IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Ciemna strona Inkwizycji

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Karen Rutherford
Mistrzyni Psów Gończych
avatar

Liczba postów : 18
Join date : 11/04/2017

PisanieTemat: Ciemna strona Inkwizycji    Pią Maj 25, 2018 1:25 am

[Rok 1837, kilka miesięcy po zakończeniu eksperymentów na Karen]


Siedział sam, w ciszy śledząc tańczący płomień świecy, jednak go nie widział. Skupiony był zupełnie na czymś innym. Nie wiedział, jak długo tkwił w tej samej pozycji, minuty przestały mieć znaczenie, sekundy zdawały się trwać wiecznie. Utknął zawieszony w bezczasie, zamknięty w tym jednym momencie. Kiedy myślał, że zrobił postęp, że cały ten wysiłek przyniósł jakieś rezultaty. Wydawało mu się, że zauważył w jej oczach nić porozumienia, gdy rękę mógł oddać, że ona go słyszy, że rozumie. I dzięki temu teraz w rogu pokoju uformował się rozsypany stos starych, zakrwawionych bandaży, a on ledwie czuł przedramię. Szlag by ich wszystkich trafił. Całą Inkwizycję, cholernych wariatów o przerośniętej ambicji, wiedźmy, gnijące morale tego świata. I jego samego. Najważniejsza rzecz, jak mógłby o niej zapomnieć. Sam miał w tym udział i ze szczerego serca teraz czuł nienawiść do własnej osoby. Mimo tego nie mógł zrezygnować.
Ciepły wiatr wdarł się do pokoju przez otwarte okno, obijając się o policzki mężczyzny i orzeźwiając go nieco. Will podniósł głowę i zdrową ręką przetarł oczy, zmierzwił włosy. Nie pamiętał, kiedy ostatnio je wiązał, mimo ich długości. Skupianie się na codziennych czynnościach przychodziło z trudem. Gdyby ktoś inny nie dbał o jego dietę, pewnie od kilku dni nie miałby jedzenia w ustach. Ubrania zmieniał jedynie z przyzwyczajenia, było mu obojętne, co akurat ma na sobie.
Potrzebował powietrza. Wstał i podszedł do okna, jednak nie wytrzymał długo. Momentalnie zakręciło mu się w głowie i usiadł ponownie na łóżku, by nie upaść. W ostatnich dniach stracił sporo krwi. Jednocześnie powinien być wdzięczny losowi, że nie stracił nic więcej, bo gdyby nie szybka reakcja organizmu i zasłonięcie się ramieniem, teraz byłby lżejszy o żuchwę i połowę twarzy. Czuł bezsilność. Rozpacz. Nie chciał, by tak wyglądały jego dni. Miał być szczęśliwy, z nią u boku. Normalną, a nie porośniętą futrem. Uśmiechniętą, nie wyszczerzoną w wilczym grymasie. Z daleka od całego świata, a nie ze wzrokiem Inkwizycji na rękach.
Rozejrzał się po pokoju. Był mały, dosyć pusty, z jednym biurkiem i łóżkiem w rogu. Surowe ściany, kamienna posadzka. Nieco wystroju dodawały jasne zasłony w oknie i kilka świec, ale to wciąż nie był jego przytulny pokój. Powiedziano mu, że powinien odpocząć pod okiem lekarzy i przeniesiono tutaj, do skrzydła szpitalnego. Być może mieli trochę racji. Tutaj przynajmniej mógł liczyć na pomoc tego małego kurdupla, jak mu tam było, Amon? Amon... Przydzielony niby do sprzątania, niby do nauki, ale pomagał mężczyźnie w wielu innych rzeczach. Jasne, że poradziłby sobie sam, jak właśnie teraz... Próbował chwycić w zęby koniec bandaża, by go jakoś odwinąć i zdjąć, ale miał z tym poważne trudności. Właściwie to powodowało to więcej bólu niż czegokolwiek innego, więc odpuścił. Zrezygnowany ze zbolałą miną ułożył się wygodniej na łóżku, a spojrzenie wbił w sufit. Znów poczuł tę znajomą falę, zamieniającą krew w żelazo, ciążące na klatce piersiowej.
- Ciekawe, czy prędzej mnie zgniecie, czy rozerwie... - mruknął do siebie. Potrzebował chyba jakiejś rozrywki.
Słońce powoli chowało się za horyzont, obdarzając jeszcze ziemię ostatnimi promieniami. O ile Will dobrze kojarzył, kurdupel powinien się tutaj niedługo pojawić.



William, hueheu

___________________
Dialog * Myśli * „Wewnętrzny głos”
.
.


.
.
.

"Come closer, I don't bite... often... usually... sometimes...
Actually, you might want to keep your distance."
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 404
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ciemna strona Inkwizycji    Nie Maj 27, 2018 4:23 pm

Wiele czasu minęło, nim postawił kolejny krok, wchodząc na bardziej uczęszczany korytarz szpitalny. Nim to uczynił, stał ze spuszczoną głową, barkiem wspierając się o ścianę. Wziął głęboki oddech i dopiero wtedy zdobył się na przybranie klasycznego sobie uśmieszku, przepełnionego pewnością siebie. Ruszył zdecydowanym krokiem wzdłuż drogi prowadzącej do dobrze znanego mu już pokoju szpitalnego, wysoko zadzierając głowę. Nie sposób już było doszukiwać się wątpliwości na twarzy chłopaka, jakie jeszcze przed chwilą targały nim, skutecznie zaburzając spokój ducha.
Witał się z lekarzami, uprzejmie kłaniał się siostrom przywdziewającym białe fartuchy, wywołując na ich ustach ciepły uśmiech. Pochlebiało mu to. Wyrazy uznania, zadowolenia, czy sama chęć do toczenia z nim gry zwanej wykazywaniem się dobrymi manierami.
Był stworzony do pracy z ludźmi. Jego pewność siebie i wrażenie, jakby na każde pytanie miał skrzętnie przygotowaną odpowiedź, nie drażniły, gdyż podchodził do pacjenta lub przełożonego z należytą pokorą. I właśnie taki pozór ofiarował również Williamowi. Służył mu jako grzeczny, zwyczajny, a nawet - nudny adept. Posłuszny, hamował się nawet z zadawaniem zbyt wielu pytań, tłumiąc w sobie wrodzoną ciekawość świata. Jeszcze. Z pełną świadomością, że uderzając w odpowiedniej chwili, może zyskać o wiele więcej.
Taką rolę przybrał. Tego dnia jednak nie wypadał zbyt wiarygodnie. Jego nienaganny wizerunek zaburzał siniak pod okiem, odcinający się paskudnym, fioletowym kolorem od dolnej powieki do połowy policzka. Efekt dość niespodziewanej bójki. Jedynym pocieszeniem dla Amona był fakt, że jego przeciwnik po wszystkim wyglądał o wiele gorzej.
Ta drobna zmiana w wyglądzie sprawiała, że zawahał się, nim zapukał do pokoju szpitalnego Williama. Jak miał utrzymywać pozory, gdy na pierwszy rzut oka nie był tym, za kogo się podawał? Był gotów wymyślić ckliwą historię na poczekaniu, w skład której wchodziło stawanie w cudzej obronie, wyzwalanie uciśnionych, ratowanie księżniczek... A zresztą! Za dużo o tym myślał. Czy ktoś równie pochłonięty własnymi sprawami jak William będzie w stanie dostrzec nieistotne zmiany w człowieku, którego traktuje niczym powietrze? Amon uśmiechnął się w duchu.
Nasłuchiwał odpowiedzi pochodzącej zza drzwi i jeśli ją otrzymał, ostrożnie wszedł do środka, witając się cicho. Odkładając szkolną torbę na bok, rozpoczął od standardowego pytania:
- Jak się pan dziś czuje?
Oczywiście, nie pytał z ciekawości. Obchodziło go to tyle co nic, jednak właśnie w ten sposób polecono mu witać się z pacjentami, jednocześnie zmuszając do otwarcia, a jednocześnie - jeśli jednostka wykazywała chęci do współpracy - zyskując kilka cennych dla lekarza informacji. Prędko przeniósł wzrok z zielonych oczu Williama na to, co interesowało go najbardziej, a mianowicie ranną rękę. Powstrzymał kpiący uśmiech, przechylając głowę i tym samym wykazując lekkie zainteresowanie.
- Widzę, że jeszcze trochę i nie będę panu potrzebny... - wypowiedział, obdarzając wcale sugestywnym spojrzeniem zaczęte działania mężczyzny z bandażem na ranie. - Mogę? - zapytał, lecz w jego głosie nie krył się chociażby cień niecierpliwości. Nie, prośbę wypowiedział w iście usłużny, potulny i tak nietypowy sobie sposób.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Karen Rutherford
Mistrzyni Psów Gończych
avatar

Liczba postów : 18
Join date : 11/04/2017

PisanieTemat: Re: Ciemna strona Inkwizycji    Nie Maj 27, 2018 10:24 pm

Znów się zamyślił. Oparty o stos poduszek, w półsiedzącej pozycji po prostu gapił się na powiewającą firankę. Nie przeszkadzał mu także fakt, że niektóre z kosmyków ciemnych włosów w znaczącym stopniu opadały mu na czoło, zasłaniając częściowo oczy. Właściwie to z czynników zewnętrznych nie przeszkadzało mu prawie nic.
Ze świata szarości i wątpliwego światła wyrwało go pukanie do drzwi. Rzucił ostatni raz okiem na wielki zegar, widoczny w oddali, zdobiący dumnie jedną z wież. Nie pomylił się.
Wypowiedział pozwolenie na wejście, według niego głośne i wyraźne. W rzeczywistości traciło nieco na sile, przypominając bardziej mruknięcie niż normalne słowa. Później pozwolił sobie śledzić ruchy chłopaka spojrzeniem intensywnie zielonych tęczówek.
W głębi ducha uważał, że część z formalnościami mogliby pominąć. A w zasadzie nie przeszkadzałoby Willowi nie wymienienie ani jednego słowa z chłopakiem. Wystarczyło, że widział w jego oczach dokładnie to samo, co w oczach wszystkich innych. Zainteresowanie. Ciekawość. Doskonale zdawał sobie sprawę, że gdyby mógł, kurdupel zasypałby go lawiną pytań. A na te właśnie pytania William odpowiadać nie miał zamiaru.
- Mam nadzieję, że lepiej niż na to wyglądam - próbował żartobliwie uniknąć bezpośredniej odpowiedzi, nie spuszczając wzroku. Zmusił się także do niewielkiego uśmiechu, odgarniając włosy z twarzy. Czuł się paskudnie. Rana co prawda goiła się coraz szybciej, jednak na ustanie uciążliwego, promieniującego aż do łokcia pulsowania musiał trochę jeszcze poczekać. No i wewnętrznie był totalnie potrzaskany.
Postanowił także pominąć karcącą wypowiedź, by Amon nie używał zwrotu „pan”. Nie uważał się za kogoś ważnego, wysokiego stopniem, ani tym bardziej starego, ale wolał zachować pozory. Póki co. Chociaż musiał to sobie przyznać, że z każdą wizytą to jedno słowo wydawało się stawać coraz bardziej irytujące. Zwłaszcza używane więcej niż raz w przeciągu kilku minut.
- Postanowiłeś z tej okazji zadbać bardziej o siebie? Poprawa wizerunku? Drastycznie, muszę przyznać. - Rzucił szczerze rozbawionym tonem, przymykając powieki. Zauważył siniec, bądź co bądź należał do tych nieco bardziej spostrzegawczych ludzi, i chciał się podroczyć trochę z kurduplem, zdobyć dla siebie odrobinę rozrywki. Jednocześnie też wyciągnął poszkodowaną rękę, skinięciem głowy dając przyzwolenie. - Jednak nie sądzę, by kolor dojrzałej purpury pasował do twoich blond włosków. Ze skórą też się nie komponuje zbyt dobrze. - Kontynuował, powstrzymując się od uważnego studiowania policzka Amona. Wszak mógłby to odebrać zupełnie inaczej, a wtedy kompletnie minęłoby się to z celem. Oczywiście nie miał na myśli nic złego, nic, co by w jakiś sposób mogło chłopaka urazić. W jego mniemaniu chodziło raczej o niewinne żarty.

___________________
Dialog * Myśli * „Wewnętrzny głos”
.
.


.
.
.

"Come closer, I don't bite... often... usually... sometimes...
Actually, you might want to keep your distance."
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 404
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ciemna strona Inkwizycji    Pon Maj 28, 2018 12:52 am

Początkowo uśmiechnął się czarująco, nawet spuszczając spojrzenie, jakby w zawstydzonym geście, potwierdzając przypuszczenia Willa skromnym kiwnięciem głowy. Nie dał mu szansy, aby się rozgadać, ucinając rozmowę i zamiast tego, przechodząc do powierzonego mu zadania.
Podwijał oszczędnymi ruchami koszulę swojego pacjenta, gdy ten... zszedł na bardzo nieprzyjemne mu tematy. Nie powstrzymał ostrzegawczego błysku w oczach, mogącego zdradzić jego prawdziwe nastawienie. Przez ułamek sekundy poczuł wątpliwość, karcąc się w myślach, pewny, że jego wizerunek niosącego ulgę w cierpieniu jest już przegrany. A później... To wszystko przestało mieć znaczenie.
Cholera. Że też musiało go wziąć na kpinę! Z dwojga złego wolał już Williama w stanie nieprzytomności lub zwijania się z bólu po doznanych obrażeniach.
Otóż... Amon miał swoją dumę. Wykształcony przez lata honor, który nie pozwalał mu przepuścić niewinnego chociażby przytyku na temat własnych słabości. Serce zabiło mu mocniej, do głowy wróciły wspomnienia... Wspomnienia z czasów, gdy siniaki na jego ciele były codziennością. Wtedy też za każde niefortunne pytanie, za każdy komentarz rzucony chociażby za plecami, gotów był zabić. Odpowiadał agresją, niestłumioną niczym złością. Niestrudzenie, z charakterystyczną mu bezwzględnością. Aż w końcu świat nauczył się, jak należy się z nim obchodzić.
William najwyraźniej nie znał go wcale...
Nic straconego. Jeszcze pozna, że w niektórych kwestiach bezpieczniej jest trzymać język za zębami. Niewinne żarty? Nie wobec osoby Amona.
Wysłuchał go do końca w milczeniu, utrzymując łagodny uśmiech na ustach. Oddal się jednocześnie pracy, jakby rozmowa schodziła na dalszy plan. Pozornie. W rzeczywistości słowa Williama dźwięczały nieustannie w głowie Amona, a samo rozwianie bandaża na ramieniu mężczyzny, odbywało się w sposób mechaniczny, bez cienia pomyślunku. Mimo to, wykazywał się starannością, nie odrywając spojrzenia od rany, a w jego ruchach krył się chłodny profesjonalizm. Doskonale wiedział, co powinien uczynić. I z pełną premedytacją postąpił inaczej.
Oczyszczając ranę z zaschniętej posoki, dotykiem badał ją równolegle przez jałową gazę, Jakby zaogniona faktura jego skóry mogła zdradzić mu cennych informacji na temat gojenia. Z jego palców płynęła nieskazitelna łagodność, do czasu...
Przycisnął mocniej gazę, natrafiając na najbliższy ranie, nabrzmiały krwią punkt. Niby niechcący. Prędko cofnął rękę, wzrok wbijając wprost w oczy mężczyzny naprzeciw.
- Och. Bolało? - zapytał, nie prosząc o wybaczenie. Nie okazał cienia skruchy, ale też nie emanował satysfakcją, więc Will mógł sądzić o przypadku. Oczywiście, gdyby tylko Amon nie brnął dalej w tworzone przez siebie bagno...
- Eksponuję go z pełna dumą, nie chcąc, by czuł się pan samotny w doznanych obrażeniach - odpowiedział mu w końcu na jego zaczepki, nie szczędząc Willowi ciepłego uśmiechu. - Teraz jednak dostrzegam, że płonne są moje starania. Jak nędzny siniak pochodzący z chłopięcej bójki mógłby imać się otarcia o śmierć z powodu furii potwora-eksperymentu?
Choć nieskrycie używał ironii, pod koniec wypowiedzi przywołał drobne wyrazy uznania skierowane dla Williama, jakby jego rana pochodziła ze zwyciężenia nad samym monstrualnym Koszmarem.
Dobór słów był jak najbardziej świadomy, choć wszystkiego mógł się wyprzeć, udając, że nie słyszał plotek kim ów potwór był... jest dla Williama.
Kiedyś musiało to nastąpić. Okazał swoje prawdziwe ja. Nawet jeśli ceną miała być nagana od przełożonych. Bo przecież, z jaką łatwością mężczyzna mógł szepnąć słówko o niesubordynacji... czy też zamierzonej bezczelności Amona.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Karen Rutherford
Mistrzyni Psów Gończych
avatar

Liczba postów : 18
Join date : 11/04/2017

PisanieTemat: Re: Ciemna strona Inkwizycji    Pon Maj 28, 2018 5:09 am

Nie mógł nawet przypuszczać, do jakiego piekła miał dopuścić kilkoma niewinnymi zdaniami. Nie mógł nawet podejrzewać, jak zły wpływ na zachowanie chłopaka będą miały jego słowa. Co taki krótki i niewinny przytyk miał obudzić w Amonie. A zrozumienie kardynalnego błędu miało przyjść szybko i niespodziewanie, przypominając Willowi jego własną pieśń rozpaczy, układaną misternie z taką starannością i uwagą przez ostatnie dni. Miało przywołać w mężczyźnie zapomniane przez moment ukłucie w sam środek klatki piersiowej.
Zauważył zmianę w oczach blondyna, ułamek sekundy, który zmusił bruneta do zastanowienia. Być może nie powinien tak mówić. Wszyscy zauważyli, że Karen się zmieniła. Nie można było tego w żaden sposób ukryć. Ale... To spowodowało, że zmienił się także Will. Zabawne, był tak skupiony na własnym wnętrzu, że nie zauważał skutków walącego się mu na głowę świata. Faktycznie, jego wypowiedzi stały się nieco bardziej kpiące, ostrzejsze. Nabawił się bezpośredniości, tak obcej jego osobie w poprzednim świecie.
Zareagował krótkim skrzywieniem i syknięciem na uknute działanie chłopaka. W małym stopniu z powodu bólu, bardziej zwykłego zaskoczenia. Potrząsnął przecząco głową, uznając to za zwykły wypadek. A później przyszły kolejne słowa chłopaka.
Początkowo chciał odpowiedzieć na zaczepkę, ale nawet nie zdążył. Kolejne zdanie obudziło ciemność.
William momentalnie spochmurniał. Wiedział, że prędzej czy później ten temat wypłynie. I tak jak przypuszczał - nie był przygotowany.  Każda wzmianka na temat tej jednej, konkretnej osoby wybuchała tępą falą najpierw w głowie, przytłumiając wszystkie zewnętrzne bodźce, by później rozrosnąć się i przejść lodowato zimnym chłodem po całym ciele. Złapał się na tym, że chciał wyszarpnąć rękę spod dłoni chłopaka, zupełnie jakby każde dotknięcie bolało żywym ogniem. Przez ułamek sekundy miał ochotę odsunąć się jak najdalej, by tylko nie mieć z nim żadnego kontaktu. Ale się nie poruszył.
- Tak o niej mówią? - Spytał mechanicznie. - Potwór-eksperyment?
Dostrzegł sposób, w jaki Amon wypowiedział te słowa. Jak zaakcentował, ironicznie wyrażając uznanie. Dla kogo, do jasnej cholery?! Za co, dlaczego... Dlaczego zrzucił na siebie tak wiele...
Doskonale wiedział, jakie plotki chodzą po siedzibie. Słyszał je zbyt wiele razy. Swoją drogą zabawne, jak bardzo ludzie nie zdają sobie sprawy z głośności własnego głosu. Nie chcąc, by ktoś ich usłyszał, zdają się krzyczeć, otrzymując  odwrotny skutek. A najgorsze w tym wszystkim było to, że mieli rację.
Karen była potworem.
- Ona... - próbował coś powiedzieć, obronić ją w jakikolwiek sposób. Nie wiedział, jak. Znów. Kolejny już raz. - Ona wcale nie...
Co chciał powiedzieć? „Ona nie chciała tego zrobić”?
Wszystko brzmiało płytko i nic nie miało w sobie mocy, by poskładać do kupy rozsypane kawałki jego świadomości.
Ponownie poczuł wściekłość, każącą wstać, pójść i roznieść cały budynek w proch.
Ponownie się nawet nie poruszył.
Pozwolił spokojnie płonąć temu piekłu wewnątrz niego.
- Co jeszcze o niej mówią? - Spytał, doskonale zdając sobie sprawę, że nie będzie w stanie znieść odpowiedzi.

___________________
Dialog * Myśli * „Wewnętrzny głos”
.
.


.
.
.

"Come closer, I don't bite... often... usually... sometimes...
Actually, you might want to keep your distance."
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 404
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ciemna strona Inkwizycji    Pon Maj 28, 2018 11:24 am

W ich sercach szalał sztorm, tak nieadekwatny do martwej ciszy zalewającej pokój po wypowiedzianych słowach mężczyzny. Obserwował zachodzące w nim zmiany. To sprawiło, że zawahał się, świadom spustoszenia, jakiego był sprawcą. Czy kara pozostawała adekwatna do popełnionego czynu?
Nie... Przez ułamek sekundy poczuł palący wstyd, zmuszający go do poddania się. Czymże był jego kompleks niższości, niechęć do przyznania się błędu, w stosunku do tego, co działo się wewnątrz Willa? On... Stracił wiele więcej. W jaki sposób śmiał porównywać swoje upokorzenie do tego, co doświadczał ranny mężczyzna?
Otóż, nosił do tego pełne prawo. Obaj mieli do czynienia z potworami.
Wyprostował się, spoglądając na niego z góry. Wyrzuty sumienia prędko odeszły, lecz brak przeprosin, których Amon nigdy nie doświadczył, nie były ku temu powodem. Dostrzegł szansę. I z pełnym brakiem zahamowania, zamierzał ją wykorzystać. Opatrywanie rany, którego nie przerywał, zeszło na dalszy plan, odgrywało się jakby w innej sali szpitalnej. Dla Amona liczyło się tylko utrzymanie kontaktu wzrokowego z siedzącym naprzeciw mężczyzną. Dopieczenie mu do żywego, a jednocześnie... Zaspokojenie swojej ciekawości, skrupulatnie obserwując jego reakcje. Najwyraźniej nie miał już żadnych skrupułów.
Przywołał zasłyszane na korytarzach szepty. Wspomniał najbardziej absurdalne obawy, plotki i przypuszczenia, skupiając się na ich najmroczniejszych stronach. Zebrał je w jedno, nie szczędząc własnej inwencji, ściszając ton do tajemniczego półgłosu.
- Słyszałem wciąż padające w eter pytania... Jakim człowiekiem trzeba być, by dobrowolnie zgodzić się na przeistoczenie w demona? - zaczął niewinnie, udając, że nie dostrzegł zawahania się Williama. Zamierzał dzielić się brutalnymi szczegółami, co w obecnej chwili zdawało się nawet nieludzkie. Dlatego Amon z czystą satysfakcją podjął się wyzwania. - W imię czego? Inkwizycyjnych ideologii? Przeobrażając się w mechanizm potrafiący wyłącznie niszczyć? - cytował, a raczej udawał, że to czyni.
- Mówią, że bóg pokarał jej nadmierną pychę. Mówią, że już oszalała, nie odróżniając zła od dobra. Stworzona, by łowić wiedźmy, lecz gotowa by rozszarpać na kawałki wszystko, co żyje, rusza się i... Przypomina jej o tym, że niegdyś była człowiekiem - wypowiedział spokojnie.
Udał głupiego, nie wiążąc nazwania Willa potwora „nią”, nie przypisując temu ogromu emocji, jakie wprost wylewały się z mężczyzny. Brnął dalej, lecząc jedną z ran, ale pogłębiając inną, prawdopodobnie niemożliwą do zabliźnienia.
- Inkwizycja nie jest wdzięczna. Żywili wobec niej wielkie nadzieje, jednak gdy przekonali się, że demona nie sposób trzymać na smyczy... Krążą plotki o utylizacji nieudanego eksperymentu - ostrożnie stwierdził, podsycając w nim niepewność i wypatrując reakcji. Z pełną premedytacją grał na jego emocjach, ciekaw odzewu, wybuchu, do którego musiało dojść po przekroczeniu bezpiecznej dawki żalu. Dolewając oliwy do ognia, szepnął jeszcze:
- I pan na tym traci, choć nikt nie wątpi w szlachetność pańskich czynów. Plotki zawędrowały dalej. A zresztą... Nie powinienem - urwał gotowy do rozwinięcia wątek, udając zawahanie i fakt, że posiada jeszcze jakiekolwiek zasady moralne, niepozwalające mu na kopanie leżącego.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Karen Rutherford
Mistrzyni Psów Gończych
avatar

Liczba postów : 18
Join date : 11/04/2017

PisanieTemat: Re: Ciemna strona Inkwizycji    Pon Maj 28, 2018 4:07 pm

Świat pękł na pół w chwili, gdy Will zadał swoje pytanie. Właściwie to drobne szczeliny zaczęły pojawiać się wcześniej, kiedy Amon zaczął go odwiedzać. Już wtedy mężczyzna podejrzewał, że doprowadzi to do katastrofy, czuł, że uczestniczy w grze, w której zasad nie mógł być do końca pewien. A jednak postanowił w nią zagrać.
Ta właśnie gra waliła się teraz efektem domina, pociągając za sobą oba ich światy. Nie zastanawiał się, dlaczego tak to się musi kończyć. Nie miał czasu. Zapomniał nawet o obietnicy danej sobie jakiś czas temu, że nigdy nie straci nad sobą kontroli. Nigdy nie pozwoli, by ten chaos zwyciężył.
Nie odezwał się ani słowem. Nie mógł. Nie był w stanie. Nawet nie próbował. Tkwił w milczeniu, a każde kolejne zdanie wbijało mu się w kręgosłup, paraliżując wszystkie kończyny.
- Inkwizycja nic o niej nie wie - powiedział głucho po długiej chwili milczenia. - To oni powinni być wdzięczni jej, że poszła tą drogą, z której niewielu wraca, że nie bała się im zaufać. Nie mają pojęcia... - przerwał. Patrzył pustym spojrzeniem gdzieś daleko poza rzeczywistość.
Znów przywołał w myślach obraz z dawnych lat. Z czasów starego świata.
- Nie mają pojęcia, do czego doprowadzili. A teraz nikt nie kiwnął palcem, by coś zrobić. Potrafią jedynie gadać. Potrafią jedynie się bać, toną w strachu, robią pod siebie na samą myśl. Z tobą jest tak samo, prawda? Modlisz się w duchu, by nigdy jej nie spotkać. By nigdy nie stanęła na twojej drodze. By po prostu przestała istnieć. Jesteś taki sam jak wszyscy inni. Przyznaj, ile razy miałeś mokro w gaciach na samo wyobrażenie?
Był zły. Wściekły. Nie wahał się już przełamywać barier, rozstrzaskał wszystkie w milion kawałków. Zbyt wiele słów cisnęło mu się na usta zbyt wiele razy. Nigdy nie wypowiedział żadnego z nich.
- Demon? Nikt nie zostaje demonem z własnej woli. Oni go z niej zrobili. Zrobili z niej bestię w chwili, gdy przestali w nią wierzyć. I oczekują, że magicznie zacznie się ich słuchać. Ich, którzy widzą w niej jedynie narzędzie. A teraz okazuje się, że nawet tego nie. Przerosła ich. Skurczyli się pod wizją, że stworzyli coś, nad czym nie są w stanie panować. Skurczyli się jak tchórze, zasmarkane dzieciaki pod kieckami matek mają więcej odwagi niż oni. Zdychające psy na ulicy więcej rozumu.
Nie przejmował się, że właśnie bluźni na najświętszą organizację w samym jej sercu. Miał gdzieś, że ktoś może go usłyszeć. Wiedział, że wciąż jest potrzebny.
- A ty? Jak mocno wierzysz w Inkwizycję? Chcesz zobaczyć ich „geniusz”? Za co wszyscy ich tak wychwalają? - W tym momencie złapał go za przedramię. Uścisk był mocny i lodowaty. Powrócił wzrokiem na chłopaka, wbijając w niego obłąkane spojrzenie szaleńca. - Chodź, pokażę ci. Zobaczysz ich arcydzieło. Może uda ci się nad nim zapanować. Zostaniesz bohaterem. Nie chciałbyś? Będą ci rzucać kwiaty pod nogi, padać na kolana. Pokonasz Demona. Pokonasz to, przed czym sra ze strachu cała Inkwizycja.
Gwałtownym ruchem zszedł z łóżka. Puścił mimo oczu fakt, że Amon nie skończył bandażować mu rany. Miał to w dupie, nie czuł bólu. Niech patrzą, niech widzą. Dwie szramy po pazurach na lewej ręce. Swoisty symbol postępu technologicznego.
Nie puścił chłopaka. Robił sztywne kroki naprzód, ciągnąc go bezlitośnie za sobą.
To nie są moje ręce.
Otworzył drzwi.
To nie jest moje ciało. To nie jestem ja.
Szarpnął blondyna, wypychając go przed siebie. Wciąż nie puścił. Zatrzasnął drzwi.
- Powiedz mi więcej. Zawahałeś się wcześniej. Powiedz mi wszystko. Jak daleko zawędrowały te plotki, hm? Jak daleko sięga głupota ludzka? Nie krępuj się, chętnie posłucham.
Nie odwracał się do niego, zmuszając go do trzymania tempa. Nie panował nad głosem, łamał się wyraźnie w wielu miejscach. Nad ruchami też nie panował. Trząsł się w szale, ledwo utrzymując pion. Musiał w pewnym momencie przytrzymać się ściany, sunąc wzdłuż niej, jednak nie tracąc prędkości. Mógł iść z zamkniętymi oczami. Za dobrze znał drogę. Za często tam bywał.

___________________
Dialog * Myśli * „Wewnętrzny głos”
.
.


.
.
.

"Come closer, I don't bite... often... usually... sometimes...
Actually, you might want to keep your distance."
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 404
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Ciemna strona Inkwizycji    Sro Maj 30, 2018 8:08 pm

Milczenie było równie wymowne, co najgłośniejszy krzyk. Obserwował go z ledwie ukrywaną ciekawością, przygryzając wnętrze warg z rosnącego w nim podniecenia. Stłumił w sobie pierwsze, gorejące oznaki satysfakcji. Rozpalone zainteresowanie i zadowolenie z własnych poczynań nie odbijało się na twarzy Amona, lecz gdyby Will przytknął ucho do klatki piersiowej chłopaka, z pewnością poczułby szaleńcze bicie jego serca. Uwielbiał stworzony przez niego chaos. Z żywą przyjemnością patrzył, jak świat płonie.
Gotów był mu przytakiwać, entuzjastycznie powtarzać wszelakie wypowiedziane tezy, jednocześnie podsycając w nim rosnącą niepewność i pierwsze oznaki szaleństwa, jakich się dopatrzył. W ten sposób mógł się dowiedzieć więcej, nie dając od siebie tak naprawdę wcale. Układ idealny.
- A pan nie odczuwa strachu? - odbił piłeczkę, nie odpowiadając na zadanie pytanie. - Sądząc po tych obrażeniach, nie świadczyłoby to dobrze o pańskim instynkcie samozachowawczym... - kiwnął głową na ranę, obdarzając ją znaczącym spojrzeniem.
Podobało mu się. Kochał ten moment, krawędź, do jakiej zaprowadził Williama z dziecinną łatwością. Czy będzie on w stanie postawić krok dalej, zatracając się zupełnie?
Naciskałby dalej, czyniłby to aż do złamania którejkolwiek ze stron. Gdyby nie tylko gest ze strony Williama, na który nie był w stanie zareagować spokojem. Strach, jaki niewątpliwie odczuwał wobec legendarnego potwora był niczym, w porównaniu do tego, co odczuwał do pochłoniętego szałem mężczyzny. To co czuł było realne, działo się teraz, kruszyło jego dumę i chęci do dalszej walki. Niezależnie od konsekwencji, nie zamierzał dłużej na to przyzwalać.
Szarpnął się silnie, a w szeroko otwartych oczach Amona błyszczało najszczersze ostrzeżenie. W ułamku sekundy utracił wizerunek ułożonego adepta, gotowego pójść na spore ustępstwa. O nie. Amon nie znał słowa „kompromis”. Przez zaciśnięte zęby warknął:
- Spierdalaj. - Oho, kolejny etap, z brutalnym pominięciem formy per „pan”. Tylko stan Williama sprawił, że nie ruszył się z miejsca, wybierając ucieczkę. Choć jego uchwyt był silny, Amon zamierzał się bronić, do kiedy starczy mu tchu. - Nie waż się mnie dotykać - ostrzegł go, zupełnie innym tonem, niż tym, którym obdarzał go dotychczas. - Posłuchaj siebie. Do reszty postradałeś zmysły - wydyszał jeszcze, w końcu sprawiając sprawę w szczerym świetle, wypowiadając to, co siedziało mu w głowie, od kiedy poruszyli temat Potwora.
Owszem, niegdyś pragnął na własne oczy ujrzeć to, o czym wszyscy mówią. Chciał mieć szansę, jednak gdy w końcu ją otrzymał... Nie spieszył się, by opuścić bezpieczny pokój szpitalny. Niestety, był również zdania, że duma jest ważniejsza od życia. Ale, do cholery, nie chciał tracić go w tak idiotyczny sposób...
Obdarzył go twardym spojrzeniem, zamierzając ponad wszystko utrzymać kontakt wzrokowy.
- Pójdę z tobą - oznajmił niespodziewanie, a jego głos dźwięczał stalą. - Pójdę, bo chcę zobaczyć, jak kolejny raz jej pazury rozorzą ci inną część ciała, podczas gdy ty będziesz pokazywał mi, jak wiele wciąż zostało w niej człowieka - rzucił mu wyzwanie, przywołując na wargi paskudny uśmiech.
Po wszystkim, targała nim złość. Chciał zobaczyć, jak Will cierpi za wymierzoną przeciwko niemu zbrodnię. Na obecną chwilę nie obchodziły go już kwestie moralne i rzeczywiste zachowanie człowieczeństwa przez Bestie. Ba, miał nawet nadzieję, że zasłyszana opinia jest zgodna z prawdą. Chciał, by go zabolało, a ewentualne skutki uboczne w postaci własnych obrażeń, paraliżującego strachu i możliwego poniżenia.
Zgodził się na podróż, lecz niezbyt dobrze znosił jego siłowe rozwiązania. W drodze pochwycił szkolną torbę, z którą zawitał u Williama, wyrywając się aż do drzwi. Został niemal wypchnięty, na co warknął wściekle, obiecując sobie, że jeszcze trochę i pokaże mu swoje miejsce. Miał najszczerszą ochotę udusić go własnymi rękoma, nim jeszcze dojdą do klatki Potwora, aby tam dokończyć żywota.
Na zadane pytanie miał już przygotowaną odpowiedź. Chciał mu dopiec, tym razem nie hamując się, a wyrzucając z siebie cała złość, jaką tylko nosił.
Niestety, nagle przeszkodził mu cichy głos dobiegający zza ich pleców:
- Przepraszam? Nie za wcześnie na spacery?
Gdy odwrócili się, mogli dostrzec młodego balsamistę, odpowiedzialnego za inny oddział, ale najwyraźniej kojarzącego przypadek Williama. Doskonale wiedział, że ten nie powinien się nadwyrężać.
Amon skamieniał. Nie chciał dostawać nagany. Wyprostował się, własnym ciałem przysłaniając odsłoniętą ranę mężczyzny. Jego twarz natychmiast złagodniała, a on obdarzył starszego balsamistę czarującym spojrzeniem. William mógł być doprawdy przerażony jego umiejętnością zmiany nastawienia.
- Pacjentowi przyda się odrobina świeżego powietrza. Wkrótce wrócimy - oznajmił zdecydowanym, ale pokornym tonem, wyjątkowo zbliżając się do Willa, jakby służąc mu za podporę. Skinął na lekarza, najwyraźniej ukontentowanego taką odpowiedzią.
Dlaczego to uczynił? Natychmiast pożałował, mogąc się ratować, gdy tylko była na to okazja. Rzucił wściekłe spojrzenie Willowi, natychmiast ukazując, co o tym myśli. Mimo wszystko, spór toczył się wyłącznie pomiędzy nimi. Nie było sensu mieszać w to osób trzecich.
- Chcesz wiedzieć? Głupota ludzka sięga krańców noszenia w sobie wiary, tam gdzie nie ma już cienia nadziei. Liczą się efekty. Pożytek. Zwierze, które kąsa swojego pana, nie zasługuje na nagrodę, nie uważasz? - zapytał, szczerząc zęby w pełnym złośliwości uśmiechu.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Ciemna strona Inkwizycji    

Powrót do góry Go down
 
Ciemna strona Inkwizycji
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Off-Topic :: Strefa pozafabularna :: Retrospekcje-
Skocz do: