IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Rynek

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mea Culpa
Biały Indianin
avatar

Liczba postów : 11
Join date : 27/01/2017

PisanieTemat: Rynek   Nie Lut 05, 2017 1:08 pm

First topic message reminder :

Podróże między miastami i miasteczkami zazwyczaj nie należały do najkrótszych, jednak ta do Wishtown rozpoczęła się na długo przed świtem i dopiero, gdy krótka wskazówka zegarka głównego kupca przebyła większość drogi do szczytu tarczy, ujrzeli zbliżające się zabudowania. Mea zdążyła już przyzwyczaić się do leżącego wokół, jak się dowiedziała, śniegu, gęstego angielskiego powietrza, masy ludzi i starych, pięknych miasteczek. Jednak krajobraz, który otaczał ją teraz… całkowicie zapierał dech w piersiach. Śnieg na przedpolu Wishtown nie przypominał mokrych zwałowisk na bokach ulic, widocznych gdzieniegdzie w miastach ani brunatnych mlaskających mas, pokrywających wszystkie trakty i drogi. Tutaj z mroków nocy wyłonił się śnieg błyszczący bielą kojarzącą się Mei z chustami pastora, którymi przykrywał kawałki chleba na mszy. Z puszystych chmur po chwili zaczęły spadać grube, białe płaty; powietrze trwało nieruchome, świat pogrążył się w ciszy wstrzymując oddech razem z dziewczyną siedzącą na tyle wozu kupieckiego nurzającego się w bieli. Śnieg padający z nieba z daleka wyglądał jak kłębki bawełny, z których Cicha Rzeka zwijała grube nici do tkania, a przy styczności z czymś ciepłym rozpadał się na malutkie, pojedyncze gwiazdki. Kupcy, z którymi podróżowała również zamilkli (gdy Mea odwróciła się do nich, zauważyła, że się lekko uśmiechają), nawet konie stąpały ciszej – dźwięk kopyt tłumił puszysty śnieg. Jechali pośród takiej scenerii aż do samego miasta co jakiś czas zmuszeni – konie również – do strzepywania śniegu z głów. Dziewczyna wpatrzona w śnieżny pejzaż nawet nie zauważyła zbliżającego się miasta, dopiero widząc pierwsze, mijane, niskie zabudowania, zaczęła się rozglądać. Przyzwyczaiła się już do widoku budynków, które im głębiej wjechać w miasto, tym bardziej rosły i stawały się ozdobniejsze. Jednak teraz, gdy każdy parapet, gzyms i rzeźbienie otulał biały kocyk, a szyby skrzyły się w nieprzypominających niczego wzorach malowanych mrozem, podziwiała angielskie miasto tak, jak za pierwszym razem. W końcu domy przemieniły się w kamienice, a ulica poszerzyła – wjeżdżali w centrum, już zdążyła nauczyć się mniej więcej rozkładu miast. Wóz przyśpieszył, było już całkowicie widno, mieszkańcy wylegli na ulice zmierzając na rynek, co oznaczało tylko jedno – spóźnili się. Mea wyczuła tę nerwową atmosferę kupców i odruchowo ścisnęła lalkę zapominając na chwilę o pięknie świata wokół. W końcu wóz zatrzymał się, para kupców wysiadła i zajęła się końmi, Mea zaś chwilę obserwowała otoczenie, aby bez wyrzutów sumienia móc zeskoczyć. Starszy kupiec, na którego wszyscy wołali Jeff uśmiechnął się do niej, podał jej mieszek z pieniędzmi, wskazał głową na powoli robiący się tłok przy straganach i pchnął ją w ich stronę.
– Pooglądaj sobie, dziewczyno. To już ostatnie miasto, ale bardzo ładne – powiedział, po czym odwrócił się do wozu pomagając towarzyszowi w układaniu ubrań i tkanin. Mea stała jednak nieco niepewna i oglądała się wciąż na znajome twarze, dopiero gdy po chwili ludzie zaczęli zbierać się wokół towarów zza oceanu, dziewczyna ruszyła z miejsca w głąb rynku Wishtown. Pierwszy raz tak późno przyjechali do jakiegokolwiek miasta, zawsze więc miała więcej czasu na przyzwyczajenie się do gęstniejącej masy ludzkiej przelewającej się między przyprawami, których zapach kręcił ją w nosie i odurzał, a najmodniejszych krojów ubraniami, między słoikami pełnymi kolorowych substancji a pięknymi kapeluszami, z których rond wylewały się kaskadami wieczne kwiaty, między świeżym mlekiem i jajkami a delikatnymi rękawiczkami z piórami, haftami, koronkami. Stragany tego dnia zajmowały sporą przestrzeń rynku Wishtown, resztę dopełniali kręcący się ludzie. Ktoś gdzieś stroił skrzypce i na początku to właśnie tam dziewczyna chciała iść, chłonąc otoczenie wszystkimi zmysłami, jednak w tym momencie jej uwagę przykuło zupełnie co innego. Stanęła przed niewielkim stoiskiem okrytym drewnianym daszkiem, na którym w rzędach rozłożono szale, tiule i przede wszystkim rękawiczki. Z tyłu na półeczkach stały wykwintne czepki i kapelusze, ale tym, w czym utkwiła swój bystry wzrok był cylinder. Z kroju męski, ciemnobrązowy, lecz na półce pysznił się wręcz wśród piór i wstążek delikatną i białą jak śnieg koronką powplataną pomiędzy turkusowe wieczne róże otulające rondo z prawej strony. Stała więc tak po środku uliczki między straganami zapatrzona w jeden punkt, trzymając w jednej ręce luźno lalkę i nie zważając na ludzi, którzy potrącali ją co chwila śpiesząc w różnych kierunkach. Turkusowe oczy Mei wczepiły się w turkusowe kwiaty. Jaki on piękny, taki piękny – pomyślała. Nawet sprzedawca już nie próbował nawiązać z nią kontaktu wzrokowego, oczarowanej dziewczyny nie udawało się wcale przywrócić do rzeczywistości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 115
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Czw Kwi 05, 2018 10:07 pm

Nie dość, że miała na głowie ból, krew i piękną ozdobę uda, to zjawiła się obok jakaś obca kobieta. Więcej problemów nie dało się już mieć, chociaż wszystko jest możliwe. Idealnie, iż oznajmiła całemu światu o krwawieniu Colette. Tak, tego było trzeba. Czarownica rzuciła jej tylko wściekłe spojrzenie, wzdychając cicho po chwili.
Plan był prosty. Zobaczyć, czy z Lynnem wszystko dobrze, zaś potem ewakuować się stąd i zniknąć w jakichś krzakach. Musiałaby przejść na piechotę całą drogę, aż do domu. Użycie mocy nie wchodziło w grę, zresztą w takim stanie byłoby z tym bardzo ciężko.
Kątem oka widziała nadchodzących mężczyzn, więc musiała jakoś się pozbierać, by nie wyglądać tak koszmarnie. W miarę się wyprostowała i delikatnie uśmiechnęła, zaciskając mocno zęby. Naciągnęła porwaną sukienkę na ranę, aczkolwiek raczej nie musiała się obawiać. Sama długość materiału robiła swoje.
Gdy podeszli, Col odrobinę wycofała się w tył. Mając na uwadze dobro swego przyjaciela, nie zamierzała paradować przed nim umazana w czerwonej posoce. W żadnym wypadku nie chciała, aby zemdlał i cierpiał jeszcze bardziej.
Pierwsze słowa Lynna i dziewczyna miała ochotę odpowiedzieć mu w bardzo niemiły sposób. Zadziwiające, "trochę" bólu i prawdziwa natura wychodzi na wierzch. Dobrze, że szybko przypomniała sobie o pewnej słabości ciemnowłosego i powstrzymała wszelkie słowa.
- Szpital?
Powtórzyła cicho za starszym człowiekiem.
Ta opcja nie wydawała się dobra. Obawiała się trochę, iż jak wejdzie do tego budynku, to nigdy z niego nie wyjdzie. Niby śmieszne, a jednak nie do końca.
Przechodząc wolno spojrzeniem po wszystkich trzech osobach, zatrzymała się na jednej. Spuściła zaraz wzrok w dół.
- T-Tak! Naturalnie, poradzimy. Nikt nie został bardzo ranny, choć mam obawy co do twojej rany Lynn. Uderzenie spadającą... znikąd gałęzią może i wygląda śmiesznie, lecz niesie ze sobą poważne skutki.
Odparła zamykając na moment oczy i skupiając się na aktualnie ogromnym bólu.
Jeśli dalej będą marnowali czas na pogaduszki, to Colette będzie zmuszona do stania na jednej nodze. Walczy z tym, ponieważ nie chce sprawiać problemu, znaleźć się w szpitalu, lub znów zdenerwować swojego towarzysza. Uświadomiła sobie pewne rzeczy, podczas tego całego zamieszania i będzie się ich trzymać. Czy oni mogą się w końcu rozejść?
Uniosła odrobinę powieki, gdy poczuła czyjś dotyk. Szybko zorientowała się, że był to Lynn ze swoją niezawodną chustką. Nie mogła mu na to pozwolić, toteż błyskawicznie wyrwała mu ją, zabierając też przy tym swoje dłonie.
- Dziękuję, sama sobie poradzę...
Rzekła skupiając swe spojrzenie na małym skaleczeniu przy nadgarstku, które lada chwila zostało przykryte kawałkiem materiału.
Nie chciała na niego spojrzeć. Mogła być zraniona w jeszcze kilku widocznych miejscach, a tyle starczyło, by uruchomić jeszcze większy strach u owego faceta. Jednak, nie tylko z tego powodu nie patrzyła. Nie mogła zdecydować który ból był większy. Ten fizyczny, czy psychiczny? Rozcięcie się zagoi z biegiem czasu, zaś pamięć o wyrządzeniu krzywdy komuś bliskiemu zostanie na zawsze.

___________________

Mleko jest dobre.
~1,2~
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 373
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rynek   Pią Kwi 13, 2018 11:33 pm

Może właśnie tego potrzebował. Poważne, ostrzegawcze spojrzenie Colette sprowadziło go na ziemię. Nie doświadczył w jej ciepłych oczach podobnego wrażenia, prawdopodobne nigdy wcześniej. Zdołał odebrać w ciągu ułamka sekundy dwie, całkiem istotne informacje. Z dziewczyną w takim stanie lepiej było nie pogrywać. Odpuścił więc, z pokorą zabierając dłonie i cofając się na odległość kroku. Kolejne z przyswojonych wrażeń, sugerowało mu, że pod tą warstwą dziecinnej niewinności, jaką otaczała się Colette, jednak tkwiła odrobina dojrzałości, która kazała jej postawić na swoim. Całkiem przyjemnie doznanie, pomimo całego otaczającego ich chaosu.
Niestety, nic nie szło po jego myśli tego dnia. Zapewne, gdyby udali się do szpitala, ziściłby się też jego najgorszy koszmar. Dlatego nie zamierzał na to pozwolić, nawet gdyby chwiejnym krokiem miał uciekać przed wykazującym nagle troskliwość ojcem. Musiał się skupić. Od jego kolejnych słów mogło zależeć, czy ucieczka będzie konieczna. Spojrzał na starszego mężczyznę, ledwie powstrzymując pełne obrzydzenia do własnej osoby myśli.
- Ojcze, pamiętasz mój wypadek w Akademii? Pamiętasz nieudolność balsamistów inkwizycyjnego szpitala? Nie chciałbym tam trafić ponownie - wyjaśnił krótko, podnosząc łagodnie głos, wspominając sytuacje, które zdawały mu się wydarzyć jeszcze w poprzednim życiu. Z opowieści pamiętał, że nawet jego ojciec chciał go wtedy stamtąd zabrać, twierdząc, że we własnym domostwie zaznałby lepszej opieki. - Znam odpowiedniejsze ku temu miejsce. Możemy zapomnieć o przeszłości - wypowiedział odważnie, jakby planował zaniechać wszelakich konfliktów, jakie miały między nimi miejsce. Oczywiście, kłamał jak z nut, byleby uzyskać swój cel.
Mężczyzna spoglądał na swojego syna z drobnym powątpiewaniem w oczach. Najwyraźniej znał go na tyle dobrze, by węszyć jakiś podstęp. Tymczasem towarzysząca mu kobiecina, której Lynn imienia wciąż nie znał, skakała w pobliżu Colette, martwiąc się o jej zdrowie.
- Wygląda panienka bardzo blado. Czy nie lepiej byłoby panience usiąść? - pytała ją, aż Lynn musiał zmarszczyć brwi w zdziwieniu. Najwyraźniej jego ojciec zadawał się z kimś, kto nosił w sobie jeszcze cień empatii.
- Dobrze. Udasz się tam, gdzie chcesz. Potowarzyszymy wam w podróży dla bezpieczeństwa - wypowiedział spokojnie, z czym Lynn już kłócić się nie mógł. Wyglądało na to, że w końcu coś zaczyna iść po ich myśli.
Po pierwszej prośbie o wezwanie pomocy, właściwie zbliżał się już ku nim lekarz, którego sprytnie uniknęli, oddalając się w stronę głównej uliczki, gdzie łatwiej było znaleźć powóz. Dopiero wtedy Lynn znalazł szansę, aby wymienić z Colette kilka słów na osobności. Ukradkiem nachylił się nad nią.
- Wytrzymasz? - zapytał jedynie cicho.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 115
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Sob Kwi 14, 2018 1:37 pm

Starała się skupić na rozmowie między Lynnem, a jego ojcem. Było to bardzo trudne zadanie do wykonania, albowiem ta kobieta nie odpuszczała. Można było porównać ją do komara, który upatrzył sobie żywiciela i nie da się go przegonić w żaden sposób. Zaraz... Colette coś to przypomina.
To właśnie tak zachowuje się ona sama? To smutne. To tragiczne. To takie demotywujące. Przez tyle lat zachowywała się w taki sposób!? Ci wszyscy biedni ludzie, którzy musieli mieć z nią do czynienia! Dziewczyna zapadnie się zaraz pod ziemię, nie ma innej opcji. Jak to możliwe, że nikt nie zwrócił jej uwagi? Zwracali? Nie potrafi sobie przypomnieć w tej chwili. Czuła się cholernie źle z powodu rany, a dodając do tego uświadomienie sobie swego dotychczasowego zachowania jest jak oblanie kubłem zimnej wody. Nic dziwnego, że zrobiła się jeszcze bledsza na twarzy. Nie ma dla niej ratunku. Jest na przegranej pozycji. Izolacja od tego świata nie jest takim złem pomysłem.
- Blado? Pewnie przez tutejsze powietrze.
Odparła Col z delikatnym uśmiechem.
Zdecydowanie na twarz czarownicy cisnęło się kilka emocji, ale żadna z nich nie była pozytywna. Zażenowanie, cierpienie, lęk... Zaczęła dostrzegać więcej rzeczy, gdy tak sobie stała pod tym drzewem. O co chodzi? Czemu akurat teraz to wszystko ją uderza?! Jakby los chciał za wszelką cenę sprawić jej jeszcze więcej katuszy.
- Niech panienka usiądzie. Gwarantuje, że to na pewno pomoże.
Namawiała nieznajoma, zaś brązowowłosa zatracała się w swojej beznadziejności i wpatrywała się w ziemię.
Kiedyś musiała być normalna. Był taki moment! Nie chodzi tu o dzieciństwo, a okres dojrzewania. Wtedy zachowywała się inaczej, lecz po jakimś czasie znów wróciła ta dziwna osobowość. O nie.
- To bardzo miłe z pani strony, ale ja postoje. Nic mi się nie stanie, spokojnie. Jestem silna, choć nie wyglądam na taką.
Rzekła dziewczyna spokojnie.
Na całe szczęście, nie musiała dłużej jej przekonywać i się męczyć przy okazji, ponieważ ruszyli w kierunku uliczki. Nie chciała zostać w tyle, jednak ciężko było za nimi nadążyć. Trudniejsze od stania w miejscu było chodzenie. Szła z tyłu, więc mogła pozwolić sobie na małe utykanie. Obeszło się bez zaliczenia upadku, czyli zwyciężyła w tym boju.
- A mam inne wyjście? Oczywiście, że wytrzymam. Co to za głupie pytanie? Znaczy, um... Jak się czujesz? Nieźle oberwałeś, a przy okazji zupełnie niepotrzebnie.
Stwierdziła jasno i prychnęła na końcu zdania, zaciskając dłoń na jego chustce.
Czemu była dla niego tak oschła? Martwiła się o stan zdrowia Lynna, jednakże pozwalała by takie słowa wychodziły z jej ust. Nie miała pojęcia co się z nią działo.
Co do ojca ciemnowłosego... Wyglądało na to, iż jej nie rozpoznał. Cieszyła się, bo nie miała ochoty na rozmówki o swojej rodzinie. Wiadomo, zginęli. Mimo to, ten człowiek często rozmawiał z ojcem Colette podczas spotkań. A dla niej ukochany tatuś był zupełnie obcy, więc musiałaby powtarzać tamte kłamstwa na jego temat, które pamiętała.

___________________

Mleko jest dobre.
~1,2~
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 373
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rynek   Sob Kwi 14, 2018 4:18 pm

Nawet Lynn, dla którego Colette była o wiele bliższa, miał problemy z poznaniem jej po wieloletniej rozłące. Dlatego też nie mieli czego się obawiać w przypadku rozpoznania w dorosłej już kobiecie, dziewczynki z zrównanego z ziemią miasteczka. Nawet jeśli padłoby pytanie o przeszłość Col, Lynn był gotów łgać, sprzedając pierwszą historię, jaka przyjdzie mu do głowy.
Zbliżali się do głównej ulicy, a co za tym idzie, do jednego z pojazdów na postoju, dlatego czasu na pogaduszki mieli bardzo niewiele. Nawet jeśli, zawsze znajdzie się chwila na zganienie Colette.
- Gdyby tylko mój ojciec nie był przekonany, że gałąź drzewa w magiczny sposób zechciała spaść na nas z własnej woli, udzieliłbym ci najdłuższego kazania, jakie miałabyś sposobność doświadczyć w twoim calusieńkim życiu - wypowiedział na jednym tchu, oczywiście nie zamierzając jej darować za popis nieodpowiedzialności. - Poczekaj, aż wrócimy do domu - ostrzegł ją, zwiastując przedsmak Apokalipsy, jaka ma na nią czekać po powrocie.
Już wkrótce musieli zachować więcej ostrożności, nie szepcąc ukradkiem. W opłakanym stanie, zwracając na siebie uwagę przechodniów, znaleźli się w końcu przed jednym z powozów. Lynn pozwolił załatwić sprawę własnemu ojcu, jako że jego twarz z obecnym wyglądem nadawałaby się wyłącznie do katalogu trumien. Po zamienieniu kilku słów z woźnicą, William wrócił do zainteresowanych, dając znak, że mogą ruszać. Lynn spróbował swojego szczęścia:
- Ojcze, zrobiłeś już dla nas wystarczająco wiele. W dalszą podróż ruszymy sami, nie wybaczyłbym sobie trwonienia twojego czasu... - przemawiał głębokim tonem, wyraźnie przesadzając, bo starszy mężczyzna aż prychnął z rozbawieniem, węsząc absurdalne kłamstwo na kilometr.
- Nie trać więc mojego czasu i wsiadaj do środka. Odwieziemy was w bezpieczne miejsce - machnął ręką, a Lynn poddał się bez dalszych prób walki.
Jako pierwszej, William podał rękę swojej wybrance, aby zajęła miejsce w pojeździe. Później przyszła kolej na pomoc Colette. Mężczyzna zmarszczył brwi na jej stan zdrowia, ale nie powiedział ani słowa, unikając spojrzeń w taktyczne miejsca. W przeciwieństwie do Lynna, był wciąż dżentelmenem.
Gdy wszyscy zajęli miejsce, zegarmistrz pokonał pokusę zatrzaśnięcia drzwi i dania nogi. Był pewien, że Colette byłaby bezpieczna. Co z tego, że zapewne nie wybaczyłaby mu już nigdy tej samotnej podróży! Westchnął ciężko, odgarniając do tyłu zlepione krwią włosy i wsunął się do środka pojazdu, czując się, jakby znów wrócił do czasów Akademii. Stuknięcie laski w boczną ścianę drewnianego pojazdu było znakiem dla woźnicy, że może ruszać.
I stało się. Został zamknięty na niewielkiej przestrzeni z mężczyzną, którego nienawidził i kobietą... No właśnie, co to za jedna? Czyżby jego nowa macocha? Może powinien okazać jej względy? Tak, gdyby tylko zależało mu tak bardzo, jak mu nie zależy...
Liczył na to, że przetrwają podróż w milczeniu. Do mieszkania Colette przecież nie było tak daleko. Jeszcze wtedy nie pojmował swojego błędu. Przez drobne zamroczenie związane z oberwaniem w głowę przeoczył fakt, że ruszyli bez podawaniu komukolwiek konkretnego adresu. Nawet nie miał czasu się nad tym zastanawiać, ledwie ogarniając myślami tę niezwykłą dla niego, nową sytuację. Na co on liczył? Na to, że jeśli będzie wpatrywał się we własne buty, to nikt się do niego nie odezwie? Błąd, setny tego dnia.
- Jesteście parą? - rozległ się miękki głos starszego z mężczyzn. Lynn głośno wciągnął powietrze. Jako że odpowiedź nie padła od razu, kontynuował:
- Przed gratulacjami, zobowiązany jestem jednak wysilić się na kondolencje. Doszły mnie słuchy, że kobieta, która miała czelność mierzyć wyżej niż należało...
Nie zdążył skończyć. Jak trzask bicza, przerwał mu ostry głos Lynna.
- Nie waż się. Ani słowa o niej. - Jego głos dźwięczał stalą, a w spojrzeniu pojawił się wyraźnie ostrzegawczy błysk. Nie zniósłby urazy na ten temat. Chwila dzieliła go od podniesienia ręki na własnego ojca. - Nie zdzierżę tego z twoich ust - warknął.
Zbyt łatwo dał się sprowokować, pokazując swoje prawdziwe oblicze. Aż się w nim zagotowało, gdy dostrzegł uśmieszek na ustach mężczyzny. Ten jednak zamilknął, spełniając życzenie syna z urokliwie jadowitym „skoro sobie tego życzysz...”. Dopiero wtedy Lynn spuścił nieco z tonu, wciąż jednak czujny i naprężony jak struna. Odpowiedział wtedy na wcześniejsze pytanie ojca.
- Nie jesteśmy parą. Towarzyszyłem Colette na... festynie - wydusił z siebie, przeklinając siebie i dzień, w którym został zmuszony do tłumaczenia tego. - Colette jest... - zerknął na nią niepewnie, nie wiedząc, co właściwie może powiedzieć.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 115
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Sob Kwi 14, 2018 6:00 pm

- Tak, tak. Później wysłucham.
Rzekła w ogóle nie zainteresowana jego groźbami i zbyła go machnięciem dłoni.
Jakby miała czas i siłę przejmować się jakimś wybuchem Lynna w tym momencie! Jeszcze czego. Ma na głowie ważniejsze sprawy, niż kazanie.
Zaraz, zaraz, zaraz... Jakie bezpieczne miejsce? Nie podobało się jej to. Wcale. Miała jechać z tymi wszystkimi ludźmi w jednym powozie, a na dodatek nie czuła się najlepiej.
Przeczuwała, że polegnie gdy trzeba będzie wejść do środka. Była wdzięczna, iż znalazł się taki człowiek jak William i pomógł w owej czynności. Zajęła swe miejsce dość szybko, więc miała chwilę na dokładniejsze zasłonięcie rany i odetchnięcie po całym staniu. Było tak miło w tej pozycji, iż miała ochotę wydać z siebie głośne westchnięcie z przyjemności. Jednakże, nie oznaczało to, że przestała czuć jakikolwiek ból, o nie! Skoro siedziała, rana miała idealną szansę na małe rozwarcie, a to Colette odczuła już po chwili.
Powstrzymała się przed ewentualnym wybuchem śmiechu, gdy padło pytanie ze strony staruszka. Nie mogłaby okazać tak wielkiego braku szacunku. Skąd mu to przyszło do głowy? W każdym razie, wymiana zdań tych dwóch mężczyzn nie zapowiadała niczego dobrego. Przynajmniej czarownica podłapała o kogo chodzi, po reakcji Lynna.
Kątem oka przyglądała się dokładnie furii wymalowanej na twarzy przyjaciela, mając przy tym dość smętną minę. Ożywiła się lekko, gdy temat zszedł na nią. Musiała coś odpowiedzieć, ponieważ Lynn ją zawiódł. W sumie, miał rację. Była nikim.
- ...nikim ważnym. Jestem jego znajomą, nawet nie taką bliską, lecz pański syn okazał odrobinę dobrego serca i z litości postanowił mi potowarzyszyć. Jestem mu bardzo wdzięczna, że pomimo mych żałosnych próśb, zgodził się.
Odpowiedziała w ogóle nie patrząc na towarzysza z dawnych lat, tylko wpatrując się w jego ojca.
Zranił ją. Nie wiedziała jak ma zareagować w tej sytuacji. Chyba po raz pierwszy poczuła coś takiego. Okropne uczucie, które zostanie z nią na długo. Czemu się zawahał? Właśnie.
Kim dla niego była? Upierdliwym dzieckiem nad którym trzeba było mieć opiekę? Tylko, ona nie jest już dzieckiem. Tolerował ją tylko dlatego, że kiedyś się przyjaźnili? Udawał swą sympatię do niej przez cały ten czas? Nie chciała przyjąć tego do wiadomości. Czuła, iż cały jej świat na powrót staje się okropny. Starała się powstrzymać drżenie swego ciała po raz kolejny tego dnia, lecz tym razem było to mocniejsze. Zacisnęła dłonie na materiale swej porwanej sukienki, siląc się na mały uśmiech.

___________________

Mleko jest dobre.
~1,2~
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 373
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rynek   Sob Kwi 14, 2018 8:20 pm

Nie mógł patrzeć na jego twarz. Serce biło mu ciężko, a krew wrzała w jego żyłach przy każdej najmniejszej reakcji mężczyzny - od pogodnego zmrużenia oczu po potarcie tkwiących wciąż w uśmiechu ust, jakby powstrzymujących się od powiedzenia: „całe szczęście, że suka sczezła z tego świata...”. Rzadko kiedy doświadczał widoku, który wywoływał w nim fizyczny ból. Teraz jednak nawet wizja wyskoczenia z pędzącego powozu wydała się całkiem atrakcyjna, aby nie musieć tego dłużej przeżywać.
Ojciec. Za z drugiej strony Colette. Odebrała wszystkie jego słowa na opak, zupełnie inaczej niż by sobie tego życzył. Chwile dzieliły go przed wybuchem. Cholera, najwyraźniej nigdy nie był najlepszy w tych salonowych gadkach. Gdyby tylko mógł wytłumaczył, że jego zwątpienie nie narodziło się z niewiedzy, a raczej braku pewności, co dziewczyna chce o sobie zdradzić. Była w końcu wiedźmą. Nigdy nie ustalili wersji, która powinna ją chronić. Pozwolił jej mówić, choć jednocześnie powstrzymywał chęć walenia głową w ścianę pojazdu. Na domiar złego, William kontynuował dialog w charakterystycznym sobie, uprzejmym tonie. Lynn mógł tylko podejrzewać, jak niewiele szczerości kryło się w tych słodkich słówkach.
- Skromność jest zawsze w cenie, jednak jestem pewny, że umniejsza sobie panienka wartości. Niepotrzebnie. Mój syn udowodnił mi już nie raz, że potrafi docenić najniższe z wa...
- Ojcze... - warknął ostrzegawcze Lynn, czując, że zmierzają na bardzo niebezpieczne tematy.
- Tak. Przepraszam za mojego syna. Zdążyłem już zapomnieć jak wielce drażliwy jest... - uśmiechnął się czarująco William, a w tym samym czasie Lynn musiał zaspokoić swoją żądzę mordu wyobrażeniem, jak zaciska dłonie na jego szyi. - I przepraszam również za siebie. W całym zamieszaniu nie miałem szansy przedstawić swojego miana. Nazywam się William Cavendish, a to moja słodka towarzyszka, Felicia Pott. A nazwisko panienki to...? - skinął głową do siedzącej obok niego starszej kobiety, uśmiechając się ciepło. O nazwisko zapytał na pewno nie bez powodu. Miało znaczenie, z jakiego rodu pochodzi dziewczyna. Jeśli by je kojarzył, zapewne okazałby też większy szacunek.
- Bo dałbym sobie rękę uciąć, że gdzieś już panienkę widziałem... - zastanowił się na głos, słusznie powodując, że serce Lynna na moment zamarło. Nie odzywał się, bo stawanie w obronie dziewczyny, która nie powinna mieć nic na sumieniu wydało mu się podejrzane. Pozwolił Col bronić się samej, zamierzając się wtrącić dopiero, gdy tamta będzie tego wyraźnie potrzebować.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 115
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Nie Kwi 15, 2018 3:18 pm

- Drażliwy, to zdecydowanie za delikatne słowo i znalazłabym kilka odpowiedniejszych z łatwością...
Mruknęła pod nosem z lekką nutką drwiny w głosie.
Nie ma co ukrywać. Była w tym momencie całkowicie zdenerwowana na Lynna, a ponadto czuła całą sobą rozgoryczenie. Miała go za kogoś tak bliskiego, zaś on wcale nie był szczery wobec niej.
- Nie musi pan przepraszać, naprawdę. Bardzo miło mi poznać tak cudowną parę. Ah, no tak. Sama się zapomniałam w tym wszystkim, więc również proszę o wybaczenie. Nazywam się Colette Lacroix.
Rzekła spokojnym tonem, bez jakiegokolwiek zawahania.
Zaskakujące. Będąc w tak złym stanie, nadal potrafiła przyzwoicie rozmawiać z innymi i normalnie siedzieć. To godne pochwały, lecz jeszcze bardziej na docenienie zasługuje powaga. Dwie godziny wcześniej pewnie rzuciłaby jakimś długim monologiem, który nie miałby większego sensu i już dawno zostałaby uznana przez tą dwójkę za wariatkę. Pomimo całej, niezbyt przyjemnej sytuacji w której się znalazła, zrobiła krok w przód i do tego całkiem spory.
To prawda, mogła podać fałszywe nazwisko. Wtedy całkowicie zbiłaby z tropu mężczyznę i nie musiałaby się o nic obawiać, jednakże coś wewnątrz niej na to nie pozwalało. Popełniła głupstwo? Pewnie tak, ale pozwoli na dalszy rozwój zdarzeń posługując się odważnie swoim mianem rodowym. Jest gotowa na konsekwencje jakie z tego mogą wyniknąć, a wynikną na pewno. Kwestia czasu.
Spojrzeniem wędrowała po całym powozie z małymi wyjątkami. Owszem, podczas dialogu skupiała się wyłącznie na rozmówcy, inne zachowanie byłoby karygodne i niedopuszczalne. Myślała, że kompletnie nauki matki zostały wyrzucone przez tamtą osobowość, jednakże uchowały się doskonale. Matki? Może sama je nabyła podczas małoletności? Niesamowicie trudno przypomnieć sobie niektóre rzeczy. Od razu pojawia się ból głowy i to dziwne przeczucie, iż po grzebaniu w wspomnieniach, nie czeka ją nic dobrego.
Ani razu, nawet kątem oka, nie zerknęła na Lynna.

___________________

Mleko jest dobre.
~1,2~
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 373
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rynek   Nie Kwi 15, 2018 8:00 pm

Lynn przewrócił teatralnie oczyma na komentarz Colette, powstrzymując się od riposty, czego z pewnością nie uczyniłby, gdyby nie obecność jego ojca. A właściwie, dlaczego miałby się przejmować? Przecież i tak był w jego oczach spalony.
- Kilka odpowiedniejszych słów opisujących nawyki mojego syna, z pewnością nie przystoi damie - kiwnął ze zrozumieniem głową, uśmiechając się z powodu możliwości dokopania synowi i prowadzenia rozmowy na poziomie.
Lynn już nawet nie próbował upominać ich: „ja tu jestem, wszystko słyszę”, a zwyczajnie odwrócił wzrok w kierunku okna, udając, że rozmowa go nie dotyczy. Jeśli za swoje grzechy kiedyś trafi do piekła, teraz z pewnością poznał jego przedsmak.
William i Colette szczebiotali w najlepsze, aż Lynnowi uszy więdły, wymieniając się komplementami i miłymi, acz zapewne - pustymi słowami. Wokół nich unosiła się cudowna aura zrozumienia i uprzejmości. Do czasu aż wewnątrz powozu nie padło nazwisko dziewczyny. Wtedy temperatura zdawała się spaść o dobre dziesięć stopni. William zacisnął usta w poziomą kreskę, początkowo milcząc. Nawet Lynn podłapał tę chwilową zmianę nastroju, rozglądając się i usiłując poznać, co jest jej powodem. Czyżby skojarzył ją z miasteczka Rein sprzed niemal dekady? Nie zdążył zapytać, William wkrótce przemówił.
- Lynn nigdy nie miał zmysłu do doboru znajomości - powiedział niejasno, a ton jego głosu przybrał chłodniejszy wydźwięk. - Jednak z całej kolekcji, chyba pierwszy raz widzę go z... córką mordercy - wyjaśnił, obdarzając Colette nieustępliwym, badawczym spojrzeniem.
Zegarmistrz aż otworzył usta ze zdziwienia. Absurd. Dobrze, dziś padło wiele kłamstw, ale to było już zwyczajnie nieśmieszne. W odmętach swojej pamięci przecież miał obraz ojca Colette, dobrego i prostego człowieka...
- Ojcze, jestem pewny, że mylisz Colette z inną osobą - postanowił się wtrącić, prostując się, gotów na starcie. Przeraziło go spojrzenie pełne politowania, jakim obdarzył go William. Głosiło ono bez słów „nie powiedziała ci?”. Serce mu zabiło mocniej, nie będąc w stanie dodać nic więcej. Czyli to była prawda...?
- Znałem twojego ojca, dziewczyno - dodał szorstko, dopiero wtedy przenosząc wzrok na bok, co świadczyło o sięganiu dalekich, martwych już wspomnień. - Kiedyś było o nim głośno... - westchnął, nie decydując jeszcze, co powinien uczynić. Nie spojrzał nawet na syna, który przyglądał się całej scenie z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 115
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Nie Kwi 15, 2018 9:40 pm

Napełniał ją idealny nastrój na złośliwości w stronę ciemnowłosego, więc czemu miałaby nie skorzystać z okazji i trochę się odprężyć. Cała ta nazbyt dobra rozmowa, zmieniła się w mgnieniu oka. I się zaczęło.
Sama ta cisza, która nastała po podaniu nazwiska, zwiastowała bardzo nieprzyjemne następstwa. Nic nie można na to poradzić, zdecydowała i tego się będzie trzymać do samego końca. Jak wcześniej błądziła czasem spojrzeniem, teraz miała je utkwione w Williamie na dobre. Żadnych uśmieszków, tu panowała zupełnie poważna sytuacja i Colette miała tego świadomość.
- Kochanie, co ty wygadujesz? Musiało ci się coś pomieszać, na pewno. Inne nazwisko? Po prostu, poprzekręcałeś litery. Mam rację, prawda? Ta panienka, to zwykła i nieszkodliwa dziewczyna.
Odezwała się starsza kobieta, która starała się uspokoić swego partnera.
Lynn ma wspaniałego ojca. Podziwiała go. Nie tracił czasu i od razu wyznał całą prawdę, która jest w stanie zniszczyć ją raz na zawsze. Teraz nic nie jest pewne, jednak ten typ człowieka zalicza się do tych strasznie zepsutych. Nie potrzebowała wiele czasu, aby to stwierdzić.
- Kto by pomyślał... Musiało się tu odbyć całkiem niezwykłe przedstawienie z jego strony, zupełnie tak jak w pewnym miasteczku ze strony Inkwizycji.
Rzekła ozięble, nie odrywając wzroku od mężczyzny.
Znów powracały odległe wspomnienia, które niosły ze sobą tylko cierpienie. Nie miała zamiaru całkowicie im ulec, tak jak na cmentarzu. Musiała pozostać silna, choć to wszystko było tak przytłaczające.
Wiedźma miała na sumieniu każdego mieszkańca Rein, a z kolei to ciążyło na niej każdego dnia. Ciągle zadawała sobie pytanie... Czemu całe miasteczko zostało wymordowane? Ci wszyscy niewinni ludzie, żyjący sobie z dnia na dzień. Nic nie stało na przeszkodzie, aby zlikwidować tylko rodzinę Col.
Chwila, już wszystko jasne. Każde powiązanie musiało być zniszczone, więc nie oszczędzali się w żadnym wypadku. Co najlepsze, pomścili swoich. Cudem siedziała spokojnie, albowiem wewnątrz niej gotowała się złość i... nienawiść? Nie. U brązowowłosej coś takiego nie istniało. Na pewno? Nie jest taka.
Z bardziej przyziemnych spraw, okłamała swojego przyjaciela. To też odcisnęło swoje piętno, chociaż nie było tego widać w tym momencie.
- Mój ojciec. On miał swoje powody. Nie był szaleńcem, który zabiłby kogokolwiek na swej drodze.
Powiedziała pewna swych słów, jak nikt inny.
Miała wtedy tak mało lat, ale nadal go pamięta. Był troskliwy i opiekuńczy, mimo swej pracy, nie poszedłby od tak zabijać innych. Poza tym, doszły ją słuchy, iż ofiary były tylko z placówki jaką jest Inkwizycja. To musi coś znaczyć.

___________________

Mleko jest dobre.
~1,2~
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 373
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rynek   Sro Kwi 18, 2018 9:47 pm

Spięty wyraz twarzy Williama, po obronnych słowach Felicii, łagodnie się rozluźnił, a mężczyzna uśmiechnął się z pobłażaniem. Uniósł dłoń, odpowiadając jak zawsze dyplomatycznie:
- Jesteś jak zwykle zbyt łaskawa. W każdym dostrzegłabyś dobro, niezależnie jak głęboko nie byłoby ono skryte - odparł, aż Lynna skręciło w środku. Mimo że się nie dopytywał, po ich dialogu i gestach, wywnioskował, że są sobie bliscy. Naprawdę wiele musiało się zmienić przez ostatnie lata... - Jednak w tym przypadku nie ma mowy o pomyłce - dopowiedział, a kolejne słowa dziewczyny potwierdziły, że głosił czystą prawdę.
Nad Lynnem ciążyła powinność przerwania tego dialogu. Pragnął porozmawiać z dziewczyną na osobności, wyciągając z niej szczegóły, jakich świat zapewne nie powinien usłyszeć. Mimo wszelakich złośliwości wymienionych dzisiaj, czuł, że należy mu stanąć po stronie Colette. Rozmowa i jej przerażający rozwój sprawiły jednak, że jakby zapomniał układać słów w zdania...
Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta, a pomiędzy Colette i Williamem najwyraźniej rozpętała się walka na spojrzenia. Jakby obserwował inną osobę. Lynn nawet nie sądził, że dziewczyna jest zdolna do przybrania takiego tonu. Najwyraźniej nie znał jej wcale, a to sprawiało, że jeszcze silniej odczuwał potrzebę porozmawiania z nią w cztery oczy, najlepiej możliwie prędko...
- Twoje słowa, dziewczyno... - zaczął poważnie, aż Lynna przeszedł dreszcz. Już nie była „panienką”. Teraz była po prostu „dziewczyną”. - Są odważne. Na tyle odważne, że odnoszę wrażenie o twojej dumie z powodu czynów ojca. Czy się mylę? - powiedział, obserwując ją czujnie. - Jakie motywy przyświecają „zdrowemu na umyśle” człowiekowi, aby pozbawił kogoś nadrzędnego z praw?
Jego słowa brzmiały na tyle oskarżycielsko, że Lynn w końcu odważył się wejść nim w paradę, nim Colette zdobyła się na odpowiedź.
- Niezależnie od prawdy, apeluję o zachowanie spokoju. Porozmawiajmy o tym przy lepszej okazji, nie teraz, nie w tym stanie... - oznajmił dość zdecydowanym tonem. W pozornie racjonalnych słowach krył się jego prawdziwy plan: przerwać rozmowę i nigdy do niej nie wrócić, jako że przecież nie pozwoli na podobne spotkanie. Napotykając wkrótce ostrzegawcze spojrzenie swojego ojca. Już zaczął podejrzewać, że popełnił spory błąd, gdy ten odezwał się:
- Podróż to, w rzeczywistości, nie najlepsza okoliczność do poruszania ciężkich tematów - przytaknął, aż Lynn nie mógł powstrzymać lekkiego zaskoczenia. Kolejne słowa ojca zdziwiły go z kolei jeszcze bardziej. - I czy jest sens obarczać dziecko o czyny rodzica popełnione wieki temu? - zapytał się w głos, jakby zastanawiając się, jaką ocenę ostatecznie wystawić siedzącej naprzeciw niego dziewczynie.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 115
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Czw Kwi 19, 2018 11:54 am

Felicia zamilkła przyjmując zatroskany wyraz twarzy, lecz swą dłonią ciągle gładziła ramię partnera.
Pierwszy raz wstawiła się za nią obca kobieta. Wstawiła to za mocne słowo, zdecydowanie bardziej pasowałoby stwierdzenie, iż chciała w jakiś sposób obronić Col i załagodzić sytuację. Starania były marne, zapewne sama nie wiedziała do końca z której strony to ugryźć. Mimo to, czarownica i tak była wdzięczna. Większość nie kiwnęłaby nawet palcem.
Mowa o dumie i motywach rozwścieczyła ją jeszcze mocniej, jednak nie zmieniła swego nieugiętego wyrazu twarzy, czy też przeszywającego spojrzenia.
Nadal zawzięcie wierzyła w to, że ojciec został zmuszony do posunięcia się do ostateczności i pozbawienia życia kilku ludzi. Bardzo możliwe, że chodziło tu o położenie żony i córki, aczkolwiek wychodziłoby na to... Chronił ich. Cały ten czas.
Lynn zdążył przemówić oraz wyrwać tym samym dziewczynę z rozmyślań, nim cokolwiek rzekła. Przełamała się i wreszcie popatrzyła na niego.
Ten widok dziwnie ją uspokajał, jakby nie musiała się niczego obawiać. Czuła się... bezpiecznie? Nie mogła pojąć czemu, przecież sam mówił o zmieniających się czasach i puszczeniu w niepamięć tego co działo się kiedyś. W każdym razie, to właśnie on niczym ostatni idiota rzucił się na ratunek, gdy spadała i na dodatek oberwał. Nie musiał tego robić. Mimo wszystko, są dla siebie obcy. Teraz doszło do niej, iż postąpiła bardzo głupio zachowując się złośliwie w jego kierunku.
Spuściła na chwilę wzrok w dół, aby wrócić nim zaraz na Williama. Delikatnie się uśmiechnęła, po czym zabrała głos.
- Świetne pytanie. Liczę na również świetną odpowiedź z ust mądrego i doświadczonego człowieka. W końcu... Za takiego pana uważam, choć może się mylę? Jak to jest, proszę rozwiać moje wątpliwości.
Zakończyła swą wypowiedź w miarę sprawnie.
Tak bardzo zagłębiła się w rozmowę, iż rana poszła w zapomnienie. Rzecz jasna, szybko o sobie przypomniała, gdyż Colette przez przypadek położyła na niej dłoń. Dziw bierze, że krew nie zaczęła skapywać na podłogę w powozie. Najwyraźniej wolała przemieszczać się po nogach, zaś to wydawało się znacznie lepsze. Dziwnie byłoby zostawić po sobie taki makabryczny widok, jeszcze ktoś mógłby zejść na zawał.

___________________

Mleko jest dobre.
~1,2~
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 373
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rynek   Yesterday at 11:43 am

To musiał być zły sen. Nie dostrzegał innego rozwiązania na ten niekończący się ciąg absurdów. Nie wiedział już co gorsze, Colette doskonale dogadująca się z jego ojcem, czy zaostrzająca się wymiana zdań między tą dwójką. Wciągnął gwałtownie powietrze, nawet we własnym mniemaniu uznając pytanie Colette za bezczelne i oczekując reprymendy od Williama. Wyjątkowo, nie zawiódł się.
- Bacz na słowa, dziewczyno - upomniał ją tonem, który Lynn znał aż za dobrze. Typowa gadka, gdy rozmówca posuwał się o krok za daleko, a jemu brakło argumentów. — Nazwisko ma znaczenie. Za niektóre z czynów, płacić muszą również kolejne pokolenia, a drzwi, które zawsze były dla nich otwarte... mogą zatrzasnąć się przed nosem - wyjaśnił połowicznie, uginając się najwyraźniej ku odpowiedzi twierdzącej na zadane przez siebie wcześniej pytanie. Lynn wyczuwał w tym również sugestię w swoim kierunku.
Nic tego dnia nie mogło być jednak proste i oczywiste, więc po jednoznacznej odpowiedzi nastąpiło pewne „ale”:
- W twojej sytuacji, kryje się jednak pewien komfort - oznajmił pouczająco niczym ksiądz na ambonie. - Osoby niezwiązane bezpośrednio z Inkwizycją nie powinny mieć pojęcia o sprawie, gdyż ta - z dużym poświęceniem została zatuszowana - dodał, w co Lynn akurat bezwarunkowo uwierzył. Za dobrze pamiętał, jak łatwo było zamieść pod dywan inkwizycyjne błędy.
William powoli przedstawił swój punkt widzenia, nie dając swojej rozmówczyni jasnego obrazu, ale sugerując jedno: ostracyzm społeczny nie będzie jej dotyczył, do kiedy prawda nie wyjdzie na jaw. A Lynn, który znał Colette dłużej, z rozbawieniem stwierdził, że dziewczyna niespecjalnie przejmuje się cudzą opinią i za nic będzie miała rady jego ojca. Nie dopuszczał możliwości pomyłki, uważając udawaną troskę i wykład Williama za bezsensowny.
Gdy zdawało się już, że temat jest zakończony, starszy z mężczyzn dodał jeszcze cicho:
- Czy tajemnica długo nią pozostanie, tego zagwarantować nie mogę. Istnieją ludzie, którzy żywią się plotkami.
Lynn dałby sobie rękę uciąć, że głowa ojca łagodnie drgnęła w kierunku Felicii, a on sam powstrzymywał się od sugestywnego spojrzenia w jej stronę. Bardzo ciekawe zjawisko, musiał to niechętnie przyznać. I tak wyszło lepiej, niż mógłby się tego spodziewać. Zerknął na dziewczynę obok siebie, sprawdzając, jak sobie radzi. Zdążył już zapomnieć o ich obrażeniach, rozmowa i setka nawarstwiających się wątpliwości pochłonęła go do reszty. Z początku nawet nie zauważył, że ich pojazd skręca po raz ostatni i zaczyna zwalniać. Gdyby rozchylił zasłonę, wyglądając zza okna powozu, dostrzegłby bardzo znane mu okolice...

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 115
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Yesterday at 1:24 pm

Nie spodziewała się tak mocnej reakcji na te słowa i zapewne, nie powinna ich wcale wypowiadać. Przez moment poczuła się, niczym małe dziecko, które słuchało pouczenia rodzica o tym co wolno, a czego nie. Zadziwiające, iż obcy człowiek miał taką siłę przebicia i dotarł do Col.
- Racja, moja wypowiedź była nie na miejscu. Przepraszam.
Rzekła tylko tyle, albowiem potem była zajęta wsłuchiwaniem się w przekaz starszego mężczyzny.
Nie dało się tego ukryć, zgadzała się z tym co mówił. Ponadto, wyniosła pewne nauki z tego spotkania. Wygląda na to, że znacznie prędzej nauczy się dobrego funkcjonowania w tym świecie, niż przypuszczała.
Sprawa wydawała się prosta i nie. Z jednej strony starczyło utrzymywać to w kompletnej tajemnicy, zaś z drugiej zwykle takie sekrety wychodzą na jaw niesamowicie szybko. Co gorsza, większość społeczeństwa uwielbia plotki i jest zupełnie zdemoralizowana. W najgorszym wypadku Col skończyłaby na stosie, a w najlepszym dołączyłaby do ojca w lochach, o ile ten jeszcze żyje. Teraz brązowowłosa nie dziwi się, że wolała być dzieckiem w skórze dorosłego i nie zważać na tak trudne epizody w swoim życiu.
- Rozumiem doskonale, lecz pomimo mego nieuprzejmego i obraźliwego języka... Byłabym naprawdę dozgonnie wdzięczna, gdyby pan zlitował się i zachował informacje odnośnie mnie, oraz mego ojca wyłącznie dla siebie. Wiadomo, plotki żyją swoim życiem wśród innych, jednakże liczę na małe wsparcie z pana strony.
Odparła spokojnym tonem, a w nim dało się usłyszeć odrobinę nieskrywanej nadziei.
Wcześniej rzucone przeciw niemu oskarżenia o ogromną nikczemność, zostały prawie natychmiast wycofane po słowach sprzed kilku chwil. Mimo wszystko, nie wyrzucił jej z powozu i dalej przebywał w towarzystwie Colette, choć podpadła swym zachowaniem nie raz.
- Myślę, że wszyscy powinniśmy wziąć głęboki wdech, a także wydech i się uspokoić. Skarbie, sam widzisz. Przeprosiła za swoje zachowanie i liczy na twoją pomoc. Tak jak mówiłam, nie jest złą osobą. Spokojnie...
Odezwała się Felicia, delikatnie pochylając się i zerkając na twarz Williama. Miała na ustach drobny półuśmiech.
- Pani Felicio... Dziękuję za wszelkie miłe słowa wobec mnie, nie zapomnę pani tego.
Dodała stanowczo wiedźma, posyłając kobiecie ciepły i pełny uśmiech.
Zaraz powóz się zatrzymał, a pomarańczowooka dopiero teraz uświadomiła sobie, iż nawet nie podawała swego adresu. Gdzie tak właściwie dojechali? Czyżby Lynn mówił w jakie miejsce mają jechać? Niezbyt miał jak, gdy stał ciągle obok niej.


z/t x2

___________________

Mleko jest dobre.
~1,2~
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Rynek   

Powrót do góry Go down
 
Rynek
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Główny Rynek

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Wishtown :: Centrum miasta-
Skocz do: