IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Chatka Shannon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Badb Catha
Kolekcjonerka
avatar

Liczba postów : 31
Join date : 09/04/2017

PisanieTemat: Chatka Shannon   Pią Lip 21, 2017 10:30 pm


Kilkupokojowa chatka, częściowo drewniana, częściowo z ceglaną dobudówką, oddalona kawałek od najbliższej wioski, przykryta w dużej mierze drzewami, gdyż sama siedziba znajduje się na skraju lasu. Dookoła miejsce pokryte jest nieprzeplewionymi chaszczami, wydeptanymi jedynie przez wąską, początkowo niezauważalną ścieżkę, aż do zetknięcia się z drewnianym płotem otaczającym chatkę. Już na pierwszy rzut oka dostrzec można wiele jej dziwactw - na lnianych sznurkach obok prania suszą się zioła niezbędne do pracy Badb Cathy, a ramy okienne i główne wejście upstrzone są kolorowymi kwiatami, kośćmi, piórami oraz tajemniczymi, zawiłymi malunkami. Na dachu i przy otwartych na oścież oknach można spotkać dwóch ulubieńców zielarki - Hugina i Munina, jej kruków. Na ganku przed wejściem zaś, gości wita wilczur o szarym futrze, na ogół spokojny. Wspomnieć należy jeszcze, że siedziba, choć nie tak dawno wyremontowana, pokryta jest w sporej części mchem i bluszczem, łącznie z dachem. Całe miejsce sprawia wrażenie utopionego w zieleni; pomagają w tym również rośliny doniczkowe na każdym dostępnym parapecie oraz zasadzone w rządkach krzewy i warzywa.
Samo wnętrze chatki jest o wiele bardziej interesujące. Już po pierwszym spojrzeniu, można stwierdzić czym na co dzień para się Shannon, a także sądzić o jej przeogromnej potrzebnie posiadania i kolekcjonowania (nie do końca) przydatnych przedmiotów. Goście zielarki mają zazwyczaj dostęp do dwóch połączonych ze sobą pomieszczeń - kuchni i oraz przestronnego salonu wyposażonego w kominek, bujany fotel zasłany poduszkami (ulubione miejsce Cath), parę drewnianych krzeseł i stolik. To w ogólnym ujęciu. A poza tym, miejsce jest od góry do dołu pokryte przeróżnymi ozdobami, trofeami, książkami oraz przedmiotami niezbędnymi jej do pracy. Tam gdzie sięga odrobina światła, tam żyją rośliny. Na suficie uwieszone są warkocze zasuszonych ziół, warzyw, przypraw i kwiatów. Równie spotykanym elementem wystroju pomieszczeń są obrazy, również mozaiki, wszelakiej maści minerały, kamienie, świece, biżuteria (również podrabiana), tysiące podpisanych jej drobnym pismem buteleczek z tajemniczymi proszkami lub cieczami w jasnych i przyciemnianych szkłach niczym w aptece. A bogowie tylko wiedzą, co znajduje się w tajemniczych pudełkach, szkatułkach i skrzynkach, znajdujących się na oraz pomiędzy regałami wypełnionymi po brzegi książkami.
Wchodząc do salonu, w oczy rzuca się postać manekina przywdzianego w wykańczane suknie, szyte przez samą zielarkę. W kierunku kuchni dostrzec można leżące na półkach oraz wiszące pod sufitem miedziane i żeliwne garnki, a także gliniane kubki. Charakterystycznym dla Shannon jest również wieczny zapach ziołowych kadzideł, którymi zapewne przesiąknęło już całe jej mieszkanie. Na jednej z szaf honorowe miejsce zajmuje połamana częściowo pozytywka - jej pamiątka po pobycie w Inkwizycji, której dźwięku nigdy nie słyszała. W progu pomiędzy salonem a tylnym wyjściem, a dokładniej pod osuwającymi się deskami podłogi znajduje się jedyny z przedmiotów, niechętnie eksponowany przez Badb Cathę, a raczej skrzętnie ukrywany - żniwiarski, czarny płaszcz.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Nadia Vinogradova
Poszukiwaczka przygód
avatar

Liczba postów : 41
Join date : 19/05/2017

PisanieTemat: Re: Chatka Shannon   Nie Lip 23, 2017 11:52 am

Szła dziarsko od swojej wioski aż do domku Badb, dzierżąc w dłoni niewielki podarunek - metalową bańkę wypełnioną świeżym, kozim mlekiem. Nie wypadało bowiem iść w gości z pustymi rękoma, tym bardziej, gdy miała to być niezapowiedziana wizyta. Miała nadzieję, że jej znajoma będzie akurat w swojej chatce, a nawet jeśli nie, to nigdzie jej się nie spieszyło. Poczeka, pobawi się z psem, aż jego właścicielka wróci. Miała cały czas świata, a nieobecność zielarki kiedyś musiała się skończyć. Dlaczego tak jej na tym zależało? Ciężko powiedzieć, bo podjęła decyzję o wyjściu bardzo spontanicznie. Cath działała na Nadię jak magnes, przyciągając ją do siebie swoją tajemniczością i unikalnością. Znały się od jakichś trzech lat, a ruda dalej miała wrażenie, że nie zna dobrze uzdrowicielki i nie słyszała jeszcze wszystkich jej opowieści. Właśnie to sprawiało, iż wracała do chatki zawsze z takim samym zapałem i radością, a zielarka nie zdawała się być z tego powodu nieszczęśliwa. Oby tym razem było tak samo.
Już zbliżała się do domku kobiety, gdy poczuła bardzo delikatne, nieprzyjemne mrowienie, które pojawiało się zawsze, gdy znajdowała się blisko Badb lub jej mieszkania. Z początku nie rozumiała, czym ono jest i zwalała wszystko na ekscytację, którą czuła za każdym razem, kiedy miała wejść do chałupy pełnej ziół i rozmaitych, tajemniczych przedmiotów oraz wysłuchać opowieści osoby, którą okoliczni ludzie nazywali "wiedźmą ze spalonej chatki". Z czasem jednak odkryła zaskakującą rzecz: mrowienie to powodowało, że Nadia momentalnie traciła wszelkie zdolności polimorficzne. W pobliżu Badb nie umiała się zmienić w żadne zwierze ani nawet wytworzyć drobnego elementu zwierzęcego ciała, takiego jak poroże czy kocie wąsy. Nie wiedziała jednak, czego to zasługa. Przypuszczała, że kobieta mogła mieć amulet chroniący przed magią lub ochraniała siebie i swój dom w jakikolwiek inny sposób. Nigdy jednak jej o tym nie powiedziała ani nie zapytała, bowiem skoro broniła się przed magią, na pewno miała powód. Nigdy również nie przyznała się przed nią do tego, że jest czarownicą, chociaż momentami miała wrażenie, iż Cath doskonale by ją zrozumiała. Różne plotki chodziły po wsi, a wielu ludzi wierzyło, że ich zielarka w istocie może mieć magiczne zdolności. Niewielu ludzi mówiło to na głos, częściej można było to odczytać z ich spojrzeń lub aluzji ukrytych w ich słowach, toteż i Nadia czuła jakiś opór przed bezpośrednią rozmową o tym.
Tym razem jednak było inaczej. Coś było nie tak. To dziwne mrowienie nie ustępowało, lecz błądziło po różnych częściach jej ciała, jak chmara owadów obchodzących jej skórę. Starała się nie zwracać na to uwagi, dopóki nie przejechała dłonią po twarzy. Zamiast gładkiego, lekko rozgrzanego słońcem lica, pod palcami poczuła szorstką sierść sterczącą z lekko wydłużonego pyska. Zamarła. Przecież nie była zestresowana, żeby nagle zacząć odstawiać takie cyrki... Najgorsze było to, że nie mogła przywrócić swojej ludzkiej formy. Starała się, skupiała z całej siły, lecz nic z tego. Zaraz poczuła, że z głowy wyrastają jej też rogi, a paznokcie zmieniają się w ostre pazury. Odstawiła bańkę na ziemię i oparła się o najbliższe drzewo, próbując złapać oddech między kolejnymi męczącymi próbami naprawienia tego wszystkiego.
Wtedy usłyszała szczekanie. Odwróciła głowę i zobaczyła wilczura zielarki, ujadającego na nią. Kochane psisko, które zawsze siadało jej u stóp, gdy tylko przychodziła i które zawsze tak niepewnie prosiło się o pieszczoty. Teraz musiał zobaczyć w niej intruza, który co prawda nosił znajomy zapach, ale wyglądał co najmniej dziwnie. W tej chwili Nadię można było poznać jedynie po sylwetce, ubiorze i rudych kudłach, które również powoli zmieniały się w szarą sierść i spod których wystawały dwa różki.
Spokojnie, Fenris, to tylko ja!
Z jej ust jednak, zamiast pokrzepiającego okrzyku, wydobył się wilczy skowyt, który najwyraźniej jeszcze bardziej rozsierdził psa, teraz ujadającego jak szalony przy wejściu do domku Badb, zapewne próbując przywołać właścicielkę lub odstraszyć potencjalnego napastnika. Nadia odsunęła się o krok. Powoli zaczynała panikować, nie na żarty przestraszona tym, co się z nią działo. Pierwszy raz bowiem znalazła się w sytuacji, gdy przemiana w człowieka była dla niej niemożliwa. Zwykle gdy zdarzało jej się "mrygać", wszystko mijało jak tylko się uspokoiła i pomyślała o powrocie do ludzkiej formy. Teraz nawet próby zrelaksowania się szły na marne, a narastający lęk wcale nie pomagał.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t463-topic
Badb Catha
Kolekcjonerka
avatar

Liczba postów : 31
Join date : 09/04/2017

PisanieTemat: Re: Chatka Shannon   Nie Lip 23, 2017 11:21 pm

Obdarzyłam szelmowskim spojrzeniem swoje odbicie w lustrze, opierając obie dłonie na jego ramę. Było już odrobinę lepiej, myślałam, że wracam do normy. Myliłam się. Na nowo roześmiałam się bez powodu, a fakt ten bawił mnie jedynie bardziej. Na zmianę pociłam się i marzłam, szczękając zębami. Bałam się i zanosiłam histerycznym śmiechem. Leżałam plackiem na dywanie przy kominku, a zaraz bujałam w fotelu, kryjąc głowę pomiędzy podkulonymi kolanami. Wspomnienia wracały. Te dobre i złe. Obrazy wokół mnie tańczyły, błyskały, nie pozwalając dać się uchwycić w jedną spójną, logiczną całość.
Nie zwykłam przeklinać i nikt nie posądziłby mnie o wiązankę, która nagle opuściła moje usta. Aż zakryłam je ze zgorszeniem. Naprawdę byłam rada, że nikt mnie w tej chwili nie widział.
Czytałam kiedyś, że nie ma idealnych lekarstw. Jedne potrafią pomóc na wątrobę, ale co z tego, skoro przy dłuższym stosowaniu uszkadzają wzrok. Zioła musiały działać podobnie, nieraz wyrządzając więcej szkód niż pożytku. Nie sądziłam, abym tym razem była na dobrej drodze, próbując doprowadzić do tego, co Bradley usiłował osiągnąć przez lata. Ale gdy efekty zażytej porcji ziół uniemożliwiły mi opuszczenie domu, wiedziałam, że nie dana mi nawet będzie sposobność, aby to sprawdzić.
Obróciłam się wokół własnej osi, zaraz usiłując zachować równowagę. Nie udało się. Obiłam sobie pośladki o kant stołu. Świetnie.
Ukłucie bólu przywróciło mnie na ziemię. Zerknęłam na notes porzucony na podłodze, w którym notowałam odczuwalne zmiany. Do czasu aż zioła nie uderzyły mi do głowy, powodując, że spisywanie czegokolwiek na papier wydało mi się być niemożliwie nudne w tak pięknej, kolorowej chwili. Odetchnęłam, ostrożnie siadając na podłodze po turecku. Przymknęłam oczy. Wdech i wydech, to nie jest takie trudne, Shannon. Wdech i...
Śmiech. Padłam na dywan, ociężale pojmując, że ten rechot należy do mnie. Kiedy ostatnio się tak śmiałam? Przeturlałam się pod regał, aż ten zachwiał się niebezpiecznie, gdy w niego uderzyłam. Do cholery, ileż to będzie trwało!?
Dźwięk. Wysoki, układający się w całość, w której skład wchodziło kilka pojedynczych nut. Zamarłam, poważniejąc natychmiast. Zamilkłam, otwierając szeroko oczy. Również i to mogłabym uznać za halucynację, dziwaczny omam słuchowy, gdyby tylko nie rozległ się tuż nad moim uchem. Z istnym przerażeniem zerknęłam na źródło dźwięku - połamaną pozytywkę, która nigdy wcześniej nie zagrała w mojej obecności. Pozytywka. Magia. Tuż pod moim nosem.
Serce biło mi mocno w piersi. Wstałam na równe nogi, chwytając przedmiot w dłonie, zaciskając na nim palce mocno, aż moje knykcie pobielały. Wpatrywałam się w konstrukcję niczym w wyrocznię, oczekując kolejnej wskazówki z niebios.
Wtedy rozległo się szczekanie, na które odwróciłam się gwałtownie. Odpowiedziało na nie donośne wycie. Za dużo bodźców na raz. Ogarniał mnie strach. Broń. Potrzebuję broni. Natychmiast! Odłożyłam pozytywkę, dopadając do szafki, jednocześnie wyglądając przez okno i wypatrując źródła zamieszania. Fenris ujadał, a moja głowa pękała na dwoje.
Zamarłam, gdy dostrzegłam jej rudą czuprynę. Nadia, ten słodki lisek. Poznałabym ją wszędzie, nawet w postaci... upiornego wilka. Tak, to chyba było to. Nie myśląc wiele, wypadłam na ganek, w biegu poprawiając włosy i ujmując poły sukni w dłoń, starając się uspokoić Fenrisa. Widziałam ją wyraźnie, tak jak ona mnie - mogła dostrzec szok odbijający się na mojej twarzy. Pierwsze niezaplanowane uczucie, jakim obdarzyłam tutejszego mieszkańca.
Nagle zwątpiłam. Cholera, musiała być wiedźmą albo ciążyła na niej klątwa. Rozejrzałam się gwałtownie wkoło, upewniając się, czy mamy świadków. Mogłam zatrzasnąć drzwi, udać, że nie chcę mieć nic wspólnego z tą potępioną rasą. Ale z drugiej strony... Obiekt badań zawitał u mych drzwi. Jak mogłabym odmówić?
Zaczęłam biec, porywając koronkowy materiał jednej z moich czarnych spódnic, suszący się aktualnie na podwórku. Spieszyłam się, w obawie przed cudzymi spojrzeniami, jakie cudem skierują się na moją zapomnianą przez bogów wioskę. Szepnęłam jej imię na przywitanie, gdy wylądowałam kilka kroków przed nią, raniąc swoje bose stopy o leśne chaszcze.
Ani słowa więcej. Zarzuciłam trzymany w ręku materiał na głowę Nadii, szczelnie przykrywając jej głowę i część twarzy. Jeśli jej nie zdarła, suknia opadała na resztę jej ciała, osłaniając ramiona oraz zakończone pazurami palce.
- To niebezpieczne witać innych w takiej formie. W żadnym miejscu na świecie. Nawet pod moją chatką na jego krańcu - ostrzegłam ją cicho, poprawiając materiał i starając się uspokoić przyspieszony oddech. Rozejrzałam się ponownie. Ani śladu żywej duszy, nawet wilczur przestał ujadać. - Chodź prędko, nim przestanie nam dopisywać szczęście - zaproponowałam, zachęcając ją, by poszła ze mną do chatki. Starałam się jej nie dotykać, mając wrażenie, że moje dłonie mogłyby zaradzić prędko tej anomalii.
Modliłam się tylko, aby Nadia nie okazała się kolejną halucynacją spowodowaną próbami leczenia moich „mocy”.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Nadia Vinogradova
Poszukiwaczka przygód
avatar

Liczba postów : 41
Join date : 19/05/2017

PisanieTemat: Re: Chatka Shannon   Wto Lip 25, 2017 2:44 pm

Zatoczyła się lekko, chwytając się za głowę, jak obłąkaniec próbujący uciszyć głosy rozbrzmiewające w czaszce. Ona natomiast usiłowała uspokoić swoje moce, które teraz kompletnie wariowały. Nie pamiętała czasów, gdy czuła się tak bezsilna z powodu swojej magii. Może w momencie, gdy ta objawiła jej się po raz pierwszy, lecz nigdy później nie miała takich problemów. Zupełnie tak, jakby ktoś manipulował nią z boku i śmiał się w głos, obserwując, w co jeszcze może ją zamienić.
Wtedy dostrzegła kolejny ruch przy chatce. Drzwi otworzyły się i wyszła z nich Badb. Widząc ją, Nadia aż podskoczyła i szybko schowała się za drzewem, nie chcąc, żeby kobieta widziała ją w takim stanie, ale już było za późno. Nie dość, że mogła ujrzeć w rudej czarownicę, to jeszcze w najgorszym jej wcieleniu, karykaturalnie strasznym i nieokiełznanym. Rosjanka stała tak schowana w połowie, wyglądając w stronę Cath, kompletnie przerażona. Z jednej strony miała ochotę uciekać, z drugiej uginały się pod nią nogi. Gdyby mogła, krzyczałaby o pomoc, chociaż to byłoby wybitnie nierozsądne. Gdyby ktoś ją zobaczył, pewnie skończyłaby z widłami w plecach, a jej wilczo-jelenia głowa zawisłaby nad czyimś kominkiem.
Nie wiedziała też, czy powinna ufać zielarce. Trochę się już znały i darzyły sympatią, lecz to nie była typowa sytuacja. Cath prawdopodobnie chroniła się przed magią i na pewno miała ku temu powód, a oto na progu jej domku stoi wiedźma, czy raczej magiczny potwór, który nie umie zapanować nad swoją mocą i może zrobić komuś krzywdę. Bo chociaż Nadia jeszcze panowała nad swoimi czynami i myślami, tak nie mogła zagwarantować, że nie zezwierzęci się całkiem. Teraz wszystko było możliwe.
Gdy Badb dobiegła do Nadii, ta spojrzała na nią z lękiem w wilczych oczach, a następnie spanikowała całkiem, widząc jedynie, że zielarka coś jej narzuca na głowę. Próbowała się wyszarpnąć i zaskomlała rozpaczliwie, usiłując wyrwać się z pułapki. Przez pierwsze sekundy naprawdę myślała, że kobieta ma wobec niej złe zamiary i przerobi ją na trofeum. Tym bardziej zrobiło jej się głupio, kiedy okazało się, że Cath usiłowała jej jedynie pomóc, zanim inni ludzie zobaczą monstrum, jakim teraz była i podniosą alarm. Ruda postanowiła jej ulec, bo jakie inne miała wyjście? W tym stanie lepiej żeby nie wracała do wioski, a tutaj może otrzyma pomoc. Może istniały na to jakieś ziółka... Jeśli tak, to chyba nigdy nie przestanie dziękować Badb za pomoc.
Poprawiła materiał spódnicy, aby chociaż widzieć, dokąd idzie. Miała ochotę wyściskać kobietę, ale w tym stanie wolała darować jej takich wrażeń. Nie chciała patrzeć teraz w lustro i pragnęła w razie możliwości unikać sytuacji, gdy zobaczy ją zielarka. Było jej głupio, że znowu przestała panować nad swoimi mocami. Wstydziła się tego, ale obecnie nic nie mogła poradzić. Wzięła jeszcze bańkę z mlekiem i ruszyła powoli i odrobinę chwiejnie w stronę chatki. Czuła się jak pijana, a miała wrażenie, że to nie koniec atrakcji i wkrótce odkryje kolejne zwierzęce dodatki. Wydawało jej się, że czuje, jakby jej rósł ogon... Ale tego na szczęście nie było widać spod materiału sukienki, nie tak bardzo jak resztę anomalii. Kiedy przechodziła obok Fenrisa, ten warczał ostrzegawczo, lecz widząc, że idzie razem z jego właścicielką, nie próbował jej atakować. Chociaż tyle dobrze.
Po wejściu do chatki od razu udała się do salonu i ciężko opadła na jedno z krzeseł. Postawiła mleko na stoliku i skuliła się, jeszcze bardziej naciągając na twarz (czy też raczej pysk) spódnicę. Nie chciała, żeby Cath ją teraz oglądała. Jeśli da jej chwilę, to przecież samo przejdzie, prawda...? A jeśli nie, to przecież kobieta już ją widziała. Jeżeli istniał cień szansy, że może jej pomóc, to powinna wiedzieć co robić już po tych krótkich oględzinach. Nadia bowiem nie miała najmniejszego zamiaru ściągać z siebie bezpiecznej osłony, dopóki nie będzie miała pewności, że wszystko wróciło do normy, a zamiast dziwnej hybrydy wilka, jelenia i lisa Badb zobaczy najprawdziwszego człowieka, do którego wyglądu już przywykła. Gdyby chociaż mogła powiedzieć kobiecie, jak się teraz czuje i dlaczego wygląda tak, jak wygląda...

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t463-topic
Badb Catha
Kolekcjonerka
avatar

Liczba postów : 31
Join date : 09/04/2017

PisanieTemat: Re: Chatka Shannon   Wto Lip 25, 2017 6:17 pm

Widziałam jej przejęcie. Głębokie przerażenie, widoczne jak na dłoni. Wszystko przeze mnie - jak zwykle. To ja byłam sprawczynią jej desperackich prób powrotu do normalności, paniki przed krzywdzącą oceną, jaka mogłaby paść z moich ust. Gdyby tylko wiedziała, z pewnością nigdy więcej nie zawitałaby pod moją chatką.
Ja jednak postanowiłam z pełną premedytacją wykorzystać okoliczności. Odegrać rolę dobrej zielarki, niosącej pomoc w każdej sytuacji. Nie zamierzałam dzielić się z nikim informacjami, które mogły być wykorzystane przeciwko mnie. Kwestia przyzwyczajenia - choć chciałam wierzyć, że Lisek został oszczędzony przez brud tego świata, zwyczajnie, nie zwykłam ufać nikomu.
Wracałam więc w jej towarzystwie. Starałam się zachować ostrożność, rozglądając się zarówno wkoło, jak i rzucając ukradkowe spojrzenie Nadii. Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Nie była już do końca sobą, moje obawy nie sięgały wyłącznie długich pazurów zdobiących aktualnie palce kobiety. Wyglądem znacznie odbiegała od normy, ale czy zmiany zaszły również w jej umyśle? Na wszelki wypadek przyspieszyłam kroku, nie chcąc dopuścić do sytuacji, w której na nowo będę ofiarą.
Fenris pomiędzy szczeknięciami łypał na nią podejrzliwie. Wtedy postanowiłam uspokoić go, wypowiadając półszeptem zdanie skierowane również do Nadii. Aby nie zapomniała.
- Cicho, psino. To nasz rudy Lisek; ten sam co zawsze.
Obwąchał ją, dopiero wtedy spostrzegając się, że mówiłam prawdę, choć zapewne nie zrozumiał moich słów. Wyczuł w niej coś innego, lecz od tej pory uciszył się, rozpoznając w dziwnym stworzeniu dobrze znaną mu postać. Minęłam zdezorientowanego wilczura, wprowadzając kobietę do wnętrza izby, zamykając za sobą drzwi.
Znalazłyśmy się same. Kątem oka dostrzegłam, jak tamta opada na wolne krzesło, nim zdążyłam jej to zaproponować; ja byłam zbyt zajęta zaciąganiem zasłon na okiennicach. Nie chciałam mieć żadnych świadków. W pomieszczeniu zapanował półmrok, więc pospiesznie zapaliłam kilka ze świec, aż wnętrze salonu na nowo wypełniło się przyjemnym, pomarańczowym światłem. Wtedy dopiero odetchnęłam, zbierając myśli i skupiając się, aby nie pozwolić zażytym wcześniej ziołom ogarnąć mojego umysłu.
Ukucnęłam przy jej kolanach, dyskretnie spoglądając z dołu na pokrytą futrem twarz. Chęć dotknięcia rogów kobiety niemal mną zawładnęła. Oddałabym pół skarbów ze swojej chatki, aby móc to uczynić bez żadnych konsekwencji. Pragnęłam poczuć magię pod moimi palcami; żywą i realną, blisko mnie jak nigdy wcześniej. Nie wiedziałam, ile w tym zasługi ziół pozbawiających mnie logicznej oceny otoczenia, ale odnosiłam wrażenie, że czuję ją wgłębi siebie. Drżała, płonęła. Prosiła o uwolnienie. Niemal westchnęłam.
Za długo już przyglądałam się jej bez słowa, za nic nie potrafiąc nasycić się widokiem namacalnej magii tuż przed sobą. Dopiero krótki dźwięk wydobywający się z pozytywki za moimi plecami sprowadził mnie na ziemię. Działała, choć nie tak jak powinna, co budziło we mnie jedynie gorętsze emocje. Prawdziwy dar z nieba.
- Nie możesz mówić? - usiłowałam potwierdzić moje przypuszczenia, powoli układając podarowane mi puzzle w jeden spójny obraz. - Nie bój się. Jakoś temu zaradzę - powiedziałam spokojnie, przybierając pocieszający ton. Nie na długo. - Lecz po raz pierwszy nie mam nawet pomysłu, od czego zacząć... - spojrzałam twardo w jej zwierzęce, lecz rozumne oczy. Celowo posunęłam się do tego kroku. Chciałam zasiać w niej strach i niepewność, jakby miała spędzić w tej postaci resztę swoich dni. W rzeczywistości podejrzewałam, że czas grał na korzyść Nadii - gdy minie działanie zażytych przeze mnie ziół, moja moc zapewne wróci do pełni swoich bezużytecznych możliwości. Dlatego wolałam podjąć decyzję szybko.
Podniosłam się, krocząc po pomieszczeniu w tę i z powrotem, udając głębokie zamyślenie. Nie było nad czym się zastanawiać. Zdecydowałam, jak tylko ją zobaczyłam.
- Jest pewien sposób. Nie do końca bezpieczny. Znam mieszankę ziół, które potrafią osłabić magiczne właściwości, przynajmniej według zasłyszanych legend i opowieści, bo... nigdy nie miałam sposobności wykorzystać jej na kimkolwiek. Nie wiem, jakich efektów ubocznych można się spodziewać po jej zażyciu. Może niepotrzebnie ci o tym mówię... - ściszyłam głos pod koniec wypowiedzi, obracając się do niej tyłem, przytykając dłoń do ust, jakbym powiedziała zbyt wiele. Otwarcie kłamałam, zwłaszcza o testach, które przecież przeprowadziłam na własnej osobie, będąc świadoma skutków ubocznych i działania ziół, wciąż mnie trzymających. Prawdą zaś było to, że sposób nie należał do bezpiecznych.
Odwróciłam się powoli, wracając wzrokiem do Nadii.
- To działanie klątwy? - zapytałam prosto z mostu, nawiązując oczywiście do jej niecodziennego wyglądu. Odpowiedź nie przyda mi się do rozwiązania zagadki, chciałam poznać ją dla zaspokojenia ciekawości. Pokrzywdzona przez los czy świadoma siebie czarownica? - Nie chcę narażać twojego zdrowia, Nadio... - dodałam półszeptem.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Nadia Vinogradova
Poszukiwaczka przygód
avatar

Liczba postów : 41
Join date : 19/05/2017

PisanieTemat: Re: Chatka Shannon   Sro Lip 26, 2017 7:43 pm

Gdyby tylko wiedziała, że Badb spróbuje wykorzystać fakt, iż oto miała w swoim domku wiedźmę, którą mogła wykorzystać do swoich celów... Ale nie wiedziała. W swojej naiwności próbowała sobie wmówić, że zielarka miała tylko i wyłącznie dobre intencje i chciała jej pomóc, a przynajmniej na to wyglądało. Teraz było jej już wszystko jedno. Zmęczona przemianami, była gotowa zrobić wszystko, żeby wrócić do swojej formy. Nawet, jeśli przez ten czas miała na moment paść ofiarą ciekawości Cath.
 Słysząc jej słowa kierowane do Fenrisa, zwiesiła głowę. Nie czuła się, jakby była tą, co zawsze. Nie witał jej bowiem radosny uśmiech gospodyni i merdający ogonem pies, lecz przerażenie i zaskoczenie. Dobrze było słyszeć, że przez swoją inność nie straciła przychylności kobiety, lecz mówienie, że jest taka jak zawsze, było dla Nadii strasznym naciągnięciem faktów. Nic nie było takie jak zawsze.
Widziała, jak Cath zaciąga zasłony, jakby na tym odludziu ktoś w ogóle próbował zaglądać w okna zielarki. Czuła się jak potwór, który nie powinien oglądać światła dziennego, więc siedział w chatce, oświetlany blaskiem świec. Nie tak miało wyglądać to spotkanie.
Nie pozwoliła kobiecie na zbyt długie oględziny, bo gdy ta przykucnęła, ruda jeszcze bardziej się przygarbiła i całkiem opatuliła twarz materiałem spódnicy. Pomimo, że Badb była jedyną osobą, która mogła jej teraz pomóc, nie chciała zbyt długo kazać jej na siebie patrzeć. Wolała oszczędzić jej koszmarów, lepiej aby zapamiętała jej ludzką formę.
Zastrzygła wilczymi uszami, gdy usłyszała dźwięk pozytywki i wtedy zdała sobie sprawę z tego, że słyszała jej granie od momentu, kiedy tylko przekroczyła próg chatki. Dziwne, bo cóż za zabawka gra aż tak długo? Nie widziała, żeby gospodyni nakręcała ją w międzyczasie, a nawet jeśli, to było wybitnie nieśmieszne. Zaraz po tym dobiegły do niej słowa kobiety. Nadia najpierw pisnęła głosem zbitego psa, aby zaraz pokręcić głową. Jeśli zielarka nie rozumiała wilczej mowy, nie mogła liczyć na rozmowę. To, co później usłyszała, wcale nie dodało jej odwagi. Wyjrzała spod spódnicy, nie odsłaniając jednak niczego prócz samych oczu, którymi wpatrzyła się z lękiem w kobietę. Miała nadzieję, że z czasem magia odpuści, że może to tylko tymczasowe anomalie spowodowane problemami z tą dziwną mocą, która dotychczas odbierała jej zdolności, ale dalej pozostawało to ziarnko niepewności i lęku, że będzie musiała zostać w takiej formie do końca życia, tułając się po lasach i strasząc wędrowców. Tym bardziej pragnęła, żeby Cath jednak znalazła jakieś lekarstwo na jej przypadłość, nawet jeśli dotychczas nie używała na nikim tego typu mieszanek, bo nigdy nie spotkała tak dziwnej odmiany wilkołaka.
Obserwowała każdy jej najmniejszy ruch, w pełni zawierzając jej swoje zdrowie. Nieraz przecież pomagała jej w różnych dolegliwościach, więc może i tym razem się uda... Dlatego słysząc o skutkach ubocznych takiej terapii, nie śmiała się sprzeciwić w jakikolwiek sposób. Jeśli to miało sprawić, że Nadia znowu stanie się człowiekiem, nie miała zamiaru dyskutować. Mogła zażyć każde zioło, byle tylko wszystko wróciło do normy. Jako, że kobieta stanęła do niej tyłem, ruda podniosła się z krzesła i po chwili wahania położyła jej dłoń na ramieniu, a kciuk drugiej dłoni uniosła ku górze. Widok ostrych pazurów i lekko owłosionych dłoni miał dodatkowo zmotywować Badb do podjęcia jak najszybszych działań, choćby i miało mieć to cały szereg działań niepożądanych od halucynacji po biegunkę. Było jej wszystko jedno.
Zawahała się. Nie powinna ot tak przyznawać się do swojego magicznego rodowodu, nawet jeśli już było wiadomo, że miała coś wspólnego z czarami. W normalnej sytuacji prawdopodobnie zrzuciłaby wszystko na klątwę. To byłoby bezpieczniejsze.  Gdyby zielarka nie dodała słów o bezpieczeństwie jej zdrowia, zapewne tak by zrobiła, lecz to zmusiło ją do refleksji. Jeśli kłamstwo miało nieść za sobą większe konsekwencje, wolała już zaufać do reszty Cath, dlatego po dłuższej chwili pokręciła delikatnie głową, w jej mniemaniu jasno dając znać, że chodziło o wiedźmie korzenie, a nie efekt czyjejś złośliwości lub karę za grzechy.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t463-topic
Badb Catha
Kolekcjonerka
avatar

Liczba postów : 31
Join date : 09/04/2017

PisanieTemat: Re: Chatka Shannon   Czw Lip 27, 2017 6:56 pm

Byłam gotowa. Mało tego - nie mogłam się doczekać. Pośpiech nie był jednak wskazany. W mojej głowie tworzył się już plan, któremu poświęcałam całą moją uwagę i skupienie, za nic na świecie nie chcąc pozwolić sobie na szereg czynności podpowiadanych przez mój wciąż zamroczony umysł. Nie chciałam wyjść w jej oczach na niepoczytalną, zwłaszcza, że miałam do odegrania całkiem ważną rolę. Stąpanie twardo na ziemi wychodziło mi do czasu, aż mnie dotknęła. Wtedy...
Odpłynęłam. Słyszałam ruch, lecz nie sądziłam, że zostanie on zwieńczony tym niespodziewanym gestem. Odwróciłam się gwałtownie. Może zbyt gwałtownie. Nie potrafiłam się dłużej powstrzymywać; najzwyczajniej na świecie ujęłam tę samą futrzastą dłoń, która spoczęła na moim ramieniu, a po moim odwróceniu się, zawisła w powietrzu. Kontrolowanie własnych emocji dawno nie sprawiało mi tyle kłopotu. Rozchyliłam lekko usta w niemym zachwycie, czując jak wszystkie uczucia, tak uporczywie przeze mnie skrywane, teraz wyciekają ze mnie jak z dziurawego naczynia. Przejechałam kciukiem po jej krótkich, wilczych włoskach, przyglądając się im tak intensywnie, pragnąć zagłębić się w każdym, najmniejszym szczególe. Całe szczęście, nie utonęłam w tym stanie do cna. Resztkami świadomości trzymałam się całego tu i teraz. Nie chciałam stracić takiej okazji.
Była w końcu najprawdziwszą czarownicą, co potwierdziła swoimi słowami. Dziewczyna taka, jakich wiele, różniąca się co najwyżej pochodzeniem. Nie mogłabym zgadnąć, sądzić o jej tajemniczej mutacji, ale to nie było dla mnie żadną nowością - widywałam zbyt wiele wiedźm, aby móc stwierdzić, że nie mają w sobie nic charakterystycznego wyłącznie dla tej rasy. Nie pozwoliłam sobie na dłuższe zamyślenie.
Improwizowałam; do mojej roli przejętej, skłonnej do pomocy zielarki dołączyła jawna ekscytacja, iście prowiedźmowa. Udałam, że wykonany gest był w pełni świadomy - zacisnęłam palce na dłoni kobiety mocniej, unosząc ją, przystawiając sobie do piersi i przyjmując ton charakterystyczny dla podniosłych chwil.
- Nie wstydź się tego. Wciąż jesteś piękna - mówiłam z gorącą fascynacją, wyjątkowo wypowiadając najszczerszą z prawd. Idealna w swojej postaci. - Jedynym czynnikiem zmuszającym mnie do pośpiechu i podjęcia prób zachowania twojej tajemnicy jest to, że w oczach świata widnieje ona jako grzech - wytłumaczyłam się w pośpiechu ze swojego niezbyt może łagodnego zachowania. - Nie bój się; w tej chwili, twoje bezpieczeństwo jest dla mnie najważniejsze. A twoje sekrety zaś nigdy nie opuszczą tej chatki - zapewniłam ją, kiwając głową. Chciałam dodać jeszcze kilka słów o dotrzymywaniu tajemnicy, zobowiązującej równie mocno, co w zawodzie lekarza, gdy za jej głową, samym kątem oka dostrzegłam spoglądającą na mnie twarz, wbitą w drewniane deski pomieszczenia. Śmiała się ze mnie, bezczelna suka.
Ostatkiem rozsądku uderzyłam gołą dłonią w stojący nieopodal regał, a nadchodzący ból i huk, jaki usłyszałam chwilę później, pozwoliły mi nie odpowiedzieć twarzy w drewnie wiązanką przekleństw. Tylko tego mi brakowało. Twarz zniknęła. Odetchnęłam z trudem, puszczając Nadię i objaśniając moje dziwaczne zachowanie skąpym komentarzem, śmiertelnie poważnym:
- Mole. Zjadają mi zioła.
Dawno nie doświadczyłam równie żenującej sytuacji. Odsunęłam się, udając, że nic się nie stało i wszystko rozegrane jest zgodnie z planem. Przeszłam do szykowania naparu, wstawiając wodę do ciężkiego, żeliwnego czajnika i umieszczając go nad żarzącym się wciąż drewnem w kominku. Poruszałam pogrzebaczem w popiołach, starając się wyciągnąć z paleniska jeszcze resztki życia. Odwrócona do niej tyłem, długo zbierałam myśli. Przemówiłam cicho:
- Możesz usiąść. Czuj się swobodnie - mruknęłam, zostawiając rozpalony ogień i przechodząc do szykowania ziół. Porwałam dwa gliniane naczynia z zastawy, jeden tajemniczy woreczek leżący w pudle pod stołem i zniknęłam we wnęce kuchni - nie chciałam, by widziała, co robię. Przyszykowałam ten sam zestaw, do którego sięgałam dzisiaj. Wkrótce popędziłam do salonu po gotującą się wodę. Jeden z kubków zalałam w całości tam, gdzie uprzednio nasypałam sproszkowanej na drobny miał mieszanki, dopasowując dawkę do postury i wagi Nadii. Wyglądała, jakby rozpuściła się w całości, pozostawiając jedynie brudnobiały kolor naparu. Mieszanina nie miała zapachu, lecz w smaku nikt nie mógłby uznać tego za rarytas. Zalałam również drugi kubek, zasypując go identyczną zawartością ziół, ale woda w tym przypadku sięgała nieco ponad dna. Wróciłam do salonu, w dłoniach dzierżąc tylko jeden kubek, ten pełny.
Parujące naczynie wypełnione po brzegi naparem postawiłam na stole, a następnie skinęłam na Nadię. Uśmiechnęłam się lekko, wyciągając się i sięgając po chochlę wiszącą przy suficie.
- Powinno zadziałać. Nie spiesz się, wątpię, by smakowało dobrze - wzruszyłam ramionami, pozwalając sobie skorzystać z darów, które przyniosła i nalewając do niewielkiego garnuszka pełną chochlę mleka. - Skorzystam z twoich darów, wypijemy razem. Do dna! - Coraz częściej pozwalałam sobie na beztroski ton i humor, gdy pierwsze zaskoczenie minęło. Obym tylko nie popadła w skrajność, odpływając, jak zdarzało mi się już zbyt często tego dnia. Wstawiłam mleko na ogień, przyglądając się jej badawczo. - Nie wiem, czego się spodziewać. Poznam, gdy będzie cię bolało, nawet bez słów. Wtedy mogę podać ci leki na sen. Nie bój się, już niedługo będziemy się z wszystkiego śmiały - niemal obiecałam, choć moje przypuszczenia miały prawo spełnić się szybciej niż sądziłam.
Wkrótce po dojrzeniu pierwszych bąbelków na tafli mleka, odjęłam naczynie od ognia, trzymając przez materiał sukni i chuchając intensywnie, aby nie wykipiało. Zniknęłam w kuchni, zaraz powracając z glinianym kubkiem wypełnionym gorącym mlekiem. I ziołami, czego Nadia już wiedzieć nie mogła. Nie brakowało mi stanu, jaki trzymał się mnie przez cały poranek, to raczej kwestia zachowania realnych wyników.
Zamierzałam się poświęcić dla dobra sprawy - nie chciałam dopuścić do żadnych nieścisłości. Działanie zażytych przeze mnie ziół wyraźnie mnie już opuszczało, co mogłoby sfałszować wyniki, których się spodziewałam. Nadia musiała odzyskać swoją formę wyłącznie za sprawą naparu przed nią, a nie moich mocy. Dlatego zamierzałam przytępić je, idąc sprawdzoną ścieżką. Żywiąc nadzieję, że tym razem uda mi się kontrolować wszelakie środki uboczne.
Usiadłam blisko niej, uśmiechając się promiennie i otaczając dłońmi mój kubek.
- Na działanie trzeba będzie poczekać. Nie dłużej niż dwa kwadranse, jak sądzę - udałam, że zgaduję. W rzeczywistości zapisałam moment pierwszych objawów, gdy tylko je dostrzegłam. Spodziewałam się jednak, że Nadia może zareagować inaczej niż ja. Nie przywykła do faszerowania się każdym z napotkanych chwastów, na szczęście dla niej. Mogła przeżyć to wszystko intensywniej. Albo nie przeżyć tego w ogóle. Dopuszczałam każdą opcję.
Postanowiłam skorzystać z ofiarowanej mi ciszy przed burzą, upijając pierwszy łyk najgorszego mleka, jakie kiedykolwiek piłam. Niczego nie dałam po sobie poznać, oblizując białe wąsy z uśmiechem.
- Widywałam gorsze przypadki. Ostatnio na moich rękach o mało nie dokonała żywota pewna dziewczyna, młodsza od ciebie. Za nic, nawet w obliczu śmierci nie chciała mi powiedzieć, co jest powodem jej dolegliwości... Współpraca jest ważna; bez zaufania mogłabym narobić więcej szkód niż pożytku - zaczęłam opowieść, popijając powoli mleko. - Nie uwierzysz, co było przyczyną... - urwałam, jakbym oczekiwała, że zgadnie, zupełnie zapominając, że umiejętności mowy Nadii nie mają się teraz najlepiej.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Nadia Vinogradova
Poszukiwaczka przygód
avatar

Liczba postów : 41
Join date : 19/05/2017

PisanieTemat: Re: Chatka Shannon   Nie Sie 13, 2017 6:06 pm

Zdziwiła się mocno i początkowo chciała cofnąć dłoń, gdy ta została ujęta i nagle Badb zaczęła się jej przyglądać z ogromem fascynacji. Znowu zapragnęła zapaść się pod ziemię, bo po kim jak po kim, ale po zielarce się tego nie spodziewała. Widziała to po jej twarzy, że nie chodziło tu o zwykłe zbadanie jej stanu, bo to zrobiła już wcześniej. Tym razem ciekawość wygrała z profesjonalizmem, czego Nadia po raz pierwszy doświadczyła w zachowaniu Cath. Teraz mogła już zacząć poważnie rozmyślać nad dołączeniem do Cyrku jako dziwoląg, kobieta-zwierzę, dzika i rozumna zarazem, o ile po drodze nie zatraci swojego człowieczeństwa i nie zostanie zamknięta w klatce. Odwróciła wzrok, żeby nie musieć patrzeć na to, jak najbardziej opanowana osoba jaką znała na chwilę całkiem porzuca pozory, aby przyjrzeć się fascynującemu przypadkowi.
Nieprzyjemne zwątpienie powoli mijało, z czasem gdy Badb przystawiła sobie jej dłoń do piersi i zaczęła ją pokrzepiać. Nadia nie wstydziła się tego, kim była. Było jej jedynie źle, że akurat teraz straciła panowanie i musiała prosić o pomoc Badb. Bała się, że nie wróci do swojej normalnej formy. Nie podobało jej się to, że ktokolwiek widział ją w tym stanie. Mimo wszystko zielarka zdawała się chociaż częściowo rozumieć jej lęk i - co najważniejsze - przyrzekła nie mówić nikomu o tym, co widziała, a to już było sporo. Rosjanka chciała jej podziękować i zapewne robiłaby to bardzo długo, gdyby tylko mogła teraz mówić jak człowiek zamiast posługiwać się wilczą mową. Pozostało jej jedynie przytulić kobietę, wtulić się w nią jak małe dziecko w swoją matkę. Czy istnieje bardziej prawdziwa forma podziękowania i okazania zaufania?
Huk. Ruda odskoczyła od Badb niczym spłoszona sarenka, aby zaraz przyjrzeć się badawczo regałowi, a następnie samej zielarce, sprawczyni całego zamieszania. Nawet nie doszukiwała się kłamstwa w jej zdawkowych tłumaczeniach, bo czemu miałaby to robić? Sama borykała się z problemem moli przegryzających ubrania i latających wokół suszących się ziół, chociaż siła, z jaką kobieta chciała zabić jednego drobnego owada była zastanawiająca. Przynajmniej nie musiała czuć się aż tak bardzo zażenowana, bo Nadia najwidoczniej nie chciała podważać jej słów, a nawet gdyby chciała, to nie miałaby jak.
Po dłuższej chwili faktycznie przysiadła na wcześniej zajmowanym krześle i przez chwilę obserwowała Cath, a gdy ta zniknęła, aby przygotować swój napar, odchyliła się do tyłu i westchnęła. Im dłużej pozostawała w takiej niekontrolowanej formie, tym bardziej się męczyła, zupełnie jakby nie siedziała w chatce, tylko biegała po całym lesie i goniła króliki. Już tak miewała, kiedy zbyt długo gościła w zwierzęcym ciele, lecz wtedy mogła w każdej chwili przestać używać magii. Teraz nie mogła i nie wiedziała, jak wytrzyma kolejne minuty czekania.
Prawdopodobnie to sprawiło, że gdy Badb wróciła z naczyniem pełnym parującego... czegoś, Nadia od razu się na to rzuciła, ignorując radę kobiety i nieprzyjemną woń naparu. Przeszkodą okazała się dopiero jego temperatura, toteż gdy napój poparzył dziewczynie język, ta powoli odstawiła go na stolik. Postanowiła poczekać, ale tylko chwilkę, a później wypić wszystko duszkiem. To też zrobiła po paru minutach, gdy Cath ściągnęła z ognia mleko i po chwili wróciła z pełnym jego kubkiem. Wydawało jej się, że wyczuła w tym mleku coś jeszcze, ale zwaliła to na napar, który teraz trzymała w dłoniach tuż przy pyszczku. Po chwili, gdy już opanowała skuteczny sposób picia jako pół-wilczyca, faktycznie opróżniła kubek, niezrażona okropnym smakiem, bo nie takie rzeczy przecież pijała. Bardziej wystraszyły ją wcześniejsze słowa zielarki, te o bólu i braku pewności co do efektów, ale to nie miało teraz znaczenia. Dużo gorzej chyba nie mogło być.
Początkowo nie czuła się jakoś inaczej. Nic dziwnego, skoro mogło minąć dopiero pół godziny, zanim cokolwiek zacznie się dziać. Dlatego początkowo była w stanie jako tako prowadzić konwersację z Badb, raczej na zasadzie potaknięć i kręcenia głową, chociaż ciężko było jej się skupić. W głębi duszy cieszyła się, że zaufała zielarce, więc może nie skończy jak tamto dziewczę, którego historia tak zaintrygowała Nadię, iż energicznie zaprzeczyła, gdy została zapytana o przyczynę. Po części dlatego, że nie mogła odpowiedzieć, ale też dlatego, żeby kobieta jak najszybciej kontynuowała historię.
Ból przyszedł nagle po zaledwie kilkunastu minutach. Uderzył w głowę, aby potem rozpłynąć się nieprzyjemnym ciepłem po całym ciele, wciąż jednak jakby chcąc wywiercić dziurę w jej czaszce. Syknęła boleśnie, żeby zaraz potem złapać się jedną dłonią za głowę i poczuć, że nogi się pod nią uginają, a całe ciało nieco zwiotczało, zupełnie jak gdyby była mocno pijana i traciła władzę nad własnymi kończynami. Świat zawirował, a Nadia pochyliła się powoli i podparła zwieszony łeb na dłoniach, palcami przeczesując rude kosmyki. Zamknęła oczy, ale nawet pod przymkniętymi powiekami świat zdawał się wirować. Czuła, jakby zaraz miała osunąć się z krzesła, dlatego, zaraz jedną ręką kurczowo chwyciła się siedzenia. Rosjanka, zbyt zajęta pulsującym bólem czaszki i próbami utrzymania się w miejscu, całkowicie nie zwróciła uwagi na to, że sierść z jej dłoni zaczęła powolutku zanikać, a pazury skracać się.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t463-topic
Badb Catha
Kolekcjonerka
avatar

Liczba postów : 31
Join date : 09/04/2017

PisanieTemat: Re: Chatka Shannon   Wto Sie 15, 2017 6:31 am

Biedny, niecierpliwy Lisek. Z żalem obserwowałam jej desperackie poczynania, jakby każda z oddzielnych sekund w tymże ciele była torturą. Nauka była jednak warta jej bólu, nawet jeśli nie mogła wiedzieć o podjętej przeze mnie samolubnie decyzji. Wynagrodzę ci to, Lisku. Zakończę twoje cierpienia, gdy cię przerosną, obiecuję. Łagodnym ruchem dłoni wzniosłam toast mlekiem za to co nas czekało. Niech Bogowie mają nas w opiece.
Nie kazałam jej dłużej czekać na dalszy ciąg lekko ubarwionej opowieści, kontynuując ją wkrótce po odjęciu od ust kubka, uśmiechając się, jakbym piła najlepszej jakości wino. Zaraz oblizałam usta, nie chcąc tracić ni kropli. Nie spieszyłam się, choć wyczekiwałam pierwszych objawów z utęsknieniem. Nie było sensu się denerwować, zerkać co chwila na zegarek. Jak podczas burzy, nie oczekiwałam kolejnego piorunu. To było nieuniknione. Odetchnęłam, ogrzewając palce i przemówiłam spokojnie, wzrok wlepiając w zwierzęce oczy Nadii.
- Była pokojówką w jednym z bogatszych gospodarstw pod miastem. Dziewczyna piękna jak sen, lecz miała paskudny nawyk... - mówiłam, pochylając się lekko, tworząc tajemniczą atmosferę. Nie wiem, na ile mi się udało. Odpłynęłam na krótki moment, odstawiając naczynie i zaciskając paznokcie wewnątrz dłoni. Mocno. Ból pomagał w pozostaniu na stabilnym gruncie. - Gdy przywieziono ją do mnie, ledwie oddychała. Twarz miała siną, oczy czerwone. Każde jej słowo wymagało o niej niemożliwego wysiłku, a jednak na każde z moich pytań mających dowieść prawdy, zarzekała się: "nie wiem", marnując cenny jej tlen. Objawy pasowały do wielu przypadków. "Nie wiem" przeszło w "nie powiem", gdy zapewniałam ją, że nie przeżyje kolejnej godziny. Pękła, gdy było już niemal za późno. Ledwie rozumiałam jej słowa. Okazało się, że regularnie podkradała wino z barku swojej pani, lubując się w wcale drogich trunkach. Jej pani zaś nie była ślepa. Postanowiła sprawdzić, kto jest złodziejem, najszybszą z możliwych dróg, jako że jej służba liczyła kilkanaście osób. Skojarzyłam fakty... To ja dałam pani domu zioła na problemy z wątrobą. Kropla w szlkance wody, mówiłam. Śmiertelne w dużych dawkach, ostrzegałam. Nigdy nie słuchają. Ona posłuchała, wykorzystując to w możliwie okrutny sposób... - zapadłam we wspomnienia; przed oczyma stanęło mi upokorzenie, jakie musiała znosić wtedy dumna służąca. Musiała zniżyć się do prawdy, wyciągając na wierzch cały swój brud. - Wiedziałam, jak zareagować. Przeżyła, ale... - przerwałam, milknąc, gdy dostrzegłam grymas bolu wykrzywiający twarz Nadii.
Zaczęło się. Zerknęłam na zegar, odnotowując w głowie godzinę. Proces przebiegał inaczej niż u mnie, co było wiroczne na pierwszy rzut oka. Moje przekleństwo odchodziło bezboleśnie, ale cóź się dziwić - ona cała była magią, widoczną w każdym calu.
Zmieniała się. A ja po raz kolejny odrzuciłam moje zwyczaje i podążyłam za chwilą fascynacji, jakbym chciała nasycić się resztkami zachodzącego słońca, nim zniknie ono za horyzontem. Poderwałam się z miejsca, pochylając się nad Liskiem, podziwiając zmiany zachodzące w oczach, co było jeszcze bardziej zjawiskowe od zastania gotowych efektów. Nie potrafiłam zamknąć rozchylonych warg. Wolę nie wiedzieć, jak kretyńsko wyglądałam. Przynajmniej powstrzymałam się od kolejnego dotyku, a chęć poczucia zanikającej magii pod swoimi palcami stawała się niemożliwa do przezwyciężenia.
Udało mi się wyprostować po wielu próbach. Odsunęłam się niechętnie, ogranczając czas bez spoglądania na nią do minimum. Sięgnęłam po pióro i notes, otwarty na kartce, na której zapisywałam swoje urwane obserwacje minionego poranka. Obdarzyłam ją twardym, konkretnym tonem:
- Powiedź, co czujesz, gdy tylko będziesz w stanie. - Najpierw obowiązki, później przyjemności. Oddzieliłam kreską na papierze poprzednie zapiski, patrząc wprost na nią spisywałam szczegóły takie jak godzina, czas działania i obserwacje, którym w tym momencie miałam setkę.
Nie wiem, czego oczekiwałam. Chwilę temu byłam rozemocjonowana i gotowa do największych poświęceń w imię nauki, a teraz... Pod moim piórem, przy użyciu mojej ręki... Malowałam kwieciste szlaczki. Góra. Dół. Tulipan. Cholera! Złość mną zawładnęła, z warknięciem gwałtowbie odwróciłam się, aby cisnąć moim cennym notesem, celując w okno, mając ochotę pozbyć się go na dobre. Zaciągnięte zasłony skutecznie uniemożliwiły mu lot na ganek, więc kartki oprawione skórą wylądowały z cichym plaskiem na dywanie.
Kurwa. Traciłam pomysły, aby się z tego wyłgać. Niepewnie zerknęłam na Nadię, jakbym miała nadzieję, że przegapiła ten chwilowy napad szału. Niemożliwy do przegapienia. Musiałam się uspokoić. Paznokcie na wnętrzy mojej dłoni orały skórę. Czy to pora liczyć do dziesięciu? Jeden. Dwa. Trzy. Chochlik. Tulipan. Kurwa. Kurwa. Kurwa.
Uderzyłam otwartą dłonią w czoło, zaraz zanosząc się śmiechem. Zaczęło działać i na mnie. Czułam zbliżającą się falę, która pochłonie mnie tak, jak uczyniła to ostatnio. Wyszeptałam jeszcze, jakby to były moje ostatnie słowa:
- Nie jestem dziś sobą. Księżyc w trzeciej kwadrze, sama rozumiesz. - Gdybym myślała odrobinę trzeźwiej, z pewnością zastanowiłabym się, dlaczego po wypowiedzeniu tych bredni, nie trafił mnie piorun lubbnie umarłam ze wstydu. - Jak się czujesz, Lisku? Czy to już pora świętować? - zapytałam, gryząc się w język, by nie dodać po tym nic głupszego. Wiedziałam, że wkrótce nie powstrzymam się wcale; to piekło miało się dopiero rozpocząć. Znacznie przeliczyłam własne możliwości.
/post pisany z tele, proszę o wyrozumiałość ;n;

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Nadia Vinogradova
Poszukiwaczka przygód
avatar

Liczba postów : 41
Join date : 19/05/2017

PisanieTemat: Re: Chatka Shannon   Sro Sie 23, 2017 11:21 am

Nadia pragnęła efektów już teraz, zaraz, toteż nawet czekanie na dalszą część opowieści strasznie jej się dłużyło. Bujała się lekko na krześle i patrzyła uważnie na Badb, próbując skupić na nią całą swoją uwagę i uważnie słuchać, żeby zapomnieć o tym, co teraz się działo. Co do samej historii, dziewczyna nie rozumiała, jak można być tak okrutnym i wykorzystywać leczące zioła, aby ukarać kogokolwiek za cokolwiek. Zaczęła się też zastanawiać, ilu zielarzy sprzedawało swoje specyfiki ludziom, którzy następnie wykorzystali je do złych celów. Czasem była to przecież najlepsza droga do zdobycia gotowej i sprawdzonej trutki.
A później przyszła fala bólu i nie było czasu na zastanawianie się nad czymkolwiek, prócz tego, czy przeżycie takiej kuracji zmniejszającej ilość magii jest w ogóle możliwe. Czuła się bowiem tak, jakby ją otruto i zostało jej góra piętnaście minut życia, zanim jej mięśnie całkiem zwiotczeją i osunie się martwa na podłogę. Czuła, że Badb nad nią stoi i ją obserwuje, więc nic złego nie powinno się stać, a dodatkowo przecież wiedziała, iż to może zaboleć, lecz mało ją to teraz pocieszało. Była spanikowana i z ogromnym trudem utrzymywała resztki świadomości.
Czuła jednak zachodzące zmiany i uciekającą magię. Jej skóra była coraz gładsza i pozbawiona włosków, pysk skracał się, jednak o wiele za wolno, aby mogła ogłosić zwycięstwo. Poproszona o relację, miała dziką ochotę rzucić się na zielarkę i zrobić jej krzywdę. Jakim cudem miała powiedzieć cokolwiek? W odpowiedzi zawyła krótko, próbując dać jej do zrozumienia, jak głupi to jest pomysł. Dopiero po dłuższej chwili spróbowała ponownie, w przerwie między kolejnym uderzeniem bólu i otumanienia. Z początku brzmiało to jak głos z piekieł, dźwięk dzikiego zwierzęcia samego Lucyfera, jednak z każdym słowem zdawał się być coraz bardziej ludzki, aż wreszcie nabrał cech głosu Nadii ze śpiewnym akcentem na czele.
- Boli... Czuję, że tracę zmysły, zaraz chyba zemdleję...
Spojrzała błagalnie na Cath i jakie musiało być jej przerażenie, gdy zobaczyła, jak ta cisnęła swoim notesem w stronę okna. Całym jej ciałem targnął dreszcz, a Nadia zacisnęła palce na materiale sukienki. Wszystko na marne, nawet ona nie wie, co robić... Zaczynała godzić się z własną śmiercią, bo uznawszy gest Badb za akt gniewu z powodu porażki. Cóż innego mogło wzbudzić w niej tak silnie negatywne emocje?
Kostucha jednak nie przychodziła, nie zapukała do drzwi chatki ani nie ukazała się dziewczynie jako stara kobieta z kosą. Zamiast tego Rosjanka ze zdumieniem spostrzegła, jak zmienia się jej ciało. Z pyska nie pozostało już nic, a jej twarz zdawała się wrócić do normalności, tak samo jak dłonie. Sięgnęła ręką do tyłu i przejechała po miejscu, z którego wcześniej wyrastał ogon, po którym teraz nie było śladu. Z jej oględzin wynikało, że pozostały jedynie rogi, teraz nieśmiało wychylające się spod rudej czupryny.
- Bozhe moy... - szepnęła wreszcie w sposób całkowicie ludzki. Dopiero teraz zdjęła ze swoich ramion spódnicę Badb i odwiesiła ją na oparcie krzesła.
Spojrzała na kobietę i przeszedł ją dreszcz, kiedy ta zaniosła się śmiechem. Przerażał ją i napawał niepokojem. Obawy narosły, gdy ta zaczęła mówić bzdury i zachowywać się całkowicie inaczej, niż zazwyczaj. To nie była Badb jaką znała. A co jeśli cała ta złośliwa magia przeszła z Nadii na Cath? Ruda zepchnęła tę myśl na bok. To byłaby jedna z gorszych rzeczy, jakie mogły im się teraz przytrafić.
- Jest w porządku, chyba... Jak ty się czujesz? - zapytała i podniosła się z krzesła, żeby sprawdzić dłonią, czy zielarka nie ma może gorączki i nie potrzebuje pomocy. Nie było jej jednak dane dojść do niej i tego sprawdzić, bo dość szybko straciła równowagę i wywaliła się o własne nogi. Próbowała złapać się fartucha Badb, ale to nie uchroniło jej przed upadkiem na deski podłogi. Syknęła i zaczęła rozmasowywać obolałe biodro, gdy usłyszała złośliwy chichot, dochodzący jakby znikąd. Rozejrzała się nerwowo po pomieszczeniu i wtedy dojrzała to: chochlika chowającego się za nogą krzesła, na którym przed chwilą siedziała i śmiejącego się z niej.
Bezczelna bestia.
Zdenerwowana kopnęła stołek, a istota zniknęła. Nadia zamrugała parokrotnie, lecz wszystko zdawało się wrócić do normy. Częściowo, bo dalej miała wrażenie, jakby siedziała na płynącym podczas sztormu statku.
- Cath, blyat, czemu hodujesz w domu znikające chochliki? - warknęła na zielarkę, aby zaraz zakryć usta i zarumienić się. Jakim cudem mogła być tak niemiła i jeszcze przeklinać na Bogu ducha winną kobietę? Miała wrażenie, że wciąż nie jest do końca sobą, mimo że jej ciało wróciło do poprzedniej formy i wcale nie czuła się inaczej niż zwykle. A jednak... coś tu było nie tak.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t463-topic
Badb Catha
Kolekcjonerka
avatar

Liczba postów : 31
Join date : 09/04/2017

PisanieTemat: Re: Chatka Shannon   Czw Sie 24, 2017 3:06 pm

Obiecywałam sobie zareagować, załagodzić jej cierpienie. Tyle pamiętałam. Sekundę później wlepiałam w nią spojrzenie, marszcząc brwi i usiłując przypomnieć sobie, co to ja miałam uczynić... Podlać kwiaty? Tak, chyba to miałam na myśli...
I zapewne wstałabym po blaszaną konewkę z deszczówką, gdyby nie pytanie Nadii, które zajęło mnie do reszty. Musiałam przemyśleć odpowiedź. Stałam więc w miejscu, zaglądając wgłąb siebie, aby ocenić, co czułam w danej chwili. Niepokój mieszał się z podejrzaną euforią, jakbym oczekiwała wybuchu fajerwerków, które w następnej kolejności mogą spalić do zgliszczy moją niczemu winną chatkę. Chyba powinnam... uspokoić się? Dlaczego miałabym...?
- Moje serce mocno bije - szepnęłam konspiracyjnym szeptem. - Też... Też to czujesz? Bogowie nas opuścili... - otworzyłam oczy, rozglądając się z przerażeniem dookoła. Nadchodzący upadek Nadii tylko potwierdził moje słowa. Szarpnęła mój cenny fartuch, zrywając go w pasie i sprawiając, że część jego zawartości wysypała się. Ususzone zioła, czy świeże owoce czarnych jak krucze pióra jagód, bynajmniej nie służące leczeniu jakiejkolwiek przypadłości. Ewentualne zagrożenie, jakie za sobą niosły, przyprawiło mnie jedynie o rozbawienie. Roześmiałam się w głos, za nic na świecie nie potrafiąc opanować chichotu - chyba nawet zagłuszając stworzenie, które Nadia posądzała o powód jej potknięcia. Śmiałabym się zapewne bez końca, gdybym nie została brutalnie uświadomiona.
- CHOCHLIKI!? - ryknęłam z przerażeniem, zupełnie zapominając o reszcie świata i całkiem istotnym fakcie, że wcale nie jestem hodowczynią jakiejkolwiek rasy tych stworzeń. - Szybko! Pomóż mi je złapać!!! - krzyknęłam w głos, natychmiast padając na kolana, by znaleźć się na poziomie Nadii i chochlików. Musiałam zaprowadzić je do łóżek przed świtem, inaczej rozpierzchną się na dobre!
Sięgnęłam po włóczkę wełny leżącą w pudle pod manekinem, natychmiast wręczając ją mojej towarzyszce niedoli (jako przecież niezbędny przedmiot do walki z chochlikami), podchodząc do niej na czworaka. Sama ujęłam w dłoń drewnianą łyżkę, gotowa na walkę do ostatniej kropli krwi.
Zamarłam. Wypatrywałam najmniejszego drgnienia, niemal zlewając się z mrokiem domostwa. Musiałam myśleć jak chochlik. Stać się chochlikiem. Tak... Co zrobiłabym, gdybym była chochlikiem...? Cholera! Wiem! Zerwałam się, wracając zszokowanym spojrzeniem do Rosjanki. Widziałam do doskonale. Siedział w jej rudych włosach. Zrobiłam wielkie oczy.
- Widzę go... Spokojnie, Lisku. Tylko... spokojnie. Ani drgnij... - uniosłam nawet ręce w uspokajającym geście, zbliżając się powoli na kolanach. Rzuciłam się na nią znienacka, zapominając nawet o istnieniu trzymanej przeze mnie śmiercionośnej broni, drewnianej łyżki. Nim jednak zdążyłam po niego sięgnąć, rozpłynął się w powietrzu, aż z moich ust wydarł się okrzyk oburzenia.
- Małe cholery! Istna plaga, robią mi dziury w pończochach, zawsze!!! - wyklinałam, czując jak zalewa mnie gorąca nienawiść. - Wszystko przez te durne kozy! - wykrzyczałam jeszcze, nagle obdarzając wzrokiem bańkę z mlekiem, przyniesioną przez Nadię. Doznałam brutalnego olśnienia. - Kozie... mleko... - wysapałam z szokiem wymalowanym na twarzy, nie potrafiąc pogodzić się z tak wielką zdradą. - I ty przeciwko mnie, Brutusie!? Chciałaś mnie otruć!? - zawołałam, zaczynając autentycznie kaszleć i ściskać się za gardło.
Moje chwile były policzone.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Nadia Vinogradova
Poszukiwaczka przygód
avatar

Liczba postów : 41
Join date : 19/05/2017

PisanieTemat: Re: Chatka Shannon   Sob Paź 14, 2017 1:12 pm

Będąc już na podłodze u stóp Badb, upstrzona różnymi ziołami, które wypadły z jej fartucha, spojrzała na zielarkę ze zdumieniem. Nigdy jeszcze nie widziała, aby ta wprost pokazywała swoje negatywne emocje, tym bardziej strach. Jej głośne bicie serca też było niepokojące, jednak nie to przykuło uwagę rudej, tylko słowa kobiety, które niezwykle ją oburzyły.
- Nie mów tak, bo batyushka usłyszy i wygoni nas z cerkwi i nie pójdziemy do Nieba! - powiedziała głośniej, niż początkowo planowała, patrząc na Cath błagalnie. Rodzice będą zawiedzeni, a wszystko przez tę zielarkę! Ale postanowiła jej wybaczyć, bo przecież ta tylko próbowała pomóc i pewnie się przestraszyła. Każdy by się przestraszył widząc Nadię w takim stanie.
Przez chwilę kompletnie nie wiedziała, co się właściwie dzieje, aż usłyszała przestraszony krzyk. A tak, chochliki. Znowu słyszała ich szyderczy śmiech gdzieś z tyłu swojej głowy, a jeden nawet postanowił pokazać się wśród suszonych pod sufitem ziół, więc wkurzona Nadia rzuciła w niego garścią czarnych jagód, które rozsypały się na podłodze podczas jej upadku.
- Nie złapiemy ich. One latają pod sufitem i są śliskie - odpowiedziała zrozpaczona, czując, że zawodzi Cath. Gdy jednak ta podała jej włóczkę, ruda na nowo odzyskała nadzieję i już nawet układała w głowie plan.
- Ty je ogłuszysz, a ja zwiążę i damy je Fenrisowi na pożarcie! - powiedziała i zaśmiała się niekontrolowanie i całkiem szalenie. Czuła się jak geniusz, geniusz zła, władca chochlików i ich najgorszy oprawca.
Zamarła po chwili, dostosowując się do rozkazów Badb. Już nie była wspaniałym chochlikobójcą, tylko zwykłą trzęsidupą. Jej przerażony wyraz twarzy mówił tylko jedno: "zabijgozabijgozabijgoszybko". Była tak spanikowana, że gdy zielarka się na nią rzuciła, przytuliła się do niej jak mały dzieciak, ciesząc się, że już jest chyba po wszystkim, a dzielna Cath ją uratuje. Zwątpiła dopiero w momencie, gdy kobieta zaczęła się drzeć. Ostrożnie ją puściła i odsunęła się do tyłu. W samą porę, bo zaraz po tym została oskarżona o próbę otrucia, co przyjęła do siebie bardzo poważnie. Zakryła usta dłonią, ze zdumieniem patrząc na bańkę z mlekiem.
- Nie chciałam cię otruć! Mateczka mówiła, że jest świeże i dobre, sama doiłam Katyushę! - krzyknęła, podnosząc się z podłogi. - Jak mogę ci pomóc? Podać ci szklankę wody zanim umrzesz? - wypytywała, wymachując rękami, aż wreszcie chwyciła naczynie z mlekiem i nalała je do glinianego kubka, który następnie podała kobiecie. - Raz ci zaszkodziło, to teraz na pewno pomoże. Taka... odtrutka! - powiedziała i odsunęła się kawałek w bok, żeby móc obserwować, czy jej wspaniały pomysł na cokolwiek się zdał. Jeśli nie, to będzie musiała znaleźć łopatę i zacząć kopać Cath ładny grób, a później sprowadzi księdza.
Nie mogę tego zrobić, bo to ja ją zabiłam!
Naprawdę lepiej byłoby, gdyby Badb jednak przeżyła to otrucie, bo w przeciwnym razie Nadia już była gotowa do ucieczki do Rosji, aby tam ukrywać się do końca życia.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t463-topic
 
Chatka Shannon
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Chatka Gajowego
» Chatka nad jeziorem
» Chatka maga
» Chatka Świąteczna
» Chata szalonego szamana

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Lasy :: Ponury bór-
Skocz do: