IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Rezydencja Cavendishów

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 410
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Rezydencja Cavendishów   Pon Kwi 23, 2018 3:10 pm

Lynn Cavendish napisał:
Olbrzymich rozmiarów rezydencja Cavendishów, znajdująca się w niewielkiej odległości od miasta. Do rodziny należą tereny leśne, używane średnio kilka razy w roku do polowań. Sama posiadłość ogrodzona jest w większości murami, obejmującymi również niewielki staw, bogaty ogród, przybudówkę dla służby, stajnię i altanę. Drogę od wysokiej bramy do wejścia wyłożoną białymi kamieniami zdobi również żywopłot i kwiaty różanecznika.
Jeśli chodzi o samą rezydencję, mieszka w niej wiele pokoleń, dziesiątki ludzi, których łączy to samo nazwisko oraz obrzydliwie wielki majątek. Chcąc zwiedzić wszystkie pokoje i niekończące się korytarze należałoby zarezerwować sobie przynajmniej wolny tydzień, dlatego też dla domowników niektóre tereny wewnątrz wciąż potrafią zaskakiwać. Widok krzątającej się służby jest tu na tyle powszechny, że nikt nie zaszczyca ich już nawet spojrzeniem.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 410
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pon Kwi 23, 2018 3:14 pm

Zaskoczenie goniło kolejne zaskoczenie. Gdy myślał już, że widział wszystko... Colette zdobyła się na przeprosiny. Wyznanie było tak nieprawdopodobne i abstrakcyjne, że w jednym momencie, całe napięcie zeszło z Lynna, a on sam wydał z siebie ciche parsknięcie, zamaskowane kaszlem, nim zdążył roześmiać się w zupełności. Kiwnięcie głową Williama w kierunku dziewczyny prędko przerodziło się w wyjątkowo groźne, ostrzegawcze spojrzenie w stronę Lynna. Ten prędko spoważniał, ale nie potrafił już wrócić do minionej atmosfery niepokoju.
- Milczenie jest złotem. Lepiej powiedzieć o jedno słowo za mało... I tego się trzymajmy - pouczył ją, najwyraźniej sugerując, że przede wszystkim powinna zadbać o siebie sama. Tak łatwo się przecież zdradziła... - Mam, co prawda, pewne zastrzeżenia. Jednak, jak mój syn słusznie stwierdził, okoliczności niespecjalnie nam sprzyjają. Wrócimy do tematu już wkrótce... - poinformował ją, co ni w ząb nie przypadło do gustu Lynnowi. Obwieścił to lekkim śmiechem, nie szczędząc im sarkazmu:
- Po co czekać? Doskonale się dogadujecie - wyszczerzył zęby, czego William już najzwyczajniej na świecie zdzierżyć nie mógł.
Niby niechcący posunął drewnianą laską po podłodze, dyskretnie uderzając trzonem o wysunięty piszczel Lynna. Ten podskoczył, a uśmiech natychmiast spełzł mu z twarzy. Nie dał jednak mu satysfakcji, nie wydając z siebie najmniejszego odgłosu bólu. Ach, aż przypomniały mu się stare, niezbyt dobre czasy z Alcesterem...
- Nie bądź taki niecierpliwy... - odparł zgryźliwie, również się uśmiechając. Doskonale wiedział, jak zareaguje jego syn już wkrótce...
Pojazd coraz bardziej zwalniał, co sprawiło, że w kompozycji z niecnym uśmiechem ojca, wszystko zdało mu się zbyt podejrzane.
- Chwila... - Najwyraźniej w końcu odpowiednie trybiki w jego głowie zaskoczyły. Odrobinę za późno.
Natychmiast odgarnął zasłony, wyglądając przez okiennicę. A widok, który za nią ujrzał, spowodował, że zbladł jak ściana. Podjazd. Wysadzana białym kamieniem ścieżka, otoczona nierozkwitniętymi jeszcze liliami i perfekcyjnie przyciętym bukszpanem. Podjazd do jego rodzinnego domu. Szok, jaki odbił się na jego twarzy, wyraźnie rozbawił Williama. Ten zwrócił się z kolei do Colette:
- Jestem zbyt pochopnym człowiekiem. Zbyt prędko osądzam człowieka, mimo że nie mam ku temu żadnych praw. Również proszę cię o wybaczenie, panienko. - Mężczyzna ukłonił się lekko, na ile pozwalała mu tylko pozycja siedząca. - I żywię nadzieję, że będę miał okazję zapoznać się z panienką bliżej, tuż po zajęciu się waszymi niefortunnymi ranami. Na... wspólnej kolacji w rodzinnej posiadłości? - zaproponował niby spontanicznie coś, co orbitowało w jego umyśle już dłuższy czas.
Pojazd zatrzymał się zupełnie, z przodu pojazdu dochodził ich dźwięk poruszającego się woźnicy. Koniec podróży, to stało się aż nadto oczywiste.
- Nie ma takiej opcji. Nigdzie nie idziemy. Nie taka była umowa - syknął zegarmistrz, gotów niczym dziecko zaprzeć się nogami i nie wysiąść z powozu.
Drzwi otworzyły się na oścież, z zewnątrz przytrzymywane przez woźnicę.
- Nie przynoś mi więcej wstydu, synu - poprosił twardym tonem, łagodnie ujmując dłoń Felicii, z towarzyszącym mu spojrzeniem pt. „przepraszam za niego, on tak zawsze...”. - Kim jesteś, aby decydować za dorosłą, wolną kobietę? - wziął go pod włos, najwyraźniej mówiąc o Colette.
Wysiadł zupełnie swobodnie jako pierwszy, pewien, że wszystko potoczy się z jego planem. Następnie podał dłoń Felicii, chcąc pomóc jej wysiąść. Gdy oboje znaleźli się na stabilnym podłożu, starszy mężczyzna wyciągnął również rękę w kierunku Colette. Widząc niezmienny opór Lynna, przemówił:
- Nie było żadnej umowy. Powiedziałem, że odwiozę was w bezpieczne miejsce i słowa dotrzymałem - oznajmił wyniośle, choć w jego oczach lśniło zadowolenie, widząc niedowierzanie Lynna. - Obrażasz moją inteligencję, synu. Uprzejme słówka na mnie nie działają, jeśli wiem, jak wygląda rzeczywistość. Jestem świadom, w jakiej atmosferze się rozstaliśmy ostatnim razem. A również tego, że niektórych czynów nie sposób wybaczyć ani też słów zapomnieć. Nie wnikam w powody, dla których unikasz odwiedzin w inkwizycyjnym szpitalu, choć swobodnie mogę się ich domyślić... - mówił cicho, korzystając z danej mu chwili. Znaczącym spojrzeniem obdarzył niegdyś ranną nogę Lynna. - Nie oczekuję pojednania. Chcę wyłącznie rozmowy - zapewnił, a jego głos zmiękł. Gdyby tego było mało, przelotnie zerknął na Colette.
- Zresztą, chyba nie każesz tej biednej dziewczynie podróżować więcej w takim stanie? - zapytał niby niewinnie. Doskonale wiedział gdzie uderzyć. Lynn chwilę tłukł się ze swoimi myślami, zaciskając zęby ze złości. W rzeczywistości, nie mógł jej tego bronić, nawet jeśli ostatnią rzeczą, jaką chciał uczynić, było postawienie nogi w rezydencji Cavendishów. Spuścił spojrzenie z mężczyzny z wciąż wyciągniętą dłonią, pozwalając Colette zadecydować. Czuł się okropnie, wiedząc, że w tej kwestii nie ma zbyt wiele do powiedzenia, a mu pozostało poddać się człowiekowi, którego nie mógł przestać nienawidzić.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 159
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pon Kwi 23, 2018 4:35 pm

Wrócą do tematu? Nie został on już doszczętnie omówiony? Co chciałby jeszcze ustalać? Dziwnie ją to niepokoiło, ale była gotowa na wszystko. Przynajmniej, tak jej się wydawało. Wygląda na to, że cały świat stawał na głowie od momentu upadku z drzewa.  
Jak miała być miła dla Lynna, skoro sam prowadził do nieprzyjemnych odzywek i prowokował do zamieszania? Ugryzła się w język, ignorując tym samym jego wypowiedź i wzdychając tylko cicho. Należy wspomnieć też o wywróceniu oczętami, bo nie mogła inaczej skomentować zachowania ciemnowłosego.
- Nie widzę problemu...
Odpowiedziała lekko zaskoczona, wlepiając swe spojrzenie w partnera Felicii.
Kolacja? Czemu coś mówiło dziewczynie, że nie powinna się zgodzić? Nigdy nie miała do czynienia z takim zaproszeniem, tym bardziej w tak bogatej rezydencji. Dawno nie czuła stresu, aczkolwiek pomieszany z niepewnością tworzył wybuchową mieszankę. Lynn stał się bardziej aktywny, ponieważ był całym sercem przeciw, więc Col póki co siedziała sobie cicho i obserwowała dalszy rozwój wydarzeń.
Felicia z wyraźnym zakłopotaniem, ale i też zrozumieniem kiwnęła głową, po czym wysiadła z powozu wraz z Williamem. Stanęła odrobinę dalej, aby poprawić swą suknię i wróciła do badania wzrokiem otoczenia.
Przez ich rozmowę, brązowowłosa zaciekawiła się bardziej tą niesprzyjającą relacją między ową dwójką. Owszem, nie na miejscu byłoby wypytywanie o to przyjaciela, tak więc pozostawiła wszystko w rękach losu. Być może dowie się o tym więcej w odpowiednim czasie, jak na razie nie śpieszyło się jej.
Doszło do sytuacji w której musiała wybrać i to chyba odrobinę zdezorientowało czarownicę, ponieważ nie chciała sprawić żadnych katuszy mężczyźnie, a z drugiej strony nie chciała stracić nogi. Może jednak da się cofnąć czas? I nie doprowadzić do tego wszystkiego? Nie? Szkoda.
- Wybacz, Lynn.
Szepnęła cicho, podnosząc się z miejsca i podając dłoń Williamowi.
Wyszła z powozu bardzo chwiejnym krokiem, aż była z siebie dumna z braku upadku przy kolejnych stąpaniach po ziemi. Miała chwilę na dokładniejsze oczyszczenie włosów z wszelkich roślinności, chociaż nie bardzo ją to obchodziło. Mogłaby mieć i całe gniazdo na głowie, zaś rana bolałaby tak samo mocno!
Chciała tylko iść na festyn. Czemu zawsze musi wpakować się w jakieś wydarzenia, które będą ciągnąć się za nią już na wieki? No tak, w końcu to typowy styl Colette.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 410
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pon Kwi 23, 2018 6:50 pm

Po decyzji Colette, William uśmiechnął się promieniście, aż przez jego twarz przebił się cień młodzieńczego wyglądu. Niegdyś musiał być przystojnym, energicznym człowiekiem. Szczęśliwie lub nie, Lynn odziedziczył wygląd w dużej mierze po matce, więc z Williamem, poza kilkoma drobnymi szczegółami, wyglądali jak obcy sobie ludzie.
Doskonale rozumiał postępowanie Colette. Zapewne zachowałby się identycznie na jej miejscu. Przecież przez całą podróż był dupkiem wcinającym się w słowo własnemu ojcu, jakby zupełnie bez przyczyny. Wiedział, że William potrafi być czarujący, gdy tego chce. A mimo to, poczuł w piersi drobne ukłucie żalu, gdy zostawiła go samego.
Westchnął ciężko, nie zamierzając się dłużej opierać. Wyszedł za wszystkimi, jedynie swoją miną obwieszczając niezadowolenie. Teraz jeszcze bardziej pragnął porozmawiać z Colette na osobności, nie tylko wypytując ją o szczegóły nieznanej mu wcześniej tajemnicy ani też przetwarzając ten szalony dzień. Najzwyczajniej na świecie chciał się też wyspowiadać ze swojego zachowania. I coraz bardziej przypuszczał, że wraz z rozwojem wydarzeń, nie wytrzyma, wybuchając w obecności zbyt wielu osób.
Zapłacono woźnicy, a gdy powóz odjechał, mieli lepszy widok na monumentalną posiadłość, stojącą w blasku wiosennego, powoli zachodzącego już słońca. Choć zdawało mu się, że minęły wieki, od kiedy ostatnim razem tu był, zdziwił się, jak wciąż doskonale pamiętał to miejsce. Nie dano mu oczywiście okazji porozmawiania z Colette na osobności, a więc trzymał się na uboczu, trochę za kroczącą ku głównemu wejściu trójką ludzi.
- Podziwiam twoją wytrwałość, panienko - oznajmił cicho William, gdy stanęli już pod schodami wejściowymi. - Niejeden mężczyzna nie usiedziałby w miejscu z podobnymi obrażeniami. - Nawet obeszło się bez sugestywnego spojrzenia w stronę Lynna. Ten przecież mdlał niemal na sam widok rozległych ran i zupełnie nic nie miał na swoją obronę. - Ugoszczenie cię będzie zaszczytem. Odpowiednia osoba zajmie się twoim zdrowiem. A jeśli poczujesz się na siłach, zasiądziemy do wspólnego posiłku - przemawiał dość oficjalnie, odrobinę inaczej niż podczas podróży.
Wkrótce zwrócił się również do Felicii, z którą podróżował pod rękę:
- Najdroższa, pomożesz po wszystkim naszemu rannemu wróbelkowi przygotować się do kolacji? - zapytał, najwyraźniej mówiąc o Colette. Lynnowi stanął przed oczyma straszliwy obraz przebierania dziewczyny w tysiące koronek, kokardek i falbanek. Tak, to najważniejsze, czego potrzebuje ranna osoba. Najwyraźniej i w tej kwestii nie mieli za dużo do gadania, bo przecież zasiadanie do stołu z dziurawymi pończochami urasta dla niektórych do rangi zbrodni!
Po odpowiedzi Felicii, weszli do środka, a wokół nich zgromadziło się dwoje lokajów. Will odwrócił się do swojego syna, zachęcającym gestem zapraszając go za sobą na korytarz.
- Ty też jesteś mile widziany... Oczywiście, po wszystkim wystawię ci rachunek - zaśmiał się wdzięcznie, aż Lynna przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Pomimo ewidentnego żartu, spodziewał się już wszystkiego.
Po krótkim przywitaniu nastąpiła seria rozkazów padających z ust Williama. Najwyraźniej czuł się wtedy jak w swoim żywiole. Kazał zająć się przede wszystkim ranną Col, prowadząc ją do salonu i wołając jednego z lokajów, który podobno znał się na rzeczy. Lynn widząc, jak ich rozdzielają, automatycznie podążył za dziewczyną, lecz prędko został powstrzymany przez ojca.
- Że też muszę cię pouczać o takich oczywistościach, Lynn... Twoja towarzyszka zasługuje na chwilę prywatności. Zobaczycie się wieczorem, obiecuję - poinformował go William, chwytając go za przedramię. Zegarmistrz właściwie musiał mu przyznać rację, choć nie powiedział tego na głos. Wyrwał się z lekkiego uścisku. - Zresztą, ty też powinieneś coś ze sobą zrobić... - zastanowił się na głos. - Och, jestem pewien, że stary Alcester mocno się za tobą stęsknił - oznajmił niespodziewanie, rozkoszując się kolejnym szokiem wymalowanym na twarzy syna.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 159
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pon Kwi 23, 2018 9:47 pm

W czasie krótkiej drogi miała przyjemność usłyszeć z ust Williama podziw skierowany w jej stronę. Było to miłe i podnoszące na duchu, jak nic dotychczas.
- Dziękuję, ale to naprawdę nic takiego. Kilka skaleczeń, czy odrobinę większa rana... Nie pozbawiłoby mnie to możliwości poruszania się, a co najważniejsze nie mogłabym usiąść i marudzić w aktualnej sytuacji. Nie wyobraża sobie pan wielkości mojej wdzięczności. Dziękuję jeszcze raz za wszystko i bez obaw, nie zmuszę państwa do długiego oczekiwania na mnie.
Rzekła uśmiechając się przyjaźnie, a przy tym zerkała ukradkiem na Lynna.
Z jakiejś niewiadomej przyczyny lubiła mieć na niego oko. Możliwe, iż jego bezpieczeństwo i samo to, że był obok, wywoływało uczucie wewnętrznego komfortu. Zaskakujące, ponieważ nawet u Rem nie była tak wyczulona. Mężczyzna wychodzi częściej z domu, niż blondynka, więc pewne rzeczy by się zgadzały. Reszty kompletnie nie pojmowała, ale będzie dążyć do zrozumienia ich.
- Jak najbardziej, kochanie. Postaram się najlepiej jak tylko potrafię, aby panienka Colette była olśniewająca.
Odparła energicznie Felicia, zaś w jej głowie rodziły się różnorodne pomysły na stylizację dziewczyny. Dziwnym trafem, Col przeszedł dreszcz.
Na korytarzu nastąpiło rozdzielenie ich. Od razu przypomniały się wiedźmie dawne sceny, gdzie spotkali się pierwszy raz. Wedy też wylądowała w rezydencji Lynna i była opatrywana. Zaraz, czemu to zawsze ona jest najbardziej poszkodowana?! Coś tu się nie zgadza.
I się zaczęło.
Nadszedł moment w którym musiała pokazać swoją ranę lokajowi. Sam wyraz twarzy nieznajomego, oraz pozostałych zgromadzonych wywołał w dziewczynie przerażenie. Wcale nie czuła pozytywnej energii od owej grupki!
- Jest tak źle? Widzę, widzę. Jest. Zahaczyłam tylko o złamaną gałąź, jednakże nie spodziewałam się takiego rozcięcia. Kilka bandaży i po sprawie.
Stwierdziła pogodnie.
- Niestety, panienko... Jestem zmuszony zaszyć. Nie ukrywam, że odczuje panienka spory dyskomfort.
- Spory? Od jednego do dziesięciu? Pięć!
- Dwadzieścia pięć.
Odparł ze skruszoną miną, zaś Cole zrobiła się biała, niczym kartka papieru.
Wszelkie próby wmawiania sobie, iż nie może być tak źle, szły na marne. Jakim cudem znalazła się w tych okolicznościach? To musi być pewien rodzaj kary.
W następnych chwilach, można opisać całe zajście trzema słowami: krew, ból, łzy. Nie miała zamiaru płakać, aczkolwiek łzy cisnęły się samoistnie do oczu z powodu przeraźliwego cierpienia. Nie mogła się poddać, bądź co bądź, przed nią kolejne przygotowania.
Najbardziej z tego wszystkiego zaszokowały ją służące, które nalegały na pomoc w umyciu się. Nie wiedziała co o tym sądzić, ponieważ zawsze radziła sobie z tym sama. Stała w łazience zarumieniona i zaciskała dłonie na sukience po przejściach.
- I jak? Jest panienka gotowa? Będziemy ostrożne, jeśli chodzi o ranę i pozostałe uszczerbki.
- W-Wcale... Może jednak wrócimy do wersji w której sama biorę szybką kąpiel, a także sama się ubieram? Kto jest za tym ręka w górę. Tak.
Podniosła nieśmiało dłoń ku górze.
- Nie wydaje mi się. Pan Cavendish kazał zająć się panienką najlepiej jak potrafimy. Oznacza to między innymi, iż nie możemy dopuścić do ewentualnych uszkodzeń opatrzonych ran.
Mówiła jedna z nich, odbierając pomarańczowookiej nadzieję na cokolwiek.
- Nie jestem zraniona w takim stopniu... Bardziej cierpi moja dusza... Ratunku...
Powiedziała cicho, lecz żadna nie zwróciła na to większej uwagi i zabrały się do pracy.
Trzeba przyznać, że wielką przygodą była sama kąpiel. Czasem służące nie były zbyt delikatne, a swe postępowanie tłumaczyły jak największą chęcią pozbycia się brudu.
Nie było co ratować z dawnego stroju, więc cały poszedł do wyrzucenia. Tak, to o wiele mocniej uderzyło w nią, niż jakieś tam szycie bez znieczulenia.
Strój oczywiście wybrała Felicia, która dołączyła do wesołej gromadki niedługo po tym wszystkim.
- Ta suknia będzie idealna. Zielony jest pięknym kolorem, nie uważasz panienko Colette?
Spytała podążając w jej stronę.
- Ah, tak. Jeden z moich ulubionych.
Odparła kończąc zakładać bieliznę, chociaż musiała wezwać pomoc, gdy nadszedł czas na gorset.
Starsza kobieta nakazała służbie wymierzyć dziewczynę, by w ostateczności wprowadzić poprawki krawieckie w wybranej sukience. Na całe szczęście, albo i nie, nie trzeba było wiele zmieniać.
Suknia leżała dobrze, jednak nie w takich gustowała czarownica. Zdecydowanie bardziej przepadała za krótszymi, które nie były tak toporne i bardzo irytowały Lynna z jakiegoś powodu. Poza tym, gorset wewnątrz i na zewnątrz, to iście diabelskie połączenie. Na dodatek miała wyposażony przód, a te zabiegi tylko bardziej to uwydatniały. Czemu to było tak zawstydzające?!
- Pięknie! Teraz tylko włosy. Wydaje mi się, iż zwykłe podpięcie z wypuszczonymi po bokach kosmykami będzie w sam raz.
Takim oto sposobem zaczęło się czesanie. Już kompletnie czuła się jak lalka.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 410
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Sro Kwi 25, 2018 9:12 pm

Torturą był dla niego spacer doskonale znanymi mu korytarzami. Na każdym kroku dopadały go gęste, duszące niemal wspomnienia. Prowadzony na piętro oczyma wyobraźni widział chłopca siedzącego przy zegarze na półpiętrze, załamującego ręce, gdyż nie potrafił złożyć go z powrotem po rozmontowaniu na części pierwsze. Widział korytarz, który był drogą do jego dawnej sypialni. Ten sam korytarz, po którym kroczyła Lilly, odziana jeszcze w biały fartuch.
Czuł się, jakby jego świeżo sklejone serce ponownie zaczęło się kruszyć na tysiące kawałków. Odłączając od kierującego go lokaja, przystanął w miejscu, blednąc na twarzy z wrażeniem, że jeszcze chwila tutaj i doszczętnie postrada zmysły. Przed utonięciem uratował go przecinający powietrze, lodowaty głos, który poznał bez spojrzenia w kierunku źródła ów dźwięku.
- Twój kapelusz, paniczu. Można?
Lynn odwrócił się do postaci wyłaniającej się zza rogu korytarza. Alcester. Gdy sądził już, że człowiek bardziej postarzeć się nie może, jego dawny służący uświadomił mu, że się mylił. Wyraźnie schudł, przybyło mu zmarszczek, jednak grube, groźne brwi wciąż miał czarne. Jakby skurczył się w sobie i przygarbił, wciąż chodząc o lasce, jednak nic nie odbierało mu pewnego autorytetu i respektu, którym wciąż obdarzał go Lynn. Stary lokaj przez długie lata był mu opiekunem, wychowującym go z dużo większym poświęceniem niż William.
- Alcester... - wypowiedział zduszonym tonem, niezdolnym do odpowiedniejszego powitania. Prędko tego pożałował.
Mężczyzna zmierzył go groźnym spojrzeniem, w blasku świec korytarza błysnęły jego okulary. Powściągliwie odpowiedział:
- Doprawdy,  po latach bez znaku życia, wciąż nie wyrzuciłeś mojego nazwiska z pamięci. Czuję się wielce zaszczycony. - Głos mężczyzny był cierpki i po krańce przesycony ironią. Jeśli ucieszył się na widok Lynna, doskonale to ukrywał. - Kapelusz, poproszę - ponaglił go jeszcze, na co Lynn już zwlekać nie mógł.
Zdjął nakrycie głowy, czując się na powrót jak dwunastolatek, zmuszony wykonywać każdy rozkaz. Może właśnie dlatego unikał kontaktów z kimkolwiek z przeszłości...? Podążył za lokajem, nie zamierzając odzywać się jako pierwszy.
***
Po zajęciu się włosami Colette, przyszła również pora na przygotowanie do kolacji Felicii. Służki skakały wokół kobiet, wyraźnie wkładając w to całe swoje serce. Łącznie minęło całkiem sporo czasu. Na tyle, aby męska część zainteresowanych kolacją zaczęła się niecierpliwić. Nakryto do stołu, a Colette w towarzystwie Felicii nie pojawiały się. Na tyle długo, że podejrzewać można było ucieczkę tylnym wyjściem. Wkrótce dyskretnie posłano po nie jedną z służących, oceniając stan postępu przygotowań.
Gdy przekroczyła ona próg pomieszczenia, kobiety dokonywały już ostatnich poprawek, więc z czystym sumieniem podeszła do Felicii i po wielkim ukłonem poinformowała ją:
- Pani, kolacja będzie wkrótce gotowa.
Było to drobnym niedopowiedzeniem, bo właściwie wszystko było gotowe już od dłuższego czasu. Cały zastęp służby, kucharzy, a także Will i Lynn czekali właśnie na piękniące się kobiety.
Jeśli były gotowe, posłana służąca z poczuciem spełnionego obowiązku poprowadziła je ku jadalni.
***
Bandaż na głowie Lynna zastąpiono nowym, zajmując się również jego świeżo zarobioną raną, następną do kolekcji. Nie obeszło się też bez kąpieli i przebrania go w możliwie niewygodną, odświętną kamizelkę wyszywaną w szczegółowe wzory, ciemnoszary frak, czy ciasno zawiązaną pod szyję chustę, zielonego koloru. Pozostało mu tylko zapomnieć o wygodzie do końca tego upiornego wieczoru.
Mężczyźni nie zasiedli do stołu, o czym świadczyły odgłosy dochodzące z przedpokoju. Rozmawiali o czymś żwawo, najwyraźniej się sprzeczając, ale równocześnie dbając, aby dialog utrzymywać w ściszonym półtonie. Nie mogło być inaczej, inaczej nie potrafili rozmawiać. Całe szczęście, darowali sobie sceny w towarzystwie kobiet, a więc gdy tylko dostrzegli pojawiające się osoby na horyzoncie, natychmiast urwali temat, przenosząc myśli i spojrzenia na Colette i Felicję w towarzystwie kroczącej za nimi służącej.
- Ach, niczym gwiazdy na letnim, nagim niebie - skomentował natychmiast William, unosząc dłonie do góry i odłączając od Lynna, aby z największym honorem przywitać swoją partnerkę, z którą rozstał się przecież nie tak dawno temu. Prędko jednak spostrzegł się, że Lynn stanął jak wryty, jakby zupełnie zapomniał o manierach.
- Przepraszam za syna, najwyraźniej kobiece piękno odebrało mu zdolność mowy - zaśmiał się wdzięcznie, nadrabiając chwilę niezręczności. Z wytłumaczeniami Williama wszystko było można wybaczyć, doprawdy... - Nie uważasz, że tak niesamowite metamorfozy winno skwitować stosownym komplementem? - zapytał, najwyraźniej ciągnąc go za język. Był w jego domu, a więc powinien się zachowywać.
Lynn zaś nie byłby sobą, gdyby nie potraktował zachęty na opak, wywracając oczyma. Nie chciał tu być i zamierzał to okazać, nawet jeśli miał uprzykrzyć w ten sposób komuś wieczór.
- Gardzę salonowymi rozmówkami. Mogę obdarować wdzięk kobiety setką epitetów, tylko wtedy gdy nie są one na pokaz - prychnął, dziwnym trafem unikając spojrzenia w stronę kobiet. Przełknął ślinę. To była trudna dla niego przeprawa. - Docenię ten widok w ciszy, panie pozwolą... - dodał na drodze kompromisu, czując jak mocno bije mu serce.
William uśmiechnął się szeroko, nie zamierzając odpuszczać synowi drobnej złośliwości, skoro nadarzyła się już wyraźna okazja...
- Zarumieniłeś się - skomentował, krótko, dosadnie i niezwykle boleśnie, obdzierając Lynna z całej dumy i męskości, jaką jeszcze w sobie nosił. W rzeczywistości, nie kłamał, a słowa te pogłębiły dodatkowo kolor na twarzy zegarmistrza.
- Oooojcze... - westchnął, kładąc dłoń na twarzy, niby w geście oburzenia, jednocześnie pragnąc uchronić się przed obcymi spojrzeniami.
Odpowiedział mu szczerzy śmiech Williama, prędko tracącego zainteresowanie synem, który tak łatwo dał się sprowokować. Ujął w końcu swoją partnerkę pod rękę, prowadząc ją do salonu i przyciszonym już tonem tłumacząc:
- Przetrzymałem dziś służbę dłużej, reszta domowników biesiadowała o normalnej porze. My musimy nacieszyć się kolacją we czwórkę. Biorąc jednak pod uwagę niespodziewane okoliczności, to chyba i lepiej... - mruknął, najwyraźniej mówiąc o obecności swoich niecodziennych gości.
Przez ułamek sekundy zostali sami, lecz nie wypadało im stać na korytarzu. Doskonale wiedział, co powinien uczynić, lecz najmniejsze poruszenie kosztowało go sporo wysiłku. Znacznie wybiegł z wprawy. Gdyby chodziło o obcą kobietę, może byłby w stanie udawać. Tutaj jednak wrzucono w odmienny świat jego i znaną mu od dziecka Col.
Westchnął lekko, ostrożnie zbliżając się do dziewczyny. Wyciągnął ku niej dłoń, pochylając się lekko.
- Można? - spojrzał jej w oczy, nie potrafiąc się nadziwić zmianie, jaka w niej zaszła. Jeśli ujęła jego palce, poprowadził ją do jadalni, pomagając zająć odpowiednie miejsce. Nim to uczynili, mruknął jeszcze niedosłyszalnie:
- Jeśli będę, a na pewno będę, zbyt bezczelny podczas kolacji, masz święte prawo kopnąć mnie pod stołem - poinformował ją, usiłując nadać tej absurdalnej sytuacji odrobinę pozytywnych cech. Na chwilę zamilknął, po chwili odzywając się zmienionym tonem, nie spoglądając już na Colette:
- A poza tym... uważam, że szablonowy komplement: „wyglądasz pięknie”, byłby sporym niedopowiedzeniem wobec takiego widoku... - wypowiedział, zupełnie na około oddając jej to, czego żądał jego ojciec.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 159
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Czw Kwi 26, 2018 11:55 am

Jakim cudem zeszło im, aż tyle czasu? Prawdą jest, że przygotowania mogą zająć płci pięknej troszeczkę więcej czasu, niż powinny. Jednakże, nawet Col nie marnuje na tym tyle energii, a obserwując czynności przy Felicii zupełnie nie mogła się nadziwić. Sam widok powodował zmęczenie, aczkolwiek dodając do tego lekkie osłabienie z powodu rany i szycia... Niesamowite, jest tak wytrzymała! Należy pamiętać, iż każdy ma limit.
Wtenczas, gdy dziewczyna przestała być w centrum zainteresowania, zaś przerażające służące opuściły jej bok, miała chwilę dla siebie i skorzystała z niej natychmiast. Zauważyła w pobliżu lustro, więc nie omieszkała zbliżyć się do niego i przejrzeć w całości. Samo odbicie wywarło na wiedźmie duże wrażenie, lecz szybko przekształciło się ono w zaintrygowanie.
- Hmmm... Mamo, co ty tu robisz? Nie. Kim ty jesteś?
Mówiła cicho do siebie, przyglądając się swej twarzy oraz dotykając wskazującymi palcami policzków.
Musiała zostawić swoje rozmyślania na kiedy indziej, albowiem nadszedł w końcu moment na zejście do oczekujących.

~~~~

Absolutnie nie była w stanie zrozumieć, czym się tak stresowała i dlaczego czuje coś takiego pierwszy raz? To zwykła kolacja. Być może to przez zamożnych ludzi? Nie, jednak nie. Możliwe, że chodzi tu o coś więcej.
Ojciec Lynna... I tak już zrobiła nie najlepsze pierwsze wrażenie, które zostanie z nim na zawsze i będzie to wizytówką Col. Życie jest takie niesprawiedliwe.
Na słowa Williama obie kobiety się uśmiechnęły, jednakże to Felicia zabrała głos, ponieważ panna Lacroix skwitowała tylko cicho: "Dziękuję".
- Oh, jak zwykle twoja szarmancja jest niesamowita i zawsze działa tak samo dobrze. Dziękuję ci, najdroższy.
Rzekła puszczając mu przy tym oczko.
Colette znacznie zainteresowała się owym zjawiskiem, jakim było milczenie Lynna i unikania spojrzenia w ich stronę. Przyglądała się mu ukradkiem, ale przy tym jak dokładnie i w końcu dostrzegła coś, co przyśpieszyło bicie jej serca. Ten czerwony kolor, który pojawił się na twarzy mężczyzny... Najpiękniejszy widok w życiu dziewczyny został właśnie odnaleziony.
Czuła delikatny gorąc na swej twarzy, lecz mimo tego nadal wlepiała w niego swe oczęta. Stała twardo w miejscu, chociaż korciło ją, by przybliżyć się do ciemnowłosego. Kolejne dziwne uczucie, którego nie potrafiła nazwać.
- Nie ma problemu. Ojejku...
Odparła Felicia na wypowiedź syna partnera uśmiechając się szeroko, zaś kolejne ciche słowo zostało skierowane w stronę towarzyszki. Obserwowała przez chwilę jej postawę i wyraz twarzy, a gdy ich spojrzenia się spotkały, Col skrępowana odwróciła błyskawicznie głowę w bok. Starsza kobieta zasłoniła dłonią usta i dyskretnie się zaśmiała.
Wpatrywanie się w ścianę też nie było najgorsze. Została przyłapana na czymś takim! Chciała uciec, tak bardzo. Zapaść się pod ziemię. Zniknąć. Na całe szczęście, Felicia nie skomentowała tego na głos.
- Racja. Coś mi mówi, że ta kolacja będzie jedną z ciekawszych. Zwykły dzień zamienił się w coś zaprawdę nieoczekiwanego. Nie mogę się doczekać tego co będzie dalej.
Odpowiedziała delikatnie podekscytowana, nie puszczając ręki Williama ani na moment.
Doszło do tego, iż została na chwilę z nim sama. Po dogłębnym przeanalizowaniu ściany, była gotowa na każde wyzwanie. Czuła w sobie wewnętrzną moc, która przezwycięży wszystko i nie pozwoli na żadną słabość.
Wielka siła znikła w mig, gdyż patrzyła zaraz prosto w oko Lynna. Na powrót policzki zrobiły się rumiane, zaś ona... Nie była w stanie odwrócić wzroku. Ten kolor był tak piękny, aż nie mogła uwierzyć, że wcześniej nie zwróciła na to uwagi. To musi być jakiś rodzaj hipnozy!
- Oczywiście...
Z początku trochę się zawahała, ponieważ w jej głowie panował totalny chaos. Jednak podała swą dłoń i ruszyli do salonu.
- Szykuj się.
Stwierdziła z nieśmiałym uśmiechem.
Kolejne słowa wywołały większą czerwień na twarzy, która śmiało weszła i na uszy. Brak rozpuszczonych włosów był wielkim błędem, gdy dochodziło do takich sytuacji. Nawet nie miała jak się zakryć, więc podniosła odrobinę dłonie i opuściła delikatnie głowę w dół. W razie czego, mogła zgonić wszystko na poprawianie grzywki i niesfornych kosmyków, a tak naprawdę starała się schować. Zrobiła ostrożny wdech i wydech, czując jak jej ciało delikatnie drży.
- Ty również... Wyglądasz wspaniale jak zawsze, Lynn.
Rzekła cicho, aby zaraz zająć miejsce.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 410
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Czw Kwi 26, 2018 11:03 pm

W słowach Felicii kryła się prawda i Lynn musiał przyznać jej rację. Dzień ten bowiem skończył się zupełnie inaczej niżby tego oczekiwał. A właściwie... jeszcze się nie skończył, cały czas mieli przed sobą multum niewiadomych. Gdyby nie przystał na propozycję Colette, teraz zapewne kończyłby lakierować drewnianą poręcz schodów. Czego on się spodziewał po wyjściu z nią? Doprawdy, powinien już przywyknąć i być wdzięcznym, że nie skończyli u podnóży wulkanu czy na środku płonącego stosu. W jej towarzystwie wszystko było możliwe, tyle wiedział.
Wspólnie przekroczyli próg jadalni. Zegarmistrz z pełną premedytacją zachowywał się na zmianę jako wzór manier i... sądząc po jego przejawach bezczelności, jako ostatni dziad, nieobeznany z przyzwoitością. W zależności od tego, jak było mu wygodniej. Aktualnie okazywał swoją pozytywną stronę, wyuczonym gestem odsuwając Colette krzesło przy stole, samemu zasiadając dopiero wtedy, gdy kobiety zajęły swoje miejsca. Rozejrzał się po bogato zastawionym stole, lekkim ruchem dłoni poprawił srebrne sztućce, sięgnął po serwetkę... i na tym jego ciąg dobrego wychowania się zakończył. Uniósł pusty kieliszek na wino, dając tym samym znak służbie, że najwyższa pora go napełnić, nawet jeśli nie zaczął kolacji.
Wkrótce po tym spojrzał na Colette. Zabawna sytuacja. Zasada była prosta. Im bardziej ona potulniała, tym bardziej on nabierał pewności siebie. Nie potrafił wyjaśnić tego zjawiska, ale dostrzegając skrępowanie dziewczyny, miał najszczerszą ochotę wyszczerzyć zęby w uśmiechu. Zignorował natarczywy wzrok ojca, pijąc już świeżo nalane wino i uśmiechając się ukradkiem z twarzą wciąż skierowaną ku Colette.
Był ciekawy, jak dziewczyna sobie poradzi. Wiedział, że posiada pewne zdolności manualne, ale aby podołać zastawie sztućców, odpowiedniej rozmowie i zachowaniu, potrzebna była również nabyta wiedza. Właściwie, nie mrugnąłby nawet okiem, widząc, że dziewczę zaczyna jeść zupę rękoma. Chociaż... takiego widoku na pewno prędko by nie zapomniał.
Siedział po przeciwnej stronie stołu od Colette, podczas gdy William zajmował honorowe miejsce na samym jego krańcu. Po jego prawej stronie, obok Colette zasiadała Felicia. Początki były dość niezręczne, zwłaszcza, że nikt nie kwapił się do rozpoczęcia dialogu. Dopiero gdy Lynn dość prędko opróżnił pierwszy kieliszek wina, wciąż nie tykając nałożonej mu porcji kolacji, William postanowił się odezwać.
- Hola, wstrzymaj swoje konie, długi wieczór przed tobą - upomniał go delikatnie, nie zaprzątając sobie jednak za bardzo głowy. Zupełnie innym tonem zaś obdarzył Colette po swojej prawej stronie. - Ufam, że z ranami panienki jest już lepiej - skinął łagodnie głową, przerywając na moment rozpoczęty posiłek. Informację na temat zdrowia dziewczyny zostały mu natychmiast przekazane, ale grzeczność nakazywała Willowi wykazać zainteresowanie. - Nalegam, aby spędziła panienka noc pod okiem służby. Nie ma powodu, aby trudzić się powrotem o tej porze... - uśmiechnął się, oferując jej w ten sposób gościnę.
Oczywiście, Lynn musiał się wtrącić, czując kolejny przymus ze strony swojego ojca.
- Colette pracuje. Musi się zająć...
Przerwano mu, nim zdążył wymyślić odpowiednią wymówkę;
- Nie dostrzegam problemu. Chociażby przed świtem przygotuje się powóz dla pracującej młodej damy. Jeśli mógłbym coś jednak zasugerować, proponowałbym unikania obowiązków przez pewien czas... - gładko wybrnął, aż Lynn zmrużył oczy, zastanawiając się, jaką William odniesie z tego korzyść. - Przynajmniej tuzin pokojów gościnnych świeci pustkami. Gościna panienki byłaby miłą odmianą. - zapewnił ją, lecz po chwili przeniósł spojrzenie na Felicię, uśmiechając się znacząco. - Choć pokoje te już wkrótce mogą zacząć się zapełniać napływającym zewsząd gośćmi...
Lynn uniósł głowę za swojego talerza, obdarzając go pytającym, nawet wzbudzającym cień zainteresowania spojrzeniem. William doskonale je odczytał.
- Och, gdybyś raczył czasem otwierać skrzynkę z listami, wiedziałbyś, co mam na myśli. Gdzieś pośród kopert, którymi zapewne rozpalasz w kominku znajduje się zaproszenie. Na nasz ślub - wyjaśnił krótko, ujmując wolną dłoń Felicii w krótkim uścisku. Uśmiechnął się do niej czarująco, aż Lynnowi zebrało się na wymioty.
Odstawił nieruszoną, gęstą zupę z grzankami na bok, dając znak czuwającej nieopodal służbie, że pora ponownie napełnić jego kieliszek. Nie zniósłby tego wszystkiego na trzeźwo.
- Pozostało mi powinszować - odpowiedział dość cierpko. Wciąż nie wiedział, gdzie popełnił błąd, że znalazł się w tym miejscu. Nie dodał nic więcej, nie zamierzał potwierdzać swojej obecności, co łagodnie nie usatysfakcjonowało Williama.
Póki co odpuścił, kiwając głową i wracając do Colette:
- Z czystej ciekawości... Czym się panienka zajmuje, skoro temat został już poruszony?
Oho. Czyli się zaczyna. Wielkie przesłuchiwanie. Lynn podejrzewał, że cała odgrywana scenka ma swój powód i wszystkie kwestie wypowiadane przez Williama dążą do zrealizowania go. Co najgorsze, jego szanse na szybki powrót do domu oddalały się z każdą chwilą, nie zamierzał przecież zostawiać dziewczyny samej na pastwę ciekawskiego ojca i jego narzeczonej.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 159
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pią Kwi 27, 2018 12:24 pm

Wszystko już pojęła. To nie żaden zachwyt Lynnem, a zwykła podwyższona temperatura, zapewne od rany. Słabo widoczne rumieńce trwały na jej twarzy, pomimo wcześniejszych zdarzeń i aktualnej sytuacji. Mogła poprosić o jakiekolwiek leki, jednakże uparła się, że da radę i teraz pozostaje jej zostać w takim stanie do końca kolacji. Wytrzyma, co to dla niej.
Patrzyła w dół na zastawę, przypominając sobie podobne wydarzenie sprzed kilku lat. Wtedy też czuła się tak głupio? Na pewno nie była uszkodzona w żaden sposób, a rozmowa przy stole była o wiele bardziej żywa i dynamiczna. Towarzystwo, które było również z wyższych sfer zrobiło się naprawdę zabawne. Atmosfera była ciepła i domowa, aczkolwiek tu... Jest zimno.
- Owszem, służba dobrze się mną zajęła w odróżnieniu od niektórych.
Nie musiała nawet mówić o kogo chodzi, ale zaraz odkaszlnęła niegłośno zakrywając na moment usta. Patrzyła na Williama przez dłuższą chwilę.
- Huh? Skoro panu coś takiego nie przeszkadza, to co mogę rzec... Jestem wdzięczna po raz kolejny.
Dodała przed wtrąceniem się Lynna.
Zaczynał działać dziewczynie na nerwy. Zachowywał się, jakby miał prawo decydować za nią, a co najlepsze nie był kimś, kto posiadałby chociaż namiastkę takiego upoważnienia.
Olśniło ją. On tego nie robił dla niej w żadnym wypadku, po prostu chciał podwinąć ogon i uciec z tego miejsca. Wszelakie słowa o Col, to tylko wymówka. Tak samo miał głęboko w poważaniu jej zdrowie i samopoczucie. Cholerny egoista. Jeśli sięgnie pamięcią, gdy tylko znów się spotkali zachowywał się w taki sposób. Co z uratowaniem przed upadkiem? Wychodzi na to, że nie bał się o zdrowie wiedźmy, tylko o konsekwencje... Zawsze tylko o to chodziło.
Felicia odwzajemniła spojrzenie ukochanego, nie mogąc ukryć tego uśmiechu, który ukazywał wielką radość.
Złość wrzała w Colette. Już dawno nie czuła takiego zdenerwowania na kogoś. Kolejne słowa ciemnowłosego sprawiły zaciśnięcie dłoni w pięści. Nie hamowała się przed zadaniem silnego kopnięcia w piszczel mężczyzny. Zrobiła to zranioną nogą, więc poczuła porażający ból. Będzie musiała zmienić potem opatrunek, bo zapewne ten się nieźle ubrudzi.
- Gratuluję państwu. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po waszej myśli i życzę szczęścia. Wielkiego szczęścia. Czym się zajmuję? Cóż, pomagam w sklepie u mojej przyjaciółki. Wytwarza ziołowe maści, balsamy... Często radzi sobie beze mnie.
Rzekła spoglądając na rozmówcę i delikatnie się uśmiechając.
Chciała coś zjeść, lecz z drugiej strony czuła się pełna. Wybierając odpowiednią łyżkę, oraz przełamując się, skosztowała dania. Było dobre. Zaprzestała wkrótce spożywania zupy, ponieważ naszło ją ważne pytanie do ojca Lynna.
- Panie Cavendish... Czy wie pan coś o posiadłości Lacroix? Doszły mnie słuchy, iż znajduje się gdzieś na terenie Wishtown. Co prawda, stoi pusta od jakiegoś czasu, ale nikt nie był w stanie udzielić mi konkretnych informacji. Mało też wiem o samej rodzinie.
Mówiła z nutką nadziei w głosie.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 410
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pią Kwi 27, 2018 6:49 pm

Zanurzył usta w kieliszku, średnio zainteresowany, przysłuchując się temu, co dzieje się wokół. Odjął szkło od twarzy dopiero po słowach Colette, spoglądając na nią ze szczerym niedowierzaniem. Uwaga musiała być skierowana w jego kierunku, innego winowajcy przy stole nie widział. Nie skomentował, ale poczuł się urażony, co obwieścił jedynie łagodnym zmrużeniem oczu i zaciśnięciem warg.
Nie czuł się na siłach do udzielania pomocy, bo gdyby przyjrzał się jej ranie, zapewne to ona musiałaby udzielać pomocy mu. Jedyne, co mógł zrobić, to zabrać ją w inne miejsce... Teraz pozostało być mu wściekłym o to, że znaleźli się tutaj.
Planował ignorować ich dialog aż do czasu końca kolacji. Na zupełnie pusty talerz nałożył sobie kawałek zielonego warzywa zapiekanego w cieście, zamierzając je dźgać widelcem resztę wieczoru. W międzyczasie uniósł ponownie pusty kieliszek.
Dobrze odnajdował się w towarzystwie służby. W żadnym stopniu nie krępowały go skupione na nim spojrzenia. Choć nie miał kontaktu z tego rodzaju pomocą przez lata, szybko spostrzegł się, że z rozkazywaniem i pozwalaniem sobie usługiwać jest jak z jazdą na rowerze. Po przywyknięciu, ciężko było się tego oduczyć. Czasami jego czyny pozostawały tak zuchwałe i swobodne, że po jego zachowaniu wyższości wobec służby, nie sposób było stwierdzić, że kiedykolwiek potraktował przedstawicielkę tej społeczności jako równą sobie. Gdy czekał z wyciągniętym ku górze szkłem, traktując stojącego za nim lokaja jak powietrze, z pewnością nikt nie mógł o tym sądzić.
Zapewne byłyby wytrwały w swoim postanowieniu naburmuszania się, gdyby nie kopniak Colette, którego za nic się nie spodziewał w danym momencie. Choć sam jej na to przyzwolił. łagodnie podskoczył w miejscu, marszcząc brwi z niemym pytaniem „o co ci chodzi?”.
- Wszystko w porządku, Lynn? - zapytał się William, domyślając się, co przed chwilą zaszło. Właściwie sam nie zawahałby się użyć tej samej broni. Doprawdy, do wszystkiego brakowało, aby pani Felicia również dołączyła do grona ludzi kopiących Lynna w piszczel. - Nie zmuszam cię, abyś tu był - powiedział, a zegarmistrz aż powstrzymał prychnięcie, hamując się przy twardym spojrzeniu. Lepiej przecież by tego nie nazwał. Czyż nie był zmuszony do przebywania w tym miejscu? - Jeśli nie czujesz się na siłach, wiedz, że twoja dawna sypialnia wciąż znajduje się tam, gdzie wcześniej, bez zmian - poinformował go spokojnym, niby wyrozumiałym tonem.
Wtedy też Lynn pozbył się wszelakich wątpliwości, że chodzi tu o jego osobę. Był potrzebny tu wyłącznie po to, by sprowadzić Colette. Swoje zadanie już spełnił, więc mógł odpuścić... Oho, niedoczekanie. Nie zamierzał spocząć, do kiedy nie pozna, co jest tu grane.
Z pełną oszczędnością w gestach i słowach, również podziękował za gościnę. zapewniając, że uda się na spoczynek po skończonej kolacji. Sądząc po jego torturach na brokule, to mogło nastać i za rok. Na tym ich krótki dialog się zakończył.
Najwyraźniej i Williama zadowolił taki układ. Przyzwoici ludzie rozmawiają, podludzie dźgają widelcem warzywa. Skinął głową przyjmując gratulacje, wkrótce wracając wzrokiem do młodszej z kobiet.
- To odpowiedzialne zadanie. Jednak jestem zdania, że aby udzielać pomocy, dobrze jest jej najpierw nie potrzebować - odparł z uznaniem, udawanym bądź prawdziwym.
Po pytaniu Colette na chwilę zapadła cisza, jednak spowodowana była ona wyłącznie zamyśleniem odbiorcy. Układał on odpowiedź w głowie, jakby od tego, co powie zależało wiele.
- Tak. Tak się składa, że znam jej losy. Za swoich czasów, prowadziłem interesy z Inkwizycją. Zawsze dobrze na tym wychodziłem i wbrew wszystkiemu, co wydarzyło się później, dobrze wspominam współpracę z twoim ojcem... Jak myślałem - ostatnim z rodu Lacroix, a przynajmniej na tych ziemiach - zaczął, powoli rozwijając temat. Nie spieszył się, przerywał co jakiś czas na chwilę namysłu. - Nie mam jednak dobrych wieści. Posiadłość ta jest obecnie w nie najlepszym stanie. Ostatni z rodziny, pozostawił ją ładnych parę lat temu i od tego czasu stała pusta. Nie jestem pewny, czy jej wystrój nie stał się już częścią aukcji. Jedyne co słyszałem to to, że wkrótce może zostać on sprzedany z braku obecności należytego dziedzica - obdarzył ją czujnym spojrzeniem.
Puzzle powoli układały się w całość. Dostrzegał pewien plan, jednak nie potrafił umieścić go w odpowiednich realiach. Pojawiła się kwestia posiadłości, a co za tym idzie pewnego majątku. Nie dziwił się więc, że William raczy gościną osobę, z którą być może jeszcze dobije targu.
- Byłoby szkoda takiego majątku, szczerze przyznam - zacmokał wkrótce, okazując współczucie. Lynn zacisnął mocniej palce na widelcu. Nie wierzył w jego bezinteresowność w żadnym stopniu. Ot, człowiek interesu, okazuje dobroć, tam gdzie widzi korzyści. - Zwłaszcza, że... Jest panienka ostatnią z tej linii? - dopytał łagodnie. Wciąż noszone nazwisko sugerowało brak zamążpójścia ani dziedzica.
Po wybadaniu najważniejszych informacji, starszy z mężczyzn wziął głęboki oddech, przedstawiając dziewczynie propozycję:
- Mam księgowego za dobrego znajomego. Uczciwy, zaradny człowiek. I ja znam się na temacie. Jeśli wykaże panienka chęci, mógłbym towarzyszyć w prowadzonych negocjacjach... Zupełnie bezinteresownie - dodał z uśmiechem, w co Lynn oczywiście nie uwierzył. - Proszę tylko pamiętać o jednym - upomniał ją jeszcze prędko, nim zdążyło dojść do jakichkolwiek uzgodnień.
- Zachowanie milczenia jest czasami najlepszą z dróg - powiedział oficjalnie, nie wracając już do konkretów, gdyż te nie były zbyt przyjemne. - Jeśli zaś... posuwamy się do kłamstwa, powinniśmy trwać w nim konsekwentnie. Nie bierz przykładu z mojego syna, panienko... - powiedział William, na co Lynn ożywił się chwilowo, jeszcze nie wiedząc, czego może się spodziewać.
Mężczyźni załapali kontakt wzrokowy. Will pospieszył z wyjaśnieniem:
- Och, nawet jeśli nie mieliśmy kontaktu, nie oznacza to, że straciłem tobą zainteresowanie - wypowiedział, właściwie zgodnie z prawdą. - Plotki o tobie cały czas do mnie docierały. Słyszałem przynajmniej cztery wersje historii twojego wypadku - wskazał dłonią na prawą część twarzy Lynna, mówiąc najwyraźniej o tym, co kryło się pod jego bandażem. - Każda inna, każda podobno z twoich ust... Jedna zawierała nawet atak imigrantów ze Szkocji - westchnął ciężko, kręcąc głową z politowaniem.
Zegarmistrz nie mógł powstrzymać uśmiechu. Szczera prawda. Na zadawane mu pytania odpowiadał różnie, w zależności od weny i chęci. Za nic miał ludzi wściubiających nos w nieswoje sprawy, a więc odwdzięczał im się w ten sposób, nigdy nie zahaczając nawet o prawdę. Ba, można było powiedzieć, że czuł się z tego powodu dumny.
- W ten sposób dostarczam gawiedzi uciechy, ojcze - uśmiechnął się czarująco, niczym nastoletni chłopiec. William był jednak odporny na jego urok pojawiających się w policzkach dołeczków, groźnym tonem odpowiadając:
- Możesz pokazywać, jak bardzo plujesz na zasady, jednak ostrzegam cię... pewnego dnia podwinie ci się noga.
To nie zmyło uśmiechu z twarzy Lynna, który czuł się już delikatnie pijany. W takim stanie mógł obcować z człowiekiem, którego nie trawił, czemu nie.
- Zapamiętam twoje rady, ojcze. Może nawet zastosuję się do nich, nie wplatając we własne historie wątków fantastycznych - zaśmiał się delikatnie, w końcu unosząc kieliszek w geście toastu. - Póki co, wasze zdrowie! - powiedział, czekając na dalszy rozwój tego przedstawienia.
Starszy z mężczyzn westchnął tylko, czując, że to przegrana sprawa. Nie było to istotne, bo wniosek z tej nauki miał płynąć ku Colette.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 159
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pią Kwi 27, 2018 9:50 pm

Nareszcie miała okazję dowiedzieć się znacznie więcej o tak istotnych sprawach odnośnie domu. Dotąd błądziła między plotkami wśród bardziej i mniej znanych ludzi, a te z kolei czasem bywały nieprawdopodobne, oraz nierealne.
Wyglądało na to, że William dość dobrze znał Lucasa. Prowadził z nim interesy, więc był godzien zaufania, pomimo późniejszych wydarzeń i skończenia w więzieniu. Jeśli ubijał interesy z kimś takim jak ojciec Lynna, to oznacza, iż miał interesujące znajomości i dość duże pole manewru. Ostatni raz widziała go w wieku sześciu lat, a mimo to nawet teraz jej zaimponował.
Robiła się coraz bardziej ciekawa informacji dotyczących rodziny. Kolejne słowa o aukcji od razu poruszyły Col i pomimo temperatury spoważniała natychmiast. Wyczuwała szansę na odzyskanie posiadłości, zaś to mogłoby odmienić wszystko. Nie mogła zostawić takiej okazji i przejść obojętnie, zapewne ojciec nie byłby zadowolony.
- Na to wygląda. Ostatnia.
Odparła zgodnie, nie spuszczając oka ze starszego mężczyzny.
Jakimś cudem poczuła się, niczym wymierający gatunek, który musi zostać odnowiony za wszelką cenę. Głupie uczucie. Krewni gdzieś sobie żyli, nie przejmując się takim miejscem jak Wishtown. Czyżby kompletnie wypieli się na ojca? Co do tego doprowadziło? Czy udałoby się czarownicy odnowić te relacje? Najważniejsze pytanie, czy chciałaby je odnowić? Skoro od tak zostawili całą rezydencję i wcale się nie przejęli losem pozostałych mieszkańców, kontakt nie byłby dobrym pomysłem.
- Naprawdę...? Mógłby pan to dla mnie zrobić?
Dopiero teraz była w niemałym szoku.
Propozycja ta wydawała się niemożliwa, ponieważ nigdy nic nie idzie tak prosto w życiu. Gdzieś musiał być haczyk. Chciał to zrobić dla niej? I to w dodatku, bezinteresownie? Pod tym kryje się coś więcej, to pewne, jednak ciężko było się nie zgodzić. Prawdopodobnie, taka sposobność może nie mieć miejsca nigdy więcej i w ten sposób straciłaby ten budynek.
Nadarzyła się okoliczność, aby dowiedzieć się trochę o Lynnie. Zaplątał się sam w swoje kłamstwa? Już wszystkiego się po nim spodziewała, więc nie wywarło to na niej większego wrażenia.
- Lynn, wiesz co? Widzę, że się dobrze bawisz, a to najważniejsze. Nie żałuj sobie. Proszę, odstąpię ci swój kieliszek. Możesz pić za dwóch w ten sposób. Niesamowite, prawda? Do dna!
Stwierdziła chłodno, pomimo uśmiechu na ustach, aby zaraz przesunąć naczynie w stronę mężczyzny.
Miał szczęście. Colette nie tknęła nalanego wina, albowiem zwyczajnie go nie lubiła. Nie trafiało nigdy w jej gusta, choć czasem musiała z grzeczności się napić. Gdy wszyscy wokół stawali się pijani, brązowowłosa starała się udawać owy stan upojenia.
Poprosiła służbę o zwykłą wodę, przepraszając cicho za kłopot.
- Proszę o wybaczenie, ale... Czemu jest pan tak skory do pomocy? Widzi mnie pan pierwszy raz i oferuje wielkie wsparcie, zapewne nigdy nie odwdzięczę się w całości.
Rzekła z nieukrywanym zaintrygowaniem.
Na początku stawiała na znajomość z Lucasem, aczkolwiek z tego powodu William nie posuwałby się tak daleko. Dostrzegł w niej jakiś interes? Zanim by cokolwiek rozkręciła, minęłoby trochę czasu i przed nią sporo nauki. Idąc tym tropem, musiałaby znać większą część tego co wiedział ojciec.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 410
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Sob Kwi 28, 2018 4:09 pm

- Naturalnie - skinął jedynie głową. Nawet Lynn, niegdyś obcujący z ojcem długie lata, nie mógł doszukać się w wypowiedzi mężczyzny fałszu.
Wystarczyło jedno słowo, by mógł pojąć sarkastyczną formę wypowiedzi. Z ust Colette wciąż było to dla niego nowością, jednak niczego nie dał po sobie poznać, odwdzięczając się czarującym uśmiechem i kontynuując tę farsę dalej.
- Ty jedna na tym świecie mnie rozumiesz. - Uśmiechał się, lecz w jego oczach błyszczała złość. Wbrew temu, już wyciągał dłoń, aby odebrać ofiarowany mu podarek. W ich dialog w porę wtrącił się ojciec Lynna, nachylając się nad stołem i porywając szkło wypełnione winem. Odezwał się cicho:
- Ze wszystkich plotek, jakie usłyszałem o swoim synu, żadna nie donosiła jednak o jego problemach z alkoholem. - William najwyraźniej nie mógł dłużej znosić zachowania Lynna, choć ten był dorosłym mężczyzną, odpowiadającym wyłącznie za siebie. - Starczy ci na dziś - oznajmił zdecydowanym tonem, z głośnym stuknięciem odstawiając kieliszek poza zasięgiem dłoni Lynna.
- Piję tylko w zacnym towarzystwie. Umrę, jeśli mi nie uwierzysz - wypowiedział z udawanym zaangażowaniem, lecz nie walczył o wino dłużej, cofając dłoń i łagodnie opadając na krzesło. Z niestrudzoną pasją wrócił do torturowania brokułu, podczas gdy rozmowa na poważniejsze tematy trwała.
- Właściwie... Mam ku temu wiele powodów - oznajmił z początku wymijająco. Chyba nikt przy stole nie sądził jednak, że William na tym poprzestanie. - Pomijam wgląd na stare czasy, gdyż zakończył się on wyłącznie moim zawodem - wyjaśnił. Znajomość Williama i Lucasa musiała zakończyć się, gdy ten drugi dopuścił się niewybaczalnego czynu. - Nie zyskałbym nic, gdyby majątek został rozebrany na części. Może z sentymentu, a może z chęci zyskania silnego sojusznika, wolę by trafił on do prawowitej właścicielki - zakończył zręcznie.
- Nie oczekuję decyzji dziś. Wiem, że nadmiar nowych informacji nie sprzyja dokonywaniu wyborów. Gdy będzie panienka gotowa, zaoferuję swoją pomocną dłoń - skinął lekko, aż Lynn zmrużył oczy. - A poza tym... Chyba lubię szczęśliwe zakończenia - dodał już w pogodniejszym tonie.
Zegarmistrz prychnął cicho, odstawiając obie dłonie na blat stołu. Nie podobało mu się to błądzenie wokół tematu. Był pewien, że Colette nabiera się na jego miłe słówka. To nie miało prawa skończyć się dobrze...
Nie podobało mu się ten dialog. I choć mógł udawać głupiego cały wieczór, rosnąca w nim złość wzięła górę. Zrezygnował z fałszywego uśmiechu i ciężkim tonem przemówił, wprost do Colette:
- Chyba w to nie wierzysz?
William wciągnął ze świstem powietrze. Dobrze, mogą zrezygnować z sarkazmu. Był gotowy do walki.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 159
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Sob Kwi 28, 2018 6:57 pm

- Najwidoczniej, aż nadto.
Dodała szybko z niechęcią w spojrzeniu.
Nie chciała go postrzegać w taki sposób i ciężko jej to przychodziło, aczkolwiek sam do tego dążył. Nic dziwnego, iż w końcu udało mu się osiągnąć cel. Wygłupy wygłupami, lecz w tym momencie to właśnie Lynn był dzieckiem, choć bardziej przypominał zbuntowanego, nastoletniego chłopca. Intrygujące, role mogą się zamienić tak szybko.
Przysłuchiwała się odpowiedzi Williama, a w międzyczasie popijała wodę z kieliszka. Silnego sojusznika? Jak bogata była rodzina Lacroix? Nie przypuszczała, że może mieć wysoką pozycję, aczkolwiek ród Cavendish nie nawiązałby współpracy z byle kim. Miała tak wiele pytań, zaś nie wypadało ich wszystkich zadawać na kolacji.
- Jutro rano dam odpowiedź.
Odparła uśmiechając się przyjaźnie.
Nie potrzebowała dużo czasu, a przespanie się z taką decyzją jest najlepszą opcją. Sprawa dotyczyła tylko i wyłącznie Colette, więc to od niej wszystko zależy. Spokojne życie u boku Rem mogło dobiec końca, lecz absolutnie nie zapomniałby o przyjaciółce.
- W co dokładnie nie wierzę? Przedstaw mi swoje argumenty, Lynn. Nie hamuj się, chociaż możesz potrzebować więcej alkoholu. Da się załatwić, czyż nie? Przez większość czasu wolałeś bawić się jedzeniem na talerzu i nieustannie wlewać w siebie wino, a teraz postanowiłeś się odezwać w tej sprawie.
Rzekła twardo, obdarzając go nieustępliwym i pełnym wyrzutu wzrokiem.
Chciał rozmawiać na poważnie, to właśnie to dostanie. Samo zainteresowanie osobą Col było zerowe, albowiem jego myśli najwyraźniej krążyły tylko wokół wydostania się stąd i niemożliwym było skupienie się na czymkolwiek innym. Nie miała mu za złe tego, że zupełnie nie obchodziły go informacje dotyczące jej rodziny. W końcu, nie miał powodu tego słuchać i było to zrozumiałe dla wiedźmy. Miarka przebrała się wtedy, gdy wtrącił swoje trzy grosze po ich rozmowie w celu wywołania dziwnego zamieszania.
Felicia po skończonym posiłku, przystawiała co jakiś czas kieliszek do ust i raczyła się winem. W kompletnej ciszy słuchała o czym rozmawia towarzystwo, oraz przeskakiwała spojrzeniem po zebranych tu ludziach. Sytuacja uległa lekkiej zmianie, gdyż wkrótce wyczuła delikatne napięcie ze strony partnera. Wtem bez żadnego słowa, położyła swą dłoń na ręce Williama i odrobinę zacisnęła palce. Był to ciepły gest, który miał zadziałać uspokajająco.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 410
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pon Kwi 30, 2018 9:01 pm

Przez twarz Williama przemknął się ledwie zauważalny cień zaskoczenia, gdy Colette zdecydowała się podjąć decyzję tak prędko. Zobowiązujące słowa. Nie dodał jednak nic więcej, uśmiechając się łagodnie i kiwając głową w geście zrozumienia. Sprawa miała się coraz gorzej, a Lynn tracił grunt pod nogami, nie wiedząc jak z tym walczyć.
Wtedy Colette zwróciła się do młodszego z mężczyzn. I nagle nabrał przekonania, że nie odpuści. Złość rosła z każdym jej słowem i wyrzutem. Tym bardziej był zły, im bardziej ona nie rozumiała, mimo że nigdy nie miał sposobności do wyjaśnień. Przy stole zapowiadało się rozpętanie najprawdziwszej burzy.
Już brał oddech, aby wygarnąć wszystko, co ciążyło mu na duszy, od początku ich spotkania. Miał najszczerszą ochotę i zamiar przedstawić Williama w realnym świetle, wyrzucić na wierzch wszelakiej jego brudy z przeszłości, wyjawić, jakim człowiekiem jest naprawdę. Niewysłowiona wściekłość wrzała w nim od samego spojrzenia na tego mężczyznę - przypominał sobie wtedy momenty z przeszłości i powody, dla których ich rozłąka trwała tyle czasu. Miał zamiar odprawić monolog, jakiego w tym pomieszczeniu jeszcze nikt nie słyszał.
Tylko przelotem zerknął na Felicię. I w absurdalny, niezrozumiały mu sposób, właśnie to sprawiło, że się zawahał. W życiu Williama pojawiła się kobieta, z którą miał wkrótce brać ślub. Nawet jeśli nie było między nimi miłości, a zwyczajna chęć wymiany zysków materialnych lub nie. Wciąż, w oczach kobiety musiał być człowiekiem, z którym wytrzyma resztę życia. Czy to oznaczało zmiany, jakie zaszły w nim w ciągu upływu tych kilku lat, w których nie mieli kontaktu? Zwątpił. Kim był, aby oceniać tego człowieka? Mógł się pomylić. A Colette z jego egoistycznej zachcianki mogłaby stracić naprawdę wiele.
Wrócił do niej spojrzeniem, lecz nie było ono takie samo. Teraz kryła się w nim skrucha. Cicho przemówił:
- Przepraszam - słowo to, choć szczere, nie wyjaśniało zbyt wiele. Miał ochotę zwalić wszystko na alkohol, lecz pomimo wlewania w siebie wina, nie był jeszcze pijany. — Durna prowokacja. Albo kwestia przyzwyczajenia. Proszę o wybaczenie - dodał, lecz wypowiedź z trudem przechodziła mu przez gardło.
Ostrożnie i bardzo powoli wstał od stołu. Już w pozycji stojącej wziął do ust nadzianego na widelec brokuła, zjadając go w całości. Kulturalnie wytarł usta serwetką, początkowo ignorując zdziwiony wzrok ojca na sobie. Nie wiedział, co zaskoczyło go bardziej - przeprosiny syna, czy jego nagłe wstanie od stołu. Czyżby to był żart, a właściwa wojna dopiero nadejdzie?
Nie zapowiadało się na to. Lynn pospieszył z wyjaśnieniami:
- Nie będę wam przeszkadzać. Rano stąd zniknę - oznajmił, wyprostowany, kierując się już do wyjścia po zasunięciu krzesła. Nie spojrzał już na Col. - Alcester pragnął jeszcze dziś zrobić mi wykład na temat mojego zachowania, nie mógłbym sobie odpuścić - uśmiechnął się blado, nie chcąc żegnać się z nimi w tej grobowej atmosferze.
Na pożegnanie ukłonił się lekko, żegnając się i... uciekając z pola walki. Nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć, ale wychodząc, zostawił za sobą jeszcze większy bałagan. Will w pierwszej kolejności skomentował tę scenę wymowną ciszą, dopiero po chwili siląc się na komentarz:
- Cóż, nie tego oczekiwałem...

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 159
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pon Kwi 30, 2018 10:40 pm

Pewna swojej racji, była gotowa na rozpoczęcie "krwawej" potyczki, nie zamierzając ulec większemu wybuchu gniewu Lynna. Była utwierdzona w przekonaniu, iż nie przegra w owej wymianie zdań i odniesie miażdżące zwycięstwo o którym będzie przez jakiś czas głośno.
Całe wewnętrzne przygotowanie poszło na marne, ponieważ z jakiegoś niewyjaśnionego powodu mężczyzna zrezygnował i przeprosił. Nie była pewna co do jego zachowania, a przez to dalej czekała na jakiś atak z którejkolwiek strony. Pozostawała przez to czujna, lecz po tym jednym słowie opuściła trochę głowę w dół i nie patrzyła na nic innego, niż materiał sukni.
Przez jej myśl przeszło, że może za bardzo się uniosła i niepotrzebnie tak mocno naskakiwała na niego przez ostatni czas. Nie uważała, iż postąpiła źle, chociaż nie było to też dobre. Poniekąd, sam się o to prosił, zaś Col spełniła tylko nieme prośby. Cudownie, zaczęła czuć się gorzej nie tylko przez temperaturę. Odpuściła sobie spojrzenia na kogokolwiek znajdującego się w pomieszczeniu, a najlepiej w całej tej rezydencji.
Kolacja skończyła się niedługo po wyjściu Lynna, a jedynymi aktywnymi rozmówcami przez tamten czas była zacna para. Colette odpowiadała zdawkowo, czasem wymuszając uśmiech i zapewniając o tym, że wszystko w porządku. Niepojęta była radość wiedźmy, gdy została zaprowadzona do przydzielonej sypialni i mogła w końcu odetchnąć. Musiała przez chwilę jeszcze walczyć ze służbą, która była w niektórych momentach, aż za miła.
Nie marnowała czasu, gdy została sama i rzuciła się na łóżko. Miękkość była zadziwiająca! Gdyby nie przypomniała sobie o ubraniu, dawno by już usnęła i najpewniej obudziła się dopiero rano. Podniosła się ociężale, by zaraz starać się uwolnić z sideł sukienki. Nie było to łatwe, więc po jakimś czasie zaczęła śmiać się ze swojej nieporadności. Przypomnienie sobie o tym, że znów nie poprosiła o żaden lek, spowodowało tylko dłuższy śmiech i odrobinę głośniejszy. Jest żałosna.
Siłowanie się ze strojem trochę zajęło, a ostatecznie została w samej bieliźnie. Wszędzie te gorsety, ale przynajmniej pozbyła się jednego w walce sprzed chwili. Drugi z nich ujdzie, co dziwniejsze... Był nawet wygodny. Bardzo chwiejnym krokiem odłożyła zdjęty ubiór na krzesło.
Wielce zadowolona znów wylądowała na łożu. Raz było jej zimno, raz gorąco. Szybko pojęła, że to ostatnie chwile na tym świecie. Słyszała dudnienie swego serca, gorąc na policzkach dawał się we znaki i szczerze, to wszystko nie było w stanie zatrzymać chęci do snu. Werdykt został wydany, Col zginie tej nocy.
Nie zdążyła się niczym okryć i jedną nogą była już w krainie Morfeusza, a tu rozległo się pukanie do drzwi. Westchnęła głośno z cichym, oraz rozpaczliwym jękiem ukrytym gdzieś za tym, po czym wstała niechętnie na nogi i ruszyła w stronę głośnego dźwięku. Otworzyła wrota z zamkniętymi oczętami, masując wolną dłonią skroń.
- Tak...?
Rzekła cicho, starając się ogarnąć w zupełności zaistniałą sytuację.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 410
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Czw Maj 03, 2018 5:52 pm

Wyjątkowo nie kłamał, gdy mówił o spotkaniu z Alcesterem. Obiecał mu rozmowę, więc słowa dotrzymał, lecz gdy przyszło co do czego, żałował, że nie zdążył się upić przy stole, gdyż „rozmowa” w rzeczywistości ograniczyła się do zwymyślania całej osoby Lynna od góry do dołu. Przysłuchiwał mu się z pokorą, świadom, że zasłużył na to wszystko po stokroć. Na wkrótce przed północą błąkał się jeszcze chwilę po korytarzach, wspominając, a jeśli napotkał jeszcze żywą duszę, chociażby w postaci służby - zagadywał, choć po rozmowie z Alcesterem jego nastrój był łagodnie powiedziawszy podły.
Wrócił do swojej sypialni; pomieszczenia, które znał w każdym calu, zgodnie ze słowami Williama niezmienione od lat. Czuł się tu jednak obco, jakby nie na swoim miejscu. Nie tutaj powinien spędzać dzisiejszą noc. Z tą myślą, nie rozkładał się na łóżku. Zdjął marynarkę, podwinął rękawy i po przemyciu twarzy wodą, wziął jedną ze świec na podstawce i wyruszył załatwić ostatnią ze spraw, które obiecał sobie zrealizować jeszcze tej nocy.
Problem polegał na tym, że nie wiedział, jak zacząć.
Doskonale znał plan rezydencji, mógłby się poruszać po tych zawiłych korytarzach jak przez sen, a dodatkowo orientował się w przejściach dla służby, z których właśnie korzystał, woląc, aby nikt go teraz nie przyłapał. Pokoje gościnne znajdowały się w innym skrzydle, tylko... Było ich całkiem sporo, a w jednym z nich zapewne musiała spać również Felicia. Wejście do jej sypialni byłoby co najmniej niezręczne.
Pobłądził chwilę, pukając do pojedynczych pokojów, a po otwarciu ich drzwi, zastając jedynie mrok i pustkę. Wyjątkowo poszczęściło mu się, gdyż przy pukaniu do kolejnego z pomieszczeń, dosłyszał reakcję, zwiastującą, że ktoś jest w środku. Serce zabiło mu mocniej, niepewien, jak powinien zareagować. Mógł chociaż wziąć butelkę wina dla niepoznaki i udawać, że jest nawalony jak szpadel, gdyby omyłkowo naszedł Felicję.
Otworzyła mu jednak sama Colette, więc nie musiał już niczego udawać. Zerknął na nią przelotnie, po czym natychmiast odwrócił wzrok ku górze, gdzieś w bok. Oświetlając ich wątłym płomieniem świecy, powiedział:
- Chcę porozmawiać. - Był świadomy, że po wszystkim, co dziś zrobił, nie jest najmilej widzianą osobą w samym środku nocy. A mimo to, nic nie powstrzymało go przed stawianiem warunków. - Okryj się - rzucił, wciąż na nią nie patrząc.
Co by się nie działo, spoglądanie na nagie nogi kobiece uznawał za nieprzyzwoite, szczególne w danych im okolicznościach, więc obscenicznie unikał spoglądania w tym kierunku, przynajmniej do kiedy Colette nie spełni jego życzenia. A właściwie... nie był pewny, czy za ułamek sekundy nie zatrzaśnie mu ona drzwi przed nosem. Był gotowy na wszystko.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 159
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Czw Maj 03, 2018 7:41 pm

Otworzyła oczy i przez chwilę miała odruch, aby się zasłonić, jednakże gorączka działała różnie i te myśli zepchnęła na trzeci plan. Doszła do wniosku, iż wcale nie musi go słuchać, czy postąpić tak jak powinno się w owej sytuacji.
- Hmmm, więc to tak. Zapraszam.
Rzekła leniwie, po czym odsunęła się trochę w bok.
Była pełna podziwu, że Lynn zdecydował się pojawić pod jej drzwiami i to o tej porze. Co prawda, nie kontaktowała w normalny sposób, ale nie widziała problemu w rozmowie po kolacji. Stawiała na to, iż mężczyzna dotrzyma swych słów i opuści bezwolnie rano rezydencję. Niespodzianka goni niespodziankę, zaś zachowanie wiecznie naburmuszonego ciemnowłosego zasługuje na uwagę wiedźmy.
- Okryć? Czemuż to? W sumie, zachowujemy się trochę jak rodzeństwo. Nie uważasz? Nie ma co się wstydzić.
Odpowiedziała z lekką obojętnością w głosie.
Gdy pomyśli o tym głębiej, to idealnie określiła ich dotychczasową relację. Oboje się sobą zajmowali, mniej czy bardziej, aczkolwiek wszystko dąży do jednego i tego samego. I choć Lynn był marny w roli starszego brata, toteż właśnie tak można było odczytać jego podejście do Col.
Jeśli wszedł do środka, dziewczyna zamknęła za nim drzwi i poczęła kroczyć w stronę łóżka. Usiadła na brzegu, aby po chwili skierować na niego spojrzenie.
- Śmiało, siadaj obok. Nie gryzę. A zatem, o czym chciałbyś ze mną porozmawiać? Domyślam się, że chodzi o mego ojca, bo nie wpadłbyś z pytaniem co u mnie. Typowe.
Mruknęła bez jakiegokolwiek uśmiechu na ustach.
Oparła się dłońmi o materac za sobą i założyła nogę na nogę, starając się nie dawać po sobie poznać objawów wysokiej temperatury. Opuszczając w pewnym momencie wzrok w dół, dostrzegła bandaż ubrudzony krwią. Najpewniej stało się to wtedy, gdy kopnęła mężczyznę i rana zaczęła krwawić. Zapomniała o tym bardzo szybko, przez co nawet nie wspomniała służbie o nowym opatrunku.
Wyprostowała się znienacka, by zakryć miejsce zranienia dłońmi. Wiedziała, iż odrobina posoki zadziała na niego powalająco. Nie miała tyle siły, aby złapać go przed bolesnym upadkiem. Ruszyłaby z pomocą, nawet jeśli nie odpoczęli po tym całym zamieszaniu i rzuconych w gniewie słowach.
- Lynn... Rozważam zakończenie naszej znajomości. Nie przynosi ona nic dobrego, a tylko ściąga na ciebie kłopoty i wprowadza bałagan do twojego życia. Zaczęłam nad tym myśleć i... Może lepiej jakbyś o mnie zapomniał? Wiesz, tak jak wcześniej. To jest jakieś rozwiązanie, ponadto nie musiałbyś znosić więcej mojej osoby. Po prostu, bajka dla ciebie, racja? Pewnie, że tak...
Mówiła spokojnie, aczkolwiek wcale nie spoglądała na niego.
Owszem, ta decyzja była bolesna dla Colette. Jednak, nie mogłaby dalej narażać kogoś tak bliskiego na uszczerbki. Rem też nie powinna trzymać się blisko brązowowłosej, albowiem to nie ma prawa skończyć się dobrze.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 410
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Czw Maj 03, 2018 8:35 pm

Już dużym wyczynem było to, że przekroczył próg jej sypialni. Dobra passa nie mogła trwać długo, bo wkrótce otrzymał odmowę dotyczącą dość istotnego elementu ich rozmowy. Jako że nie mógł jej przecież zawinąć w pościel siłą, postanowił się poddać, jednocześnie okazując swoje niezadowolenie.
- Świetnie - prychnął cicho, odstawiając świecę na szafkę nocną. Nie wstydził się; już dawno zapomniał czym jest wstyd spowodowany intymnym charakterem. Problem leżał w innym miejscu. Na rozmowie, którą chciał przeprowadzić, powinien móc się skupić. Przeniósł więc wzrok na jej twarz, z uporem utrzymując go w ty miejscu.
Błąkając się po korytarzach układał sobie już w głowie należne przeprosiny, jednak gdy już miał okazję wypowiedzieć je na głos, słowa uwięzły mu w gardle, a on sam wolał brnąć dalej w to, w co nie powinien.
- Co zmieniłoby to pytanie? - pokręcił głową, wyrażając zniecierpliwienie i potwierdzając jednocześnie, po co zawitał u niej o tej późnej porze.
Jej złe mniemanie o nim, które okazywała w tak dosadny, nieskrępowany sposób, odbierało mu trochę pewności siebie, ale wiedział, że w tej chwili nie może sobie pozwolić na wątpliwości. Zależało mu na tym i musiał spełnić to, po co tu przyszedł.
Nie usiadł obok niej, zgodnie z poleceniem, a jednym ruchem ręki przysunął krzesło stojące przy biurku, podsuwając go tuż pod Colette. Wolał, aby znajdowali się naprzeciw siebie, skoro mieli toczyć poważną rozmowę. Zasiadł więc na krześle, biorąc wielki wdech.
Był już niemal gotowy do rozmowy, gdy dziewczyna wypowiedziała słowa, których nigdy by się po niej nie spodziewał. Serce tłukło mu mocno w piersi, a on sam nie mógł powstrzymać wyrazu zdziwienia odbijającego się na jego twarzy. Długo walczył z sobą, niepewny co odpowiedzieć. Nie pojmował jej zachowania, przekonany, że nie chodzi tu tylko o niego, a w ten opaczny sposób Colette pragnie wykreślić Lynna ze swojego życia. Zmarszczył brwi, jego rysy twarzy wyostrzyły się.
- Dobrze - powiedział twardo, zbierając w sobie wszystkie siły, aby prowadzić ten dialog dłużej. - Jeśli właśnie tego sobie życzysz - dodał, lecz w jego głosie krył się ledwie dosłyszalny wyrzut.
Mogliby skończyć tę znajomość teraz, w ułamku sekund, po wypowiedzeniu kilku słów. I co by to zmieniło? Czy więź, jaka kiedykolwiek między nimi istniała, zostałaby magicznie rozerwana? Czy po powiedzeniu „pas”, straciłby związane z nią uczucia i wspomnienia? Nie, dlatego też kontynuował rozmowę. Zależało mu na tym.
- Po prostu mnie wysłuchaj, co uczynisz później - twoja sprawa - powiedział, lecz nie był jeszcze pewny, czy nawet po rozłące będzie w stanie tolerować jej decyzje, jeśli o nich tylko usłyszy. - Nie idź z nim na żaden układ. Nie zgadzaj się, nieważne, jak słodkimi słówkami by cię nie mamił. William potrafi być czarujący, gdy tego chce, wiem. Ale, proszę cię, naprawdę... - zaplątał się, nie wiedząc, ile może powiedzieć, ile ona chce usłyszeć. - On nie jest dobrym człowiekiem. I ty, podejmując się jakiejkolwiek odpowiedzialności, możesz zwrócić na siebie uwagę Inkwizycji. Zaczną węszyć. Za dużo w tej historii powiązań, zbyt wiele niewiadomych... - mówił prędko, jakby bojąc się, że wkrótce jego czas się skończy, a on nie zdąży przekazać jej wszystkiego, co by chciał.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 159
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Czw Maj 03, 2018 10:35 pm

- Kto wie? Może spojrzenie na ciebie z innej strony. Mniejsza.
Wzruszyła ramionami, tym samym urwała temat i zostawiła go w spokoju. Przyjdzie na to czas.
Błyskawicznie wywnioskowała, iż nie miał nic przeciwko zakończeniu tego wszystkiego. Nie powinna się dziwić, była na to gotowa po części. Głupia, miała nadzieję na jakiekolwiek słowa, które miałyby ją zatrzymać. Pogodzenie się z rzeczywistością i zaakceptowanie smutnego faktu jakim była zgoda, wywoływało chęć rozpłakania się. Gdzieś głęboko już ryczała, niczym małe dziecko.
Mimo wszystko, nie mogła na to pozwolić. Musiała pozostać silna, nawet jeśli było to takie ciężkie do zniesienia. Łzy nie pomogą, a jedynie pogrążą Col i zepchną ją na sam dół tego piekła.
W ciszy słuchała jego słów, które naciskały na wyrażenie braku zgody w współpracy z Williamem. Uniosła głowę, by złapać kontakt wzrokowy z Lynnem.
- Hej... Boisz się o mnie, czy może o powiązanie cię ze mną? Wiesz... Coraz częściej nachodzi mnie głupie wrażenie, że nie obawiasz się o to co się mi stanie, tylko konsekwencje wynikające z tego. Jak to jest, Lynn? Mylę się? Wątpię. Zasłanianie się moją osobą podczas kolacji, aby szybciej stamtąd zniknąć? Nieładnie.
Rzekła zaintrygowana i odrobinę poddenerwowana, przejeżdżając zaraz dłonią po swej twarzy.
Pojawił się ból głowy, więc w ogóle zrobiło się bardzo miło. Ta rozmowa nie będzie zaliczała się do zabawnych i przyjemnych, a takich, które nie powinny mieć miejsca między nimi. Zawsze przychodzi czas na coś nowego, lecz tym razem wszelkie nowości nie były dobre.
- Mam szansę na odbudowanie swojego życia. Byłabym niepoważna, gdybym dała przepaść całemu majątkowi rodzinnemu. A mój ojciec... Nie zasługuje na to, by wszystko znikło i znalazło się w rękach obcych ludzi. Nie mogę na to pozwolić. Jestem zdania, że wszystko jest już gdzieś zapisane i jeśli mam być zabita przez Inkwizycję... To i tak się to stanie. Nikt nie zatrzyma zapisanego nam losu. Nie martw się, nie wspomnę o tobie słowem, gdy już mnie złapią.
Odparła z powagą, zaś na końcu rzuciła półżartem.
Nie była w stanie pogodzić się z myślą, iż cała ciężka praca Lucasa pójdzie na marne i zostanie rozdana wśród nieznajomych. Czułaby się winna, gdyby przystała na coś takiego, oraz pozostała bierna do końca.
Końcowe słowa Col były jakby zapewnieniem, że Lynn może być spokojny, ponieważ nawet tortury nie sprawią wyznania prawdy na jego temat. Zdradzenie swych najbliższych byłoby niedopuszczalne. Ten raz czuje się dobrze, gdy jest świadoma niewielu powiązanych z nią osób.
Nie odrywała wzroku od mężczyzny, choć ochota na schowanie się pod kołdrą i zostanie tam na zawsze, wzrastała z każdym oddechem.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 410
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pią Maj 11, 2018 8:42 pm

Wiedział, że ta przeprawa nie będzie należała do najprostszych. Pragnął przebrnąć przez to możliwie bezboleśnie, ale nic nie sprawiło, że zmusił się do fałszu i półprawd. Potrafił grać. Kłamstwo stało się dla niego chlebem powszednim. Teraz jednak... Nosił ze sobą pełną świadomość, że nie powinien. Rozumiał powagę sytuacji i choć zwykł śmiać się życiu w twarz, robiąc z codzienności przedstawienie, teraz jednak zamilknął, ważąc słowa i ostrożnie nimi manipulując, jakby każde z nich mogło obrócić się przeciw niemu.
I właśnie takie wrażenie odnosił. Jakby wszystko, co dotychczas padło z jego ust, Colette odebrała inaczej, zupełnie inaczej niż powinna. Nie potrafił się z tego wytłumaczyć, co wcale nie dodawało mu wiarygodności. Tym razem również nic nie szło w zgodzie z jego planami.
- Ty... niczego nie rozumiesz... - wydusił z siebie, jakby to miało być wystarczającym zaprzeczeniem na jej zarzuty. Nie potrafił połączyć wątków, które zaprowadziły Colette do wysnucia tak absurdalnych wniosków.
Miałby bać się o siebie? Roześmiałby się w głos, gdyby atmosfera wokół nie była taka ciężka.
- Nie powinniśmy nigdy się tu znaleźć. To, czego pragnąłem, pokrywało się też z tym, co było dla ciebie najlepsze - powiedział twardo, jednocześnie świadomy, jak mało wiarygodne mogą być jego słowa. Nie wdawał się w szczegóły, przedstawiając jedynie skrajnie odważne fakty.
Stłumił ochotę poderwania się na równe nogi, aby przejść się po pomieszczeniu. Dialog wywoływał w nim tyle emocji, aż z trudem dawał im upust jedynie w gestach rąk i przyciszonym, lecz stanowczym głosie.
- Jesteś nieszczęśliwa, Colette? - zapytał niespodziewanie, przyglądając się jej uważnie. - Czy życie, które obecnie prowadzisz, nie jest dla ciebie wystarczające? - pytał dalej, próbując pojąć, co miała na myśli mówiąc o odbudowaniu go. Po chwili wziął głęboki oddech w piersi i kontynuował:
- Akceptuję to, że mi nie ufasz. Nie do końca rozumiem, ale akceptuję - poprawił się prędko. - Pewnie wciąż nie wiem o tobie niczego... - wymsknęło mu się, zdradzając drobny wyrzut na temat jej ojca, o którym dowiedział się dopiero dziś. - Jednak proszę cię, przemyśl to. Korzystając z jego pomocy, sprowadzisz na siebie nieszczęście. Boże, Col... - westchnął, wahając się chwilę. - Ja mogę się tym zająć. Nie znam się na księgowości, spadkach i całej reszcie... Ale mogę się nauczyć - zaoferował nagle, gotów porwać się na niemożliwe.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 159
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Pią Maj 11, 2018 10:00 pm

Prychnęła znienacka z istnym niedowierzaniem, gdy usłyszała jego tłumaczenie. Nie mogła się powstrzymać od tej reakcji, albowiem wyglądało na to, że on sam nie potrafił odnaleźć się w tym wszystkim. Błądził, lub kłamał. Te dwie opcje idealnie pasują do zachowania Lynna.
- Najlepsze...? Czy ty... Czy ty słyszysz sam siebie? Najlepsze byłoby pozostanie w powozie i odwiezienie mnie do domu, tak? To byłoby doskonałe! Co by mogło się stać? Wszystko przecież było w porządku!
Rzekła, po czym roześmiała się nadal nie mogąc uwierzyć w słowa wypowiedziane przez mężczyznę.
Nagły wybuch szalonego śmiechu powalił Col na łóżko. Mogła teraz wpatrywać się w sufit i starać opanować swe emocje, które stawały się coraz bardziej niezrozumiałe. Była w stanie poprowadzić tę rozmowę w spokojny sposób, bez zbędnego unoszenia się i reagowania gwałtownie. Czemu to wszystko się tak potoczyło? Może już kompletnie zaczyna jej odbijać? Kto wie.
- Rzadko bywam szczęśliwa. Obecne życie? Hmm... Myślę, że prędzej czy później, musiało się to stać. Coś co jest dobre, nigdy nie trwa długo. Akurat ty powinieneś coś o tym wiedzieć, prawda? Zresztą, nieważne.
Odparła machając na to ręką w powietrzu, aby zaraz pozwolić jej opaść na pościel.
Doszła do wniosku, iż nie ma sensu rozpoczynać takiego tematu, było to zupełnie niepotrzebne.
Szczęście? Okłamywała się sądząc, że jest ono blisko niej i może cieszyć się światem bez zwracania uwagi na okrucieństwo wokół. Całe życie Colette to jedno wielkie kłamstwo, które nie powinno trwać. Śmierć była jej pisana w tamtym miejscu, a mimo tego nadal istnieje. Jaki jest w tym sens? Pewnie nie ma żadnego.
- O właśnie. Z logicznego punktu widzenia nie możemy się nawet nazwać przyjaciółmi, Lynn. Miałeś wtedy rację, wszystko się zmieniło i jesteśmy dla siebie obcymi ludźmi. Moja głupia dziecinna strona ciągle stawiała na swoim, tym sposobem nadal utrzymujemy kontakt. Gdyby nie ona... Pewnie nawet nie zaczepiłabym cię na cmentarzu. Większość rzeczy można naprawić.
Powiedziała cicho, jakby coś sugerując. Przymykając powieki i nie zmieniając pozycji, nadal słuchała ciemnowłosego.
I niespodziewanie usłyszała coś na tyle dziwnego z jego ust, że musiała spuścić wzrok z sufitu i go przenieść na niego.
- Nie wydajesz się być pewien swych słów, a co najważniejsze... Po co? Do czego zmierzasz? Nagła zmiana zdania i taka oferta? Coś mi tu nie pasuje. Co więcej, chcesz się uczyć czegoś... dla mnie?
Spytała obserwując uważnie Lynna.
Kolejne nietypowe zachowanie, którego nie sposób wytłumaczyć. Nie musiał tego proponować, w końcu nie była kimś bliskim i mógł po prostu odpuścić. Obstawiała, że wyjdzie z tego pokoju pogodzony z faktem zakończenia znajomości, jednakże on wciąż tu był i wygadywał takie rzeczy!
- Chyba zaczynam mieć halucynacje przez tą gorączkę.
Stwierdziła i westchnęła krótko.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 410
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Sob Maj 12, 2018 7:30 pm

Gdy opadła na łóżko, pozbawiła go kontaktu wzrokowego, lecz prędko przeniósł spojrzenie na ścianę za nią, nie komentując jej zachowania. Wrócił do dialogu, czując, że i tak zaczyna z przegranej pozycji:
- Mogę powtórzyć. I powtórzę się jeszcze wielokrotnie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nie powinnaś się tu znaleźć. To ostatnie miejsce na świecie, zaraz po szpitalu inkwizycyjnym, w jakim powinnaś wylądować - powiedział, siląc się na zachowanie spokoju. Cierpliwość w kontaktach międzyludzkich nie była jego najmocniejszą stroną. - Byłem głupi, przystając na to... - dodał cicho, przekonany o prawdziwości swoich racji.
Gdzie skończyliby, jeśli nie tutaj? Prywatne kliniki, powrót do starych znajomych? Cokolwiek, nawet jeśli mieliby tułać się od drzwi do drzwi. Spokorniał, co dźwięczało również w jego przyciszonym tonie:
- Nawet ja mógłbym ci pomóc... W ostateczności.
Życie uraczyło go kilkoma sytuacjami, w których musiał pokonać swoje wrodzone słabości, co nie zawsze kończyło się jednak dobrze...
Jej kolejne słowa zmusiły Lynna do milczenia. Nie wiedział. Była nieszczęśliwa? Beztroska dziewczyny, wraz z jej podejściem do wszystkiego oddawało mu inne wrażenie, jednak nie potrafił ocenić, co siedzi wewnątrz niej. Przekonywał się, że tak naprawdę nie zna jej wcale. Miniony dzień ujawnił wiele tajemnic, a co najgorsze - nie dobiegł on wcale końca.
Nic mu nie mówiła. Był rozżalony. Zły na nią i na samego siebie o własną niedomyślność. Jak beznadziejnym przypadkiem musiał być, że nie podzieliła się z nim tak istotnymi fragmentami swojej historii?
Oddychał spokojnie, a gdy Colette mogła już zupełnie zwątpić, że Lynn kiedykolwiek odpowie, ten z łatwością dał się sprowokować jej kolejnej wypowiedzi.
- Myślisz, że to by coś zmieniło? Że to tylko twoja zasługa? O nie. Ta relacja... to, czego nie możesz nazwać przyjaźnią, nie działa jednostronnie. Ja, może nie ciągnąłbym cię na wydarzenia pokroju tego zje... - odchrząknął prędko, przepraszając pod nosem. Zapomniał się, a naprawdę ciężko było mu wypowiedzieć niektóre nazwy bez wplecionego weń przekleństwa. - Festynu... pieczonego chleba - powiodło mu się, aż zmarszczył brwi z wysiłku. - Ale nie odpuściłbym ci. I nie zamierzam czynić tego teraz.
Męczyło go przyglądanie się pustej ścianie, jednak z uporem to czynił, nie zjeżdżając spojrzeniem w dół chociażby o cal. Rozumiał jej wątpliwości, jednak po raz pierwszy stwierdził, że nie rozstrzygną tego żadne słowa.
- Rób, co chcesz, głupia... Nie musisz mi teraz wierzyć. Poczekaj trochę, a udowodnię ci to w czynach. I efektach, jeśli na tym ci właśnie zależy - odparł, tym razem zdecydowanym tonem.
Dopiero gdy wspomniała o „halucynacjach”, przeniósł na nią wzrok. Drgnął, podnosząc się ze swojego wygodnego krzesła. Sam widok jej twarzy nie mówił mu zbyt wiele. Pochylił się nad Colette, łagodnie opierając się kolanem o brzeg jej łóżka.
Przełknął ślinę, świadom, że gdyby ktoś wszedł teraz do sypialni dziewczyny, oboje mieliby nieźle przechlapane. Niestety, nie byli już dziećmi, które za nocne schadzki mogły dostać po rękach. Sam miał niewiele do stracenia, jednak reputacja Colette (z drobną skazą w postaci czarnych kart historii ojca) pozostawała nienaruszona. Mimo to, przytknął dłoń do czoła Col, milknąc i skupiając się na cieple jej ciała.
- Faktycznie, masz gorączkę - stwierdził ten niespodziewany fakt z lekkim zdziwieniem. Poleciłby jej położenie się, ale już leżała. A co do okrycia się... przecież nie będzie się powtarzał, ot! - Powinienem wezwać kogoś do pomocy? - zapytał głucho, na moment tracąc stabilny grunt pod stopami.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 159
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Sob Maj 12, 2018 9:02 pm

- Ty? Hmmm, nie po to staram się trzymać cię z dala od swoich ran, abyś musiał w ostateczności na nie patrzeć. Ranisz moje uczucia, gdy nie dostrzegasz mej troski, mój drogi. Otwórz szerzej oczy, ucieka ci sprzed nich tyle rzeczy.
Odpowiedziała z powagą.
Przez niego całe jej starania miałyby iść na marne? O nie! Nie mogłaby do tego dopuścić. Skoro posiadał taki lęk, nie należało naciskać na ciemnowłosego mocniej i zachowanie dystansu było najlepszym wyjściem. Czemu nie mógł tego dostrzec? Za mało się starała? Wypadałoby to poprawić, jeśli będzie jeszcze okazja.
- To tylko moja zasługa. Prawda jest jedna. Po twoich dotychczasowych reakcjach, nie jest trudno zauważyć brak zainteresowania mną. Myślałam, że się już poddałeś... Nie ma sensu dalej walczyć. Odpuść.
Rzekła zrezygnowana, nie mogąc pojąc uporu Lynna i tej dziwnej determinacji, która kryła się gdzieś daleko za tymi słowami.
Na co czekał? Drzwi były otwarte i nikt ich nie zagradzał, mógł śmiało wyjść i na do wiedzenia machnąć ręką na to wszystko. Podejrzane.
- Zależy...?
Spytała prawie niedosłyszalnie, zamyślając się na moment.
Naprawdę jej na tym zależało? Sama też dałaby sobie radę, nie musiała mieć oparcia w kimś, kto wiecznie jest naburmuszony i narzeka na wszystko dookoła. Chciał to zrobić dla niej...? Mógł też chcieć udowodnić coś sobie, więc nie było pewności i trochę ją to niepokoiło.
Kompletnie odleciała na moment, ponieważ nagle poczuła dłoń mężczyzny na swym czole. Szybko wróciła spojrzeniem na niego i kompletnie odebrało Colette mowę.
Znów pojawiło się to nieznośne, głośne, oraz szybkie bicie serca. Pewnie temperatura dawała o sobie znać, albowiem cóż innego mogłoby to być? To jedyne logiczne wytłumaczenie, a może... Coś więcej?
Doszło do niej, iż mogła zrobić teraz cokolwiek, bo i tak wszystko zrzuci na gorączkę. To popchnęło ją do arcydziwnego czynu, który zostanie w jej pamięci na zawsze.
Wychwyciła najodpowiedniejszy moment, po czym objęła śmiało rękami szyję Lynna i wtuliła go w siebie. Starając się uspokoić oddech, zacisnęła mocno powieki i za nic nie chciała dać mu się wyślizgnąć z objęć.
- Lynn... Dziękuję, że jesteś.
Wyszeptała mu wprost do ucha, zapewne bardziej czerwona na twarzy.
Czemu się do tego posunęła? Nie ma pojęcia. Niczego nie rozumie. Jest tak bardzo zagubiona w tym wszystkim.
- Przepraszam za zatajenie niektórych rzeczy, po prostu... Nie chciałam, aby ktoś się tym przejmował. To wszystko moja wina i muszę cierpieć w samotności. Nie darowałabym sobie, gdyby ktoś został w to wciągnięty. Zrozum, że... jesteś dla mnie bardzo ważny. Potrafisz? Bo ja sama nie jestem w stanie zrozumieć.
Dodała zaraz drwiąc z siebie samej i rozluźniając uścisk, gdyby chciał od niej odskoczyć. Uchyliła odrobinę jedną z powiek, by zerknąć na niego niezbyt dyskretnie.
Chciała mu wyznać wszystko i opowiedzieć o swym ojcu, chociaż z drugiej strony byłby bardziej zagrożony. To było takie skomplikowane.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 410
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Czw Maj 24, 2018 9:33 pm

Mimo że pozornie zignorował jej wytyk, nie odpowiadając nic, a jednie łącząc wargi w poziomą kreskę, wziął go do siebie. Gdyby kwestia nie była dla niego na tyle poważna, z pewnością opuściłby już sypialnię Colette, dodatkowo trzaskając drzwiami. Wszystko, co czynił, odwracało się przeciwko niemu.
Jak miał ubrać w słowa to, co tkwiło w jego głowie? Jak przekazać jej, że nie jest wylewnym człowiekiem, jednocześnie i tym samym zmuszając się do otwartości? Jak powinien odwieść ją od błędnego rozumowania, które nigdy nie powinno zakiełkować w głowie Colette? Jego umiejętności w pielęgnowaniu relacji międzyludzkich przerażały go samego. Odsuwała się, a on jej na to wszystko przyzwalał.
- Jeśli tego sobie właśnie życzysz... - wypowiedział, wbrew temu, co chciał i co powinien uczynić.
Kłamstwo. Jakich wiele. Kolejne, wypowiedziane gładko, bez cienia wątpliwości. I takie, którego nie miał zamiaru dotrzymywać.
Nie spodziewał się jej bliskości, nie po wszystkim, co zostało do tej pory powiedziane. A mimo to przyjął dotyk bez okazania zdziwienia, ujmując ją, jakby właśnie taka była kolej rzeczy. Przyjął wyznanie z ulgą, pochylając się nad nią jeszcze bardziej.
Czuł ciężkie powieki i zmęczenie dzisiejszym dniem, a jednocześnie nawał emocji wypowiedzianymi słowami, nowymi informacjami oraz podsumowującymi wszystko chwilami bliskości. Ujmował ją zdecydowanie, nie naciskając, by w obecnym stanie sprawić dziewczynie jak najmniej bólu. Ułożył Colette na poduszce, chwilowo rezygnując z jej miękkości i odsuwając się na nieznaczne cale, w niemrawym świetle świecy obserwując wyraz twarzy przed nim. Naciągnął skraj pościeli, okrywając jej przedramię i bok, na ile tylko pozwolił mu to naciągnięty materiał, na którym leżeli. Troskliwie odgarnął włosy z czoła dziewczyny, dopiero wtedy odsuwając się, wciąż jednak pozostając w zasięgu dłoni Colette. Unikał kontaktu z jej rozgrzaną skórą swoich chłodnych palców, nie chcąc przyprawiać ją o dodatkowe dreszcze.
Westchnął, kręcąc łagodnie głową w niedowierzaniu. Nosił w sobie niezbywalny dar, aby rujnować budowane relacje słowami i czynami, które miały za zadanie chronić. Jednak teraz...
- I mi na tobie zależy. - Powiedział coś, od czego powinien zacząć. Proste, niby podstawowe słowa. Wyznanie, ludzkie i naturalne, przyszło mu z niemałym trudem. - Obiecałem twojej mamie, że się tobą zaopiekuję, pamiętasz? - Przez jego twarz przedarł się cień uśmiechu na te dziecięce wspomnienia. - Może nie jestem w tym najlepszy, przyznaję... Ale nie odtrącaj mojej pomocy. Chcę mieć w tym zasługę. We wszystkim, co zamierzasz zrobić - wypowiedział spokojnie, co w końcu wyszło mu całkiem sprawnie. Nawet powstrzymał się od kazania za milczenie, w istotnych dla niej sprawach i wszechobecne tajemnice. Nie kończył jednak tematu. Wciąż nie był pewny, jaką decyzję podejmie jutrzejszego ranka.
- Nie jesteś jednak zwyczajną kobietą. Musisz być tego świadoma. Nie będziesz prowadzić normalnego życia, czerpiąc z niego wszystko, czego zapragniesz. Nie powinnaś pozwalać sobie na narażanie się... Przykro mi, Col. Żyjemy w takim świecie. W świecie, w którym tacy jak ty powinni zostać w ukryciu... - ściszył ton do szeptu, pouczając ją, lecz czując jednocześnie, jak coś zaciska się wokół jego szyi. Czy właśnie nie odbierał jej marzeń, mimo że jeszcze ich nie sięgnęła? Uczucie powodowało ból, również fizyczny.
Takie zdążył wyrobić sobie przeświadczenie. Zbyt wiele stracił, by zignorować niewątpliwą potęgę, jaką była Inkwizycja. Nie chciał ponowić tego błędu...
Nim zdążył zatracić się w bolesnych wspomnieniach, spojrzał jej w oczy i dość twardo poprosił:
- Pokaż mi, gdzie się zraniłaś.
W jego oczach tkwiła poważna determinacja, nawet jeśli bicie jego serca przyspieszyło na samą myśl o niezbyt przyjaznym mu widoku.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 159
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   Czw Maj 24, 2018 11:19 pm

Ogromnym wysiłkiem było absolutne skupienie się na osobie Lynna, gdyż ból głowy dawał o sobie znać raz za razem. Dodając do tego zranioną nogę, która nieznacznie ucierpiała podczas kolacji i nawałnicę nieznanych uczuć, mamy przepis na pewien test wytrzymałości dla dziewczyny.
Została ułożona w prawidłowy sposób na łóżku, co więcej, nie musiała się wysilać w żaden sposób i zasługiwało to na pochwałę dla mężczyzny. Gdyby tylko miała siłę, pokusiłaby się o jakiś odpowiedni gest.
- Naprawdę...?
Zapytała tonem pełnym wątpliwości, dołączając do tego podejrzliwe spojrzenie spod przymkniętych powiek.
Wyglądało na to, iż nie kłamał. W pewien sposób, uspokoił ją i sprawił, że poczuła się o niebo lepiej, wyrzucając aktualne katusze gdzieś w dal.
- "To tylko dziecinna obietnica, nie należy się do niej stosować i najlepiej zapomnieć. Jesteśmy już dorośli." - odparła udawanym głosem, który miał imitować pewne zachowanie. - Czy jakoś tak, teraz by to brzmiało z twoich ust. Źle się czujesz? Odbiegasz od swojego normalnego, podłego, naburmuszonego "ja", Lynn...
Zauważyła trafnie, przykładając tym razem swą dłoń do jego czoła. Wszystko w normie, czego się spodziewała? Zabrała rękę, która wróciła na szyję ciemnowłosego.
- Nie rozumiem. Czemu nie możesz z powrotem o mnie zapomnieć i wrócić do życia sprzed mojego pojawienia się? Wszystko byłoby wtedy dla ciebie lepsze. Nie musiałbyś znosić próśb o jakiekolwiek wyjścia, dalej siedziałbyś w swojej rezydencji, miałbyś tak uwielbianą ciszę i spokój. Tego właśnie chcesz, racja? Nie w głowie ci pomoc, która jest równie upierdliwa co ja. Przyznaj się, Lynn.
Zgrabnie podsumowała wszelkie zebrane informacje.
Nie była pewna tylu rzeczy. Czy owa obietnica nie daje mu żyć i przez to nadal utrzymuje z nią kontakt? Wywnioskowanie tego z wypowiedzianych przez niego słów było wysoce prawdopodobne, jednakże równie bolesne.
- O dziwo, wiem o tym. Po raz kolejny ranisz moje uczucia, stawiając mnie w pozycji głupiej kobiety. Nie poddam się i dotrzymam swych słów, pomimo możliwości mojej rychłej śmierci! Nie byłabym Colette, gdybym nie spróbowała, przy okazji dając z siebie wszystko.
Odpowiedziała odważnie, aczkolwiek także szeptem.
Szybko złapała kontakt wzrokowy, gdy rzucił jej tak przenikliwe spojrzenie. Spodziewała się jakiegoś ostrzeżenia, czy upomnienia za wcześniejsze akcje, ale dostała tylko słaby niby rozkaz.  
- Nie ma mowy. Może i jestem wykończona, lecz nie pozwolę ci zniszczyć moich starań! Znam cię od tej strony, rozumiesz? Nie skończyłoby się to dobrze. Zbieranie twojego ciała z podłogi... Szwy popękałyby natychmiast przy takim wysiłku! O ile już tego nie zrobiły, więc bądź dobrym chłopcem i trzymaj się z dala od mojej rany. A kysz~
Rzekła pełna powagi, jednak nie mogła się powstrzymać od małego uśmiechu, który przerodził się zaraz w cichy śmiech.
Mimo wszystko, uścisk ponownie stał się mocny i kompletnie nic nie zapowiadało rozluźnienia go.
- A tak, wnioskuję, iż zostajesz tu ze mną do rana. Nie licz na swobodne opuszczenie tego pomieszczenia. Trochę ci poopowiadam, dowiesz się znacznie więcej o mnie i poznasz na nowo. Hm, w ogóle... Zadawaj pytania, gdy chcesz coś wiedzieć. To o wiele bardziej ułatwia komunikację, wiesz? - spytała z udawanym zaskoczeniem na koniec pięknej wypowiedzi, dodając zaraz - Robimy postępy. Teraz już masz świadomość, że proponowanie mi wina mija się z celem.
Posłała mu uroczy uśmiech, ne spuszczając z niego oczu. Dziwnie się ożywiła, a pomyśleć, iż chwilę temu prawie spała.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Rezydencja Cavendishów   

Powrót do góry Go down
 
Rezydencja Cavendishów
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Wishtown :: Dzielnice mieszkalne-
Skocz do: