pozbawioną wyraźnych kobiecych kształtów Meę nietrudno pomylić z chłopakiem również przez jej wysoki (183cm) wzrost. Twarz o harmonijnych, lekko trójkątnych rysach przyjemnie współgra z małymi, pełnymi ustami i dużymi, jasnoturkusowymi oczami o krótkich rzęsach. Zadarty nosek upodabnia ją do dziecka, przez co często trudno odgadnąć, jakiego jest wieku. Krótkie włosy spadają mlecznymi kosmykami na czoło i kark. Z tyłu głowy zaś w jasne pukle wpleciono dwa czarne pasma, tworzące poniżej linii włosów długie do pasa, cienkie warkocze. Twarz Mei zastyga zazwyczaj na kształt maski – lekko rozchylone usta, zerowa mimika i jedynie szeroko otwarte, czujne oczy.
  Od przyjazdu Mea ubrana jest w ciemnoszare, długie  spodnie oraz białą, koszulę z żabotem, która na dziewczynie prezentowałaby się niczym na wieszaku, gdyby nie również biała, dopasowana kamizelka. Ponadto nosi rozpięty, kompletnie za duży na nią ciemnowiśniowy płaszcz z różowawą podszewką. Głowę i ramiona w ochronie przed słońcem i częściowo również zimnem okrywa ogromną białą chustą, jeszcze z domu. Co do stóp… zadziwiająco dobrze dopasowały się do niej męskie trzewiki (wszystkie damskie były zbyt małe). Tak więc ogółem rzecz ujmując, około osiemnastoletnia dziewczyna ubrana jest niczym wyrośnięty i wychudzony kilkunastolatek, który włamał się do szafy ojca i ukradł chustę babci. A, wciąż chodzi z drewnianą lalką imieniem Skacząca, która ma około metra wysokości.

Historia: Prawdziwych rodziców nigdy nie poznała. Któregoś dnia stary Indianin plemienia Tuacama znalazł przy drodze koszyk z na oko rocznym dzieckiem, wyjątkowo mizernym, ułożonym na poduszce w otoczeniu plików banknotów. Stary Indianin obserwował przez pewien czas drogę, a nie zauważywszy żadnego podróżującego, postanowił otoczyć dziecko opieką w swoim plemieniu. Dziecko, które okazało się być dziewczynką, przekazał rodzinie z najmniejszą ilością dzieci. Koszyk z tajemniczymi zielonymi papierami i białą kopertą z listem w nieznanym Indianom języku Stary schował głęboko w swoim tipi, traktując te dziwne rzeczy jako dar od bogów. Dziecko rosło szybko i, pomijając oparzenia słoneczne, bezwypadkowo. Bawiło się razem z innymi dziećmi, pomimo że jego wygląd mocno odstawał od ciemnych skór i czarnych włosów. Razem z innymi uczyło się również typowych indiańskich czynności jak na przykład polowania, przygotowywania jedzenia czy orientacji w terenie. Wtedy nic nie było w tym dziecku dziwnego. Około 16 lat od znalezienia koszyka przy drodze do wioski przybył pastor. Po porozumieniu ze Starym Indianinem otrzymał własny namiot oraz możliwość głoszenia swojej religii i nauki dzieci. Owa dziewczynka uczyła się razem z innymi i była prawdopodobnie najstarsza z tego grona, jednak przez swój dziecięcy wygląd zbytnio nie odstawała od reszty. Pastor uczył młodych Indian angielskiego, prostych rachunków, historii kraju oraz religii. Mea okazała się być bardzo dobrą uczennicą. Część z Indian nawróciła się na chrześcijanizm, ale tylko częściowo – dalej kultywowali przede wszystkim wierzenia przodków i większość prastarych tradycji. Żyli w pokoju, Indianie polowali na bizony, pastor co jakiś czas jeździł do osadniczych miast i długo go nie było – tak mijały spokojne miesiące. Któregoś dnia, dwa lata później, wrócił do wioski w wisielczym nastroju. Nie wychodził ze swojego tipi i nie wpuszczał do niego nikogo. Ze Starym Indianinem również nie rozmawiał, przyjmował jedynie posiłki przygotowywane przez kobiety i kładzione przed wejściem. Ten stan trwał dwa dni. Martwiono się, bo równo za tydzień miała odbyć się uroczystość nadania imion przez Starego Indianina osiemnastoletnim członkom plemienia, w tym również dziewczyny odnalezionej niegdyś w koszyku. Uroczystość ta nigdy nie nastąpiła. W nocy niedługo po powrocie pastora na wioskę napadli osadnicy z bronią palną i zabili wszystkich, nawet konie, przetrząsając każde po kolei tipi. Nie mogąc odnaleźć w ciemności tipi wodza, które zawaliło się pod ciężarem zabitego konia, postrzelili również pastora. Dziewczyna była wtedy na nocnej obserwacji stad bizonów, posłyszawszy odległe strzały, zaczęła wracać, jednak nie zdążyła na czas. Zobaczyła tylko w oddali kurzawę za osadnikami. Wszyscy byli już martwi, gdzieś tylko jeszcze rzucał się w agonii koń, ale coraz słabiej. Przynajmniej tak myślała, gdy blisko, z dołu usłyszała ciche jęknięcie. Żył jeszcze pastor, lecz jego stan był bardzo poważny, wciąż krztusił się krwią. Dziewczyna na granicy rozpaczy pochyliła się nad nim gotowa wysłuchać ostatnich cichych słów.
- J-jak dobrze… Kończysz 18 lat? Musisz przeżyć, musisz.. – i zaniósł się kaszlem wypluwając mnóstwo krwi. Dziewczyna podniosła jego targane bólem ciało do pozycji półsiedzącej i wpatrywała się w ciszy w umierającego starca, nie chcąc uronić ani jednego słowa. – Weź pieniądze, banknoty.. tipi Starego, wiesz.. znajdziesz, musisz… - Jego oddech zmienił się w świst, oczy zgasły, spojrzał jeszcze tylko na dziewczynę, po której milczącej twarzy toczyły się łzy. – Mea… culpa…
Ciało pastora zwiotczało, głowa odchyliła się bezwładnie do tyłu, twarz zastygła w wyrazie okrutnego bólu. Dziewczyna dopiero po chwili otrząsnęła się z głębokiego szoku i zawlekła pastora do najbliższego tipi. Bardzo starała się nie patrzeć na ciała swojej rodziny plemiennej, musiała teraz dotrzymać tradycji i wypełnić obowiązki wobec martwych, jako ostatni przedstawiciel Tuacama. Udała się do tipi Starego Indianina. Wiedziała z nauk pastora o osadnikach, że tajemnicze zielone papiery to właśnie są pieniądze i że służą do płacenia za różne rzeczy. Rozdarła materiał zburzonego tipi i po krótkich poszukiwaniach znalazła to, co chciała. Włożyła wszystko do płóciennej torby i o ciężkich nogach poszła do swojego tipi. Wszyscy leżeli w środku. Tutaj nie dała rady utrzymać spokoju – wybuchła płaczem i padła na kolana przed ciałami swoich rodziców, braci i sióstr poprzebijanych kulami jak sita. Dalej płacząc skłoniła głowę nad każdym z nich, odcięła z włosów matki i ojca po grubym, ciemnym paśmie i wplotła je w swoje jasne. Ta czynność uspokoiła ją, więc mogła dokonać ceremonii pogrzebowej. Wyszła powoli z rodzinnego tipi, sprawdziła, czy nigdzie na zewnątrz nie leżą już ciała i odszukała w torbie pełnej teraz pieniędzy krzesiwo. Mamrocząc modlitwę do bogów, która płynęła prosto z jej serca podpalała starannie każde tipi, okładając je uprzednio drewnem z zapasów wioski. Ogień wgryzł się szybko z materiały i suche drzewo i już po chwili wysoko w niebo buchało kilkanaście ogromnych ognisk. Dziewczyna wsiadła na konia i odjechała kawałek w stronę, w którą, jak jej się wydawało, pogalopowali napastnicy. Chwilę patrzyła, jak jej dotychczasowe życie płonie starając się zachowywać spokój, ale łzy same wybuchły w niej i zaczęła zanosić się szlochem ściskając za szyję swoją klacz. Koń zarżał smutno i sam ruszył kłusem w kierunku oceanu. Dziewczyna jeszcze zanim opadła z sił całkowicie zdała sobie sprawę, że pastor był ostatnią dorosłą osobą i miał obowiązek nadać jej imię, aby nie była przeklęta na wieki. Przypomniała sobie ostatnie jego słowa. „Mea Culpa” – a więc tak nazywa się od dziś. Mea Culpa zasnęła z wycieńczenia trzymając gniadą klacz za szyję, której rytmiczny bieg nie ustawał ani na chwilę.
  Dziewczynę obudził dopiero następnego dnia głód; klacz dalej biegła równo. Mea wyprostowała się na jej grzbiecie, a wierny koń czując to, zwolnił, wszedł w stęp. Na horyzoncie pojawiło się miasto… Tak właśnie mijały dnie w podróży donikąd – Mea i klacz zatrzymywały się w miasteczkach, za pieniądze jadły i odpoczywały, a potem jechały dalej. Dopiero ocean i port pełen wielkich statków i szumu je zatrzymał. Koń nie pasował do miejskiego charakteru portu, toteż szybko został ukradziony. Poszukiwania nie zdały się na nic, mieszkańcy okazali się nieprzyjaźni i niejednokrotnie próbowali zrobić Mei krzywdę albo chociaż wykraść jej torbę. W końcu nikt już nie chciał jej widzieć, więc modląc się do bogów i czując, że ten ląd wypycha ją byle dalej, w nocy weszła na pierwszy lepszy statek i wkradła się do ładowni. W tym momencie było jej już kompletnie wszystko jedno – gdzie popłynie, czy popłynie w ogóle, czy będzie miała, co jeść i pić, czy odkryją ją, czy zabiją… kompletnie wszystko jedno. Skryła się między rzeczami i zasnęła.
  Meę obudził młody marynarz, mniej więcej w jej wieku albo troszkę młodszy. Porozumieli się, chociaż dziewczyna niewiele mówiła. Chłopak jakby podświadomie rozumiał jej chęć ucieczki z Ameryki, sam również pragnął zamieszkać byle dalej stąd. Może rozpoznał na niej typowy indiański strój? Postanowił ją ukrywać na statku i doprowadzić na ląd po drugiej stronie. Statek przez tydzień stał w porcie, codziennie pojawiały się na nim nowe rzeczy – ubrania, zabawki, jakieś beczki i bele z materiałami. Codziennie też przychodził młody marynarz z jedzeniem i świeżą wodą. Siedzieli w milczeniu albo on o czymś mówił, zazwyczaj tematyka ograniczała się do statku i technicznych spraw, których Mea wcale nie rozumiała, ale słuchała uważnie. Pewnego dnia spytała się go, dlaczego jej pomaga.
  - Ponieważ mi też ktoś kiedyś pomógł – odpowiedział poważniejąc. Następnego dnia wypłynęli. Marynarz nie schodził do ładowni na tyle często, Mei dokuczała samotność. Rozmawiała więc z lalkami i któregoś razu odkryła, że nie musi otwierać ust, aby wydobył się z niej inny głos. Chciała podskoczyć z radości, ale nie mogła, aby nie zdradzić się przed resztą załogi. Podskoczyła więc za nią lalka… Mea zastygła. Sprawdziła, czy umie to powtórzyć, umiała. W tamtej chwili postanowiła zatrzymać ten dar w tajemnicy. Jednak lalkę, która podskoczyła za nią z radości, zatrzymała i nie rozstawała się z nią ani przez moment. Była to prosta, drewniana lalka o wielkiej głowie w niebieskim czepku, złotych lokach, z dużym uśmiechem i której ciało okrywała granatowa falbaniasta sukienka.
  Podróż trwała tydzień. Mea zdążyła już poznać wszystkie zabawki, zawartość wszystkich beczek, teksturę wszystkich materiałów i wszystkie ubrania. Kilka wybrała również dla siebie, upychając swoje indiańskie szmatki w torbie, jednak pozostawiając białą chustę, z którą nie rozstawała się od dzieciństwa.
W dzień po dobiciu do brzegu zaprzyjaźniony marynarz wyprowadził Meę nocą ze statku i zaprowadził do kupców jadących z ubraniami w głąb Anglii. Dziewczynę zaskoczył chłód nowego kraju oraz leżący wszędzie w kupkach biały puch. Uścisnęli się serdecznie i dziewczyna wręczyła mu plik banknotów za opiekę i ubrania. Chłopak początkowo nie chciał ich przyjąć, jednak złamał się na tym, jak wytłumaczy brak niektórych rzeczy w ładowni.
  - Dziesięć papierków powinno wystarczyć. – Marynarz skinął głową. Gdy odjeżdżała na wozie z ubraniami, krzyknął do niej – Nazywam się Alfred! Alf Jones! – odmachała i więcej nie zobaczyli się. Anglia spodobała się Mei w swojej chłodnej, śnieżnej szacie, poczuła, że dopiero tutaj może zacząć żyć od początku. Wszystko tutaj zdawało się być inne, nowe, ciekawe. Podczas jazdy rozmawiała ze swoją lalką nie otwierając ust, zauważył to jeden z kupców i postanowił wykorzystać. Wóz kupiecki zatrzymywał się w każdym mieście – kupcy rozchodzili się do sklepów, Meę zostawiali na rynku, gdzie pokazywała swoją mówiącą lalkę dorosłym i dzieciom i robiła małe przedstawienia, za co dostawała wiele oklasków i pieniędzy. Bardzo podobały się jej takie sztuki, stała się radośniejsza radością widzów i bogatsza ich pieniędzmi, które skrupulatnie zbierała po występach i oddawała w większej części kupcom jako opłatę za opiekę i jedzenie. Ostatnim miastem, jakie mieli odwiedzić i w którym Mea postanowiła pozostać, było Wishtown. Jakaś nieodparta intuicja mówiła jej, że dopiero tutaj znajdzie swoje miejsce w Anglii jak nie na zawsze, to na pewno na dłuższy czas…

Ciekawostki: - Mówi po angielsku płynnie, ale z pewnym akcentem amerykańskim. Czytanie idzie jej powoli, pisze jeszcze wolniej stawiając na kartce lekko koślawe, drukowane litery.
- Na plecach ma rozległy, czarny tatuaż. Prawdopodobnie jest to znak przynależności do klanu indiańskiego, jednak Mea nie pamięta, kiedy został zrobiony, więc możliwe jest, że to rodzaj pieczęci.
- Ma uczulenie na słońce, jej organizm szybko się przegrzewa, a na skórze pojawiają się oparzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Selene
Kat
avatar

Liczba postów : 601
Join date : 21/05/2013

PisanieTemat: Re: Mea Culpa    Wto Sty 31, 2017 5:25 pm

Jestem pod wrażeniem, naprawdę~ To idealna karta postaci. Błędów się nie dopatrzyłam, a Twój talent pisarski jest godny pozazdroszczenia. Po prostu nie mam się do czego doczepić.

Co do mocy... Ograniczenia w przypadku minut będą ciężkie do określenia w postach, ale tę kwestię pozostawię już MG w przypadku walk, na luźniejszych fabułach nie musisz się tego tak ściśle trzymać. Jednak jeśli będziesz z kimś walczyła fabularnie bez udziału MG... W przypadku celowania za pomocą telekinezy przedmiotami w postać, z którą grasz np. w celu zranienia jej, wolałabym, aby można było tego w jakiś sposób uniknąć, nie tylko wykraczając poza zasięg 5 metrów. Przykładowo, taki nóż w locie mógłby się Mei wyślizgnąć, ot, co by za szybko i za łatwo nie zabijać ludzi stojących w pobliżu <3.

Chyba tyle! Akceptuję i życzę miłej gry.

PS. Nie ustaliłaś sobie rangi xD! Póki co wstawię Ci "Biały Indianin", jeśli jednak wymyślisz coś innego, daj znać, zmienię.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t181-selene
 
Mea Culpa
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Organizacja :: Zapisy-
Skocz do: