IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Plac przed internatem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Plac przed internatem   Czw Lut 02, 2017 10:25 pm

Rozległe tereny, na których uczniowie mieszkający w internecie mogą spędzać swój czas wolny po zajęciach. Błonia, niewielki parki i ławki przy ścieżce są otoczone przez wielkie mury, połączone bezpośrednio z samą akademią; uczniowie mają kilka minut drogi na zajęcia.

***
Zajęcia dobiegły końca, czego efektem były tłumy uczniów akademii św. Rozalii na korytarzach. Wszyscy zmierzali do bramy głównej, chcąc jak najszybciej opuścić mury znienawidzonego miejsca i znaleźć się odeń najdalej. Tylko jedna osoba dążyła w przeciwnym kierunku niż wszyscy – wprost do środka, wbrew narzuconemu nurtowi, przepychając się w sposób niezbyt delikatny, jeśli tylko nie ustąpiono jej drogi po dobroci, za sprawą łez w oczach dziewczyny i rumianych od złości policzków.
Gdy dostrzegła swój cel, zacisnęła silnie zęby, przedzierając się gwałtownie i jeszcze bardziej zaciekle, do kiedy nie stanęła naprzeciw chłopaka, któremu przez ostatnie dni, niestety, zaufała zbyt mocno. Warczała niemalże z ogarniającej ją wściekłości, ignorując tłum ludzi, coraz bardziej zainteresowany ową sytuacją, a także towarzysza chłopca, zatrzymującego się razem z nim, aby uniknąć ze stojącą naprzeciw nich niejaką Samanthą.
Wszystko działo się szybko, aż po wszystkim powstało parę wersji plotek rozbrzmiewających po korytarzach, bo nikt właściwie nie był pewny, o co poszło. Śliczna blondyneczka wzięła potężny zamach dłonią i nie szczędząc siły, spoliczkowała nią Amona. Powietrze przeciął donośny plask; zwróciły się nim kolejne głowy, jeśli pozostawały jeszcze jakieś osoby niezainteresowane zdarzeniem. Poczerwieniała jeszcze bardziej, sycząc do niego wściekle:
- Za kogo ty mnie masz!? Jak śmiałeś wszystkim rozpowiedzieć…!? – Oczy mocniej zaszły jej łzami, szanse na płacz i kolejny policzek były jednakowe. Zaskoczyła wszystkich, wybierając odważniejsze z rozwiązań - podejmując dalsze próby rugania zszokowanego blondyna, niepotrafiącego wykrztusić z siebie ni jednego słowa. Nawet przyłożenie dłoni do obolałego policzka zajęło mu wieki. – Nie zbliżaj się do mnie już nigdy więcej!!! – Po tych słowach nie wytrzymała, łkając i biegnąc dalej, niewątpliwie w kierunku damskiej łazienki. Kilka dziewcząt rzuciło Amonowi solidarnie wściekłe spojrzenie. Rozległy się gwizdy, śmiechy i ożywione pomruki.
Lynn rozglądał się nerwowo wkoło, czując na sobie presję, aby natychmiast załagodzić sytuację, bo nieszczęsny blondyn potrafił jedynie wciąż trzymać się za uderzone miejsce i stać jak wryty. Zmusił się do beztroskiego tonu, usiłując przejść do normalności:
- Hej, ale co zmacałeś, to twoje…!
Spojrzenie, jakim obdarzył go Amon w następnej kolejności naprawdę go przeraziło. Nigdy nie widział w jego oczach tak jawnego szału. Wrócił do świata żywych, zareagował… ale nie tak, jak Lynn by sobie tego życzył. Nie zdążył się nawet osłonić, gdy Amon wycelował w sam środek jego twarzy, sprzedając mu prawego prostego, od którego pociemniało mu w oczach. Odrzuciło go o parę ładnych kroków, nie rozumiejąc jeszcze, co zaszło. Przyjaciel odszedł, potrącając go jeszcze barkiem. Wtedy zrozumiał, że jego uczucie do Samanthy było znacznie poważniejsze, niż zwykł to okazywać.
***
Spóźniał się. Siedział w sali medycznej już zdecydowanie zbyt długo, gdy oni czekali na niego przed szkołą. Amon zerknął na Matta, kręcąc ze zwątpieniem głową. Wiedział już, że nic z tego nie będzie.
- Zbierajmy się. Ten kretyn pewnie rzyga teraz w łazience. Nie ma szans, aby… - przerwał, bo jak na zawołanie, dostrzegł postać przyjaciela schodzącego po szkolnych schodach, zmierzającego w ich kierunku. W dłoniach dzierżył kilka spiętych razem kartek. Jego zadowolony wyraz twarzy nie zdradzał żadnych oznak niechcianego przebywania w łazienkach. Amon aż uniósł brwi w szczerym zdumieniu.
- Nie… nie mów mi, że ten kutas… - szepnął pod nosem, bardziej do samego siebie, niż towarzyszącego mu przyjaciela.
- Zdałem! – zawołał do nich, nim znalazł się w przyzwoitej odległości, radośnie machając trzymanymi papierami, najwyraźniej świadczącymi o prawdziwości jego słów.
- CO!? Jakim, kurwa, cudem!? – Blondyn wydarł się na niego, najwyraźniej nie ciesząc się ze szczęścia przyjaciela. Wycelował palcem wskazującym w młodego Cavendisha, jakby chcąc oskarżyć go co najmniej o bycie wiedźmą. – Przez cały, jebany rok nie zaliczyłeś ani jednych ćwiczeń!!! – wyklinał, wielce oburzony. – To jakiś żart!
- Zaliczyłem pisemnie! – wyjaśnił, zaraz uśmiechając się niecnie. – Ale podejrzewam, że wizyta mojego ojca miała tu też swoją zasługę… - dodał, zakrywając usta dłonią, bo zazdrość Amona przeszła jego największe oczekiwania. Lepszego uwieńczenia zdania przedmiotu (nie do końca zgodnie z prawem) z przeklętej medycyny nie mógł sobie wymarzyć.
***
Mówił tak dużo, aż w końcu zdołał pojąć, że zanudza Matthewa, a ten z grzeczności nie odważył mu się jeszcze przerwać. Mimo to ledwie co mógł się powstrzymać, dorzucając ostatnie kilka groszy od siebie, nim się przymknął.
- Zawiasy są srebrne. Czekałem na ich dostawę przynajmniej ponad miesiąc. Chcesz potrzymać? – zapytał się w końcu, zwalniając kroku i wyciągając ku rudzielcowi odpięty zegarek kieszonkowy, nowiutki, niezarysowany jeszcze w ni jednym miejscu. – Nazywa się Lilly. – Mrugnął do chłopca, z pełną powagą przedstawiając ich, jakby w nadziei, że przypadną sobie do gustu. Nie wyjaśniał powodu takiego imienia, wypowiedział te słowa w dosyć bezbarwny sposób. Gdyby jego przyjaciel próbował się jeszcze dopytywać, dowiedziałby się, że nazwa padła przez osobę, która towarzyszyła procesowi narodzin przedmiotu.
Niezależnie od decyzji Matta, wkrótce dotarli do pokoju Amona, znajdującego się w na samym końcu korytarza męskiego skrzydła w internacie, więc odebrał zegarek ostrożnie, z należytym szacunkiem. Klasycznie, nie zamierzał pukać, wpadając do pokoju przyjaciela, doskonale wiedząc, że powinien znajdować się w środku. Było to dosyć sporym błędem. Natychmiast się zatrzymał. Jeśli kroczący za nim Matt nie miał wystarczająco dobrego refleksu, zapewne na niego wpadł. Nie na długo, Lynn zareagował błyskawicznie, ignorując dziewczęcy pisk i przekleństwo Amona, łapiąc rudzielca za fraki i ciągnąc w stronę przeciwną.
- Nie wchodź tam. Pogramy sami – zarządził, tymi słowami oszczędzając przyjacielowi dość niecenzuralnego widoku, zupełnie czerwony na twarzy. – A ty, kretynie, zamykaj drzwi następnym razem!!! – wrzasnął na odchodne, choć było ewidentnie jego winą, że nie pomyślał o zapukaniu. Odchodząc, mruknął jeszcze pod nosem:
- Nic mi nie powiedział…! Ech… Szczęściarz – dodał ostatecznie z nieukrywaną zazdrością. – Prędko pogodził się ze stratą Sam, czyż nie? – szepnął, zbyt zawstydzony, aby spojrzeć na przyjaciela.
***
Zostali na placu przed internatem zupełnie sami. Wszyscy, którzy chcieli znaleźć się daleko od murów akademii, odeszli wraz z ostatnim dzwonkiem. Niewiele uczniów chciało marnować to cudowne letnie południe na siedzenie w zaciszu własnego pokoju. Amon z Lynnem nie wybrali żadnej z tych dróg, pozostając na pierwszej przy ścieżce ławce, nawet ze sobą nie rozmawiając.
Blondyn stał do przyjaciela tyłem, ćmiąc leniwie papierosa i nawet na niego nie zerkając. Nie ruszał się z miejsca przez dłuższy czas, nie mówił nic. Myślał, intensywnie jak niemalże nigdy, co objawiło się po jego zmarszczonych brwiach i skupionym wyrazie twarzy. Dawno nie czuł się równie bezsilny. Zgasił fajkę o skraj poręczy ławki, uspokajając jeszcze pewien czas oddech, nim odwrócił się, zaczepiając młodego Cavendisha krótkim pytaniem.
Nie odpowiedział mu. Nic nie wskazywało na to, że w ogóle zarejestrował dochodzący go dźwięk. Pozostawał w bezruchu, gapiąc się tępo w pustą przestrzeń naprzeciw niego. Wyglądał na chorego. Cerę miał bladą, oczy podkrążone, lekko sine, marynarkę wygniecioną, a włosy pozostawione w większym nieładzie niż zwykle. Drgnął lekko dopiero, gdy Amon położył dłoń na jego ramieniu, przykrytym przez czarny płaszcz, nieco nieodpowiedni na tę porę roku. Uniósł wtedy ku niemu twarz, obdarzając go pytającym uśmiechem, wypadającym tak żałośnie, aż szkoda było patrzeć.
Pokręcił głową, zapewniając przyjaciela, że nie chciał niczego ważnego. Odsunął się, zostawiając Lynna samego na środku ławki, kopiąc wściekle niczemu winny kamień zabłąkany wśród traw.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 211
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Plac przed internatem   Pią Lut 03, 2017 10:58 pm

Młody grabarz radosnym krokiem, niemalże podskakując na każdym kroku. Szedł w miejsce gdzie zazwyczaj umawiał się ze swoimi przyjaciółmi. Bardzo się cieszył na kolejne ich spotkanie, a dzisiejszy dzień wydawał się wręcz idealny, by pójść gdzieś w góry albo nad Wishriver, albo naprawdę gdziekolwiek, byle z nimi. Ostatnio jego życie stało się niesamowicie beztroskie, jak jeszcze chyba nigdy. Zdał wszystkie przedmioty, nawet te cholerne zajęcia posługiwania się bronią, ośmielił się i przestał się już jąkać na każdym spotkaniu z nieznajomymi, przez co poprawił swoje wypowiedzi i zaskarbił sobie tym sympatię profesora Goldenmayera - postrachu całej szkoły i nawet nikt się nad nim nie znęcał już na korytarzach. W domu również jego bracia (a w szczególności Oliver) mu odpuścili, poza tym było raczej normalnie… Od przyszłego roku postanowił, że przeprowadzi się do internatu, by pokazać że jest samodzielny i o dziwo spotkał się z aprobatą ojca. Niezwykłe jak nagle wszystko zaczęło się w jego życiu układać, aż chciał się tym szczęściem podzielić ze wszystkimi.
W końcu zauważył ich. Byli jak zawsze przy ławce, w cieniu kryjąc się przed palącym słońcem. Matthew nie mógł się powstrzymać od jeszcze szerszego uśmiechu, zaczął biec w ich stronę machając ręką, radośnie przy tym wołając. - HEJ, CHŁOPAKI!!!
Nareszcie do nich dobiegł, obdarzając ich podekscytowanym spojrzeniem, wyczekując cóż znowu oni tam dziś wymyślili, lecz po chwili spostrzegł, że coś tu nie gra. Krążyła nad nimi jakaś taka dość mroczna aura, aż on sam poczuł ją w kościach. Jego szeroki na pół twarzy uśmiech trochę się teraz zmniejszył. - Heeej, co jest z wami? Coś się stało? - Spróbował jeszcze zagaić zanim zacznie się martwić na poważnie.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Plac przed internatem   Nie Lut 05, 2017 8:57 pm

Amon za późno dostrzegł nadchodzącego Matthewa. Nie zdążył przekazać mu dość istotnej informacji. Poderwał się lekko, gdy rudzielec znalazł się kilka kroków od niego, gestykulując i machając dłońmi, aby ten powstrzymał się i nie palnął na starcie niczego głupiego. Niestety, najwyraźniej ich niewerbalne połączenie, jakie powinny mieć ciała astralne, zostało chwilowo zerwane, a Matt nie odczytał wiadomości, wykrzykując im radosne powitanie.
Uczynił nietęgą minę, opuszczając ręce i odwracając się, by sprawdzić reakcję Lynna. Och. A jednak. Chłopak nie zauważył przybycia rudzielca, nawet się nie odwracając. Amon przełknął ślinę, nie za bardzo wiedząc, jak podjąć temat. Nigdy nie sądził, że będzie musiał zachować tyle powagi, a co najgorsze, nawet nie było mu w tym momencie do śmiechu.
- Słuchaj… - zaczął, nieco odmienionym głosem. – Potrzebuję pomocy – ujął po chwili ciszy w dosyć łagodne słowa to, czego on za nic na świecie nie potrafił się podjąć. To przychodziło mu zbyt ciężko. Słowa pocieszenia nie przechodziły mu przez gardło. – Lynn… Naćpali go chloralem czy innym gównem… Nie kontaktuje, jak widzisz. W-wraca z pogrzebu. – Powoli zmierzał do sedna sprawy, a więc mówił z pewnym oporem, męcząc się jakby przy największym wysiłku fizycznym. – Z pogrzebu pani Cavendish – dodał bardzo cicho, celowo używając tego typu sformułowania, wiedząc za dobrze, że przy wypowiadaniu słów „swojej matki” jego głos mógłby się załamać.
Westchnął, obdarzając siedzącego na ławce przyjaciela zaniepokojonym spojrzeniem. Dawno nie znalazł się w takim potrzasku. Nie wiedział, jak się zachować. Cała jego nadzieja pozostawała w Matthewie. Oby znał się na pocieszaniu bardziej niż on.
- Pozwolili nam wyjść z zajęć. Czasami odpowiada na pytania… niekoniecznie z sensem. Spróbuj jak chcesz, ja… - zaciął się ponownie, przytykając dłoń do twarzy. Bezsilność zżerała go od środka, nie dając myślom się uformować w spójną całość. – Mógłbyś… Moglibyśmy go czymś zająć..? Myślisz, że to dobry pomysł? – zapytał, gotów w zupełności poddać się woli rudzielca, niezależnie, na jaki pomysł by nie wpadł.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 211
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Plac przed internatem   Sob Lut 11, 2017 8:48 pm

Uśmiech chłopca z każdym słowem Amona nikł, aż w końcu na jego twarzy zagościł tylko wyraz kompletnej pustki. Czuł się jakby Meduza znikąd przed nim wyrosła i spojrzała mu głęboko w oczy, czyniąc z niego kamienny posąg już na wieczność.
- A-ale jak to..? - Zapytał debilnie będąc jeszcze w transie, a właściwie można powiedzieć, że jedynie dźwięki przypominające te słowa. Nagle wszystkie kolory wokół jakoś wyblakły, a wszystkie odgłosy świata ucichły. Nigdy jeszcze nie spotkał się z taką sytuacją, nikt bliski mu jeszcze nie umarł, lecz sama myśl o śmierci matki mroziła mu krew w żyłach. Nie potrafił sobie wyobrazić co musiał czuć teraz Lynn, ale sama świadomość sprawiała, że wydawało mu się, że ktoś przebija go na wskroś czymś ostrym.
Przestał w końcu wbijać swój przerażony wzrok i popatrzył na ich najstarszego przyjaciela. Wyglądał jak nieboszczyk, którego dopiero co wyciągnięto z trumny. Matthew przełknął ślinę. Czuł jak jego kolana się przed nim uginają. Nie, nie, nie… Nie da rady. Lecz jak nie on to kto? Amon już się poddał, a za żadne skarby świata nie zostawi go w takim stanie.
Spojrzał jeszcze po raz ostatni dość błagalnym wzrokiem na blondyna i kiwnął niepewnie głową, samemu nie wyglądając zbyt zdrowo. - S-spróbuję… - Odparł, po czym skierował się w stronę ławki, bardzo, ale to bardzo ostrożnie.
Usiadł i spojrzał na swojego przyjaciela, przez co całkowicie wykruszyły się w nim resztki odwagi, jakie jeszcze miał. Z bliska wyglądał jeszcze gorzej, ale musiał zacisnąć zęby. Wziął więc głęboki oddech, lecz jego głos nadal się łamał. - Hej Lynn… J-jak leci? - Wypowiedział chyba najgłupsze zdanie jakie tylko mógł, lecz postanowił wymusić z siebie szeroki uśmiech, jakby z paniki. Dalej już milczał, nie będąc w stanie się do niego dalej odezwać, widząc jego pusty wzrok. Już rozumiał dlaczego Amona to przerosło.
Robił wszystko, by samemu nie wpaść w płacz, co odznaczało się tym, że jego ręce trzęsły się jak galareta. Nie… nie mógł go teraz zawieść! Nagle ni stąd, ni zowąd wypalił. - Wiesz, Lynn jest takie jedno fajne miejsce na Wish Mountain, które znalazłem podczas spaceru. Ostatnio mówiłeś, że chciałbyś się tam wybrać, a-a dziś jest przecież tak ładnie, prawda Amon? - Zwrócił się błagalnym wzrokiem do blondyna.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Plac przed internatem   Nie Lut 12, 2017 8:25 pm

Był oddzielony od świata zewnętrznego niewidzialną barierą, ciążącą wokół niego niczym gęsta mgła. Dźwięki dochodziły do niego z opóźnieniem, zniekształcone, jakby śnił na jawie, nie odnajdując w nich większego sensu. Dostrzegł poruszenie po swojej prawej stronie, odwracając się powoli i przyglądając tępo w dobrze znaną mu twarz. Usiłował skojarzyć do kogo ona należy. Kim jesteś, słodki lisku? Skąd znasz moje imię? Ach… Już wiem. Znowu płakałeś? Peter? Czy może znowu „spadłeś ze schodów”? Uśmiechnął się do własnych myśli.
- Musisz bardziej uważać, Matt. Naprawię ci je, nie martw się. To nic takiego… - wypowiedział uprzejmie po chwili ciszy i intensywnej obserwacji twarzy przyjaciela. Sięgnął do jego oczu, łagodnym ruchem zdejmując mu okulary i przyglądając się im uważnie z każdej strony. Chwycił oprawki pomiędzy palce i wygiął je łagodnie, jakby wiedząc, co robi. Zadowolony, odłożył je na swoje miejsce, poprawiając szkła na nosie rudzielca, które od tego momentu były wyraźnie przekrzywione. – Nie przejmuj się. Przecież wiesz… - przerwał wyznanie, marszcząc brwi. Do głowy wpadła mu kolejna myśl, nie pozwalając zagłębić się poprzedniej. – Nie wyglądasz najlepiej. Coś się wydarzyło? – dopytywał, zupełnie nieświadomy, że to właśnie on jest powodem zmartwienia Matta.
Jeśli rudzielec przeniósł spojrzenie na drugiego z przyjaciół, mógł natrafić na jego zdziwione spojrzenie i wysoko uniesione brwi. Nie potrafiłby tego wyjaśnić, nie wiedział jak się zachować. Zdecydował się podjąć pomysł, ponownie zaciskając palce na ramieniu Lynna.
- To świetny pomysł! Prawda, Lynn? – przypomniał mu, śmiejąc się desperacko. Jego oczy zdradzały przerażenie.
- Chyba nie powinienem dzisiaj… Przecież… - zastanowił się na głos, w głowie usilnie szukając powodu, dla którego coś miałby go powstrzymać przed wyprawą w góry z przyjaciółmi. Gdzieś na dnie jego umysłu ciążyła przykra wiadomość, ale on dryfował wokół niej, nie dotykając bezpośrednio. Zapomniał. Nie wiedział. Przez krótkie chwile na powrót żył w nieświadomości. – Muszę wrócić na obiad...? – próbował odgadnąć, o co mu chodziło.
- Wrócisz! Chodź, złapiemy po drodze jakiś powóz! – zawołał gwałtownie, zachodząc ich od frontu i ciągnąc Lynna za rękę, by w końcu ruszył się z miejsca. Ten poddał mu się iście bezwolnie, kierując się dokładnie tam, gdzie prowadziła go dłoń przyjaciela. – Jesteś świadomy, że będziemy musieli go pilnować, aby nie spadł z jakiegoś klifu? – mruknął do Matta za plecami młodego Cavendisha, niezbyt zadowolony z pomysłu, ale trzymając się go silnie, skoro już udało im się ruszyć do przodu.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 211
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Plac przed internatem   Sob Lut 18, 2017 3:22 am

Matthew całkowicie oniemiał. W ogóle nie reagował w żaden sposób, kiedy jego przyjaciel sięgnął po jego okulary i również nic nie robił, kiedy tamten zaczął je wykrzywiać, jak i też nie pisnął chociażby słowa, kiedy szkła z powrotem wylądowały na jego nosie, zwisając z lewej strony. Był w zbyt wielkim szoku. Minę miał taką, jakby ktoś mu powiedział, że jest zaginionym spadkobiercą tronu Wielkiej Brytanii - w pierwszej chwili przerażony, lecz zamiast później skakać z radości to mocno zaciskał usta i starał się nie wybuchnąć płaczem. Mimo że Lynn tego nie okazywał, jego ukryte cierpienie było niemalże namacalne, nie wiedział ile jeszcze wytrzyma. Z opresji wybawił go dopiero Amon.
- Spokojnie, mam wszystko pod kontrolą. - Odpowiedział gładko, po tym jak się w końcu otrząsnął. Oczywiście nie mówił do końca prawdy, sam nie wiedział co może się stać z Lynnem podczas ich wycieczki, ale też oczywiście zamierzał go spychać, o nie. Po prostu… nie mógł niczego zagwarantować, przez co sam bał się jak cholera.
Nie umknęło też jego uwadze to, że Amon nie był dość zadowolony z tego pomysłu, ale lepszego po prostu nie miał, a mimo to uśmiechnął się do niego nieporadnie i spuścił głowę ruszając za nim. Udało im się nawet w miarę szybko złapać powóz. Matthew powiedział woźnicy, gdzie ma ich zawieźć i grzecznie zajęli swoje miejsce.
Dopiero zasiadłszy, miał w końcu chwilę na głębsze zastanowienie się nad sytuacją i lekko to ujmując - nie malowała się ona się zbyt kolorowo. Ledwo wytrzymywał, bez żadnych emocjonalnych zrywów, a żołądek mu się skręcał za każdym razem, kiedy spoglądał na niego, dlatego też bezpiecznie gapił się na widok (jak i też w końcu wyprostował swoje oprawki).
Nie wiedział co zrobić. Jego plan z każdą chwilą wydawał się coraz gorszy mając na uwadze stan przyjaciela, ale było już za późno na cokolwiek innego. Oj, niedobrze, niedobrze… I jeszcze to dobijające milczenie każdego z pasażerów. Chłopiec, aż przygryzł wargę. Czuł jak robiło mu się coraz chłodniej, mimo iż na niebie nie było ani jednej chmury.
- Jesteśmy na miejscu. - Oznajmił kierowca, po czym chłopcy wysiedli z powozu, a najmłodszy z nich mu zapłacił, nawet nie martwiąc się kwotą i tym czy wystarczy mu na powrót do domu.
W końcu wymusił na sobie uśmiech i zwrócił się do swoich kompanów. - Pójdziemy głównym szlakiem, a później odbijemy w taką małą ścieżkę, o ile wcześniej oczywiście ktoś nas nie przyłapie, hehe. Będzie trochę wchodzenia, ale uwierzcie mi, na pewno wam się spodoba,. - Te ostatnie słowa skierował jakby bezpośrednio do swojego najwyższego przyjaciela, po czym dodał. - Będę prowadził. - Odczekał chwilę i powoli ruszył w stronę trasy, którą przed chwilą wyznaczył.
Szło im to bardzo wolno, a nie trzeba było być geniuszem, by domyślić się dlaczego. Szczerze mówiąc było to trochę męczące, w szczególności w takim słońcu, lecz nie chciał nikogo poganiacz, a właściwie nie miał odwagi w ogóle się odezwać, tylko od czasu do czasu rzucił jakąś “wesołą” zaczepką typu. “już niedaleko”, albo “widać stąd mój dom”, czy jakiś inny farmazon. Tak naprawdę to po prostu przerywał to męczące milczenie, ale każdy z nich wydawał się jakiś nieobecny.
W końcu dotarli do tej ścieżki, o której wcześniej wspominał i nareszcie mogli odpocząć w przyjemnym chłodzie, a przynajmniej na papierze, bo ponura atmosfera wydawała się tylko między nimi zagęszczać. Amon nagle w pewnym momencie oznajmił, że musi za potrzebą i oddalił się od nich, a Matt i Lynn usiedli na kamieniu, by za nim poczekać (z czego tego pierwszego to raczej posadzono).
Zostali sami. Zrobiło się nagle tak cicho, że oprócz szumu drzew i śpiewu ptaków, można było wręcz usłyszeć bicie własnego serca. Rudzielec poczuł nieprzyjemny dreszcz na plecach. Bał się na niego spojrzeć. Bez blondyna, przebywanie z nim wydawało się być niewykonalne. Musiał się jednak postarać, był przecież jego przyjacielem - prawie że najważniejszą osobą w życiu.
- Już jesteśmy naprawdę blisko! Ale czeka nas trochę wspinaczki - Rzucił, spoglądając na niego szybko w popłochu. Serio Matt? Tylko na tyle cię stać? Twój przyjaciel cię potrzebuje, a ty się w ogóle nie starasz! Chłopak westchnął głośno i wziął głęboki oddech. Uśmiechnął się do niego szeroko (ale też trochę żałośnie) i ponownie próbował nawiązać kontakt. - Powiedz, Lynn… Cz-czy może ostatnio coś zmajstrowałeś? Jakiś zegarek m-może..? - Matthew normalnie czuł jak pot spływał mu po czole. Dobrze jednak wiedział jak zaangażowany w rozmowy o mechanizmach był Lynn. Potrafił gadać o nich godzinami, jak i nie dniami, a on sam słuchał i choć nic z tego nie rozumiał, to samo oddanie chłopaka był dla niego niezwykłe.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Plac przed internatem   Nie Lut 19, 2017 3:26 pm

Po niezbyt pogodnej podróży powozem, nie było wcale lepiej. Amon początkowo przytakiwał Mattowi, dorzucając drobne zaczepki od siebie, jednak nie widząc najmniejszej reakcji na twarzy Lynna, przymknął się, na powrót markotniejąc. Nigdy nie podejrzewał, że tak niewiele wystarczy, aby pokonać go w zupełności. Tracił siły do dalszej walki. Jego starania spełzły na niczym, a jedyna broń, jaką dzierżył, okazała się zawodna. Ogarnęło go poczucie bezsensu, jakby nawalili, nim w ogóle pojawili się u celu.
Starał się nie spoglądać na trupiobladą twarz przyjaciela, pomimo upału ubranego w czarną marynarkę z goździkiem w butonierce. Jednocześnie musiał kontrolować, czy Lynn wciąż za nimi idzie, gdyż z każda chwilą pociągał po ziemi nogami coraz bardziej opornie. Każde odwrócenie głowy, rzucone przez ramię spojrzenie sprawiało mu ból. A on nie przywyknął do takiego cierpienia. Powoli usprawiedliwiał pierwsze myśli o ucieczce od problemu.
Stanęli w cieniu. Cisza była nie do zniesienia. Drażniła go, sprawiała, że zaciskał zęby z żalu, bojąc się jakkolwiek zareagować. Musiał to zrobić. Natychmiast. Powiedzieć coś. Cokolwiek. Nie wytrzyma w ten sposób ani chwili dłużej.
- Idę się odlać. – Właśnie takie słowa padły z jego ust, nie inne. Aż sam im nie dowierzał. Dopiero gdy odszedł na odległość kilku kroków, spostrzegł się, ile ulgi przyniosła mu odrobina samotności. Mógł to wszystko przemyśleć. Na spokojnie, bez ciążącej na nim presji. Zniknął za skalistym wzniesieniem, zagryzając wargi. Nauczono go udzielać pierwszej pomocy, leczyć poważne schorzenia, zszywać rany. Ale nikt nie powiedział mu, jak powinien zachować się w razie przypadku tak naturalnego. Jego intuicja szwankowała jak zepsuty mechanizm.
Podniósł się powoli, wiedząc, że nie powinien przeciągać chwili ucieczki, nawet jeśli dostarczała mu tak potrzebnego aktualnie spokoju. Wrócił do przyjaciół, głośnym, zdecydowanym krokiem, który wcale nie przyszedł mu łatwo. Ponaglił ich machnięciem ręką, by wstali z miejsca, wzrokiem obdarzając drogę przed nimi, prowadzącą dla odmiany w dół wzniesienia. Dostrzegł błysk odbitego słońca, pochodzący od…
- Czy to jezioro? – zapytał, szeroko otwierając oczy ze zdumienia. Nim Matt mu odpowiedział, podbiegł do krawędzi stromego zbocza, dostarczając sobie wglądu na ukrytą pomiędzy skałami wodę, zapewne nieznaną dla przeciętnego mieszkańca Wishtown. Przyniosło mu to ulgę. Jezioro. Wydał z siebie okrzyk podziwu, a na jego ustach pojawił się szczery uśmiech. Lynn do niego dołączy. Z pewnością. – Hej, patrzcie na to! – zawołał do nich, zaczynając się rozbierać. Błyskawicznie pozbył się koszuli, butów i skarpetek, trochę dłużej szamotał się ze spodniami, lecz w końcu udało mu się pozbyć ubrania w całości, ostatnie jego elementy gubiąc w biegu… tuż przed skokiem ze wzniesienia. Po jego zadowolonym krzyku rozległ się plusk, mogący zwiastować tylko jedno.
Zimno. Zanurkował głęboko, przyjmując z ulgą tę chwilę bezmyślności. Lynn to kochał. Dołączy do niego, był pewien.
Lynn tego nie widział. Stracił Amona z oczu, niemrawym spojrzeniem obdarzając ścieżkę prowadzącą w dół. Udało mu się wstać z głazu, co było nie lada wyczynem. Intensywnie myślał nad zadanym pytaniem, a przemówił, gdy Matthew mógł już zupełnie stracić nadzieję na odpowiedź. Szedł powoli, wspinając się, a czasami zeskakując niezgrabnie ze skał, aż mogli dostrzec wodę, o której zapewne mówił Amon.
- Wspominałem ci o Lilly? – zapytał niemrawo, mając na myśli swój idealny zegarek. O tak. Wspominał. Przynajmniej tysiąc razy. Ale nie był tego świadomy. Dłoń powędrowała mu do kamizelki, gdzie spoczywał zegarek. Wyjął go, obdarzając srebrną klapkę niewidzącym wzrokiem. – Mówiłem ci…? – podjął ponownie, ale nie był w stanie gładko kontynuować tematu. – Rankiem złamałem jej dwa palce u lewej dłoni. Nie pisnęła słowa aż do naszego powrotu. Nawet gdy spuchły i posiniały – przemówił, najwyraźniej tracąc wątek i zmieniając temat na… właśnie, na co takiego? Ileż w jego słowach kryło się prawdy?
Doszli na miejsce. Nawet Lynn w obecnym zamroczeniu potrafił to stwierdzić. Dostrzegł machającego do nich Amona, nawołującego, by dołączyli. Wykonał blady uśmiech, odmachując mu, choć ignorując propozycję. Usiadł, gdzie stał, na twardym kamieniu. Niezależnie od tego, w jakiej odległości znajdował się Matt, kontynuował swoje wspomnienie:
- To jej wina. Nie powinna była się tak zbliżać – mówił, co dostrzegł również Amon. Chciał do nich wracać, ale w tym chwilowym objawie świadomości dostrzegł postęp, którego mu nie udało się osiągnąć. Zacisnął zęby. Da im jeszcze trochę czasu. Popłynął dalej.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 211
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Plac przed internatem   Pon Lut 20, 2017 6:28 pm

Patrząc na nieobecny wzrok Lynn żałował, że się w ogóle odezwał, ale za wszelką cenę chciał mu pomóc, ulżyć, jednak problem tkwił w tym, że za nic nie wiedział jak do niego dotrzeć. Mimo, że znali się już tyle czasu to on zawsze wydawał się taki wycofany i skryty ze swoimi emocjami, w przeciwieństwie do Matthewa, któremu ich nadmierne nieokazywanie było o wiele większym wyzwaniem. Podziwiał go za to, chciał być taki opanowany jak i on, ale w tym momencie z całych sił marzył, by choć trochę się otworzył. Nie, nie podda się on tak łatwo! Zrobi wszystko by mu pomóc! Tylko, że za każdym razem kiedy na niego spojrzał czuł się jeszcze bardziej bezsilny.
Niemrawo wstał z kamienia i poszedł za blondynem. Specjalnie nie szedł zbyt szybko, by mieć na oku swojego najstarszego kolegę, by przypadkiem nie upadł i nie poturlał sie na sam dół góry, ale również z powodu ogólnego braku już sił i pomysłu na… naprawdę cokolwiek. Przyglądał się tylko wygłupom Amon i mimo że jakoś chciał się uśmiechnąć, czy coś powiedzieć to naprawdę nie mógł, a jedynie patrzył się na niego jakby we śnie, wodząc za nim wzrokiem aż do tego jak zniknął za skałą i rozległ się głośny plusk. Spojrzał wtedy znów na Lynna i chciał go zapytać, czy nie miałby ochoty dołączyć, lecz wystarczyła chwila, by zrozumiał, że będzie to raczej zbędne.
Ponownie zwrócił się wtedy w stronę widoku. Zatrzymał się na trochę. Poczuł lekki podmuch wiatru, a w jego okularach odbijało się w pełnej krasie niewielkie jezioro. Ogarnęło go błogie poczucie nostalgii i… melancholii, które za każdym razem kiedy tu był wydawało się tylko narastać, i narastać.
Z tej zadumy wyrwały go tylko słowa kolegi. Znów gwałtownie się do niego odwrócił i obdarzył wzrokiem błyszczący przedmiot w jego dłoni. Uśmiechnął się. Jak widać jego plan jednak się powiódł, a przynajmniej tak myślał, dopóki nie usłyszał jak kontynuuje swoją wypowiedź. Jego oczy napełniły się przerażeniem i niemalże zakrył sobie usta dłonią. Czy on mówił, o tej Lilly, o której myślał? Nie, nie możliwe. Przecież on w życiu, by jej nie skrzywdził, nieprawdaż? Na pewno mówił o czymś inny! Tak, tak, pewnie o swoim zegarku! Tylko teraz majaczy bo jest dalej pod wpływem proszków! Chociaż to, że coś stało się z tym zegarkiem jest mało prawdopodobne…- O… Mam nadzieję, że na dłuższą metę nic złego jej nie będzie. - Odpowiedział niemrawo i dreptał dalej, by znaleźć się przy brzegu jeziora, po czym jeszcze dodał, jakby musiał. - Biedna Lilly…
W końcu dotarł tam gdzie chciał. Nad piaszczysty brzeg tajemniczego jeziora gdzieś na Wishmountain, nie usiadł jednak tam, ale obok swojego przyjaciela, na długim kamieniu. Nie patrzył na razie mu w oczy, a jedynie wpatrywał się w spokojną taflę wody, zmąconą tylko ruchami jego drugiego przyjaciela. Zaczął przyglądać się mu trochę dłużej. Powracały do niego wspomnienia i wyciszył się tak bardzo, że nie słyszał już nawet tego co mówił do niego jego kompan.
- Lubię góry… - Powiedział cicho, nieobecnie, jakby do siebie, patrząc gdzieś w dal. - Kiedy byłem mały mój brat - Abraham często zabierał mnie tu na wycieczki. Bardzo go lubiłem, on jedyny z braci chciał ze mną spędzać czas, a poza tym zawsze tyle wiedział i wydawał mi się najmądrzejszym, i w ogóle najfajniejszym człowiekiem na świecie... Pewnego razu, gdy miałem sześć lat, pokazał mi to miejsce. Na początku nie wiedziałem dlaczego, ale tak naprawdę wszystko to sobie zaplanował. Kiedyś panicznie bałem się pływać, a nawet wchodzić do wody i również tu za nic nie chciałem tego robić. Mówiłem mu, że nie umiem i by zostawił mnie na brzegu, ale on za wszelką cenę chciał mi pokazać, że jest fajnie. Wszedł wtedy pierwszy, a ja krzyczałem za nim, by nie szedł za głęboko bo się utopi. - Uśmiechnął się do siebie i jakby cichutko zaśmiał pod nosem. - Nagle cały jakby się zapadł i zaczął nerwowo chlapać dookoła, a potem nagle przestał i znikł mi z oczu. Nigdy chyba wcześniej nie byłem taki przerażony. Krzyczałem głośniej, a nawet później zacząłem płakać, myślałem serio, że to już koniec. Bez namysłu wtedy i nawet nie zdejmując butów, rzuciłem się za nim… I okazało się, że woda najgłębie sięgała mi za pas. Nagle, się przede mną wynurzył i zaczął się śmiać. Pamiętam, że byłem na niego bardzo zły i chciałem go okrzyczeć, ale wtedy chwycił mnie za ramię i mocno uścisnął. Powiedział, że wierzył we mnie i że było to odważne z mojej strony. Mówił, że był ze mnie dumny, ale również prosił bym więcej nie pchał się pomagać ludziom trzy razy większym ode mnie. - Kontynuował rozmarzonym głosem.
- Dobrze wiedział co chciałem usłyszeć. Może trochę naciągał prawdę, ale było mi dobrze i wierzyłem trochę w to co mówił… Tamtego dnia spędziliśmy co najmniej dwie godziny w jeziorze, bez przerwy, a potem rozniecił ognisko i byliśmy tam aż do późnej nocy. - Po raz kolejny się lekko zaśmiał, wyraźnie się rozpagadzając. - Matka była na niego później bardzo zła z tego co słyszałem, bo się po tym wszystkim przeziębiłem. Pamiętam, że mówił mi, że było to bardzo specjalne miejsce dla niego i tu spotkał się ze swoją dziewczyną, której miał zamiar się oświadczyć. Czułem się naprawdę wyróżniony… - Przerwał na dłuższą chwilę. Nagle znowu się zrobiło cicho. Matthewowi momentalnie zniknęło zadowolenie z twarzy. Podkulił z lekka kolana, a jego wzrok stał się bardziej nieobecny, po czym powiedział już zupełnie innym tonem niż przedtem - takim suchym i chłodnym, ale nie zabrakło w nim emocji. - Dwa tygodnie później wyjechał bez pożegnania. Bardzo to przeżywałem. Nie potrafiłem długo zrozumieć dlaczego ktoś mi tak bliski po prostu mnie tu zostawił. Później powiedziano mi, że pokłócił się z ojcem. W końcu straciłem nadzieję, że wróci... Odezwał się dopiero po pięciu latach, jednak jego list nie sprawił mi szczęścia, ale mu odpisywałem za każdym razem, w nadziei że zobaczę go kiedykolwiek nie tylko już na zdjęciach, ale jak zwykle się myliłem, w czym utwierdzał mnie każdy kolejny list…. - Znów chwilę pomilczał, po czym po jego policzku spłynęła jedna jedyna łza. - Powinienem był go nienawidzić… Zostawił mnie, i matkę, i wszystkich… Ale… Nie potrafię... - Zacisnął dłonie na kolanach. Jak widać nastrój Lynna mu się udzielił. Zaraz jednak wytarł sobie oczy i doprowadził siebie do porządku, po czym sztucznie rozpogodzonym głosem powiedział. - No nic, zdarza się, nie mogę nic na to zrobić. Ale hej! Przynajmniej przesyła mi jakieś fajne rzeczy z Indii, więc wcale nie jest tak źle, a poza tym nie dziwię się mu… - Uśmiechnął się z przekory do siebie. Nie wiedział dlaczego powiedział to wszystko Lynnowi. Chyba nie powinien, w takiej sytuacji… Co z niego za przyjaciel! Teraz go tym obarczać! Był naprawdę beznadziejny.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 264
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Plac przed internatem   Nie Lut 26, 2017 3:03 pm

Nie zawsze rozumiał. Bywały momenty, w których przyłapywał się na niemyśleniu. Wtedy otrząsał się i próbował wyłapać, do czego Matthew pije. Nie była to zawiła historia, dlatego poradził sobie, nawet w obecnym stanie. Zdołał pojąć główną myśl opowieści, póki co oddając się jej w milczeniu, zadowolony, że nie jest już męczony pytaniami. Mógł słuchać i słuchać.
Na wspomnienie o pani Grace jego serce zamarło na moment. Wspomniał kobietę o szarych oczach i anielskim usposobieniu. Niemal się rozkleił. Kolejny oddech dzielił go od wybuchnięcia płaczem. Tym razem bez potępiających spojrzeń.
„Cierpienie przyjmuj z godnością”, mówił mu Alcester co sprawiało tylko, że musiał zagryzać wargi do krwi, by swoim szlochem nie zakłócać ceremonii. Na pogrzebie płakał więc po męsku. Bez najmniejszego drgnienia, najcichszego chlipnięcia. W końcu miał już niemal szesnaście lat, nie mógł zachowywać się jak dziecko. Łzy spływały mu ciurkiem po twarzy, aż lekarstwo zaczęło działać i przestał rozumieć, dlaczego znajduje się pośród tych ludzi, ubranych na czarno. Sypnął zebraną ziemią do wykopanego dołu, bo tak mu polecono. Wsiadał w powóz, dopiero wtedy dostrzegając, że Lillianne przez swoje sine palce ma trudności z otworzeniem parasola w ochronie przed słońcem.
Im dłużej go słuchał, tym bardziej nabierał pewności, że musi wziąć się w karby. Wykrzesać z siebie resztki sił, aby podjąć dialog z przyjacielem. Pocieszyć go, gdy tego potrzebował. Skupił się, marszcząc brwi z wysiłku i dokładając wszelkie starania, by jego głos brzmiał wyraźnie.
- To niesprawiedliwe... Dlaczego miałby...? – zaczął, kręcąc prędko głową, spostrzegając się, że nie to chciał wypowiedzieć. – Na pewno miał ważny powód. Albo zmusił go do tego brak wyboru...! Mówiłeś, że miał kobietę, prawda? Może... uciekł z nią, dla niej, nie myślisz? – zastanowił się na głos, wciąż przyłapując się na tym, że odbiega od sedna sprawy. – Chociaż... to niemożliwe. Nie mógłby zostawić własnego brata, rodziny, przyjaciół dla miłości. Kobiety nie są tego warte – ocenił, a jego ton głosu w końcu nabrał ostrości. – Ja nigdy bym tak nie postąpił. A na pewno nie zostawiłbym cię bez słowa pożegnania, nawet jeśli tak miałoby być prościej... – przerwał, wzrok przenosząc na horyzont i spokojną taflę wody. Na krótką chwilę pozwolił ciszy zapaść i mu przyswoić wypowiedziane słowa.
- Chciałem mieć brata, Matt. Od zawsze, od kiedy pamiętam. Bracia zasługują na wyjaśnienie. I szczerość. Pewnie nie jestem w stanie cię do końca zrozumieć... Ale ja darłbym te listy jeszcze przed otworzeniem – wypowiedział zdecydowanie, świadom, że to może nieść za sobą konsekwencje.
Podkulił nogi, opierając skrzyżowane przedramiona na kolanach i na powrót odwracając głowę w stronę kolegi. Było mu źle z jego smutkiem. Powinien zrobić więcej. Zareagować. Kolejne słowa chłopca sprawiły jednak, że aż się wzdrygnął.
- Nie dziwisz mu się, Matthew? – powtórzył za nim jak echo. Rzadko kiedy zwracał się do niego pełnym imieniem, jednak jego poważny ton głosu wprost idealnie do niego pasował. – Nie wybaczyłbym ci, gdybyś zostawił mnie w ten sposób – obiecał mu, nawet się nie uśmiechając. Nie żartował. Matt był dla niego właśnie niczym brat, którego zawsze pragnął mieć, a którego już nigdy mieć nie będzie.
Chwila. Nie tak miało wyglądać jego pocieszanie. Atmosfera zagęściła się, spostrzegł się, że ostatnie słowa zabrzmiały niemalże jak groźba. Podążył w złym kierunku. Przecież wiedział, że Matthew jest inny...
- Przepraszam. Wiem, że nigdy byś tak nie postąpił – poprawił się, mając nadzieję, że przyjaciel nie ma mu za złe tego napadu szczerości. To nie zdarzało mu się często. Zbliżył się do chłopca, obdarzając go łagodnym, wciąż lekko smutnym spojrzeniem. Pochylił się, kładąc mu dłoń na ramieniu, z wolna zaciskając na nim drżące palce. Otwierał już usta, by powiedzieć coś więcej, gdy przed nimi rozległ się dobrze znany mu krzyk.
Odwrócił natychmiast głowę, widząc stojącego do pasa w wodzie Amona, machającego do nich wściekle. Jedną ręką pocierał ramię, drżąc wyraźnie na ciele.
- Może ktoś, z łaski swojej, przyniesie mi kiedyś ubrania, co!? JA TU ZAMARZAM!!! – wydarł się, w rzeczywistości mając usta fioletowe od zimna. Chciał dać im czas i zrobił to. A skoro już tak dobrze się dogadywali…
Prychnął. A później wybuchnął śmiechem, tak naturalnym i szczerym, jakby nic złego się dziś nie wydarzyło. Jakby w rzeczywistości przyjechali tu wyłącznie popływać i wylegiwać się na plaży. Oddał rudzielcowi łagodnego kuksańca w bok, po czym powoli wstał na równe nogi. Odetchnął, gdy zakręciło mu się w głowie. Odzyskał równowagę, po czym wyciągnął dłoń do rudzielca, chcąc mu pomóc wstać.
- Chodź, Matt. Mam nadzieję, że nie boisz się już pływać…? – Jeśli chłopiec ujął jego rękę, pociągnął ją za sobą, wciąż chwiejnym krokiem kierując się ku wzniesieniu. Zamierzał spełnić życzenie Amona, aby w końcu zacząć normalnie funkcjonować. Dla nich, dla niego. Udawanie wychodziło mu całkiem dobrze, przez większość życia. Nic się nie stanie, jeśli będzie kontynuował tę grę kolejny dzień.
Nie czekał na Matta, wspinając się po kamieniach, aż do miejsca, z którego zaczęli. Schylił się po spodnie przyjaciela, przerzucając je zaraz przez ramię i zbliżając się ku krawędzi urwiska, aby sięgnąć po resztę. Ostatnia skarpetka. Odwrócił się, szukając wzrokiem przyjaciela, po czym po raz kolejny chciał spojrzeć na wodę. W spokoju. Odetchnął głęboko, zmuszając się do przybrania pogodnego wyrazu twarzy.
Miał już wracać. Chciał zejść ponownie na plażę. Gdy świat w jego oczach zawirował, a noga omsknęła na kruszącym się gruncie. To trwało mniej niż ułamki sekund. Zdołał wydobyć z siebie urwany, zduszony krzyk, nawet nie do końca świadom tego, co się dzieje. Rozległ się huk, niemogący zwiastować niczego dobrego. Spodnie wraz z szelkami wylądowały w wodzie. Reszta ubrań Amona znalazła się przy Lynnie – na skalnej półce, na której spoczywał teraz w stanie niewątpliwej nieświadomości. Ciszę przerwał zszokowany głos:
- L-Lynn? – Widział go przed chwilą na wzniesieniu. Na moment zdążył się odwrócić, a po usłyszeniu tego strasznego dźwięku jego przyjaciel tam już nie stał. Nikt mu nie odpowiedział. Podpłynął w stronę skał, próbując pojąć, co stało się na górze.
Jeśli Matthew wychylił się zza krawędzi, mógł dostrzec leżącego, zwróconego twarzą do ziemi Lynna. Z jego skroni wydobywała się ciemna krew.

/ bilet pospieszny do szpitala, raz! XDDD

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 211
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Plac przed internatem   Nie Mar 05, 2017 12:41 am

Słysząc jego słowa, wyrwał się nagle ze swoich melancholijnych rozmyślań i ze zwierciadła jeziora, swój wzrok i całą uwagę umieścił na swoim przyjacielu. Wpatrywał się w niego jak w obrazek, z dość pustą miną. Nie miał pojęcia co myśleć, z jednej strony to nie tak miało wyglądać, to on miał pocieszać przyjaciela po tak wielkiej stracie, a nie na odwrót jak zwykle, lecz z drugiej strony… po raz kolejny słowa chłopaka sprawiły, że tam w środku było mu trochę cieplej, sam jeszcze nie był do końca pewien co to znaczy, a im dalej w las tym czuł się bardziej rozdarty. Chciał się już niemalże wyrywać, aby przestał.
- Lynn… - Udało się mu tylko wymruczeć. Podniósł aż delikatnie dłoń, by go dotknąć, może żeby już przestał, ale zabrakła mu jak zwykle zdecydowania i odwagi, choć jego mina zdradzała, że ta rozmowa stawała się dla niego coraz trudniejsza.
Słuchając jego dalszych słów na jego twarzy zaczęło malować się czyste zdziwienie. Z przekory jednak się uśmiechnął dość smutno. - Na niczym nie tracisz Lynn. Bracia są strasznie przereklamowani. Rzadko jest tak różowo... - Mówił to z czystym sercem. Nawet nie musiał wspominać jak od niepamiętnych czasów Oliver zawsze mu ubliżał i mówił wręcz niewyobrażalnie krzywdzące rzeczy, a Nathaniel obdarzał go jedynie obojętnością i brakiem zainteresowania, jednakże Ab… mimo wszystko był jak anioł, na którego on nie zasługiwał, dlatego odszedł. Jak nie dajesz nic od siebie i nie dbasz od innych to zawsze zostajesz sam, prawda? Dlatego musiał teraz dać z siebie wszystko.
Jego tezę potwierdzały słowa Lynna, w które z lekkim przerażeniem w oczach się wsłuchiwał. - Lynn… - Powtórzył cicho, jakby do siebie. Jego serce zadrżało. Nie wyobrażał sobie jego straty. Można powiedzieć, że gdyby taka sytuacja miała miejsce to by się już nie pozbierał. Zaczął uświadamiać sobie jak naprawdę ważną osobą dla niego jest Lynn. Jakby podświadomie zabrał go w swoje sanktuarium, gdzie zwykł uciekać od swoich problemów, lecz nadal czuł się w nim samotny, ale w tym momencie… czuł, że ktoś przy nim jest. Było mu dobrze.
NIe zdążył się nawet zamyślić, kiedy na jego drobnym ramieniu, poczuł silny uścisk. Natychmiast wbił swój wzrok prosto w oczy chłopaka. Jego bicie serca przyspieszyło. Czuł każde jego drgnięcie, każdą emocję, która teraz przepływała po jego ciele. Matthew sam zaczął się trząść. Poczuł nagle coś dziwnego, coś czego jeszcze nigdy nie czuł wcześniej, mimo że wpatrywał się w te smutne, zielone oczy niemalże od zawsze. Aż oniemiał. Rozum podpowiadał mu ucieczkę prosto do domu, lecz serce, które biło tak mocno, że prawie wyskakiwało mu z piersi, mówiło mu jawnie, by zamknął oczy i zacisnął szczelnie usta, co by uczynił, gdyby nie niespodziewany okrzyk przyjaciela, o którym zdążył już zapomnieć.
Obrócił się, blady i przerażeniem na twarzy, spoglądając to na Lynna, to na Amona, a słysząc śmiech pierwszego z nich dopiero ponownie zderzył się z rzeczywistością. Jego twarz oblał lekki rumieniec. Uśmiechnął się niezręcznie. - Nie, już się nie boję… -Ujął delikatnie jego dłoń i pozwolił się postawić do pionu.
Wolno podążył za swoim przyjacielem, pozwalając sobie na chwilę zamyślenia. Nie miał pojęcia co się przed chwilą zdarzyło. Przeszedł go aż dziwny dreszcz, ale… uśmiechnął się do siebie. Cokolwiek to było sprawiło, że było mu przyjemnie, ale był również smutny. I jak tu żyć? Abraham naprawdę miał rację, to miejsce było magiczne, a Lynn… a Lynn z każdym jego spojrzeniem wydawał mu się bliższy, a zarazem tak daleki.
Chyba jego nastrój się poprawił. Czyli jego plan nie był wcale taki debilny? Matthew znów się uśmiechnął. Jak widać wcale nie był taką łamagą jak myślał! Ha! Jego dobry nastrój powrócił.
Już miał podbiec do przyjaciela, kiedy nagle rozległ się krzyk, a później huk. Chłopiec `zamarł. Nie… To przecież nie mógł być. Natychmiast pobiegł do przodu, by zobaczyć… aż załapał się za usta,
- LYNN! - Wrzasnął, po czym o mało samemu nie spadając zeskoczył niżej, a po chwili pojawił się tuż obok niego. - LYNN, BŁAGAM!!! ODEZWIJ SIĘ - Kołysał jego ramię, wykrzykując jego imię co chwila. Ciemna plama krwi stawała się coraz większa, a on coraz żałośniej ze łzami w oczach nawoływał pomocy, zaczął nawet wołać swojego drugiego przyjaciela, bo sam nie dawał rady i nie obchodziło go to czy jest ubrany czy nie.
Jeśli dotarł już na miejsce nakazał mu zajęcie się Lynnem, a on sam ruszył w pogoń w las. Po co? Sam do końca nie wiedział. Pomoc. Tak, pomoc, o to mu chodziło! Przecież są tu częste patrole!
Biegł ile sił w nogach, ze łzami w oczach, kiedy nagle, wyszedłwszy już z lasu natrafił na dwójkę patrolujących inkwizytorów. Nie miał jednak czasu na szczęście, kiedy zaczął nieskładnie i chaotycznie krzyczeć i wyjaśniać sytuację. Jednemu z nich udało się go zrozumieć i wraz z nim popędził nad jezioro zabrać Lynna prosto do szpitala.


/megakupost XD ztx2

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Plac przed internatem
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Plac przed Akademikiem
» Obrona Przed Czarną Magią
» Klasa do Obrony Przed Czarną Magią
» Klasa Obrony Przed Czarną Magią
» Ogród przed domem

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Off-Topic :: Strefa pozafabularna :: Retrospekcje-
Skocz do: