IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Pokój Matthewa/ Park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Pokój Matthewa/ Park   Nie Paź 28, 2018 11:59 pm

Potrójna lokacja. Wow.

Pierwsze trzy posty są z perspektywy Matta i Amona osobno. Reszta sesji normalnie.

___________________


Ostatnio zmieniony przez Matthew dnia Pon Paź 29, 2018 12:10 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Pokój Matthewa/ Park   Pon Paź 29, 2018 12:06 am

Pytania zdały się na nic - nikt nie wiedział, co stało się z Mattem. Nie był jeszcze na tyle zaniepokojony, by pytać jego nauczycieli, ale po drugiej wizycie pod jego pokojem, po której pocałował klamkę, jego desperacja weszła na wyższy poziom.
Szczerze, miał wyrzuty sumienia. Obrażenia nie wyglądały tragicznie, lecz kto wiedział, co więcej mogło się stać po ich rozstaniu? Mógł tylko zgadywać. Nawet nie przeszło mu przez głowę, by zapytać Lynna o nieobecność rudzielca, choć ten nie znał szczegółów ich ostatniego spotkania.
Nawet poświęcając się pracy, nie myślał o niczym innym, równocześnie nie chcąc wywoływać wokół siebie zamieszania. Nikt nie powinien sądzić, że mu zależało, o nie. Po dość wyczerpującym, całodziennym dyżurze, ledwie odłożył rzeczy, zdjął marynarkę z kamizelką i popędził na przeciwległe skrzydło sypialne, spróbować po raz ostatni. Serce zamarło mu, gdy ujrzał smugę światła w szparze pomiędzy drzwiami a podłogą. Czyli jednak...?
Zapukał od razu, przybliżając się znacznie do drzwi, chcąc rozszyfrować, co dzieje się za nimi.
***
Lekarz z kliniki na całe szczęście łyknął ich bajeczkę z napadem, aczkolwiek ku jego niezadowoleniu wypisał mu przymusowe zwolnienie. Nie cieszył się wcale, a wcale - egzaminy zbliżają się dużymi krokami, a on ma siedzieć na tyłku? Już to widział. Także perspektywa pytań od Goldenmayera i rodziców mu się nie uśmiechała. Ech, no ale cóż, nie miał wyboru do tego.
Załatwił jeszcze kilka spraw w Inkwizycji, oraz u znajomych (a ściślej u jednego - Lynna), tylko z Amonem nie miał zamiaru się żegnać, nie chciał go w tym momencie widzieć, a zresztą i tak był warty dla niego naprawdę niewiele, skoro tak po prostu go sobie zostawił. Bolało go to do żywego.
O dziwo jego matka panikowała tylko jeden dzień i nie mdlała ani razu, najwyraźniej wypiła wcześniej dużo melisy, a i reszta rodziny nie męczyła go o to dłużej niż było to potrzebne. Długo musiał się natłumaczyć co i jak do tego doszło, ale ostatecznie prócz ojca, który obiecał mu, że “tych bandytów spotka jeszcze sprawiedliwość”, o ile oczywiście wypadnie dobrze na egzaminach. Przy okazji, chyba jeszcze nie widział, żeby jego ojciec był tak nim zaniepokojony, dawno ich chyba już nie odwiedzał…
Reszta dni upłynęła mu też dość przyjemnie. Czytał książki, bawił się z dziećmi swoich braci; bardzo je lubił, jak każdy dumny wujek mógł w końcu pobawić się z kimś swoimi lalkami i misiami. Mógł w końcu też porozmawiać ze swoją matką, kiedy tylko udało mu się odlepić ją od jej wnuków. Dowiedział się, że ich dom powiększy się jeszcze o zwierzątko; miał mieszane uczucia, ale nie był pewien, poza tym dowiedział się jeszcze że jest z niego dumna. Był szczęśliwy.
Jednak wszystko co dobre niestety się kończy. Musiał wrócić. Cieszył się jednak mimo wszystko, czekało go dużo materiału do nadrobienia i musiał się skupić na powtórkach do egzaminów, miał nadzieję że jego profesor pomoże mu z tym przynajmniej.
Cały dzień spędził w sumie na bieganinie za materiałami, tylko chwilę miał na przywitanie się z Lynnem (i odebranie od niego pewnej rzeczy przy okazji). W końcu wieczorem mógł się rozciągnąć na swoim łóżku i trochę odpocząć, ach jak mu się należało.
Ale co to? Pukanie do drzwi? Nie spodziewał się, zupełnie. O tej godzinie?
- Proszę! - zawołał, siadając na skraju łóżka. Czyżby o czymś dziś zapomniał? Miał nadzieję, że za długo to nie zajmie,  bo miał się już myć i przebierać w koszulę nocną.
***
Poczuł ulgę na dźwięk jego głosu. Trapiące go wyrzuty sumienia sprawiały, że w głowie Amona witały najczarniejsze scenariusze. A co jeśli nie trafił do  internatu, a w jego pokoju właśnie ktoś zbierał dowody zbrodni? Musiał sprawdzić, mimo wszystko, chociażby po to, by do końca życia obarczać się winą lub zezłościć na chłopaka, za to, że nie dał mu znać ani słowem. Nim nacisnął klamkę, ostrzegł go:
- To ja.
Wszedł jak do siebie, co zresztą czynił niezliczoną ilość razy. Czuł się w tym pokoju dobrze, nie zamierzając się hamować u Matta z niczym.
- Wróciłeś w końcu. Gdzie byłeś? - przywitał go tym pytaniem, zamykając za sobą drzwi i opierając się o nie plecami. Jego głos zdradzał jawny wyrzut, jakby nieobecność chłopaka była dla Amona wielkim ciosem.
***
Zmarszczył brwi, od razu rozpoznał głos zza drzwi. Dziwne, że nie pomyślał od razu, że to on. - Ach, to ty. Cześć - rzucił niby nie zwracając na niego większej uwagi. Dalej miał do niego żal o to, że go zostawił. Czego on się spodziewał, że rzuci się mu na szyję?
- Byłem w domu. W klinice przymusowo kazali mi siedzieć właśnie tam, więc nie miałam za bardzo wyboru, gdzie mógłbym być - prychnął. - Czy to już wszystko? - zapytał lekceważąco, marszcząc przy tym nos. - Jeśli pytasz o to, czy cię stąd wyrzucą, to się nie martw. Twój ojciec nie powiedział nikomu, że ty go tak urządziłeś. Inaczej siedziałbyś już teraz na bruku...
***
Zacisnął zęby, lecz nie wypowiedział ani słowa, co dawało pozór, że przyjął te wszystkie wiadomości ze spokojem. Był zły, choć w głębi duszy wiedział, że nie ma ku temu prawa. Gdy Matt chciał się z nim już żegnać, lekko obrażony wypowiedział:
- Mogłeś dać znać, że żyjesz...
Był wielce niepocieszony, że dowiaduje się o wszystkim jako ostatni. Zważywszy jednak na okoliczności nie okazywał swojego oburzenia ani też nie obwieszczał, jak bardzo nie obchodzi go stan Wilhelma. Nie zamierzał nigdy więcej wracać do tego tematu - ostatnio rzekło się zbyt wiele.
- Co z twoją głową? - zapytał w końcu, najwyraźniej nie mając zamiaru nigdzie odchodzić, przynajmniej, do kiedy on sam nie zarządzi końca spotkania. - Czekałem na ciebie. Gdybyś tu wrócił sam bym się tym zajął - machnął dłonią w kierunku jego twarzy, wyraźnie poddenerwowany.
***
A więc Amon się nie poddawał. Najwyraźniej szykowała się między nimi kolejna awantura, jednak Matthew na to nie zważał. Amon zranił go do reszty, a wszystkie rany się jeszcze nie zagoiły.
- Wybacz, nie miałem czasu - zaświergotał ironicznie. Nie raz on traktował go jak ścierkę, więc nie będzie dla niego udawał, że nic się nie stało.
- Teraz wszystko dobrze. Zajęli się mną w klinice, kiedy doktor zobaczył, że krwawię to nie chciał mnie wypuścić. Wracanie tutaj byłoby tylko stratą czasu - przewrócił teatralnie oczami. - Powiedz, o co ci chodzi? Bo w życiu ci nie uwierzę, że obchodzi cię to co się ze mną dzieje! - w końcu nie wytrzymał i stanął na równe nogi. Jego wyraz twarzy bez żadnych złudzeń zdradzał, że czuł się skrzywdzony. Nie chciał walczyć, naprawdę, ale z nim nie widział innego wyboru.
***
Zaczynało się robić groźnie. Najwyraźniej liczył, że jeśli wpadnie tu z impetem, nawrzuca mu i zwali winę na niego, to Matt ulegnie, ba - jeszcze go za wszystko przeprosi. Doskonale wiedział, że przesadził, jednak jak zwykle, nie zamierzał prosić o wybaczenie. Mimo to, nie naciskał dalej. Przechylił głowę, przyglądając mu się w zainteresowaniu, w końcu odklejając łopatki od drzwi. Uśmiechnął się, stawiając pierwsze kroki w głąb pokoju.
- Bywam dla ciebie nieprzyjemny - powiedział tajemniczo, nie przestając się uśmiechać. Zbliżył się, jednak wyminął Matta, rozglądając się po jego pokoju, jakby był tu po raz pierwszy w życiu. Obdarzał zainteresowanym wzrokiem sufit, bezpłciowe tapety. - Czasami tak bardzo, aż sam się sobie dziwię - dokończył pogodnym tonem.
Odwrócił się w jego stronę, stając tuż za jego plecami.
- Wiesz dlaczego? - zapytał, nie czekając jednak na odpowiedź. - Bo wiem, że zawsze mi wybaczysz - odpowiedział po krótkiej przerwie, nawet na chwilę nie tracąc pewności siebie.
***
Cały czas wodził za nim wzrokiem, kiedy tamten niczym wąż przesuwał się po jego pokoju. Amon przypominał teraz wilka szykującego się do rzucenia się na swoją ofiarę - bezbronną owcę na samym środku pokoju.
Normalna osoba, albo by kazała się już mu wynosić, albo sama by uciekła, ale Matt nie był normalny. Z kolejnymi słowami czuł się coraz bardziej uziemiony w miejscu, nawet kiedy stracił go z oczu - on dalej patrzył przed siebie, spijając wszystko co mu mówił. Atmosfera zgęstniała.
Stres jaki czuł, kiedy Amon nie wydawał żadnych dźwięków był gorszy od przesłuchania. Wtedy nagle usłyszał głos, zaraz na jego szyi. Miał gęsią skórkę na całym ciele i zaczął się trząść. Naprawdę, serce podskoczyło mu w tym momencie do gardła. Amon w tym momencie serio mógł go dźgnąć nożem, a przynajmniej tak myślał. Wypowiedziane przez niego słowa były niezwykle przerażające. Powoli uświadamiał sobie, że miał do czynienia nie z jego przyjacielem, a z potworem z ciemnej alejki, którego widział owego dnia odwiedzin ojca Amona.
Nie wytrzymał. Blady jak ściana odskoczył od niego i obrócił się, by spojrzeć mu w oczy. - TO NIEPRAWDA! - krzyknął, cofając się przy tym od niego. Strach miał wymalowany na twarzy, nie potrafił być spokojny jak tamtego dnia, ale nie miał zamiaru tego tak zostawić. Przełknął ślinę.
- Wiesz dlaczego to robię? Wiesz?! - jęknął, marszcząc brwi. - Bo ja wiem, że naprawdę nie jesteś taki! Jesteś dobry i naprawdę jeśli chcesz, potrafisz być najlepszym przyjacielem, a mi na tobie zależy, i to bardzo!
Miał go na talerzu - był całkowicie bezbronny, zarówno fizycznie jak i z jego emocjami. Jeśli chciał go naprawdę skrzywdzić mógł to zrobić. Oczy Matta już napełniały się łzami. - Teraz nie jesteś sobą! Wiem, że w środku nie chcesz źle, ale jeśli dalej będziesz taki… W końcu przestanę przepraszać.
***
Przysłuchiwał mu się z uśmiechem, czując, że gdyby tylko chciał, mógłby zrobić z nim wszystko. Każda żywsza reakcja mówiła mu, że uderzył w dobrą strunę, wywołując dźwięk taki, jaki chciał usłyszeć. Wiedział, że każdy ma swoje granice. Jednak oni... Ich relacja była wyjątkowa. Amon był pewny, że Matt wybaczy mu wszystko, chcąc przebywać blisko niego. I szczerze mu to odpowiadało.
Wolał jednak nie kusić losu dłużej. Powrót do normalności będzie szybszy, jeśli pozwoli mu zapomnieć o dawnych urazach. Przemówił powoli:
- To możliwe, Matthew - przytaknął mu z pełnym poświęceniem, a w jego słowach nie sposób było doszukać się kłamstwa. Zaraz spoważniał. - Powinienem jednak się obrazić... Że też nie nauczyłeś się po wszystkich latach - w ten sposób okazuję, że i mi również zależy - wyjaśnił pobłażliwie. Nie czekał długo na ripostę, bo gdyby Matt miałby zastanawiać się nad wypowiedzią chłopaka, z pewnością dostrzegłby powalający brak logiki w okazywaniu uczucia będąc jednocześnie niemożliwym draniem. - Czekałem na ciebie. Codziennie sprawdzałem, czy już wróciłeś. Martwiłem się, musisz mi uwierzyć.
Zbliżył się do niego, mrużąc oczy. Ni z tego, ni z owego uklęknął przed wzburzonym Mattem, ujmując jego dłoń, aby położyć ją sobie na boku twarzy. Spojrzał do góry z łagodnym uśmiechem.
- Nie złość się na mnie dłużej, bo pęknie mi serce - wypowiedział, rozkosznym uśmiechem odbierając powagi tej osobliwej scenie.
***
Amon znów w mgnieniu oka się zmienił, kompletnie dezorientując chłopaka. I już po wszystkim? Jednak nie chciał go zabić? Naprawdę, przebywanie dłużej z blondynem w przyszłości poskutkuje tym, że zejdzie na zawał.
Zostawił go w takim stanie, że nie nie mógł wydusić z siebie słowa, nawet w odpowiedzi na jego absurdalne zapewnienia, mimo iż bardzo chciał, lecz jedyną rzeczą jaką chciał bardziej to przestać się kłócić.
Westchnął. - Wiem, wierzę w to - mruknął. - Specjalnie ci nie powiedziałem. Chciałem, byś się martwił… Przepraszam, to było głupie i dziecinne! - i znowu przepraszał! Ech, chyba się nigdy tego nie oduczy.
Nagle jednak Amon znów przeszedł samego siebie. Matt zbaraniał. Gapił się jak ten klęka przed nim na podłodze, po czym zaczerwienił się jak pomidor. Zadrżał. - Amon! - krzyknął, wystraszony kolejną absurdalną sceną. Co on z nim przeżywał, naprawdę! - Błagam, wstań i nie wygłupiaj się tak! Przerażasz mnie!!! - jęczał, wyrywając dłoń z jego uścisku i przyciągając ją do siebie.
- Nie jestem na ciebie zły! Tylko smutny… - tłumaczył się jakby to on był winny. - Przykro mi, że wtedy tak tam wyszło. Zostawiłeś mnie... - tu chwilę zamilkł, po czym dodał od razu. - Ale nie miałem prawa od ciebie tego wymagać, sam to mówiłem przecież! Zresztą już mi przeszło, sam nie wiem co robię… - mruknął smutnie.
***
Gdy wiedział już, że trzyma go w garści, postanowił nie przeciągać struny, nie zmuszając go do wielkich poświęceń. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie wykorzystał sytuacji bardziej. Puścił jego dłoń, przybierając minę smutnego pieska, gdy pozostał bez dotyku.
- Nie rób tak więcej. Inaczej oszaleję. Albo zrobię coś naprawdę głupiego - poprosił go, idąc za ciosem. Był jednak ekspertem w czynieniu głupich rzeczy i nic, nawet przysięga Matta nie mogła sprawić, że odejdzie od tego nawyku.
Spoglądał na niego z pokorą, zadzierając głowę ku górze. Jedynie uśmiech mógł zdradzać jego niezbyt potulne nastawienie.
- Wstanę, jeśli mi wybaczyłeś - oznajmił, jakby gotów był klęczeć przed nim resztę nocy. Nie obiecywał poprawy, nie przepraszał. Zupełnie porzucił poprzedni temat, nie zamierzając do niego wracać. - Mogę zobaczyć, co z twoją raną? - zapytał, już poważniej, ciekaw, czy prywatny lekarz o dobrej opinii dorównuje inkwizycyjnemu balsamiście.
***
- Dobrze, obiecuję już tak nie robić - westchnął. Wiedział, że z obietnicami Amona nie ma co żartować i prędzej czy później odwali coś naprawdę głupiego. Ech.
- Amon - jęknął znowu. - Mówiłem, że się nie gniewam na ciebie. A teraz proszę cię bardzo wstań. Podłoga nie jest najczystsza - spojrzał na niego pobłażliwe. Doprawdy, co on z nim miał.
Zdziwił się, chociaż zupełnie bezpodstawnie - Amon przecież od samego początku wypytywał go o tę ranę. - No dobrze - odparł, odgarniając włosy. - Tylko proszę cię, uważaj; za parę dni będą mi zdejmować szwy, doktor mówił, by pod żadnym pozorem ich nie dotykać.
***
Uśmiechnął się drapieżnie, na kolejne, zupełnie nietrafne życzenie chłopaka podnosząc się na równe nogi. Nie przeszkadzała mu odrobina kurzu. W obecnym stanie najbardziej uwłaczający był sam fakt klęknięcia, ale wiedział jedno - było warto po stokroć, widząc jego reakcję. Podniósł się, nieotrzepawszy kolan, jakby poprzednie ugięcie nigdy nie miało miejsca. Stał przed nim wyprostowany, z poważną już twarzą podchodząc do badania rany, jak lekarz na najprawdziwszej kontroli. Ocenił ją skrupulatnie, nie mogąc powstrzymać rosnących w nim wstydu i żalu.
- Zrobiłbym to lepiej - prychnął, zadzierając głowę i odchodząc od Matta. Ni z tego, ni z owego, rzucił się plecami na łóżko rudzielca, zupełnie go ignorując, choć jeszcze przed sekundą ponad wszystko zabiegał o jego uwagę.
- Chyba nie idziesz spać? - zapytał niewinnie zza przymrużonych powiek.
***
- Skoro już tu jesteś, byłoby to raczej niemożliwe - uśmiechnął się niemrawo. Chyba wrócili już do normalności. Podszedł spokojnie do łóżka i usiadł na jego brzegu, tak by nie dotykać Amona. - Wiesz, to właściwie dobrze się składa… - odparł tajemniczo, spoglądając mu rozmarzenie w oczy. Chyba naprawdę za żadne skarby świata nie potrafił się na niego dłużej gniewać.
Nagle sięgnął do swojej torby leżącej tuż obok łóżka i coś z niej wyciągnął, po czym schował to za plecami, tak by Amon tego nie widział. - Mam coś dla ciebie - zaświergotał wesoło. - Tylko muszę się zastanowić co chcę w zamian, hmm...
***
Czuł się przy nim swobodnie. Bez obawy przed niczym zamknął oczy, chłonąc dobrze mu znany zapach. Wiedział, co stanie się w następnej kolejności. I nie pomylił się, gdy chłopak usiadł w pobliżu.
- Niczego ci nie bronię - powiedział łagodnie, jakby dając mu błogosławieństwo na odpłynięcie w krainę snu. - Ale nie będę siedział w ciszy ani też przyglądał się, jak śpisz - zapewnił go, w rzeczywistości samolubie planując wszystko, byle nie nudne zakończenie dnia.
Po słowach chłopaka ożywił się znacznie, natychmiast wspierając się na łokcie, by lepiej go widzieć.
- To prezent? - zapytał z niedowierzaniem. Prędzej spodziewał się złośliwego żartu, zwłaszcza, że był ostatnią osobą na świecie, która zasłużyłaby na nagrodę. - Zrobię wszystko. Sprawdź mnie - zapewnił go, siadając na łóżku, wyraźnie nie mogąc się doczekać niespodzianki.
***
Amon cieszył się jak dziecko, co było na swój sposób całkiem urocze. Do końca jednak nie przemyślał jego zapłaty za prezent, nawet w ogóle jej nie zakładał, miał to wszystko zrobić jutro, ech.
- Spokojnie, zaraz coś wymyślę - zaśmiał się do siebie. Chwilę później spoważniał i to bardzo. Wrócił wspomnieniami do ich balu. Spojrzał na ich dłonie - były bardzo blisko. Mógł go w końcu sprawdzić i rozwiać wszelkie wątpliwości, prawda? Poza tym przysługa, obrócona w żart byłaby świetną przykrywką? Więc czemu się wahał? Pełnym strachu i emocji wzrokiem spojrzał mu w oczy. Przełknął ślinę - nie dał rady.
- Nie patrz się tak na mnie, Amon! Nie mogę się skupić! - odsunął się od niego na bezpieczną odległość. Brawo Matthew, spaprałeś to! Na szczęście w międzyczasie przyszedł mu do głowy kolejny pomysł.
Przywdział surową minę. - Masz mi obiecać, że już nigdy, do końca życia nie będziesz mi nic udowadniał, dobrze? - był naprawdę śmiertelnie poważny, ale po chwili na je jego twarz wkradł się lekki uśmiech, aż w końcu cicho się zaśmiał. - Czym ja się łudzę…- westchnął jeszcze.
- To może tak - kontynuował dalej - We wtorek po zmianie pójdziesz ze mną do parku i będziesz siedział tam aż do wieczora, może być? Tylko o nic nie pytaj, to kolejna niespodzianka - zaświergotał.
***
Obserwował go czujnie, jakby reakcje pojawiające się na jego twarzy mogły zdradzić, co akurat przeszło mu przez myśl. Czyżby się hamował? Ach, jakże chciałby wiedzieć, co kryło się pod tym rudym czerepem!
Zawiódł się wypowiedzianym żądaniem, ale był gotów zgodzić się na wszystko, by otrzymać ten tajemniczy podarek, nawet jeśli słowa dotrzymałby co najwyżej do kolejnego poranka. Całe szczęście, Matt żartował, a on przynajmniej nie musiał się tłumaczyć w przyszłości kolejnymi kłamstwami.
- Hm? - zmarszczył brwi, zupełnie się tego nie spodziewając. - Co za bezsens! - westchnął, gwałtownie kręcąc głową. - W ogóle nie potrafisz się targować. Prosisz o coś, co oddałbym ci bez słowa. Ech... Musisz się jeszcze wiele nauczyć - uśmiechnął się, jakby w jego głowie narodził się kolejny, złowieszczy plan. Doprawdy, w sytuacji Matta zażądałby o wiele więcej... - Zrobię to, jeśli moja obecność jest ci niezbędna - obdarzył go sugestywnym spojrzeniem, zaraz wyciągając ku niemu dłoń.
- Słowo się rzekło. Teraz pokaż, co masz dla mnie.
***
- Humpf, ja wcale nie chciałem się “targować” - prychnął. - Lepiej nie marudź, bo się rozmyślę i będę musiał wymyślić coś innego, a tego, uwierz mi, byś nie chciał. - zmarszczył nos, ale nie potrzeba było geniusza, by widzieć że po prostu się wgłupia.
Zmierzył jeszcze wzrokiem dłoń Amona. - Nie tak szybko - zaświergotał. - najpierw zamknij oczy, inaczej jej nie dostaniesz - uśmiechnął się lekko złośliwie. Miał nadzieję, że Amon nie uzna tego za próbę poniżenia go, bo inaczej może się pożegnać z jedynkami.
Jeśli zrobił to o co prosił, w końcu wyciągnął tajemniczy obiekt zza pleców. Była to pozytywka z domu blondyna, z tym że naprawiona przez Lynna, miał nadzieję, że Amon to doceni. Delikatnie ułożył pozytywkę na jego dłoni jedną ręką, a drugą na przyłożył do dłoni przyjaciela, by ją objął. Serce zabiło mu szybciej.
- Proszę bardzo, Amon, wróciła do właściciela - powiedział spokojnie uśmiechając się ciepło i delikatnie. - Kazałem ją naprawić przed tym jak wróciłem do domu, ale jeszcze jej nie nakręcałem.
***
Posłusznie zamknął oczy, lecz gdyby jego niepewność trwała zbyt długo, nie wahałby się podglądać. Niemal podskakiwał z emocji, nie mogąc się doczekać, niczym dziecko przed zdmuchnięciem urodzinowych świeczek. Wyczuł pod palcami drewniany przedmiot, jeszcze nie zdradzający mu zbyt wiele. Wraz z jego słowami otworzył oczy.
Szczerze się zdziwił. Na tyle, by przez dłuższą chwilę nie wypowiedzieć ani słowa. Musiał połączyć wszystkie fakty, łącznie z powrotem Matta do mieszkania Wilhelma, zabraniem pozytywki i oddaniem jej do naprawy... To całkiem sporo pracy, jak na odwdzięczenie się po tym, jak go potraktował... Wciąż nie mógł wyjść z szoku, trzymając przedmiot w pewnej odległości od siebie.
- Widziałeś się z nim... - mruknął, nie musząc tłumaczyć, kogo ma na myśli. Podczas gdy on dopytywał się każdego o Matta, rozwiązanie było tak blisko... Był zły, że po wszystkim chłopak zamiast do niego, poszedł do ich wspólnego przyjaciela.
Westchnął ciężko, odbierając pozytywkę i rzucając się ponownie na łóżko, miękko lądując na nim plecami.
- Chyba... muszę ci podziękować - zaczął cicho, w palcach obracając pudełko, jakby bojąc się od teraz zaglądać do środka. - Nie spodziewałem się tego...
***
Uśmiechał się z napięciem oczekując reakcji blondyna. Z początku wszystko szło jak powinno - chyba się cieszył, ale z każdą chwilą rysa niezadowolenia się powiększała. W końcu wypalił. Teraz Matt zdziwił się jak nigdy, Amon wypowiedział się o nim jak o synu z nieprawego łoża.
- N-no tak - jęknął zdziwiony. - A do kogo innego miałbym pójść? - Bardzo się teraz zmartwił. Co znowu zrobił źle? Chciał mu tylko sprawić przyjemność, a jak zwykle tylko go zdenerwował. Niby to on był z nich wszystkich tym najwrażliwszym, ale to tak naprawdę z Amonem trzeba było się obchodzić jak z jajkiem. Bolało go to. - On też o niczym nie wie - odparł szybko. Miał nadzieję, że o to mu chodziło i że ta wiadomość go uspokoi. - W sensie nie powiedziałem mu, że u ciebie byłem. Myślał, że pozytywka jest moja. - Pokręcił głową. - Nie rozumiem cię, Amon...
Położył ręce między kolana. Znowu powstało między nimi napięcie. Westchnął równie głośno. - Nie musisz, nie po to ci ją oddałem… - zacisnął wargi. - W domu wyglądałeś jakby była dla ciebie ważna. Chciałem, by mimo wszystko coś dobrego wyszło z tego nieszczęsnej wizyty. Myślałem że tym wynagrodzę ci to co zrobiłem, ale najwyraźniej i tu się przeliczyłem - powiedział z wyrzutem, ale chyba do siebie.
***
Wysłuchiwał go w ciszy, wiedząc, że reakcja, jaką go obdarzył znacznie różni się od odczekiwań Matta. Nie potrafił się jednak cieszyć, czując, że jego rywal wygrał ten nieistniejący pojedynek. Trzymał w dłoniach pozytywkę, nie otworzywszy jej jeszcze, przemówił:
- Była mi ważna. To prezent. - Prezent, który jednocześnie w jego rękach stał się niemal narzędziem zbrodni. - Nie jestem jednak sentymentalnym człowiekiem. Jestem zadziwiony, że poświeciłeś tyle zachodu, dla mnie... - wyznał, dopiero teraz uznając, że czyn Matta miał na celu sprawienie mu przyjemności. Dlaczego się tak starał? Czyżby...?
Nie zastanawiał się długo, zerkając na niego wciąż z leżącej pozycji.
- Powinieneś dać sobie z nim spokój - oznajmił niespodziewanie, zdecydowanym głosem.
***
Przemilczał znaczną część jego wypowiedzi, dopiero pod koniec mruknął niemrawo nawet na niego nie patrząc. - Nic nie poświęciłem, dla mnie to normalne, jak ci na kimś… - nie dokończył, miał dość powtarzania w jego mniemaniu tego samego, po czym skulił się trochę w sobie. Miał ochotę zwinąć się w kłębek i wpełznąć pod łóżko, tak by nikt go nie wiedział.
Dopiero jego kolejne słowa sprawiły, że się poruszył. Gwałtownie odwrócił głowę w jego stronę. - Z kim? Z Lynnem!? - zapytał lekko nerwowy. - A ty znowu swoje! Jednego dnia byś nie wytrzymał gdybyś na niego nie psioczył! - syknął drwiąco.
Odwrócił od niego wzrok i w końcu po chwili milczenia westchnął: - Nie gadaliśmy ze sobą od balu, może poza jednym małym wyjątkiem - posmutniał znacząco. - Sam nie wiem dlaczego. Tamten wieczór naprawdę był… czymś, ale mimo wszystko czuję jakieś dziwne zimno. Głowę zaśmieca mi tyle niewiadomych… nie umiem się chyba do niego odezwać - zadrżał. Co jak co, ale przy Amonie czuł, że mógł mówić rzeczy prosto z jego duszy. Nie zaszczycił go jednak ciepłym spojrzeniem, a równie lodowatym co jego słowa - Dla ciebie to pewnie wyśmienita wiadomość - prychnął.
***
Nie odczuwał smutku, ani radości, słysząc o jego obawach i niepowodzeniach. Doskonale wiedział, że Mattowi na nim zależy. Wiedział, że jest mu wierny, oddany, a co najważniejsze - szczery, co, jak sądził, z Lynnem nigdy nie będzie miało miejsca. Wszystko stawiało go przed rywalem, więc dlaczego...? Nie potrafił pojąć, dlaczego wiecznie z nim przegrywał.
- Bo tacy jak on, nie interesują się takimi jak ty - prychnął w odpowiedzi, choć nie miał żadnej pewności. Przez ułamek sekundy był gotów kłamać, aby tylko osiągnąć swój cel. Prędko zrezygnował, wiedząc, że jest to poniżej jakiejkolwiek godności. - Marnujesz tylko swój czas, o czym pewnie przekonasz się wkrótce - wróżył, jednocześnie jak niczego innego bojąc się chwili, w której Matt zdecyduje się na wyznanie, o którym tyle mówi. - Nie jest mi z tego powodu lepiej. Po prostu uważam, że powinieneś mieć to za sobą - wzruszył ramionami.
- Nieważne - urwał temat. - Dość o nim. Lepiej sprawdźmy, jak się postarał... - mruknął pod nosem, układając nogi na pościeli, zasiadając i poświęcając całą uwagę przedmiotowi w rękach. Zawahał się tylko chwilę, bojąc się, że poczuje jedynie zawód. Zupełnie nie wiedział, czego się spodziewać, ale już po chwili nakręcał drobną korbkę połączoną z niegdyś zepsutym mechanizmem wewnątrz pozytywki. Wstrzymał oddech, wyczekując pierwszego dźwięku.
Paznokciem podważył wieczko, obserwując pracujące wnętrze urządzenia, wraz  rozejściem się pierwszych nut melodii. Nie rozpoznał jej z początku, dopiero po dłuższej chwili przybierając na twarz wyraz olśnienia.
- Tańczyliśmy do tego na balu! - spostrzegł się, nie znając jednak nazwy utworu, który najpewniej spędził z Lilly, zwierzając się ze swoich słabości.
***
Jego słowa wbiły się w niego jak sztylet w pierś. Oniemiał. Wiedział, że Amon odpowie mu na wszystko ze zdwojoną siłą, lecz teraz przeszedł samego siebie. Matthew przez dłuższą chwilę nie mógł wydusić z siebie żadnego słowa, aż w końcu niemalże wydusił: - Z-zamknij się! - minę miał jak wystraszone, dzikie zwierze. - Nie masz pojęcia o czym ty mówisz! Rozmawiałeś z nim?! A może sam próbowałeś się przekonać?! - zarzucał mu coraz to kolejne rzeczy, zupełnie nie zważając na konsekwencje swoich słów.
Nagle zerwał się z łóżka, tak by stanąć bezpośrednio przed Amonem. - Myślisz, że nie zdaję sobie z tego sprawy jak może być? Uważasz mnie za idiotę? - syczał na niego, robiąc się czerwony na twarzy. - Nie masz jednak prawa, ty… Ugh! - zakrył oczy dłonią, po czym się odwrócił od niego. Nie, nie, nie, nie, nie! NIe mógł teraz płakać! Nie przy nim!
- Kurwa… - wyjęczał, wspierając się jedną ręką na szafce nocnej, próbując nie paść na ziemię, kiedy po jego policzkach spływały następne łzy. Jego oddech przyspieszał. Amon miał pecha pociągnąć za naprawdę wrażliwe struny rudowłosego, teraz będzie świadkiem wylewania frustracji zbieranych przez parę tygodni. Brawo, udało mu się.
- Jeszcze tu jesteś?! Odejdź! - wołał wściekle. - I weź ze sobą to ustrojstwo! Nienawidzę tej melodii - syczał, cicho łkając, szukając chusteczki w szafce nocnej. Nienawidził go, nienawidził wszystkiego, a najbardziej nienawidził siebie, że dopuścił do tej sytuacji.
***
Natychmiast podążył za nim wzrokiem, unosząc brwi w zdziwieniu. Reakcja ta była jak najbardziej naturalna, przeklął się, że nie przewidział konsekwencji swoich słów. Musiał to szybko naprawić.
- Hej, uspokój się... - mruknął z początku niepewnie, siadając na skraju łóżka, by znaleźc się bliżej niego. Odłożył wciąż grająca pozytywkę na bok, z dołu zerkając na Matta. - To nie tak... Chcę dla was dobrze - skłamał tylko częściowo, powtarzając to hasło po raz wtóry, ostatecznie postępując i tak w sposób, który mógłby temu zaprzeczać. Wziął głęboki wdech i zdobył się na jeszcze jedno poświęcenie. Nie spełnił życzenia chłopaka; melodia wciąż płynęła. Podczas gdy rudzielec gonił za poszukiwaniem chusteczek, Amon uniósł się powoli, przytulając go do siebie ściśle. Westchnął, starając się go uspokoić:
- Nie chciałem tego powiedzieć. - Zabrzmiało to prawie jak przeprosiny. Prawie. - Nie wiem tego i nie mam prawa was oceniać. Ja chyba... Oczekiwałem szybszych rezultatów - zaśmiał się bezgłośnie, przyciskając go do siebie ściślej. - No już, nie płacz. A jeśli nie uda ci się z nim, uda się z kim innym... - dodał cichutko, przymykając oczy i korzystając z wszystkiego co dobre w danej mu chwili.
***
Na początku, kiedy poczuł na sobie jego uścisk, zupełnie nie wiedział jak zareagować - był oszołomiony, z jednej strony chciał się mu wyrwać i wypierdolić go za drzwi, z drugiej wtulić i przyrzekać miłość na wieki, a skończyło się tylko na tym, że łkał głośniej. - Jak mogłeś?! - wył. - Jak mogłeś mi to powiedzieć!? Mówiłem, że wszystko we mnie jest nie tak! Dlaczego wtedy wyrzucasz mi to w twarz?! Nienawidzę tego ciała, nienawidzę siebie! - Nie oczekiwał od niego chyba odpowiedzi, wpadł w mały amok wirujących myśli w jego głowie.
Nagle ni stąd ni zowąd, jakby zupełnie sobie przecząc złapał go mocno za dłoń, oddychając ciężko. Ścisnął go. Dopiero w tym stanie próbował opanować swój oddech, co zajęło mu chwilę. Skulił się, ale łzy w końcu przestały płynąć z jego oczu, po czym zapadła kojąca cisza.
- Nie… - wymruczał niemrawo. - Masz rację… - odwrócił lekko do niego głowę. - Prawda jest taka, że sobie to wszystko tylko wmawiam. On nic do mnie nie czuje… Ale to… To wszystko… - głos mu się załamywał. - Tylko to trzyma mnie w kupie. Bez tego… Bez tego nie mam po co żyć… - mruczał. Wyrzucił z siebie wszystko teraz, nawet to co ukrywał przed samym sobą, ale nie poczuł ulgi, o nie.
Jego oddech w końcu wrócił do normy. W pokoju rozlegał się tylko cichy dźwięk pozytywki. Przymknął oczy, bo mimo wszystko czuł się teraz bezpieczny.
Trwało to jedynie moment, bo po chwili delikatnie zasugerował Amonowi dłońmi, by ten go puścił, chociaż było mu w jego ramionach bardzo miło. Odwrócił się, by spojrzeć mu w twarz i przetarł spuchnięte oczy. Spojrzał na niego. - Dziękuję… - wymruczał zmieszany. W końcu doszedł do siebie, ale było mu wstyd, że znowu doprowadził do takiej sytuacji. - Nie bierz tego wszystkiego na serio, wiesz z resztą… - pociąnął nosem. - Wybacz, że znowu robię tu jakiś teatrzyk, naprawdę, myślałem że już z tego wyrosłem - spuścił wzrok, dobrze że jego twarz była już czerwona, bo inaczej jego wstyd byłoby widać jak na dłoni. Wciąż był smutny.
***
Kilka słów, a wywołały one najprawdziwsze spustoszenie, którego nie będzie potrafił załagodzić po dobroci. Czuł się coraz gorzej, widząc jego ślepą wierność. Wiedział, że nigdy nie będzie należał do niego; Matt nie będzie wypowiadał się tak samo o nim. Stracił nadzieje, choć nigdy nie żywił ich wiele. Wszystko, całe jego złorzeczenie, czarne wróżby, jakie im przepowiadał, jedynie motywowały Matta do dalszych działań. Co miałoby sprawić, że przejrzy na oczy? To, czego potrzebował, miał w zasięgu dłoni. Czekał na niego. Wystarczyło się tylko schylić i podnieść jego dar.
Nie puszczał go, lecz nie czynił tego z chęci uspokojenia chłopaka. Trzymał go mocno ku sobie z próżnej samolubności, dostarczającej mu w tej chwili niemożliwej przyjemności.
- Jesteś idealny - oznajmił cichutko, choć wiedział, że jego słowa nie spotkają się z ufnością. Wypowiadał je szczerze, z głębi serca, okazując to, co zawsze wobec niego czuł. - A ja... - urwał, zbierając w myślach słowa niezbędne mu do kłamstwa, mogącego mieć gigantyczne konsekwencje.
- Jestem złośliwy. Boję się, że gdy wam się uda, zostanę sam - wyznał, spuszczając wzrok i czując bicie własnego serca. Odrobina prawdy kryła się w tejże wypowiedzi, jednak zdecydowanie... nie używał jej w dobrym celu. - Bo wiem, że wam się uda. On... Pytał się o ciebie. W tym sensie - przełknął ślinę, czując, jak mocno bije mu serce. - On też dostrzega to, co jest pomiędzy wami - skomentował, wyjawiając zdarzenie, które nigdy nie miało miejsca. - Ech... - westchnął, odsuwając się od przyjaciela, jakby zupełnie pogodzony z tym, że od teraz na wieki zostanie sam.
Wiedział, że to, czego się dopuszczał było zwyczajnie okrutne. Jednak jeśli miało to spowodować, że Matt szybciej zmierzy się z rzeczywistością, dostrzegając to, co miał przed własnym nosem od początku... Był gotów do największych poświęceń.
***
Wytrzeszczył oczy. - Co?! Ale jak to?! - po raz kolejny rozłożył go dziś na łopatki, aż musiał się z powrotem oprzeć o szafkę nocną - kolana uginały się pod nim same. - Ty… Od jak dawna o tym wiesz?! Dlaczego mi o niczym nie powiedziałeś - powinien był się cieszyć, ale nie mógł. Kłamał, na pewno kłamał, a bynajmniej wszystko mu teraz pomieszał.
Odszedł od niego kilka kroków i złapał się za głowę, po czym się do niego zwrócił. - Dlaczego..? - jęknął tylko. W jednej chwili doznał jednak olśnienia, przecież przed sekundą właśnie mu odpowiedział, aczkolwiek Matt pociągnął to dalej.
- Amon… - jęknął, chyba po raz setny dzisiaj. Podszedł do niego z powrotem, bardzo blisko. Zmarszczył brwi. - Jesteś… głupi! - parsknął antyklimatycznie. - Czy te wszystkie kłamstwa, to tylko z tego powodu?! Ty chyba naprawdę jesteś skończonym idiotą! Aż mam ochotę cię walnąć! - nie żartował, jego wzrok wbijał się w niego jak sztylety.
- Posłuchaj mnie i to uważnie! Czy ty serio myślisz, że zadawałbym sobie tyle zachodu z tą pozytywką? Znosił twoje złośliwości i zawsze ci wybaczał, po to tylko, by cię później tak po prostu porzucić? Chyba trochę zbyt szybko wstałeś z tego łóżka - prychnął, ale po chwili uśmiechnął się do niego. Miał nadzieję, że wiedział że to żart.
- Masz rację, zawsze ci wybaczam. Wiesz jednak dlaczego - zaczął łagodnym tonem. -  Wiesz chyba o mnie już prawie wszystko, albo nawet więcej niż ja sam - złapał go za rękę i spojrzał głęboko w oczy. - Dzięki tobie jest mi jakoś łatwiej przyjąć do wiadomości, że istnieję i przy tobie wtedy nie jest mi tak nawet źle z tym kim po prostu jestem. Mam wrażenie, że wyciągasz ze mnie wszystko, to co najgorsze, lecz zarazem to co najlepsze. Jednak mimo tego i tak najpiękniejsze jest w tobie to, że choćbyś nie wiem jak bardzo zaprzeczał i próbował robić wszystkim na złość, to kiedy już pokażesz swoją dobroć, cóż… Jest to jak patrzenie na anioła - zawstydził się, lecz wciąż się uśmiechał.
- I taki właśnie jesteś! Choćby nie ważne co by się stało, po prostu nie sposób mi jest mi od ciebie uciec - zaśmiał się, ale chwilę później spoważniał. - Myślałem, że o tym wiesz, więc nigdy ci o tym nie mówiłem, lecz była to chyba najokrutniejsza rzecz z mojej strony. Chyba nigdy w życiu ci nie odpłacę za to, że poczułeś się zbędny. Nie jesteś! Nie potrafiłbym żyć bez ciebie - ścisnął jego dłoń. Chciał po prostu powiedzieć te dwa słowa, ale teraz tak wszystko się poplątało.
***
Nie uwierzył mu. Matt obrócił kota ogonem, a cały plan Amona nie poszedł po jego myśli. Wyszedł na ckliwego. Żądającego o uwagę i obawiającego się samotności. Co za porażka! Jak miał to naprawić? Całe kłamstwo, na które zdobył się z największym poświęceniem, obróciło się przeciw niemu.
Wiedział, że Matt nie porzuci wierności dla chłopaka, który na to nie zasługuje, a on sam zawsze będzie od niego gorszy... Pocieszenie, jakim obdarzał go Matt, na nic się zdało. Każde słowo wypowiadane z najszczerszej litości, brzydziło go. Nazwanie go dobrym? Nie pamiętał, kiedy okazał swoją dobroć nie mając w tym swojego celu. Denerwowało go to coraz bardziej. Nie chciał już odczuwać tego zauroczenia cały czas. Niegdyś spodziewał się, że dojdzie do punktu, w którym stwierdzi bez żalu, że może już zawrócić. Nic takiego nie wydarzyło się, a jego porażki powodowały jedynie, że chciał mocniej.
- Nie musisz mi wierzyć - wzruszył obojętnie ramionami. - Będę to akceptował - przyrzekł mu uroczyście, pewien, że do końca swoich lat będzie musiał przyglądać się zakochanemu po uszy w przyjacielu  chłopakowi. - A ty... najwyraźniej wciąż nie znasz mnie zbyt dobrze - uśmiechnął się drapieżnie, co nie pasowało do łagodności, jaką obdarzał go Matthew.
Pozwolił trzymać się za dłoń. Pochylił się nad nim, zbliżając własną twarz do jego twarzy. I wtedy melodia urwała się, a czar prysnął. Nagłą zmiana wywołała w nim takie zdziwienie, aż odwrócił wzrok w kierunku sprawcy tego wydarzenia. Pozytywka przestała grać, leżąc przewrócona na pościeli.
Nie czekał jednak długo. Opadł na łóżko, siadając na jego skraju, zaraz ciągnąć go za trzymaną dłoń.
- Udowodnij mi to - zażądał brutalnie, nawet na chwilę nie przestając się uśmiechać.
***

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Pokój Matthewa/ Park   Pon Paź 29, 2018 12:07 am

Coś musiało być na rzeczy dzisiaj, albo w ogóle z nimi, bo jak zwykle jeden zrozumiał drugiego całkowicie różnie od jego intencji. Matt był z nim szczery, nie z litości, ale z najzwyklejszej w świecie empatii. Dalej uważał, że mimo wszystko byli do siebie podobni - skrzywdzeni przez świat z zewnątrz, przybierając maskę tylko po to by w nim przeżyć - czy to uległości, czy pozornego dominowania. Tak naprawdę mówił mu to co on sam chciałby usłyszeć, choćby od niego - prawdę, czystą i piękną.
Och, gdyby tylko on wiedział jakim językiem do niego przemawiać! Zdawało mu się, że po pięciu latach, od kiedy go znał, już potrafił to robić, ale najwyraźniej się mylił. Powoli tracił już nadzieję, że kiedyś posiądzie tę tajemną wiedzę znaną tylko blondynowi, lecz do kiedy zupełnie jej nie stracił będzie próbował dalej. Nie próbował jednak sprostować swoich słów - dalsze gadanie by tylko zdenerwowało go bardziej, a i on sam był już trochę zmęczony tym wszystkim.
Postanowił wszystko przemilczeć, chociaż słowa “to ty nie znasz siebie zbyt dobrze” wręcz cisnęły mu się na usta. Uświadomił sobie też w tym momencie, że mimowolnie złapał go za rękę, a tamten go nie odtrącił i to dwa razy! Aż serce zabiło mu mocniej. W powietrzu unosiła się niezwykle ckliwa atmosfera, spowodowana jego słowami, a zmęczenie zarówno fizyczne i psychiczne dawało mu już się odczuć (jeszcze ta melodia z pozytywki, ach). Był jak odurzony, ale było mu przyjemnie. Uśmiechnął się nieśmiało. Nie chciał go jeszcze puszczać.
Nagle Amon zaczął się niebezpiecznie zbliżać. Matt wytrzeszczył oczy. Uśmiech miał iście przerażający. Ach, co on wyrabiał?! Chwila… czyżby chciał powtórzyć ten niby sen z balu?! A jednak to była prawda?! W jego głowie znowu zrobił się bałagan. Powinien uciekać? A może cieszyć się chwilą? Postanowił jednak stać w miejscu i strzelić największego buraka na świecie.
I nagle - cisza. Pozytywka się zatrzymała, tak samo blondyn. Matt mimo swoich pragnień, odetchnął z ulgą - nie wiedział czy by to przeżył, a na dodatek po takiej dawce informacji.
- Ach! - Nie zdążył się jednak tym nacieszyć, gdyż ciągnięty przez chłopaka o mało się na niego nie wywalił. Zatrzymał się jednak drugą ręką, aczkolwiek milimetry dzieliły tylko końcówki ich nosów.
Matthew nie wytrzymał - serce biło mu jak oszalałe, a i jego oddech był daleki od spokojnego. Puścił go, a następnie cofnął się o parę kroków trzymając się za dłoń. Przełknął ślinę. - A-ach, Amon?! co ty znowu knujesz?! - chyba wiedział co. Poczuł dziwny strach, to wszystko działo się tak szybko. Nie mógł jednak tego okazać, przede wszystkim chciał mu pokazać, że przecież mu na nim zależy prawda.
Spojrzał na niego, możliwie najpoważniej - A... jak miałbym ci to udowodnić? - zapytał, starając się ukryć swoją niepewność. - Wiesz, że zrobiłbym wszystko.
***
To nie była kontynuacja z pamiętnej nocy balu ani nawet jej powtórka. Nie. Tamtej nocy czuł na sobie jego zapach. Wyraźnie, nie było mowy o pomyłce. Całując go, spijał smak wina, które wlewali w siebie wspólnie przez resztę wieczoru. Doskonale widział rozmarzenie na jego twarzy spowodowane miłosnym uniesieniem. Dziś jednak... Wszystko było inne. Takie, jak być powinno. Matt należał wyłącznie do niego, okazując to w każdym geście i słowie. Oddał mu tę chwilę, najwyraźniej zapominając o wszystkim.
Nie przestawał się przebiegle uśmiechać, zadzierając głowę do góry, utrzymując tę cudowne połączenie między nimi. Otwartą dłonią położył na nogach, wyraźnie wskazując mu to miejsce.
- Usiądź - polecił mu, chcąc, by znalazł się właśnie tutaj. Nie tracił pewności siebie, choć tego, co czynił nie mógł zatuszować alkoholem, nie miał wymówki w postaci nietrzeźwości. Zamiast tego poinformował go, jakby zaprzeczając wszystkiemu:
- Nie licz na to... - westchnął, nie wyjaśniając, co ma na myśli. - Nigdy nie będę taki jak ty. Jestem po prostu ciekawy. - W pięknych słowach oddał mu wyznanie, że nigdy nie podzieli jego ewentualnego uczucia, jednak w czynach ukazując coś zupełnie odmiennego...
***
Matt zamrugał. - C-co? - jęknął niedowierzając. - Ż-że ja? Na twoich kolanach? - nie wierzył. Spodziewał się, że Amon będzie mu kazał rozebrać się i przebiec wokół skrzydła sypialnego, ale nie tego! Chociaż z drugiej strony… Bądź co bądź Matt zrzucił wszystkie maski. Na jego twarzy malował się już wyłącznie szok, zmieszany ze strachem i zawstydzeniem.
Na zmianę bladł i się czerwienił. Dopiero po chwili mógł otworzyć usta. - T-to żart Amon? - jęknął. - Żartujesz sobie ze mnie, prawda? - pytał trzęsąc się przy tym. Z jednej strony miał taką nadzieję. Szczerze mówiąc poniekąd się tego spodziewał, wiedział że wydarzenia z balu mu się nie przyśniły, ale o wiele wygodniejsze dla nich było udawanie, że nigdy nic się nie stało, lecz kiedy wszystko wyszło na jaw… Brak możliwości ukrycia się i swoich uczuć był cięższy niż sam przypuszczał.
- Nie, to się nie godzi... - mruczał, odwracając się do niego tyłem i łapiąc za głowę. Dopiero teraz toczyła się w nim prawdziwa walka. Czuł, że to złe, nawet nie zważając na kwestie etyczne. Amon bawił się nim zawsze, więc dlaczego teraz miałoby być inaczej? Pewnie wykorzystałby go, zaspokoił swoją ciekawość, a później zostawił samotnego i zaśmiał mu się w twarz. Była jednak też druga strona medalu. On chyba też czuł coś do niego i to nie tylko czysto platonicznie. Skłamałby, gdyby nie powiedział, że Amon jest atrakcyjnym mężczyzną - podobał się mu, a w niektórych momentach nawet i pożądał cieleśnie. Wstydził się tego jednak, czuł że mierzy za wysoko i marzy o gruszkach na wierzbie, ale teraz… Teraz on sam proponował mu bliskość. Nie mógł tego wytrzymać, nawet nie mógł patrzeć.
Milczał i to bardzo dotkliwie.
- Co to znaczy “jestem ciekawy”? - odwrócił do niego głowę, krzyżując przy tym ręce. Jego wzrok był bardzo srogi. - Czego ty ode mnie teraz oczekujesz? W ogóle zdajesz sobie sprawę o co prosisz? - Zapewniał go o różnych rzeczach. Nie miał teraz na co liczyć? Znowu w jego myślach zapanował chaos. Niby nie było żadnych konsekwencji, bo Amon by go raczej w takiej sytuacji nie wydał, ale on… nie mógł.
***
- Nie godzi się? - powtórzył z nieukrywanym rozbawieniem. - To przez nadmierną bliskość? Czy może uważasz, że wyrosłeś już z siadania na cudzych kolanach? A może... masz na myśli fakt, że jesteś mężczyzną, tak samo jak ja? - zasypał go pytaniami, nie tracąc pewności siebie. Siedział wyprostowany, wciąż czekając na jego ruch.
Ułożył dłoń na lędźwiach chłopaka, z wolna sunąc ją po koszuli wzdłuż kręgosłupa, korzystając z tego, że Matt odwrócił się do niego tyłem.
- Ciekawość, mój drogi... - zaczął pouczającym tonem. - To chęć odpakowania leżącego przed tobą prezentu, bez krzty pewności, że należy on do ciebie. Jestem świadomy konsekwencji. I mimo to, chcę sprawdzić, co jest w środku - oznajmił wyzywająco. Przemilczał to, że ten rodzaj prezentu najchętniej trzymałby w ramionach do końca świata. Zamiast tego kontynuował w równie bezczelnym tonie:
- Znam trochę życia, Matthew. Lubię wiedzieć. Mieć świadomość i doświadczenia. Chcę sprawdzić, czy z mężczyzną... Z tobą, też to poczuję - dokończył, nie przerywając dotyku, ale też nie naciskając więcej.
***
- Nie żartuj sobie Amon, ja mówię poważnie - mruknął nawet na niego nie patrząc.
Czując jego rękę niebezpiecznie przesuwającą się po jego plecach, obrócił się jak oparzony. Przeszedł go dreszcz. Wszelkie pozory jego niezaangażowania i względnego opanowania w tym momencie ostatecznie opadły. Minę miał jak wystraszona sarenka.
Zmarszczył jednak brwi. Nie będzie mu się dawał tak na siebie wpływać. Nie skomentował jego czynu (bo sam nie wiedział jak), ale od wtrącenia paru groszy od siebie odnośnie jego wypowiedzi się nie powstrzymał.
- Acz, czyli jeśli dobrze rozumiem to ja jestem tym prezentem? - zapytał zuchwale krzyżując ręce na piersi. - Czy może bardziej tu chodzi o ciebie? - uniósł brwi.
Westchnął, po czym zmierzył go wzrokiem (a w szczególności jego kolana) i powtórzył po nim: - Doświadczenie - jego ton nie należał do najprzyjemniejszych. - I to wszystko?
Myślał chwilę, wbijając wzrok w podłogę. W końcu przygryzł wargę - Dobrze - podniósł na niego spojrzenie. - Zgadzam się, ale pod jednym warunkiem. Masz mi powiedzieć co zrobisz z tą wiadomością - jeśli cokolwiek poczujesz… - przełknął ślinę. - ...Bądź nie.
***
Zastanowił się. Nie dostrzegał tego wcześniej w ten sposób. Jednak niedoświadczenie i widoczny jak na dłoni wstyd przyjaciela, sprawiały, że mógłby spojrzeć na wypowiadane słowa z innej perspektywy...
- Ciekawość powinna działać w obie strony. Przekonaj się - namawiał go dalej, aby otworzył swój prezent, jednocześnie pozwalając mu uczynić to samo. - Doświadczenie... i niewiele więcej - szepnął, idąc na coś w rodzaju kompromisu, ostatecznie przystając na przyznanie, że nie chodzi wyłącznie o zaspokojenie tejże ciekawości.
- Dobrze - zgodził się natychmiast, pewien, że od teraz chłopak mu ulegnie. Wiedział, co poczuje. Mógłby mu wszystko wyznać teraz. Zamiast tego... - Przodem. Chodź - w urwanych zdaniach zdradzał mu kolejne instrukcje. - Nie bój się. Przecież wiesz, że nic ci nie zrobię... - szepnął, choć sam nie był tego taki pewien. Serce uderzało mu ciężko w piersi. Dostrzegał wyraźną różnice między każdym zbliżeniem, jakiego się dopuścił...
***
Słowa Amona skomentował jedynie tajemniczym milczeniem. Nie był taki jak on, nie potrafił się tak “zabawić” i “rozerwać”, a potem żyć spokojnie i udawać że było to normalne. Uchodził on przez to za niezwykle naiwnego, ale tak jak dziecko, wręcz nieświadomego spraw seksualnych, aż można było pomyśleć o jakiejś retardacji przynajmniej społecznej. Prawda jednak była taka, że on tak jak wszyscy miał swoje fantazje, pragnienia i wyobrażenia - ba! Może właśnie przez ten swój brak doświadczenia przybierały one czasem kształty odbiegające od normy w dość niepokojący sposób i nie jest tu mowa o sodomizacji. Uwłaczało mu to, czuł się jak dziecko, podczas gdy wszyscy dookoła już dawno kwitnęli. Tłumaczył sobie, że po prostu czeka na odpowiedni moment, lecz tak naprawdę został przez takie myślenie w tyle za wszystkimi, przez co czuł się dziwnym i oderwanym od reszty ludzi. Może jednak sposób na życie Amona nie był taki znowu głupi? Po co ta cała moralność i poczucie winy, może człowiek został skonstruowany na prostszych zasadach? Z jednej strony było to logiczne i perspektywa takiego życia polegającym na egoistycznych uniesieniach brzmiała całkiem atrakcyjnie, to tak jak Amon robił czasem na nim wrażenie, to w tym przypadku po prostu nie potrafił się zgodzić; czuł, że chłopak tak naprawdę był przez to wewnętrznie nieszczęśliwy, lecz prawdę mówiąc on również był. Taka okazja mogła się nie powtórzyć, a on był ciekawy i uważał go za atrakcyjnego. Musiał się nauczyć jak nie wypierać się swoich pragnień.
Słuchając instrukcji blondyna zamrugał. Spojrzał po raz kolejny na rzekome przyszłe miejsce jego spoczynku. - A-ale że jak? - wyjęczał, a w jego wzroku było widać zagubienie. - Jak na konia? - Zieloność znów dawała mu we znaki, bo o ile czytał o tych rzeczach naprawdę dużo to brak praktyki całkowicie uniemożliwiał mu podjęcie jakichkolwiek działań.
Zbliżył się do niego bardziej, lecz jego wystraszony wzrok został na swoim miejscu. Przełknął ślinę. Próbował sobie wyobrazić w jakiej rzekomo pozycji miałby się znajdować. Serce zabiło mu jeszcze mocniej, ale się nie poddawał; nawet lekko rozłożył nogi, lecz świadomość takiego “rozwarcia” tuż przed jego kroczem skutecznie go sparaliżowała.
Ni stąd, ni zowąd, ustawił się do niego bokiem i w takiej i pozycji usiadł na skraju jego kolan. - Czekaj, muszę się najpierw przyzwyczaić! - oznajmił mu, ponownie krzyżując ręce i odwracając od niego głowę. Nie mógł na niego teraz patrzeć.
***
W końcu nie wytrzymał i parsknął cichym śmiechem, który usiłował natychmiast stłumić otwartą dłonią.
- Jak na konia - potwierdził, powstrzymując uciechę, choć obecnie należało to do najprawdziwszych wyzwań.
Niektórzy w radości ukrywali swoje zaniepokojenie czy stres. W śmiechu chłopaka jednak nie było nic wymuszonego. Okazał tak swoje szczęście, choć dziecinne (w jego mniemaniu) zachowanie Matta miało w tym swój niemały udział. Pozwolił mu na drobne oszustwo, a gdy Matt zajął wskazane miejsce, całe napięcie jakby uszło. Ostatecznie, nie było tak źle...
- Nawet nie wiem, jak się z tobą obchodzić - mruknął, niby zirytowany. Kryło się w tym trochę prawdy. Wszystkie dziewczęta, z jakimi miał styczność, były mniej niewinne...
Objął rudzielca rękoma, wzdychając lekko, pewny, że nie przekroczą niewidzialnej bariery, która każe im zachować te resztki przyzwoitości.
- I jeszcze nie wiem, czego od ciebie chcę... - dodał jeszcze ciszej, tym razem kłamiąc w zupełności.
***
Nie zwracał uwagi na śmiech chłopaka; mimo oczywistego zażenowania tym faktem, większe poruszenie wywołał u niego gest Amon, który najzwyczajniej w świecie go objął. Powinien był się tego spodziewać, przecież wszystko tego wieczoru do tego zmierzało, tym bardziej kiedy już praktycznie mu się oddał. On jednak wydał z siebie cichy jęk i wręcz lekko podskoczył na miejscu, po czym spiął się jeszcze bardziej, a nawet i skulił.
Uświadomił sobie wtedy, że nigdy nie doświadczył tak bezpośredniego gestu afekcji ze strony drugiej osoby, będąc przy tym całkowicie świadomym jej i swoich czynów. Jego pocałunek z Lynnem, był praktycznie jedynie egoistycznym zamanifestowaniem własnych pragnień. Nagle poczuł wstyd, lecz taki którego nie czuł nigdy wcześniej. Nie wiedział nic o wymianie cielesnych uczuć z drugim człowiekiem, tym bardziej w tak specyficznej sytuacji; sama jego pozycja i fakt, że znajdował się na jego kolanach pozbawił go jakiejkolwiek obrony. Zawsze czuł się malutki, ale teraz był jak malutkie dziecko z porcelany, które jednym, gwałtownym ruchem można było skruszyć. Nie sądził, że aż tak bardzo będzie rozjechany ze swoimi pragnieniami, bez pomocy ze strony Amona będzie to naprawdę traumatyczne doświadczenie. Zcisnął oczy.
- Proszę - spojrzał na niego błagalnym wzrokiem. - Namyśl się szybko... - drżał.
***
Szedł w dobrym kierunku. Czuł to. Opaczne i nieporadne gesty Matta, mimo wszystko, pchały ich do przodu. I tylko one. Nie naciskał, nie prowadził. Poddawał się jego znakom, nie dodając zbyt wiele od siebie. Nie chciał go spłoszyć; każdy nieodpowiedni ruch mógł sprawić, że wrócą do punktu wyjścia, a on straci swoją szansę.
Dłonie, które go dotychczas obejmowały przeszły w delikatny ruch, głaszcząc go uspokajająco, nie przykładając ku temu wiele siły.
- Boisz się mnie? - zapytał po prostu, tylko w ten sposób potrafiąc opisać jego nieśmiałość, z jaką jeszcze wcześniej nie miał do czynienia.
Musiał przyznać, że atmosfera nieco mu się udzieliła. Stracił trochę pewności siebie, lecz co by się nie działo - nie zamierzał tego okazywać.
- Spójrz na mnie - poprosił szeptem, odgarniając mu włosy i delikatnie zbliżając usta do jego szyi. Nie dotykał go inaczej niż samymi opuszkami palców, do czasu aż chłopak nie spełnił jego życzenia. - Naprawdę, to tylko ja... - próbował go przekonać.
Przymknął oczy, puszczając Matta i powoli opadając plecami na łóżko. Oderwał się, dopiero z dołu otwierając oczy, spoglądając na niego w pozostawionej pozycji. Nie dotykał go dłużej, znajdując się pod nim, jakby zdany na jego łaskę. Mimo to, wskazał mu drogę:
- Chodź... - mruknął, chcąc, by spełnił jego uprzednie życzenie.
***
Nie odpowiedział mu, jedynie raz lekko skinął głową. Obchodził się z nim niezwykle delikatnie, jakby był z porcelany. Było to właśnie to czego potrzebował, czuł to, z każdym muśnięciem jego palców kolejne sprawy wydawały się być już ułożone, z drugiej jednak strony kolejne się komplikowały. Te rozterki z jego niepewnością właśnie były tym strachem, tą torturą, a on nie potrafił mu kłamać. Nie potrafił jednak i o tym myśleć trzeźwo, rozpływał się, było mu zbyt dobrze.
Spojrzał na niego przeszklonym wzrokiem, tak jak mu kazał. To dziwne uczucie, które od niedawna zaczęło w szybkim tempie rosnąć powoli zaczęło nabierać kształty, które rozpoznawał. Przygryzł wargę. Był muchą, plączącą się w sieci z każdym ruchem coraz bardziej, kwestią czasu było tylko, nim przyjdzie po niego pająk i wpoi w niego swoją truciznę.
I nagle go puścił. Nagle ogarnął go prawdziwy niepokój. Niech wraca! Było mu tak dobrze! Dopiero teraz uświadomił sobie jak bardzo, mimo wszelkich niepewności mogących przyćmić jego wzrok. Nigdy nikt go tak nie traktował, nie chciałby by tak po prostu się to skończyło. Nie wybaczyłby sobie gdyby zepsuł ten moment. On go…
- Nie, czekaj! - gorączkowo się do niego odwrócił. Czuł się winny, przez cały czas był taki zimny, nic dziwnego, że zrobił… to! Egoistycznie myślał tylko o sobie, kiedy to właśnie harmonia między dwiema osobami sprawiała że pojawiało się szczęście, teraz przejrzał na oczy. Musiał ratować to, co zbudowali do tej pory, nawet jeśli byłoby nic.
Nie myślał wiele - działał. Pochylił się nad nim, ręce opierając na łóżku po obu stronach chłopaka. - Amon, wybacz mi - miał niezwykłą potrzebę wytłumaczenia mu się wszystkiego, po raz kolejny czuł wstyd. - Ja… ja po prostu nie wiem jak się teraz zachować. Ja tak jeszcze nigdy nie… - głos mu się łamał. Przeliczył się ze swoimi umiejętnościami wysławiania się.
Patrzył się na niego jeszcze chwilę, tym swoim sarnim wzrokiem, po czym wnet wyprostował się i przełożył przez niego nogę, siadając w ten sposób, jaki blondyn sugerował mu na początku. - Widzisz? Ufam ci - uśmiechnął się do niego desperacko. Gest ten sprawił jednak, że kotłujące się w nim uczucia całkowicie nim zawładnęły, był naprawdę gotów zrobić wszystko. Strach go już nie paraliżował, wręcz przeciwnie - zmuszał do działania. Nagle ni stąd, ni zowąd pochylił się nad nim, a wręcz położył, przyciskając głowę do jego piersi. Objął go.
- Proszę, nie przestawaj - mruczał, przymykając oczy. - Nie wiem, nie umiem jeszcze. Nie mam doświadczenia, to wszystko jest takie nowe. Pomóż mi... - spojrzał na niego błagalnie.
***
Zaśmiał się łagodnie, gdy ten przeprosił go nawet w obecnej sytuacji. Chyba nigdy się nie oduczy... Co Amonowi właściwie wcale nie przeszkadzało.
- Wiem - potwierdził uspokajająco, gdy Matt mówił o swoim braku doświadczenia. - Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej - dodał już poważniej, świadom, że ze swoja ślepą miłością nie postawił ani kroku w tymże kierunku.
I właśnie z tego powodu, postawił na delikatność, niepewny na ile może sobie pozwolić. Wcielił się w rolę cierpliwego nauczyciela, samemu czerpiąc niemałą satysfakcję z osiągniętych przez niego rezultatów. Starał się nie okazywać zdziwienia, gdy tamten do niego przyległ, choć gdy Matt spuścił wzrok, przykładając twarz do jego klatki piersiowej z silnie bijącym sercem, przestało to mieć znaczenie.
Pozwolił mu się oswoić z obecną pozycją, układając obie ręce na jego barkach, samemu przymykając powieki. Nie wiedział, co podniecało go bardziej - fakt, że chłopak z własnej woli się przemógł, czy może to, że wciąż był niewinniejszy od każdej kobiety, z jaką miał styczność...
- To nie jest egzamin ze składania broni, łacińskie deklinacje ani kłopotliwe przesłuchanie - szepnął z lekkim rozbawieniem. - To proste, spójrz... - dłoń poprowadził do jego podbródka, łagodnie zadzierając go ku górze. Odnalazł jego twarz po omacku, pochylając się, łącząc razem ich policzki. - Jest ci dobrze - idziesz w tym kierunku - wyjawił prostą instrukcję, odwracając ku niemu twarz, wypowiadając słowa wprost w usta chłopaka.
Dłoń wplótł mu we włosy; tak jak wtedy, jednak bez obecności samotnego kwiatu. Musnął wargami jego usta. Bez pośpiechu, ze sporą dozą staranności. Wiedział, że to czuje. Poruszył lekko biodrami, chcąc być bliżej, co spowodowało, że z jego lekko otwartych ust wyrwał się cichy pomruk.
***
W tej pozycji bardzo dobrze słyszał bicie jego serca. Zrobiło mu się ciepło. Miał wrażenie, że obydwa wybijały ten sam rytm.
Ponowny dotyk Amona był dla niego zbawienniczy. Wystarczyła tylko jedna chwila, by się uzależnił. Tak bardzo go potrzebował, tak bardzo był bez niego niekompletny. Rozwiewało to wszelkie jego wątpliwości, zostały w nim tylko pragnienia; najchętniej otworzyłby swoją klatkę piersiową i oddał mu swoje nagie serce. Nie myślał teraz o nikim innym, po raz pierwszy od bardzo dawna liczył się tylko i jedynie on, wiedział że to było to, przecież sam słyszał.
Prowadzony przez niego, uniósł lekko głowę, obdarzając go przy tym rozmarzonym, lekko przyćmionym wzrokiem. Słuchał go jak zaklętej pozytywki; słowa blondyna trafiały w sedno jego problemów tak dobrze, że serio można było go posądzić o czarną magię. Nie trzeba było tłumaczyć, że wziął sobie to wszystko do serca. Otworzono przed nim nowe drzwi i nie miał zamiaru odchodzić, bez sprawdzenia co jest po drugiej stronie.
Jego oddech był coraz głębszy, kiedy był coraz bliżej jego twarzy, już wiedział na jakim przystanku zakończy się ta podróż. Boże, jak było mu dobrze! Aż chciał płakać! Jego dłoń, jego usta… Czy to właśnie znaczyło być pięknym i kochanym? Nie wytrzymał - zamknął oczy, a z nich poleciały dwie małe łezki.
- Ach! - westchnął głośno. Nagle poderwał się trochę do góry i zaczerwienił się cały, po czym zakrył usta dłonią. Wzrok miał dziki, jakby zobaczył pająka na nosie Amona. Co się stało, że tak zareagował? Okazało się, że przez to całe ciepło do dolnych partii jego ciała również napłynęło trochę krwi. Od tej chwili udało mu się płynąć z prądem i po prostu poddać się uczucia, lecz kiedy blondyn ostentacyjnie się o niego “otarł” nie był w stanie tego zignorować, sensacja była zbyt silna.
Znowu poczuł wstyd i strach. Wyszedł na niewyżytego zboczeńca (bardziej niż zwykle), ach co robić? Jest już na pewno skończony w jego oczach. - A-amon j-ja… - wysapał, lecz nie dokończył myśli.
Nie, to nie mogło się tak skończyć. - N-nie ważne! - Zamknął oczy i ponownie szybko się nad nim nachylił, starając się nie ruszać przy tym biodrami, oraz nie myśleć o ich niemalże stykających się kroczach. Musiał to przeżyć! Raz kozie śmierć! Znowu ich usta dzieliły milimetry, jednak on nie potrafił zbliżyć się bardziej. Zepsuł ten moment, niech to szlag!
- Amon… - po raz kolejny mruknął błagalnie, czując jego oddech na swojej skórze. - Pocałujesz mnie znowu..?
***
Zadziwiało, go jak swobodnie i dobrze odnajdywał się w jego bliskości. Czy była to zasługa legendarnego już astralnego połączenia? Ich ciała w końcu splotły się w jedno, a on był pewien jak niczego innego - właśnie tego pragnął, właśnie z nim poznawał, czym jest uczucie, które bezwiednie nazywał miłością. Nawet czując wilgotne ślady na policzkach chłopaka, nie uznał znaleziska za nic nadzwyczajnego. Pozornie niepasujący element układanki nie przyniósł mu nic poza lekkim rozbawieniem. Był przecież po stokroć pewien, że czyni dobrze.
Akceptował każde z wywoływanych w nim wrażeń - ich całą pokaźną paletę. Strach, niepewność, wstyd i zagubienie. Każde z nich traktował jako małe zwycięstwo; drogowskaz, który prowadził go do celu. Oddanie, pasję, budzącą się w nim rozkosz. I nieme żądanie o więcej.
Jak niewiele brakowało, by w końcu wyznał, co siedziało w nim od lat! Słowa same cisnęły mu się na język, jednak poza urwanym oddechem, nic innego nie opuszczało jego ust. Czy w tej sytuacji jakiekolwiek zapewnienia miały sens? Dzielące ich uczucie było aż nadto widoczne, a miłość wyczuwalna pod dotykiem dłoni. Nie wypowiedział tych słów, czego później jeszcze długo żałował.
Zamiast tego, wyciągnął rękę na całą jej długość, odnajdując skraj koca, ścielącego łóżko. Nakrył ich splecione ciała, powodując, że nieznośne gorąco stało się jeszcze bardziej dokuczliwe, a światło lampki nocnej niemal zupełnie przygasło. Tak było prościej. Oddał się dotykowi, kierując wyłącznie tym jednym zmysłem. Zjeżdżając dłońmi wzdłuż jego pleców, podążał po omacku, wyłączając inne wyrażenia pochodzące z zewnątrz ich ścisłego kokonu. Palce zacisnął na jego pośladkach, gładząc je przez materiał spodni.
- Nie - odpowiedział z rozbawieniem na jego prośbę. - Ty to zrób... - zarządził, rzucając mu niemałe wyzwanie. Zbliżył się do niego, wyciągając twarz, której skóra zdążyła pokryć się potem i ich skroplonymi oddechami. Ułatwił mu zadanie, balansując na odległości milimetrów, co było równie intymne co sam pocałunek. Choć zadanie należało to Matta, nie sądził, że długo wytrzyma w takim stanie.
Drgnął lekko, czując na sobie każdy jego ruch. Z jego warg wydobyło się westchnienie, którego nijak nie potrafił stłumić. Serce biło mu jak oszalałe. Zdołał z siebie wydusić, po raz pierwszy w życiu w niemal błagalnym tonie:
- Nie ruszaj się - poprosił, silniej zaciskając ręce na jego biodrach, starając się je zatrzymać przed najmniejszym poruszeniem. Choć sam ledwie potrafił się powstrzymać, a brak dotyku zdawał się w tej chwili torturą, naprawdę, nie chciał zbyt wcześnie kończyć tej błogiej chwili.
Uniósł przedramię, wpuszczając do środka odrobinę cennego, lodowatego powietrza i światła.
- Drzwi nie są nawet zamknięte... - spostrzegł, przez ułamek sekundy rzucił spojrzenie na nieznaczącą rzeczywistość poza ich splotem ciał. - A ja jestem w szoku, jak bardzo mnie to nie obchodzi... - mruknął, a Matthew mógł się tylko domyślać, że na ustach Amona wykwitł jego sztandarowy, ironiczny uśmieszek.
Z bioder chłopaka pokonał niedługą drogę na zapięcie jego spodni. Odnalazł w ciemności gotowy do rozpięcia guzik, jednak nim cokolwiek uczynił, z pokorą zapytał:
- Mogę?
***
Usunięcie aspektu wzroku wzmocniło resztę zmysłów. Widać było, że Amon dobrze wiedział co robił - otwierał przed nim kolejne drzwi przez które tamten poznawał siebie i swoje pragnienia, przekonywał się o tym, że jego granice leżą znacznie dalej aniżeli mu się wcześniej wydawało; z każdymi kolejnymi jednakże coraz bardziej kresu swoich możliwości na dzień dzisiejszy.
- Mh - przygryzł wargę, czując jego dłonie na swoich pośladkach, jednocześnie starając się być jak najciszej, co całkiem szczerze nie wychodziło mu zbyt dobrze. Doprawdy, co on z nim zrobił. Na szczęście pod kocem nie było widać, że Matthew rozgrzany był niemalże do czerwoności, lecz można było słyszeć jego coraz głębszy, lecz rozchwiany oddech, można było poczuć jego drżenie, oraz gorącą skórę, poczuć zmieszane zapachy ich ciał. Był ucieleśnieniem pragnienia, myślał tylko o przyjemności.
Bez wahania wpił się w usta Amona, och, jakież one były słodkie. Nie potrafił się pohamować, tak po prostu, najzwyczajniej w świecie i czuł się z tym bardzo mu dobrze. Temu pocałunkowi było daleko od perfekcyjnego francuskiego; był nieporadny i bardzo pospieszny, lecz mimo tego jego najpiękniejszy w życiu. W końcu połączyli się razem. Teraz nie myślał już o niczym, a jedynie oddawał się swoim pragnieniom i wbrew prośbom Amona przylgnął do niego całym ciałem. Wiedział z czym wiązała się taka bliskość. On również był już bardzo bliski końca, ale nie potrafił teraz się tym przejmować, mimo iż nawet jego ciało dawało mu znaki ostrzegawcze.
Oderwał się od niego dopiero, kiedy tamten zdjął z nich koc. Wziął głęboki oddech i lekko uchylił swoje powieki, by spojrzeć w oczy blondyna. Włosy na jego głowie musiały naprawdę przypominać ptasie gniazdo, nie dbał o to jednak, bo liczyli się tylko oni. Chciał mu to powiedzieć, ale nie miał już siły, jedynie opadł na jego ramię, znów przymykając oczy.
Powoli się uspokajał, lecz nagle jakby wylano na niego wiadro zimnej wody. Poderwał się lekko i jęknął. To był jego limit, dzisiaj dalej nie pójdzie nigdzie. - Nie! - pisnął. Szybko złapał go za rękę, jakby nie do końca mu ufając, czy na pewno uszanuje jego decyzję.
Jego oczy ponownie napełniły się łzami. Nagle poczuł się strasznie źle, jakby zepsuł wszystko co zbudowali tego wieczora. Nie chciał kończyć! Ale… nie mógł, po prostu było to dla niego zbyt wiele. - Nie, Amon…- jęczał mu prosto do ucha drżącym głosem. - Nie dzisiaj, błagam.
Ponownie objął go rękoma i mocno przycisnął do siebie, w szczególności swój policzek do jego ramienia. Nie wiedział co robić, łzy znów mimowolnie wypływały z jego oczu. - Przepraszam - wyłkał jeszcze.
***
Jego reakcja była prosta - oddał mu pocałunek natychmiast, równie żarliwie, pewien jak niczego innego, że posiadł w całości jego ciało i duszę. Po prostu wiedział - od teraz wszystko będzie tak, jak sobie tego zażyczy. Wedle jego marzeń, niedających mu chwili wytchnienia. Wpadł w trans, podążając za swoim pragnieniem, chcąc oddać mu wszystko, całego siebie i w zamian wziąć niewiele mniej.
Dlatego też czując rękę na swoim nadgarstku, przeżył najprawdziwszy szok. Otworzył gwałtownie powieki, jakby we wrażeniu, że ma do czynienia z pomyłką. Prośba Matta zapadająca chwilę później rozwiała resztki wątpliwości. Zesztywniał wyraźnie, obawiając się chociażby drgnąć. Odpuścił, cofając dłonie, bardziej ze zdziwienia niż rzeczywistej chęci, prędko tracąc ochotę do dalszej walki i... ochoty na więcej.
Nie ruszał się przez dłuższy czas, biernie przyzwalając mu na dotyk i wypłakanie się. Opuścił luźno ręce, leżąc pod nim jak bezwolna kukła.
- Zejdź ze mnie - poprosił cichym, lecz twardym głosem.
Czuł, jakby odebrano mu cenny prezent. To błąd Matta. On wszystko zrujnował. I Amon nie zamierzał udawać, że jest inaczej, swoim zachowaniem obarczając go poczuciem winy. Był wściekły. Na kogo teraz wyszedł? Jakby... Zależało mu bardziej. Jakby chciał tego mocniej niż on, inicjując całe przedsięwzięcie.
Niezależnie od czynów Matta, zamierzał zwlec się z łóżka, chociażby siłą. Wyczołgał się z ich ciasnego kokonu pościeli, oddychając lodowatym powietrzem na zewnątrz. Usiadł na skraju łóżka, nie spoglądając na przyjaciela. Brzydził się tym, co właśnie zaszło. Czuł, jakby jego poświęcenie zostało odtrącone, a serce, jakie z trudem mu oddał, zwyczajnie wyrzucone na bruk. Nie przyznałby się do tego nawet na torturach.
- I tak tego nie czułem. Nie pomogłaby mi nawet ciekawość - prychnął, odgarniając włosy do tyłu, robiąc z nimi porządek. Wstał na równe nogi, zamierzając wyjść z sypialni Matta, nawet na niego nie zerkając.
***
Nie leżał na nim długo, czuł że spieprzył - Amon nie miał już najmniejszej ochoty być z nim blisko, on jednak wbrew temu przycisnął się do niego mocniej w nadziei, że tamten go zupełnie nie odtrąci, lecz jak zwykle mocno się przeliczył. Przygryzł wargę, ale zastosował się do jego polecenia i zsunął się z niego, stając na równe nogi.
Nie siadł jednak na łóżku. Cały czas stał jak słup soli, wpatrując się w niego zza dłoni, którą zakrywał oczy. Plan Amona, o całkowitym zrzuceniu odpowiedzialności na Matthewa, zadziałał lepiej niżeli mógłby się tego spodziewać. Chłopiec widział w nim jedynie ból, niesmak i zawód. Zadrżał. Jak on mógł powiedzieć, że nic nie czuł, przecież słyszał jego serce, gotów był składać mu przysięgi o wierności, oddał się mu doszczętnie, lecz jak widać było tego za mało. Przygryzł wargę jeszcze mocniej.
Nie, nie mógł na to pozwolić! Ale co miałby zrobić? Teraz było już za późno, by pozwolić mu na pieszczoty, a i tak jego głos nie przedostałby się przez jego gardło. Nie chciał go skrzywdzić, dlaczego on zawsze musiał wszystko psuć?! To był właśnie jeden z tych momentów kiedy czuł obrzydzenie wobec siebie.
I nagle wstał. Matt spanikował. Nie mógł sobie przecież teraz pójść, nie po tym wszystkim! Niemalże automatycznie zrobił krok do przodu i wyciągnął rękę ku niemu (oczywiście go nie łapiąc). - Amon, czekaj! J-ja… - wydyszał. Zapadła głęboka cisza. Nawet jeśli chłopak zwrócił na niego uwagę, jedynie wpatrywał się w niego, oddychając niespokojnie. Bo co i tak miałby mu powiedzieć? Że jednak chciałby się z nim zbliżyć? Jego ciało i dusza za nic by mu na to nie pozwoliły, uważał ten kontakt za brudny i nie wybaczyłby sobie do końca życia gdyby teraz to z nim zrobił, najwidoczniej był jeszcze za mało dojrzały. Znowu walczył ze sobą. Jego serce rozpadłoby się na miliard kawałeczków, jeśli blondyn go teraz opuścił. On był pewien, że to poczuł.
***
Nie mieli szans na szczęśliwe zakończenie. Za późno było, aby udawać, że nic się nie stało. Zamierzał, jak najszybciej opuścić sypialnię Matta, Musiał ochłonąć. Przemyśleć, jak odkręcić to wszystko, by na nowo zyskać wiarygodność... Na nowo pokazać, że nie zależy mu ani trochę.
Prychnął, słysząc jąkanie rudzielca. Przynajmniej miał on tyle rozumu w głowie, by nie próbować zatrzymać go siłą. To z pewnością nie skończyłoby się dobrze. Amon odwrócił się, z furią nacierając na chłopaka.
- Amon, ja, ja! - parodiował go piskliwym głosem, ponownie znajdując się blisko niego, jednak w zupełnie odmiennej sytuacji. - Nie kłopocz się już - dodał złośliwie, spoglądając na na niego z góry. Dostrzegł jego zaniepokojenie i zażenowanie minioną chwilą. On również to przeżywał, reagując jednak na swój sposób. - Uhuhu, będziesz ryczał, Mattuś? - teatralnie udał zmartwienie, aby zaraz wybuchnąć z pełnym impetem:
- Świetnie! Tylko to potrafisz! - zakpił, wyraźnie podnosząc głos.
Nie myśląc wiele, pchnął go za ramiona w kierunku łóżka, nie chcąc dłużej na niego patrzeć. Pochylił się zaraz nad nim, kolanem opierając o krawędź łóżka. Nie dotknął go już jednak, sięgając po przedmiot znajdujący się tuż ponad głową rudzielca.
- Zabieram ją - poinformował groźnym szeptem, jakby rudzielec mógł się temu sprzeciwiać.
Chwilę później dopadł do drzwi sypialni, a przekraczając je, ruszył biegiem po korytarzu.
zt

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 292
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Pokój Matthewa/ Park   Pon Paź 29, 2018 12:08 am

Ciśnienie w pokoju podniosło się bardzo gwałtownie. Matt zrobił krok do tyłu - przeląkł się. Po raz kolejny był świadkiem przemiany Amona w potwora, wiedział do czego był zdolny, jednakże nie miał gdzie się przed nim ukryć. Nagle zamiast smutku i zmieszania poczuł strach, ten najbardziej pierwotny, lecz nie uciekał - od niego nie umiał uciec.
Nawet gdyby stawiał opór to on i tak nie miałby z nim szans. Runął jak długi na łóżko, będąc sparaliżowany własnym strachem. Nim osłonił twarz przed domniemanym ciosem, zdążył złapać jego błysk w oku: błysk dzikości, błysk gniewu, błysk nienawiści, błysk bestii - jego krew się zmroziła, a jego ciało skostniało. Drżał.
I nagle nic. Nic się nie wydarzyło. Wziął to co było jego, po czym słychać było jedynie coraz to oddalające się kroki. W pokoju nastała głucha, nieprzyjemna cisza. Matthew się nie ruszył; nawet nie drgnął, w pierwszej chwili i w drugiej, i w trzeciej. Lampka zdawała się już przygasać, zanurzając pokój w ciężkiej ultramarynie nocy, rozbieloną jedynie poprzez nikły blask księżyca zza okna.
W końcu po jakimś czasie adrenalina zdawała się ustępować. Powoli jego dłonie z jego twarzy spływały, ku jego szyi, pozwalając wbić mu wzrok w ciemny sufit, po czym znów mocno chwycił się tym razem za ramiona i zacisnął zęby, przywdziewając przy tym pozę niespokojnego nieboszczyka leżącego w trumnie, przez jakiś czas w niej zastygając.
Nie mógł się ruszyć. Jego krew była z ołowiu, a mięśnie z kamienia. Sama klatka piersiowa musiała teraz ważyć co najmniej tonę. Łóżko i pościel wydawały się coraz bardziej uginać pod jego ciężarem, jakby chciały go doszczętnie pochłonąć, a on na to pozwalał. Po klatce piersiowej najszybciej tonęła jego głowa, po której wirowało na raz tyle myśli i wspomnień, że aż sam sufit zdawał mu się oddalać i odsuwać gdzieś za mgłę, coraz bardziej przyćmiewającą jego zmysły. Nic nie widział, nic nie słyszał, a czuł wszystko jakby przez kokon, jakby jego dusza wyszła z jego ciała. Nie myślał już świadomie, aczkolwiek dobrze znał ten stan. Dobrze wiedział do czego to zmierzało, nigdy jednak nie z takim impetem.
Nie, nie mógł na to pozwolić - taka mu przyświecała myśl, która mimo swojej maleńkości w porównaniu do innych mar trzymających go na łóżku, poderwała go na równe nogi. Potem już jednak nic nie rejestrował. Jakimś cudem znalazł się przy szafce i założył na siebie koszulę nocną, jednak nie wiedział co się stało z jego ubraniem dziennym, ani jak wrócił z powrotem na łóżko. Wszystko to było jak robione we śnie, o którym zdążył już zapomnieć.
Pościel zdawała się być jeszcze bardziej przeszywająco zimna, niż wcześniej. Powoli jednak przestawał drżeć. Adrenalina opadała, a on sam jakby zaczął zdawać sobie sprawę z tego gdzie się znajdował.
Nie leżał pod pierzyną, a raczej siedział na niej, wciśnięty w kąt z blisko podkurczonymi nogami. Jego prawa dłoń trzymała lewą za nadgarstek, którą mocno przyciskał coś policzka. Zacisnął mocniej palce. Rozpoznał co to było.
Otworzył usta, wykrzywiając je w grymasie, próbując nabrać powietrza w płuca. Jednak i ona i gardło były szczelnie zaciśnięte. Wydobył się z nich tylko cichy jęk. Po jego policzku spłynęły kolejne łzy, mimo bólu.
- P… przepraszam… - ledwo mamrotał, patrząc w przestrzeń, przyciskając do siebie dziwne skrawki delikatnego materiału. Przypominał w tym momencie opętanego. Od kiedy pamiętał zdarzały się mu takie “stany”. Zawsze w nocy, w łóżku, kiedy już nikt nie mógł go usłyszeć. Z razu na raz coraz intensywniej. Czegóż i tym razem mógł się spodziewać? Dusił w sobie każde z tych ciężkich wydarzeń od paru tygodni. Nic dziwnego więc, że to naczynie się w końcu przelało.
Przyciągnął do siebie kolana. Z czego jedno było przykryte przylegającym, delikatnym materiałem, a drugie gołe. Spojrzał na nie i przygryzł wargi. Po raz kolejny jego klatka piersiowa zaciskała się.
Poczuł na sobie nagle spojrzenia. Pełne pogardy, wypalające dziury na karku spojrzenia, a dwa z nich były najostrzejsze. Wzrok dwóch, rosłych mężczyzn, każdy z nich zmęczony, pełen żalu i pretensji, każdy pełen rozczarowania i odrzucenia, wbijały sztylety w jego duszę.
- Przepraszam, w-wybczcie! - majaczył, ukrywając głowę w ramionach, po czym poczuł coś innego.
Było to zupełnie inne spojrzenie. Było słabe, pełne smutku, łez i również żalu. Snuło w jego głowie melodie płaczów i łkań, które na zawsze tam zostają.
- Wyabcz mi! J-ja nie chciałem! - tłumaczył się coraz żałośniej. W końcu nakrył się pierzyną, myśląc, że tak ucieknie od tych mar.
I o dziwo wszystko ucichło. Zamiast tego poczuł dłoń na swoim ramieniu. Zrobiło się mu gorąco. Podniósł głowę. Lustrowała go wysoka postać, naprzemiennie z zielonymi i szarymi oczami. Odbijała się w nich niknąca czułość, również zawód, lecz tym razem patrzyła na niego z największym obrzydzeniem.
-Przepraszam! Nie miałem prawa! Błagam, wybacz mi!!! - ujadał. Znowu próbował się ukryć.
Tym razem dotyk zmienił się w ucisk i z każdą chwilą rozprzestrzeniał się bardziej. Na jego plecy, szyję, twarz, kolana i w końcu uda. Jakby ktoś zatapiał w nim paznokcie. Jęknął, a wtedy w jego uszach odezwały się dwa głosy. Jeden szorstki, gniewny, wbijał mu kolejny sztylet w serce, drugi słodki, ciepły, wlewał do niego truciznę - zmieniający ucisk w pieszczotę i na odwrót.
Matthew nie mógł tego wytrzymać. Zatkał uszy i zaczął krzyczeć, zanosząc się łzami. - BŁAGAM, PRZESTAŃ! PRZEPRASZAM! NIE ODCHODŹ!!! WYBACZ MI!!! - Wszystko to powtarzał jak mantrę dopóki nie nastała cisza.
Otworzył oczy. Zobaczył coś. Było to bardzo niewyraźne, pokraczne stworzenie. Żałosne, bez kształtu, jakby bez kości, aż sam poczuł wstręt, a później zaniósł się płaczem.
Jednak kiedyś też zasnął, lecz kiedy - nie wiadomo. Dawno już zatarły się granice między snem, a jawą.

/zt


___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Pokój Matthewa/ Park   

Powrót do góry Go down
 
Pokój Matthewa/ Park
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Pokój wizytowy
» Pokój Chemika
» Pokój Gościnny (-) - Piętro
» Pokój Wspólny
» Czerwony pokój zabaw

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Off-Topic :: Strefa pozafabularna :: Retrospekcje-
Skocz do: