IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Sala audiencyjna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Sala audiencyjna   Sro Lis 22, 2017 9:17 pm

First topic message reminder :

Ludzie mają okropną manierę przyzwyczajania się do okoliczności. Wtapiania się w środowisko, które jeszcze nie tak dawno temu zdawało się być niemożliwym do zniesienia piekłem. Nienawiść miarowo otępieje, oddając miejsca szarej bierności. Bierności, w której poczucie obrzydzenia do własnej osoby pojawia się coraz rzadziej, z czasem zanikając całkowicie. Człowiek jest zdolny przywyknąć do wszystkiego, nawet do najpodlejszych warunków.
I jemu z czasem przestało zależeć. Patrzył niewidzącymi oczyma na przewijające się - jak na taśmie w fabryce - ciała wiedźm. Nie czuł niczego. Robił swoje, z czasem nawet uznając krzyki cierpienia za drażniące, jakby ich wina leżała wyłącznie po stronie kobiety, wobec której stosowano przemoc. Nienawidził się za to coraz rzadziej, z ulgą przyjmując otaczającą go obojętność.
***
- Jak ty to robisz...? - westchnął z niemożliwym podziwem, oczy wlepiając w skończony obraz kobiety odwróconej tyłem.
Lynn odgarnął włosy z czoła, ręce zostawiając na głowie, nie potrafiąc się nadziwić wszelakim detalom obrazu. Kobieta jak żywa. Piękna, delikatna, subtelna jak marzenie. Ideał. Gdyby spotkał taką w rzeczywistości... Serce aż zabiło mu mocniej.
- Chodzi ci o technikę...? - skrzywił się Amon, z trudem ukrywając dumę, napawając się zadziwieniem Lynna.
- Nie... Czy w rzeczywistości w inkwizycji nie ostała się żadna panna, do której się nie dobrałeś? - jęknął głucho, czując, że jest na etapie zielenienia z zazdrości.
***
Po wygłoszonej przemowie dla rozpoczynającego akademię rocznika Amon z pełnym wdziękiem zeskoczył z podestu. Dałby sobie rękę uciąć, że widział łzy wzruszenia w oczach Goldenmayera siedzącego w pierwszym rzędzie. Usiadł z tuż obok z nonszalancką miną, wzrokiem odnajdując stojącego w oddali Lynna, który natychmiast kiwnął kłową w pochwalnym geście. Nie zdążył wyszczerzyć zębów do przyjaciela, gdy poczuł na swoim ramieniu łagodny uścisk.
Jeden z profesorów pomylił się w stronę Amona, mówiąc przyciszonym głosem:
- Wspaniała przemowa. Wyświadczyłeś całej akademii przysługę. Czy istnieje sposób, abym mógł ci się odwdzięczyć?
Amon już miał zaprzeczać gorąco, odgrywając dalej swoją rolę aniołka i przykładnego balsamisty, gdy jego wzrok ponownie padł na postać Lynna, wsłuchującego się już w kolejne z przemówień. Wtedy zastanowił się, mrużąc lekko oczy. Odpowiedział w zamyśleniu.
- Dziękuję... i właściwie tak, mam drobną prośbę... - odpowiedział, zaraz przechodząc do tłumaczenia, co dokładnie chodziło mu po głowie.
***
Chodził za nią, podczas gdy rozwieszała śnieżnobiałą pościel na lnianych sznurkach w ogrodzie. Ani myślała przerwać swojego obowiązku, z niezwykłą sprawnością rozciągając pościel na rozpiętość rąk, nie zatrzymując się i znikając za powiewającymi na wietrze materiałami, nim zdążył skończyć wypowiedź.
Lynn przedzierał się przez mokre tkaniny, z największym zaangażowaniem opowiadając o delikatnych zmianach w swojej szarej codzienności. Ledwie zdążył znaleźć Lilly z koszem do połowy wypełnionym praniem, gdy ta znikła w kolejnym rzędzie, jakby robiąc mu na złość.
- I zgodził się, wyobrażasz to sobie!? - zawołał, przechodząc pod sznurkiem, z uwagą przyglądając się pracującej dziewczynie z założonymi rękami. - A pamiętasz, jak wyglądało to na moim balu? - zachichotał, najwyraźniej w końcu godząc się z losem i potrafiąc się śmiać z niezrozumiałej mu sytuacji. - Ciekawe, jak radzi sobie Samantha...
Jej usta zacisnęły się w wąską kreskę. Nie powstrzymała się od komentarza, lecz nie przerwała pracy:
- Chyba nie zamierzasz płaszczyć się przed tą tępą jak stado pędzących imadeł ksantypą? Siksa zatrzymała się w rozwoju jakąś dekadę temu, jestem tego pewna - prychnęła złośliwie, nie szczędząc niczego pięknej Samanthcie.
Lynn zamierzał bronić swojej dawnej ukochanej, ale uśmieszek wpełzający na jego twarz odebrał mu do tego prawo. Poddał się, wpatrując się uważnie w twarz Lilly.
- Nie zamierzam jej zapraszać, wciąż jest na mnie obrażona... - mruknął, niby ze zmartwieniem, lecz pogodny wyraz twarzy chłopaka znacznie psuł to wrażenie. - Myślałem bardziej o zaproszeniu ciebie, Lil... - powiedział od niechcenia, kątem oka wypatrując reakcji dziewczyny.
Nie pomylił się, wkrótce usłyszał jej ostry wybuch śmiechu. Podniosła wiklinowy kosz z ziemi, wolną ręką ocierając kąciki oczu, w których wezbrały się łzy rozbawienia. Otworzyła usta, by mu odpowiedzieć, lecz gdy jej wzrok przeniósł się na poważną twarz Lynna, zrozumiała jedno.
- Och. Ty nie żartujesz.
Spoważniała, znikając w kolejnym rzędzie rozwieszonego prania. Umyślnie albo nie, odrzucając mokry materiał wprost na podążającego za nią Lynna.
- Nie żartuję. To doskonały pomysł! Ty zobaczysz jak to jest, a ja będę miał z kim iść. Brzmi świetnie, prawda?
Spojrzała na niego z uniesioną brwią, w żadnej z zasłyszanej historii nie słysząc o mniej romantycznym geście. Jego pomysł był na tyle absurdalny, że nawet przypadł jej do gustu. Mimo to łaskawie zatrzymała się na krok, odpowiadając z rozbawieniem:
- Puknij się w głowę, Lynn.
Nie zamierzał tak łatwo odpuścić:
- Wszystkim się zajmę, naprawdę. Przysięgam ci, że nie będziesz żałowała. Będziesz znała Amona i Matta... - Wyraźnie tego nie przemyślał, rzucając argumentami, które zdecydowanie do nie niej nie przemawiały.
- Lynn... Ja nawet nie potrafię tańczyć. - Zdecydowała  się na wyznanie z najwyższym wstydem, jakby to miało zakończyć ten żenujący dialog.
Spojrzał na nią, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu. Fakt, to mogłoby pozostać problematyczne.
- Idealnie. Zawrzyjmy więc pewną umowę... - uśmiechnął się niecnie.
***
Podzielił się z przyjaciółmi nowiną podczas przerwy obiadowej, na jednej z ławek na błoniach. I natychmiast tego pożałował.
- CO!? - wykrzyknął ze zdumieniem blondyn, co Lynn przyjął ze stoickim spokojem, spodziewając się dokładnie takiej reakcji. Zdziwienie... to za mało powiedziane. Amon przeżywał najprawdziwszy szok. - Zaprosiłeś Lilly!? Idziesz na bal z własną służką!? - zasypywał przyjaciela masą pytań, na które ten nie miał najmniejszego zamiaru odpowiadać. Powiedział raz, co w zupełności wystarczyło. Najwyraźniej wszyscy przyjęli do wiadomości.
Amon nieco ochłonął, opadając na oparcie ławki, lecz jego wyraz twarzy nie wrócił do normy. Dodał już ciszej:
- Większym frajerstwem wyłącznie byłoby pójście ze swoją siostrą albo kuzynką... - jęknął, kręcąc z politowaniem głową. Nagle podskoczył lekko, najwyraźniej łapiąc pewną myśl. Zamrugał prędko, obracając się w stronę Matta. - Przepraszam... Ty chyba nie idziesz z własną kuzynką, co nie...? - zapytał niepewnie, po tym, co powiedział mu Lynn, gotów już na wszystko.
***
Nie mieli najlepszych warunków. Tańczyli w wolnych chwilach do melodii nakręcanej pozytywki, zagłuszanej częściowo przez szelest ich ubrań i tupotu pozbawionych butów stóp. Gdyby tylko to było ich jedynym problemem! Nie, oni zwyczajnie... nie pasowali do siebie.
Lynn stawiał wyuczone, perfekcyjne co do cali kroki. Lilly zaś zdawała się na intuicję, wyczucie płynącej melodii, podpowiadającej jej, co powinna uczynić. W tańcu, jak i na wielu innych płaszczyznach - nie potrafili się dogadać.
Syknęła, gdy zdeptał jej stopę, natychmiast rzucając mu płomiennie, pełne złości spojrzenie.
- Idiota! Przestąpiłeś przed wybiciem taktu! - oskarżyła go, najwyraźniej tracąc cierpliwość. - Uczysz się tańczyć na pamięć!? - zapytała wściekle, nietrafnie chcąc go urazić, nieświadoma, że trafiła w samo sedno.
Zacisnął wargi w cienką kreskę.
- Krok do tyłu, krok w lewo, powtarzałem ci to pięćset razy... - próbował się bronić, lecz Lilly za nic miała już jego słowa, twierdząc, że musi wracać do pracy.
Nie wiedział jeszcze, że w tańcu nieistotna jest wiedza. Z tego powodu też nie odczuwał w czynności cienia satysfakcji. Nie spodziewał się, że to on jest tym, kto posiada jakiekolwiek braki.
***
W niewinnych wyobrażeniach Lynna cały plan zabrania ze sobą Lillianne wydawał mu się znacznie prostszy. Problemy nastręczały się z czasem, nie wspominając już nawet o nauce tańca, która była ponad ich siły. Młody Cavendish nie znał się na wyborze odpowiedniej sukni. W żadnym stopniu. Ubierał to, co mu polecono. Dlatego też, powierzył to ważne zadanie  odpowiedniej osobie.
Osobie, która zareagowała zupełnie inaczej, niż Lynn się tego spodziewał. Doprawdy, na co on liczył...?
Alcester wyglądał tak groźnie, że Lynn odruchowo zasłonił własnym ciałem Lillianne. W pracowni rozległ się podniesiony, twardy głos:
- ŻE CO PLANUJECIE ZROBIĆ!? - wydyszał, ciemniejąc wyraźnie na twarzy.
- Zaprosiłem Lilly. Pójdziemy razem na...
Nie dał mu skończyć.
- SŁYSZAŁEM ZA PIERWSZYM RAZEM, CHŁOPCZE - mówił dalej przez zaciśnięte zęby, aż stojąca przed nim para mogłaby zastanowić się, jak to jest w ogóle możliwe. Mogliby, gdyby tylko nie sparaliżował ich strach, a ich myśli nie zostały pochłonięte przez chęć ucieczki. - Jestem ślepy, nie głuchy! - dodał jeszcze, wpadając w szał.
Starszy mężczyzna zamknął oczy, najwyraźniej próbując uspokoić oddech. Kosztowało go to wiele wysiłku. Zebrał się w sobie i twardym, konkretnym głosem przemówił:
- Nigdzie razem nie pójdziecie. Miejsce Lillianne jest tutaj. A tobie nie wypada pokazywać się w takich okolicznościach... z własną służącą. - Ostatnie ze słów ledwie przecisnęły mu się przez gardło. Nie spodziewał się tak debilnego aktu ze strony swojego podopiecznego, dlatego też był podwójnie zdenerwowany, jako że musiał tłumaczyć mu tak oczywiste fakty. - Wybijcie to sobie z głowy - zakończył wywód.
Nie stracili zapału. Lynn otwierał już usta, by się przeciwstawić, gdy stojąca obok dziewczyna wychyliła się przez jego ramię, nieco piskliwie broniąc swoich racji.
- Nikt się nie dowie! Nie przyniosę paniczowi wstydu!
Mogłaby zarzekać się na największe świętości, jednak Alcester pozostawał niewzruszony. Nie miał zamiaru z nią dyskutować. Zignorował jej dziecinne argumenty, jak i całą jej osobę, wzrok przenosząc na młodego Cavendisha.
- Wyjdź, Lillianne, muszę pogadać z paniczem na osobności - rozkazał niskim głosem, odwracając się i tym samym dając jej znać, że nie ma zamiaru kontynuować w jej obecności.
Służąca zacisnęła wargi, najwyraźniej nie mając zamiaru ruszyć się z miejsca. Przeniosła wzrok na Lynna. Złagodniała dopiero, gdy ten kiwnął głową, zgadzając się z Alcesterem. Prychnęła pod nosem, ale bez zbędnych komentarzy opuściła pokój, znikając za dębowymi drzwiami.
Dopiero po upływie stosownej chwili starszy lokaj przemówił:
- Paniczu, posłuchaj mnie, raz, a uważnie... Twoja oferta nie ma racji bytu. Nie wolno ci. Najwyraźniej nie masz świadomości, ile możesz stracić w oczach innych.
Wiedział. Znał konsekwencje. I nijak to wszystko do niego docierało. Nie zamierzał kontrargumentować. Uparcie pozostawał przy swoim.
- To moja decyzja. Decyzja, która już zapadła.
- Twój ojciec wyrzuci mnie na bruk, gdy się dowie... - Alcester spróbował uderzyć z innej strony.
- Spraw więc, by się nie dowiedział - usłyszał w odpowiedzi, dostrzegając rozbrajający uśmiech Lynna.
- Paniczu... Proszę cię, przemyśl swój idiotyczny pomysł jeszcze raz. Skąd... Co cię napadło, by postąpić tak nierozważnie? - Z trudem zbierał słowa, starając się pojąć tok myślenia kapryśnego młodzieńca.
- Wiesz dlaczego. Chciałem sprawić jej przyjemność po...
- Shhh - uciszył go, nie pozwalając kontynuować. Dłoń uniósł w ostrzegawczym geście, zabraniającym Lynnowi dodać chociażby słowa.
Alcester zdążył poznać się na Lilly dużo lepiej niż uczynił to Lynn. Zwrócił głowę w kierunku uchylonych drzwi, odzywając się warkliwie:
- Następnym razem zachowaj choć minimum pozorów i zamknij za sobą drzwi, durna dziewczyno. Możesz już przestać podsłuchiwać.
Panicz odwrócił się w niemałym zdziwieniu, ciemniejąc wyraźnie na twarzy. Służąca bez wstydu pojawiła się u progu uchylonych drzwi. Na jej twarzy nie widniał chociażby cień skruchy za popełniony czyn. Mało tego, z pełną bezczelnością sparowała:
- Następnym razem zaproście mnie do rozmowy, skoro raczycie już temat mojej skromnej osoby.
Skrzyżowała ręce na piersi, prostując się dumnie, z zacięciem, które wybiło Alcestera z rytmu. Kontynuowała, korzystając z okazji, gdy lokaj dopiero zbierał słowa:
- Chcę iść. I nie od ciebie zależy decyzja, czy to zrobię.
Lokaj w odpowiedzi przytknął dłoń do czoła. Westchnął, czując, że dziś nie wygra.
- Nie chcę o tym słyszeć. Wybijcie sobie ten pomysł z głów, bo inaczej gorzko tego pożałujecie.
Tymi słowami pożegnał ich i zostawił w pracowni samych, mrucząc pod nosem coś bliskiemu „co się dzieje z tym światem...”.
***
Obudziła go przed świtem. Przecież obiecał - mieli trenować. Niechętnie zwlókł się z łóżka, a ona dała mu łaskawie kilka minut na zrealizowanie porannej rutyny. Tańczyli porankami, w chwili po obiedzie, na minuty przed snem. Denerwując się na siebie, ale też ciesząc z drobnych postępów, jakie wkrótce zaczęły się pojawiać.
***
Alcester nigdy nie odpuścił, w każdym dniu zdradzając swoje niezadowolenie bezmyślnością młodej pary. Na groźbach się skończyło, nie mógł przecież utrzymać ich w domostwie siłą. A z dwojga złego, wolał, by Lillianne nie przyniosła Lynnowi więcej wstydu, niż było to konieczne. Nie miał wątpliwości, że cały wieczór zakończy się porażką, a on sam po przeżyciu tego postarzeje się o kolejne 20 lat.
Chcąc, nie chcąc, pojechał z Lillianne do krawcowej, aby złożyć zamówienie na sukienkę, którą dziewczyna założy tylko raz w życiu.
***
Nastał dzień balu. Alcester nosił minę głoszącą jawnie: „żałuję, że kiedykolwiek dałem się w to wmieszać”. Mimo to, dzielnie realizował powierzone mu zadania, choć jego blady wyraz twarzy zdradzał, jak bardzo przejął się całym wydarzeniem. Stresował się razem z Lynnem, na bieżąco zdając mu relacje z wykonanych poleceń:
- Powóz już czeka. Aby zrobić porządek z włosami Lillianne musiałem sprowadzić osobę z zewnątrz. Nikt od nas nie może się dowiedzieć - urwał, zastanawiając się na głos. - Chociaż to niewykonalne, wiem. Wyjdziecie wejściem dla służby - wypowiedział praktycznie na jednym tchu, prędkim krokiem ruszając, aby pogonić Lilly. Lynn wyciągał za nim nogi. - Ta durna dziewucha powinna być już gotowa dobry kwadrans temu... - dodał, usta zaciskając w wąską kreskę.
Zatrzymali się przed jednym z pokojów sypialnych, w których goszczona była dalsza rodzina lub przejezdni. Od niepamiętnych lat przez szparę między drzwiami a podłogą, paliło się światło u drzwi do wspomnianego pomieszczenia. Jednego dnia złamali tyle zasad, że wyrobili spokojnie roczną normę.
Lynn nosił już dłoń, aby otworzyć drzwi, lecz w porę został powstrzymany przez starszego lokaja. Mężczyzna położył dłoń na ramieniu panicza, przybierając poważny wyraz twarzy.
- Mam tylko jedną prośbę - zaczął, świadom, że wszystkie jego groźby i żądania spełzły dotychczas na niczym. - Nie rób jej nadziei. To nie ma prawa się dobrze skończyć. Zabawisz się raz, prędko wrócisz do normalności. A jej pozostaną wyłącznie wspomnienia. Żałuję, że nie potrafiłeś tego dostrzec, paniczu. Nie powinieneś. I nie wierzę, że zrobiłeś to wyłącznie dla niej. Pozostało mi tylko żywić nadzieję, że będziesz potrafił zachować się jak na mężczyznę przystało.
Pod koniec wypowiedzi uderzył w podniosły ton, aż w sercu Lynna pojawił się wstyd. Kiwnął głową.
- Myślę, że będę potrafił wziąć odpowiedzialność za swoje czyny - odpowiedział równie poważnie, lecz ton głosu Lynna pozostawał nieobecny.
Alcesterowi, po przetworzeniu słów panicza włączyła się ostrzegawcza lampka nad głową. Nim zdążył zapytać o szczegóły tego niejasnego postanowienia, Lynn otworzył już drzwi, pukając w nie od wewnętrznej strony.
- Co to miało znaczyć...? - wyjęknął tylko, mrugając oczyma w istnym szoku.
Jak duch podążył za swoim paniczem, wkraczając do wnętrza przytulnej sypialni. Za zaścielonym łóżkiem stała toaletka z ozdobnym, okrągłym lustrem, w którym odbijała się twarz siedzącej na niskim taborecie Lilly. Za plecami dziewczyny stała nieznana Lynnowi kobieta, wciąż walcząc z jej włosami.
- Jesteśmy już spóźnieni - poinformował je Lynn, stając tuż obok. Wzrok przeniósł na swoją przyszłą partnerkę na balu.
- Sztuka wymaga czasu - fuknęła na niego kobieta, upinając włosy Lillianne w jednakowym tempie. - Niech panowie opuszczą ten pokój, będą panowie tylko zawadzać - zarządziła, wczuwając się w swoje zadanie.
W tle słyszeli pomruki Alcestera „To nie jest tego warte” i „co za szczeniackie głupoty...”, lecz wszyscy konsekwentnie go ignorowali.
Lillianne poprawiła suknię, eksponując ją Lynnowi, uśmiechając się lekko i tym samym odwracając głowę, za co została upomniana niezbyt delikatnie przez stojącą za nią służącą.
Lynn zaniemówił, ciemniejąc łagodnie na twarzy. Nie opuścił pokoju, jak zostało mu to przykazane, wpatrując się w swoją przyjaciółkę jak w obrazek.
Jej suknia była zdecydowanie skromna, lecz odsłaniała zgrabną szyję dziewczyny, wraz z wystającymi obojczykami. Podobno sama wybierała kolor. Zdecydowała się więc na kolor wiśniowy, o stonowanym odcieniu. Lynn dopiero teraz zauważył, że w butonierkę wpięte ma kwiaty goździka o identycznej barwie. Alcester pomyślał o wszystkim.
Ręce Lillianne pokryte były aż po łokcie dopasowanymi satynowymi rękawiczkami, stykając się z lekko przezroczystymi, tiulowymi rękawami, wykończonymi misterną falbanką. Nie potrafił ocenić całości, gdy materiał wzbił się wokół jej siedzenia, jednak nawet na chwilę obecną, z na wpół niespiętymi włosami efekt był powalający. Spoglądał w nią jak w obrazek, co odczytała bezbłędnie.
- Nie powiesz nic? - zapytała niby niewinnie, lecz wyzywający uśmiech Lilly zdradzał jej pierwotne zamiary. Odwracóciła się, na ile pozwoliła jej służka za nią. - Nie musisz. Twoja reakcja jest największym komplementem.  
Zawstydził się jak nastoletni chłopiec, mając ochotę wystawić język i gwałtownie zaprzeczyć.
Lilly zgrywała pewną siebie, choć w rzeczywistości nigdy nie czuła się bardziej nieswojo. Suknia zapierała jej dech w piersiach; sprawiała, że dziewczyna bała się wykonać jakikolwiek gwałtowniejszy ruch. Pantofle były niewygodne i sztywne, jednak zamierzała utrzymać je na noga, aż nie odpadną je stopy. Była zmotywowana i gotowa na wszystko.
- Skończone! - oznajmiła z zadowoleniem służąca, unosząc obie ręce do góry.
Teraz już nic nie stało im na przeszkodzie, aby ruszyć... nieprawdaż? Tak, poza stojącym w drzwiach Alcesterem, wyraźnie poruszonym zaistniałą sytuacją. W jego oczach wezbrały się łzy. Nim udali się w kierunku wyjścia dla służby, starszy lokaj porwał Lillianne na słówko, spoglądając na nią z iście ojcowską czułością. Lynn czekał na korytarzu.
Nim wyszli na zewnątrz, zapytał, przytrzymując jej drzwi:
- Co ci powiedział? - usiłował się dowiedzieć, nie spodziewając się po Alcesterze tylu emocji.
- Nie uwierzysz - zaśmiała się, wspominając słowa lokaja. - Powiedział, że wyrosłam na piękną, pełną dumy kobietę. I abym za nic nie pozwoliła się skrzywdzić. Zabawne, prawda?  - zmrużyła rozkosznie oczy, aż Lynna przeszedł dreszcz. - Biedny, naiwny Alcester... Martwi się zdecydowanie nie o tę osobę, co trzeba...  - westchnęła, obdarzając go nieodgadnionym uśmiechem.
***
Dużo uwagi poświęciła na niezgubienie swoich pantofli, goniąc za Lynnem, który miał czelność zostawić ją nieco z tyłu. Dopiero przed powozem zatrzymał się, niepewien co powinien uczynić. Dziś była jednak damą, więc po otworzeniu drzwi, wyciągnął ku niej dłoń, mając zamiar pomóc jej w wejściu do środka.
Lillianne dogoniła go wkrótce, lecz jej oczy zamiast na wyciągniętej ręce, skupiły się na pewnym elemencie za ciałem Lynna.
- Poczekaj - poprosiła go, w niezbyt dobrym guście podwijając swoją suknię i wstępując w gęste zarośla kwiatów. Nie bez kozery wyciągnęła się, zrywając pomniejszy z kwiatów lilii. Jeden z pierwszych, jaki zakwitł w tym roku.
Cofnęła się, opuszczając suknię. Gwałtownym ruchem wyciągnęła goździki z butonierki Lynna, mimo że kolorystycznie były dopasowane do jej sukni. Wyrzuciła je zamaszystym ruchem w krzaki. Za nic miała zasady, co potwierdziła, z niecnym uśmiechem wsuwając na puste miejsce kwiat białej lilii.
Weszła do powozu bez jego pomocy, zostawiając go w tyle w zupełnym osłupieniu. Stojąc na chłodnym, wieczornym powietrzu, powoli pojmował, że już dawno przestała być dla niego wyłącznie przyjaciółką.
***
Sala balowa, Inkwizycja. Rok 1840.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn

AutorWiadomość
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Sty 07, 2018 11:56 pm

Matthew nie wierzył w to co się dzieje. Tonął maksymalnie zażenowany w swoich dłoniach i z utęsknieniem spoglądał na butelkę wina, żałując że jeszcze jest na tyle trzeźwy by przyjmować to wszystko do wiadomości. Za to starszy mężczyzna bawił się świetnie i tylko pilnował się by nie wybuchnąć gromkim śmiechem. Ach, gdyby tylko wiedział, wcześniej jaki z tego Lynna… iście ciekawa osobowość to z chęcią umawiałby się z nim na spotkania po godzinach, mimo że było to bardzo nie w jego stylu.
- Naprawdę? - dopytywał się wielce rozbawiony. Chyba każdy z nich słyszał co chciał usłyszeć. - Ach, biedaczek… Nie wie co traci. Cóż, można by było się po nim spodziewać. Miejmy tylko nadzieję, że kiedyś przejrzy na oczy, nieprawdaż? - znów sięgnął do kieliszka z winem i momentalnie spoważniał. - Owszem, nosi… - mruknął i znów otoczyła go ta charakterystyczna aura, na której widok każdy adept uciekał gdzie pieprz rośnie. - Charyzmatyczny, pewny siebie i ten do bólu rozkoszny uśmieszek... Nie jeden raz próbował mi zamydlić mi oczy, lecz takie gierki działają tylko na nierozgarniętych wapniaków, którzy dyplom profesorski wycięli z porannej gazety. Nie ze mną takie numery… Nigdy nie odpuszczałem, a mimo wszystko próbował dalej i nigdy nie spokorniał. Nie skrzywił się jednak ani razu, jakby nie mógł się przyznać do przegranej… - nagle się jakby zamyślił, po czym zwrócił do Lynna. - Obydwoje znamy go od początku, wiemy jaki jest naprawdę i żadna sztuczna pewność siebie, oraz impertynencja nie będą w stanie tego zatuszować… Ludzie, którzy tak bardzo boją się pokazać słabości potrafią posunąć się do naprawdę paskudnych czynów, byleby tylko nikt ich nie odkrył. Tacy ludzie zazwyczaj nie kończą dobrze... - mówił jakby miał w tym niewiarygodne doświadczenie. Milczał jeszcze trochę i w końcu dodał z lekkim rozbawieniem - Zawsze mnie zastanawiało to, jakim cudem tak długo ze sobą wytrzymaliście - jesteście jak zupełnie dwa, różne żywioły, a o tobie, Borcke, już nawet nie wspominam, hehe… Jak widać człowiek potrafi działać w najbardziej nielogiczny sposób na świecie, ale wciąż działa. Być może się mylę, kto wie... - wziął kolejny łyk wina, w końcu orientując się jaką grobową atmosferę wprowadził. Nic na to nie potrafił jednak poradzić - to był jego naturalny talent.
Na szczęście Cavendish przeszedł na o wiele mniej skłaniający do filozofowania temat. Mężczyzna roześmiał się serdecznie, jak jeszcze nigdy na oczach adeptów. -Haha, a to ciekawe! - zawołał. - Nigdy o tym nie słyszałem, a uwierz mi, Borcke nie potrafi czasem przestać mówić o tym jak uratowałeś go z rąk tego półgłówka - Petera - spojrzał na Matta, który o ile przed chwilą wsłuchiwał się ze zdziwieniem w słowa profesora to teraz straciwszy czujność wyglądał o dwa razy bardziej przerażono-zawstydzonego niż miał to w zwyczaju. Nie wiedział aż do kogo się teraz zwrócić. Na całe szczęście Goldenmayer nie miał ochoty się nad nim bardziej znęcać (zbyt długo) i dodał szybko. - Całkowicie go jednak rozumiem. O wiele bardziej imponujące jest jak przedstawia się kogoś jako rycerza w lśniącej zbroi, niżeli zwykłego kiepskiego żartownisia. Zapewne postąpiłbym podobnie… - przymknął oczy. Tylko on wiedział co tak naprawdę chodziło mu po głowie.
Rozmowa ta zaczęła zbaczać na zupełnie dziwne tory, Mattowi się to zupełnie nie podobało. Goldenmayer za to bawił się w najlepsze, aż prawie opluł się winem. - Naprawdę schlebiasz mi, Cavendish. Powiedz mi jednak, czy stary, zgorzkniały już człowiek nie ma prawa trochę wypocząć? Tym bardziej, kiedy na co dzień ma do czynienia z tą bandą bezmózgów? Z małymi wyjątkami, oczywiście - puścił oko do Matthewa.
Kolejna kwestia, którą poruszył Lynn jednak nie przypadła do gustu, aż mina mu lekko skwaśniała, aczkolwiek już nie pił. - Ach, Cavendish… młody jeszcze jesteś - westchnął. Spojrzał wtedy na nich z lekkim politowniem w jego surowych oczach.- Powiem Ci… wam, jedno. Najszczęśliwszy w życiu jest ten, który się nigdy nie zakochał. Niepotrzebnie to tylko człowiekowi mąci w głowie i odciąga od obowiązków. Po jakimś czasie wszystko się komplikuje, a człowiek tylko nerwy sobie szarga bez sensu - mruknął. Wtedy nagle zrobiło się cicho.
Niespodziewanie odezwał się Matthew. - Ale… - zaczął nieśmiało - Ale ludzie właśnie po to są razem prawda? Jeśli obydwoje będą się starać to w końcu będą… szczęśliwi.
Goldenmayer jedynie zmarszczył brwi - Widać, że jesteśmy z różnych pokoleń, Borcke, aczkolwiek nie spodziewałem się, nawet znając cię tyle ile znam, że jesteś aż tak naiwny... - westchnął smutno po czym ściszył głos i zwrócił się do niego. - Niektórym ludziom po prostu nie pisane jest takie szczęście, nawet jeśli będą mieli wrażenie, że złapali pana Boga za nogi. Czasami najlepiej jest po prostu przełknąć łzy i zapomnieć…

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Wto Sty 09, 2018 6:10 pm

Zachybotał się lekko na swoim miejscu, zaraz łapiąc równowagę i jeszcze bardziej zbliżając się do Goldenmayera, jakby zapominając o obecności Matta. Spojrzał starszemu mężczyźnie głęboko w oczy, utrzymując powagę, na ile tylko pozwalał mu obecny stan.
- Więcej dla mnie - odparł zdecydowanym szeptem na wieść o odmiennych gustach blondyna. Uśmiechał się i rumienił lekko, jednak im więcej niepochlebnych słów na temat Amona padło, tym bardziej mina mu rzedła.
Mężczyzna mógł się dziwić, dlaczego ich przyjaźń, pomimo różnicy charakterów, nieprzerwanie trwa. To normalne. Sam Lynn zbyt często zadawał sobie to pytanie.  Ale nawet chęć popełnienia na nim wcale wybrednego morderstwa, nie sprawiała, że przestawał być wobec przyjaciela lojalny.
- Nie jestem specjalistą od ludzkich osobowości - zaczął cicho, odrobinę niepewnie, wciąż nie wiedząc, czy dysputa na ten temat będzie dobrym wyborem w tym stanie. Zwłaszcza w towarzystwie profesora. Kontynuował, głównie dlatego, że już zaczął. - A już na pewno jest mi daleko do zrozumienia kogoś tak nieprzewidywalnego jak on. Czy jednak jest coś złego w ukrywaniu swoich niepoprawnych nawyków? Nieprzyznawaniem się do słabości? - zapytał, nie licząc na odpowiedź, bo zaraz ciągnął wypowiedź dalej. - Niektórzy nazwaliby to zdrowym rozsądkiem. Inni przyzwoitością - stwierdził odważnie, chcąc skontrować niepochlebną ocenę Amona. Nie wahał się dłużej, poważnie spoglądając w oczy Goldenmayera.
- Przyznam - odnoszę wrażenie, że zwykł ukrywać to, co w nim najlepsze, jednak... - zastanowił się na dłużej, tracąc wątek. Filozofowanie przychodziło mu łatwo, ale skupienie się na utrzymaniu myśli wokół jednego punktu to już inna sprawa.
- Jak by to ująć... - westchnął, rozglądając się po sali, w poszukiwaniu odpowiedniej metafory. W końcu wrócił wzrokiem do osoby profesora, a dokładniej, zatrzymując spojrzenie na jego czarnej marynarce. - Chaber, bardzo ładny - oznajmił niespodziewanie, dłonią wskazując na niebieskie płatki kwiatu w butonierce mężczyzny, niewspółgrające zupełnie z niczym, ale ożywiające jego ponury strój. - Ja zakończyłem na błahym komplemencie. Gdyby z kolei przypadł do gustu również Amonowi... Mam podstawy, by sądzić, że zwyczajnie porwałby jego łodyżkę, by móc zachwycić się nim z bliska. Podobnie, gdyby kwiat ten w niewyjaśniony sposób mnie drażnił, naruszał moje wątpliwe poczucie smaku... - przerwał uśmiechając się szeroko. O czym to on...? Ach, tak. - Nic bym z tym nie zrobił; uniknę konfrontacji mającej ograniczyć się chociażby do krzywego spojrzenia, podczas gdy on... Cóż, zapewne próbowałby utopić biednego chabra w kieliszku pańskiego wina - wypowiedział, nie kontrolując się w żaden sposób. - Czy należy go winić za to, że po wszystkim stara się uniknąć konsekwencji? Zwykł korzystać z dostępnych mu środków; inni wykładowcy nabierali się na sarnie oczy i pełną żalu twarz, której - musi pan przyznać - ciężko jest odmówić. - wypowiedział, uznając temat za niemal skończony.
- Tego mu właśnie zazdroszczę, rozumnie mnie pan? I głęboko wierzę, że ostatecznie, będzie w stanie zachować pewne granice - dodał, bo wróżba starszego mężczyzny o Amonie brzmiała wybitnie złowieszczo.
Gdy zmienili temat na jeszcze bardziej osobliwy, przestał chociażby udawać, że rozumie. Zamrugał oczyma, domyślając się tylko, że krążą wokół zawodów miłosnych. Nie odnajdował się wśród padających słów, nie wierząc w spisanie tego czystego uczucia na klęskę. Jak podejrzewał, przez Goldenmayera przemawiał żal. Wolał się nie dopytywać, choć musiał przyznać - męczyła go ciekawość, która z kobiet doprowadziła go do tego stanu.
Odwrócił się do Matta, robiąc miny, upewniając się, że profesor go nie widzi. Wykrzywiał twarz w idiotycznych wyrazach, nie mogąc już dłużej znieść tych ponurych tematów w owym stanie.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Wto Sty 09, 2018 11:12 pm

Wysłuchiwał chłopaka ze spokojem, mając tylko cichą nadzieję, że nie będzie go musiał zbierać z podłogi, jak już w końcu się przewali. Zachował nawet zimną krew, kiedy chłopak zaczął wymachiwać mu palcem przed nosem, w przeciwieństwie do Matta, który jeszcze chwila a zacznie krzyczeć. Mężczyzna westchnął jedynie. Ech, młodość… On też w jego dałby się pociąć za swojego przyjaciela, nieważnie jak bardzo nierozważnym i zuchwałym, młokosem był w rzeczywistości - dopiero czas to pokazał. Dlatego też nie skomentował słów Lynna, gdyż nie miało to teraz najmniejszego sensu, chłopak będzie musiał się o tym przekonać na własnej skórze.
Matthew za to poczuł się w obowiązku bronić swoich racji. Alkohol, który już wypił, bardzo pomagał mu iść za głosem serca, a nie do końca rozumu, poza tym przy Lynnie był to obowiązek.
- Nie zgadzam się z panem - kontynuował. - Znaczy… nie do końca… Oczywiście są ludzie, którzy nigdy nie odnajdują szczęścia, aczkolwiek zazwyczaj sami są sobie winni. Każdy chciałby być kochany, nieprawdaż? Nie można jednak kogoś zmusić, ale wystarczy tak niewiele… Wystarczy po prostu szczerość ze sobą i innymi, a szczęście to będzie na ciebie czekało… Rzeczywiście, czasem można się mocno skrzywdzić, ale… Ale po prostu trzeba uzbroić się w cierpliwość i pozostać dobrym. Kiedyś na pewno… - i tu urwał, o mało nie wstając z krzesła. - W sensie… Nie wierzę, że są ludzie, którzy nie mogą być szczęśliwi, jeśli chcą. Po prostu, nie można się poddawać - był bardzo pewny siebie i zrobił poważną minę.
Goldenmayer oniemiał. Przez chwilę zastanawiał się czy nie był to osobisty przytyk, czy nie oblać chłopaka, a może sprowadzić kogoś, by zaciągnął go do izolatki. Większego steku bzdur dawno nie słyszał. - Chyba sam w to nie wierzysz… - skwitował tylko chłodno, a na twarzy Matta pojawiał się coraz wyraźniejszy odcień zwątpienia. Musiał jednak przyznać, że dawno od swojego rudego adepta nie słyszał, aż tak pozytywnych słów, aczkolwiek wolał uchronić go od bólu, który zada mu prawdziwe życie, w przeciwieństwie do tej wyimaginowanej krainy, w której żył. - Jak widać te romantyczne bujdy również tobie zamydliły oczy. Zawiodłem się na tobie, Borcke… - westchnął. - Myśląc w ten sposób nic nie spotka cię dobrego w życiu, a jedynie zawód i niechęć. Długo tak nie pociągniesz i życzę ci, byś przekonał się o tym wcześniej, niż później, kiedy mógłbyś popełnić jakieś głupstwo - uniosła się nad nim ta charakterystyczna aura. Matthew w jednej chwili się poczuł jak mały, bezwartościowy robal.
Profesor zauważył jednak, że chyba całkowicie zepsuł wszystkim już nastrój. Miał do tego niezwykły talent. Wolał jednak tak tego nie zostawiać, odchrząknął więc i kontynuował. - Aczkolwiek, można żyć również minimalizując owe bóle i zawody do minimum, by być jak najbardziej produktywnym. Mimo wszystko, nie będę tego ważnego wieczoru snuł pesymistycznych wizji w głowach świeżo upieczonych Inkwizytorów. Kto wie… Może jakimś cudem się mylę i odnajdziecie to swoje “szczęście”? Może i jestem starym zrzędą, ale życzę wam tego z całego serca, a w szczególności tobie, Borcke - przyjął łagodniejszy wyraz twarzy, po czym zwrócił się do Lynna. - A tobie, Cavendish, przede wszystkim roztropności i… by Hackett chociaż w połowie był takim przyjacielem jak ty - wtedy też wstał, uścisnął im obu dłonie i odrzekł formalnie. - Nie będę was już katował moją obecnością. Wystarczy, że robiłem to na zajęciach przez tyle lat. Bawcie się dobrze przez ten wieczór, bo później czeka was tylko ciężka praca - miał już się ulatniać, kiedy jeszcze dorzucił na odchodne. - I jeszcze jedno, Borcke… Dobrze wiesz, że jeśli czegoś chcesz to musisz otworzyć usta. Tylko pilnuj kolegi, by nie pił za dużo… - i zniknął gdzieś w tłumie ludzi.
Matt nie wierzył w to co się teraz stało. Nie wiedział czy był przybity, czy szczęśliwy. Milczał tak już od dłuższego czasu, aż w końcu z niedowierzania pochwycił wino i powiedział - Mamy alkohol… Co teraz? - całkiem zbity z tropu zwrócił się do Lynna.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Sty 14, 2018 8:41 am

Umierał z nudów, podczas gdy oni wchodzili na coraz to bardziej podniosłe ścieżki romantycznych wyznań. Niemal zaczął się kiwać na własnym miejscu, obracając dodatkowo głową na wszystkie strony, jak uczeń ledwie znoszący ciągnącą się w nieskończoność lekcję. Powstrzymało go dopiero pożegnanie Goldenmayera i jego życzenia, których Lynn nie zrozumiał ni w ząb. Ścisnął jego rękę i skinął, dziękując za interesującą rozmowę. Najważniejsze, że udało mu się zachować powagę. Aż do samego oddalenia się profesora na bezpieczną odległość. Wtedy uśmiechnął się szeroko, szturchając Matta łokciem.
- Co za dziwak! Jakby mówił w innym języku, co nie? - zachichotał, a oczy rozbłysły mu na nowo w nieposkromionej chęci zrobienia czegoś durnego. Dlatego kolejne pytanie Matta nieco go rozbroiło. Myślał, że wszystko tego wieczoru jest aż nazbyt oczywiste. - Jak to co? Teraz, Matthew, zrobimy to, po co tu przybyliśmy - tłumaczył, jakby to było oczywiste. - Z dala od tych pretensjonalnych dupków, chodź - zarządził, zrywając się z miejsca i ciągnąc go za skraj mankietu.
- Bierz ją ze sobą! - wskazał butelkę wina, otworzoną już przez profesora, idąc już wzdłuż stołu, najwyraźniej kierując się ku wyjściu z głównej sali. Nim dotarł do drzwi, porwał kawałek ciasta z jednej tacy, chcąc minimalnie zapchać żołądek, nim dostarczy mu kolejnej porcji alkoholu.
Wyszli na korytarz, na którym nie było już wielu osób. Wszelakie szczęśliwe pary właśnie oddawały się tańcu w centrum głównej sali. Rozejrzał się po dostępnej mu przestrzeni, zastanawiając się, gdzie będzie czekała na niego przygoda. Schody prowadzące ku górze w do gabinetów arcymistrzyni i innych ważnych person, zdały mu się całkiem atrakcyjne.
- Chodź, mam genialny pomysł - skłamał, w rzeczywistości nie będąc nawet blisko czegokolwiek zorganizowanego.
Już wstępował na kamienne schody, a jego dłoń w rękawiczce musnęła poręcz, gdy we wnęce, tuż za rogiem bocznego korytarza dostrzegł parę adeptów w dość niejednoznacznej sytuacji - obściskiwali się oni tak nachalnie, że z przymrużeniem oka można byłoby ich uznać za jedną osobę. Wtedy ni z tego, ni z owego Lynn podniósł na nich głos:
- Znajdźcie sobie ustronniejsze miejsce, wy bezwstydnicy! - zawołał na nich, po czym wybuchnął szaleńczym śmiechem. Zwrócił na siebie uwagę nielicznych osób pozostałych na korytarzu i osiągnął swój niespodziewany cel - obmacująca się para odskoczyła od siebie jak oparzona, co tylko pogłębiło rozbawienie Lynna. - Hahaha, widziałeś ich miny? - zgiął się ze śmichu wpół, powoli człapiąc się wzdłuż schodów.
Gdy jego napad uciechy zelżał, rzucił się do biegu, zostawiając za sobą Matta kilka kroków za sobą. Nie czuł zmęczenia, wręcz przeciwnie - targał nim nadmiar energii i niemożliwego entuzjazmu. Bez przyczyny skręcił w jeden z bocznych korytarzy, unosząc wzrok.
Trafili na bogato zdobioną drogę do jednej z nieznanych mu sal; prawdopodobnie ważnego miejsca debat, konferencji lub spotkań mistrzów Inkwizycji. Na podłodze leżał ciemnoczerwony azerski dywan w złote motywy. Cała ściana zasłana była obrazami przedstawiającymi ważne wydarzenia historyczne oraz portretami znanych każdemu postaci. Na przeciw obrazów, tyłem do nich stały ceramiczne naczynia - wazy i półmisy oraz bielusieńkie marmurowe rzeźby - samotne figury przedstawiające ludzi.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Sty 14, 2018 11:58 pm

Jeszcze chwilę wodził wzrokiem, szukając gdzieś profesora. Chyba… chyba było mu przykro. Nie wiedział dlaczego bardziej; bo nie przywykł do widzenia swojego autorytetu w takim stanie, czy dlatego bo wiedział, że te słowa były skierowane bezpośrednio do niego, ale wtedy dlaczego mówiło o “nich”... Cz-czyżby on wiedział?!
Wystraszył się, jednak nie stał długo w miejscu. Ciągnięty przez przyjaciela kierował się do wyjścia z sali. W przeciwieństwie do niego nie potrafił nic przełknąć… No może poza paroma łykami wina prosto z butelki. Powoli robiło się mu przyjemniej. Nie miał najmniejszego pojęcia co Lynn planował, ale cokolwiek by to nie było, przecież i tak uciekłby z nim nawet na koniec świata, w szczególności że on również zaczął chwiać się po drodze. Jego nastrój diametralnie się poprawiał, czuł że ten wieczór zaskoczy go jeszcze pozytywnie.
Wciąż jednak niestety nie potrafił się tak rozluźnić jak jego kompan, który o swojej wesołości chyba miał zamiar powiadomić całe miasto. Cóż… Nie miał on wyboru jak tylko za nim podążać na ten ich koniec świata. Nawet jak zaczął krzyczeć nie próbował go powstrzymać, tylko uśmiechał się głupio czerwieniąc się na twarzy, z żalem spoglądając na przerażoną parkę. - Wybaczcie nam, nie przeszkadzajcie sobie… - jęknął im na odchodne, chyba bardziej się wstydząc od nich, po czym gonił za Lynnem nawołując - CZEKAJ NA MNIE! - gdyż tamten znowu mu gdzieś uciekł.
On również zatrzymał się przed korytarzem. Oniemiał. Ciemnoczerwony dywan, stare greckie wazy i oczywiście misternie wykonane rzeźby bóstw olimpijskich - doskonale znał to miejsce.
- Ach, Lynn - omało nie wypuścił butelki z rąk. - Wiesz gdzie jesteśmy? - nie czekając na odpowiedź poszedł do przodu. Działając pod wpływem impulsu wyciągnął rękę i pociągnął za klamkę, lecz tamta ani drgnęła. Natychmiast sposępniał. Czego on właściwie się spodziewał? Zrezygnowany odwrócił się do Lynna. - To sala konferencyjna rozumiesz to? Wszystkie najważniejsze decyzje są tu podejmowane, nie wspominając o pieczęci i wszystkich najważniejszych dokumentach. Nikt poza Mistrzami i Arcymistrzynią nie ma pojęcia jak wygląda ten pokój.,ach… ile bym oddał, by chociaż przez chwilę mógł tam być - rozmarzył się. Spojrzał znacząco na przyjaciela, lecz prędko doszło do niego, że w takim stanie nie dadzą razem rozbroić zamka, porzucił więc ten absurdalny pomysł i zaczął się zastanawiać co tu dalej robić.
Udało mu się na czymś zawiesić oko. Do głowu wpadł mu kolejny, nieźle pokręcony pomysł. Uśmiechnął się i podszedł do stojących nieopodal kyliksów. - Skoro nie chcą nas wpuścić to sami będziemy musieli się sami ugościć… - mówił po czym zaczął wlewać do jednego z naczyń wino z butelki, aż była pusta. - Jak prawdziwi grecy! - zawołał. - Na zdrowie! - I tutaj nastąpił mały problem. Nie miał pojęcia jak pić z tak osobliwego naczynia. Przechylić go nie mógł, bo zaraz oblałby się zawartością, więc postanowił się pochylić nad nim i… chlup! Nie zdążył wziąć dwóch porządnych łyków, a w sam środek wpadły jego okulary, rozbryzgując mu kropelki napoju po policzkach. Ach, jaka tragedia! Miał zbyt długie mankiety by je wyciągnąć i wtedy po raz kolejny zawstydzony spojrzał błagalnym wzrokiem na Lynna.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Sob Sty 20, 2018 6:22 pm

Przyjaciel w końcu go dogonił, lecz Lynn z początku jakby nie zwracał na to uwagi, poświęcając się w zupełności złożonemu wystrojowi, błądząc oczarowanymi oczyma po setce cisnących się do jego świadomości szczegółów. Przestąpił kilka kroków, z uniżeniem przyglądając się surowym obliczom bóstw olimpijskich. Gdy Matthew przemówił, chłopak stał tuż obok pięknego i gładkiego Apollo, obleczonego jedynie w niespecjalnie okrywającą go szatę, przewieszoną przez ramię i szyję. Obdarzył posąg wzrokiem od góry do dołu, odpowiadając na pytanie Matta:
- Na korytarzu? - jakby zgadywał, lecz jego śmiech wkrótce zdradził jego prawdziwe nastawienie. Nie obchodziło go, gdzie się znajdował. O wiele ważniejsza była możliwość rozrywki, jaką niosło za sobą to miejsce.
Przytknął palce do białego marmuru, zahaczając o podbrzusze pięknego młodzieńca, syna samego Zeusa. Z najszczerszym rozbawieniem ujął jego marmurowe przyrodzenie, wkrótce obracając się w stronę przyjaciela i dość rzeczowym tonem zadając pytanie:
- Myślisz, że natura w przeszłości skromniej obdarzała mężczyzn? - zachichotał, oceniając ten całkiem istotny element dzieła sztuki przed sobą. - A może rzeźbiarz w ten sposób leczył swoje kompleksy? - zastanowił się, na ułamek sekundy udając zadumę i zachowując powagę.
Odjął ręce od marmurowego chłopca, zbliżając się do Matta, który zajął się drzwiami. Sala konferencyjna? Nie znał miejsca, które brzmiałoby w tej chwili równie nudno. Ale cóż, dla przyjaciela mógł się postarać!
- Nie mów nic więcej! Da się załatwić! - zaoferował, podchodząc i badając drzwi z każdej strony. Oho! Wyzwanie! Ale spokojnie, żaden z mechanizmów nie był dla niego orzechem niemożliwym do zgryzienia. Prędzej czy później sobie poradzi, ot! Gdyby tylko... był odrobinę bardziej trzeźwy...
- Niech no pomyślę... — powiedział chyba bardziej dla niepoznaki, bo nie było najmniejszych szans, by w tym stanie wykonywał tak zaawansowane czynności. Uklęknął przy klamce, przyglądając się uważnie zamkowi. - Wiem! - wpadł na genialny pomysł, który z pewnością był genialny tylko dla niego, tylko w tej chwili.
Pospiesznym ruchem sięgnął po papierośnicę, otwierając ją na oścież. Nie po to, by zapalić, aby chociażby wyjąć jej zawartość, a wyłącznie... Aby za pomocą własnych rąk wyłamać srebrzyste zawiasy sprężynowe, najwyraźniej tak niezbędne mu do życia w owej chwili. Schował niepotrzebny element, prostując w palcach metalowe elementy, haratając brutalnie swoje opuszki, do kiedy nie uformował w dłoniach w miarę prostego drutu. Zgiął go wtedy wpół wielokrotnie wyginając, aż ten nie złamał się na dwie części. Wtedy zakrzywił drucik również na końcówce, na tych prymitywnych warunkach gotów przystąpić do dzieła. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie...
- Kurwa... - zaklął, gibając się lekko, mimo że kucał tuż na wysokości klamki. Zaśmiał się, celując zakrzywionym drucikiem. - Nie mogę trafić w dziurkę... - wyznał, a fakt ten wydał mu się niemożliwie zabawny, aż zaniósł się śmiechem, niosącym po całym korytarzu.  
Siłował się jeszcze chwilę, oddając się zajęciu, do kiedy nie spostrzegł się, co najlepszego odpieprzył jego przyjaciel.
- Matt...? - zapytał, jakby chcąc się upewnić, że to dzieje się naprawdę. Wstał na równe nogi, zostawiając, druciki wewnątrz zamka, nieświadom, że jeszcze trochę i sala konferencyjna stanęłaby przed nimi otworem. Zbliżył się do rudzielca, przyglądając się temu dziwnemu zjawisku z ciekawością. - Jesteś pewien, że tak się z tego pije? - zapytał z powątpiewaniem, a gdy z nosa chłopca zsunęły się okulary, dostarczył sobie odpowiedzi na ten temat.
Zaniósł się śmiechem, pochylając się po przeciwnej stronie kyliksu i sięgając do głowy rudzielca, przyciskając ją do wnętrza naczynia, niemalże podtapiając.
- Pij, skoroś taki mądry! - śmiał się, wkrótce puszczając go i schylając się po butelkę, mając nadzieję, że zostało w niej jeszcze trochę, aby napić się w bardziej cywilizowany sposób... Próżne były jednak jego nadzieje. Zawartość butelki najwyraźniej w całości znalazła się w tym dziwacznym naczyniu.
Lynn porwał ją i tak, podskakując do najbliżej stojącej jego rzeźby, potężnej kobiety, dzierżącej w dłoni włócznię. Chłopak padł jej w ramiona, przytulając się i machając zawzięcie pustą butelką.
- Och, Ateno... Ratuj, Matta już zupełnie popierdoliło... - jęknął iście dramatycznie, w teatralny sposób symulując omdlenie, wysuwając się z marmurowych ramion bogini.
- Dobra, już wiem - zarządził nagle, prostując się niespodziewanie, a do jego głowy najwyraźniej wpadł kolejny z pomysłów. Doprawdy, jakby na jedną noc nie wystarczyło mu wrażeń. - Słuchaj uważnie - zarządził klękając przed postumentem, na którym stał kyliks wypełniony winem.
- Ja otworzę usta, ty przechylaj - powiedział, nie żartując, co potwierdził kolejny z gestów Lynna. Czekał na dostawę alkoholu niczym ptasie dziecko widzące mamę.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Mar 02, 2018 3:46 am

Najwyraźniej wypił za dużo, gdyż właśnie oto przed nim Lynn zaczął obmacywać jakiegoś nagiego młodzieńca. Na całe szczęście Matthew był na tyle zajęty, że nie mógł do niego podejść i pokazać mu gdzie raki zimują, bo mimo, że chyba swoje życiowe zapasy agresji spożytkował na spoliczkowanie Amona to był bardzo, ale to bardzo temu bliski. Boże, ile on by oddał, by być na jego miejscu, ach... Chwilę później skupił się na jego pytaniu.
Zrobił bardzo zdziwioną minę. Miał oto kolejny dowód na to, że jego przyjaciel był o wiele bardziej pijany niż on, bo niemożliwe by było, że nie wiedział aż tak oczywistej rzeczy. - Nie - odparł śmiertelnie poważny, choć z trudem ukrywał swoje zawstydzenie. Zaraz jednak przybrał iście profesorski ton, jakby Lynn był jego niezbyt rozgarniętym podopiecznym. - W starożytnej Grecji małe przyrodzenie było atrybutem człowieka, kierującego się rozumem, stoika, odznaczającym się najwyższymi cnotami, nie będącym niewolnikiem swoich własnych żądzy. Duży członek charakteryzował nierozgarnięte zwierzęta, myślące tylko o jednym - kiwnął głową z przekonaniem.
Po chwili przyszedł mu do głowy iście genialny pomysł. - Idąc tą logiką, widać kto z naszej trójki ma największego… - przez chwilę był naprawdę dumny ze swojej obelgi, pod adresem nieobecnego im podrostka. Wystarczyły jednak dwie sekundy by wytrzeszczył oczy i zrobił się czerwony prawie tak, że biło od niego światło. CO ON NAJLEPSZEGO PALNĄŁ!!!Nagle nerwowy musiał zacząć się tłumaczyć i machać rękoma, tak, że nieomal nie strącił pobliskich waz. -Z-ZNACZY NIE CHODZI MI O TO, ŻE MASZ MAŁEGO… Na pewno, przy twoim wzroście musi być... - urwał. Matthew, jesteś skończonym debilem. Złapał się aż za głowę. -NIE MÓWIĘ TEŻ, ŻE JESTEŚ NIEROZTROPNY!!! AMON JEST! ...i na pewno został bardzo skąpo obdarzony przez naturę, o. - założył ręce na siebie, myśląc że wybrnął z tego niezwykle elegancko. Powinien się modlić o to, by żaden z nich tego nie pamiętał jutro.
Z upiciem się dalej mu jednak trochę nie wyszło, nawet z pomocą Lynna, chociaż wino nalało mu się jeszcze do nosdży. Ale hej, przynajmniej wyłowił swoje okulary… zębami. Na szczęście był zbyt oszołomiony, by dotarła do niego złość.
Wycierając swoje szkła chusteczką przyglądał się tym ekscesom swojego przyjaciela i był już naprawdę blisko obrażenia się na niego do reszty, kiedy to tamten nagle zaczął klękać przed naczyniem pełnym trunku. Matthew zamrugał niedowierzając. Przez chwilę wpatrywał się w niego, niemalże samemu otwierając usta. Powinien… powinien się teraz śmiać? Rudzielec ostatecznie się poddał i chyba zrezygnowany podszedł do tego nieszczęsnego kyliksa.
-Och, Lynn… - rzucił. -Ciebie chyba do końca już powaliło… głupku - zaśmiał się. -No dobra, przechylam… 3… 2… 1… - i… przechylił. Przez parę pierwszych jeszcze udało mu się trafić do ust przyjaciela, lecz przez to wszystko zrobiło mu się jakoś dziwnie gorąco. Było mu dość znane uczucie, a oznaczać mogło tylko jedno - kłopoty. I jak można było się spodziewać - stało się. Zatrzęsły mu się ręce i chlusnął winem tuż obok, rozlewając je na całą twarz Lynna.
-O Boże! - Matt widząc, że po raz kolejny dziś coś spieprzył, niedbale odłożył kyliks na podest. Nim jeszcze Lynn zaczął ogarniać co się stał, rudzielec wyciągnął chustkę z kieszeni i zaczął go przepraszać jakby co najmniej złamał mu rękę. - Ja pierdolę, jak ja wszystko potrafię spieprzyć - biadolił. - Mam nadzieję, że pobrudziłem kołnierza… - Wyciągnął rękę i nerwowo począł wycierać jego twarz, jak dziecka, które pobrudziło się przy obiedzie. Na chwilę jednak przestał i zaczął wpatrywać się w oczy przyjaciela, i jakby zahipnotyzowany gdzieś odpłynął.
_________________
kupost nad kupostami. Czuję się jakbym pisała pierwszego posta kiedykolwiek XD

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Mar 18, 2018 9:01 pm

Jego brwi z każdym słowem Matta znikały pod bujną, ciemnobrązową czupryną włosów w oczywistym wyrazie niedowierzania. Rudzielec powędrował o krok za daleko. O jedno wypowiedzenie słowa „przyrodzenie” za dużo. Lynn zamrugał oczyma, odczuwając nieznane mu wrażenie zażenowania, minimalnie złagodzone stanem jawnego upojenia. Zdobył się na odpowiedź, wyjątkowo cichą w porównania do jego poprzednich, pijackich okrzyków.
- Dostrzegam pewne braki w twojej teorii. Ale w imię honoru, jestem gotów potwierdzić jej słuszność...! - wypowiedział uroczyście, po czym z pełną powagą położył dłonie na zapięciu własnych spodni, jakby długość wiadomej części ciała objawiała się kwestią życia i śmierci.
Oczywiście, nie wytrzymał w tej wzniosłej atmosferze zbyt długo, wkrótce po tym wybuchając gromkim śmiechem. Co za idiotyzm! Kogo, do cholery, obchodzi zawartość spodni własnych kolegów? Na pewno nie Lynna. Z tą myślą, wyrzucił temat z głowy, poddając się nowemu pomysłowi, ponownie, niezbyt trafionemu.
Czego się spodziewał? Że wino samo odnajdzie drogę do jego gardła? Na pewno nie za pomocą pokracznych rąk Matta. Już wkrótce młody Cavendish krztusił się i pluł winem gdzie popadło, wycierając płyn z całej swojej twarzy. Nie zdążył się jeszcze otrząsnąć, a przyjaciel zaatakował go chusteczką,
- Kurwaaa, Maaat... - jęknął niczym rasowy pijak z najgorszych Wishtown spelun. - Wiedziałem, że nie tak się pije z tych... kyliksów! - marudził dalej, jakby od początku był przeciwny takim szaleństwom.
Koniec zabawy. Wspierając się na kamiennym podwyższeniu, usiłował wstać z pozycji klęczącej. I może wyszłoby mu to bez żadnych szkód, gdyby we krwi posiadał o pół promila mniej. Podciągając się, przechylił cały postument, który zachybotał się niebezpiecznie. Automatycznie wyciągnął obie dłonie, aby ratować kyliks, a co ważniejsze - zawarte w nim wciąż wino.
Naczynie przeleciało przez jego palce, rozbijając się na marmurowej podłodze, częściowo zachlapując mu nogawki spodni zawartością. Skamieniał, usiłując pojąć, do czego właśnie doszło. Chwilowo jakby wytrzeźwiał. Myślał intensywnie jak nigdy wcześniej. Całą jego głowę wypełniła setka impulsów, zgodnie krzyczących:
- Spadamy stąd!
Rzucił się do pokracznego biegu, czego nie potrafił czynić w milczeniu, co niespecjalnie pomagało w pozostaniu niezauważonym. Pozostawione narzędzia w próbie dostania się do sali konferencyjnej, butelka wina i pokruszony w drobny mak ksyliks zostawili za sobą, jak oszaleli wracając do sali balowej.
***
Nie tańczyła, lecz jej zaróżowione policzki świadczyły właściwie o chwilowej przerwie od tejże czynności. Śmiała się od ucha do ucha, gestykulując żywo nad bogato zasłanym stołem, opowiadając nieznaną mu historię. Używając swoich rąk, pokazywała zgromadzonym słuchaczom coś na wzór szybującego z nieba ptaka. Amon obejmował ją w zamyśleniu w talii, a jej kilku słuchaczy ocierało łzy rozbawienia. Lynn zmarszczył brwi na ten widok.
Zmarkotniał, wzrokiem wracając do swojego przyjaciela, wyczekując jego reakcji. Z trudem powstrzymał się od ułożenia dłoni na ramieniu rudzielca. Doprawdy, powinien już z tego wyrosnąć...
- Matt? Ochłonąłeś już? Czy wciąż masz chęć go zamordować? - zapytał prosto z mostu, czubkiem brody wskazując ich przyjaciół stojących przy stołach. Od odpowiedzi przyjaciela zależało, w jaki sposób spędzą tę urokliwą resztę wieczora.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Mar 25, 2018 1:03 am

Na całe szczęście był zbyt pijany, by myśleć teraz o tym co się stanie z nimi za rozbicie naczynia. Na pewno będzie na równi widowiskowe jak i spalenie królowej wiedźm. Alkohol jednakże pozwolił skutecznie mu o tym zapomnieć parę chwil później, kiedy dobiegli już do sali balowej.
Dobiegłszy (albo raczej, niezgrabnie się doczłapawszy) do swojego kompana, musiał się chwilę oswoić niezwykle jasnym światłem i chwiejną podłogą. Och, na jakże okropny widok kazał mu patrzeć Lynn, kiedy w końcu przestało mu się mienić w oczach. Rudzielec, aż zmarszczył brwi. Spójrzcie wszyscy, nawet się do nich nie odwróci! Wystarczyło kilka chwil a już otoczył się zgrają uwielbiających go baranów, mimo tego wszystkiego co dziś odwalił. Ugh, na samą myśl robił się czerwony ze złości. Nic go tak nie irytowało jak niesprawiedliwość i Amon, a w połączeniu już w ogóle nie było o czym mówić.
- Spójrz tylko na tego dupka… - mruknął pod nosem, kompletnie ignorując pytanie przyjaciela (i insynuując, że tamten nie robił tego od dłuższej chwili). - Idziemy tam! - zarządził nagle i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę tamtej rozkosznej gromadki, ciągnąc przy tym swojego przyjaciela za rękaw.
Przedzierając się przez gęsty tłumik adeptów, nacierał na nich z prędkością lokomotywy, mając przy tym naprawdę groźną minę, której nie powstydziłby się sam Goldenmayer. Zrobił to jednak tak, by nie spostrzegli go pierwszego. Dopiero kiedy znajdował się parę metrów od nich huknął: -Ale tu wesoło! - Oparł się o krzesło stojące nieopodal, bo z pewnością inaczej wylądowałby na ziemi. Zmierzył wszystkich trzech Amonów ostrym wzrokiem. - My też chętnie się pośmiejemy, prawda Lynn? - zwrócił się do kompana. - Chyba nic ciekawego nas nie ominęło, podczas naszej nieobecności? To byłaby istna tragedia… - zmarszczył brwi. Biedna Lillianne była w samym środku tego trójkąta Bermudzkiego, mimo że Matt najwidoczniej jej jeszcze nie zauważył.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Czw Mar 29, 2018 4:48 am

Sala była wypełniona podniesionymi głosami oraz setką mieniących się kolorów ozdób i wytwornych sukien. Mrużył oczy, usiłując przywyknąć do nowego stanu rzeczy, prędko pojmując, że samotny korytarz z Mattem to o wiele przyjemniejsza opcja spędzenia wieczoru dla takiego odludka jak Lynn.
Niestety, rudzielec podłapał rzuconą myśl, najwyraźniej sprowokowany samą wesołą facjatą ich wspólnego przyjaciela. Lynn pozwolił się ciągnąć, czując jednocześnie, jak ogarniają go nudności. Wszelakie barwy odeszły z jego twarzy, a on zaczął oddychać głęboko, modląc się w duchu, aby oszczędzić sobie wstydu zwymiotowania na jakąkolwiek balową kreację. Postanowił trzymać się na uboczu i zgrywać trzeźwego, gdy Matt będzie załatwiał swoje porachunki z Amonem. Oczywiście, nie udało mu się zrealizować ani jednego z narzuconych sobie zadań.
Pojawienie chłopców zaskoczyło stojącą przy stole grupkę, co objawiło się na zwracających się ku nim twarzach. Każdy zareagował na ich przybycie inaczej - Lillianne wykonała niemrawy półuśmiech, uważnie przyglądając się rudzielcowi, rówieśnicy z klasy Matta przywitali go śmiechem i ogólnym rozbawieniem, a z kolei Amon początkowo posłał mu nieodgadnione spojrzenie, w którym wkrótce rozbłysnął groźny blask, gdy usłyszał jego pierwsze słowa. Wyczuł od nich woń alkoholu. Najwyraźniej dobrze się bawili. Jak zwykle bez niego.
Przechylił głowę w kierunku obejmowanej w talii Lillianne (jednocześnie powodując, że na twarz Lynna wróciły kolory), śmiejąc się ostro z komentarzy adeptów z rocznika rudzielca:
- Matthew! Już myślałem, że wróciłeś do domu! - wypowiedział jeden z nich, przeciętny chłopak, przez całą edukację trzymający się na uboczu.
- Widzieliśmy tę twoją pannę, gdzieś tu przed chwilą była... - odezwał się kolejny, rozglądając się za niebieską sukienką Rosanne. Prędko odpuścił, machając ręką. - A zresztą. Peter Harper pospieszył z pocieszaniem jej; sprawa jest już przegrana - wyjaśnił pokrótce, zaraz zanosząc się śmiechem.
Lynn na tym etapie już zdążył zdać sobie sprawę, że popełnili błąd, zbliżając się do tego zgromadzenia. Poczuł niemożliwą chęć ucieczki, z dala od ich oskarżycielskich spojrzeń. Tym razem się nie powstrzymał. Położył dłoń na ramieniu przyjaciela, już otwierając usta, by zaproponować kolejną pijacką przygodę, lecz to najwyraźniej sprowokowało Amona, który uniemożliwił Lynnowi podzielenie się jakąkolwiek propozycją na głos.
Blondyn ostrożnie puścił z objęć Lil, zostawiając ją samą, a zamiast tego powoli przyklejając się do Matta, zarzucając mu rękę na kark i zaciskając ją w potężnym uścisku, porywając w swoją stronę. Lynn odsunął się, wyraźnie zagubiony. Wtedy Amon z pełnym uśmiechem przeszedł do tego, w czym był najlepszy, a mianowicie w byciu niemożliwym chujem:
- Długo was nie było, Księżniczko... Spędziliście kilka miłych chwil...? - zapytał rozkosznie, wcale sugestywnie. Sprawa była prosta - na atak odparł atakiem. Nie zamierzał pozwolić, aby jakakolwiek obelga przeszła płazem, z początku łagodnie wysyłając ostrzeżenie przyjacielowi, aby się pohamował, gdyż... być może nie będzie w stanie utrzymać języka za zębami. - Pozbyłeś się już swojego namolnego rzepa, a ja zająłem się Lillianne. Mam nadzieję, że moje poświęcenie nie poszło na darmo?
Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Mówił wprost do ucha rudzielca, lecz nie ściszał głosu - wszyscy mogli go usłyszeć, a co najgorsze - zrozumieć. W głowie każdej zgromadzonej tu osoie powinna zapalić się lampka, pozwalająca na połączenie pewnych faktów. Oczywiście, w każdej głowie, poza tą Lynna. Lynn odpłynął już w inny świat, niespecjalnie chcąc się skoncentrować na złośliwie brzmiących słowach blondyna.
Na ziemię sprowadziła go pojawiająca się u jego boku postać Lil, niepewnym szeptem pytając:
- Może powinniśmy pozwolić im rozwiązać swoje spory za kulisami? - mówiąc, pociągnęła go za skraj marynarki, usiłując odsunąć się z pola rażenia, gdy między chłopcami dojdzie do nieuniknionej wojny.
Nie pojmowała słów Amona, nie spodziewała się ich po wszystkim, co wyznał jej podczas minionych tańców. Niestety, wybrała sobie nieodpowiedniego sojusznika. Lynn wyprostował się, spoglądając na nią z góry. Lodowatym tonem oznajmił:
- POWINNIŚMY raczej wrócić do posiadłości. Musisz być wypoczęta przed ciężkim dniem jutro.
W towarzystwie zapadła dość ciężka atmosfera, co objawiło się na zdezorientowanych wyrazach twarzy adeptów z rocznika Matta. Z jednej strony zaprawiane jadem słowa Amona, a z drugiej zachowanie Lynna, którego najwyraźniej coś ugryzło. Instynkt nakazywał ucieczkę, lecz ciekawość wygrała, zwłaszcza po niezrozumiałej chłopcom reakcji Lillianne.
Jej twarz natychmiastowo oblała się rumieńcem. Upokorzenie tym bardziej ją dotknęło, gdyż nigdy nie przypuszczała, że Lynn byłoby do tego zdolny. Odsunęła się, zadzierając nos ku górze. Uniosła się dumą, lecz wściekłość widocznie z niej kipiała.
- Ach, tak? Wypoczęta do ścielenia ci łóżka, paniczu? - wypowiedziała przez zaciśnięte zęby z wcale nieukrywaną pogardą. Natychmiast pożałował wdania się w dyskusję.
Naraz toczyły się dwie pomniejsze batalie. Pozostało czekać, w po której stronie z ostrzejszych słów przejdzie się do rękoczynów.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Maj 13, 2018 4:51 pm

Wiadomość o Rosanne była dla niego jak sowity plaskacz prosto w policzek (o ironio!), na dodatek jeszcze być to nikt inny jak Peter Harper. Jego twarz z trupio-bladej, przybrała odcień wściekłej czerwieni, przy tym w akompaniamencie śmiechów jego rówieśników, a przede wszystkim tego debila, nie sposób było się nie czuć kompletnie upokorzonym. Zacisnął dłonie w pięści i kto wie co by się stało, gdyby nie dłoń Lynna na jego ramieniu. Doprawdy, jego przyjaciel mógłby zrobić karierę jako zaklinacz rudzielców.
Przez chwilę jeszcze, był cień nadziei, że ocknie się z tego amoku i normalny, milusi i potulny Matt wróci do świata żywych, lecz jak zawsze los miał inne plany. O mało się nie przewrócił, kiedy Amon “porwał go w swoje objęcia”, ze strony rudzielca wyglądało to tak jakby przeciągnął go co najmniej o pół sali i dobrą chwilę zajęło mu zorientowanie się gdzie się znajduje. Nie uspokoiło go to bynajmniej. Może i był pijany, ale słowa blondyna niczym lodowata, oślizgła żmija ciągnąca się po jego karku, skutecznie wywołując u niego gęsią skórkę.
Amon mógł poczuć jaki sztywny się zrobił. Doskonale rozumiał co tamten miał na myśli, jednakże, o ile mimo jego stanu potrafił rozszyfrować jego zamiary to kompletnie nie miał w planach tańczyć tak jak mu zagrają, nawet jeśli miałoby to kosztować go wszystko i jeszcze więcej.
- Nie tak ostro Amon! - zawołał - Bo jeszcze koledzy to źle zinterpretują, a tego byś chyba nie chciał? - roześmiał się, pozostawiając zgromadzonych w niemałym to szoku. Chciał zaatakować Amona tą samą bronią, mimo że nie była to prawda to wiedział jak bardzo go to zezłości. Kompletnie już postradał zmysły.
Z jego twarzy jednak nie znikał szeroki, pijacki uśmiech. Kiedy wyślizgnął się już spod ramion blondaska, oparł się z powrotem na krześle, posyłając mu zawadiacke spojrzenie. - A żebyś wiedział, mój kochany Amonku. Bawiliśmy się z Lynnem wyśmienicie i jeśli pozwoli to chętnie się jeszcze gdzieś SAMI wybierzemy - zaświergotał wyraźnie z siebie zadowolony, po czym stanął z impetem na równych nogach. - A co do Rosanne… - chwycił za szklankę z ponczem. - Wypijmy za jej zdrowie!!! Ach, biedna… Ale jak to się mówi “wszystkie owce pójdą za największym baranem”. - zawołał i posłał groźne spojrzenie swoim rówieśnikom, którzy jeszcze nigdy nie czuli się skołowani tak jak teraz. Matthew jednak nie miał zamiaru przerwać tego festiwalu żenady. Opróżniwszy szklankę zapytał niby zdziwiony. - No co? Nikt się ze mną napije? Ktokolwiek… No może oprócz… - tu już bez żadnej udawanej radości wbił ostry wzrok w oczy Amona, jak sztylet. - Bo wiesz jak to mówią… Niedaleko pada jabłko od jabłoni…
Zapanowała grobowa cisza w towarzystwie, aż orkiestra zdawała się grać ciszej.
Rudzielec w tym czasie wypił kolejną kolejkę, po czym przerwał ciszę tłukąc szklankę. - No dobrze, miło było ale muszę się niestety już żegnać. Cóż, życzę udanego wieczoru… - ukłonił się i z impetem przedarł się przez sam środek tłumu w stronę tarasu.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Maj 25, 2018 1:33 am

Szczerzył do niego zęby, podnosząc rękawicę, z pełną premedytacją i nagłą chęcią do utarcia mu nosa. Uwiesił się na przyjacielu, ciesząc się na każde jego słowo, mimo że w jego oczach nie tkwiła już ani odrobina radości. Pozwolił mu na to wszystko. I pozwoliłby na jeszcze więcej, gotów uderzyć ze zdwojoną mocą. Gdyby tylko nie...
Zbladł na twarzy, a jego szeroki uśmiech rzedł, jakby w zwolnionym tempie. Nie odpowiedział. Usta otworzył wyłącznie do okazania zdziwienia, a jednak nie padło z nich już ani jedno słowo. Nie próbował udawać też, że to, do czego zniżył się Matthew, nim nie wstrząsnęło. I wtedy... Przeniósł zszokowany wzrok na Lynna, zupełnie ignorując rudzielca.
Matthew mógł już wiedzieć, że nie będzie tym, kto poniesie konsekwencje za użycie niestosownego argumentu, To właśnie Lynnowi oberwie się za zbyt długi język. I wyciąganie wydarzeń, które powinny być raz na zawsze pogrzebane w otchłani pamięci.
Pochłonięty kłótnią ze swoją przyjaciółką chłopak był zupełnie nieświadom działań, jakie są wobec niego knute. Oddał się jej w zupełności, gotów wywlec na wierzch najcięższy arsenał, by wyjść z tego obronną ręką.
- Nie zapominaj do kogo się zwracasz - syknął na nią, a twarz wyraźnie mu pociemniała. Już w trakcie wypowiadania tych podłych słów poczuł do siebie silną niechęć. Wiedział, że nie ma najmniejszego prawa, nie po doprowadzeniu ich relacji do tego punktu. Chciał po prostu wygrać tę nic niewartą sprzeczkę.
Wstydził się tego i gdyby nie obecność innych, zapewne ich rozmowa potoczyłaby się inaczej. Z tego powodu też zbliżył się do niej, utrzymując rozmowę w ściszonym tonie. Usiłował ująć ją za przedramiona, gdy Lill przeciwnie - wyrwała się gwałtownie, nie pozwalając na poufałość i odzywając się stanowczym tonem:
- Czy zaprosiłeś mnie, abym i tu ci służyła? Czy nie mówiłeś o spędzeniu przyjemnego wieczora? Bo, musisz być tego świadom, Lynn, to dwie różne kwestie.
Jej spojrzenie było nieugięte. W przeciwieństwie do niego, w rzeczywistości miała cudzą opinię za nic. Mówiła otwarcie, przyznając się do bycia służącą, ignorując ciążące na nich spojrzenia. Czuł już swoją przegraną, jednak duma nie pozwalała mu na przyznanie się do winy.
- Ty... niczego nie rozumiesz. Baw się, nie obchodzi mnie to - rzucił ozięble, odsuwając się. Stracił resztki argumentów, mimo że zaczynając tę kłótnie nigdy nie miał ich pokaźnego zasobu. - Bylebyś nie zawaliła jutrzejszych obowiązków - dodał, po czym odwrócił się, nie czekając nawet na jej odpowiedź.
Zostawił ja samą, wściekłą i skrzywdzoną. Przedarł się przez grono znajomych, goniąc za oddalającą się postacią Matta.
***
Wtargnęli jak niespodziewanie jak tornado i pozostawili po sobie równie wielkie spustoszenie. Jeszcze przez chwilę w powietrzu między nimi ciążyło nieznośne napięcie.
- To było... - odważył się przerwać jeden z nich, usiłując zrozumieć, czego właśnie byli świadkami. - Czy oni...? - formułował tę dziwną relację, o której najwyraźniej sugerował Amon.
- Nie - natychmiast zaprzeczył, twardym, zdecydowanym głosem, wyjątkowo niechętny do wyjaśnień.
Zamiast tego, podszedł do Lilly, doskonale interpretując jej wyraz twarzy.
- Nie przejmuj się nim. Zagryzą go wyrzuty sumienia, nim upłynie kolejna chwila. Zaraz wróci błagać cię o przebaczenie na kolanach - oznajmił cicho, starając się ją pocieszyć.
Nie zamierzała oddawać mu wrażenia, że potrzebuje jakiegokolwiek pocieszenia.
- Nie dam mu tej okazji - powiedziała wyzywająco. - Zatańczmy, proszę.
***
Nie sądził, że kiedykolwiek doświadczy na własnej skórze większego kontrastu. Wychodząc na taras poczuł się, jakby opuszczał samo piekło, stawiając niepewne kroki u bram Edenu. Wypuścił powietrze z płuc, rozkoszując się nocnym, rześkim chłodem. Cisza. Niemożliwie przyjemna, błoga. Żadnych oskarżycielskich spojrzeń. Ani jednej twarzy, z którą nie chciał mieć do czynienia.
Widział Matta odwróconego do niego tyłem, jednak nie ruszył od razu w jego kierunku, napawając się chwilą. Nic nie mówił. Stanął kilka kroków od niego, gapiąc się na osadzone nisko błonia, otulone mrokiem nocy, nieznacznie zaznaczone przez blask dochodzący z otwartej sali audiencyjnej.
***
- Nie rozumiem cię, Amon. - Pomimo złamanego serca, przeniosła swoją uwagę na blondyna. Wiedziała, że cierpi nie mniej niż ona.
- Naprawdę, Lil? - uśmiechnął się czarująco, nawet na chwilę nie tracąc kroku podczas tańca. - Myślałem, że kto jak kto, ale ty pojmiesz bez słowa sens moich błędów... - powiedział niejasno, nie siląc się na podniesiony głos. - Bronię się tym, czego mam w nadmiarze... - dodał, świadom powoduj jej zdziwienia. Nie tego oczekiwała, po jego zapewnieniach...
***
Kruszył każdym słowem i gestem budowane przez lata relacje. Uprzejmość dla nieznanego zmieniała się nie do poznania, gdy zaczynało mu zależeć. Wtedy mówił rzeczy, których nie chciał powiedzieć. Kłamał, bywał zaborczy, złośliwy. Aby tylko poszło po jego myśli. Udawał obojętność dokładnie wtedy, gdy serce zaczynało bić mu mocniej. Co najgorsze - był tego świadom.
Z pełnym żalu spojrzeniem spoglądał na oddaloną postać Matta. Nie zamierzał spieprzyć, chociaż tego. Podszedł do niego powoli, ustawiając się bokiem, patrząc przed siebie na szkolne błonia.
- Przykro mi z powodu Rosanne... - zaczął niepewnie. - Pewnie inaczej wyobrażałeś sobie ten pierwszy bal. Przepraszam. Nie miałem prawa jej oceniać. A jej... Na pewno na tobie zależało. Wszystko dziś powinno być inne. To twój wieczór... - mówił chaotycznie, jakby nie zmierzając do żadnego konkretnego punktu. Nie śmiał też na niego spojrzeć.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Lip 15, 2018 11:17 pm

Tłum ludzi i światło zaczęły się ze sobą zlewać, hałas zewsząd narastał. On jednak niewzruszony przedzierał się przez tłum, który wydawał się być naprawdę gęstą zupą, przy czym drzwi na taras wciąż zmieniały swoją pozycję. W końcu mimo wszystko udało mu się wyjść na świeże powietrze.
Boże, co za ulga. Odwrócony tyłem do tej całej rozszalałej zgrai imbecyli oparł się o barierkę przy tarasie i spojrzał na błonia. Dopiero teraz się jakoś uspokoił, cały czas jednak nie potrafił powstrzymać tej złości, a jedynie kolejne myśli ją jeszcze wzmożyły. Co gorsza jeszcze zachciało mu się płakać! Oficjalnie ten wieczór zaliczał się do najgorszych w jego życiu. Miał najszczerszą ochotę wrócić tam i spuścić komuś manto, ale był już całkowicie na całe szczęście (swoje) wyprany z sił. Ledwo się jeszcze trzymał na nogach.
Myślał już, że spędzi te chwile w samotności, do kiedy nie usłyszał tego znajomego głosu. Przed nim nie umiał udawać. Nieważne jak grubą powłokę by przywdział, on zawsze potrafił go doprowadzić do stanu, w którym drżał jak źdźbło trawy na wietrze i tym razem nie było inaczej.
- I co z tego? - prychnął, usiłując za wszelką cenę pokazać że jest twardy. - To nie ty powinieneś mnie przepraszać, tylko ten jełop! - Przeszył go ostrym wzrokiem,choć powoli było widać, że coś w nim pęka.
- Zawsze, ale to zawsze, robi wszystko by jak najbardziej zepsuć wszystkim życie! A w szczególności nam! I WSZYSTKO I TAK UCHODZI MU NA SUCHO! - niespokojnie machał rękoma - Ja też mam swoje granice! W końcu ktoś musiał się mu odpłacić, nie uważasz? Skoro tak go bawi czyjeś cierpienie... Zasłużył na każde słowo i niczego, ale to niczego nie żałuję! Szkoda, że nie widziałem jego miny, ha! - odwrócił się od niego teatralnie zadzierając nosa.
Nie potrafił utrzymać tej gry zbyt długo, kiepski był z niego aktor, a w szczególności już jak był pijany. Od razu zmarkotniał. - Jak on to robi? - zapytał, chyba nawet nie oczekując odpowiedzi. Znów spojrzał na niego, swoimi przeszklonymi oczami. - Jakim cudem taki dupek, nie szanujący nikogo, traktujący wszystkich jak przedmioty zawsze ma w okół siebie grupkę adoratorów? Co on ma czego ja nie mam?! - zawył, po czym przygryzł wargę. - Bo jest wygadany, zabawny, charyzmatyczny? Nie ważne, nie obchodzi mnie to - prychnął zmieszany. - Przecież gołym okiem widać, że on to wszystko udaje! A ci idioci to łykają jakby był nie wiadomo kim… - westchnął.
- Po co my mu jesteśmy w takim razie? Przecież zewsząd ma mnóstwo przyjaciół, prawda? Gdyby tylko chciał to mógłby codziennie znaleźć sobie kogoś innego do spędzania z nim czasu, o dziewczynie nie wspominając… Najwyraźniej chce mieć przy sobie kogoś, kto pozwoli mu się na sobie wyżyć, prawda? Jebanych kozłów ofiarnych! - ze złości kopnął kamień znajdujący się nieopodal tak, że mógłby spokojnie przelecieć inkwizycyjne mury.
Nie odzywał się przez moment. Naprawdę, do końca życia będzie musiał odpłacać Lynnowi, za to że ten słucha jego pijackiego pierdolenia, choć już było widać, że powoli się męczył. Opadł prawie, że bezsilnie na barierkę.
- Pieprzony idiota… - wymruczał, jeszcze nie dając za wygraną. - Przecież on wie, że się tak tylko pogrąża, nie jest głupi. Nie ważne jak bardzo starasz się z niego wydusić co jest nie tak, albo jakieś inne… coś to on zawsze albo zmieni temat, albo będzie się na tobie mścił za Bóg wie co. Bo masz czelność się nim interesować. Ugh… - skrzyżował ręce, po czym wybuchnął. - Każdy z nas ma kurwa ciężko! I ty, i ja też! A jakoś żaden z nas nie zachowauje się jak kompletny buc, prawda? Można nie robić z siebie kompletnego, zadufanego w sobie pajaca! - walnął pięścią w poręcz.
Znów rozległa się głucha cisza. Patrząc na Matta można było mieć wrażenie, że zaraz kawał żelastwa, który tak namiętnie ściskał w dłoniach po prostu rozkruszy się w drobny mak. Chłopak naprawdę był na skraju załamania. Nie tylko myśli o Amonie rozsadzały mu teraz głowę; blondyn chciałby, by doprowadzenie rudzielca do stanu w którym nie może utrzymać się na nogach, było tylko jego zasługą - jego niedoczekanie.
- Mój Boże, jaki ze mnie frajer! - znów brutalnie przerwał ciszę, wyjąc chyba do księżyca, budząc przy tym znaczną część Wielkiej Brytani. - Jak ja mogłem to…. O nim… Rosanne! - majaczył, odsuwając się od krawędzi tarasu na sam jego środek, łapiąc się przy tym za głowę. - Przecież to ja miałem ją chronić… Ona… Wszystko zepsułem, wszystko jej zepsułem! Ona przecież chciała tylko poczuć się dobrze, to było takie proste, a ja nawet tego nie mogłem… nie umiałem… - majaczył jak opętany. Jeszcze nigdy w życiu nie wypił tyle alkoholu i jak na razie wygląda na to, że zostanie kompletnym abstynentem do końca życia.
- Co ja MU powiem..? - nie wytrzymał - po jego policzkach spłynęły łzy. Lynn powinien był wiedzieć o kim on mówił. Złapał się za brzuch i zgiął wpół. Bywało tak, że przez stres dostawał naprawdę poważnych skurczów mięśni. Wyprostował się jednak, lecz nie wrócił do przyjaciela, a jedynie stał odwrócony do niego tyłem.
- Jestem beznadziejny - wydukał niemalże dławiąc się łzami. - Wszystkiego czego się dotknę to to zepsuję; Rosanne, o Inkwizycji nawet nie wspomnę! Jakim cudem jeszcze tu jestem!? - łkał głośno chowając oczy. Nie potrafił się nawet ruszyć z miejsca w tym momencie, nawet kiedy Lynn do niego podszedł nie śmiał drgnąć, nie wspominając już o podniesieniu na niego wzroku. Wyczuł jednak jego obecność.
- Ja… ja naprawdę nie wiem co ja tu robię - jęczał, a jego słowa były tym razem bezpośrednio skierowane do przyjaciela. - To on chciał, bym tutaj był. On wiedział o tym wszystkim, co się tu wyrabia. A ja chciałem tylko by, był ze mnie dumny. Znosiłem to wszystko i nie narzekałem; dawałem z siebie wszystko, ale to jeszcze było za mało… Chciałem… Chciałem tylko by mnie... - tu nie potrafił już mówić dalej, tylko wybuchnął jeszcze głośniejszym płaczem. - On mnie nienawidzi!!! Od zawsze zachowuje się tak, jakby wolał bym nigdy się nie urodził! Zawsze tyjest słyszę od niego jak to nic mi nie wychodzi, albo że nie dość dobrze, a w najlepszym wypadku nic w ogóle nie mówi!!! - wrzasnął, po czym zbliżył się trochę do Lynna, niemalże się o niego opierając.
- A najgorsze w tym jest to, że ma rację… - wydukał. - Mówi, że sam bez nich nie potrafiłbym przeżyć ani dnia. Wszystko we mnie jest takie koślawe i zepsute. Mam wrażenie, że czegokolwiek się nie podejmuję to z góry skazane jest to na niepowodzenie, tylko dlatego że ja się do tego zabieram. Bronią posługuje się jak ostatnia sierota, okulary jednak średnio co miesiąc, nie potrafię nawet pocałować dziewczyny… Nie wspominając o tym jak bardzo bym chciał stąd uciec, ale nie potrafię. Za chwile przecież mam osiemnaście lat, nadal nie umiem decydować o sobie … Jestem jak dziecko. Głupie, wystraszone, zależne dziecko; SPÓJRZ NA MNIE, NAWET W TEJ CHWILI MUSZĘ KURWA RYCZEĆ!!! - miał ochotę znowu coś kopnąć ale na szczęście był już zbyt wyczerpany.
Nie był to jednak koniec jego wywodu. - Wiesz dlaczego jeszcze wiem, że jestem beznadziejny? Spójrz na niego! On ma jeszcze gorzej, a widziałeś kiedyś, by on zachowywał się w TEN sposób? Pewnie on ze swoim ojcem przeżywa codziennie piekło a nadal potrafi… nie być odpychający! Nawet nie wiesz jak mu zazdroszczę; wszystko przychodzi mu z taką łatwością, no może poza robieniem z siebie ofiary losu. Też chciałbym by wszyscy wokół mnie widzieli ile jestem warty, problem w tym… że może widzą? Och, jak ja mogłem się do niego w ogóle porównać! Chyba tylko bym poczuł się lepiej, he? “Jesteśmy do siebie podobni” - co za brednie!!! - fuknął pod nosem, lecz wystarczyła chwila, by na nowo się rozpłakał - Jakim skończonym chujem i kretynem jestem, że mu to powiedziałem!!!
Jego kolana się same pod nim ugieły, złapał się za marynarkę przyjaciela i do niego przylgnął. Nie odważył się jednakże go objąć - czuł zbyt duży wstręt do siebie.
- On mi ufał - wycisnął z siebie jeszcze. - A ja to wszystko zniszczyłem...
- Wiesz… Chciałbym… zasnąć i już nigdy więcej się nie obudzić
...


___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Sro Lip 18, 2018 7:56 pm

Nie miał dla niego rad. Ale z każdym, kolejnym wylanym żalem, Lynn zaczynał pojmować, że Matthew wcale nie oczekuje od niego słów pocieszenia, pustych obietnic, że będzie lepiej. Nie zamierzał kłamać. W milczeniu oddał mu więc to, czego chłopak, w jego mniemaniu, najbardziej potrzebował.
***
Melodia zwolniła, bal dobiegał końca. Muzycy ofiarowali ostatnie szanse na porwanie tłoczących się dziewcząt do wolnego tańca.
Ściszyli głosy, gdy wokół pojawiły się inne pary, w swoim dialogu wciąż nie przerywając tańca. Nie zwracali uwagi na otaczający ich świat, choć zdawać by się mogło, że ta podniosła atmosfera, dająca mi pozorne wrażenie wkraczania w dorosłość, przysporzyła ujście szczerości.
- Przeproszę go, jak wróci - oznajmił niespodziewanie, kończąc stary wątek, rozpoczęciem nowego.
- Znasz znaczenie słowa „przepraszam”? - uśmiechnęła się z niedowierzaniem. Z pełnym szacunkiem do Amona, nie nosiła krzty wiary w powodzenie jego obietnicy.
- Zrobię to dzisiaj - rzekł z pełnym zaangażowaniem, przysięgając to przed nią i samym sobą. Był zdeterminowany i gotów do największych poświęceń.
Oddał się swoim myślom, wyobrażając sobie rozmowę, jakiego nigdy wcześniej nie poprowadził. Nie pozwoliła mu na odpłynięcie, ciut mocniej zaciskając palce na jego dłoni, by to na niej skupił swoją uwagę. Postanowiła samolubnie wrócić do tematu istotnego dla niej:
- Pomożesz mi?
Proste pytanie, którego sens poznał dopiero dziś. Nie mógł udawać, że nie wie, co Lillianne ma na myśli. Opierał się tylko chwilowo:
- Jesteś szalona, Lil - mruknął, dostrzegając, że cień uśmiechu przedarł się przez jej wargi.
Znał znaczenie tego gestu. Wiedział, że z żywą przyjemnością odpowiedziałaby, że mają wiele wspólnego. Zamiast tego, utrzymała powagę, z pełną premedytacją naciskając dalej.
- Chcę wiedzieć.
Jej pomysł był na tyle trudny do zrealizowania, absurdalny i kłopotliwy, że nie mógł sobie odpuścić. Odwzajemnił jej czujne spojrzenie.
- Pomogę ci.
***
Oddał mu milczenie. Słuchał z uwagą, chłonąc jego emocje, często rodzące w nim chwilowe zrywy, by zacząć zmieniać otaczający go świat. Prędko rezygnował, świadom swojej porażki, co pozostawiało go z uczuciem jeszcze większej beznadziejności. Objął go, zadzierając głowę do nieba, pozwalając się wypłakać za wszystkie czasy. Trzymał go mocno, aby nie wysunął mu się z ramion wprost na podłoże tarasu.
Choć powinien, nie potrafił niczemu zaprzeczyć. Zgadzał się z przyjacielem, akceptując nawet bezsens wszystkiego. Najbardziej dotknęły go słowa o Amonie, którego zwykł bronić. Choć obecnie żywił wobec niego wyłącznie złość i zawiść za rujnowanie tego, co mógł uważać za istotne. Nie wtórował jednak rudzielcowi, we względnym spokoju biorąc sobie jego słowa do serca, gdzie zamierzał się z nimi rozprawić z większym namysłem.
Założył ręce na jego barkach, cierpliwie czekając, aż się uspokoi. Dopiero wtedy przemówił cichym, lekko zmęczonym głosem:
- Twój ojciec to największy kutas, jakiego znam - wypowiedział ze stoickim spokojem, co wyjątkowo nie pasowało do towarzyszącej im chwili. - Powinieneś robić mu na przekór. Cokolwiek. A najlepiej wszystko - dodał, zgodnie ze swoimi przemyśleniami. Według Lynna, zachowanie Amona było niewinną zabawą w porównaniu z tym, jak Andreas krzywdził własnego syna. Wiedział, że konsekwencje tego będą trwały znacznie dłużej.
- Masz zupełną rację - potwierdził wszystkie jego słowa, pesymistyczne obawy. Zgadzał się z nim. - Sprawiedliwości nigdy nie było. Nawet w założeniach. Kiedyś uważałem, że gdyby nie my, Amon nie miałby nikogo. Byłby sam jak palec, ze znajomymi do pustych rozmów, kobietami wyłącznie do łóżka... Teraz widzę, że nie byłby nawet smutny z takiego stanu rzeczy. Nie zależy mu. On nawet nie udaje - wyciągał wnioski, a złość do przyjaciela ponownie w nim zawrzała.
Ledwie przyznawał to przed samym sobą, ale wciąż był zazdrosny o Lillianne i wściekły na Amona za to, że przez swoje skurwysyństwo ostateczne wyszedł na tym lepiej. Był pewny, że uległa mu, kupił ją jednym, fałszywym komplementem.
- Jest chujowo, Matthew - przytaknął mu powoli, w końcu przymykając powieki i przytulając go do siebie mocniej. - I od teraz będzie tylko gorzej. Praca cię pogrąży... - przewidywał, sądząc po swoich doświadczeniach. Pierwsze kroki jako pełnoprawny inkwizytor były niemal ponad jego siłę. - Przynajmniej jesteś szczery... - uśmiechnął się pod nosem, łagodnie ujmując jego ramiona i odsuwając się na wyciągnięcie rąk.
Spoglądał smutno na jego zapłakaną twarz, w końcu uśmiechając się delikatnie. Powoli sięgnął dłonią do wewnętrznej kieszeni swojej marynarki, wydobywając ciążące w niej już od dłuższego czasu, niepozorne, ozdobne pudełeczko.
- Miałem ci to dać po wszystkim... jednak nie trafię już na lepszą okazję - oznajmił, wyciągając ku niemu kwadratowy, płaski pakunek, pozbawiony zbędnych ozdób.
Gdy Matthew odebrał prezent, Lynn z wolna osunął się na ziemię, siadając przed nim, wyciągając nogi i zadzierając głowę, by mieć lepsze widoki na gwieździste niebo, po części przysłonięte blaskiem pochodzącym z wnętrza sali balowej. Nie spieszył się.
Jeśli chłopak otworzył pakunek, od razu rozpoznał przedmiot znajdujący się wewnątrz, leżący na jedwabnym obiciu. Srebrny zegarek kieszonkowy, zawieszony na drobnym łańcuszku. Jego pokrywa zdobiona była wygrawerowanymi, powtarzalnymi motywami kwiatowymi. Po uniesieniu go w dłoń, Matthew mógł ocenić, że ten jest całkiem ciężki. Otwarcie go wymagało trochę sprawności, gdyż polegało na podważeniu pokrywy paznokciem. Zawiasy ustąpiły, a przed oczyma chłopaka ukazała się biała tarcza wypełniona rzymskimi cyframi i liczbami,  zaopatrzona w eleganckie wskazówki o ciemnym kolorze. Po przeciwnej stronie, pod pokrywą spoczywał idealnie prosty napis: „Ad meliora tempora”, oznaczony datą.
Odezwał się do dłuższej chwili:
- Goldenmayer byłby ze mnie dumny - najwyraźniej nawiązywał do popisania się swoją wiedzą wyniesioną z niezapomnianych lekcji u profesora. - Obyśmy spotkali się w lepszych czasach, Matthew.
***
Spojrzał na nią z nieukrywanym zaskoczeniem, nie udzielając odpowiedzi od razu. Taniec skończył się, a on nie przemówił, nim melodia nie rozbrzmiała na nowo. Ujął Lillianne, ale i wtedy jego riposta pozostawiała wiele do życzenia:
- Nie zrozumiesz tego, Lil. Nie pytaj mnie - sapnął krótko.
Zdawać by się mogło, że zakończyli temat. Nie pomyliła się, pozwalając mu przemyśleć zadanie pytanie przez dłuższy czas. W swojej próżności zdobył się na tłumaczenie, wbrew wcześniejszemu ucięciu rozmowy.
- Takie uczucie nigdy nie połączy kobiety i mężczyzny - dopowiedział wyraźnie, chcąc potwierdzić, że jego rozmówczyni nie poczuje przedsmaku tego wrażenia. - To poświęcenie, jakiego marna instytucja małżeńska nie zna. Każda moja obawa. Każde powtarzane do oporu przykazanie, że to grzech. Każde z moich spojrzeń... I cały świat głoszący, że to choroba, utwierdzają mnie w przekonaniu, że nie chcę nikogo innego. Właśnie tego. Chcę spłonąć z nim w piekle.
***
Rozłożył się w całości na tarasie, po części pod stołem, na którym spoczywała szklana popielnica i puste kieliszki po ponczu. Jego ciemne włosy rozsypały się po posadzce, a on ćmił leniwie papierosa, dzieląc się nim na pół z przyjacielem.
Dochodzący ich utwór dobiegł końca, kolejna melodia nie rozbrzmiała. Zamiast tego, na sali rozległ się hałas podniesionych rozmów. Zignorował zmianę, jako że dobrze mu było w obecnym stanie. Leżał, odczuwając błogi spokój, niezmącony nawet zmęczeniem dnia i wielu pochodzących z niego wrażeń. Tyle mu wystarczyło.
Leżałby tak pewnie w nieskończoność, gdyby nie witające na tarasie odgłosy i chichoty. Wyciągnął głowę, nawet niespecjalnie się podnosząc. Pojawiająca się para koleżanek początkowo nawet ich nie zauważyła, zajmując się własnym dialogiem. Dopiero urwane wpół słowo, zwieńczone cichym piskiem zwiastowało, że dostrzegły kogoś leżącego na tarasie. Ten ktoś spojrzał na nie bez cienia wstydu, jakby to, co czynił mieściło się w granicach normy. Wtedy też jedna z nich speszonym głosem poinformowała chłopców:
- Na sali robione jest pamiątkowe zdjęcie, nie chcecie dołączyć?
Lynn nie zamierzał odpowiadać. Zerknął na Matta, oceniając w milczeniu jego stan.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Sro Lip 18, 2018 11:33 pm

I nagle cały ten szum, te myśli które tak bardzo rozdzierały mu głowę powoli cichły. Jego płacz również z czasem zmienił się w spokojny oddech, a wstarczyło tylko go objąć i mocno do siebie przycisnąć. To on był jego stróżem, za rękę wyprowadzającym go z ciemnego lasu, kiedy się zgubił. To on był jego latarnią nad morzem, kiedy cała reszta się od niego odwróciła. To on był jego chatką na wsi z ogrodem, kiedy tylko chciał poczuć odrobinę ciepła. On był jego ostoją, nie to zimne pomieszczenie w Internacie, nie to przepełnione bólem mieszkanie na niedzielnej; tylko on był czymś co mógł określić mianem domu. Naprawdę wszyscy mogliby znikną: Abraham mógłby nigdy nie wrócić. Matka mogłaby się już nigdy do niego nie odezwać, Goldenmayer mógłby o nim zapomnieć. Amon… mógłby po prostu zniknąć, a on by się nie przejął, wystarczyło, że on tu był, razem z nim. Tylko z nim nie czuł się źle ze swoją kruchością. Był jak porcelanowa filiżanka w najdelikatniejszych dłoniach na świecie. Czuł się kochany.
Cały czas mocno zaciskał na nim swoje dłonie, aż do momentu kiedy całkowicie się uspokoił. Nie miał praktycznie siły mu na nic odpowiadać, po prostu chłonął każde słowo i zachowywał je dla siebie, a co z nimi zrobi tego już nikt poza nim nie będzie wiedział, sprawiło to tylko to, że wtulił się w niego jeszcze mocniej. Naprawdę nie chciał go puszczać, jednak niestety ta chwila nie mogła trwać wiecznie. Po raz kolejny od dłuższego czasu mógł zobaczyć jego zielone oczy; nie ważne jak często je widział to za każdym razem wydawały mu się być równie zjawiskone, nawet teraz - poprzez zapłakane oczy, oświetlone jedynie przytłumionym światłem lamp z sali balowej, oraz bladą poświatą księżyca w pełni. Nie mógł oderwać od niego wzroku.
Z tego transu wyciągnęła go dopiero wieść o podarunku. No tego się akurat nie spodziewał; jakby dziś nikt tego nie robił. Na początku skrżetnie obadał pudełeczko, nim odważył się je otworzyć, lecz w końcu i to musiał zrobić. Wtedy jego serduszko się zatrzymało na moment. Delikatnie chwycił mieniący się w świetle kawałek metalu, chowając przy tym pudełeczko do kieszeni. Dokładnie oglądał tę dziwną rzecz z zewnątrz, dopiero po jakimś czasie orientując się co to tak naprawdę było.
- Zegarek - powiedział jakby trzymał conajmniej gwiazdkę z nieba. Wreszczie podważył wieczko i po raz kolejny po jego ciele przeszedł aż dreszcz. - Lynn, ty to sam..? - Cóż za niepotrzebne pytanie! Łzy po raz kolejny napłynęły mu do oczu, kiedy usłyszał co było tam napisane (oczywiście nie mógł tego przeczytać, gdyż było za ciemno). - Nie musiałeś… - przygryzł wargę powstrzymując się od kolejnego wybuchu płaczem. On dobrze wiedział co Lynn chciał przez to powiedizeć, to była obietnica, to było… wyznanie. Ach, gdyby tylko nie leżał, to by rzucił się mu na szyję po raz kolejny! Zamiastego zamknął zegarek i przycisnął mocno do serca. - Przyrzekam ci Lynn, już zawsze będę go nosił ze sobą, choćby nie wiem co! - uśmiechnął się od ucha do ucha, mało brakowało a zacząłby krzyczeć ze szczęścia.Kto wie, może pójdzie za przykładem przjaciela i też będzie nazywał ważne dla siebie przedmioty? Oczywiście jakie miano będzie nosił ten wie już każdy…
On również poszedł za przykładem przyjaciela, co było raczej jawnym zaproszeniem do przyłączenia się. W takim razie położył się plackiem obok niego, bardzo ale to bardzo blisko. Wlepił wzrok w niebo. - Ale one dziś szybko się kręcą… te gwiazdy - Był bardzo pijany. - Naprawdę! Przecież wiesz, że nie kłamię! - zaśmiał się pod nosem jakby powiedział niewiadomo co zabawnego. Wziął od niego papierosa i przechylił głowę ku niemu. Ach, co za błogość! Tak również mógłby spędzić całą wieczność!
-Lynn, dobrze mi… - mruknął cały czas przyciskając zegarek do swojej piersi. -Wiesz? - nagle wsparł się na łokciach i wlepił w niego wzrok. Nie mógł się powstrzymać od delikatnego uśmiechu. Jego oczy utkwiły na jego ustach. Coś mu się przypomniało i to bardzo dokładnie. Och, jakby on znowu chciał, by ich usta znowu się połączyły; tylko tym razem, by obydwoje byli tego chociażby w pewnym stopniu tego świadomi. Idealnie by było gdyby to Lynn wykonał ten pierwszy ruch, aczkolwiek jak będzie mu kazał zbyt długo czekać, to Matt weźmie sprawy w swoje ręce.
Było idealnie. Już miał otworzyć usta i coś mu oznajmić, gdy nagle nieopodal rozległy się dziwne hałasy. Ach te baby! Zero wyczucia! Nie widzą, że właśnie chciał mu wyznać miłość?! Matt zlustrował je ostrym jak brzytwa wzrokiem. Na wieść o zdjęciach jednak lekko złagodniał, po czym od razu spojrzał na przyjaciela, gdyż do głowy wpadł mu pewien pomysł. - Może… może byśmy poszli? - zaczął nieśmiało. - Po drodze złapiemy jeszcze jedno wino, co ty na to? - myśl o dalszym upijaniu się bardzo mu się spodobała, lecz od razu spoważniał. - A później poszlibyśmy na błonia… mam… muszę ci coś jeszcze chyba powiedzieć… - zająknął się, lecz na jego twarzy było już tyle pijackich wypieków, że trudno było się doszukiwać tam rumieńca wstydu.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Czw Lip 19, 2018 1:18 am

Obawiał się reakcji chłopaka na swój prezent, choć dumny ze swojego kolejnego dziecka jak nigdy wcześniej. Wystarczyło jedno słowo, by spostrzegł się, że zbędne były jego wątpliwości, a Matthew doceni jego poświęcenie. Uśmiechnął się, kiwając głową. Wiedział, że od teraz każde spojrzenie na przedmiot w jego posiadaniu będzie sprawiał mu przyjemność.
- Mi też... - odrzekł, nie siląc się na podniesiony głos. - Jakby przez chwilę świat stanął w miejscu i wszystko jest tak, jak powinno być... - skomentował z najprawdziwsza ulgą, odbierając papierosa, nieustannie wlepiając wzrok w gwieździste niebo, które również w jego odczuciu nie było zbyt stabilne.
Początkowo był zły na dziewczęta, które zaburzyły mu tę idealną chwilę, utopię, jakiej nigdy nie chciał opuszczać. Gdy uniósł się na przedramiona i zerknął w stronę wydobywającego się z sali światła, spostrzegł się, że życie wymaga od niego więcej niż wiecznej ucieczki. Powinien stawić czoła kolejnemu wyzwaniu; powrotowi na powierzchnię żywych i spełnieniu obowiązku przykładnego ucznia, by jego ojciec nie doszukiwał się na próżno postaci Lynna na grupowym zdjęciu. Jeszcze przed chwilą świat mógłby płonąć, on nie zamierzał opuszczać tarasu. Dla przyjaciela jednak podjął nadludzki wysiłek wstania, otrzepania się z kurzu i próby funkcjonowania niczym przeciętny uczeń akademii.
- Chodźmy. Uwiecznijmy nasze zapijaczone facjaty na wieczność - mruknął, pomagając rudzielcowi wstać. - Co chcesz mi powiedzieć? - zapytał z ciekawością, zupełnie nie potrafiąc się domyślić, co jeszcze ciążyło na sercu Matta po wiązance żalów, jaką całkiem niedawno otrzymał.
Wspólnie przekroczyli próg sali, ponownie znajdując się w tym okropnym, dusznym i denerwująco jasnym wnętrzu. Lynn zmrużył oczy, opiekuńczo prowadząc swojego przyjaciela w stronę największego zgromadzenia, adeptów tłoczących się w trzech rzędach przed fotografem. Stanęli sami, niemalże zupełnie z boku. Wolał nie wiedzieć, jak tragicznie wygląda po całej nocy przygód, chlania wina i pocieszania Matta. Nie obchodziło go to w żadnym stopniu. Zerknął ukradkiem na przyjaciela, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
Nie był świadomy, że w pobliżu znajdowała się osoba, której o wiele bardziej zależało na tym, by znajdować się w pobliżu rudzielca. Ku nim nadciągał nikt inny niż Amon, ciągnąc pod rękę Lil, przeciskając się przez ustawiony już środkowy rząd uczniów, od kiedy ich tylko zobaczył.
- Z drogi, nie mam czasu - mamrotał tylko, rozpychając się łokciami i bez pardonu depcząc cudze buty. Lil goniła za nim z przepraszającą miną.
Lynn dostrzegł ich zdecydowanie za późno. Nie było już jak zwiewać ani gdzie się ukryć. Amon jednak w zupełności zignorował Lynna, szarpiąc go za ramię i wciskając się pomiędzy jego i Matta.
- Z łaski swojej, zamień się miejscami - bardziej oznajmił niż poprosił, w końcu zajmując upragnione miejsce pomiędzy Mattem a Lynnem.
Blondyn natychmiast zarzucił dłoń na bark przyjaciela, jednak nie czynił tego w żaden sposób podobnie do charakterystycznego gestu przyjaciela. Pod jego palcami można było wyczuć stanowczość, niemalże agresję. Nie dodawał mu w ten sposób oparcia, otuchy. Więcej było w im groźby i niemego ostrzeżenia.
Wszyscy ustawili się równo, co najwyraźniej satysfakcjonowało fotografa, przechodzącego do uwiecznienia tego obrazu. Wtedy też Amon przesunął dłoń na jego szyję, samymi koniuszkami palców zahaczając o policzek rudzielca.
- Niedaleko pada jabłko od jabłoni? - zapytał, cytując słowa, które zbyt głęboko zapadły mu w pamięć. Zamiast przeprosin obiecanych Lil, oddał mu coś zupełnie odmiennego. - Mam nadzieję, że się wkrótce o tym przekonasz, Matthew - szepnął złowieszczo, w niemożliwy sposób zachowując promienny uśmiech do zdjęcia.
W tym samym czasie Lynn spostrzegł się, kogo ma za nowego sąsiada, po małej zamianie Amona. Zdziwił się, lecz prędko odwrócił wzrok, przyjmując nowy stan rzeczy, zamierzając skrzętnie ją ignorować. Nie było to proste ze względu na wypowiedź Lillianne:
- Cuchniesz alkoholem - skomentowała marszcząc nos. Odpowiedziało jej milczenie. Doskonale wiedziała, że musi postarać się bardziej, by sprowokować go do żywszych reakcji. - Dobrze się bawiłeś? - zapytała, lecz ponownie - Lynn udawał, że jej nie słyszy.
Dopiero kolejne słowa młodej służącej sprawiły, że widocznie zacisnął szczęki, co ona przyjęła z największą satysfakcją:
- Dziękuję za zaproszenie. Miałeś rację, Lynn. Nie żałuję, że mnie tu zabrałeś.
Uśmiechnęła się czarująco, co zostało ujęte na fotografii, wykonanej chwilę późnej.
Uczniowie odetchnęli z ulgą, śmiejąc się i rozglądając po sobie. Lynn zupełnie zapomniał o wszystkich pozytywach tego wieczoru, zapomniał o rozmowie, jaka czekała go jeszcze z Mattem. Przed oczyma ciemniało mu ze wściekłości. Po raz pierwszy w życiu miał ochotę kogoś zamordować. Nieco zbyt mocno chwycił Lillianne za dłoń, oznajmiając już w drodze:
- Wracamy.
Jako jedyny spieszył się do wyjścia, jako jedyny nie żegnał się z nikim, nie lamentował za cudowną zabawą, która musiała dobiec końca. Wybrał najkrótszą drogę, szturchając Amona, aż ten zachybotał się, chwilowo tracąc równowagę. Gdyby dał mu powód, z pewnością doszłoby wtedy do bójki. Amon wiedział jednak jak zareagować, odpowiadając krótkim śmiechem.
- Dobrej nocy! Do zobaczenia niedługo - powiedział zupełnie sympatycznie, śmiejąc się od ucha do ucha. Najwyraźniej zachowanie Lynna przysporzyło mu wiele uciechy.
Lillianne pożegnała się z nimi machając ręką, krzywiąc się od bólu pochodzącego tym razem z obcierających ją butów i dłoni w żelaznym uścisku. Lynn zwolnił dopiero kilkanaście kroków dalej, spostrzegając się, że nie zrobił czegoś bardzo ważnego. Wtedy też odwrócił się przez ramię, odnajdując wzrokiem rudzielca. Jeśli ich spojrzenia spotkały się, Lynn kiwnął głową, uśmiechając się smutno. Wkrótce zniknął w tłumie ludzi, kierując się do wyjścia.
Amon przeciągnął się leniwie, wydając z siebie rozkoszny pomruk. Spięta atmosfera podczas pozowania do zdjęcia odeszła w niepamięć prędko, aż Matthew mógł podejrzewać, że to wszystko było wyłącznie jego wyobraźnią.
- Czyli to koniec. Nie było tak źle, prawda? - zapytał się, choć pewności nie miał, jak wyglądał wieczór Matta, gdyż spędzili go niemal osobno. Oczywiście, zamierzał się wszystkiego dowiedzieć. - Wracamy? Mogę cię odprowadzić...? - upewnił się, spoglądając na niego niepewnie. Choć zmierzali w tym samym kierunku, trochę wątpił, by Matt życzył sobie jego obecności po tym wszystkim...

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Czw Lip 19, 2018 12:02 pm

Z pomocą Lynna on również wkrótce stanął na równe nogi. - Nic takiego… - odpowiedział wymijająco. - Za chwilę się dowiesz. - Powoli do jego mocno pijanego rozumu zaczęła witać myśl, że chyba to nie byłby najlepszy pomysł, lecz to jak go dziś traktował i jeszcze ten zegarek! Ach! Był bardziej niż pozytywny, że wyznanie miłości w tym wypadku to tylko już zwyczajna formalność, aczkolwiek wolał się upewnić.
Bez żadnego oporu dał się mu prowadzić. Nagle wszystkie jego bodźce były atakowane przez ostre światło i głośny, wpychający się wszędzie tłum ludzi. On jednak w ramionach Lynna był bezpieczny; mógłby z nim wejść aż na dno piekła, a on wciąż był spokojny. Pozwolił sobie nawet trochę na nim oprzeć głowę. Było mu naprawdę dobrze.
Gdy dotarli już na miejsce, on również nie mógł się powstrzymać od ciepłego uśmiechu. Już miał się zaśmiać i powiedzieć mu, że to chyba będzie jedyne zdjęcie ich zdjęcie na którym nie będą wyglądać jak idioci (najwidoczniej zapomniał, że wyglądli jak para sponiewieranych pijaków, przed chwilą znaleziona w rowie).
Zanim jednak ta myśl zagnieździła się w nim na dobre, tuż obok rozległ się gromki głos uosobienia chaosu we własnej osobie. Wbił się pomiędzy nich jak sztylet, doszczętnie rozdzierając ich oazę spokoju, zostawiając tylko atmosferę strachu i niepewności. Matthew nie mógł nawet wydusić z siebie żadnego słowa, kiedy poczuł jego rękę na swoich plecach, w niczym nie przypominającą uścisku Lynna, a raczej węża zaciskającego się na swojej ofierze. Amon niestety nie uważał, że Matt jest dostatecznie przerażony, więc czemu nie dorzucić czegoś co brzmiało jak najzwyklejsza w świecie groźba? Rudzielec chciał wołać przyjaciela o pomoc, albo w ogóle zrobić cokolwiek ale… najzwyczajniej w świecie był sparaliżowany. Dotyk jego dłoni na swojej szyi był jednym z najstraszniejszych jego doznań dotychczas; miał wrażenie, że ją zaciska, a on nie mógł już oddychać. Drżał. Po jego całym ciele przebiegł dreszcz, lodowaty jak grudniowe noce. Zamknął oczy i usta. Bał się.
I tak jak to przyszło nagle, tak nagle po zdjęciu zniknęło. Wszyscy dookoła wesoło rozmawiali, śmiali się, czyżby tylko on przed chwilą myślał że jest to jego ostatnie zdjęcie kiedykolwiek? A może naprawdę po prostu zwariował. Panicznie zaczął szukać Lynna wzrokiem, lecz on najzwyczajniej w świecie się oddalił. W końcu dojrzał go gdzieś w tłumie kierującym się do wyjścia. Już miał krzyczeć, by go nie zostawiał, lecz widząc jego wzzrok po raz kolejny nie mógł wydusić z siebie żadnego dźwięku.
Znów został sam. Z Amonem.
Odwrócił się w końcu do niego dziko. Czyżby on po raz kolejny grał, czy to co wydażyło się minuty temu nazwyczjniej w świecie się nie wydarzyło? Nie odpowiedział mu na to kąśliwe pytanie, musiał najzwyczajniej w świecie stąd zwiewać.
-Nie, dziękuję - warknął na niego, choć nie brzmiało to groźnie. - Sam sobie poradzę! - Poszedł do przodu, a później… w bok? A teraz gdzie? Chyba w lewo? Sam nie wiedział, wszystko przed jego oczami nie dość, że się kiwało co sprawiało, że chodził slalomem to jeszcze zaczęło mu się zlewać w jedno, aż robiło mu się niedobrze. W końcu udało mu się nawet wpierdolić w stół, czym zgarnął uwagę kilku osób pozostałych na sali.
Długo myślał, po czym w końcu odrzekł. - Wiesz co… to w sumie nie jest taki głupi pomysł. - najwyżej będzie krzyczał tak głośno, że obudzi całą akademię i wiedźmy śpiące w lochach.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Czw Lip 19, 2018 10:33 pm

Wszystko działo się tak szybko. Ledwie przyjął do wiadomości swój niewątpliwy sukces, jakim było pozbycie się na stałe Lynna, a następnej chwili Matthew dawał nogę, chcąc pozbawić go zaspokojenia ciekawości. Nie zamierzał mu na to przyzwolić, nie przyjmując odmowy, jednak już wkrótce widział, że wcale nie będzie musiał go dłużej namawiać. Obserwował z rozbawieniem jego poczynania, czekając tylko aż rudzielec runie jak długi pomiędzy jednym, a drugim stołem, ciągnąc za sobą obrus wraz z całą zastawą.
Huknął śmiechem, gdy przyjaciel ostatecznie przyzwolił mu na swoje towarzystwo, natychmiast zbiegając ze schodów i goniąc za nim.
- Lecę ci na ratunek, księżniczko!
Dobiegł do niego, natychmiast obejmując za jego ramiona i przyciskając do siebie szczelnie, by zagubiony Matt nie zboczył w nieodpowiednią ścieżkę. Pociągnął go w zupełnie przeciwnym kierunku, od tego, w którym zmierzał samotny chłopak. Wydłużona o kilka korytarzy droga przysporzy im okazji do rozmowy, i jak miał nadzieję - szczerości. Zaśmiał się, prowadząc go, aż odgłosy z głównej sali zaczynały cichnąć, a powietrze stawać się w końcu przyjemnie rzadkie.
- Wyglądasz na zadowolonego - skomentował jego wygląd, zerkając na niego z ukosa. Był pogodny, jakby nie dopuścił się wszystkich złośliwości tego wieczora, przez które bal Matta mógł odbiegać od ideału. - Czy osiągnąłeś to, czego pragnąłeś? - zapytał, jednak spodziewał się odpowiedzi.
Gdyby Mattowi udało się zrealizować postawione swoje cele, ziścić marzenia, zapewne inaczej wyglądałoby jego pożegnanie z Lynnem. Coś jednak sprawiało, że pomimo dziwnie zapuchniętych oczu, rudzielec wyglądał na szczęśliwie rozmarzonego...

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Czw Lip 19, 2018 11:17 pm

W ogóle nie stawiał mu żadnego oporu, przy czym przypominał teraz bardziej szmacianą kukłę, niżeli zdrowego młodego chłopaka. Nawet nogami nie przebierał zbytnio. Praktycznie gdyby Amon chciał go zrzucić z tarasu to jak najbardziej mógłby to w tej chwili zrobić.
- Serio? - jęknął po dłuższej chwili. - Bo ogólnie to czuję się jak gówno… Ale wiesz, właśnie nie czuje się źle, wiesz? - majaczył uśmiechając się przy tym jak głupek.
Westchnął teatralnie. - Dooobrze mi było Aaamooon - śmiał się pod nosem, jakby zupełnie zapomniał jakie krzywdy blondyn mu wyrządził tego wieczoru, w głowie miał tylko głupoty skoro tamten go już pytał.
Nagle nachylił mu się do ucha i zaczął szeptać (a przynajmniej wydawało mu się, że to robił). - Wszystko już wiem. Wszystko! - kiwnął głową - Reszta to tylko… formalność! - odparł, po czym roześmiał się głośno.
Przez chwilę milczał, jakby próbował coś sobie poskładać, czego efektem było tylko zmarszczenie brwi. - Chwila, chwila… - wytężał umysł. - Znowu coś knujesz?! Nie będę ci już więcej nic mówił! - postanowił. Nagle wziął głęboki wdech, był zszokowany swoim odkryciem. - TAM NA SCHODACH TEŻ TO WYMYŚLIŁEŚ! - wołał wkurzony. - Gdyby nie ty, to zapytałbym go i… ach! Ty draniu!
Wyrwał się mu spod ramienia i o mało się nie przewrócił, oparty o ścianę jednak odzyskał równowagę. Groźnie wytknął go palcem. - Dobra Aaamon. Zabawa się skończyła… Teraz albo nigdy - mówił śmiertelnie poważnie. Rozejrzał się dookoła - Gdzie my w ogóle… NIE WAŻNE! - stracił na chwilę rezon, ale był zdeterminowany.
- Ważne jest to, jaki twój cel jest w tym… W TYM WSZYSTKIM! - ciągnął dalej wymachując palcem. - Dziś cały dzień mi podkładasz rękę… albo nogę? Nogę, tak nogę! A teraz wypytujesz o takie rzeczy, jak wiem że się wkurwiasz później zawsze - zmarszczył brwi. - Chcę tylko wiedzieć o co ci chodzi. Denerwuje cię moje szczęście? Tylko mnie nie bij!

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Czw Lip 19, 2018 11:37 pm

Zacisnął zęby, z trudem przetrawiając jego szczęście. Wciąż się uśmiechał, lecz od teraz jego uśmiech był dużo spokojniejszy, ledwie widoczny. Ogarnęły go mieszane uczucia. Poza oczywistą zazdrością, czuł zadowolenie z powodzenia chłopaka. Co by się o nim nie sądziło, Amon nie chciał, by był nieszczęśliwy, nawet własnym kosztem. Nie do końca mu jednak wierzył. Formalność? Nic na to nie wskazywało. Jednak absolutnie pewny głos rudzielca... Czy ten zapał mógł kłamać?
- Cieszę się - szepnął cicho, czochrając go po głowie, jako że nic już nie mogło sprawić, że fryzura Matta będzie bardziej rozwichrzona. - Nic nie knuję. To wszystko podąża zgodnie z planem, Matthew. Łącznie ze słodkim finałem - uśmiechnął się rozkosznie, mrużąc oczy.
Wreszcie skręcili do skrzydła sypialnego, odcinając się zupełnie od podążającymi za nimi rozmów. Przyjął ciszę z ulgą, również nie naruszając jej swoim przyciszonym głosem. Odsunął się łagodnie, wiedząc, że Matt poradzi sobie sam, kierując go przez zalane półmrokiem korytarze.
- Dobrze wyszło. Pytania zadanie przedwcześnie nie pomogą ci w uzyskaniu odpowiedzi - doradził mu w odpowiedzi, domyślając się, o czym chłopak mówi. To również wyjaśniło, że zadowolenie Matta było zupełnie bezpodstawne, wynikające z jego pełnych zauroczenia wyobrażeń. Przyniosło to Amonowi sporo ulgi. - Matt, przecież bym cię nie uderzył... - wyznał, jakby było to zupełną oczywistością i nigdy wcześniej nie podniósł na niego ręki.
Sprawiał wrażenie wiarygodnego, lecz przyjaciel znał go na tyle długo, by wiedzieć, że nieodpowiednie słowa mogły zmienić nastawienie blondyna o sto osiemdziesiąt stopni. Póki co zgrywał spokojnego i nic nie zapowiadało się na armagedon. Jakby w rzeczywistości cieszył się jego szczęściem, wspierając go od samego początku.
- Chcę ci tylko pomóc. W dość nieoczywisty sposób - przyznał, zwalniając kroku. - Powiedz, udało mi się? Czy nie wyszło lepiej? On... Dawał ci jakieś znaki? - dopytywał dalej, najbardziej tego ciekaw.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Lip 20, 2018 1:09 am

- Dlaczego? Przecież bym wiedział i… uch… Nie rozumiem cię... - zmarszczył brwi.
Może i był pijany jak jeszcze nigdy wcześniej, ale nie oznaczało to, że był głupszy niż zwykle. Nie wierzył mu, w ani jedno słowo. Niestety alkohol powoli pozbawiał go jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego. Może i zaraz oberwie, ale chociaż raz w życiu chciał zmusić go do szczerości, nawet jeśli miałoby to oznaczać wybite jedynki.
- Amon… - stanął w miejscu i spojrzał na niego poważnie. Przęłknął ślinę. - Znam cię nie od dziś… Nie mówisz prawdy - Nawet teraz te słowa były dla niego trudne.
- Jeśli chcesz powiem ci o wszystkim co dziś sami robiliśmy, ale też chcę czegoś w zamian, wiesz? Też chcę byś czasem był szczery, ale nie tak wiesz, po twojemu, kiedy to dla ciebie wygodne i przyjemne… Chcę byś był szczery tak naprawdę - zacisnął dłonie w piąstki. - Jak na razie mam wrażenie, że idzie to tylko z jednej strony. Zawsze jestem wobec ciebie prawdziwy. Ba! Wiesz o mnie więcej niż własna matka, tak naprawdę!
-A on… On dał mi zegarek i przytulił… a później się położyliśmy i to wszystko - w jego głowie na serio miało to o wiele więcej sensu. - Jednak czułem coś pomiędzy nami. Gdyby nie, to po co zadałby sobie tyle trudu? Miałem iść z nim później na dwór i go zapytać, ale… sobie poszedł - zmarkotniał. Przez chwilę świat zrobił się mu dziwnie szary. Nie, to nie miałoby sensu! - Ale wiesz jak to z nim jest! On jest po prostu… trochę dziwny!
Zadowolony ze swoich argumentów przeszedł dalej. - Teraz twoja kolej, ale teraz mów prawdę - był strasznie stanowczy. - Powiedz mi, czy ty go nienawidzisz? Mówię serio, bo zawsze kiedy jest w pobliżu zachowujesz się jak chuj, a ja wiem, że taki nie jesteś zawsze. Jednak innego wytłumaczenia nie widzę. Dalej chodzi o Sam? Proszę, powiedz mi - w końcu złagodniał, może trochę dla własnego dobra. Bardzo przejął się tą sprawą mimo stanu w którym się znajdował. Spojrzał jednak mu głęboko w oczy, tak jakby tylko w nich mógł to wyczytać. - Ja naprawdę chciałbym, byś mi zaufał Amon, tak jak to ja ufam tobie - wyciągnął ku niemu rękę, dotykając go praktycznie samymi koniuszkami palców.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Lip 20, 2018 12:40 pm

Wysłuchał go w spokoju, któremu towarzyszył niezmienny, promienny uśmiech. Jedak gdy Matt wyciągnął ku niemu rękę, natychmiast odtrącił ją w dość brutalnym geście. Odsunął się, wbrew wszystkim zadanym pytaniom, milknąc. Pierwsza oznaka tego, że ze sobą walczył. Chciał pokazać mu się z lepszej strony, jednocześnie doprowadzając do uzewnętrznienia agresji i swojej frustracji, spowodowanej tym, że ledwie potrafi to uczynić.
Wewnątrz niego trwała zawzięta walka, a on czuł jakby wszystkie jego organy skręcały się w supeł. Odezwał się, lecz ton jego głosu nie należał już do najprzyjemniejszych.
- To nie tak, że go nienawidzę - powiedział oszczędnie, ostatecznie zmuszając się do łagodnego śmiechu, jakby wypowiadał największą oczywistość. - Po prostu sądzę, że zasługujesz na kogoś lepszego.
Wyznanie brzmiało niewinnie, choć sprawiło mu niemało kłopotu. Oczywiście, nie musiał dodawać, że mówiąc „kogoś lepszego”, miał na myśli siebie. Uważał się za ostatnią jednostkę skłonną zrozumieć oraz pokochać chłopaka w całym zestawie z szeregiem jego dziwactw i niedoskonałości.
Nie było tak źle. Nie stanął w płomieniach wyciągając na wierzch te kilka prawd, które nosił sobie zbyt długo. Nie trzasnął go piorun, kroczył powoli u boku przyjaciela, bez większych zmian, za to może z lżejszym sercem. Przełknął ślinę, zamierzając oddać mu jeszcze więcej.
- I... naprawdę chciałbym, abyś poznał mojego ojca. Przekonasz się, że nie jest takim człowiekiem, za jakiego go uważasz.
Rozwiązanie przyszło niespodziewanie. Słowa, jakie uprzednio mogły zdać się Mattowi groźbą, teraz ukazały się w innym świetle, wyglądając bardziej na zaproszenie. Amon nie był pewny, co nagadał mu Lynn, jak jednak sądził - przedstawił jego ojca jako zło ostateczne, bez szans na odkupienie. Pragnął udowodnić mu zupełnie co innego.
- Chcę wkrótce przenieść z jego mieszkania resztę moich rzeczy, pomożesz mi? - zapytał, niemal się zatrzymując, a na jego twarzy wyraźnie dostrzec można było napięcie.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Lip 20, 2018 2:44 pm

Milczał. W sumie spodziewał się tego po nim, Amon nigdy nie lubił kontaktu fizycznego ze strony innych osób, a myślał i też, że tym razem oberwie znacznie mocniej. Zaczął kojarzyć już pewne fakty i na samą myśl o jego wnioskach zrobiło mu się zimno. On jednak nie zamierzał się odzywać. Dla dobra ich obojga, lepiej było jeśli to po prostu na razie przemilczą, mimo ich bólu.
Nie trudno mu było zauważyć, że jego każde wypowiadane słowo przychodziło mu z trudem. Jego wypowiedzi nie były czymś czego się jednak spodziewał w tym momencie, choć właściwie sam nie wiedział czego. Z kolejnymi jego słowami wszystko robiło się dla niego coraz bardziej pogmatwane i niejasne, a w jego głowie co rusz rodziły się same sprzeczne teorie, które jeśli chce zachować wszystkie zęby, nie ujrzą światła dziennego.
W jego oczach nagle pojawił się błysk. - Dobrze… pójdę tam z tobą - odpowiedział mu łagodnie. Czyli on jednak mówił serio? Ach, to zupełnie zmieniało postać rzeczy. Chyba po raz pierwszy przy nim poczuł się tak wyróżnionym, wygląda na to że w końcu mu zaufał.
Poczuł ulgę i szczęście, ale i… wstyd i smutek. Było mu jeszcze bardziej głupio niż podczas wyżalania się Lynnowi. Jak on mógł mu to powiedzieć? Jak w ogóle mogło mu to przejść przez myśli? Ugh, idiota! Teraz musi to wszystko naprawić o ile nie jest jeszcze zbyt późno.
- Amon, jest coś jeszcze - zaczął niepewnie, wzdychając przy tym głęboko. - Ja… ja chciałem cię przeprosić, za to… wiesz, co wtedy powiedziałem. Byłem pijany i jeszcze zły na ciebie! Ale nie usprawiedliwia mnie to w żadnym stopniu. Ja w ogóle nie miałem prawa tak o tobie powiedzieć, przecież w ogóle… Tym bardziej o twoim ojcu skoro nawet go nie znam! Boże jaki ze mnie skończony kutas… - Zakrył twarz dłonią. Na szczęście twarz go jeszcze bolała od jego litanii na tarasie, więc tym razem się nie rozbeczał, mimo to wciąż drżał jak galareta. Dla niego to czego się dopuścił było w tym wypadku niewybaczalne, a Amon najzwyczajniej w świecie również jest pijany, tylko dlatego się do niego odzywa. -Przepraszam, mam nadzieję, że kiedyś mi to wybaczysz... - wymamrotał jeszcze cicho pod nosem, mimo wszystko.
Musiał się uspokoić. Nie chciał pozwolić, by po raz kolejny ktoś widział go dziś w takim stanie. Wziął głęboki oddech i spojrzał na Amona. Nie było to przecież wszystko co chciał mu powiedzieć. Po chwili ciszy w końcu się odezwał.
- Podziwiam cię Amon. To jak dobrze potrafisz sobie poradzić z życiem, mimo wszystkiego i że zawsze potrafisz spaść na cztery łapy, hehe... Jesteś naprawdę silny, wiesz? - już od dawna chciał mu to powiedzieć. Nie musiał nic koloryzować, był do końca szczery. Amon nie wyglądał na takiego, któremu brakuje pewności siebie, ale takiej prawdziwej nigdy nie jest za mało. Westchnął jeszcze głęboko. - Wiesz… Ty też zasługujesz na kogoś lepszego… W ogóle… - wypalił. Chodziło mu w tym kontekście o przyjaciela, ale Bóg wiedział jak zinterpretuje to blondyn.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Lip 20, 2018 3:16 pm

Kiwnął głową, okazując wyraźną ulgę po zgodzie chłopaka. Myślał, że udało im się zakończyć temat, jednak Matt wkrótce do niego wrócił. Przyjął to z względnym spokojem, czując, że przeprosiny jak najbardziej mu się należały.
- To nie twoja wina - powiedział zgodnie ze swoją opinią. Winą obarczał wyłącznie Lynna. - To on naopowiadał ci historii, niemających nic wspólnego z prawdą. Nie mogę winić cię za to, że mu uwierzyłeś. Wkrótce przekonasz się, jak wygląda rzeczywistość - obiecał mu, domyślając się tylko, jak w złym świetle została przedstawiona postać jego ojca.
Po przeprosinach przeszło mu przez myśl, że nastała jego kolej, by błagać o wybaczenie o serię okropieństw, jakich się dziś dopuścił. Zgodnie z obietnicą daną sobie i Lillianne. Atmosfera wyraźnie temu sprzyjała, jednak to jedno słowo sprawiało mu niemożliwą trudność. Jeśli miałby je wypowiedzieć szczerze... Nie. Nie mógł tego uczynić. Odrzucił swój pomysł, zatrzymując myśli na słowach, którymi w następnej kolejności obdarzył go Matt.
Nim odezwał się ponownie, zwolnił znacząco kroku, aż w końcu przystanął, czekając aż Matthew odwróci się w jego kierunku.
- Wiem - przytaknął mu z pełną pewnością, nie dziękując za komplement, który był dla niego wyłącznie stwierdzeniem oczywistego faktu. - Jest więc nas dwoje... - szepnął z lekkim błyskiem w oczach, czując narastającą w nim nadzieję.
Wahał się tylko chwilę. Wiedział, że los nie obdarzy go drugą taką szansą. Chwila była iście wyjątkowa, zważywszy na jego zakończony bal, po którym miał wkroczyć w dorosłość, noc, zmieniającą się z wolna w świt, szereg skrajnych emocji, jakich dziś doświadczył i cudownie szczerą, napiętą atmosferę pomiędzy nimi. Przechylił głowę, zbliżając się odrobię. Podjął nowy temat:
- Posłuchaj, nie chciałem dla ciebie źle - wyjaśnił, jakby to było oczywiste. Jakby wszystkie jego złośliwości, zachowanie wykraczające poza wszelakie normy było częścią większego planu; planu pomocy przyjacielowi. - Zależało mi na tym, by ten wieczór był dla ciebie jak najlepszy... - mrugnął do niego, wbrew wszystkiemu, co dziś uczynił.
- Wyglądałeś naprawdę dobrze. Jak młody dżentelmen - zachichotał lekko, mrużąc powieki i lustrując postać chłopaka od góry do dołu. - Tylko jedna rzecz nie dawała mi spokoju - poinformował go tajemniczo, ukradkiem rozglądając się po mrocznym korytarzu.
Ich droga wkrótce miała dobiec końca. Ostatni zakręt, przekroczenie kolejnych drzwi sypialnych, a straci resztki powodów, by móc z nim przebywać. Nie zdążył dowiedzieć się wszystkiego, ale zamierzał wykorzystać swoją szansę do końca. Spoglądał na niego błyszczącym spojrzeniem.
- Nie tak powinieneś go nosić - wskazał z uśmiechem na białego goździka w butonierce jego marynarki.
Bez ostrzeżenia, z charakterystyczną sobie pewnością, sięgnął do niej, wyciągając pojedynczy kwiatek. Przyjrzał mu się uważnie, przeplatając przez palce. Nie czekał długo, pochylając się nad Mattem, by starannie odgarnąć mu rude pasma włosów zza ucha. W następnej kolejności wplótł weń trzymany w rękach goździk, prostując się, zupełnie dumny ze swojego dzieła.
- Tak. Od razu lepiej - skomentował, z uznaniem kiwając głową.
Nie myśląc wiele więcej, a doskonale słysząc bicie własnego serca i najwyraźniej podążając za jego dźwiękiem, pochylił się nad przyjacielem. Przymknął powieki, przylegając do niego najdelikatniej jak potrafił, składając na jego ustach pocałunek. Dłoń ułożył na policzku chłopca, palce wplatając w jego włosy; opuszkami palców dotykając pomiędzy nimi łodyżki goździka.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Lip 20, 2018 7:18 pm

Odetchnął z ulgą na wieść, że nie ma mu tego za złe. Naprawę, jeszcze tylko tego by mu dziś brakowało. Z drugiej jednak strony, spokój Amona bywał miejscami iście przerażający. Cóż, teraz to i tak nie ważne, choć szczerze wątpił, że to co mówił Lynn, aż tak odbiegało od prawdy.
- Tak, wiem… cel uświęca środki, nieprawdaż? - westchnął. - Ale naprawdę powinieneś trochę popracować nad techniką, zacząć mógłbyś chociażby od nie wylewania ponczu na Bogu ducha winnych ludzi - zadarł nos teatralnie, ale od razu się zaśmiał, jednakże blondyn nie byłby rad wiedząc, że to nie z jego błyskotliwego zagrania, ale z późniejszego plaskacza, któremu mu później wymierzył. Tak, w tej chwili był naprawdę dziwny.
Sam nie wiedział czemu, ale czuł się w tym momencie naprawdę zrelaksowany, a to nie częste w pobliżu Amona. Może to przez alkohol? Cóż, nie zmieniało to faktu, że było mu bardzo miło, aż sam też się przechylił w stronę blondyna. Uśmiechał się.
- Dziękuję - zachichotał - Ty za to wyglądasz jak zwykle okropnie - jak młodociany podrywacz z najciemniejszych uliczek Wishtown - zaśmiał się już głośniej. Komplement jednak trafił do niego, tylko próbował ukryć swoje zakłopotanie, lecz chłopak skutecznie doprowadził jego policzki do czerwoności.
- Amon, przestań… - ponow nie zasłonił twarz ręką. Poczuł dreszcz, kiedy dotknął jego ucha - ...głupek z ciebie. - On wiedział jak rozłożyć go na łopatki. Dziwne. Chłopak wydawał mu się teraz o wiele… bezpieczniejszy niż zwykle. Nie mógł oderwać od niego wzroku, a jego serce biło coraz mocniej. Ach, co się z nim działo? Wyglądał teraz jak małolata przeżywająca swój pierwszy, wyidealizowany romans, ale czy naprawdę był czymś innym? Chyba i on poddał się magii tej nocy (albo alkoholu)...
I wtedy stało się. Sam nie wiedział jak. Na początku był zszokowany, ale wraz z jego dotykiem i on powoli ulegał. Zamknął oczy. Nie miał pojęcia, że Amon potrafił być tak delikatny, aż cały drżał. Był przed nim całkowicie bezbronny, a on i tak obchodził się z nim jak delikatynym goździkiem, jednak mimo to mu na to pozwalał, mimo zegarka w swojej kieszeni. On również chciał się mu odpłacić. Delikatnie uniósł dłonie i ułożył je na jego barkach obejmując go, niech wie.
W końcu jednak musięli się rozłączyć. Otworzył ospale oczy, jakby właśnie obudził się ze słodkiego snu, lecz blondyn nie zniknął.
- A więc o to ci chodziło? To był twój cel? - uśmiechał się. - O rany, a to ci numer… Czemu nigdy nie powiedziałeś? Głuptas z ciebie… -mruczał rozkosznie. W tym stanie za nic w świecie nie potrafił przyjąć do wiadomości tego wszystkiego. Po chwili znów zamknął oczy i pozwolił sobie oprzeć głowę na jego piersi. - Chyba muszę iść spać… jęknął, po czym już umilkł, a jego oddech się bardzo uspokoił.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   

Powrót do góry Go down
 
Sala audiencyjna
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
 Similar topics
-
» Sala balowa [ŚLUB]
» Sala Balowa
» Sala taneczna
» Wielka Sala
» Podziemna sala tortur

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Off-Topic :: Strefa pozafabularna :: Retrospekcje-
Skocz do: