IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Skrzydło Szpitalne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 283
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Skrzydło Szpitalne   Nie Mar 05, 2017 6:23 pm

First topic message reminder :


___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 283
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Nie Paź 15, 2017 7:40 pm

Mimo iż z nim nie rozmawiał to cały czas bacznie przyglądał się jego reakcjom, jednak jak zawsze jego przyjaciel był jednak tak trudny do rozszyfrowania. Jak zwykle nie mówił zbyt wiele, ale tego mógł się już spodziewać. O, jak bardzo by mu ułatwiło życie, gdyby Lynn był chociaż w połowie taki bezpośredni jak Amon, ehh… Teraz nie potrafił nic powiedzieć na sto procent, może był pod wrażeniem? A może był po prostu zażenowany i z grzeczności nic nie powiedział? Niezależnie od tego co było prawdą, wstydził się swojej zuchwałości i raczej nieprędko powtórzy swój występ.
- Otóż to, Rosanne… - odparł i uśmiechnął się. - Podobno z zagatkami jest tak, że im więcej poświęcimy im czasu i energii, tym większa satysfakcja jest z rozwiązania. Z poezją właśnie jest podobnie, lecz z wyjątkiem jednego rozwiązania, bazującemu na logicznej analizie, jest ich tak wiele ile ludzi na świecie. By zrozumieć to co autor chciał powiedzieć trzeba oddać mu małą cząsteczkę siebie, sięgnąć do odmętów pamięci, przeżyć pewne chwile jeszcze raz… Jest to jak taka swojska rozmowa z poetą, dzięki której dowiadujesz się czegoś więcej o sobie, mimo że oczywiście on ci nie odpowiada, a jedynie pozwala przeżyć to co on czuł w danym momencie. Dzięki temu ta relacja jest strasznie bliska, wręcz intymna… Mówienie o własnych rozwiązaniach to jak obnażanie cząstki swojej duszy, z nadzieją że zobaczy się to samo. Niektóre rozwiązania są jednak intymniejsze od innych i pokazywanie ich światu to jak stanąć na środku rynku i przyznać się do czarnoksięstwa… Przynajmniej ja tak to widzę - odparł i zwrócił się do Sam. - Wybacz mi, Samantho, lecz na dzień dzisiejszy nie umiałbym odpowiedzieć na twoje pytanie, mam nadzieję że zrozumiesz… Aczkolwiek doceniam to, że myślisz o mnie w tak jasnym świetle. - Uśmiechnął się niezręcznie po raz kolejny, było blisko. Nadal czuł się trochę nieswojo, lecz teraz z innego powodu.
Nim zdążył posmutnieć zerwał go głos Lynna. Nagle poczuł jak coś ściska go w sercu, lecz tym razem było to przyjemne. Jego twarz przejaśniała. - Przekażę - powiedział, starając się nie wzbudzać podejrzeń i nie klaskać w dłonie ze szczęścia. - Na pewno się ucieszy…
W końcu poczuł że coś mu dziś wyszło. Komiczne było to jak jedna opinia jednej osoby mogła tak na niego wpłynąć, lecz po prostu się temu poddał. Nagle słyszał śpiewy ptaszków, bzyczenie owadów, odgłosy żabek w stawie i czuł zapach niedaleko rosnących kwiatów. Po prostu sielanka. Nawet podpłynęły do nich kaczki.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 434
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Nie Paź 15, 2017 10:24 pm

Samantha była pełna podziwu nie tylko do recytacji chłopca, ale także dla jego kolejnej wypowiedzi. Rada była z obranego tematu, jako że faktycznie się na nim znała. Mogła głosić monologi o poezji i sztuce wcale nie krócej niż Lynn o mechanizmach.
A skoro już o młodym Cavendishu mowa... Powoli już zaczynał rozglądać się za możliwością ucieczki. Może zasymuluje chorobę? Albo omdlenie? Kompletnie nie czuł się wtajemniczony; równie dobrze mogliby mówić po chińsku. Nawet jeśli po części był w stanie się zgodzić, nie zamierzał otwierać ust, jako że właśnie - poezja była czymś intymnym, co winno przeżywać się w samotności. Dobrze chociaż, że inni bawili się lepiej niż on.
- Muszę się z wami nie zgodzić - odezwała się odważnie, sprawiając wrażenie pewnej siebie. - Liczba tych rozwiązań jest skończona. Nie nazwijcie mnie nieczułą, po prostu wiem, że odpowiednia analiza może wykluczyć wszelakie nieścisłości. Często wystarczy lepiej zapoznać się z osobowością, twórczością i historią autora, aby wiedzieć, co miał na myśli. Nawet jeśli przybiera maskę zupełnie odmiennego podmiotu - przecież nie pisałby o doświadczeniach, o których nie miałby najmniejszego pojęcia? Nawet wyobraźnia ma swoje granice!
Przerwała przez wzbijający się wiatr, przez który musiała przytrzymać na głowie swój kapelusz ze wstążką. Gadała jak najęta, wyraźnie natchniona, gotowa po wszystkim przejść do pisania własnych dzieł. Lynn dawno nie widział jej w takim stanie. Gotów był wymyślić podobnie brzmiące brednie, aby wywołać u niej jednakowe podniecenie, tak przyjemne dla oka.
- Nie jest to do końca jasne, przyznaję - kiwnęła głową w kierunku Matta i Rosanne. W rzeczywistości, nosiła w sobie tyle wrażliwości, że nawet najskrzętniej ukryte znaczenie pozostawało dla niej przejrzyste niczym proza. Widziała odpowiedzi na pierwszy rzut oka. - Może zabiję teraz całą romantyczność, ale muszę to powiedzieć - gdy rozwiązanie jest tylko jedno i jest stuprocentowo pewne, znacznie łatwiej jest o nim mówić na głos. To jak dzielenie się opinią o dobrej książce, której po prostu nie sposób nie zrozumieć - skończyła swój wywód, gotowa do dalszego dialogu i bronienia swoich argumentów.
Rosanne nie zamierzała się kłócić, to zwyczajnie nie leżało w jej naturze, nawet jeśli nie zgadzała się z Samanthą. Przyjęła racje koleżanki i zastanowiła się nad nimi, szczęśliwa, że mogła uczestniczyć w tej rozmowie. Zamiast kontynuacji, postawiła na zmianę tematu:
- Gdyby któryś z przechodniów, przypadkowo dosłyszał naszą rozmowę, nigdy nie posądziłby nas o zażyłość z Inkwizycją, nieprawdaż? - zaśmiała się, a Samatha przytaknęła jej, również zanosząc się śmiechem. Również Lynn musiał przyznać dziewczynie rację, rad, że nie rozprawiają o najlepszej torturze wiedźm.
Nim zdążył cokolwiek dopowiedzieć, wiatr zerwał się ponownie, tym razem dokończając swoje dzieło i zrywając kapelusz z głowy Sam, na co ta krzyknęła wysoko. Na próżno wstała, usiłując go ratować, ten pofrunął gdzieś w kierunku wysokich traw. Lynn poczuł się w obowiązku, natychmiast podrywając się na równe nogi i zatrzymując swą wybrankę gestem dłoni.
- Poczekaj, ja się tym zajmę - poinformował ją, kładąc jej dłoń na przedramieniu i polecając usiąść. Nim jednak odszedł zerknął na swojego przyjaciela. - Chodź, Matt, pomożesz mi.
Zadanie szukania kapelusza faktycznie nie wyglądało na proste, bo ten wsiąknął na dobre w najdziksze krzaki, lecz Lynn nie prosiłby rudzielca o pomoc, gdyby chodziło tylko o to. Gdy znaleźli się już sami (o ile Matthew się zgodził), zdecydował się odezwać.
- Muszę z tobą porozmawiać... - Od razu uderzył w konkrety, nie zamierzając podchodzić chłopaka lub wprowadzając go na około, zaczynając od komentarzy minionych chwil. - Tylko... - zaczął niezbyt zręcznie, przez co Matt już mógł się spodziewać, że temat nie należy do najprostszych. - Zabiję cię, jeśli się zaśmiejesz, przysięgam - ostrzegł go, lecz nie sądził, by rudzielec zdążył przyswoić zasoby bezczelności Amona. Przynajmniej nie w tym stopniu.
Doszli do zarośli, gdzie Lynn wyciągnął szyję, wypatrując zguby. Nigdzie nie widział ani skrawka jasnego materiału. Westchnął i podciągając rękawy, wkroczył w cierniste rośliny. Czego się nie robi dla miłości?
- Szukaj na prawo - polecił mu, samemu odbijając lekko, ale nie odsuwając się zbytnio, by nie musieć do niego krzyczeć podczas rozmowy. Doprawdy, nie chciałby, aby dziewczęta ich słyszały.
- Słuchaj... - zaczął po raz kolejny, wierząc, że tym razem mu się uda. - Wczoraj, gdy umawialiśmy się na ten nieszczęsny piknik... Ekhem... Odprowadziłem Sam do powozu. Pożegnaliśmy się. A ona... Cholera, zamknęła oczy! Rozumiesz? Ona... chyba chciała, abym ją pocałował - mówił tak rozpaczliwie, wyrzucając z siebie tysiąc myśli, które kłębiły się w nim od wczoraj.
Zaprzestał poszukiwać, stając jak w miejscu. Był zupełnie czerwony na twarzy, a dodatkowo zaczął gestykulować.
- Zamknąłem drzwi od powozu wprost przed jej nosem - jęknął z zażenowaniem, najwyraźniej nie potrafiąc odpuścić sobie podobnego zachowania. - I zwiałem. Nie dałem rady... - bełkotał dalej, w końcu nie wytrzymując i ukrywając twarz w dłoniach. Gdy nieco ochłonął, kontynuował temat:
- Boże... znasz się na tym? Jak ja mam się do tego zabrać?! - zwodził dalej, pogrążając się i zapewne zwracając już na siebie uwagę czekających dziewcząt. - Czemu nie mogę być taki jak Amon? - dodał jeszcze, na złość przypominając sobie, że drugi z jego przyjaciół zaszedł z Samathą o wiele dalej, dodatkowo w krótszym czasie.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 283
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Pon Paź 16, 2017 12:42 pm

W milczeniu i z ciekawością się przysłuchiwał. Oczywiście nie zgadzał się z nię do końca, ale nie był to powód, by chamsko jej przerywać. Nie doczekał się jednak niestety.
Od razu widział, że Lynn nie potrzebuje jego pomocy, a chce tylko pogadać z nim na osobności. Przełknął ślinę. Miał tylko nadzieję, że nie dlatego jak bardzo niezręcznie się przy nich czuje. Nie oponował jednak, bycie uległym do bólu przecież leżało w jego naturze.
Zmarszczył czoło słysząc jego pierwsze słowa. Jednak nie przewidział tego o czym będą rozmawiać, aczkolwiek zaczął się trochę martwić, bo mimo głupkowatego zachowania Lynna brzmiało to poważnie. Niechętnie też spojrzał na krzaki. Nie bardzo mu się uśmiechało zostać kompletnie obdrapanym przez gałęzie, dla kapelusza, ale cóż… Czego się nie robi z miłości.
Wysłuchiwał przyjaciela nie pisnąłwszy nawet słowa, ani myśląc nawet o tym by się zaśmiać. Ba, nawet na niego nie spojrzał. Czego on się spodziewał, oczywiste było to, że nie uda mu się urzymać tej fasady, że wszystko jest w porządku, kiedy w środku on cierpiał. Nagle wszystkie starania by zaakceptować jego związek z Sam znaczyły prawie nic, mimo że bardzo się starał. Jedyne czego chciał teraz to już o tym nie myśleć, bo przez to czuł się tylko gorzej.
Sam nie wiedział jak miał na to zareagować. Z jednej strony żal mu było przyjaciela i nie chciał by on cierpiał, lecz z drugiej strony gdyby miał jeszcze bardziej pogrzebać swoje szanse na bliskość z nim, przez co on sam był nieszczęśliwy… Westchnął. - Lynn… - powiedział ściszonym głosem. - Chodźmy trochę dalej… - wzrokiem wskazał na dziewczyny siedzące niedaleko.
Niezależnie od tego co postanowili, po chwili po raz kolejny się do niego zwrócić. - Wiesz… Uhh… - zbierał swoje myśli. - Wiesz, Lynn… ja w sumie cieszę się, że nie jesteś taki jak on - uśmiechnął się smutno, czując jak jego policzki płoną. - Nie zniósłbym drugiego takiego dupka, który traktuje wszystkich jak przedmioty. W przeciwieństwie do niego obchodzą cię uczucia innych, nie chcesz ich skrzywdzić… - zadrżał, pogrążając siebie jeszcze bardziej. - I-i myślę że um… że Sam myśli tak samo… - Próbował się jakoś uratować. - A ona przecież za żadne skarby świata nie chciałaby z nim być, prawda?! A takie incydenty zdarzają się każdemu i nie ma się co wstydzić. Pewnie na twoim miejscu zrobiłbym tak samo, albo pogrążył się jeszcze bardziej… - zatrzymał się chwilę po swoim kiepskim pocieszeniu. Zakrył dłonią swoją twarz z zażenowania. - J-jeśli chcesz, mógłbym ci p-pomóc z tym pocałunkiem, może powiedzieć c-co zrobić, a może… - przerwał, bo inaczej by umarł.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 434
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Pon Paź 16, 2017 6:19 pm

Im dalej zaszli, tym mniej przejmował się losem kapelusza, wykonując jedynie oszczędne ruchy, aby nie wzbudzać podejrzeń dziewcząt. Usiłował się uspokoić, jednak równie zawstydzony Matt wcale mu w tym nie pomagał. Poszedł za nim, aż zabrnął w krzaki tak gęste, że ledwie mógł się przez nie przedrzeć.
- A ja... czasami żałuję, że nie potrafię zachować się jak on. Przecież lepiej na tym wychodzi, czyż nie? On zawsze dostaje to, czego pragnie; zawsze spada na cztery łapy... - prychnął ściszając głos, zły na siebie, że pozwala swojej zazdrości wyjść na wierzch.
Amon był równocześnie jego przyjacielem i rywalem. I niemal na każdym kroku Lynn doświadczał wrażenia, że jest od niego gorszy.
- Nie wiem, Matt - westchnął ciężko, stając w miejscu i wlepiając oczy w martwy punkt. - Miewam wrażenie... - przełknął ślinę, przerywając. Wiedział, że od rzucenia podobnych oskarżeń nie będzie już odwrotu. - Miewam wrażenie, że ona wciąż go kocha. Duma kazała jej odejść, ale... Dogadywali się lepiej. Ja... nieraz nie mogę odnaleźć z nią wspólnego języka - jak teraz, wiesz, co mam na myśli... - wyrzuci z siebie pobieżnie, co mu na duszy leżało, żałując, że nie potrafi lepiej dobierać słów, skoro zdecydował się na tak odważny krok. - Nie mówiła mi tego nigdy, ale z pewnością za nim tęskni...
Westchnął, czując się jeszcze gorzej, niż przed rozpoczęciem tej rozmowy. Ileż oddałby, aby móc pewnego dnia porozmawiać z nią wprost, bez żadnych konsekwencji!
Stojąc tak w bezruchu w końcu dostrzegł skrawek jasnego materiału wstążki. Wbrew założeniom nie znajdującego się w gęstwinie krzaków, a na skraju uginającej się korony drzewa. Zamrugał, odbierając to niemal jako znak od wszechświata.
- Spójrz! - wskazał ręką na miejsce oddalone od nich o kilka metrów. - Tam jest!
Pozostało tylko... wspiąć się na drzewo i ściągnąć swoją zdobycz? Doprawdy, gorzej niż z wyruszeniem na polowania! Brodził przez zieleninę, podnosząc wysoko nogi, gdy dopiero dotarły do niego kolejne słowa kolegi. Zdziwił się, co prędko uwidoczniło się w spojrzeniu Lynna.
- Co? Co?! Znasz się na tym? Nawet ty!? - jęknął rozpaczliwie, lecz prędko uświadomił sobie, że ten gwałtowny brak wiary w rudzielca mógł być niemiły. Prędko spokorniał. - Przepraszam... Nie spodziewałem się... - dodał spokojniej, zbliżając się już pod same drzewo.
Nie mógł dosięgnąć kapelusza nawet stając na palcach. Zerknął znacząco na Matta.
- Chodź, podsadzę cię - zarządził, ciesząc się, że chociaż to zadanie dobiegnie do końca. Może dzięki temu Samantha spojrzy na niego łaskawszym okiem? Uklęknął, pozwalając Mattowi dosiąść jego barków. Mimo, że chłopiec do ciężkich nie należał, oczywiście cudem będzie, jeśli razem nie runą gdzieś w odmęty kolczastych krzaków.
- Kiedy ty więc...? Nie musisz mówić z kim! Skoro jeszcze się nie chwaliłeś, pewnie weźmiesz tę tajemnicę ze sobą do grobu - uśmiechnął się blado, domyślając się, że Matthew co najwyżej wziął w obroty własną kuzynkę. - Jak było? Co wtedy czułeś? - pytał go, czując jak silnie bije mu serce. Jednak nie uczucia były dla niego w tej chwili najważniejsze, a praktyka, więc zapytał wkrótce:
- I... jak się do tego zabrałeś?

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 283
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Pon Paź 16, 2017 9:59 pm

Pokręcił głową. - Wcale tak nie jest jak ci się wydaje, Lynn… Z zewnątrz może wydawać się szczęśliwy, niby dostaje czego chce, ale czy jest to to czego naprawdę pragnie? Jakby to ująć… - drapał się po głowie. - Wiesz, właśnie wydaje mi się na odwrót. Nie ma tego czego naprawdę pragnie i przez to szuka sobie chwilowych pocieszeń, by jakoś odwrócić od tego uwagę. Udaje że jest taki niewzruszony i wszystkim się śmieje w twarz, kiedy tak naprawdę jest bardzo nieszczęśliwy i zły z tego powodu… - zmarkotniał. - Szczerze mówiąc to żal mi go trochę. Wiem, że potrafi być naprawdę nieznośny… ale to nadal nasz przyjaciel, prawda? Ale przecież też nic nie można z tym zrobić, tym bardziej jeśli sam nie potrafi się do tego przyznać… -nagle zrobiło mu się naprawdę smutno. Czuł się bezsilny w tej sytuacji, ale nie wiedział od czego powinien nawet zacząć.
Resztę rzeczy wolał przemilczeć. Coś jednak w tym było coś prawdziwego. Z wiadomych powodów patrzył dość krytycznie na ich związek to i tak czuł się w obowiązku pocieszyć przyjaciela. - Heej, ale jest z tobą, a nie z nim, prawda? Gdyby naprawdę było tak źle jak mówisz, pewnie by już jej przeszło i by do niego wróciła, a przecież tak nie jest - uśmiechnął się. - Z resztą, chyba nie musicie dzielić wszystkich pasji, nieprawdaż? Rozumiecie się i to się liczy…
On również spojrzał na kapelusz, po czym jego dziki wzrok utkwił na Lynnie. Nie miał jednak wyrzutów. - W porządku, Lynn. Dobrze wiem jaki jestem, hehe… - mruknął, niby żartobliwie, lecz było słychać odrobinę powagi w jego głosie. Wiedział jakim jest nieudacznikiem życiowym, ale usłyszenie tego od kogoś jest trzy razy bardziej bolesne. Nie użalał się jednak nad sobą długo i wgramolił się na plecy swojego przyjaciela.
Co prawda Lynn nie był zbyt stabilny, jeśli chodzi o wsparcie to i tak dał sobie jakoś radę nie spaść. Kapelusz siedział wysoko, lecz paroma zwinnymi ruchami udało mu się złapać tego nicponia. -MAM GO! - zawołał wesoło.
Nagle jednak dotarło do niego co powiedział Lynn. Spiął się wtedy jakby poraził go piorun i na chwilę stracił równowagę, przez co o mało obydwoje nie skończyli na ziemi, lecz na szczęście w ostatniej chwili złapał się jego włosów. - POSTAW MNIE, SZYBKO - wyjęczał roztrzęsiony.
Zszedłwszy już z niego wcale nie doszedł do siebie tak szybko. Serce prawie wyskakiwało mu w tym momencie z piersi. Nie miał się o to zapytać, nigdy! Zapewne wyglądał w tym momencie jak nieboszczyk, albo przestraszona, blisko wyzionięcia ducha sarenka na chudych, trzęsących się nóżkach. Musiał się jednak wziąć w garść i to szybko. - L-lynn, ja… - jęknął. - T-to krępujące. - Uśmiechnął się próbując zatuszować strach. Wiedział że jak mu nie powie to nabierze podejrzeń.
- Dobrze, ale obiecaj, że nikomu nie powiesz… - był śmiertelnie poważny, aż czuł jak pot spływa mu po czole. - To było, kiedy byłeś jeszcze w śpiączce po tym wypadku… - przełknął ślinę. - Ta osoba nie byłaby zadowolona, gdybyś się o tym dowiedział Lynn… Może kiedyś, ale teraz po prostu nie mogę powiedzieć, z resztą było to tylko jeden, jedyny raz… - uśmiechał się, czując że zaraz naprawdę umrze. To było jak spowiadanie się bezpośrednio przed samym Bogiem.
- J-jak to było? Zwyczajnie! W sensie… Po prostu trzeba się przełamać i pochylić, można nawet zamknąć oczy... - przypominało mu się to wszystko. Zaraz naprawdę wyląduje w domu wariatów. -A-ale jak już przejdzie się przez to, a usta się złączy… Wtedy… - nagle się zatrzymał. Jakby gdzieś odpłynął, a może raczej odleciał. - Wtedy to dopiero czujesz… Na jedną chwilę o wszystkim zapominasz i jesteś po prostu z kimś razem, nierozłączny. Nikt nie może was powstrzymać, nikt nie może was skrzywdzić. To taki pierwszy raz kiedy dosłownie dajesz cząstkę siebie tej osobie, a ona również ci ją oddaje, na zawsze już ją tam zostawiając. Jest po prostu… przyjemnie, bezpiecznie… - przetarł sobie oko zawczasu, by tym razem nie wyglądać tak żałośnie. -Wybacz, znów pieprzę głupoty. - uśmiechnął się promiennie, mimo że czuł się jak ostatni worek gówna. - Po prostu musisz poczekać na odpowiedni moment, delikatnie przekręcić głowę, by jej nie dźgnąć nosem, a później po prostu wczuj się w chwilę i poddaj się temu… Później będzie ci przychodzić to o wiele łatwiej.
- Chodźmy już, panie czekają na nas o wiele za długo - ruszył pierwszy, jakby chcąc już uciec z tego przeklętego miejsca, lecz na chwilę przystanął. - Tylko pamiętaj, że to wszystko między nami…

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 434
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Wto Paź 17, 2017 5:00 pm

- Nie zrozum mnie źle... - wydusił jedynie, nie chcąc, by Matthew odebrał to jako atak przeciwko ich koledze. Póki co zaniechał tematu, jednocześnie nie wiedząc, jak odeprzeć ten zarzut i starając się skupić na kapeluszu nad ich głowami.
Podniósł się więc na chwiejnych, drżących nogach, czując, jak niewiele brakuje, aby złamał się wpół. Zdołał go utrzymać, ściskając materiał jego spodni, jakby to miało dodać im stabilności. Ucieszył się, gdy misja przebiegła pomyślnie, jednak nie zdążył jeszcze szykować Matta do bezpiecznego lądowania, a tamten zaczął się szamotać, dodatkowo szarpiąc jego włosy! Jęknął, odchylając się do tyłu za pociągnięciem, a następnie klękając, by złagodzić ich upadek. Wylądował więc w krzakach, dysząc ze zmęczenia, czując wbijające się ciernie w jego nieszczęsne kolana.
- O cholera... - sapnął, opierając się dłońmi o pień drzewa, które skradło kapelusz Samanthy.
Oddychał jeszcze ciężko, gdy jego przyjaciel przeszedł już do nerwowych wyjaśnień swojej myśli. Nie do końca rozumiał jego przejęcie, jednak po tym co usłyszał, nie miał już wątpliwości, że rudzielec w rzeczywistości to przeżył. Kiwał więc z zaangażowaniem głową, usiłując wyłapać najistotniejsze dla siebie szczegóły. Oczywiście, wziął poprawkę na dość metaforyczne podejście Matta, nie przerywając mu jednak, skoro odważył się mówić.
Po jego wypowiedzi zapadła cisza. Lynn nie dopytywał o więcej porad, zamiast tego westchnął w przestrzeń:
- Teraz będę się głowił, kim była ta szczęściara...
Uśmiechnął się, już spokojniejszy, choć wciąż niegotowy do podjęcia próby przeżycia swojego pierwszego pocałunku. Kiwnął głową, dając mu znak, że mogą już wracać oraz zapewniając go o zachowaniu tajemnicy.
Krocząc boczną ścieżką (aby nie przedzierać się przez cierniste kłącza), powrócił myślami do wcześniejszej wypowiedzi o przyjacielu. Amon pozostawał nim, niezależnie od jego czynów. Nawet jeśli przyniósł Lynnowi więcej kłopotów niż chwilowych uciech, nie potrafiłby go opuścić. Kochał go, a Matthew mógł już poznać, ile dla Lynna znaczy ta braterska przyjaźń.
- Może masz rację, Matt... - zaczął cichym głosem, zwalniając kroku, aby zdążył mu wszystko powiedzieć przed powrotem na piknik. - Z Amonem - dodał dla wyjaśnienia, spostrzegając się, że wrócił do tematu bez żadnego uprzedzenia. Zdecydował się podzielić z rudzielcem pewną historią.
- Opowiadał ci jak się poznaliśmy? Cóż, na pewno nie, niepotrzebnie pytam - zastanowił się, w głowie wracając do wspomnień. - Wcześniej Amon... hmm, nie zawsze był taki jak teraz. Pamiętam go od pierwszego dnia, od samych początków akademii. Na uroczystość rozpoczęcia przyszedł ze złamaną ręką i podbitym okiem - mówił, a każdy szczegół tamtego dnia widniał mu przed oczyma. - Stał na uboczu, warcząc na każdego, kto śmiał się na niego spojrzeć. Nie było mowy o jakimkolwiek podjęciu dialogu, o zadawaniu pytań. Początek roku był tragiczny. Od pierwszych dni zbudował wokół siebie niemożliwą do przekroczenia fortecę. Zresztą, nikt z balsamistów za nim nie przepadał. Przychodził na zajęcia, a stare siniaki były zastępowane świeżymi. Nikt nie śmiał pytać o powód. Oczywiście, każdy podejrzewał co jest na rzeczy, lecz nie myśleliśmy o tym. Udawaliśmy, że nie widzimy jego ran, a mu najwyraźniej taki układ odpowiadał - wprowadził przyjaciela w początek opowieści, możliwie szczegółowo przybliżając realia początku ich znajomości.
- Uwierz mi - nie byłem zachwycony, gdy w końcu zmuszono nas do pracy parach na zajęciach z przedmiotów przyrodniczych. Był ostatnim, na kogo chciałem trafić... Może nawet się go bałem? Sprawiał wrażenie nieobliczalnego - wspominał jego napady złości, przez które zawsze miał problemy. - Był wtedy środek zimy. Pracowaliśmy po zajęciach w bibliotece, jednego dnia zostaliśmy do samego wieczora. Od zawsze miał umysł ostry jak brzytwa, nie odbiegał od konkretów...
Zmarszczył brwi, przywołując kolejne wspomnienie, które wtedy bardzo nim poruszyło.
- Wiesz... Pożegnaliśmy się przed szkołą. Gdy skończyliśmy, czekał już na mnie powóz. Wsiadając, obejrzałem się... On nie ruszył się z miejsca. Stał na mrozie po kolana w śniegu. Nikt na niego nie czekał. Obserwowałem go dłuższą chwilę. Zrozumiałem wtedy, że on... wcale nie chciał wracać do domu - wyjaśnił smutnym tonem, czując jednakowy wstyd, że pojął to tak późno. - Przy kolejnych spotkaniach zapraszałem go do siebie. - W wielkim skrócie ujął dość żmudny proces namawiania Amona, aby w ogóle zechciał zawitać w posiadłości Cavendishów. - Moja mama go pokochała. Z początku gryzł się niemiłosiernie z Alcesterem, aż ten ustawił Amona w końcu do pionu, ha. - Aż przeszedł go dreszcz na samą myśl. Co jak co, ale stary lokaj doskonale wiedział jak obchodzić się z... trudną młodzieżą. - Nie do końca polubili się z Alcesterem... ale cóż, byli zdolni do rozmowy, a uwierz mi - był to niemożliwy postęp.
Zahaczył o ciepłe wspomnienia tej opowieści, do których wracał z przyjemnością. Niestety, ciąg dalszy nie brzmiał już tak kolorowo.
- Aż pewnego dnia dowiedziałem się, że Amon wylądował w szpitalu. Został pobity niemal na śmierć. Widziałem go. Nie sposób było poznać, że to on... Alcester był wtedy ze mną. Urządził na miejscu najprawdziwsze piekło. Groził wychowawcom, całej placówce. Wyklinał nauczycieli, za to że dopuścili do takiej sytuacji. Każdy wiedział o ojcu Amona. Wiedział, co robi z własnym synem... - wypowiedział z trudem, samemu wstydząc się, że nie potrafił zareagować wcześniej. - Sam dyrektor się ugiął. Postawiono ojcu Amona ultimatum. Nie poniósł żadnych konsekwencji, ale zmuszono go do opłacania pobytu w internacie, mimo że pochodzili z Wishtown...
Zbliżali się coraz bardziej do dziewcząt. Przystanął więc w miejscu, aby móc w spokoju dopowiedzieć kilka zdań kończących opowieść o początku ich znajomości.
- Był zdany na siebie. A my... nigdy nie wracaliśmy do tematu. Zmiany, jakie zaszły w nim przez kolejny rok... Wszyscy obserwowali to z podziwem. Jest... silnym człowiekiem. I za nic na świecie nie chce stanąć po raz kolejny w roli ofiary - dokończył, zerkając na przyjaciela. - Może właśnie tego mu zazdroszczę? - zapytał się, lecz nie liczył na odpowiedź.
Amon nie potrafił prosić, okazując słabość. On po prostu brał, czego pragnął, ani myśląc korzyć się przed kimś, a co najgorsze - pokazywać swoją wrażliwą stronę. Niestety, właśnie wrażliwość uważał za największą słabość. Uczucie tuszował cielesnością, kłamstwem każdy z tematów, których się obawiał, agresją odpowiadał na próby poskramiania go.
Potrząsnął głową, zbierając się w sobie. Ta podła historia miała dodać mu odwagi. Chciał wziąć przykład z siły przyjaciela. Zerknął na kapelusz, trzymany dotychczas w rękach rudzielca.
- Mogę? - zapytał, wyciągając ku niemu ręce. Chciał być tym, który odda go Samanthcie. Stworzyć sobie okazję, aby nie obawiać się czegoś tak zupełnie błahego jak pocałunek.
Jeśli odebrał kapelusz, przestąpił ostatnie kroku ku dziewczętom na piknikowym kocu, stając przed swoją wybranką, witając ją po krótkiej przerwie z lekkim uśmiechem na ustach. Wiatr rozwiał mu włosy, jednak tym razem trzymał kapelusz, niczym najcenniejszy skarb.
- Podołaliśmy - oznajmił tylko, dumny z siebie.
Blondynka podniosła wzrok, rozchylając ze zdziwienia usta. Odebrała kapelusz w istnym oczarowaniu, chwilowo nie będąc w stanie wykrztusić z siebie słowa. Rosanne ratowała sytuację:
- Widzę, że była to ciężka przeprawa... - skomentowała dość łagodnie, wzrokiem obdarzając wygniecioną marynarkę Lynna, jego broczące krwią kolana, potargane włosy. - Z tego wszystkiego proponowałabym wam jeść na stojąco... Przynajmniej do czasu, aż nie pozbędziecie się tych cierni... - wskazała palcem na okolice łydek rudzielca.
Tak, to nie był najgorszy pomysł, aby pozostać w pozycji stojącej. Lynn właśnie wtedy obdarzył Samanthę zaskoczonym spojrzeniem; jakby zobaczył ją dziś po raz pierwszy.
- Sam, chciałaś nakarmić kaczki. Mamy ku temu idealną okazję - powiedział zdecydowanym głosem, wyciągając ku niej rękę.
Miał zamiar upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. I tak od początku ich planem było przecież zostawienie rudzielca z Ros. W milczeniu wzięli w ręce małe opakowanie wyłożone koronkową serwetką, w którym spoczywały misternie przyszykowane kanapki.
Na odchodne mrugnął jeszcze do Matta, a w tym samym momencie Rosanne wskazała palcem na cierń w udzie rudzielca, pytając się:
- M-mogę?

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 283
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Wto Paź 17, 2017 9:04 pm

Brodził tak nogami, a z każdym słowem Lynna robiło mu się coraz ciężej. Słuchał jednak z zapartym tchem i właśnie teraz dopiero sobie uświadomił jak mało wie o swoim przyjacielu, z którym żyje już ładnych parę lat, aż zrobiło mu się wstyd.
Skąd miał w sumie wiedzieć? Amon zawsze był taki oszczędny w mówieniu o swoim życiu osobistym. Zawsze był taki niedostępny, jak to ujął Lynn - “otoczony murem”, a teraz przynajmniej po części wiedział jaka jest tego przyczyna. Czuł się teraz tak okropnie… On użalał się nad sobą przez takie błahostki, kiedy jego przyjaciel cierpiał takie katusze w domu i poradził sobie z tym wszystkim sam, niepotrzebując niczyjej pomocy. Na samą myśl co mogło się u niego dziać mroziła się krew w jego żyłach. Chyba po raz pierwszy cieszył się, że jego ojciec był taki jaki był.
Mimo to wszystko, zarówno wyrzuty do samego siebie, jak i żal do kolegi, nie mógł się powstrzymać od poczucia pewnej rosnącej więzi między nim, a Amonem. Nagle stał się trochę mniej odległy. Zaczął dostrzegać podobieństwa pomiędzy nim, a sobą. Obydwoje byli nieszczęśliwi w domu, obydwoje czuli się skrzywdzeni i obydwoje starali się funkcjonować za tą fasadą pozornego szczęścia, by nikt nie rozdrapywał ich ran… Dziwne. Nagle wydawało mu się, że Amon był jedyną osobą, która by potrafiła go w pełni zrozumieć, czego nawet nie oczekiwał od Lynna.Wszystko to sprawiało, że teraz czuł się w obowiązku mu pomóc jeszcze bardziej. Nie ważne jak blondyn będzie temu oporny.
Grzecznie podał przyjacielowi kapelusz. Przez całą drogę jednak nie pisnął ani słowa, gdyż opowieść Lynna wywarła na nim takie wielkie wrażenie, że przeszła mu cała ochota na wszystko, co wyraźnie malowało się na jego twarzy. Po prostu stał tak przy tym kocu, ewidentnie nieobecny, ze wzrokiem wbitym w bliżej nieokreślone miejsce. W jego głowie jeszcze był mętlik. Było mu teraz źle, bardzo źle.
Jedyne co zrobił to podążył wzrokiem za oddalającą się parką, przez co na jego twarzy malował się jeszcze większy smutek. Sprawa z Amonem tak zawładnęła jego umysłem, że na chwilę przyćmiła to jak nieprzyjemne było patrzenie na Lynna i Sam, tym bardziej kiedy wiedział że są sam, na sam. Domyślał się, że przyjaciel skorzysta z jego rad dotyczących pocałunków…
Nagle z jego transu wybudził go głos Rosanne.
- Słucham? - zdziwił się. - Ach, to! Nie, nie, nie… nie musisz się kłopotać - Uśmiechnął się resztkami energii. Schylił się wtedy i sam sięgnął po cierń, wyjmując go z zaciśniętymi zębami. Spłynęła z tego miejsca mała stróżka krwi i jakby dopiero teraz dotarło do niego, że go to naprawdę boli.
- Chociaż w sumie… Mała pomoc by się przydała - po raz kolejny się do niej zwrócił, tym razem troszeczkę bardziej zawstydzony.
- Pozbyli się nas… - westchnął jeszcze. - To nic… Sami też potrafimy się dobrze bawić, nieprawdaż? - próbował trochę jeszcze podratować tę sytuację. Zmierzył ją wzrokiem jeszcze raz. - Zauważyłem już wcześniej, że masz śliczną sukienkę, Rosanne. Pasuje do twoich oczu… Masz ją od lokalnego krawca, czy jest sprowadzana zza miasta, bo nie poznaję kroju..?

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 434
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro Paź 18, 2017 2:13 pm

Rosanne najwyraźniej była wtajemniczona w plany Samanthy i Lynna. Nie okazała więc zdziwienia, uśmiechając się jedynie tajemniczo oraz kiwając głową, aby zgodzić się z rudzielcem. Nim przeszła do czynu, wyjęła z torebki materiałową chustkę, wyszywaną na brzegach. Starała się przeprowadzić tę operację możliwie delikatnie, lekko napinając skórę chłopca i wysuwając kolce z ciała chłopca pod identycznym kątem, pod jakim się w nim znalazły. Natychmiastowo ścierała perlące się krople krwi w iście profesjonalny sposób. Nie brzydziła się - szkoliła się w końcu na balsamistkę i takie drobiazgi nie robiły już na niej najmniejszego wrażenia.
- O ile możemy nazwać to zabawą, Matt. - Uśmiechnięta zerknęła na niego z dołu, zbliżając się jeszcze bardziej do jednej z jego nóg.
Już wkrótce, po ostatnich oględzinach, stwierdziła, że Matthew będzie żył, dlatego pozwoliła mu usiąść,praktycznie od razu podsuwając mu pod nos skarby z kosza piknikowego. Biedaczek, nie miał jeszcze szansy nic włożyć do ust. Ona również poczęstowała się sławnymi pasztecikami kucharki państwa Borcke, zaraz ochoczo podejmując tematy ubrań:
- Och, znasz się na modzie, Matthew? W sumie, nie powinnam się dziwić - zastanowiła się na głos, obdarzając go znaczącym spojrzeniem. - To projekt początkującego krawca z Wishtown, a jeśli chodzi o ścisłość - drobny eksperyment. Ma nieco obniżony stan, widzisz? - posunęła palcem wzdłuż swojej talii. - Jest powleczona włoskim tiulem. Dotknij, jeśli chcesz - uniosła fragment materiału.
Prędko spostrzegła, że niepotrzebnie się rozgadała, a chłopiec zapewne pytał z grzeczności, skoro zostali sami, a nie mieli innych tematów do rozmów. Zawstydziła się, kończąc temat.
- Miło mi, że zauważyłeś...
Przez resztę podarowanego czasu zdecydowała się poprowadzić rozmowę, choć nie zawsze wychodziło jej to w sposób naturalny. Dopytywała o rodzinę chłopca,  o jego przygody w Akademii... Do czasu aż nie powrócili do nich Lynn z Samathą.
Chłopiec uśmiechał się, obejmując swoją wybrankę za ramię, jednak nie rzucił Mattowi głupiego uśmieszku, nie poznał po sobie niczego poznać, o ile tylko do czegoś doszło, a on zastosował się do rad rudzielca.
Spędzili razem całkiem przyjemne, spokojne popołudnie, zgodnie z planami korzystając z uroków wiosny. Sam ekscytowała się nadchodzącym balem, dzieląc się ze znajomymi każdym z zaplanowanych szczegółów, łącznie z kolorem pantofli, jakie założy. Lynnowi również udzieliło się zaangażowanie; chciał przecież, aby ten wieczór był dla nich idealny.
Wkrótce nastała pora rozstania. Wraz z Sam pożegnali się z Mattem i Ros, odchodząc w przeciwną stronę, dając im jeszcze trochę czasu tylko dla siebie.
/zt x2

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   

Powrót do góry Go down
 
Skrzydło Szpitalne
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Skrzydło Szpitalne
» Skrzydło szpitalne
» Świnka skarbonka Białego skrzydła
» Madara Tenebris
» Restauracja „Pod skrzydłami”

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Off-Topic :: Strefa pozafabularna :: Retrospekcje-
Skocz do: