IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Badb Catha

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Badb Catha
Kolekcjonerka
avatar

Liczba postów : 42
Join date : 09/04/2017

PisanieTemat: Badb Catha   Pon Kwi 24, 2017 2:13 am

Shannon Creswell | Badb Catha | 26 | Czarownica | Wędrowcy | Kolekcjonerka | Zielarka
Skrócona wersja KP:
 

Nigdy nie była normalnym dzieckiem i wobec tego, nigdy nie była traktowana normalnie. Dorastała w Cyrku, od najmłodszych lat, wraz z matką, szyjąc pstrokate stroje na pokazy. I również tam, wbrew powszechnie znanej wyrozumiałości oraz otwartości, poznała czym jest prześladowanie. Cóż się dziwić, skoro sama obecność młodej Shannon sprawiała, że szykowane od tygodni przedstawienia, kończyły się kompletną porażką. Z początku uważano ją za nosicielkę. Z czasem dopiero pojęto, że dziewczyna jest posiadaczką najmniej przydatnej mocy, o jakiej kiedykolwiek chodziły słuchy.  
____________________________________________________________________________
Kilkuletnia może dziewczynka siedziała na drewnianym płocie, wiosenne południe poświęcając na wlepianie spojrzenia w bawiących się rówieśników. Obserwowała ich z oddali, nie śmiejąc im przerwać. Właśnie wtedy też, z wolna poznawała różnicę między zazdrością a zawiścią.
Już nie tylko chciała poganiać z nimi za szmacianą piłką. Teraz oczekiwała od losu, że obiekt ich zabaw wyląduje na szczycie konaru drzewa, a oni wrócą w podłych nastrojach do swoich namiotów.
Nic jednak nie mogło powstrzymać drobnego ukłucia nadziei, gdy piłka kopnięta zbyt mocno poszybowała wprost w jej stronę. Zeskoczyła z płotu, jakby zapominając o całej niechęci, którą żywiła jeszcze przed minioną chwilą. O bosych stopach pobiegła w kierunku zdobyczy, chcąc przez moment poczuć to, co oni uważali za normalność. Nim zdążyła objąć swój cel rękoma, ostry głos jednej z dziewczyn pozbawił ją reszty dziecięcych marzeń:
- Nie zbliżaj się. Zostaw…! – zagrodziła młodej Shannon drogę, prędko porywając piłkę. Od razu po tym cofnęła się o krok, unikając z nią jakiegokolwiek kontaktu; jakby bojąc się zarazić tajemniczą chorobą. – Nie będziesz się z nami bawić. Zawsze wszystko psujesz – syknęła na nią, lecz w jej oczach krył się strach.
Shannon prychnęła dumnie, na tyle, na ile pozwalał jej palący zawód, jakiego doświadczyła. Że też jeszcze się nie nauczyła! Zawsze się nabierała, zawsze! Do końca pozostawała w niej nadzieja na pokazanie się w innym świetle. Udowodnienie, że wcale nie jest potworem, za którego ją uważają.
Machnęła dłonią w kierunku dziewczynki z piłką, szepcząc pod nosem złowieszcze przekleństwo, na co tamta uciekła z krzykiem. Drwiący śmiech Shannon niósł się jeszcze przez pewien czas po polanie.
***
Rodzicielka załamywała nad nią ręce. Mimo wszystko, radziły sobie. Z delikatnym uprzedzeniem, strachem, a nawet i wrogością. Nauczyła się funkcjonować w Cyrku, choć wiecznie jako czarna owca - podczas przedstawień, zabroniono jej przekraczać ogrodzenie, a nawet w nocy, przyczepa Shannon i jej matki musiała być pod przymusem oddalona od centrum zgromadzenia. Dla bezpieczeństwa wszystkich, ładne kilkanaście jardów dalej.
Wbrew naukom matki, nie odczuwała wdzięczności dla ludzi, którzy dali jej schronienie, wiarę, naukę i wychowanie. Których też winna była traktować jako rodzinę. Nie potrafiła. Wykluczono ją z cyrkowego społeczeństwa, mierzono krzywym spojrzeniem, jeśli tylko nie omijano szerokim łukiem. Była swojego rodzaju legendą, osobną historią i przekleństwem. Mówiono, że przynosiła pecha. Jak czarny kot – gdy przekraczała drogę, cyrkowcy zwykli zawracać ze ścieżki, obierając inną, chociażby tę na około. Martwiła się, złościła, przeklinała ich niechęć, aż w końcu… przywykła.
Nie odnalazła ukojenia w samotności, nigdy nie pogodziła się z niesprawiedliwością, jaką ją obdarzano. Co nie oznacza, że nie rozumiała ich nastawienia. Była przecież powodem ich porażek; śmiercią dla wszystkiego, czym zwykli się szczycić.
Z czasem dopiero odnalazła swój sposób na życie. Codzienne obowiązki, szycie kostiumów na przedstawienia i… powieści. Niewiele więcej. Nie mając wielkiego księgozbioru czytywała dzieła dziesięciokrotnie, aż w końcu uczyła się je cytować z pamięci. Kradła. Wędrowała. Zbierała kwiaty. Czerpała wiedzę z każdego miejsca, słuchała, gdy tylko ktoś zechciał do niej przemówić. Nierzadko witała w mieście, gdzie jej fenomen nie był jeszcze znany. Mimo to, właśnie Cyrk był jej domem i do samego końca go nie opuściła. A przynajmniej nie w sposób dobrowolny.

____________________________________________________________________________
Kazano jej uciekać. Nie dla bezpieczeństwa Shannon, ale bezpieczeństwa pozostałych. Miała znaleźć się jak najdalej od źródła zamieszania; nie wchodzić nikomu w drogę. Nie dosłyszała nawet słów pożegnania od matki. Obejrzała się tylko raz na płonące namioty, odcinające się blaskiem od czarnej nocy. Miała uciekać. Jak najdalej.
Zboczyła w las, mając nadzieję znaleźć w nim schronienie. Nie bała się Koszmarów; te nigdy nie lubiły jej towarzystwa. Biegła ile sił w nogach,  nie zatrzymując się chociażby na złapanie głębszego wdechu. Do czasu, aż nie poczuła ogłuszającego ciosu w okolicach tyłu głowy, powalającego ja w runo leśne i sprawiającego, że świat przed oczyma poczerniał, a ona straciła świadomość.
***
Słyszała wcześniej o Inkwizycji. We wszystkich dziecięcych opowieściach, jakimi straszono ją przed snem, inkwizytorzy przedstawieni byli jako okrutne bestie, żywiące się cierpieniem i nieszczęściem wiedźm. Na własnej skórze miała okazję przekonać się, ileż prawdy zawierały w sobie bajki na dobranoc.
Była tylko dzieckiem. Tortury również w innych przypadkach nie trwały dłużej niż kilka dni. Młoda Shannon… Zdradziła się już na pierwszym przesłuchaniu. Mówiła prawdę, usiłowała współpracować. Nadaremno. Do dziś nosi blizny na ciele z tamtego dnia. Największe ślady zapisały się jednak wewnątrz jej głowy i pamięci.

____________________________________________________________________________
- Francis Todd! Rosalie „Ślicznotka”… Claudia… Claudia Reys… Auuu! – wrzeszczała wniebogłosy, wspominając wszystkie pseudonimy cyrkowców, jakie tylko zdołała spamiętać. Powtarzała je jak modlitwę, gdy trzeba było. Byleby nie czuć tego dłużej. Odpowiadała na każde pytanie. Przytaknęłaby zresztą na wszystko, co tylko jej zarzucano. Owszem, zgrzeszyła. Oczywiście, że była przeklęta. Tak, zasłużyła na śmierć w płomieniach.
Jej szloch odbijał się echem po chłodnych kamieniach lochów, ginąc gdzieś w niebycie.
***
Wtrącono ją do lochów. Chcieli sprawdzić, ile w jej słowach kryło się prawdy. Już wkrótce w Inkwizycji mieli przekonać się, że nie kłamała. W ich ręce trafił więc cenny skarb.
____________________________________________________________________________
- To ona. Kaci o niej rozmawiali. To przez nią nie możemy używać własnych mocy – dosłyszała dialog, dochodzący zza krat. Skuliła się bardziej, drżąc na całym ciele. Zacisnęła palce na uszach, starając się nie dopuszczać do siebie ich ożywających z każdą chwilą słów.
- Gdyby miała resztki godności, przegryzłaby sobie żyły w nadgarstkach. Wtedy obróciłabym to miejsce w proch.
Paznokcie wpiła w skórę głowy, szarpiąc pasma świeżo ściętych, czarnych włosów. Strażnicy wkrótce zareagowali, ucinając rozmowy skazanych. Lecz jeszcze tego samego wieczora, zasypiała w akompaniamencie niosących się echem szeptów:
- Zabij się… Zabij…
***
Była więc wiedźmą, na widok której we wszystkich jej siostrach budziła się rządza mordu. Zaś wśród inkwizytorów powodowała przyspieszone bicie serca. Nie oznaczało to, że stała się honorową członkinią organizacji. Traktowano ją jak każdego skazańca. Poniżano, używano jako narzędzia. Ale jedno trzeba przyznać – dbano o jej życie i zdrowie, nigdy nie uszkadzając Shannon na dłużej. Każdy, kto słyszał o jej przypadku, doskonale wiedział, do jakiego celu może być wykorzystana. Mówiono, że przechyli szalę na ich stronę podczas świętej wojny.
Nie wszystko jednak było tak kolorowe. Zabijała magię po każdej ze stron. Przechwycone Koszmary chorowały po dłuższej obecności z dziewczyną. Psy Gończe traciły swoje nadnaturalne zdolności. Wynalazki balsamistów połączone z przeklętym genem… Cały ich trud szedł na marne, gdy Shannon znajdowała się w pobliżu. Dopełniono więc wszelakich starań, aby jej moc nabrała większej selektywności, chcąc uderzyć wyłącznie w tę drugą stronę barykady.

____________________________________________________________________________
Zaprowadzono ją do jednego z najlepszych z balsamistów. Przestronnego, wypełnionego blaskiem słonecznego dnia, miejsca, w którym miała przeżywać kolejne katusze, tym razem w postaci eksperymentów. Ledwie przekroczyła próg pomieszczenia, a powitał ją przeraźliwy skrzek:
- Spłoniesz w piekle, wiedźmo! Spłoniesz w piekle, kra! – dobiegł ją łopot skrzydeł, aż cofnęła się o krok, lecz plecami napotkała zamknięte drzwi. Uniosła ramiona i zaciskając powieki, szykowała się już na najgorsze. Zamiast kolejnej porcji bólu, na który była już nastawiona, dosłyszała inny głos, w towarzystwie dźwięku odsuwanego krzesła.
- Stul dziób, durne ptaszysko! Co za niewychowane stworzenie!
Otworzyła oczy. Pojawił się przed nią mężczyzna, dzierżący w dłoni laskę, przeganiając nią kruka, zaraz wzbijającego się w powietrze. Zwierzę usiadło na szczycie otwartej klatki, obdarzając ich czujnym spojrzeniem. Dopiero wtedy rozejrzała się ukradkiem po wnętrzu pomieszczenia.
Znajdowała się w laboratorium… a może w gabinecie? Wokół niej znajdowało się tyle różnych przedmiotów, aż nie wiedziała, na czym zatrzymać spojrzenie. Na biurku leżały stosy piętrzących się książek, najwyraźniej niemieszczących się już w pokaźnych regałach. Zewsząd dochodziły ją niepokojące odgłosy; udało jej się rozpoznać źródła jedynie dwóch: na stole przy ścianie znajdowało się akwarium z białymi myszkami, a w ciemnym kącie pomieszczenia odnalazła trzymanego w zamknięciu… najprawdziwszego węża! Kominek, pomimo ciepła na zewnątrz, żarzył się przyjemnie. Dziwne narzędzia, których nazwy nie znała były porozrzucane wszędzie, łącznie z sofą. Nawet podłoga pozostawała częściowo zajęta: walały się po niej kolorowe kryształy i minerały, albumy oraz zielniki wraz z zasuszonymi bukietami i pokruszonymi ziołami, częściowo zapakowanymi w jedwabne woreczki. Co przeraziło ją najbardziej; na półkach dostrzegła zanurzone w formalinie części ciała, niekiedy nienaturalnie wykręcone przez różne przypadłości lub choroby. Eksponatom towarzyszyły różne elementy ludzkiego (i nie tylko) szkieletu, a także wypchane zwierzęta i ich poroża.
Nie mogła się już cofać. Jednak przerażenie było na tyle widoczne na twarzy dziewczyny, że nawet balsamista po uporaniu się ze zwierzęciem, otwierając jedno z okien na oścież, zdecydował się ją uspokoić.
- Nie bój się, Shannon – wypowiedział, na co zacisnęła usta w poziomą kreskę, drżąc zauważalnie. Znał więc jej imię. Jak zbyt wiele osób tutaj… - Siadaj, zaczniemy wcześniej – mruknął, opuszczając w końcu laskę, na co dziewczyna odetchnęła z ulgą. Machnął wolną ręką w stronę zasłanej przedmiotami sofy, zaraz robiąc porządki w gabinecie, a dokładniej odsuwając wszystko, co stało mu na drodze za pomocą stopy.
Spełniła jego polecenie, siadając na wolnym skraju wysłanego aksamitem mebla. Dyszała ciężko, nieświadoma jeszcze, co ją czeka. Naprężyła mięśnie, przyglądając się uważnie poczynaniom mężczyzny.
Wyglądał na blisko czterdzieści lat. Zdradzały go przede wszystkim posiwiałe na skroniach włosy i łagodne zmarszczki przy oczach oraz na czole. Twarz miał gładko ogoloną. Sprawiał wrażenie niedożywionego, lecz ubiór świadczył o majętności mężczyzny.
Oczywiście, nie przeszło jej nawet przez myśl, aby odezwać się jako pierwsza. Za dobrze wiedziała już, co było reakcją na jakikolwiek przejaw bezczelności.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że przejąłem twoją sprawę. Och, gdzie moje maniery! Nazywam się Bradley Wilkins. Spędzimy w swoim towarzystwie trochę czasu – mówił dalej, odwracając się do niej tyłem i wyciągając zgrabne, skórzane opakowanie z jednej z szuflad. – Ile masz lat, Shannon? – zapytał, choć doskonale znał odpowiedź.
Milczała. Nie potrafiła wykrztusić z siebie słowa, jednocześnie walcząc ze sobą, by to uczynić. Brak odzewu też mógł nieść za sobą karę. Otworzyła usta, poruszając nimi bezgłośnie. Ileż miła lat? Zdążyła stracić rachubę. Minęły przynajmniej dwie wiosny, aż w końcu wyciągnięto ją z lochów decydując, że pora wykorzystać w innym celu.
- Piętnaście. Masz piętnaście lat – podpowiedział jej, obdarzając dziewczynę czujnym spojrzeniem. Wsunął na nos okulary, dotychczas wiszące na złotym łańcuszku wokół jego szyi. – Podwiń rękaw. Nie będzie bolało – oznajmił, w dłoni dzierżąc metalową strzykawkę.
***
Od ciągłego wkuwania igły pozostał jej trwały ślad. Często mdlała na sesjach w laboratorium, a mdłości po przyjmowanych lekarstwach utrzymywały się przez resztę dnia. Mimo wszystko, bóg jeden wiedział, jak lubiła tam przychodzić. Tylko w odwiedzinach u balsamisty, Bradleya Wilkinsa, nie czuła się jak zwierzę. Obniżyła swoje wymagania i standardy. Z czasem poznała, że chwila spokoju, miękkie łóżko i posiłek jest najlepszym, co może ją spotkać.
Testowali powodzenie jego „terapii” na magicznej pozytywce, skonstruowanej specjalnie dla młodej Shannon. Napędzanej magią, grającej, gdy trzymana była w rękach wiedźmy lub gdy w pobliżu ktoś używał czarów. I tylko przy niej pozytywka milczała jak zaklęta.

____________________________________________________________________________
- Podwiń rękaw i wyciągnij rękę – po raz setny słyszała już te same słowa, potulnie spełniając życzenie mężczyzny. Wiedziała, co ją czeka. Ukłucie było odpowiednią ceną przebywania w jego gabinecie.
- Jakieś zmiany? – pytał ją, jak przy każdej sesji, z niezmienioną nawet przez upływ czasu zapalczywością i ciekawością.
- Brak zmian, proszę pana – odpowiadała, krótko, zwięźle oraz… nie do końca szczerze. Nauczyła się już, że choć fizycznie jest zdana wyłącznie na łaskę inkwizytorów, ci nigdy nie będą mieli dostępu do wnętrza jej głowy. Powoli uczyła się, na co może sobie pozwolić; gdzie naciągnąć prawdę, a gdzie zupełnie ją zataić. Było to urozmaiceniem w jej jednakowej, szarej codzienności.
Nie wspomniała o męczących ją co noc marach sennych, po których budziła się z krzykiem, zlana potem. Nie czuła się związana z świętą organizacją na tyle, by im dobrowolnie pomagać.
Dosłyszała jego ciężkie westchnienie. Znowu. Nadzieja go nie opuszczała, jednak w oczach Bradleya dostrzec mogła początki rozgoryczenia. Nie mógł przecież zaprzepaścić takiej szansy, prawda?
- To koniec na dziś – machnął dłonią, marszcząc czoło. Wtedy też postanowiła wymyślić ciekawe objawy na ich kolejne spotkanie. Już miał siadać do spisywania codziennego raportu o przypadku Shannon, gdy dostrzegł, że tamta nie ruszyła się z miejsca, spoglądając na niego wyczekująco.
- To koniec na dziś – powtórzył, zatrzymując się w miejscu.
- Mógłby pan wykonać mi jeszcze jeden zastrzyk? Albo chociaż pobrać krew? – poprosiła go zupełnie poważnie.
Zbaraniał. Przez krótką chwilę był w stanie wyłącznie przyglądać się dziewczynie zza uniesionych wysoko brwi. A później zrozumiał. Huknął dźwięcznym śmiechem.
- Nie chcesz wracać, co? Niestety, większa ilość ci zaszkodzi. A twojej krwi mam już pod dostatkiem. – Zakrył usta dłonią, ukrywając uśmieszek. Odwrócił się do niej tyłem, jak zwykł to czynić przy zakończonym spotkaniu. Nie żegnał się z nią jednak. - Możesz zostać. Powinienem cię mieć na oku, czyż nie? Sięgnij do książek – polecił, gdy do jego głowy wpadła kolejna myśl. - Pewnie nie umiesz czytać, ach… Mam jakieś książki z obrazkami… Rycinami fauny i flory, ale lepsze to niż nic. Korzystaj do woli, Shannon – wzruszył ramionami, zasiadając przy biurku i sięgając do kałamarza. Rzucił jej ostatnie, zaciekawione spojrzenie, po czym przeszedł do pracy.
Nie wyprowadzała go z błędu. W całkowitej ciszy, aby nie przeszkadzać pracującemu mężczyźnie, sięgnęła do pierwszej z brzegi książki, nawet nie musząc wstawać. Trzymała ją w drżących dłoniach, celebrując ofiarowaną chwilę. Musnęła opuszkami palców okładkę, wkrótce z pełnym szacunkiem spoglądając na jej zawartość. Zaciągnęła się zapachem miękkiego papieru, uświadamiając sobie, że minęły lata, od kiedy doświadczyła podobnego luksusu.
***
Dorastała pod czujnym okiem Bradleya. Używano jej również na przesłuchaniach kłopotliwych wiedźm, a z czasem pozwalając Shannon wyjść na powierzchnię świata zewnętrznego, gdy potrzebowano jej pomocy w polowaniach. Zapomniała już, czym jest wolność. Ale przywykła do tego stanu rzeczy, odnajdując się w nim i z wolna ucząc się czerpać z niego korzyści.
____________________________________________________________________________
Osunęła się z sofy na dywan, łapczywie łapiąc powietrze, niczym ryba wyrzucona na brzeg jeziora. Z trudem powstrzymywała uśmiech, widząc żywe podniecenie w oczach balsamisty.
- Co czujesz? Co się dzieje? – pytał, ściskając ją silnie za ramiona, za nic nie chcąc jej pozwolić na zerwanie kontaktu ze światem rzeczywistym. Nie odpowiadała od razu, wytrzeszczając oczy i napawając się jego niepewnością. Pozwalała sobie na coraz bardziej jawne kpiny z jego „bezinwazyjnych” metod modyfikacji jej niefortunnej mocy.
Odetchnęła głęboko, dłoń kładąc sobie na klatce piersiowej w dramatycznym geście.
- Słyszałam coś… w mojej głowie, proszę pana… - jęknęła, sprawnie udając wyczerpanie. Zaraz przygryzła wargi, by nie poznał jej rozbawienia. Sprawiał wrażenie przejętego. Czyżby trafiła w końcu w jego oczekiwania?
- Głos…? Co słyszałaś? – pytał desperacko, potrząsając nią lekko, by podała mu więcej szczegółów.
Teatralnie przymknęła oczy, zataczając głową, jakby miała zemdleć.
- To boli… Proszę pana. Bardzo boli. Mógłby pan zmienić miejsce nakłucia? – zapytała, bezczelnie ignorując jego poprzednie pytania, doskonale udając zamroczoną i przejętą ogarniającym ją cierpieniem. Wyciągnęła ku niemu rękę, na której widniała niezaleczona rana, a wokół niej siny krwiak. Korzystając z okazji, chciała wynegocjować kolejne z przywilejów.
- Och – szepnął, mrugając w zdziwieniu. Zsunął okulary z twarzy. – Tak, oczywiście…. – Wstał na równe nogi, zostawiając ją siedzącą na dywanie przy sofie. – Zrobię ci okład, wybacz.
- To był… pański głos – odezwała się po chwili ciszy, gdy on grzebał w zasuszonych roślinach. Wstawił żeliwny imbryk do kominka, poruszając pogrzebaczem pomiędzy żarzącym się drewnem. Tym razem jej nie pospieszał, lecz wyczekiwał dalszego ciągu opowieści w napięciu. A ona postanowiła zaryzykować. – Jakbym słyszała pana myśli… Spieszył się pan… Miał mi pan za złe… wie p-pan… - przerwała, zalewając się łzami. Odstawiony przez nią teatrzyk był pierwszorzędny. Przez palce obserwowała rozwarte usta Bradleya, zastygnięte w szczerym zdziwieniu.
- Shannon… - wydukał, zaraz pochylając się nad dziewczyną. – To nie tak… - najwyraźniej uwierzył w jej nowo nabyte zdolności.
Czyli podsłuchane na korytarzu plotki okazały się być prawdą. Przełożonych zaczynał denerwować brak postępu w sprawie wiedźmy o tak interesującej mocy. Czyżby naprawdę mieli ją oddać w ręce innego balsamisty? Zaszlochała, tym razem naprawdę czując ukłucie smutku.
- Chciałabym panu pomóc, naprawdę! A-ale to nie zależy ode mnie, przy-przysięgam! – zawyła, przecierając oczy. – Nie chcę odchodzić do innego naukowca! – podniosła głos, zerkając na niego oczyma pełnymi łez.
- Och Shannon… - przykucnął przy niej, głaszcząc ją po głowie, aż dziewczynę przeszedł ostrzegawczy dreszcz. Niebezpieczeństwo. Nic złego się jednak nie działo. Ułożył dłoń przy jej skroni, spoglądając na nią ze współczuciem. – Nie oddałbym cię tak łatwo. To postęp, nie widzisz? Zrobiliśmy krok do przodu. Nie wiem, czy w dobrym kierunku. Złożę raport, jestem pewny, że spojrzą na mnie przychylnym okiem. Nie ma lepszego balsamisty ode mnie, wiesz? Nie ma – powtórzył, kręcąc głową. Woda w imbryku zaczęła się gotować.
Płacz dziewczyny cichnął, powoli usiadła na sofie, zaznając tyle władzy jak nigdy. Miała ochotę krzyczeć i śmiać się w głos. Co za naiwniak!, pomyślała, lecz skruszony wyraz twarzy nie opuszczał jej nawet na moment. Roztargnionym gestem wsypał dobrze znanych jej, zasuszonych ziół do glinianego kubka, zalewając je wrzątkiem z imbryka, trzymanego przez ścierkę.
Podskoczyła cała.
- Chcesz mnie zabić!? – przeraziła się, zapominając o swojej grze aktorskiej, jak i o formach grzecznościowych. – Miałabym wypić napar z nerecznicy? – wydukała, unosząc dłoń, gotowa się bronić.
Zdziwił się, początkowo nie rozumiejąc. Krótkie spojrzenie na stojący w pobliżu dziewczyny stos książek prędko rozwiał jego wątpliwości. Wyszczerzył do niej zęby.
- Ty przebiegła wiedźmo…! – Bradley syknął na nią, jednak w jego głosie nie dźwięczał uraz. Prędzej… Podziw? – Przeglądanie rycin herbariów dało ci tę wiedzę? – zaśmiał się zaraz, dopiero teraz pojmując, że Shannon, choć wychowana pośród ciemnoty, potrafiła czytać. – Gdybym chciał cię zabić, wybrałbym pewniejsze i bardziej wysublimowane metody. Napar z nerecznicy samczej mógłby cię co najwyżej oślepić. Ja zrobię ci z niej okład, jak powiedziałem. Wysoka temperatura złagodzi jej działanie. Przecież szkoda byłoby takich cennych umiejętności jak twoje, nieprawdaż…? – mówił, przekładając mokre zioła na spodek od filiżanki, pozwalając im odparować. – Dużo tych ksiąg zdążyłaś już przeczytać? – usiłował się dowiedzieć.
- Wszystkie z sofy i pierwszy stos koło biurka – odparła zgodnie z prawdą, zdobywając się nawet na lekko wyzywające spojrzenie. Wiedziała już, na ile może sobie pozwolić. Jego uśmiech potwierdził, że się nie pomyliła.
- Dobrze. Może faktycznie, pewnego dnia będziesz w stanie mi wesprzeć mnie swoją wiedzą – mruknął pod nosem, zaraz odsączając roślinę i nakładając jej wilgotne, wciąż mokre liście na ranę po nakłuciu Shannon.
***
Nie zmarnowała lat spędzonych w Inkwizycji. Uczyła się, nie tylko z książek. Czerpała wiedzę z każdego zakątka budynku. Zdobywała zaufanie Bradleya, a także reszty inkwizytorów. Nie potrzebowała więzów poruszając się po korytarzach. Od lat przecież nie stawiała oporu. Nie próbowała ucieczki. Egzystowała, szukając swojego miejsca pośród nich. Towarzysząca jej z początku sława minęła, badania trwały, lecz nie przynosiły zamierzonych efektów. Powoli godzono się z tym, że nie można mieć wszystkiego.
____________________________________________________________________________
Wkroczyła do gabinetu balsamisty. Tym razem nikt na nią nie czekał. Okno było otwarte, do wnętrza pomieszczenia wkradały się białe płatki kwitnących jabłoni. Mogłaby uciec. Albo chociaż próbować. Zamiast tego usiadła grzecznie na swoim stały miejscu, gdy dobiegł ją skrzek:
- Spłoniesz w piekle! Spłoniesz w piekle, wiedźmo!
Westchnęła ciężko, zupełnie już przyzwyczajona do odzywek kruka. Powitała go sceptycznym spojrzeniem, z braku zajęcia wstając i zbliżając się do czarnego ptaszyska, który siedział na poręczy krzesła.
- Nie masz innej śpiewki? – zapytała, dłonie opierając o biurko pomiędzy nimi.
- Spłoniesz w piekle, kra! – udzielił jej odpowiedzi.
- Dzień dobry… No spróbuj. Dzi-eń do-bry… - wypowiedziała wyraźnie.
- Spłoniesz w piekle, wiedźmo! – Kruk starał się zadowolić Shannon, kracząc tylko, gdy oczekiwała odpowiedzi, nieświadom lub w pełnej złośliwości nie spełniając jej prośby.
Pochyliła się nad zwierzęciem, dłonią wkrótce natrafiając na coś chłodnego. Spuściła wzrok na biurko. Broń. Naładowany rewolwer, leżący niewinnie pośród papierów na biurku. A gdyby tak…? Ujęła go w dłoń, przyglądając się stalowej konstrukcji z podziwem.
- Chcesz go zastrzelić? Śmiało, wielokrotnie to rozważałem – dosłyszała nagle za plecami.
Wrzasnęła w głos, podskakując i odwracając się w błyskawicznym tempie. Bradley nie ukrywał rozbawienia. Kruk przeraził się wyższego dźwięku, a może zrozumiał ich zamiary, wzbijając się w powietrze i wylatując przez otwarte okno.
- Spłoniesz! Spłoniesz! Spłoniesz! – pożegnał się z nimi tymi właśnie słowami.
- I straciłaś swoją okazję… - udał zasmucenie, zaraz uśmiechając się do dziewczyny szeroko.
Odetchnęła, w drżącej dłoni trzymając wciąż broń, jakby nie wiedząc, gdzie ją odłożyć.
- Hmm? – Przechylił głowę, usiłując odgadnąć myśli Shannon. – Chcesz spróbować strzelić? – zaproponował, a ona powoli, bardzo ostrożnie kiwnęła głową. – Chodź – machnął na nią ręką. – Stań tutaj, strzelisz przez okno. – Wskazał na podwyższenie, zaraz wzrok przenosząc na drzewo, rosnące kilkanaście stóp od nich.
- Mogę? – przejęła się, nie potrafiąc ukryć ożywionych emocji.
- Odbezpieczasz tutaj. Wymaga to trochę siły, pozwól, że ci pomogę… - odparł, najwyraźniej się zgadzając, stanął za nią, naprowadzając broń w jabłoń i odbezpieczając rewolwer. – Trzymaj silnie, poczujesz mocny odrzut. Nogi ustaw szeroko, ręce na wysokości barków. Wyceluj. Weź oddech. I pociągnij za spust – poinstruował ją, zerkając na cel ponad głową Shannon. Trzęsła się. Już nie ze strachu, lecz z rosnącego w niej podniecenia.
- Nie boisz się? Nie boisz się, że wyceluję w ciebie? – zapytała głucho przed oddaniem strzału.
- Za dobrze cię znam, Shannon. Nie zrobiłabyś tego – szepnął, a ona, choć stała przed nim, była pewna, że wykonał swój słynny, dobrotliwy uśmiech. Ogarnęło ją wzruszenie. Najwyraźniej nie znał jej wcale.
Oddała strzał. Jakie to było cudowne uczucie! Władzy! Niemożliwej potęgi, najwspanialszego daru od losu! Jak niewiele potrzeba było… Jak niewiele potrzeba było, by pozbawić drugiego człowieka życia. Pociągnięcie palcem. Odrzut. Dym. Tak niewiele!
Zawyła z uciechy, gdy dym wokół niej opadł, oddając Bradleyowi broń i wyglądając przez okno, wypatrując, w co trafiła. Śmiała się. Szczerze jak nigdy dotąd.
- Naucz mnie! Naucz mnie tego wszystkiego, co umiesz! – krzyknęła, odwracając się do niego energicznie i uderzając dłońmi w uda.
Zaśmiał się, a lekkość na duszy udzieliła się również mu. Chwilowo.
- Wszystko w swoim czasie, Shannon.
***
Miała wszystko, czego pragnęła. I swoją samotność, i wymarzonego przyjaciela. Wiedzę, jakiej nie zgłębiłaby nigdy w Cyrku. Nie chodziła już głodna, bito ją rzadko. Wciąż pozostawała wiedźmą, a to rodziło niechęć wobec jej osoby. Nie wszyscy potrafili zdzierżyć, że stąpa tymi samymi korytarzami, co pełnoprawni inkwizytorzy, mając coraz więcej praw. Nic nowego. Prześladowania towarzyszyły jej przecież od narodzin. W Inkwizycji zaznała jednak odrobinę szczęścia. Naprawdę – miała wszystko. Wszystko… poza wolnością.
____________________________________________________________________________
- Jakieś zmiany?
Pozytywka milczała. Nie czuła nic. Mogła wymyślać różne historie, przybierać sobie dodatkowe moce, udawać halucynacje i omamy słuchowe, jednak wciąż nie potrafiła się pozbyć swojej mocy, a jednocześnie jej największego przekleństwa. Pokręciła głową, słysząc sapnięcie Bradleya.
Wstał na równe nogi, przeklinając pod nosem. Ostatnimi czasy zrobił się nerwowy, widziała to doskonale.
- Ile masz lat, Shannon? – zapytał ją, tak samo, jak uczynił to na ich pierwszym spotkaniu.
- Dwadzieścia dwa – wypowiedziała po krótkich kalkulacjach w głowie. Natychmiast tego pożałowała.
Bradley porwał pozytywkę z słoń Shannon i biorąc zamach, cisnął nią o podłogę. Przedmiot wydał z siebie żałosny dźwięk, łamiąc się w miejscu przy zawiasach.
- Siedem lat! Siedem lat jak krwią w piach! – wrzasnął na nią, kopiąc wściekle rozrzucone na dywanie resztki. Nie poprzestał na tym. Sięgnął po mosiężną, ciężką lampę, strącając ją z pełnym impetem. Myszki w kącie pomieszczenia zapiszczały w przerażeniu.
- Spłoniesz w piekle! Kra! Spłoniesz! – I kruk wyraził swoje oburzenie zaistniała sytuacją.
- Kurwa! – zaklął w głos, przewracając stos książek, powiększając jednocześnie rozgardiasz w swoim gabinecie. – Kurwa! – powtórzył, a ona spoglądała na niego z przejęciem. – Chcą mi cię zabrać, rozumiesz!? – jęknął żałośnie. – Przecież jesteśmy coraz bliżej… - wyszeptał, spoglądając na nią. Po raz pierwszy odnalazła w oczach Bradleya szaleństwo.
- Nie dam się! – wtórowała mu, zrywając się z sofy. – Zagrożę… że się zabiję, jeśli to uczynią! Nie pozwolę im na to! – krzyknęła, również oddając kopniaka niczego winnemu stosowi książek.
- Och Shannon – westchnął, uspokajając się i przykładając dłonie do rozgrzanej twarzy. – Nie wezmą twoich warunków na poważnie… Taka strata…
- Ucieknijmy więc! – Ściszyła głos do konspiracyjnego szeptu, a jej ton głosu dźwięczał powagą. – Dokończysz swoje badania z dala od tych ignorantów!
Opuścił ręce wzdłuż ciała, patrząc na nią wściekłym, ostrzegawczym spojrzeniem. Pojęła, że posunęła się o krok za daleko.
- Wyjdź. Na dziś koniec – warknął na nią, ucinając temat, a następnie odwracając się do Shannon plecami, dając jej do zrozumienia, że nie życzy sobie dłużej obecności dziewczyny.
***
Nie musiała go długo przekonywać. Znała jego ambitny charakter. Wiedziała, że nie spocznie, do kiedy nie wypełni swojego zadania. Był oddany Inkwizycji, owszem. Ale jego natura naukowca przekładała się ponad wszystko inne. A ona zamierzała wykorzystać ten fakt, pragnąc w końcu zaznać ostatniej brakującej jej części.
____________________________________________________________________________
- Zrobimy to nocą. Przyniosę ci żniwiarski płaszcz, odziejesz się nim. Wyjdziemy bramą główną, razem. Nikt się tego nie będzie spodziewał, nie teraz – opowiadał jej plany, ujmując w przejęciu dłonie Shannon, jakby starając się dodać jej otuchy. Nie bała się. Nie miała wiele do stracenia.
- Moje imię widnieje w grabarskich kartotekach… będą mnie poszukiwać – szepnęła, desperacko poszukując luk w koncepcji Bradleya.
- Przyniosę nasze papiery. Spalimy je.
- Moje drzwi są zamykane na noc, Brad… Musisz poradzić sobie ze strażnikami w lochach.
- Przyjdę po ciebie przed ostatnim obchodem. Odstawię cię tutaj. Poczekasz na mnie do północy. Stąd ruszymy dalej.
- Weź broń. I pieniądze. Nie zapomnij o pozytywce. Wiesz już dokąd się udamy?
- Shannon, pomyślałem o wszystkim. Mam znajomego w Irlandii, wie już o moich nadchodzących odwiedzinach. Bez szczegółów, oczywiście – dodał, widząc jej zaniepokojone spojrzenie.
- A co jeśli…?
- Shannon. Wszystko będzie dobrze.
***
Nakręcali się wzajemnie. Planowali wspólne życie. Na pięknych wybrzeżach Irlandii. Miała powitać ich tam wiosna. Spokój. Padło nawet słowo „wolność”, w które pomimo przyłożonych starań, nie potrafiła uwierzyć. Wkrótce wszystko było dopięte na ostatni guzik.
____________________________________________________________________________
Najtrudniejsze mieli za sobą. Strażnicy zostali uśpieni. Bradley zostawił ją w gabinecie, goniąc pod osłoną nocy do grabarskiego archiwum, zabierając wszystkie dotyczące ich papiery wraz z kopiami. Gdy wrócił, zastał z butelką szkockiej, którą najwyraźniej znalazła w jego biurku.
- To nie czas na świętowanie – pokręcił głową, mijając ją w lekkim roztargnieniu.
„Szkoda”, pomyślała, odkładając otwartą butelkę ze stukotem na blat uprzątniętego już biurka.
- Spakuję medykamenty, a ty zajmij się tym – oznajmił, wręczając jej w ręce plik papierów w teczce.
Podeszła do żarzącego się kominka. Paliła kartkę po kartce, zapoznając się z historią Bradleya, ze wszystkim, co opowiedział jej swoimi słowami oraz ze wszystkim, co pragnął przemilczeć. Ślady po nim spłonęły, a on przestał istnieć w historii świętej organizacji.
Zadrżała, gdy dotarła do swojej teczki. Pierwszą stronę zdobiło przypięte zdjęcie, wykonana kilka lat temu. Wewnątrz fotografii siedziała na drewnianym stołku w obecności uciętego kadrem żniwiarza. Czarne włosy, ścięte pierwszego dnia jej pobytu w Inkwizycji, sięgały już wtedy jej ramion. Straszyła wychudzonym kończynami, sterczącymi obojczykami i wyraźnie wystającymi kośćmi policzkowymi, lecz tym, co przykuło jej uwagę, było spojrzenie dziewczyny na zdjęciu.
Patrzyła w sam środek obiektywu, pustym, pozbawionym najmniejszych chęci do życia, spojrzeniem.
Przeraziła się. Czy wciąż ma takie spojrzenie?
Wrzuciła resztę papierzysk do gorejącego ognia, obserwując jak czarnieją i zwijają się w rosnącym, pochłaniającym je płomieniu. Ten w całości pochłonął ich historię, gdy poczuła dłoń delikatnie zaciskającą się na jej ramieniu.
- To już wszystko. Jesteś gotowa, Shannon? – zapytał, a jego głos zdradzał przejęcie.
- Gotowa – odparła, pewna jak nigdy dotąd. Spojrzeniem pełnym zapału dodawała mu otuchy. Odwróciła się lekko, dłoń wsuwając pomiędzy fałdy prostej, czarnej sukni. – Wyciągnij rękę – poprosiła go niespodziewane. Identycznie, jak Bradley zwykł to czynić podczas ich spotkań. Brakowało tylko wcześniejszej komendy „podciągnij rękaw”.
Wyciągnął dłoń pomiędzy nich, gotów ująć ją i wyprowadzić z budynku Inkwizycji.
W blasku płomieni błysnęła stal. Jednym, silnym ruchem ścisnęła go mocno za nadgarstek, a drugą dłonią wbiła strzykawkę z krótką, grubą igłą wprost w jego przedramię, przebijając się gładko przez koszulę oraz skórę. Nacisnęła kciukiem tłok, wprowadzając w żyły mężczyzny zawartość metalowej strzykawki.
Cofnęła się o krok, gdy zawył z bólu, zaraz wyrywając metal z przedramienia. Brzęk strzykawki zadźwięczał na kamieniu. Zaciekawione spojrzenie młodej Shannon poraziło go do reszty. Szarpnął ją za materiał sukni pod kołnierzem, ciągnąc gwałtownie do siebie. Ich twarzy nie dzieliły nawet pojedyncze cale, gdy wrzasnął:
- Co tam było? Co było w środku!?
Nie odpowiedziała. Przyglądała się beznamiętnie jego desperackim poczynaniom, rosnącemu w oczach szaleństwu.
Spoliczkował ją. Pierwszy raz w życiu. Siła ciosu sprawiła, że z pewnością upadłaby, gdyby nie trzymająca wciąż Shannon ręka. Nie odgarniając włosów z twarzy, uśmiechnęła się.
- Odpowiedz mi! – krzyknął, trzęsąc jej całym ciałem.
- Nie muszę ci odpowiadać. Jesteś już martwy – szepnęła, rzucając mu wyzywające spojrzenie.
Zawył przeciągle, odpychając ją od siebie. Drżał na całym ciele. Jego spojrzenie biegało po reszcie sprzętu w gabinecie. Sięgnął po upuszczoną strzykawkę, przytykając do nosa igłę z wciąż mokrą od trucizny zmieszanej z jego krwią. Poczuł pierwsze duszności, gdy usiłował zaciągnąć się zapachem specyfiku. Rozpoznał go. Przeniósł zaskoczone, pełne przerażenia spojrzenie na Shannon.
- Szaleniec – wypowiedział głucho, wytrzeszczając oczy.
W ostatnim akcie desperacji rzucił się w stronę biurka, w szale przeszukując jego szuflady, z hukiem przewracając całą jego zawartość.
- Antidotum zostało spakowane razem z innymi bagażami, wysłanymi dwa dni temu do Irlandii – przypomniała mu zdawkowo.
Zaklął, szarpiąc się i krążąc po własnym gabinecie. Odczuwał już mdłości. Książkowe objawy. Nie przestawał szukać ratunku. Musiał… Musiał się pospieszyć, nie zostało wiele czasu. Odwrócił się do Shannon, jakby zobaczył ją dziś po raz pierwszy.
- Zabiję cię – oznajmił niespodziewanie i natarł na nią z rzeczywistą rządzą mordu. – Zamorduję cię!
Poddała mu się biernie. Pozwoliła ująć się za włosy, a następnie cisnąć swoim ciałem o cegły wbudowanego w ścianę kominka. W głowie Shannon zawirowało, lecz nie zaczęła się bronić, nawet gdy Bradley odchylił jej głowę od kamienia, chcąc wziąć większy zamach, by następnie ją na nim roztrzaskać.
- Zabiję cię!!! – wrzasnął na nią, a z jego oczu pociekły łzy. Wyczuwała drżenie zaciśniętych na jej włosach palców. Oddychał, nie – rzężał coraz ciężej. Nie miał więcej siły. Oswobodził ją z ucisku, szlochając cicho.
- Dlaczego to zrobiłaś…? – osunął się po jej ciele na podłogę, gdy z braku tlenu pociemniało mu w oczach. Uklęknęła przy nim, pochylając się nad twarzą mężczyzny. Nie chciała przegapić najmniejszego wrażenia, ani żadnego z ostatnich słów. Nie odpowiadała, on kontynuował. Spokojnym, godzącym się z losem tonem:
- Moglibyśmy być szczęśliwi. Wybrzeża Irlandii są naprawdę piękne… - szepnął, a ona została z nim do samego końca. Przed wydaniem ostatniego tchnienia, na ustach wykwitł mu uśmiech, jakby naprawdę w to wierzył..
Obiecała sobie nie płakać. Wtuliła się w jego klatkę piersiową, silnie zaciskając zęby. Załkała mimowolnie.
- Przepraszam… - wyszeptała w końcu, niepewna, czy ją jeszcze słyszy. – Przepraszam… Ciebie nienawidziłam najmniej… - wyznała, gwałtownie przecierając oczy. Ucałowała czoło mężczyzny, żegnając się z nim już na zawsze.
Jego ciało zostawiła przy kominku, blisko popiołów ich wspólnej historii ze spalonych kartotek. Odziała czarny, podarowany jej, żniwiarski płaszcz, sięgnęła po lampę naftową, spakowaną walizkę Bradleya i opuściła pomieszczenie, nie oglądając się więcej za siebie.
„Trzeba było wypić tą szkocką, durniu…”, jęknęła w duchu, wydostając się w mrok korytarza.
***
Chciała zerwać z przeszłością. Do cna. Dlatego po zabiciu Bradleya, nie powędrowała wprost do głównej bramy. Skręciła do miejsca, w którym spędziła pierwsze miesiące swojego pobytu w Inkwizycji.
____________________________________________________________________________
Jej pojawienie się spowodowało niemałe poruszenie. Początkowo rozległy się piski i podszeptywania, gdy przez kraty dostrzeżono jej czarny płaszcz, jednak wraz ze zdjęciem kaptura przez Shannon, w lochach zapadło zdziwienie, przemieszane wkrótce z ulgą. Część ze skazanych znała ją, brała przecież udział w ich przesłuchaniach, przyglądając się bezczynnie ich torturom.
Nie przemówiła do zamkniętych kobiet, pochyliła się nad strażnikami, oceniając ich stan. Oddychali, siedząc na kamiennym wzniesieniu. Bradley spisał się doskonale, pozostaliby nieprzytomni jeszcze przez długi czas. Nie zwlekając dłużej, stłukła lampę naftową, aż część obudzonych kobiet przykleiła swoje twarze do krat. Jedna z nich odezwała się pierwsza, przyciszonym, wycieńczonym głosem:
- Siostro, pomóż nam. Klucze są za pazuchą strażnika!
Shannon zignorowała ją. Polewała naftą siano i podłogę, oddając się zupełnie zajęciu. Nie zwracała uwagi na dochodzące ją okrzyki, nasilające się coraz bardziej. Poza jednym. Określenie to było dla niej niczym wymierzony policzek.
- Otwórz kraty, szybko! Siostro, proszę…
Ostrożnie ściągnęła płonącą pochodnię z zardzewiałego uchwytu wbitego w kamień, rzucając ją na siano. Nim poprawiła kaptur, rzuciła bezwiednie przez ramię:
- Nie jestem twoją siostrą.
***
Skazała na śmierć wiedźmy w lochu, wydając im wyrok własną miarą. Spłonęły w przyłożonym przez Shannon ogniu, tak jak miały spłonąć na stosie. Wcześniej, niż tego oczekiwały. We własnym mniemaniu uważała to za gest łaski. Nie pozwoliła im przechodzić przez trud tortur ani długotrwałą agonię, jaką było zgodzenie się na tytuł skazańca, przyspieszając, co było nieuniknione. Wywołała tym samym zamieszanie. Oczy Inkwizytorów skupiły się na tajemniczym pożarze, podczas gdy ona spokojnym krokiem opuszczała bramy Inkwizycji, wydostając się na wolność.
Nie była wiedźmą, ani inkwizytorką. Każda ze stron wyklęła ją w jednakowym stopniu.

____________________________________________________________________________
Zatrzymała się dopiero, gdy otoczył ją świt. Miała dużo szczęścia. Znalazła się na obrzeżach miasta, gotowa podjąć dalszą wędrówkę. Zaciągnęła się stęchłym powietrzem znienawidzonego przez nią Wishtown. Słońce było tak jasne. Zdążyła zapomnieć, jak intensywnie zielona mogła być trawa.
Po jej policzku spłynęła łza.
***
Nie wiedziała, dokąd zmierza, ani kiedy się zatrzymać. Nie znała wartości pieniądza, wydawała więcej skradzionych Bradleyowi pieniędzy, niż powinna. Starała się nie zwracać na siebie uwagi, lecz w żniwiarskim płaszczu okazało się być to niemożliwe. Postanowiła zawitać w pobliskiej wiosce. Szukając schronienia, dotarła do spalonej chatki przy lesie, oddalonej nieco od domów innych wieśniaków.
____________________________________________________________________________
- Panienko, zagość się u nas. Tam straszy, nie warto – powtarzano jej, lecz ostatecznie przekroczyła próg spalonej częściowo chatki, ze zwalonym stropem, ledwie chroniącym wnętrze przed deszczem.
Faktycznie, straszyło. Ale to, co mieszkało dotychczas w spalonej chatce, przelękło się Shannon i opuściło miejsce na zawsze. Na drugi dzień wieśniacy przynieśli jej świeże jajka i mleko pod drzwi. Bez żadnego powodu, bez chęci otrzymania czegokolwiek w zamian. Zwiedziona prostodusznością tamtejszych ludzi, postanowiła zatrzymać się w wiosce na dłużej.
Urządzała siennik ze słomy, gdy dosłyszała łopot skrzydeł tuż nad swoją głową, pod sklepieniem dziurawego dachu.
- Spłoniesz w piekle! Spłoniesz w piekle, kra!
Uśmiechnęła się. A już zaczynała za nim tęsknić.
***
Znała się na rzeczy. Została miejscową zielarką. Miałą rady na wszystko: choroby, klątwy, problemy miłosne. Dzieliła się wróżbami, wprowadziła resztki zapomnianej, zakazanej magii w ich życia. Nie oddawała niczego za darmo. Wieśniacy z początku pomogli odbudować jej chatkę. Później kolekcjonowała od nich zapłaty w postaci pasma włosów, piór, pięknych morskich kamieni i setki innych, prawdopodobnie niepotrzebnych jej rzeczy. Żyła z nimi w zgodzie. Chronili ją przed ciekawskimi pytaniami nieswoich.
Była jedną z nich. Tolerowali jej dziwactwa. Gadającego kruka. Taniec o zmroku, odwiedziny o różnych porach dnia. Suszenie ziół na lnianych sznurkach niczym pranie. Wiarę w starych bogów, o których doskonale słyszeli, lecz zastąpili ich swoim bogiem. Byli skłonni wybaczyć wiele. Należała do nich. Łącznie ze swoistą tajemniczością i  zbywaniem na pytania o przeszłości. Z czasem przywykli nawet do jej krzyku środkiem nocy, gdy wybudzała się z dręczących ją wciąż koszmarów.

____________________________________________________________________________
Postanowiła obchodzić urodziny pierwszego dnia wiosny. Postanowiła to nagle, zupełnie spontanicznie, czując, że to pora celebrować swoje dwudzieste szóste już urodziny. Zapach budzącej się do życia natury skutecznie ją do tego nakłonił.
W zamian za zioła na wypadanie włosów, odbierała zapłatę od kobiety w postaci długiej udowej kości, należącej z pewnością do pokaźnych rozmiarów jelenia. Oceniła nabytek, z podziwem kiwając głową. Podziękowały sobie. Wieśniaczka już miała wychodzić, gdy rzuciła jej ściszonym głosem na odchodne:
- Cath, pani… - zaczęła nieporadnie, nie wiedząc, jak ująć cisnące się jej na język słowa. – Jesteś jedną z nas – wypowiedziała zdanie, które Shannon słyszała już wielokrotnie. Lecz za każdym razem działało na nią tak samo. Rozpromieniła się cała, ujmując dłoń starszej kobiety. – Nie miałabym nic przeciwko, gdybyś okazała się być czarownicą. Inni też. Jesteś jedną z nas – powtórzyła szeptem, nachylając się do ucha Shannon.
- Chciałabym… - przytaknęła z uśmiechem. – Mogłabym się wam bardziej przydać.
***
Nazywano ją różnie. Morrigan, Badb Catha, niczym krucza boginka z ich zapomnianych wierzeń. Określano ją mianem „Wiedźmy ze spalonej chatki”, „Wdowy” lub „Kolekcjonerki”. Dla niektórych była córką lub siostrą, matką, dla innych po prostu zielarką. Jej prawdziwe imię zostało zapomniane, nie wypowiadała go już nigdy więcej, choć ciążyło na niej niczym brzemię.
Niewiele miała w sobie magii, pozwolił im wierzyć, że przyniosła ją ze sobą. Starała się utrzymywać z dala od konfliktu Inkwizycji i wiedźm. Pośród prostych ludzi. Nareszcie odnajdując swoje miejsce na ziemi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Badb Catha
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Organizacja :: Zapisy-
Skocz do: