IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Sala audiencyjna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 373
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Sala audiencyjna   Sro Lis 22, 2017 9:17 pm

First topic message reminder :

Ludzie mają okropną manierę przyzwyczajania się do okoliczności. Wtapiania się w środowisko, które jeszcze nie tak dawno temu zdawało się być niemożliwym do zniesienia piekłem. Nienawiść miarowo otępieje, oddając miejsca szarej bierności. Bierności, w której poczucie obrzydzenia do własnej osoby pojawia się coraz rzadziej, z czasem zanikając całkowicie. Człowiek jest zdolny przywyknąć do wszystkiego, nawet do najpodlejszych warunków.
I jemu z czasem przestało zależeć. Patrzył niewidzącymi oczyma na przewijające się - jak na taśmie w fabryce - ciała wiedźm. Nie czuł niczego. Robił swoje, z czasem nawet uznając krzyki cierpienia za drażniące, jakby ich wina leżała wyłącznie po stronie kobiety, wobec której stosowano przemoc. Nienawidził się za to coraz rzadziej, z ulgą przyjmując otaczającą go obojętność.
***
- Jak ty to robisz...? - westchnął z niemożliwym podziwem, oczy wlepiając w skończony obraz kobiety odwróconej tyłem.
Lynn odgarnął włosy z czoła, ręce zostawiając na głowie, nie potrafiąc się nadziwić wszelakim detalom obrazu. Kobieta jak żywa. Piękna, delikatna, subtelna jak marzenie. Ideał. Gdyby spotkał taką w rzeczywistości... Serce aż zabiło mu mocniej.
- Chodzi ci o technikę...? - skrzywił się Amon, z trudem ukrywając dumę, napawając się zadziwieniem Lynna.
- Nie... Czy w rzeczywistości w inkwizycji nie ostała się żadna panna, do której się nie dobrałeś? - jęknął głucho, czując, że jest na etapie zielenienia z zazdrości.
***
Po wygłoszonej przemowie dla rozpoczynającego akademię rocznika Amon z pełnym wdziękiem zeskoczył z podestu. Dałby sobie rękę uciąć, że widział łzy wzruszenia w oczach Goldenmayera siedzącego w pierwszym rzędzie. Usiadł z tuż obok z nonszalancką miną, wzrokiem odnajdując stojącego w oddali Lynna, który natychmiast kiwnął kłową w pochwalnym geście. Nie zdążył wyszczerzyć zębów do przyjaciela, gdy poczuł na swoim ramieniu łagodny uścisk.
Jeden z profesorów pomylił się w stronę Amona, mówiąc przyciszonym głosem:
- Wspaniała przemowa. Wyświadczyłeś całej akademii przysługę. Czy istnieje sposób, abym mógł ci się odwdzięczyć?
Amon już miał zaprzeczać gorąco, odgrywając dalej swoją rolę aniołka i przykładnego balsamisty, gdy jego wzrok ponownie padł na postać Lynna, wsłuchującego się już w kolejne z przemówień. Wtedy zastanowił się, mrużąc lekko oczy. Odpowiedział w zamyśleniu.
- Dziękuję... i właściwie tak, mam drobną prośbę... - odpowiedział, zaraz przechodząc do tłumaczenia, co dokładnie chodziło mu po głowie.
***
Chodził za nią, podczas gdy rozwieszała śnieżnobiałą pościel na lnianych sznurkach w ogrodzie. Ani myślała przerwać swojego obowiązku, z niezwykłą sprawnością rozciągając pościel na rozpiętość rąk, nie zatrzymując się i znikając za powiewającymi na wietrze materiałami, nim zdążył skończyć wypowiedź.
Lynn przedzierał się przez mokre tkaniny, z największym zaangażowaniem opowiadając o delikatnych zmianach w swojej szarej codzienności. Ledwie zdążył znaleźć Lilly z koszem do połowy wypełnionym praniem, gdy ta znikła w kolejnym rzędzie, jakby robiąc mu na złość.
- I zgodził się, wyobrażasz to sobie!? - zawołał, przechodząc pod sznurkiem, z uwagą przyglądając się pracującej dziewczynie z założonymi rękami. - A pamiętasz, jak wyglądało to na moim balu? - zachichotał, najwyraźniej w końcu godząc się z losem i potrafiąc się śmiać z niezrozumiałej mu sytuacji. - Ciekawe, jak radzi sobie Samantha...
Jej usta zacisnęły się w wąską kreskę. Nie powstrzymała się od komentarza, lecz nie przerwała pracy:
- Chyba nie zamierzasz płaszczyć się przed tą tępą jak stado pędzących imadeł ksantypą? Siksa zatrzymała się w rozwoju jakąś dekadę temu, jestem tego pewna - prychnęła złośliwie, nie szczędząc niczego pięknej Samanthcie.
Lynn zamierzał bronić swojej dawnej ukochanej, ale uśmieszek wpełzający na jego twarz odebrał mu do tego prawo. Poddał się, wpatrując się uważnie w twarz Lilly.
- Nie zamierzam jej zapraszać, wciąż jest na mnie obrażona... - mruknął, niby ze zmartwieniem, lecz pogodny wyraz twarzy chłopaka znacznie psuł to wrażenie. - Myślałem bardziej o zaproszeniu ciebie, Lil... - powiedział od niechcenia, kątem oka wypatrując reakcji dziewczyny.
Nie pomylił się, wkrótce usłyszał jej ostry wybuch śmiechu. Podniosła wiklinowy kosz z ziemi, wolną ręką ocierając kąciki oczu, w których wezbrały się łzy rozbawienia. Otworzyła usta, by mu odpowiedzieć, lecz gdy jej wzrok przeniósł się na poważną twarz Lynna, zrozumiała jedno.
- Och. Ty nie żartujesz.
Spoważniała, znikając w kolejnym rzędzie rozwieszonego prania. Umyślnie albo nie, odrzucając mokry materiał wprost na podążającego za nią Lynna.
- Nie żartuję. To doskonały pomysł! Ty zobaczysz jak to jest, a ja będę miał z kim iść. Brzmi świetnie, prawda?
Spojrzała na niego z uniesioną brwią, w żadnej z zasłyszanej historii nie słysząc o mniej romantycznym geście. Jego pomysł był na tyle absurdalny, że nawet przypadł jej do gustu. Mimo to łaskawie zatrzymała się na krok, odpowiadając z rozbawieniem:
- Puknij się w głowę, Lynn.
Nie zamierzał tak łatwo odpuścić:
- Wszystkim się zajmę, naprawdę. Przysięgam ci, że nie będziesz żałowała. Będziesz znała Amona i Matta... - Wyraźnie tego nie przemyślał, rzucając argumentami, które zdecydowanie do nie niej nie przemawiały.
- Lynn... Ja nawet nie potrafię tańczyć. - Zdecydowała  się na wyznanie z najwyższym wstydem, jakby to miało zakończyć ten żenujący dialog.
Spojrzał na nią, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu. Fakt, to mogłoby pozostać problematyczne.
- Idealnie. Zawrzyjmy więc pewną umowę... - uśmiechnął się niecnie.
***
Podzielił się z przyjaciółmi nowiną podczas przerwy obiadowej, na jednej z ławek na błoniach. I natychmiast tego pożałował.
- CO!? - wykrzyknął ze zdumieniem blondyn, co Lynn przyjął ze stoickim spokojem, spodziewając się dokładnie takiej reakcji. Zdziwienie... to za mało powiedziane. Amon przeżywał najprawdziwszy szok. - Zaprosiłeś Lilly!? Idziesz na bal z własną służką!? - zasypywał przyjaciela masą pytań, na które ten nie miał najmniejszego zamiaru odpowiadać. Powiedział raz, co w zupełności wystarczyło. Najwyraźniej wszyscy przyjęli do wiadomości.
Amon nieco ochłonął, opadając na oparcie ławki, lecz jego wyraz twarzy nie wrócił do normy. Dodał już ciszej:
- Większym frajerstwem wyłącznie byłoby pójście ze swoją siostrą albo kuzynką... - jęknął, kręcąc z politowaniem głową. Nagle podskoczył lekko, najwyraźniej łapiąc pewną myśl. Zamrugał prędko, obracając się w stronę Matta. - Przepraszam... Ty chyba nie idziesz z własną kuzynką, co nie...? - zapytał niepewnie, po tym, co powiedział mu Lynn, gotów już na wszystko.
***
Nie mieli najlepszych warunków. Tańczyli w wolnych chwilach do melodii nakręcanej pozytywki, zagłuszanej częściowo przez szelest ich ubrań i tupotu pozbawionych butów stóp. Gdyby tylko to było ich jedynym problemem! Nie, oni zwyczajnie... nie pasowali do siebie.
Lynn stawiał wyuczone, perfekcyjne co do cali kroki. Lilly zaś zdawała się na intuicję, wyczucie płynącej melodii, podpowiadającej jej, co powinna uczynić. W tańcu, jak i na wielu innych płaszczyznach - nie potrafili się dogadać.
Syknęła, gdy zdeptał jej stopę, natychmiast rzucając mu płomiennie, pełne złości spojrzenie.
- Idiota! Przestąpiłeś przed wybiciem taktu! - oskarżyła go, najwyraźniej tracąc cierpliwość. - Uczysz się tańczyć na pamięć!? - zapytała wściekle, nietrafnie chcąc go urazić, nieświadoma, że trafiła w samo sedno.
Zacisnął wargi w cienką kreskę.
- Krok do tyłu, krok w lewo, powtarzałem ci to pięćset razy... - próbował się bronić, lecz Lilly za nic miała już jego słowa, twierdząc, że musi wracać do pracy.
Nie wiedział jeszcze, że w tańcu nieistotna jest wiedza. Z tego powodu też nie odczuwał w czynności cienia satysfakcji. Nie spodziewał się, że to on jest tym, kto posiada jakiekolwiek braki.
***
W niewinnych wyobrażeniach Lynna cały plan zabrania ze sobą Lillianne wydawał mu się znacznie prostszy. Problemy nastręczały się z czasem, nie wspominając już nawet o nauce tańca, która była ponad ich siły. Młody Cavendish nie znał się na wyborze odpowiedniej sukni. W żadnym stopniu. Ubierał to, co mu polecono. Dlatego też, powierzył to ważne zadanie  odpowiedniej osobie.
Osobie, która zareagowała zupełnie inaczej, niż Lynn się tego spodziewał. Doprawdy, na co on liczył...?
Alcester wyglądał tak groźnie, że Lynn odruchowo zasłonił własnym ciałem Lillianne. W pracowni rozległ się podniesiony, twardy głos:
- ŻE CO PLANUJECIE ZROBIĆ!? - wydyszał, ciemniejąc wyraźnie na twarzy.
- Zaprosiłem Lilly. Pójdziemy razem na...
Nie dał mu skończyć.
- SŁYSZAŁEM ZA PIERWSZYM RAZEM, CHŁOPCZE - mówił dalej przez zaciśnięte zęby, aż stojąca przed nim para mogłaby zastanowić się, jak to jest w ogóle możliwe. Mogliby, gdyby tylko nie sparaliżował ich strach, a ich myśli nie zostały pochłonięte przez chęć ucieczki. - Jestem ślepy, nie głuchy! - dodał jeszcze, wpadając w szał.
Starszy mężczyzna zamknął oczy, najwyraźniej próbując uspokoić oddech. Kosztowało go to wiele wysiłku. Zebrał się w sobie i twardym, konkretnym głosem przemówił:
- Nigdzie razem nie pójdziecie. Miejsce Lillianne jest tutaj. A tobie nie wypada pokazywać się w takich okolicznościach... z własną służącą. - Ostatnie ze słów ledwie przecisnęły mu się przez gardło. Nie spodziewał się tak debilnego aktu ze strony swojego podopiecznego, dlatego też był podwójnie zdenerwowany, jako że musiał tłumaczyć mu tak oczywiste fakty. - Wybijcie to sobie z głowy - zakończył wywód.
Nie stracili zapału. Lynn otwierał już usta, by się przeciwstawić, gdy stojąca obok dziewczyna wychyliła się przez jego ramię, nieco piskliwie broniąc swoich racji.
- Nikt się nie dowie! Nie przyniosę paniczowi wstydu!
Mogłaby zarzekać się na największe świętości, jednak Alcester pozostawał niewzruszony. Nie miał zamiaru z nią dyskutować. Zignorował jej dziecinne argumenty, jak i całą jej osobę, wzrok przenosząc na młodego Cavendisha.
- Wyjdź, Lillianne, muszę pogadać z paniczem na osobności - rozkazał niskim głosem, odwracając się i tym samym dając jej znać, że nie ma zamiaru kontynuować w jej obecności.
Służąca zacisnęła wargi, najwyraźniej nie mając zamiaru ruszyć się z miejsca. Przeniosła wzrok na Lynna. Złagodniała dopiero, gdy ten kiwnął głową, zgadzając się z Alcesterem. Prychnęła pod nosem, ale bez zbędnych komentarzy opuściła pokój, znikając za dębowymi drzwiami.
Dopiero po upływie stosownej chwili starszy lokaj przemówił:
- Paniczu, posłuchaj mnie, raz, a uważnie... Twoja oferta nie ma racji bytu. Nie wolno ci. Najwyraźniej nie masz świadomości, ile możesz stracić w oczach innych.
Wiedział. Znał konsekwencje. I nijak to wszystko do niego docierało. Nie zamierzał kontrargumentować. Uparcie pozostawał przy swoim.
- To moja decyzja. Decyzja, która już zapadła.
- Twój ojciec wyrzuci mnie na bruk, gdy się dowie... - Alcester spróbował uderzyć z innej strony.
- Spraw więc, by się nie dowiedział - usłyszał w odpowiedzi, dostrzegając rozbrajający uśmiech Lynna.
- Paniczu... Proszę cię, przemyśl swój idiotyczny pomysł jeszcze raz. Skąd... Co cię napadło, by postąpić tak nierozważnie? - Z trudem zbierał słowa, starając się pojąć tok myślenia kapryśnego młodzieńca.
- Wiesz dlaczego. Chciałem sprawić jej przyjemność po...
- Shhh - uciszył go, nie pozwalając kontynuować. Dłoń uniósł w ostrzegawczym geście, zabraniającym Lynnowi dodać chociażby słowa.
Alcester zdążył poznać się na Lilly dużo lepiej niż uczynił to Lynn. Zwrócił głowę w kierunku uchylonych drzwi, odzywając się warkliwie:
- Następnym razem zachowaj choć minimum pozorów i zamknij za sobą drzwi, durna dziewczyno. Możesz już przestać podsłuchiwać.
Panicz odwrócił się w niemałym zdziwieniu, ciemniejąc wyraźnie na twarzy. Służąca bez wstydu pojawiła się u progu uchylonych drzwi. Na jej twarzy nie widniał chociażby cień skruchy za popełniony czyn. Mało tego, z pełną bezczelnością sparowała:
- Następnym razem zaproście mnie do rozmowy, skoro raczycie już temat mojej skromnej osoby.
Skrzyżowała ręce na piersi, prostując się dumnie, z zacięciem, które wybiło Alcestera z rytmu. Kontynuowała, korzystając z okazji, gdy lokaj dopiero zbierał słowa:
- Chcę iść. I nie od ciebie zależy decyzja, czy to zrobię.
Lokaj w odpowiedzi przytknął dłoń do czoła. Westchnął, czując, że dziś nie wygra.
- Nie chcę o tym słyszeć. Wybijcie sobie ten pomysł z głów, bo inaczej gorzko tego pożałujecie.
Tymi słowami pożegnał ich i zostawił w pracowni samych, mrucząc pod nosem coś bliskiemu „co się dzieje z tym światem...”.
***
Obudziła go przed świtem. Przecież obiecał - mieli trenować. Niechętnie zwlókł się z łóżka, a ona dała mu łaskawie kilka minut na zrealizowanie porannej rutyny. Tańczyli porankami, w chwili po obiedzie, na minuty przed snem. Denerwując się na siebie, ale też ciesząc z drobnych postępów, jakie wkrótce zaczęły się pojawiać.
***
Alcester nigdy nie odpuścił, w każdym dniu zdradzając swoje niezadowolenie bezmyślnością młodej pary. Na groźbach się skończyło, nie mógł przecież utrzymać ich w domostwie siłą. A z dwojga złego, wolał, by Lillianne nie przyniosła Lynnowi więcej wstydu, niż było to konieczne. Nie miał wątpliwości, że cały wieczór zakończy się porażką, a on sam po przeżyciu tego postarzeje się o kolejne 20 lat.
Chcąc, nie chcąc, pojechał z Lillianne do krawcowej, aby złożyć zamówienie na sukienkę, którą dziewczyna założy tylko raz w życiu.
***
Nastał dzień balu. Alcester nosił minę głoszącą jawnie: „żałuję, że kiedykolwiek dałem się w to wmieszać”. Mimo to, dzielnie realizował powierzone mu zadania, choć jego blady wyraz twarzy zdradzał, jak bardzo przejął się całym wydarzeniem. Stresował się razem z Lynnem, na bieżąco zdając mu relacje z wykonanych poleceń:
- Powóz już czeka. Aby zrobić porządek z włosami Lillianne musiałem sprowadzić osobę z zewnątrz. Nikt od nas nie może się dowiedzieć - urwał, zastanawiając się na głos. - Chociaż to niewykonalne, wiem. Wyjdziecie wejściem dla służby - wypowiedział praktycznie na jednym tchu, prędkim krokiem ruszając, aby pogonić Lilly. Lynn wyciągał za nim nogi. - Ta durna dziewucha powinna być już gotowa dobry kwadrans temu... - dodał, usta zaciskając w wąską kreskę.
Zatrzymali się przed jednym z pokojów sypialnych, w których goszczona była dalsza rodzina lub przejezdni. Od niepamiętnych lat przez szparę między drzwiami a podłogą, paliło się światło u drzwi do wspomnianego pomieszczenia. Jednego dnia złamali tyle zasad, że wyrobili spokojnie roczną normę.
Lynn nosił już dłoń, aby otworzyć drzwi, lecz w porę został powstrzymany przez starszego lokaja. Mężczyzna położył dłoń na ramieniu panicza, przybierając poważny wyraz twarzy.
- Mam tylko jedną prośbę - zaczął, świadom, że wszystkie jego groźby i żądania spełzły dotychczas na niczym. - Nie rób jej nadziei. To nie ma prawa się dobrze skończyć. Zabawisz się raz, prędko wrócisz do normalności. A jej pozostaną wyłącznie wspomnienia. Żałuję, że nie potrafiłeś tego dostrzec, paniczu. Nie powinieneś. I nie wierzę, że zrobiłeś to wyłącznie dla niej. Pozostało mi tylko żywić nadzieję, że będziesz potrafił zachować się jak na mężczyznę przystało.
Pod koniec wypowiedzi uderzył w podniosły ton, aż w sercu Lynna pojawił się wstyd. Kiwnął głową.
- Myślę, że będę potrafił wziąć odpowiedzialność za swoje czyny - odpowiedział równie poważnie, lecz ton głosu Lynna pozostawał nieobecny.
Alcesterowi, po przetworzeniu słów panicza włączyła się ostrzegawcza lampka nad głową. Nim zdążył zapytać o szczegóły tego niejasnego postanowienia, Lynn otworzył już drzwi, pukając w nie od wewnętrznej strony.
- Co to miało znaczyć...? - wyjęknął tylko, mrugając oczyma w istnym szoku.
Jak duch podążył za swoim paniczem, wkraczając do wnętrza przytulnej sypialni. Za zaścielonym łóżkiem stała toaletka z ozdobnym, okrągłym lustrem, w którym odbijała się twarz siedzącej na niskim taborecie Lilly. Za plecami dziewczyny stała nieznana Lynnowi kobieta, wciąż walcząc z jej włosami.
- Jesteśmy już spóźnieni - poinformował je Lynn, stając tuż obok. Wzrok przeniósł na swoją przyszłą partnerkę na balu.
- Sztuka wymaga czasu - fuknęła na niego kobieta, upinając włosy Lillianne w jednakowym tempie. - Niech panowie opuszczą ten pokój, będą panowie tylko zawadzać - zarządziła, wczuwając się w swoje zadanie.
W tle słyszeli pomruki Alcestera „To nie jest tego warte” i „co za szczeniackie głupoty...”, lecz wszyscy konsekwentnie go ignorowali.
Lillianne poprawiła suknię, eksponując ją Lynnowi, uśmiechając się lekko i tym samym odwracając głowę, za co została upomniana niezbyt delikatnie przez stojącą za nią służącą.
Lynn zaniemówił, ciemniejąc łagodnie na twarzy. Nie opuścił pokoju, jak zostało mu to przykazane, wpatrując się w swoją przyjaciółkę jak w obrazek.
Jej suknia była zdecydowanie skromna, lecz odsłaniała zgrabną szyję dziewczyny, wraz z wystającymi obojczykami. Podobno sama wybierała kolor. Zdecydowała się więc na kolor wiśniowy, o stonowanym odcieniu. Lynn dopiero teraz zauważył, że w butonierkę wpięte ma kwiaty goździka o identycznej barwie. Alcester pomyślał o wszystkim.
Ręce Lillianne pokryte były aż po łokcie dopasowanymi satynowymi rękawiczkami, stykając się z lekko przezroczystymi, tiulowymi rękawami, wykończonymi misterną falbanką. Nie potrafił ocenić całości, gdy materiał wzbił się wokół jej siedzenia, jednak nawet na chwilę obecną, z na wpół niespiętymi włosami efekt był powalający. Spoglądał w nią jak w obrazek, co odczytała bezbłędnie.
- Nie powiesz nic? - zapytała niby niewinnie, lecz wyzywający uśmiech Lilly zdradzał jej pierwotne zamiary. Odwracóciła się, na ile pozwoliła jej służka za nią. - Nie musisz. Twoja reakcja jest największym komplementem.  
Zawstydził się jak nastoletni chłopiec, mając ochotę wystawić język i gwałtownie zaprzeczyć.
Lilly zgrywała pewną siebie, choć w rzeczywistości nigdy nie czuła się bardziej nieswojo. Suknia zapierała jej dech w piersiach; sprawiała, że dziewczyna bała się wykonać jakikolwiek gwałtowniejszy ruch. Pantofle były niewygodne i sztywne, jednak zamierzała utrzymać je na noga, aż nie odpadną je stopy. Była zmotywowana i gotowa na wszystko.
- Skończone! - oznajmiła z zadowoleniem służąca, unosząc obie ręce do góry.
Teraz już nic nie stało im na przeszkodzie, aby ruszyć... nieprawdaż? Tak, poza stojącym w drzwiach Alcesterem, wyraźnie poruszonym zaistniałą sytuacją. W jego oczach wezbrały się łzy. Nim udali się w kierunku wyjścia dla służby, starszy lokaj porwał Lillianne na słówko, spoglądając na nią z iście ojcowską czułością. Lynn czekał na korytarzu.
Nim wyszli na zewnątrz, zapytał, przytrzymując jej drzwi:
- Co ci powiedział? - usiłował się dowiedzieć, nie spodziewając się po Alcesterze tylu emocji.
- Nie uwierzysz - zaśmiała się, wspominając słowa lokaja. - Powiedział, że wyrosłam na piękną, pełną dumy kobietę. I abym za nic nie pozwoliła się skrzywdzić. Zabawne, prawda?  - zmrużyła rozkosznie oczy, aż Lynna przeszedł dreszcz. - Biedny, naiwny Alcester... Martwi się zdecydowanie nie o tę osobę, co trzeba...  - westchnęła, obdarzając go nieodgadnionym uśmiechem.
***
Dużo uwagi poświęciła na niezgubienie swoich pantofli, goniąc za Lynnem, który miał czelność zostawić ją nieco z tyłu. Dopiero przed powozem zatrzymał się, niepewien co powinien uczynić. Dziś była jednak damą, więc po otworzeniu drzwi, wyciągnął ku niej dłoń, mając zamiar pomóc jej w wejściu do środka.
Lillianne dogoniła go wkrótce, lecz jej oczy zamiast na wyciągniętej ręce, skupiły się na pewnym elemencie za ciałem Lynna.
- Poczekaj - poprosiła go, w niezbyt dobrym guście podwijając swoją suknię i wstępując w gęste zarośla kwiatów. Nie bez kozery wyciągnęła się, zrywając pomniejszy z kwiatów lilii. Jeden z pierwszych, jaki zakwitł w tym roku.
Cofnęła się, opuszczając suknię. Gwałtownym ruchem wyciągnęła goździki z butonierki Lynna, mimo że kolorystycznie były dopasowane do jej sukni. Wyrzuciła je zamaszystym ruchem w krzaki. Za nic miała zasady, co potwierdziła, z niecnym uśmiechem wsuwając na puste miejsce kwiat białej lilii.
Weszła do powozu bez jego pomocy, zostawiając go w tyle w zupełnym osłupieniu. Stojąc na chłodnym, wieczornym powietrzu, powoli pojmował, że już dawno przestała być dla niego wyłącznie przyjaciółką.
***
Sala balowa, Inkwizycja. Rok 1840.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn

AutorWiadomość
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 260
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Sty 07, 2018 11:56 pm

Matthew nie wierzył w to co się dzieje. Tonął maksymalnie zażenowany w swoich dłoniach i z utęsknieniem spoglądał na butelkę wina, żałując że jeszcze jest na tyle trzeźwy by przyjmować to wszystko do wiadomości. Za to starszy mężczyzna bawił się świetnie i tylko pilnował się by nie wybuchnąć gromkim śmiechem. Ach, gdyby tylko wiedział, wcześniej jaki z tego Lynna… iście ciekawa osobowość to z chęcią umawiałby się z nim na spotkania po godzinach, mimo że było to bardzo nie w jego stylu.
- Naprawdę? - dopytywał się wielce rozbawiony. Chyba każdy z nich słyszał co chciał usłyszeć. - Ach, biedaczek… Nie wie co traci. Cóż, można by było się po nim spodziewać. Miejmy tylko nadzieję, że kiedyś przejrzy na oczy, nieprawdaż? - znów sięgnął do kieliszka z winem i momentalnie spoważniał. - Owszem, nosi… - mruknął i znów otoczyła go ta charakterystyczna aura, na której widok każdy adept uciekał gdzie pieprz rośnie. - Charyzmatyczny, pewny siebie i ten do bólu rozkoszny uśmieszek... Nie jeden raz próbował mi zamydlić mi oczy, lecz takie gierki działają tylko na nierozgarniętych wapniaków, którzy dyplom profesorski wycięli z porannej gazety. Nie ze mną takie numery… Nigdy nie odpuszczałem, a mimo wszystko próbował dalej i nigdy nie spokorniał. Nie skrzywił się jednak ani razu, jakby nie mógł się przyznać do przegranej… - nagle się jakby zamyślił, po czym zwrócił do Lynna. - Obydwoje znamy go od początku, wiemy jaki jest naprawdę i żadna sztuczna pewność siebie, oraz impertynencja nie będą w stanie tego zatuszować… Ludzie, którzy tak bardzo boją się pokazać słabości potrafią posunąć się do naprawdę paskudnych czynów, byleby tylko nikt ich nie odkrył. Tacy ludzie zazwyczaj nie kończą dobrze... - mówił jakby miał w tym niewiarygodne doświadczenie. Milczał jeszcze trochę i w końcu dodał z lekkim rozbawieniem - Zawsze mnie zastanawiało to, jakim cudem tak długo ze sobą wytrzymaliście - jesteście jak zupełnie dwa, różne żywioły, a o tobie, Borcke, już nawet nie wspominam, hehe… Jak widać człowiek potrafi działać w najbardziej nielogiczny sposób na świecie, ale wciąż działa. Być może się mylę, kto wie... - wziął kolejny łyk wina, w końcu orientując się jaką grobową atmosferę wprowadził. Nic na to nie potrafił jednak poradzić - to był jego naturalny talent.
Na szczęście Cavendish przeszedł na o wiele mniej skłaniający do filozofowania temat. Mężczyzna roześmiał się serdecznie, jak jeszcze nigdy na oczach adeptów. -Haha, a to ciekawe! - zawołał. - Nigdy o tym nie słyszałem, a uwierz mi, Borcke nie potrafi czasem przestać mówić o tym jak uratowałeś go z rąk tego półgłówka - Petera - spojrzał na Matta, który o ile przed chwilą wsłuchiwał się ze zdziwieniem w słowa profesora to teraz straciwszy czujność wyglądał o dwa razy bardziej przerażono-zawstydzonego niż miał to w zwyczaju. Nie wiedział aż do kogo się teraz zwrócić. Na całe szczęście Goldenmayer nie miał ochoty się nad nim bardziej znęcać (zbyt długo) i dodał szybko. - Całkowicie go jednak rozumiem. O wiele bardziej imponujące jest jak przedstawia się kogoś jako rycerza w lśniącej zbroi, niżeli zwykłego kiepskiego żartownisia. Zapewne postąpiłbym podobnie… - przymknął oczy. Tylko on wiedział co tak naprawdę chodziło mu po głowie.
Rozmowa ta zaczęła zbaczać na zupełnie dziwne tory, Mattowi się to zupełnie nie podobało. Goldenmayer za to bawił się w najlepsze, aż prawie opluł się winem. - Naprawdę schlebiasz mi, Cavendish. Powiedz mi jednak, czy stary, zgorzkniały już człowiek nie ma prawa trochę wypocząć? Tym bardziej, kiedy na co dzień ma do czynienia z tą bandą bezmózgów? Z małymi wyjątkami, oczywiście - puścił oko do Matthewa.
Kolejna kwestia, którą poruszył Lynn jednak nie przypadła do gustu, aż mina mu lekko skwaśniała, aczkolwiek już nie pił. - Ach, Cavendish… młody jeszcze jesteś - westchnął. Spojrzał wtedy na nich z lekkim politowniem w jego surowych oczach.- Powiem Ci… wam, jedno. Najszczęśliwszy w życiu jest ten, który się nigdy nie zakochał. Niepotrzebnie to tylko człowiekowi mąci w głowie i odciąga od obowiązków. Po jakimś czasie wszystko się komplikuje, a człowiek tylko nerwy sobie szarga bez sensu - mruknął. Wtedy nagle zrobiło się cicho.
Niespodziewanie odezwał się Matthew. - Ale… - zaczął nieśmiało - Ale ludzie właśnie po to są razem prawda? Jeśli obydwoje będą się starać to w końcu będą… szczęśliwi.
Goldenmayer jedynie zmarszczył brwi - Widać, że jesteśmy z różnych pokoleń, Borcke, aczkolwiek nie spodziewałem się, nawet znając cię tyle ile znam, że jesteś aż tak naiwny... - westchnął smutno po czym ściszył głos i zwrócił się do niego. - Niektórym ludziom po prostu nie pisane jest takie szczęście, nawet jeśli będą mieli wrażenie, że złapali pana Boga za nogi. Czasami najlepiej jest po prostu przełknąć łzy i zapomnieć…

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 373
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Wto Sty 09, 2018 6:10 pm

Zachybotał się lekko na swoim miejscu, zaraz łapiąc równowagę i jeszcze bardziej zbliżając się do Goldenmayera, jakby zapominając o obecności Matta. Spojrzał starszemu mężczyźnie głęboko w oczy, utrzymując powagę, na ile tylko pozwalał mu obecny stan.
- Więcej dla mnie - odparł zdecydowanym szeptem na wieść o odmiennych gustach blondyna. Uśmiechał się i rumienił lekko, jednak im więcej niepochlebnych słów na temat Amona padło, tym bardziej mina mu rzedła.
Mężczyzna mógł się dziwić, dlaczego ich przyjaźń, pomimo różnicy charakterów, nieprzerwanie trwa. To normalne. Sam Lynn zbyt często zadawał sobie to pytanie.  Ale nawet chęć popełnienia na nim wcale wybrednego morderstwa, nie sprawiała, że przestawał być wobec przyjaciela lojalny.
- Nie jestem specjalistą od ludzkich osobowości - zaczął cicho, odrobinę niepewnie, wciąż nie wiedząc, czy dysputa na ten temat będzie dobrym wyborem w tym stanie. Zwłaszcza w towarzystwie profesora. Kontynuował, głównie dlatego, że już zaczął. - A już na pewno jest mi daleko do zrozumienia kogoś tak nieprzewidywalnego jak on. Czy jednak jest coś złego w ukrywaniu swoich niepoprawnych nawyków? Nieprzyznawaniem się do słabości? - zapytał, nie licząc na odpowiedź, bo zaraz ciągnął wypowiedź dalej. - Niektórzy nazwaliby to zdrowym rozsądkiem. Inni przyzwoitością - stwierdził odważnie, chcąc skontrować niepochlebną ocenę Amona. Nie wahał się dłużej, poważnie spoglądając w oczy Goldenmayera.
- Przyznam - odnoszę wrażenie, że zwykł ukrywać to, co w nim najlepsze, jednak... - zastanowił się na dłużej, tracąc wątek. Filozofowanie przychodziło mu łatwo, ale skupienie się na utrzymaniu myśli wokół jednego punktu to już inna sprawa.
- Jak by to ująć... - westchnął, rozglądając się po sali, w poszukiwaniu odpowiedniej metafory. W końcu wrócił wzrokiem do osoby profesora, a dokładniej, zatrzymując spojrzenie na jego czarnej marynarce. - Chaber, bardzo ładny - oznajmił niespodziewanie, dłonią wskazując na niebieskie płatki kwiatu w butonierce mężczyzny, niewspółgrające zupełnie z niczym, ale ożywiające jego ponury strój. - Ja zakończyłem na błahym komplemencie. Gdyby z kolei przypadł do gustu również Amonowi... Mam podstawy, by sądzić, że zwyczajnie porwałby jego łodyżkę, by móc zachwycić się nim z bliska. Podobnie, gdyby kwiat ten w niewyjaśniony sposób mnie drażnił, naruszał moje wątpliwe poczucie smaku... - przerwał uśmiechając się szeroko. O czym to on...? Ach, tak. - Nic bym z tym nie zrobił; uniknę konfrontacji mającej ograniczyć się chociażby do krzywego spojrzenia, podczas gdy on... Cóż, zapewne próbowałby utopić biednego chabra w kieliszku pańskiego wina - wypowiedział, nie kontrolując się w żaden sposób. - Czy należy go winić za to, że po wszystkim stara się uniknąć konsekwencji? Zwykł korzystać z dostępnych mu środków; inni wykładowcy nabierali się na sarnie oczy i pełną żalu twarz, której - musi pan przyznać - ciężko jest odmówić. - wypowiedział, uznając temat za niemal skończony.
- Tego mu właśnie zazdroszczę, rozumnie mnie pan? I głęboko wierzę, że ostatecznie, będzie w stanie zachować pewne granice - dodał, bo wróżba starszego mężczyzny o Amonie brzmiała wybitnie złowieszczo.
Gdy zmienili temat na jeszcze bardziej osobliwy, przestał chociażby udawać, że rozumie. Zamrugał oczyma, domyślając się tylko, że krążą wokół zawodów miłosnych. Nie odnajdował się wśród padających słów, nie wierząc w spisanie tego czystego uczucia na klęskę. Jak podejrzewał, przez Goldenmayera przemawiał żal. Wolał się nie dopytywać, choć musiał przyznać - męczyła go ciekawość, która z kobiet doprowadziła go do tego stanu.
Odwrócił się do Matta, robiąc miny, upewniając się, że profesor go nie widzi. Wykrzywiał twarz w idiotycznych wyrazach, nie mogąc już dłużej znieść tych ponurych tematów w owym stanie.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 260
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Wto Sty 09, 2018 11:12 pm

Wysłuchiwał chłopaka ze spokojem, mając tylko cichą nadzieję, że nie będzie go musiał zbierać z podłogi, jak już w końcu się przewali. Zachował nawet zimną krew, kiedy chłopak zaczął wymachiwać mu palcem przed nosem, w przeciwieństwie do Matta, który jeszcze chwila a zacznie krzyczeć. Mężczyzna westchnął jedynie. Ech, młodość… On też w jego dałby się pociąć za swojego przyjaciela, nieważnie jak bardzo nierozważnym i zuchwałym, młokosem był w rzeczywistości - dopiero czas to pokazał. Dlatego też nie skomentował słów Lynna, gdyż nie miało to teraz najmniejszego sensu, chłopak będzie musiał się o tym przekonać na własnej skórze.
Matthew za to poczuł się w obowiązku bronić swoich racji. Alkohol, który już wypił, bardzo pomagał mu iść za głosem serca, a nie do końca rozumu, poza tym przy Lynnie był to obowiązek.
- Nie zgadzam się z panem - kontynuował. - Znaczy… nie do końca… Oczywiście są ludzie, którzy nigdy nie odnajdują szczęścia, aczkolwiek zazwyczaj sami są sobie winni. Każdy chciałby być kochany, nieprawdaż? Nie można jednak kogoś zmusić, ale wystarczy tak niewiele… Wystarczy po prostu szczerość ze sobą i innymi, a szczęście to będzie na ciebie czekało… Rzeczywiście, czasem można się mocno skrzywdzić, ale… Ale po prostu trzeba uzbroić się w cierpliwość i pozostać dobrym. Kiedyś na pewno… - i tu urwał, o mało nie wstając z krzesła. - W sensie… Nie wierzę, że są ludzie, którzy nie mogą być szczęśliwi, jeśli chcą. Po prostu, nie można się poddawać - był bardzo pewny siebie i zrobił poważną minę.
Goldenmayer oniemiał. Przez chwilę zastanawiał się czy nie był to osobisty przytyk, czy nie oblać chłopaka, a może sprowadzić kogoś, by zaciągnął go do izolatki. Większego steku bzdur dawno nie słyszał. - Chyba sam w to nie wierzysz… - skwitował tylko chłodno, a na twarzy Matta pojawiał się coraz wyraźniejszy odcień zwątpienia. Musiał jednak przyznać, że dawno od swojego rudego adepta nie słyszał, aż tak pozytywnych słów, aczkolwiek wolał uchronić go od bólu, który zada mu prawdziwe życie, w przeciwieństwie do tej wyimaginowanej krainy, w której żył. - Jak widać te romantyczne bujdy również tobie zamydliły oczy. Zawiodłem się na tobie, Borcke… - westchnął. - Myśląc w ten sposób nic nie spotka cię dobrego w życiu, a jedynie zawód i niechęć. Długo tak nie pociągniesz i życzę ci, byś przekonał się o tym wcześniej, niż później, kiedy mógłbyś popełnić jakieś głupstwo - uniosła się nad nim ta charakterystyczna aura. Matthew w jednej chwili się poczuł jak mały, bezwartościowy robal.
Profesor zauważył jednak, że chyba całkowicie zepsuł wszystkim już nastrój. Miał do tego niezwykły talent. Wolał jednak tak tego nie zostawiać, odchrząknął więc i kontynuował. - Aczkolwiek, można żyć również minimalizując owe bóle i zawody do minimum, by być jak najbardziej produktywnym. Mimo wszystko, nie będę tego ważnego wieczoru snuł pesymistycznych wizji w głowach świeżo upieczonych Inkwizytorów. Kto wie… Może jakimś cudem się mylę i odnajdziecie to swoje “szczęście”? Może i jestem starym zrzędą, ale życzę wam tego z całego serca, a w szczególności tobie, Borcke - przyjął łagodniejszy wyraz twarzy, po czym zwrócił się do Lynna. - A tobie, Cavendish, przede wszystkim roztropności i… by Hackett chociaż w połowie był takim przyjacielem jak ty - wtedy też wstał, uścisnął im obu dłonie i odrzekł formalnie. - Nie będę was już katował moją obecnością. Wystarczy, że robiłem to na zajęciach przez tyle lat. Bawcie się dobrze przez ten wieczór, bo później czeka was tylko ciężka praca - miał już się ulatniać, kiedy jeszcze dorzucił na odchodne. - I jeszcze jedno, Borcke… Dobrze wiesz, że jeśli czegoś chcesz to musisz otworzyć usta. Tylko pilnuj kolegi, by nie pił za dużo… - i zniknął gdzieś w tłumie ludzi.
Matt nie wierzył w to co się teraz stało. Nie wiedział czy był przybity, czy szczęśliwy. Milczał tak już od dłuższego czasu, aż w końcu z niedowierzania pochwycił wino i powiedział - Mamy alkohol… Co teraz? - całkiem zbity z tropu zwrócił się do Lynna.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 373
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Sty 14, 2018 8:41 am

Umierał z nudów, podczas gdy oni wchodzili na coraz to bardziej podniosłe ścieżki romantycznych wyznań. Niemal zaczął się kiwać na własnym miejscu, obracając dodatkowo głową na wszystkie strony, jak uczeń ledwie znoszący ciągnącą się w nieskończoność lekcję. Powstrzymało go dopiero pożegnanie Goldenmayera i jego życzenia, których Lynn nie zrozumiał ni w ząb. Ścisnął jego rękę i skinął, dziękując za interesującą rozmowę. Najważniejsze, że udało mu się zachować powagę. Aż do samego oddalenia się profesora na bezpieczną odległość. Wtedy uśmiechnął się szeroko, szturchając Matta łokciem.
- Co za dziwak! Jakby mówił w innym języku, co nie? - zachichotał, a oczy rozbłysły mu na nowo w nieposkromionej chęci zrobienia czegoś durnego. Dlatego kolejne pytanie Matta nieco go rozbroiło. Myślał, że wszystko tego wieczoru jest aż nazbyt oczywiste. - Jak to co? Teraz, Matthew, zrobimy to, po co tu przybyliśmy - tłumaczył, jakby to było oczywiste. - Z dala od tych pretensjonalnych dupków, chodź - zarządził, zrywając się z miejsca i ciągnąc go za skraj mankietu.
- Bierz ją ze sobą! - wskazał butelkę wina, otworzoną już przez profesora, idąc już wzdłuż stołu, najwyraźniej kierując się ku wyjściu z głównej sali. Nim dotarł do drzwi, porwał kawałek ciasta z jednej tacy, chcąc minimalnie zapchać żołądek, nim dostarczy mu kolejnej porcji alkoholu.
Wyszli na korytarz, na którym nie było już wielu osób. Wszelakie szczęśliwe pary właśnie oddawały się tańcu w centrum głównej sali. Rozejrzał się po dostępnej mu przestrzeni, zastanawiając się, gdzie będzie czekała na niego przygoda. Schody prowadzące ku górze w do gabinetów arcymistrzyni i innych ważnych person, zdały mu się całkiem atrakcyjne.
- Chodź, mam genialny pomysł - skłamał, w rzeczywistości nie będąc nawet blisko czegokolwiek zorganizowanego.
Już wstępował na kamienne schody, a jego dłoń w rękawiczce musnęła poręcz, gdy we wnęce, tuż za rogiem bocznego korytarza dostrzegł parę adeptów w dość niejednoznacznej sytuacji - obściskiwali się oni tak nachalnie, że z przymrużeniem oka można byłoby ich uznać za jedną osobę. Wtedy ni z tego, ni z owego Lynn podniósł na nich głos:
- Znajdźcie sobie ustronniejsze miejsce, wy bezwstydnicy! - zawołał na nich, po czym wybuchnął szaleńczym śmiechem. Zwrócił na siebie uwagę nielicznych osób pozostałych na korytarzu i osiągnął swój niespodziewany cel - obmacująca się para odskoczyła od siebie jak oparzona, co tylko pogłębiło rozbawienie Lynna. - Hahaha, widziałeś ich miny? - zgiął się ze śmichu wpół, powoli człapiąc się wzdłuż schodów.
Gdy jego napad uciechy zelżał, rzucił się do biegu, zostawiając za sobą Matta kilka kroków za sobą. Nie czuł zmęczenia, wręcz przeciwnie - targał nim nadmiar energii i niemożliwego entuzjazmu. Bez przyczyny skręcił w jeden z bocznych korytarzy, unosząc wzrok.
Trafili na bogato zdobioną drogę do jednej z nieznanych mu sal; prawdopodobnie ważnego miejsca debat, konferencji lub spotkań mistrzów Inkwizycji. Na podłodze leżał ciemnoczerwony azerski dywan w złote motywy. Cała ściana zasłana była obrazami przedstawiającymi ważne wydarzenia historyczne oraz portretami znanych każdemu postaci. Na przeciw obrazów, tyłem do nich stały ceramiczne naczynia - wazy i półmisy oraz bielusieńkie marmurowe rzeźby - samotne figury przedstawiające ludzi.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 260
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Sty 14, 2018 11:58 pm

Jeszcze chwilę wodził wzrokiem, szukając gdzieś profesora. Chyba… chyba było mu przykro. Nie wiedział dlaczego bardziej; bo nie przywykł do widzenia swojego autorytetu w takim stanie, czy dlatego bo wiedział, że te słowa były skierowane bezpośrednio do niego, ale wtedy dlaczego mówiło o “nich”... Cz-czyżby on wiedział?!
Wystraszył się, jednak nie stał długo w miejscu. Ciągnięty przez przyjaciela kierował się do wyjścia z sali. W przeciwieństwie do niego nie potrafił nic przełknąć… No może poza paroma łykami wina prosto z butelki. Powoli robiło się mu przyjemniej. Nie miał najmniejszego pojęcia co Lynn planował, ale cokolwiek by to nie było, przecież i tak uciekłby z nim nawet na koniec świata, w szczególności że on również zaczął chwiać się po drodze. Jego nastrój diametralnie się poprawiał, czuł że ten wieczór zaskoczy go jeszcze pozytywnie.
Wciąż jednak niestety nie potrafił się tak rozluźnić jak jego kompan, który o swojej wesołości chyba miał zamiar powiadomić całe miasto. Cóż… Nie miał on wyboru jak tylko za nim podążać na ten ich koniec świata. Nawet jak zaczął krzyczeć nie próbował go powstrzymać, tylko uśmiechał się głupio czerwieniąc się na twarzy, z żalem spoglądając na przerażoną parkę. - Wybaczcie nam, nie przeszkadzajcie sobie… - jęknął im na odchodne, chyba bardziej się wstydząc od nich, po czym gonił za Lynnem nawołując - CZEKAJ NA MNIE! - gdyż tamten znowu mu gdzieś uciekł.
On również zatrzymał się przed korytarzem. Oniemiał. Ciemnoczerwony dywan, stare greckie wazy i oczywiście misternie wykonane rzeźby bóstw olimpijskich - doskonale znał to miejsce.
- Ach, Lynn - omało nie wypuścił butelki z rąk. - Wiesz gdzie jesteśmy? - nie czekając na odpowiedź poszedł do przodu. Działając pod wpływem impulsu wyciągnął rękę i pociągnął za klamkę, lecz tamta ani drgnęła. Natychmiast sposępniał. Czego on właściwie się spodziewał? Zrezygnowany odwrócił się do Lynna. - To sala konferencyjna rozumiesz to? Wszystkie najważniejsze decyzje są tu podejmowane, nie wspominając o pieczęci i wszystkich najważniejszych dokumentach. Nikt poza Mistrzami i Arcymistrzynią nie ma pojęcia jak wygląda ten pokój.,ach… ile bym oddał, by chociaż przez chwilę mógł tam być - rozmarzył się. Spojrzał znacząco na przyjaciela, lecz prędko doszło do niego, że w takim stanie nie dadzą razem rozbroić zamka, porzucił więc ten absurdalny pomysł i zaczął się zastanawiać co tu dalej robić.
Udało mu się na czymś zawiesić oko. Do głowu wpadł mu kolejny, nieźle pokręcony pomysł. Uśmiechnął się i podszedł do stojących nieopodal kyliksów. - Skoro nie chcą nas wpuścić to sami będziemy musieli się sami ugościć… - mówił po czym zaczął wlewać do jednego z naczyń wino z butelki, aż była pusta. - Jak prawdziwi grecy! - zawołał. - Na zdrowie! - I tutaj nastąpił mały problem. Nie miał pojęcia jak pić z tak osobliwego naczynia. Przechylić go nie mógł, bo zaraz oblałby się zawartością, więc postanowił się pochylić nad nim i… chlup! Nie zdążył wziąć dwóch porządnych łyków, a w sam środek wpadły jego okulary, rozbryzgując mu kropelki napoju po policzkach. Ach, jaka tragedia! Miał zbyt długie mankiety by je wyciągnąć i wtedy po raz kolejny zawstydzony spojrzał błagalnym wzrokiem na Lynna.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 373
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Sob Sty 20, 2018 6:22 pm

Przyjaciel w końcu go dogonił, lecz Lynn z początku jakby nie zwracał na to uwagi, poświęcając się w zupełności złożonemu wystrojowi, błądząc oczarowanymi oczyma po setce cisnących się do jego świadomości szczegółów. Przestąpił kilka kroków, z uniżeniem przyglądając się surowym obliczom bóstw olimpijskich. Gdy Matthew przemówił, chłopak stał tuż obok pięknego i gładkiego Apollo, obleczonego jedynie w niespecjalnie okrywającą go szatę, przewieszoną przez ramię i szyję. Obdarzył posąg wzrokiem od góry do dołu, odpowiadając na pytanie Matta:
- Na korytarzu? - jakby zgadywał, lecz jego śmiech wkrótce zdradził jego prawdziwe nastawienie. Nie obchodziło go, gdzie się znajdował. O wiele ważniejsza była możliwość rozrywki, jaką niosło za sobą to miejsce.
Przytknął palce do białego marmuru, zahaczając o podbrzusze pięknego młodzieńca, syna samego Zeusa. Z najszczerszym rozbawieniem ujął jego marmurowe przyrodzenie, wkrótce obracając się w stronę przyjaciela i dość rzeczowym tonem zadając pytanie:
- Myślisz, że natura w przeszłości skromniej obdarzała mężczyzn? - zachichotał, oceniając ten całkiem istotny element dzieła sztuki przed sobą. - A może rzeźbiarz w ten sposób leczył swoje kompleksy? - zastanowił się, na ułamek sekundy udając zadumę i zachowując powagę.
Odjął ręce od marmurowego chłopca, zbliżając się do Matta, który zajął się drzwiami. Sala konferencyjna? Nie znał miejsca, które brzmiałoby w tej chwili równie nudno. Ale cóż, dla przyjaciela mógł się postarać!
- Nie mów nic więcej! Da się załatwić! - zaoferował, podchodząc i badając drzwi z każdej strony. Oho! Wyzwanie! Ale spokojnie, żaden z mechanizmów nie był dla niego orzechem niemożliwym do zgryzienia. Prędzej czy później sobie poradzi, ot! Gdyby tylko... był odrobinę bardziej trzeźwy...
- Niech no pomyślę... — powiedział chyba bardziej dla niepoznaki, bo nie było najmniejszych szans, by w tym stanie wykonywał tak zaawansowane czynności. Uklęknął przy klamce, przyglądając się uważnie zamkowi. - Wiem! - wpadł na genialny pomysł, który z pewnością był genialny tylko dla niego, tylko w tej chwili.
Pospiesznym ruchem sięgnął po papierośnicę, otwierając ją na oścież. Nie po to, by zapalić, aby chociażby wyjąć jej zawartość, a wyłącznie... Aby za pomocą własnych rąk wyłamać srebrzyste zawiasy sprężynowe, najwyraźniej tak niezbędne mu do życia w owej chwili. Schował niepotrzebny element, prostując w palcach metalowe elementy, haratając brutalnie swoje opuszki, do kiedy nie uformował w dłoniach w miarę prostego drutu. Zgiął go wtedy wpół wielokrotnie wyginając, aż ten nie złamał się na dwie części. Wtedy zakrzywił drucik również na końcówce, na tych prymitywnych warunkach gotów przystąpić do dzieła. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie...
- Kurwa... - zaklął, gibając się lekko, mimo że kucał tuż na wysokości klamki. Zaśmiał się, celując zakrzywionym drucikiem. - Nie mogę trafić w dziurkę... - wyznał, a fakt ten wydał mu się niemożliwie zabawny, aż zaniósł się śmiechem, niosącym po całym korytarzu.  
Siłował się jeszcze chwilę, oddając się zajęciu, do kiedy nie spostrzegł się, co najlepszego odpieprzył jego przyjaciel.
- Matt...? - zapytał, jakby chcąc się upewnić, że to dzieje się naprawdę. Wstał na równe nogi, zostawiając, druciki wewnątrz zamka, nieświadom, że jeszcze trochę i sala konferencyjna stanęłaby przed nimi otworem. Zbliżył się do rudzielca, przyglądając się temu dziwnemu zjawisku z ciekawością. - Jesteś pewien, że tak się z tego pije? - zapytał z powątpiewaniem, a gdy z nosa chłopca zsunęły się okulary, dostarczył sobie odpowiedzi na ten temat.
Zaniósł się śmiechem, pochylając się po przeciwnej stronie kyliksu i sięgając do głowy rudzielca, przyciskając ją do wnętrza naczynia, niemalże podtapiając.
- Pij, skoroś taki mądry! - śmiał się, wkrótce puszczając go i schylając się po butelkę, mając nadzieję, że zostało w niej jeszcze trochę, aby napić się w bardziej cywilizowany sposób... Próżne były jednak jego nadzieje. Zawartość butelki najwyraźniej w całości znalazła się w tym dziwacznym naczyniu.
Lynn porwał ją i tak, podskakując do najbliżej stojącej jego rzeźby, potężnej kobiety, dzierżącej w dłoni włócznię. Chłopak padł jej w ramiona, przytulając się i machając zawzięcie pustą butelką.
- Och, Ateno... Ratuj, Matta już zupełnie popierdoliło... - jęknął iście dramatycznie, w teatralny sposób symulując omdlenie, wysuwając się z marmurowych ramion bogini.
- Dobra, już wiem - zarządził nagle, prostując się niespodziewanie, a do jego głowy najwyraźniej wpadł kolejny z pomysłów. Doprawdy, jakby na jedną noc nie wystarczyło mu wrażeń. - Słuchaj uważnie - zarządził klękając przed postumentem, na którym stał kyliks wypełniony winem.
- Ja otworzę usta, ty przechylaj - powiedział, nie żartując, co potwierdził kolejny z gestów Lynna. Czekał na dostawę alkoholu niczym ptasie dziecko widzące mamę.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 260
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Pią Mar 02, 2018 3:46 am

Najwyraźniej wypił za dużo, gdyż właśnie oto przed nim Lynn zaczął obmacywać jakiegoś nagiego młodzieńca. Na całe szczęście Matthew był na tyle zajęty, że nie mógł do niego podejść i pokazać mu gdzie raki zimują, bo mimo, że chyba swoje życiowe zapasy agresji spożytkował na spoliczkowanie Amona to był bardzo, ale to bardzo temu bliski. Boże, ile on by oddał, by być na jego miejscu, ach... Chwilę później skupił się na jego pytaniu.
Zrobił bardzo zdziwioną minę. Miał oto kolejny dowód na to, że jego przyjaciel był o wiele bardziej pijany niż on, bo niemożliwe by było, że nie wiedział aż tak oczywistej rzeczy. - Nie - odparł śmiertelnie poważny, choć z trudem ukrywał swoje zawstydzenie. Zaraz jednak przybrał iście profesorski ton, jakby Lynn był jego niezbyt rozgarniętym podopiecznym. - W starożytnej Grecji małe przyrodzenie było atrybutem człowieka, kierującego się rozumem, stoika, odznaczającym się najwyższymi cnotami, nie będącym niewolnikiem swoich własnych żądzy. Duży członek charakteryzował nierozgarnięte zwierzęta, myślące tylko o jednym - kiwnął głową z przekonaniem.
Po chwili przyszedł mu do głowy iście genialny pomysł. - Idąc tą logiką, widać kto z naszej trójki ma największego… - przez chwilę był naprawdę dumny ze swojej obelgi, pod adresem nieobecnego im podrostka. Wystarczyły jednak dwie sekundy by wytrzeszczył oczy i zrobił się czerwony prawie tak, że biło od niego światło. CO ON NAJLEPSZEGO PALNĄŁ!!!Nagle nerwowy musiał zacząć się tłumaczyć i machać rękoma, tak, że nieomal nie strącił pobliskich waz. -Z-ZNACZY NIE CHODZI MI O TO, ŻE MASZ MAŁEGO… Na pewno, przy twoim wzroście musi być... - urwał. Matthew, jesteś skończonym debilem. Złapał się aż za głowę. -NIE MÓWIĘ TEŻ, ŻE JESTEŚ NIEROZTROPNY!!! AMON JEST! ...i na pewno został bardzo skąpo obdarzony przez naturę, o. - założył ręce na siebie, myśląc że wybrnął z tego niezwykle elegancko. Powinien się modlić o to, by żaden z nich tego nie pamiętał jutro.
Z upiciem się dalej mu jednak trochę nie wyszło, nawet z pomocą Lynna, chociaż wino nalało mu się jeszcze do nosdży. Ale hej, przynajmniej wyłowił swoje okulary… zębami. Na szczęście był zbyt oszołomiony, by dotarła do niego złość.
Wycierając swoje szkła chusteczką przyglądał się tym ekscesom swojego przyjaciela i był już naprawdę blisko obrażenia się na niego do reszty, kiedy to tamten nagle zaczął klękać przed naczyniem pełnym trunku. Matthew zamrugał niedowierzając. Przez chwilę wpatrywał się w niego, niemalże samemu otwierając usta. Powinien… powinien się teraz śmiać? Rudzielec ostatecznie się poddał i chyba zrezygnowany podszedł do tego nieszczęsnego kyliksa.
-Och, Lynn… - rzucił. -Ciebie chyba do końca już powaliło… głupku - zaśmiał się. -No dobra, przechylam… 3… 2… 1… - i… przechylił. Przez parę pierwszych jeszcze udało mu się trafić do ust przyjaciela, lecz przez to wszystko zrobiło mu się jakoś dziwnie gorąco. Było mu dość znane uczucie, a oznaczać mogło tylko jedno - kłopoty. I jak można było się spodziewać - stało się. Zatrzęsły mu się ręce i chlusnął winem tuż obok, rozlewając je na całą twarz Lynna.
-O Boże! - Matt widząc, że po raz kolejny dziś coś spieprzył, niedbale odłożył kyliks na podest. Nim jeszcze Lynn zaczął ogarniać co się stał, rudzielec wyciągnął chustkę z kieszeni i zaczął go przepraszać jakby co najmniej złamał mu rękę. - Ja pierdolę, jak ja wszystko potrafię spieprzyć - biadolił. - Mam nadzieję, że pobrudziłem kołnierza… - Wyciągnął rękę i nerwowo począł wycierać jego twarz, jak dziecka, które pobrudziło się przy obiedzie. Na chwilę jednak przestał i zaczął wpatrywać się w oczy przyjaciela, i jakby zahipnotyzowany gdzieś odpłynął.
_________________
kupost nad kupostami. Czuję się jakbym pisała pierwszego posta kiedykolwiek XD

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 373
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Mar 18, 2018 9:01 pm

Jego brwi z każdym słowem Matta znikały pod bujną, ciemnobrązową czupryną włosów w oczywistym wyrazie niedowierzania. Rudzielec powędrował o krok za daleko. O jedno wypowiedzenie słowa „przyrodzenie” za dużo. Lynn zamrugał oczyma, odczuwając nieznane mu wrażenie zażenowania, minimalnie złagodzone stanem jawnego upojenia. Zdobył się na odpowiedź, wyjątkowo cichą w porównania do jego poprzednich, pijackich okrzyków.
- Dostrzegam pewne braki w twojej teorii. Ale w imię honoru, jestem gotów potwierdzić jej słuszność...! - wypowiedział uroczyście, po czym z pełną powagą położył dłonie na zapięciu własnych spodni, jakby długość wiadomej części ciała objawiała się kwestią życia i śmierci.
Oczywiście, nie wytrzymał w tej wzniosłej atmosferze zbyt długo, wkrótce po tym wybuchając gromkim śmiechem. Co za idiotyzm! Kogo, do cholery, obchodzi zawartość spodni własnych kolegów? Na pewno nie Lynna. Z tą myślą, wyrzucił temat z głowy, poddając się nowemu pomysłowi, ponownie, niezbyt trafionemu.
Czego się spodziewał? Że wino samo odnajdzie drogę do jego gardła? Na pewno nie za pomocą pokracznych rąk Matta. Już wkrótce młody Cavendish krztusił się i pluł winem gdzie popadło, wycierając płyn z całej swojej twarzy. Nie zdążył się jeszcze otrząsnąć, a przyjaciel zaatakował go chusteczką,
- Kurwaaa, Maaat... - jęknął niczym rasowy pijak z najgorszych Wishtown spelun. - Wiedziałem, że nie tak się pije z tych... kyliksów! - marudził dalej, jakby od początku był przeciwny takim szaleństwom.
Koniec zabawy. Wspierając się na kamiennym podwyższeniu, usiłował wstać z pozycji klęczącej. I może wyszłoby mu to bez żadnych szkód, gdyby we krwi posiadał o pół promila mniej. Podciągając się, przechylił cały postument, który zachybotał się niebezpiecznie. Automatycznie wyciągnął obie dłonie, aby ratować kyliks, a co ważniejsze - zawarte w nim wciąż wino.
Naczynie przeleciało przez jego palce, rozbijając się na marmurowej podłodze, częściowo zachlapując mu nogawki spodni zawartością. Skamieniał, usiłując pojąć, do czego właśnie doszło. Chwilowo jakby wytrzeźwiał. Myślał intensywnie jak nigdy wcześniej. Całą jego głowę wypełniła setka impulsów, zgodnie krzyczących:
- Spadamy stąd!
Rzucił się do pokracznego biegu, czego nie potrafił czynić w milczeniu, co niespecjalnie pomagało w pozostaniu niezauważonym. Pozostawione narzędzia w próbie dostania się do sali konferencyjnej, butelka wina i pokruszony w drobny mak ksyliks zostawili za sobą, jak oszaleli wracając do sali balowej.
***
Nie tańczyła, lecz jej zaróżowione policzki świadczyły właściwie o chwilowej przerwie od tejże czynności. Śmiała się od ucha do ucha, gestykulując żywo nad bogato zasłanym stołem, opowiadając nieznaną mu historię. Używając swoich rąk, pokazywała zgromadzonym słuchaczom coś na wzór szybującego z nieba ptaka. Amon obejmował ją w zamyśleniu w talii, a jej kilku słuchaczy ocierało łzy rozbawienia. Lynn zmarszczył brwi na ten widok.
Zmarkotniał, wzrokiem wracając do swojego przyjaciela, wyczekując jego reakcji. Z trudem powstrzymał się od ułożenia dłoni na ramieniu rudzielca. Doprawdy, powinien już z tego wyrosnąć...
- Matt? Ochłonąłeś już? Czy wciąż masz chęć go zamordować? - zapytał prosto z mostu, czubkiem brody wskazując ich przyjaciół stojących przy stołach. Od odpowiedzi przyjaciela zależało, w jaki sposób spędzą tę urokliwą resztę wieczora.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 260
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Nie Mar 25, 2018 1:03 am

Na całe szczęście był zbyt pijany, by myśleć teraz o tym co się stanie z nimi za rozbicie naczynia. Na pewno będzie na równi widowiskowe jak i spalenie królowej wiedźm. Alkohol jednakże pozwolił skutecznie mu o tym zapomnieć parę chwil później, kiedy dobiegli już do sali balowej.
Dobiegłszy (albo raczej, niezgrabnie się doczłapawszy) do swojego kompana, musiał się chwilę oswoić niezwykle jasnym światłem i chwiejną podłogą. Och, na jakże okropny widok kazał mu patrzeć Lynn, kiedy w końcu przestało mu się mienić w oczach. Rudzielec, aż zmarszczył brwi. Spójrzcie wszyscy, nawet się do nich nie odwróci! Wystarczyło kilka chwil a już otoczył się zgrają uwielbiających go baranów, mimo tego wszystkiego co dziś odwalił. Ugh, na samą myśl robił się czerwony ze złości. Nic go tak nie irytowało jak niesprawiedliwość i Amon, a w połączeniu już w ogóle nie było o czym mówić.
- Spójrz tylko na tego dupka… - mruknął pod nosem, kompletnie ignorując pytanie przyjaciela (i insynuując, że tamten nie robił tego od dłuższej chwili). - Idziemy tam! - zarządził nagle i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę tamtej rozkosznej gromadki, ciągnąc przy tym swojego przyjaciela za rękaw.
Przedzierając się przez gęsty tłumik adeptów, nacierał na nich z prędkością lokomotywy, mając przy tym naprawdę groźną minę, której nie powstydziłby się sam Goldenmayer. Zrobił to jednak tak, by nie spostrzegli go pierwszego. Dopiero kiedy znajdował się parę metrów od nich huknął: -Ale tu wesoło! - Oparł się o krzesło stojące nieopodal, bo z pewnością inaczej wylądowałby na ziemi. Zmierzył wszystkich trzech Amonów ostrym wzrokiem. - My też chętnie się pośmiejemy, prawda Lynn? - zwrócił się do kompana. - Chyba nic ciekawego nas nie ominęło, podczas naszej nieobecności? To byłaby istna tragedia… - zmarszczył brwi. Biedna Lillianne była w samym środku tego trójkąta Bermudzkiego, mimo że Matt najwidoczniej jej jeszcze nie zauważył.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 373
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   Czw Mar 29, 2018 4:48 am

Sala była wypełniona podniesionymi głosami oraz setką mieniących się kolorów ozdób i wytwornych sukien. Mrużył oczy, usiłując przywyknąć do nowego stanu rzeczy, prędko pojmując, że samotny korytarz z Mattem to o wiele przyjemniejsza opcja spędzenia wieczoru dla takiego odludka jak Lynn.
Niestety, rudzielec podłapał rzuconą myśl, najwyraźniej sprowokowany samą wesołą facjatą ich wspólnego przyjaciela. Lynn pozwolił się ciągnąć, czując jednocześnie, jak ogarniają go nudności. Wszelakie barwy odeszły z jego twarzy, a on zaczął oddychać głęboko, modląc się w duchu, aby oszczędzić sobie wstydu zwymiotowania na jakąkolwiek balową kreację. Postanowił trzymać się na uboczu i zgrywać trzeźwego, gdy Matt będzie załatwiał swoje porachunki z Amonem. Oczywiście, nie udało mu się zrealizować ani jednego z narzuconych sobie zadań.
Pojawienie chłopców zaskoczyło stojącą przy stole grupkę, co objawiło się na zwracających się ku nim twarzach. Każdy zareagował na ich przybycie inaczej - Lillianne wykonała niemrawy półuśmiech, uważnie przyglądając się rudzielcowi, rówieśnicy z klasy Matta przywitali go śmiechem i ogólnym rozbawieniem, a z kolei Amon początkowo posłał mu nieodgadnione spojrzenie, w którym wkrótce rozbłysnął groźny blask, gdy usłyszał jego pierwsze słowa. Wyczuł od nich woń alkoholu. Najwyraźniej dobrze się bawili. Jak zwykle bez niego.
Przechylił głowę w kierunku obejmowanej w talii Lillianne (jednocześnie powodując, że na twarz Lynna wróciły kolory), śmiejąc się ostro z komentarzy adeptów z rocznika rudzielca:
- Matthew! Już myślałem, że wróciłeś do domu! - wypowiedział jeden z nich, przeciętny chłopak, przez całą edukację trzymający się na uboczu.
- Widzieliśmy tę twoją pannę, gdzieś tu przed chwilą była... - odezwał się kolejny, rozglądając się za niebieską sukienką Rosanne. Prędko odpuścił, machając ręką. - A zresztą. Peter Harper pospieszył z pocieszaniem jej; sprawa jest już przegrana - wyjaśnił pokrótce, zaraz zanosząc się śmiechem.
Lynn na tym etapie już zdążył zdać sobie sprawę, że popełnili błąd, zbliżając się do tego zgromadzenia. Poczuł niemożliwą chęć ucieczki, z dala od ich oskarżycielskich spojrzeń. Tym razem się nie powstrzymał. Położył dłoń na ramieniu przyjaciela, już otwierając usta, by zaproponować kolejną pijacką przygodę, lecz to najwyraźniej sprowokowało Amona, który uniemożliwił Lynnowi podzielenie się jakąkolwiek propozycją na głos.
Blondyn ostrożnie puścił z objęć Lil, zostawiając ją samą, a zamiast tego powoli przyklejając się do Matta, zarzucając mu rękę na kark i zaciskając ją w potężnym uścisku, porywając w swoją stronę. Lynn odsunął się, wyraźnie zagubiony. Wtedy Amon z pełnym uśmiechem przeszedł do tego, w czym był najlepszy, a mianowicie w byciu niemożliwym chujem:
- Długo was nie było, Księżniczko... Spędziliście kilka miłych chwil...? - zapytał rozkosznie, wcale sugestywnie. Sprawa była prosta - na atak odparł atakiem. Nie zamierzał pozwolić, aby jakakolwiek obelga przeszła płazem, z początku łagodnie wysyłając ostrzeżenie przyjacielowi, aby się pohamował, gdyż... być może nie będzie w stanie utrzymać języka za zębami. - Pozbyłeś się już swojego namolnego rzepa, a ja zająłem się Lillianne. Mam nadzieję, że moje poświęcenie nie poszło na darmo?
Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Mówił wprost do ucha rudzielca, lecz nie ściszał głosu - wszyscy mogli go usłyszeć, a co najgorsze - zrozumieć. W głowie każdej zgromadzonej tu osoie powinna zapalić się lampka, pozwalająca na połączenie pewnych faktów. Oczywiście, w każdej głowie, poza tą Lynna. Lynn odpłynął już w inny świat, niespecjalnie chcąc się skoncentrować na złośliwie brzmiących słowach blondyna.
Na ziemię sprowadziła go pojawiająca się u jego boku postać Lil, niepewnym szeptem pytając:
- Może powinniśmy pozwolić im rozwiązać swoje spory za kulisami? - mówiąc, pociągnęła go za skraj marynarki, usiłując odsunąć się z pola rażenia, gdy między chłopcami dojdzie do nieuniknionej wojny.
Nie pojmowała słów Amona, nie spodziewała się ich po wszystkim, co wyznał jej podczas minionych tańców. Niestety, wybrała sobie nieodpowiedniego sojusznika. Lynn wyprostował się, spoglądając na nią z góry. Lodowatym tonem oznajmił:
- POWINNIŚMY raczej wrócić do posiadłości. Musisz być wypoczęta przed ciężkim dniem jutro.
W towarzystwie zapadła dość ciężka atmosfera, co objawiło się na zdezorientowanych wyrazach twarzy adeptów z rocznika Matta. Z jednej strony zaprawiane jadem słowa Amona, a z drugiej zachowanie Lynna, którego najwyraźniej coś ugryzło. Instynkt nakazywał ucieczkę, lecz ciekawość wygrała, zwłaszcza po niezrozumiałej chłopcom reakcji Lillianne.
Jej twarz natychmiastowo oblała się rumieńcem. Upokorzenie tym bardziej ją dotknęło, gdyż nigdy nie przypuszczała, że Lynn byłoby do tego zdolny. Odsunęła się, zadzierając nos ku górze. Uniosła się dumą, lecz wściekłość widocznie z niej kipiała.
- Ach, tak? Wypoczęta do ścielenia ci łóżka, paniczu? - wypowiedziała przez zaciśnięte zęby z wcale nieukrywaną pogardą. Natychmiast pożałował wdania się w dyskusję.
Naraz toczyły się dwie pomniejsze batalie. Pozostało czekać, w po której stronie z ostrzejszych słów przejdzie się do rękoczynów.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Sala audiencyjna   

Powrót do góry Go down
 
Sala audiencyjna
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Sala operacyjna
» Sala lekcyjna nr 2
» Sala segregacji
» Neuschwanstein - Sala Tronowa
» Sala przesłuchań

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Off-Topic :: Strefa pozafabularna :: Retrospekcje-
Skocz do: