IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Skrzydło Szpitalne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Skrzydło Szpitalne   Nie Mar 05, 2017 6:23 pm


___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro Mar 15, 2017 9:50 pm

Było wczesne popołudnie. Młody, rudy chłopiec zjawił się w drzwiach sali, gdzie leżeli nieprzytomni inkwizytorzy, gdzieś głębiej w odmętach skrzydła szpitalnego. Zazwyczaj unikał całej tej części siedziby jak ognia, ale od trzech tygodni bywał tu niemalże codziennie.
Na sali jak zwykle panował spokój, choć szczerze mówiąc żaden z pacjentów raczej by go nie zakłócił, lecz dzisiaj nie było ani jednej pielęgniarki. Tym nawet lepiej.
Chłopiec podszedł do ostatniego łóżka w pokoju, znajdującego się tuż przy oknie.
- Cześć, Lynn! Wybacz za spóźnienie. - Powiedział z uśmiechem na twarzy, obdarzając wzrokiem leżącego z przewiązanym bandażem na czole przyjaciela, skąpanego w blasku letniego słońca za oknem. - Musiałem dziś pójść na pocztę i do domu - ciągnął dalej. - Mam nadzieję, że nie musiałeś czekać tak długo… Ale hej, zobacz co mam! - Sięgnął wnet do swojej torby i wyjął niezbyt grubą książkę w błękitnej okładce.
- Znalazła się jednak! Była w domu ten cały czas. W końcu możemy ją skończyć, tylko na czym my... - Zaczął kartkować drugi tom swojej ulubionej serii powieści kryminalnych, przy tym zasiadając przy taboreciku znajdującym się przy łóżku od strony okna, rzucając na Lynna wyraźnie zaznaczony cień, który nadal leżał, nawet nie drgając.
Matthew już miał się zabierać do czytania, w końcu przerywając tę martwą ciszę, lecz zamiast zaczynać kolejny rozdział, powiedział delikatnym głosem, obdarzając wzrokiem jego twarz pogrążoną w spokoju. - Masz pozdrowienia od matki… Powiedziała, że jak się obudzisz to koniecznie musisz nas odwiedzić, specjalnie dla Ciebie zrobi swoją szarlotkę. Och, a ojciec wczoraj wyjechał, więc o to nie musisz się martwić… - Uśmiechnął się do siebie, dalej wpatrując się w niego jak w zwierciadło. - Mam Ci tyle do pokazania! Ab przysłał tym razem naprawdę mnóstwo rzeczy! Bo wiesz, zawsze coś dostaję od niego oprócz samego listu, lecz tym razem przeszedł sam siebie. Listu jeszcze nie czytałem, ale przysłał biżuterię,chyba dla mamy,... ale nie ważne! Dał mi zdjęcia, na których są słonie, takie prawdziwe! Lecz to i tak nic! Na pewno nie uwierzysz, ale przysłał mi najprawdziwsze na świecie skórki rajskich ptaków! Wyglądają zupełnie tak jak z obrazków, a nawet i lepiej, bo dał też zdjęcia z nimi i pióra, i skorupki jaj… i w ogóle tyle jest tego wszystkiego, że chyba będziesz musiał zostać na noc, by to wszystko ze mną obejrzeć. Oczywiście jeśli chcesz, bo chyba za nim nie przepadasz... - Cisza. Słychać było jedynie dźwięki miasta za oknem.
Matthew zwątpił. Z jego twarzy zniknął uśmiech, a wdarł się pusty wyraz smutku. - O ile w ogóle się kiedyś obudzisz… - Odparł z lekka drżącym głosem. Mimo iż od wypadku minęło już trochę czasu nadal nie mógł sobie wybaczyć za to co zrobił, przecież to on go tam zaprowadził, kiedy był w takim stanie, praktycznie skazał go na zrobienie sobie czegoś złego. W jego oku zakręciła się łza.
- L-lynn ja…- Patrzył żałośnie na jego nieruchome ciało, blade niemalże jak prześcieradło. Zacisnął dłonie na kolanach. - To moja wina, nie powinienem był Cię tam, kiedy ty… Nie powinieneś tego słyszeć! To ja powinienem coś zrobić, a-a nie ty! - Wołał wcale nie obdarzając go wzrokiem, lecz bardziej karcił siebie. Czuł się pusty w środku od tamtego czasu. Mimo że mu i Amonowi uszło to płazem i wszystko potraktowano jako wypadek, to nadal za to wszystko obwiniał siebie, a widok pana Cavendisha kłócącego się z lekarzami jak i Lilly z kwiatami jeszcze bardziej go pogrążał.
Znów zapadła głucha cisza. Przerażająca jak zwykle. Długo musiał nią nasiąkać nim w końcu zdecydował się znów na niego spojrzeć. Brak odpowiedzi. I znów cisza.
- ... - Siedział w bezruchu obserwując przyjaciela jakby kontemplował nad najbardziej fascynującym obrazem świata. - ...Pewnie i tak niczego nie słyszysz. - Odparł w końcu, wyraźnie niepocieszony. Matka mu mówiła, że powinien z nim rozmawiać, gdyż tym sposobem wybudzi się szybciej. Sam w to nie wierzył od początku, lecz to nie powstrzymało go od praktycznie spędzania z nim każdej wolnej chwili. Tęsknił za nim i to bardzo. Za jego niekończącymi się opowieściami o zegarkach, za jego zdolnościami w okiełznywaniu demonów Amona, za jego śmiechem, za jego zielonymi oczami, za jego dłonią na swoim drobnym ramieniu, za jego…
Chuda ręka Lynna jak zwykle leżała na okryciu. Matthew wlepiał w nią swoje oczy. Nagle wyciągnął swoją i delikatnie, najdelikatniej jak tylko mógł, pogładził po skórze. Robił tak często jak do niego przychodził i nikogo innego nie było w pobliżu, niemalże codziennie i za każdym razem czuł to samo co wtedy w górach.
- Tam nad jeziorem… - Zaczął. - Tam nad jeziorem… Mówiłeś, że nigdy byś mnie nie opuścił… - Kontynuował coraz mocniej kładąc nacisk na rękę przyjaciela. W jego oczach znowu pojawiły się łzy. - Nigdy bym nie śnił, że ktoś by mi tak powiedział, wiesz? Nie zasługuję na to, a poza tym powinienem już wiedzieć, że te słowa nic nie znaczą, ale… - Ścisnął go z całych sił. - Ale wiem, że z tobą jest inaczej. Od zawsze wiedziałem, od kiedy stanąłeś w mojej obronie, kiedy Peter był skończoną świnią, wiedziałem po prostu! Ale tam nad jeziorem… poczułem mocniej. Sam nie wiem co, ale było to bardzo silne, dziwne… lecz miłe… - Przejechał kciukiem po jego dłoni i dołożył drugą.
- Wtedy chciałeś coś mi jeszcze powiedzieć, prawda? Też to poczułeś? Czy ty też..? - Patrzył na niego jakby serio oczekiwał odpowiedzi. Ręce mu drżały. Po chwili jednak na jego zapłakaną twarz wdarł się uśmiech. - Zapewne nawet jeśli, to byś mi nie powiedział, hehe... - Zaśmiał się przecierając łzy. - Taki już jesteś, co nie?
Puścił go, a po chwili zbliżył się do jego twarzy. Po raz kolejny się w niego zapatrzył. Jakby w transie uniósł powoli swoją dłoń i odgarnął jego włosy, odsłaniając jego wręcz przerażająco zbyt spokojne oblicze. Coś ścisnęło jego żołądek. Matthew przełknął ślinę, a jego głowę ogarnęło na raz tysiąc pozornie sprzecznych myśli. Jego ciałem znów zaczęły władać jego instynkty, a jego człowiecza natura jakby w ogóle nigdy nie istniała. Ale… Nie mógłby... Nie jemu! Lecz wszystko było już przesądzone, kiedy z jego czoła dłoń powędrowała mu na jego policzki.
Czuł się jakby oglądał przepiękny krajobraz tylko zamiast oczu używał swoich rąk, a każdy kształt był malowniczą doliną, każdy mały włosek był złocistym kłosem muskającym go po dłoni podczas spaceru po letnim polu. Jego żuchwa była jak wysoki brzeg rzeki, po którym wpadł w głęboką toń, pod jego koszulą, a tam słodko utonął, kończąc palcem obrysowywując jego jabłko adama. Przez ten cały czas miał wrażenie jakby odkrywał tyle rzeczy na nowo, jak dziecko widząc po raz pierwszy w swoim życiu przepięknego motyla. Na nowo nauczył się czym jest ciało mężczyzny, to co wydawało mu się w nim takie niezwykłe, a przede wszystkim na nowo odkrył osobę, bez której czuł się jedynie jak dziecko zagubione w ciemnym lesie. Znów to uczucie. Tak, to było to.
Po swojej wędrówce dotarł i do jego ust. - W porządku Lynn… - W końcu szepnął. - Ja też Cię nigdy nie opuszczę… Chociażbyś miał się nigdy nie obudzić. Będę przy tobie… - Po raz kolejny go pogłaskał uśmiechając się przy tym. Zmrużył oczy i pochylił się nad nim bardziej. Do głowy wpadł mu naprawdę szalony pomysł, ale nim zdążył go przemyśleć wpadł w trans. Usadowił się nad nim, długo się jeszcze w niego wpatrując, po czym lekko przechylił głowę, to w jedną, to w drugą stronę. Jego oddech zrobił się niespokojny, zaczął mieć wątpliwości, a z każdą sekundą walczył ze sobą coraz bardziej. Czuł się tak naprawdę jakby zaraz mógł zemdleć. W końcu , drżąc przy tym jak galareta, z zamkniętymi oczami zdecydował się na ruch i mocno zbliżył się swoimi ustami do jego warg, przyciskając je silnie. Nie wiedział co robić, nie miał doświadczenia i robił to bardzo niezręcznie, lecz czuł się jakby nigdy nie był sobą. Nie był tym, wątłym, kruchym i delikatnym kurduplem jak na co dzień, a stał się czymś pięknym, silnym i nieskończonym. Nie dałoby się tego opisać słowami tego stanu, chociaż… Chociaż nie była to prawda… Było takie słowo i brzmiało ono - miłość.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro Mar 15, 2017 10:24 pm

Jego dni polegały na czekaniu. Odczuwał to szczególnie mocno, zerkając na pustą ławkę obok niego, w której zwykł siedzieć jego przyjaciel. Wyciszył się, bywał nieobecny. Wina ciążyła nad nim jak czarna chmura, sprawiając, że w równym stopniu wyczekiwał i obawiał się przebudzenia przyjaciela. Czasu miał sporo, a jednak upływ kolejnych dni nie spowodował nakierowania myśli na wyjaśnienie, jakim będą musieli go uraczyć, gdy już zapyta dlaczego znajduje się w szpitalu. Byli za niego odpowiedzialni. I spieprzyli po całości.
Amon nie gościł przy łóżku Lynna niemal w ogóle. Źle znosił ten widok. Jeśli już mu się zdarzało, szybko odchodził, zajmując się czysto praktycznymi sprawami – wyrzuceniem zwiędłych kwiatów, poprawieniem nieprzytomnemu poduszki. Za nic na świecie nie zdecydowałby się na jednostronną rozmowę, jednocześnie próbując odwieść Matta od tego pomysłu, jak widać – z marnym skutkiem. „Nie ma żadnych naukowych dowodów na to, że cię słyszy. Niezależnie od tego, ile książek byś mu nie przyniósł, nie podziękuje ci za ich czytanie, gdy się już obudzi” – mówił, choć w myślach coraz częściej pojawiała się myśl „o ile się obudzi”. Za dużo czasu już minęło, aby nie zaczął wątpić. Nie dzielił się jednak obawami z Matthewem, na pierwszy rzut oka radzącym sobie z sytuacją jeszcze gorzej.
Na dobrą sprawę – przy nieprzytomnym został właśnie rudzielec, tylko on. Ojciec Lynna odwiedzał syna kilka razy, zawsze powodując więcej zamieszania, niż było to warte. Twierdził, że w jego domu zajmą się nim lepiej i właśnie tam należało go przenieść. Przejęcie całą sprawą odbijało się na jego wyglądzie i zdrowiu, zwłaszcza, że całkiem niedawno zmuszony był grzebać własną żonę. Strata najstarszego dziecka wkrótce po tym, zdawała się być wielkim ciosem. Gdy Amon napotykał mężczyznę, natychmiast wykonywał taktyczny odwrót, jako że ten doszukiwał się winy właśnie u przyjaciół syna.
Lillianne zawitała u boku swojego panicza wyłącznie raz. Kiwnęła bezpłciowo Amonowi, włożyła świeże kwiaty do wazonu z wodą i odeszła, nawet nie spoglądając na Lynna. I w rzeczywistości – na jednej dłoni nosiła rękawiczkę, a na drugiej jej palce przewiązane zostały grubą warstwą bandaża.
O wiele więcej czasu z młodym Cavendishem spędzał jego lokaj, Alcester, którego Amon również unikał jak ognia. Przychodził głównie w godzinach porannych, po zajęciach chłopców odchodząc, jakby zmieniając wartę z Matthewem. Zamieniał z nim od czasu do czasu kilka słów, dziękując za opiekę i pomoc, ale równocześnie nie omieszkał go strofować, jeśli chłopiec zwiewał dla panicza z zajęć.
Rudzielec więc spędzał przy przyjacielu czas zazwyczaj samotnie. Amon przychodził do sali szpitalnej, gdy tylko był wolny, zostając jednak w progu, często przyglądając się czytającemu chłopcu, czując przy tym paskudny ucisk w klatce piersiowej. Nie rozumiał swojej złości. Czasami nawet przyłapywał go na ujmowaniu dłoni nieprzytomnego, oczywiście, nie odnajdując w tym nic nieodpowiedniego. Takie gesty sprawiły jednak, że zapragnął znaleźć się na miejscu Lynna, wyłącznie po to, by sprawdzić, czy Matt uczyniłby tyle samo dla niego. Długo zastanawiał się, kiedy ta dwójka tak się do siebie zbliżyła, nie odnajdując odpowiedzi. Musiał coś przeoczyć, najwyraźniej nie był w każdej ich chwili. Zazdrość trawiła go od środka, a on wychodził wtedy ukradkiem, nie mogąc dłużej znieść tego widoku.
Tym razem nie było inaczej. Może poza tym, że Matt przeszedł samego siebie, aż Amona skręcało w środku. Opierając się o kamienną wnękę w wejściu, dokładnie wodził za ruchami jego dłoni, tak zaabsorbowanej zbędnym, ckliwym gestem. Zacisnął zęby, jak zwykle chcąc opuścić pomieszczenie, zacząć krzyczeć i paradoksalnie – patrząc dalej, intensywnie, jakby od tego zależało jego życie. Widział, jak się podnosi, pochyla nad twarzą nieprzytomnego i... Nie. To nie mogła być prawda. Aż zakrył usta dłonią.
Wycofał się o krok, przywierając plecami do ściany, gotów wybiec z pomieszczenia, świadom, że widział zbyt wiele, a nie powinien. Musi natychmiast... Wyjść? Udać, że niczego nie widział?! Jak mógłby? Był wściekły, że po raz kolejny coś dzieje się za jego plecami, a on jest wyłączony z ich zażyłości. Odetchnął, poprawiając koszulę, starając się wyglądać naturalnie.
Trzasnął drzwiami, wkraczając do wnętrza pomieszczenia zdecydowanym, głośnym krokiem. Chciał dać mu czas na doprowadzenie się do porządku, sprawdzenie jego reakcji. Z początku więc udawał, że niczego nie widział; zachowując się jak zawsze... niemalże.
- Dzień dobry! – powitał go dziarsko, choć niebezpieczny błysk w oku mógł go zdradzić. Prędko znalazł się przy łóżku Lynna, dziarsko zakasując rękawy, gotów na porządki. – Jak czuje się nasz pacjent? Niemrawy jak ostatnio? – podniósł lekko głos, sam nie wiedząc, co go skłoniło do żartowania na niezbyt śmieszące go tematy. Złość wciąż w nim buzowała, nie zamierzał szybko odpuszczać. Wzrok przeniósł na nieprzytomnego chłopaka, jeszcze bardziej wymizerniałego niż podczas jego ostatniej wizyty. Pochylił się nad nim, sięgając dłonią do jego twarzy, tak jak uczynił to uprzednio Matthew, jednak w jego gestach nie krył się chociażby cień delikatności. Palce zacisnął na jego policzku, kciukiem unosząc bezwładne wargi i obnażając z lekką kpiną jego zęby. – Chyba musimy go ogolić, nie sądzisz? – zapytał, z trudem się kontrolując.
Puścił nieprzytomnego, zaraz opierając dłoń na łóżku i sięgając przez nie do Matthewa, chwytając go za koszulę od mundurka, ciągnąc w swoją stronę, tuż nad ciałem Lynna. Gdyby ten obudził się w tamtej chwili, miałby przed sobą całkiem ciekawy widok. Amon wściekle wbijał spojrzenie w brązowe oczy chłopaka.
- Co to miało znaczyć? Jak długo to przede mną ukrywacie? – warczał na niego, wzmacniając uścisk na materiale. – Nie uważasz, że powinienem wiedzieć?! – syknął, widząc w tym winę samego Lynna. Nigdy nie sądził, że to Matthew mógł wykonać pierwszy krok. Automatycznie zrzucił cała winę na drugiego z przyjaciół... omotał go, namówił do... cokolwiek oni robią!

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sob Mar 25, 2017 2:40 am

Dopiero odrywając się od niego, uchylił lekko oczy, pozwalając tej magicznej chwili dobiec do do swojego końca, aczkolwiek gdyby mógł, to najchętniej całowałby go bez przerwy. Wiedział jednak, gdzieś głęboko w środku, że to nie będzie ostatni raz. Kto wie, a może… nie… Do głowy wpadł mu szalony pomysł, jakoby Lynn był tym który następnym razem zainicjuje pocałunek. Głuptas! To przecież w ogóle nie w jego stylu! Aczkolwiek serce chłopca leciuteńko drgnęło na samą myśl o takim scenariuszu, który od teraz na zawsze będzie siedział mu gdzieś z tyłu głowy.
I wtedy nagle. TRACH! I wszystko pękło jak mydlana bańka. Przez chwilę serce waliło mu tak mocno, że niemalże czuł jak zaraz miałby paść na zawał. Dopiero po paru sekundach dojrzał kto się do niego zbliża.
- A-amon?! - Mówił jakby zobaczył ducha. Nagle wszystko zrobiło się czarno-białe. Ale jak to? WIDZIAŁ ICH?! Chłopak poczuł jak spływa po nim zimny pot. Nie mógł! To… To… To nie mogło przecież… NIKT NIE MIAŁ PRAWA ICH WIDZIEĆ!
Z martwym wyrazem twarzy przyglądał się poczynaniom przyjaciela, nie mogąc się ruszyć. Chciał krzyczeć, zaprzeczyć, ale wszystko wskazywało na to, że jego język zawiązał się na supeł. Miał jeszcze skrytą nadzieję, że ich nie przyuważył, lecz i ona prysła jak sen, kiedy tamten go silnie złapał.
Przez chwilę nie reagował. Docierało do niego zewsząd tyle bodźców na raz, że jego organizm za nimi nie nadążał, a jedynie wlepiał swoje brązowe ślepia w jego wściekłe oczy. Z czasem odzyskiwania rezonu, ogarniało coraz większe przerażenie. Nagle ni stąd ni z owąd, wrzasnął tak głośno i desperacko jak nigdy. - ZOSTAW MNIE! PUSZCZAJ!!! - Zaczął się szarpać na wszystkie strony. Był jak zwierzę, które dostało się w szpony drapieżnika i miało zostać rozszarpane.
Uwolnił się i z impetem przywalił w ścianę  za nim, na pewno robiąc sobie siniaka. NIe czuł jednak w tym momencie bólu. Musiał uciekać! Aczkolwiek Amon szybko zagrodził mu drogę i został zapędzony w kąt sali. Zaczął się trząść, a kolor jego skóry zaczął przypominać tę śnieżnobiałą biel na ścianach.
Dopiero teraz czuł się jak zwierzyna łowna na celowniku nie mając gdzie uciec. Nie widział nic poza swoim “oprawcą” i jego wściekłą aurą i tym jak się do niego zbliża.
Był już martwy.
Nagle zaczął desperacko wołać, co przypominało bardziej ostatni krzyk łabędzia, niż cokolwiek czym można byłoby się wybronić z tej fatalnej sytuacji. -A-AMON, TO NIE TAK JAK MYŚLISZ!!! TO NIEPOROZUMIENIE! Ja... JA WYTŁUMACZĘ!!! - Przylepił się do ściany jeszcze bardziej z przekrzywionymi okularami na nosie i miną jakby był zarówno na skraju płaczu jak i wyzionięcia ducha.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Nie Mar 26, 2017 4:20 pm

Warknął w złości, na darmo usiłując pochwycić Matthewa na nowo ponad ciałem nieprzytomnego Lynna. Wydostał się z jego uścisku, a Amon miał zablokowaną jedyną drogę dostępu, jeśli tylko nie chciał skakać przez łóżko. Nie miał zamiaru słuchać jego próśb. Po gwałtownej reakcji przyjaciela był już pewny prawdziwości swojego oskarżenia. Wiedział, że przyłapał ich na tym, co Matthew za wszelką cenę chciał ukryć przed całym światem.
Jednak nieme modlitwy rudzielca zostały wysłuchane. Z jednej ze stron, pojawił się wyraźny odgłos nadbiegających kroków. Ratunek. Należały one do siostry szpitalnej, zwiedzionej krzykami, najwyraźniej oczekując przebudzenia się jednego z pacjentów. Pojawiła się w drugim wejściu, wyraźnie zdyszana, zaraz ze zdziwieniem napotykając wzrokiem chłopców pomiędzy nieprzytomnym.
- Prosimy o wybaczenie – wypowiedział natychmiast Amon. Chciał zgrywać spokojnego, grzecznego adepta, jednak w obecnej chwili był na tyle wzburzony, że odbiło się to na jego grze aktorskiej. Przeprosiny nie zostały uznane za wiarygodne, starsza kobieta zerknęła na nich nieprzychylnym spojrzeniem i uznała, że powinni się zbierać. Nie mieli wyboru, musieli opuścić salę szpitalną.
Jeśli Matt się ociągał, Amon nie omieszkał wspomóc go ramieniem, ciągnąc go w stronę drzwi na w drugim końcu pomieszczenia. Za nic na świecie nie miał zamiaru pozwolić mu uciec. Nie teraz.
Wkrótce znaleźli się sami, na jednym z bocznych korytarzy, co uznał za idealną sposobność. Rozejrzał się dookoła siebie, po czym z pełnym impetem wrócił do tematu. Chwytając rudzielca za materiał kołnierza i pchając go silnia w kierunku ściany. Przemówił ze złością:
- Masz mnie za debila. I ślepca w dodatku. Dzień w dzień do niego przychodziłeś. Gadałeś, czytałeś książki. Trzymałeś jego rękę, a teraz… - przerwał na chwilę, w myślach zastanawiając się, jak powinien nazwać ten oczywisty akt. Żadne łagodne określenie nie przychodziło mu do głowy. – A teraz to! Czy twierdzisz, że oczy mnie zmyliły? Nieporozumienie!? – powtórzył słowa chłopca z sali szpitalnej, wciąż nie wierząc, że Matthew próbował okłamać go w tak nieudolny sposób. – Niekonwencjonalne metody leczenia? Przez pocałunek, niczym w „Śpiącej królewnie”? – zażartował, choć wcale nie było mu do śmiechu. Puścił go, choć zrobił to w wściekły sposób, zapewne powodując jeszcze więcej bólu u chłopaka.
- Nie kpij, Matt. Nie obrażaj mojej inteligencji – zagroził mu, ściszając głos, co jednak nie odjęło mu zawzięcia i grozy. – Dlaczego mi nie powiedzieliście? Zrozumiałbym. Może nie od razu, ale… Słyszałem o takich przypadkach. Och, byłem głupi! Dlaczego nie widziałem tego wcześniej? – ostatnie dwa zdania skierował wyłącznie do siebie, wściekły, że spostrzegł się tak późno. Pojedyncze elementy układanki z czasem zaczęły stanowić całość, rozwiązanie zagadki pojawiło się nagle. Ich tajemnicze spotkanie w samotnej klasie, o którym żadnej z nich właściwie nie wypowiedział się do końca. Przyłapane rozmowy i to zachowanie… Lynn traktował ich tak różnie! Matthew był dla niego jak cieniutka wydmuszka, z którą należało obchodzić się możliwie delikatnie i nie poddawać najmniejszym szokom, podczas gdy jego traktował jako rywala, człowieka, któremu za wszelką cenę należy pokazać, że jest się lepszym. Tamci byli ze sobą blisko. Bliżej niż z nim. I to złościło go najbardziej.
Syknął wściekle i zupełnie nie kontrolując sowich poczynań, przywalił Mattowi w twarz, silnie zaciśniętą pięścią, celując gdzieś w miejsce pod okularami.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Nie Kwi 02, 2017 10:19 am

Najwyraźniej jego krzyki przywiodły tu kogoś jeszcze. Ratunek, czy może kolejnego kata? Nie był w stanie tego ocenić, mimo tego, że wgapiał się osłupiały, niemalże nie mrugając. Nie potrafił nawet przeanalizować jej słów, gdyż jego ciało pogrążyło się w stan kompletnej katatonii, nie kiedy on tu był, kiedy w każdej chwili mógł się na niego rzucić.
Chwała Bogu, jakąś okrężną drogą zrozumiał, że miał okazję uciec, a przynajmniej tak mu się wydawało do momentu, kiedy Amon silnie go złapał. Myśliwy schwytał zwierzynę, która nawet nie próbowała się mu wyrwać, a jedynie oczekiwała na rychłą śmierć.
Nawet nie zdążył się zastanowić co robił na korytarzu, praktycznie gdyby nie był ciągnięty przez blondyna to nie ruszyłby palcem, a z amoku wybudził się dopiero, kiedy został z impetem przyparty do ściany. Nagle jego wzrok zrobił się jeszcze bardziej dziki, widząc wściekłe oczy Amona. Uciekać, tak uciekać! Gdziekolwiek! Zaczął się desperacko szarpać, jeszcze bardziej niż ostatnio, co tym razem nie przyniosło pożądanych efektów, a jedynie zestresowało go jeszcze bardziej.
- Nie! - jęczał. Tak żałośnie nie wyglądał już od dawna. Ta cała sytuacja przypominała to jak spędzał popołudnia, zanim jeszcze poznał Lynna i Amona, którego z pewnością nie podejrzewał aż o taką agresję. Najgorsze jednak były jego słowa. Sprawiały one, że czuł się brudny. Jakich niby przypadkach?! - Nie… Nie, nie, nie, nie! - Matthew za nic w świecie nie chciał o tym słuchać, przecież nie był żadnym zboczeńczem! NiE!!! Po jego policzku spłynęła łza. - TY I TAK NIE ZROZUMIESZ! - krzyczał mu w twarz.
I wtedy stało się. Przez korytarz przeleciała para okrągłych okularów z cichutkim stukotem uderzając w podłogę, tonąc w głuchym echu uderzenia, które niosło się powoli również cichnąc. Chłopak upadł na ziemię. Autentycznie oniemiał. Nagle cały ten tygiel myśli ucichł, a słyszał jedynie dzwonienie w uszach. Zajęło mu chwilę nim doszedł do siebie, przynajmniej w pewnym stopniu.
Matthew z czystym przerażeniem na twarzy, podniósł głowę. On go uderzył. Amon, człowiek, który jeszcze wczoraj wydawał się być jego najlepszym przyjacielem, zmienił się w Petera, zwykłego oprawcę chcącego go skrzywdzić. Jego oczy napełniły się łzami, lecz nie tylko przez to, że go bolało (chociaż to też miało w tym swój niemały udział), ale przez… no właśnie, przez co? Sam nie wiedział. Chyba to wszystko było dla niego za dużo.
Ewidentnie jednak czuł, że to jego wina. To wszystko, stało się dlatego, że był… taki! Nigdy nie czuł się swobodnie z tym sekretem, lecz po raz pierwszy poczuł się tak bardzo źle z tego powodu, tak że mógłby sam wejść na stos.
Nim zaczął płakać, zwinął się w kłębek i zakrył głowę rękoma, jakby oczekując na kolejny cios. Zaczął drżeć tak mocno, że Amon z łatwością mógł to zauważyć. - P-przepraszam! - wydukał głosem niczym zjawa, z trudem zaczerpując powietrze. - J-ja nie chciałem! TO MOJA WINA! PRZEPRASZAM!!! - Całkowicie stracił kontrolę i rozryczał się na dobre. Mamrotał jeszcze pod nosem jeszcze jakieś rzeczy, które tylko on mógł on zrozumieć i nie były to bynajmniej słowa otuchy. To on był tu winnym, to jego powinno się teraz karać.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Nie Kwi 02, 2017 8:06 pm

Dopiero gdy Matthew osunął się na ziemię, zdołał się opanować, powstrzymując kolejny cios i cofając się w przerażaniu. Zacisnął dłonie w pięści, wzrokiem podążając za okularami chłopaka, znajdującymi się aktualnie w opłakanym stanie. Gdy szamotał się i wyrywał, Amon był pewny, że mu nie odpuści. Zrobi wszystko, aby poznać prawdę. Teraz jednak nie był tego taki pewien… Przeprosiny cisnęły mu się na usta, ale sam głos uwiązł mu w gardle. Przygryzł wargę, nie dodając chwilowo nic, jakby pokorniejąc. Może z litości, a może z faktu, że w takim stanie zupełnie nic nie wyciągnie ze swojego przyjaciela. Musiał załatwić to w inny sposób. Przepraszać jednak nie zamierzał, nawet jeśli miałby grać lub być szczerym.
Pochylił się nad okularami rudzielca, chwytając je w dłoń i oceniając szkody. Pękło tylko jedno ze szkieł, rysą przecinając je na całej długości. Jednak nie powodowało to braku użyteczności przedmiotu, a raczej ewentualne problemu w funkcjonowaniu Matta. Gdy ten tylko zechce wstać z podłogi, oczywiście. Amon ukucnął przy przyjacielu, ciągnąc go lekko za ramię, by doprowadził się do porządku.
- Już – zaczął przyciszonym, łagodnym tonem. Chwycił go wkrótce pod ramiona, dużo siły wkładając, w to, aby spojrzał mu w twarz, jeśli mieli kontynuować dialog. Zdołał się opanować, przeklinając swoje gwałtowne działanie. Zapomniał już, jak bardzo różnią się Lynn i Matthew. Pojął również choć częściowo, dlaczego Lynn traktuje ich tak różnie. Sam nie wiedział, czego się spodziewać, ale młody Cavendish z pewnością oddałby mu cios z niemałą nawiązką, oczywiście nie lądując w kałuży własnych łez, a tym bardziej nie przepraszając za…? No właśnie, za co? To Amon powinien być tym, który przeprosi. Stało się jednak inaczej. I blondyn z pełną premedytacją miał zamiar to wykorzystać.
- Już, już – powtórzył, a w jego głosie rozbrzmiała czułość. – Nic się nie stało. Wybaczam ci. Wiem, że nie chciałeś… Wiem, że było ci ciężko… - mówił cicho, jakby starając się pocieszyć chłopaka. Ciekawość zwyciężyła wszystko. Musiał poznać prawdę, odgrywając odpowiednią scenkę. – Czy jednak nie jestem twoim przyjacielem? Nie zasługuję na prawdę? Matthew… - przerwał niemal dramatycznie, podając mu okulary, jeśli ten zdołał opanować już swój atak. Poprawiał jego pogniecioną koszulę, układał kołnierzyk, sprawiając, że wyglądał niemal normalnie. Uczyniłby wiele, aby rozwikłać tę zagadkę.
- Nie płacz. Opowiesz mi wszystko na spokojnie, dobrze? – próbował go podejść sposobem, uśmiechając się delikatnie, jakby zachęcając go do rozpoczęcia przemówienia. Oczywiście, przejął się całym zajściem, ale niewiele dał po sobie poznać. Musiał wiedzieć, po prostu musiał. Jak do tego doszło? Od kiedy to ukrywali? I dlaczego, do cholery, Matthew wybrał Lynna a nie jego?

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Pon Kwi 03, 2017 9:30 pm

Na początku nie dawał się mu nawet dotknąć i uciekał od jego dłoni jak czarownica przed orszakiem prowadzącym skazańca na stos. Niech on go w końcu zostawi! Chciał zostać sam!!! Chciał płakać w ciszy, bez jego przeszywającego wzroku, przez który aż się zapowietrzył.
W końcu jednak przestał się od niego odsuwać i spojrzał na niego. Oczy, na jego twarzy gościł ewidentny grymas smutku i rozgoryczenia, który od razu próbował zasłonić dłońmi. Było mu wstyd, odkryto jego najczarniejszy sekret. Wolał nie myśleć co na to jego ojciec, bracia, matka… Jak on mógł im to zrobić? Jakim on był synem? Niewdzięczny, zepsuty, wstyd dla całej rodziny. Nagle jego serce zmroziła kolejna myśl. Na pewno tak szybko nie przestanie płakać.
Jednak mimo wszystko próbował się uspokoić, dla przyjaciela, mimo tego co przed chwilą mu zrobił (przecież zasłużył, czyż nie?). Powoli szlochał coraz to ciszej, a przy tym zaczął pociągać nosem. Jego twarz, a w szczególności oczy poczerwieniały od tarcia, wyglądał naprawdę fatalnie. Nadal jednak nie był mu gotowy spojrzeć w oczy i unikał kontaktu wzrokowego jak tylko mógł.
Nagle nerwowo obrócił się w jego stronę i na nowo jego świeżo wytarte oczy napełniły się łzami. Wszystko na marne.
- NIE, TO NIE TAK JAK MYŚLISZ! - jęczał żałośnie drżącym głosem. - Jesteś, zasługujesz, tylko ja… To znaczy… Ja nie chciałem, przepraszam! Chciałem powiedzieć, t-tylko... - począł trząść się jak galareta, a grunt jakby znów osuwał się mu spod nóg. Dalsze jego żądania tylko pogrążyły rudzielca, któremu na nowo zaczęły spływać łzy po policzkach. Najwyraźniej dziś nie będzie już potrafił “na spokojnie”. - J-ja nie wiem! Nie wiem dlaczego, od kiedy.... Sam nie wiem! Naprawdę… Proszę, przestań!- zakrył oczy i odsunął się od chłopaka. Nie kłamał, to było zbyt wcześnie dla niego. By kiedykolwiek z nim spokojnie porozmawiać musiał pierw zebrać myśli, nabrać dystansu, a w tej chwili nie było to wykonalne.
Nagle zatrzymał się w miejscu i wstrzymał oddech, jakby porażony piorunem. W mgnieniu oka przybliżył się do Amona i złapał go silnie za przedramiona, wzrokiem szaleńca świdrując mu dziury w oczach. - On nie może o niczym wiedzieć! Przyrzeknij, że mu nic nie powiesz! - sapał.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Czw Kwi 06, 2017 8:48 pm

Musiał tłumić swoją satysfakcję płynącą z niezaprzeczalnego tryumfu. Czuł, że miał go już w garści. Matthew zaraz wyśpiewa mu wszystko, a on będzie napawał się ich najbardziej intymnymi tajemnicami, do których dotychczas nie miał dostępu. Wielki to będzie dzień w jego życiu. Żadnych sekretów, nigdy więcej. Pozna ich na wskroś.
Bardzo uważał, by nie przegiąć. Nie chciał go złamać, a łagodnie przycisnąć do muru, doprowadzając swoje zadanie do końca. Widział jego zmieszanie, wewnętrzną walkę, w której to co właściwie usiłowało zrujnować to co przyjemne. Zamierzał go wspierać, niezależnie jak bardzo by się z tym nie zgadzał. Odrzucił pierwsze wrażenie, starał się nie dopuszczać do myśli obrzydzenia ani awersji, jakie dopadły go od razu, gdy przyswoił sobie słowa przyjaciela. Przybrał współczujący wyraz twarzy, jakby uprzednie wrzaski i rękoczyny nie miały miejsca.
- Rozumiem… Nie musisz już nic mówić – wypowiedział, choć za sprawą tych słów miał nadzieję wyciągnąć od niego coś więcej. – Nie płacz już, nie ma czemu. To chyba… nic złego, mylę się? Chociaż… nie wyobrażam sobie tego ni trochę! Jak wy chcieliście…? – To wszystko wciąż pozostawało poza jego wyobrażeniami. Nie miał pojęcia, jak funkcjonują mężczyźni dobierający się w pary, nie wspominając o tym, że mowa tutaj o jego dwóch najlepszych przyjaciołach.
- Co? – wydukał nagle, robiąc wielkie oczy. I ponownie, jego cały światopogląd legł w gruzach. Czyli… Lynn nie był w to zamieszany? To… było zasługą niewinnego Matta? Przez moment nie był w stanie wykrztusić z siebie słowa, na nowo przekładając elementy układanki i uzyskując zupełnie inny obraz. – On o niczym nie wie!? To skąd pewność, że w ogóle… wiesz, cię zechce? – zasypał go pytaniami, nagle przywołując do myśli postać Caroline, do której zwykł wzdychać młody Cavendish. Nie kazał mu jednak długo czekać na odpowiedź.
- Możesz być pewny. Ode mnie nie dowie się ani słowa, choćbym trafił na tortury! – wyszczerzył zęby, bo sytuacja zdała mu się w jednej chwili absurdalnie zabawna. – Ha ha… nie wierzę – nie wytrzymał i wybuchnął krótkim śmiechem. – Kiedy zamierzasz mu powiedzieć? – zapytał, wyczuwając w tym idealną rozrywkę dla samego siebie. – Chodź, odprowadzę cię do pokoju. A ty opowiesz mi jeszcze jakieś smaczki… - zachichotał, niezbyt delikatnie czochrając go po włosach i pociągłym ruchem przecierając mokre od łez policzki.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sob Kwi 08, 2017 2:42 am

Matthew robił wszystko, by zatrzymać ten potok łez, aż w końcu udało mu się odrobinę uspokoić. Paskudna sprawa, zapewne nie będzie spał dziś przez to całą noc, a słowa Amona bynajmniej mu nie pomagały. Czuł się przez nie jeszcze gorzej, lecz kiedy wspomniał o Lynnie i o tym czy go zechce czy nie to wręcz nim zarzuciło. Natychmiast pobladł. Jak to miałby go nie chcieć? Przecież te niewerbalne znaki, to jak go traktował, to co mu wtedy powiedział… Nie, nie mogło tak być! On już taki jest, wszytko trzeba czytać między wierszami! Ale jednak mimo wszystko zasiało to w Mattcie małe ziarenko zwątpienia. Jego dłonie i warga zadrżała. Niby chciał mu coś powiedzieć, lecz gdyby miał teraz wydać z siebie chociażby jeden króciutki dźwięki to znów wybuchł by płaczem.
Pełen trwogi spojrzał przyjacielowi w oczy. W przeciwieństwie do chwili przedtem Amon okazał mu jednak odrobinę zrozumienia. W tym całym mętliku i natłoku myśli, oraz problemów w głowie, nagle zrobiło mu się odrobinę lżej na sercu. Nadal miał do siebie żal i był na siebie zły, ale udało mu się niemrawo (lecz szczerze) uśmiechnąć i wtedy jakby kompletnie zapominając o tym kto przed chwilą niemalże przyprawił go o zawał wyjęczał - Dziękuję, Amon. - po czym szybko go objął i zanim puścił powiedział jeszcze. - Naprawdę
Nie był to taki uścisk jakim obdarzał go Lynn, a raczej starał się go za długo nie trzymać, gdyż nie wiedział czy po tym czego przed chwilą się dowiedział jego przyjaciel będzie w ogóle chciał go dotykać.
- Powiem mu… W swoim czasie, ale już niedługo… Jak się obudzi, o! - mówił, sam nie wierząc w swoje słowa, ale zdawał sobie sprawę, że kiedyś będzie musiał to zrobić, bo liczyć na gest ze strony Lynna to tak jak oczekiwać na to, by góra przesunęła się na bok, bo wadzi podczas wycieczki po lesie. Po chwili jednak mocno spoważniał. -Amon, proszę… na dzisiaj koniec, bardzo proszę. - Po czym ruszył w stronę swojego pokoju.

***

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Nie Kwi 09, 2017 12:56 am

Nazywajcie to, jak chcecie. Cud? Przypadek? Proszę bardzo, każde z tych określeń po części pasowało. Lynn przebudził się nim minęło kilka dni od wydarzenia, które w jego przyjaciołach wzbudziło tyle emocji. Nie był niczego świadomy. Pewnego poranka, niczym normalnego dnia otworzył oczy, zastając inny obraz, niż ten witający go w posiadłości Cavendishów. Podniósł się krzyk. Czuwał przy nim Alcester, natychmiast zasypujący go pytaniami, nie pozwalając mu odpłynąć w błogi sen. Odpowiadał niemrawo, słysząc kroki nowych postaci i zaraz czując na swoim ciele dotyk; dłonie pielęgniarki sprawdzającej stan jego zdrowia. Pomimo długiego snu, był wyczerpany. Przytknięto mu wodę do ust, a więc pił posłusznie, wkrótce opadając bez sił na poduszkę. Nim wrócił w objęcia Morfeusza, dosłyszał wzruszony szept dobrze znanego mu mężczyzny:
- Najwyższy czas, paniczu…
***
Świat się nie zatrzymał. Lekcje odbywały się cały czas, niezależnie od tego, co przeżywał Matthew. Rudzielec zmierzał zapewne tam, gdzie kierował go plan zajęć – na lekcje historii, wraz z innymi uczniami. Po przekroczeniu progu klasy, zastała go złowieszcza postać profesora Goldenmayera, jeszcze bardziej przerażająca niż zazwyczaj. Jego spojrzenie zza zmarszczonych, krzaczastych brwi bynajmniej nie zwiastowało niczego dobrego. Matthew mógł udać się do swojej ławki, tak jak inni uczniowie, jednak wkrótce dogoniłby go twardy huk nauczyciela:
- Matthew Borcke! Pozwól tu na chwilę! – Profesor, który zdążył już polubić młodego rudzielca, tym razem sprawiał odmienne wrażenie. Nie mógł sobie pozwolić przecież na otwarte faworyzowanie. Gdy jednak jego podopieczny zbliżył się, mężczyzna opierając dłonie na ławce, przemówił do niego ściszonym szeptem, przeznaczonym tylko do jego uszu. – Doszły mnie słuchy, że twój przyjaciel w końcu raczył otworzyć oczy. Przyjąłeś do wiadomości? Ach, tak? To na co jeszcze czekasz? Idź do niego, teraz – rozkazał mu, a przez jego pokrytą zmarszczkami twarz przekradł się młodzieńczy uśmieszek. Wiedział o ich przyjaźni. I chociaż tyle chciał uczynić dla swojego ulubionego ucznia. Aby formalności stało się zadość, warknął jeszcze na cały głos, gdy tamten zapewne opuszczał już klasę:
- I nie waż się wracać, nim zrobisz to, co do ciebie należy!
***
W szpitalu, wyjątkowo, nie panowała cisza. Odgłosy ożywionej rozmowy niosły się po całej sali, w której Lynn spędził ostatnie trzy tygodnie. Jeśli Matthew spełnił życzenie profesora Goldenmayera, mógł minąć po drodze Alcestera wydającego rozkazy swojej pomocnicy, aby jak najszybciej przywieźć potrzebne paniczowi przedmioty, mające sprawić, by wrócił do codzienności.
Po przekroczeniu progu pomieszczenia, rudzielec mógł dostrzec to, o czym wszyscy tak mówili na własne oczy. Lynn siedział, oparty o podniesioną wysoko poduszce, a jego powieki z pewnością nie były już zamknięte. W nogach chlopaka znajdował się Amon. Rozprawiał o czymś namiętnie, ani myśląc się zamknąć i dać przyjacielowi dojść do słowa.
Zresztą, Cavendish nie wyglądał, jakby był ku temu skłonny. Twarz miał bladą jak popiół, jego ciało pozostawało jeszcze bardziej wychudzone niż zwykle. W owym widoku nie mieniło się już nic, co Matthew mógł uważać za urocze. Chłopiec wzbudzał już tylko litość i niepokojące przerażenie. Słuchał ze zmęczeniem wymalowanym na twarzy opowieści Amona, lecz gdy dostrzegł rudzielca, odwrócił się, unosząc z wolna dłoń, pokazując, że znajduje się właśnie tutaj, a nie w innym łóżku, jakby tamten wcale o tym nie wiedział. Wyciągnął rękę wprost do niego, zachęcając go, by podszedł bliżej.
- Matt… - odezwał się ze sporym wysiłkiem, niemalże stłumionym przez żywą radość na widok przyjaciela.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Nie Kwi 09, 2017 1:22 pm

Wiadomość ta uderzyła rudzielca jak piorun. Na początku nie wiedział co zrobić, stał jak wryty patrząc z niedowierzającym wyrazem twarzy na Goldenmayera. Choć chciało mu się krzyczeć ze szczęścia to pohamował się jeszcze i spokojnym krokiem podszedł do drzwi, kiwając głową i tym żegnając się z profesorem i klasą, po czym zniknął.
I wtedy zaczął biec. Korytarzy wydawały się zlewać ze sobą, lecz on i tak doskonale znał drogę, mimo iż szpital znajdował się prawie że na drugim końcu placówki. Nic teraz nie miało znaczenia. Naprawdę się wybudził? Czy to cud, a może zaklęcie wiedźmy? Nie było jednak czasu, by o tym wszystkim myśleć, musiał go zobaczyć i tylko to się liczyło. Spieszył się tak, że zapewne nie zauważył nawet poczciwego Alcestera.
W końcu dobiegł na miejsce. Zdyszany stanął w drzwiach, ledwo uniósł wzrok i go zobaczył. Siedział spokojnie, żywy, wrócił do nich. Matt poczuł jak w jego oczach zbierają się łzy.
On też go zauważył. Na twarzy rudzielca pojawił się największy uśmiech jaki tylko mógł. Lynn nie musiał nic mówić, sam zaczął do niego biec, a gdyby mógł to skakałby przez łóżka szpitalne. Był taki szczęśliwy. Nie mógł się powstrzymać i rzucił się swojemu przyjacielowi na szyję.
Wtulił się w niego mocno, nie zważając zbytnio na jego stan, jakby nie widzieli się co najmniej z dziesięć lat. Czuł się bez niego taki pusty, a teraz jakby odzyskał część siebie, i to tą lepszą. To nic, że praktycznie wyglądał jak truchło, Matthew nawet tego nie zauważył. Przywarł do niego mocno, a mała łza spłynęła mu po policzku. Miał mu tyle do powiedzenia, ale teraz nie wiedział od czego zacząć, więc wydukał jedynie cicho. -Wróciłeś…
W końcu dał swojemu starszemu koledze oddychać i uśmiechając się, usiadł na skraju łóżka, oczywiście przecierając sobie oczy. - Wybacz, poniosło mnie. - spojrzał na nań łagodnie zza stłuczonych okularów, nie mogąc przestać się uśmiechać. - Witamy znowu wśród żywych, Lynn. Pewnie jesteś zmęczony. - zachichotał. Co za dzień. Był chyba najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.
Zwrócił się wtedy rozjuszony do Amona i zagaił. - Od dawna tu jesteś? Kiedy się obudził?! - mówił pełen energii, aż się zawstydził. - Przepraszam, po prostu to wszystko sprawia, że… ech…

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Nie Kwi 09, 2017 2:50 pm

I Amon odwrócił się za Lynnem, a jego twarz stężała, czego przyjaciel w łóżku nie mógł już widzieć, wyciągając wkrótce obie dłonie do rudzielca. Siniak, efekt uderzenia sprzed kilku dni, nie zdążył jeszcze zniknąć, ba – odcinał się swoim kolorem nad wyraz wyraźnie na twarzy Matta. Miał jeszcze chwilę na wymyślenie ewentualnej wymówki, podczas gdy tamci padli sobie w objęcia.
Przygnieciony jego ciężarem oraz wyprany z resztek sił Cavendish, wciąż nie mógł powstrzymać uśmiechu cisnącego mu się na usta i ulgi, jako że nie jest już dłużej powodem do zmartwień przyjaciół. Nie dziwił się jego radości; prędko odwzajemnił uścisk, oplatając go ramionami, a palce układając na jego czuprynie w pocieszającym geście.
- Dusisz mnie, Matt… - szepnął, ale w jego głosie nie dźwięczał wyrzut, a drobne zakłopotanie. Z braku lepszego pomysłu przeniósł wzrok na talerz stojący na szpitalnej szafce z podzióbanym przez niego jedzeniem, a następnie na Amona, przyglądającego się im z uprzejmym zainteresowaniem. I lekkim szczękościskiem, ale to szczegół. – Nie jesteś już chłopcem, Matt. Nie powinieneś się tak rozczulać – usiłował nieśmiało go pouczać, dokładnie tak, jakby uczynił to w tym momencie Alcester. Wkrótce dostrzegł wzruszenie rudzielca, więc zrezygnował z dalszego strofowania go. Miał ochotę go rozpieszczać, niech więc pozostanie chłopcem ten jeden dzień dłużej. Dlatego dodał czułym, ściszonym szeptem:
- Nigdzie nie odszedłem… - Nie myślał o tym, ale jak na zawołanie, do głowy wróciły mu wspomnienia z ich ostatniej rozmowy, łącznie ze złożoną obietnicą. Westchnął cicho, osuwając się z wyczerpania na poduszkę i zerkając na przyjaciół z bladym uśmiechem. Nie mógł się napatrzeć, niemalże ujmował zmiany, które w nich zaszły, jakby ich drogi rozeszły się na całe lata. Przyjemnie było widzieć ich znowu w akcji.
- Podobno dzisiaj rano, czyż nie? – odparł na pierwsze z pytań, na co Cavendish przytaknął. -Nie, zerwałem się z godziny wcześniej. Niedawno przyszedłem; nie zdążyłem nawet dojść do środka historii, opowiadającej co zdarzyło się pod nieobecność naszej śpiącej królewny. – Słowa wypowiadał naturalnie, jednak między nimi pojawił się pierwszy wytyk wspominający o tym, co wydarzyło się kilka dni temu między Mattem a Amonem. Blondyn zerknął na Lynna i zachichotał z niewyjaśnionego nikomu powodu.
- Nie pamiętam wszystkiego… Podobno spadłem z klifu. Nie uwierzę, że ten pajac mnie z niego nie zepchnął, do kiedy tego nie potwierdzisz, Matt – mrugnął do niego, nawet przez moment nie przestając wykonywać swojego żałosnego uśmiechu. Wspomnienia wracały powoli, niechętnie je przyswajał, zwłaszcza przez powód, dla którego w ogóle wylądowali na wycieczce w górach. Amon zatrzepotał niewinnie rzęsami, co mogło oznaczać wszystko. Swobodnie przeszedł do innego z tematów.
- W środku tygodnia były u ciebie dziewczyny z roku niżej. Łącznie z płaską Carol, rozumiesz? Zostawiły kwiaty, ale zdążyły już uschnąć, więc wybacz, nie będziesz miał żadnej pamiątki. Wszyscy już o tobie słyszeli – dopowiedział żywo, wspominając plotki niosące się po korytarzach.
Lynn przez krótką chwilę przejął się niesamowicie, mając zamiar zabić Amona, że pozwolił obiektowi jego westchnień zobaczyć go w takim stanie. Już otwierał usta, gdy nagle dostrzegł niepasujący element na twarzy drugiego z przyjaciół. Zaklął pod nosem.
- Peter postanowił się „zabawić” po takim czasie? – zmarszczył brwi, machając dłonią w kierunku okularów rudzielca. – Co za człowiek…! Jeśli chcesz, tym razem zrzucimy go z inkwizycyjnej wieży! – syknął, jawnie oburzony, że pod jego obecność ktokolwiek ma czelność pozwalać sobie na tak wiele.
Gdyby Matthew zerknął w tym momencie na Amona, nie dostrzegłby na jego twarzy ani cienia przejęcia. Zerkał na rudzielca z zaciekawieniem, jakby również wyczekując jego odpowiedzi, nieświadom co powie. Milczał jednak, wątpiąc, by dosłyszał prawdę. Nie był gotowy tłumaczyć się przed Lynnem, ale zapewne – nie musiał. Gdyby chciał, mógłby zdradzić przecież bardziej intymne tajemnice rudzielca.
Po wyjaśnieniu (prawdziwym bądź nie) chłopca, młody Cavendish poczuł się zobowiązany zmienić temat. Zresztą, za konieczne uznał okazanie drobnego wyrazu wdzięczności za wszystko, co uczynił dla niego Matt, mimo że słyszał o tym tylko z opowieści innych.
- Amon opowiadał, że czytałeś mi kryminały. Obawiam się, że nie byłem zbyt uważnym słuchaczem… - powiedział cicho, starając się zasugerować, że mogą to powtórzyć w przyszłości, jeśli Matthew tylko zechce. Nim zapadła cisza blondyn wkradł się w centrum uwagi z zupełnie niespodziewanym, dziwacznym pytaniem:
- Lynn, całowałeś się kiedyś? – wyszczerzył do niego wszystkie zęby, nachylając się, aby nie przegapić odpowiedzi.
Lynn zaś poczerwieniał na twarzy, pesząc się i początkowo nie wiedząc, jak wybrnąć z pozornie tak prostego pytania.
- Co? Czemu zadajesz takie pytania teraz? – wykrzywił twarz w niezrozumiałym wyrazie, próbując odszyfrować jego zamiary. Na próżno
- Czyli nie, haha. – Bóg jeden wiedział, ileż w tym było bezczelności, ale po wypowiedzianych słowach zerknął znacząco na Matta. Jak mu obiecał – nie zamierzał zdradzać jego namiętnych tajemnic. Ale o czerpaniu z ich powodu uciechy już mowy nie było. – Chciałem, aby trochę koloru wróciło na twoją twarz. Matt potwierdzi, że podziałało – zaświergotał, chichocząc jak dziecko. Przechylił lekko głowę, po czym oznajmił:
- Chyba powinienem już iść. Matthew chciał ci coś powiedzieć. – Uderzył dłońmi o uda, zbierając się powoli do dalszej drogi, zgodnie z wcześniejszymi słowami rudzielca, głoszącymi „Powiem mu… W swoim czasie, ale już niedługo… Jak się obudzi, o!”. Zobaczymy. Pierwsza z okazji miała rozegrać się już teraz.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Czw Kwi 13, 2017 1:29 am

Spoglądał na nich wciąż uśmiechnięty, aż doszły do niego słowa Amona. W przeciwieństwie do Lynna zrozumiał aluzję i przeszedł go wtedy lodowaty dreszcze po plecach. Uświadomił sobie, że w sumie będzie miał go zawsze w garści, a znając tego dupka będzie to wykorzystywał do końca. Aż zmarszczył lekko brwi.
Nie wytrąciło go to jednak z równowagi, przecież tylko by się tym pogrążył, nieprawdaż? A ten skurwiel miałby jeszcze z tego satysfakcję. Cóż, będzie musiał przywyknąć do tego, póki nie otworzy się przed Lynnem… kiedyś. Będzie to jednak o wiele cięższe niż przypuszczał, bo nawet durne wspomnienie o Caroline, a co ważniejsze reakcja Lynna sprawiła, że rudzielec aż spuścił wzrok. Czuł wręcz dziwne skręcanie w żołądku, lecz nie zdążył się nawet poważnie zasmucić, kiedy pytanie przyjaciela całkowicie nim wstrząsnęło.
Matthew wręcz podskoczył. Do tej chwili był taki szczęśliwy, że całkowicie zapomniał o stłuczonych okularach i śladzie pod okiem. - C-co? Nie… - Odruchowo złapał się za to miejsce. Dalej bolało go jak diabli, ale teraz o tym nie myślał. Autentycznie przeraził się tej sytuacji: z jednej strony wiedział, że nie powinien kłamać, a tym bardziej pogrążać Petera, który od ich pamiętnej zemsty omija go szerokim łukiem na korytarzu, lecz z drugiej strony nie mógł się narażać Amonowi, który nawet dla kaprysu mógł wyjawić jego najskrytszy sekret, co robić, co robić?
- To nic takiego, naprawdę - uśmiechnął się desperacko, czując spojrzenie blondyna na swoich plecach. - Zwykły wypadek podczas przesłuchania, należy się takich spodziewać. Uwierz mi, wygląda o wiele gorzej, niż w rzeczywistości, a prawię w ogóle jej nie czuję już. Aczkolwiek niestłuczone okulary byłyby o wiele wygodniejsze… - zaśmiał się cicho, mając nadzieję że nie wrócą już do tego tematu. Wystarczyło, że w domu miał przesłuchanie.
Na jego twarzy odbił się jednak cień smutku i zagościłby tam już na dobre, gdyby nie kolejne słowa jego przyjaciela. W jego oku pojawiła rozbłysł promyk nadziei i już miał otworzyć usta, by coś powiedzieć, gdy wtem odezwał się Amon. Naprawdę trudno było określić kto bardziej się teraz zażenował - on, czy Lynn? Ewidentnie stał się teraz obiektem zabaw swojego dobrego druha i wcale się mu to nie podobało.
Marszcząc brwi, gniewnym wzrokiem odprowadził go do drzwi i kręcąc głową wymruczał. - Baran… - Po czym westchnął i dodał (choć był trochę zdenerwowany). - Nie słuchaj go, jak zwykle mu coś odwala - wzruszył ramionami, jednak dobrze wiedział czego oczekuje od niego przyjaciel. Miał mu powiedzieć wszystko, co zrobił podczas jego nieobecności, co naprawdę do niego czuje, ale… ale po prostu nie mógł.
Spojrzał nań ciepłym wzrokiem i spokojnie powiedział przerywając ciszę. - Tak, byłem tutaj czasem… Na pewno przyniosę Ci tę książkę, jest bardzo dobra! I… mogę Ci przeczytać parę pierwszych rozdziałów... jeśli chcesz, oczywiście… - Zawstydził się. Nie powinien był tego mówić.
Nagle jednak z jego twarzy zniknął uśmiech. Myślał o tym, że Caroline z koleżankami tutaj była i że Lynn… Spuścił wzrok. - Hej Lynn, ja…Ja wiem, że pewnie już ciebie o to pytano i że pewnie jesteś zmęczony tym pytaniem, ale... - spojrzał mu z przejęciem w oczy. - Czy pamiętasz cokolwiek przed wypadkiem?



post jeszcze do małej poprawki =w=’

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Czw Kwi 13, 2017 6:39 pm

Amon jeszcze długo obracał się przez ramię, wypatrując efektów, do kiedy nie napotkał zaskoczonego spojrzenia Lynna. Wtedy wykrzywił wargi w paskudnym grymasie, na co młody Cavendish pomachał mu środkowym palcem, co kosztowało go niemało wysiłku. Zostali sami, zgodnie z dziwnym postanowieniem blondyna, który choć zdobył się na poświęcenie pozostawienia ich samych sobie, niespecjalnie wierzył w powodzenie misji. Dopiero gdy drzwi od szpitalnej sali zatrzasnęły się, spojrzenia przyjaciół spotkały się, a Lynn zamilknął, wierząc, że Matthew ma mu coś ważnego do powiedzenia.
Konkrety jednak nie nadchodziły, rudzielec krążył wokół błahostek, aż starszy z nich zaczął podejrzewać o powadze danej sprawy. Dialog o czytaniu książek zdawał się mu ciszą przed burzą, jaka miała wkrótce się rozlec.
- Mmm… Przyda mi się tu rozrywka, jako że będę musiał zostać w łóżku jeszcze trochę… - W miarę mówienia głos mu cichnął, tracąc na zdecydowaniu. Głowę odwrócił w stronę szpitalnej szafki, na której stał ledwie zaczęty posiłek. – Rankiem nie miałem siły unieść w dłoni widelca, obawiam się, że z czytaniem też mogę mieć problemy. Nie kłopocz się, proszę. Powinieneś zająć się teraz sobą – polecił mu, kręcąc łagodnie głową. Z opowieści Amona słyszał dużo o poświęceniu chłopaka, wierząc szczerze, że przyjaciel tym razem ich nie przekoloryzował. – Nadrobimy wszystko, gdy już stąd wyjdę – mrugnął do niego jeszcze, chcąc zakończyć temat.
Zmarszczył brwi, słysząc kolejne pytanie rudzielca. Faktycznie, niechętnie zabrał się do udzielenia odpowiedzi na ten temat, choć nie zależało to od tego, ilekroć by go nie pytano o nie wcześniej. Miał wrażenie, że Matthew dąży do obnażenia konkretnej sytuacji, którą on aktualnie bardzo chciał pogrzebać w odmętach własnego umysłu.
- Tak. Pewnie zastanawiałeś się, czy pamiętam o pogrzebie? – zapytał bezbarwnym tonem, siląc się na spokój. Nie chciał o tym rozmawiać. – Wiem o tym. Ojciec odwiedził mnie tuż przed waszym przybyciem, pytając o to samo. I nie powinno być to dla mnie nowością… Zdaje się, że wszystko ruszyło do przodu; nie nosił dłużej żałoby, zdawał się już pogodzić z tą myślą. I wy… mam wrażenie, że się zmieniliście. Ja, niestety, potrzebuję więcej czasu, nim zdołam to wszystko pojąć – mówił, mając wrażenie, że głos nie należy do niego, a innego chłopca, zupełnie bez uczuć przerywając głuchą ciszę w szpitalnej sali. Kontynuowanie tematu zmusiłoby go do okazania emocji. A nie był na to gotowy. Samo wspomnienie o niej powodowało u niego ucisk w klatce piersiowej, tak przejmujący, aż ledwie był w stanie wziąć pełny oddech. Podążył więc dalej, nieświadomie trafiając w to, o co Matthew pytał w rzeczywistości:
- Nie znam jednak powodu, dla którego zgodziłem się na wyprawę w góry. To pewnie zasługa sztuki perswazji Amona, czyż nie? Mam drobne luki w pamięci, ale im więcej z wami rozmawiam, tym więcej sobie przypominam. Siedzieliśmy przy brzegu… chyba – zastanowił się na głos, usiłując przywołać do głowy, co takiego wydarzyło się nad górskim jeziorem.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Pią Kwi 14, 2017 12:47 am

- Ach, to naprawdę nie problem - zarzekał się słuchając chłopaka. - [/b]I tak nie mam nic lepszego do roboty. Nie myśl, że skoro się obudziłeś to dam ci spokój.[/b] - Uśmiechnął się łobuziarsko, jak to jego starszy kolega Amon miał w nawyku, lecz po chwili westchnął i zakończył temat. - Przyniosę ją i poczytasz sobie jak będziesz czuł się trochę lepiej… - Zerknął na jedzenie na szafce.
Słuchając jego dalszego wywodu, również poczuł strasznie nieswojo. Nie zapomniał dlaczego w ogóle wybrali się w góry. Chciał już krzyczeć, że nie o to mu chodziło, jakoś nie pogrążać już marnie wyglądającego przyjaciela, lecz jak zwykle zdobył się tylko na milczenie.
- Tak, siedzieliśmy… - Zacisnął dłonie w piąstki. Dobrze wiedział po co Amon zostawił ich samych. Jednak nie mógł, po prostu nie, mimo że jego serce chciało krzyczeć to jednak tym razem rozum wygrał. Postarał się trochę wyciszyć dla przyjaciela i ostatecznie spokojnym głosem zaczął. - W porządku, Lynn, aczkolwiek… - przełknął ślinę po czym z pasją spojrzał mu w oczy. - Chciałbym... chciałbym byś wiedział, że… Że nie musisz przechodzić przez to sam, wiesz? Jeśli kiedykolwiek, wiesz... potrzebowałbyś czegoś to możesz… um… możesz do mnie przyjść… - Nagle Matthew puścił wielkiego buraka. - J-ja pomogę! Nie ważne co by to było, ja też… Ja też cię nigdy nie zostawię. - spuścił wzrok. Czuł się strasznie zażenowany. Dostał już to czego chciał, więc po co dalej to ciągnął? Jednak wielki kamień spadł mu z serca. Powinien był mu to powiedzieć już dawno, w górach, kiedy potrzebował go, a nie dokładać mu jeszcze zmartwień.
Dopadła ich niezręczna cisza, dopóki Matt w końcu nie przemówił. - Dziś chyba od kiedy otworzyłeś oczy nikt nie dał ci ani chwili wytchnienia? Pewnie jesteś zmęczony… - Uśmiechnął się do niego serdecznie. - Powinieneś dużo odpoczywać, a ja ci tu jeszcze jęczę nad głową - mówił, wstając w końcu z łóżka. - Poza tym zerwałem się z lekcji Goldenmayera, a wiesz że nie jest z niego raczej cierpliwy człowiek, ale wrócę po zajęciach, obiecuję. - Po raz ostatni jeszcze mu się przyjrzał przywdziewając najłagodniejszy wyraz twarzy na świecie, by tylko był przerwany lekki zaskoczeniem. - Och, byłbym zapomniał… Matka kazała cię zaprosić na obiad, kiedy tylko się obudzisz, ale chyba będę musiał jej powiedzieć, że musi jeszcze trochę poczekać. Ale się ucieszy… Ona też czekała, aż się obudzisz - pożegnał się z nim i zmierzał już w kierunku wyjścia. Spokojny zarówno o swojego przyjaciela, jak i uczucia.


/ztx2

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Pią Kwi 14, 2017 3:12 pm

- Proszę, ta jest twoja – powiedział, wręczając mu w dłoń gołą fotografię, która dotychczas służyła mu jako zakładka od pożyczonej książki. Amon zerknął przyjacielowi przez ramię, jakby Matthew dostał inną odbitkę niż on. Chyba faktycznie musiało być w niej coś innego, bo swojej nie komentował tak żywo:
- Matthew, dlaczego masz takie wielkie oczy? – zapytał niczym Czerwony Kapturek, z niewinnością godną dziecka. Po wyrazie jego twarzy można było sądzić, że zdjęcie jest najpiękniejszym, co w życiu widział. Przejął się tak bardzo swoim planem doskonałym (czyli szczypaniem rudzielca po tyłku podczas pozowania), że nawet nie dostrzegł drobnego szczegółu, po przeciwnej stronie fotografii.
Całe szczęście. Amon dostałby ataku szału, gdyby dowiedział się o tak jawnej próbie spoufalenia się Lilly z Lynnem. Ich splecione razem dłonie pozostawały częściowo przykryte czarną suknią służącej; tylko wprawne oko mogłoby podejrzewać, co miało za nią miejsce. Wszyscy wyszli całkiem ładnie, nawet pomijając dziwny wyraz twarzy Matthewa, którego młody Cavendish łaskawie nie komentował. Amon wyglądał jak aniołek, w pełni swojej przyjemnej dla oka urody. Lynn zaś pomimo swojej dumnej postawy, sprawiał wrażenie zawstydzonego, co łagodnie odbiło się ciemniejszymi miejscami na jego policzkach, ledwie widocznymi na czarno-białej fotografii. Nawet służąca wypadła zjawiskowo; radość i przejęcie emanowało z całej jej postawy. Jedynie domalowane na odbitce Amona wąsy odebrały Lillianne nieco uroku.
***
Szli korytarzem, gdy dostrzegł biały pył unoszący się w powietrzu, kłębiący się tuż przy drzwiach jednej z sal. Zatrzymał się tak gwałtownie, że idący za nim Amon ledwie zdążył się zatrzymać, jednocześnie na niego nie wpadając. Zaczął już wyklinać bezmyślność Lynna, lecz tamten sprawiał wrażenie, jakby nie rejestrował już żadnego z dopływających go słów. Położył dłoń na ramieniu Matthewa, palcem wskazującym kierując jego spojrzenie w miejsce, które wprowadziło go w ten stan zamyślenia.
- Spójrz - polecił mu, również spoglądając tęsknie na otwarte drzwi klasy. Mogli poczuć zapach świeżej farby, dosłyszeć odgłos przesuwanych mebli i krzątających się w pomieszczeniu ludzi. Nie lubił zmian i może to spowodowało, że nie potrafił oderwać wzroku od miejsca ich pierwszego spotkania, które właśnie w brutalny sposób traciło swój charakter i historię. - Remontują ją - wyjaśnił cicho, nie dodając nic więcej, nie tłumacząc.
Tym samym też doprowadził Amona do niemałego rozdrażnienia. Jak zwykle mieli swoje sekrety, w które nie raczyli go wtajemniczyć. Zacisnął wargi, biorąc zamach i sprzedając Lynnowi solidnego kopniaka w łydkę.
- Nie zatrzymuj się tak, kretynie! - warknął na niego, aż młody Cavendish podskoczył, wracając na ziemię. Wyprzedził ich, potrącając przy okazji starszego przyjaciela, wyżywając się na nim chociaż w ten sposób.
***
Ostatni rok w akademii był niezwykle wymagający. Poznali smak ciężkiej pracy, jako niemal pełnoprawni inkwizytorzy. Obowiązków przybywało, a jednak nie wszyscy traktowali je poważnie – Amon korzystał wciąż z najpiękniejszych lat swojego życia, jak tylko potrafił. Zdawało się, że nie ostała się żadna z adeptek im. Św. Rozalii, niesłysząca o poczynaniach chłopaka. Zdążył złamać już wiele niewieścich serc, a zarobić jeszcze więcej policzków. Nie chciał dorastać i całkiem dobrze mu to wychodziło. Doprowadzając tym samym Lynna do szewskiej pasji.
Z rękoma złączonymi za plecami krążył wściekle po pracowni, raz co raz zatrzymując się i wyglądając przez okno. Niecierpliwił się coraz bardziej, swoim zachowaniem irytując zapewne już towarzyszącego mu Matthewa. Z czasem zaczął kląć na przyjaciela:
- Mieliśmy oddać pracę do dzisiaj. Kurwa, dzisiaj. Wyrwę mu nogi z dupy, jeśli zaraz się nie pojawi – warczał, zaraz przestępując kilka kroków i podejmując monolog dalej. – Nigdy, kurwa, więcej. Walnij mnie po pysku, następnym razem, gdy tylko wpadnę na pomysł podjęcia się współpracy z tym ch… - przerwał natychmiast, dostrzegając swoją służkę w progu pracowni. Rękę miała uniesioną, by zapukać, lecz nie uczyniła tego, widząc jego zszokowane spojrzenie. Przełknął ślinę, czując się dodatkowo jak ostatni prostak.
- Wybacz, nie słyszałem jak… - Przybrał skruszony ton, choć złość na przyjaciela nie minęła  w żadnym stopniu. Przy kobietach nie wypadało, nawet jeśli Lil z pełną premedytacją przeczyła wszelkim konwenansom, wobec jakich chciała być traktowana płeć piękna.
Oczyma wyobraźni już widziała, jak Lynn stara się odwołać wypowiedziane słowa, nie dając upustu szalejącej w nim wściekłości. Dlaczego miałby zrezygnować z najprostszego przywileju przez zwyczaje, jakie nie powinny ich nigdy dotyczyć?
Odłożyła tacę z herbatą na stół, z czarująco niewinnym uśmiechem, pytając:
-  Ten kutas znów nie wywiązuje się z obowiązków?
Rozkoszowała się jego rozchylonymi w zdziwieniu wargami, chwilową niemożliwością wypowiedzenia chociażby słowa. Nie sądziła, że jednym zdaniem będzie w stanie zdziałać tak wiele. Cisza ciągnęła się w nieskończoność, dlatego zobowiązała się pomóc mu w powrocie do normalności.
-  Żadna ze mnie dama, Lynn. Nie hamuj się przy mnie. Lubię twoją szczerość – ukłoniła się łagodnie, unosząc o cal poły czarnej sukni z fartuchem. Panicz nie dodał już ani słowa więcej, dla odmiany nie krążąc więcej po pomieszczeniu, wciąż nie potrafiąc wyjść z szoku. Lillianne uśmiechnęła się tajemniczo do świadka całej sceny, Matthewa, po raz pierwszy słyszącego imię panicza z ust służki. Kiwnęła głową w kierunku ciastek i herbaty, zaraz jak gdyby nigdy nic, pytając go o samopoczucie.
***
Wlepiał w nią wzrok jak w obrazek. Była dla niego największą świętością, aż czuł wstyd wobec swojej nachalności i odwagi, jakby pozbawiał ją godności swoim spojrzeniem oraz nie do końca przyzwoitymi myślami. Wzdychał do niej, w każdej z sytuacji. Nawet gdy siedziała przy stole w akademickiej jadłodajni, zdawała mu się tak majestatycznie piękna, jak istota z innej ziemi, niemalże boska. Odwracał się, a gdy zerkała w jego stronę, natychmiast wracał do posiłku, udając, że jego niezbyt dyskretne wyrazy uznania nie miały miejsca.
- Powinieneś ją w końcu zapytać – oznajmił Amon, właśnie podczas przerwy na obiad, mając najprawdziwszy ubaw z nieśmiałych uczuć przyjaciela. Chciał to zobaczyć. I nazwijmy go sadystą, ale podpuszczał przyjaciela wyłącznie po to, aby zobaczyć jak ten staje przed słodką Caroline, czerwony na twarzy, nie potrafiąc wykrztusić z siebie ni jednego słowa. Nie dałby mu spokoju, do końca życia. – Prawda, Matt? – szturchnął łokciem rudzielca obok, jednocześnie wiedząc, że ten niezbyt pochwali jego zdanie.
- Nie potrafię… One zawsze chodzą stadami… - jęknął niczym udręczona dusza, wzrokiem obdarzając rozchichotane kompanki Caroline, z piękną Samanthą na czele.
- Bal już niedługo. Jeśli się nie pospieszysz, ktoś ci ją sprzątnie – radził mu przyjaciel, z coraz większym trudem powstrzymując swoją uciechę. – Może nawet ja się szarpnę na wdzięki płaskiej Carol? – obdarzył Lynna znaczącym spojrzeniem, przenosząc je zaraz na rozbawione dziewczęta, odchodzące od stołu obok..
Cavendish odwrócił się do niego z pełną powagą. W jego oczach mieniła się żądza mordu.
- Nie zrobiłbyś tego. Nawet ty – warknął na niego ostrzegawczo, choć pewności nie miał. Kolejne słowa Amona potwierdziły największe obawy nieszczęśliwie zakochanego chłopca:
- Skąd wiesz, czy już tego nie zrobiłem…? – zaświergotał z uśmiechem, sprawiając, że Lynn miał nieopartą ochotę przewrócić stół, przy którym siedzieli. Dał złości upust w nieco inny sposób.
- Ach, tak!? – podniósł głos, podrywając się błyskawicznie z miejsca i uderzając dłonią o blat, aż podskoczyły wszystkie sztućce. – No to patrz! – wypluł niemal te słowa, goniąc za zbliżającą się do wyjścia grupką dziewcząt.
Idealnie. Amon przybrał szelmowski wyraz twarzy, rozsiadając się wygodnie i oznajmiając Mattowi tonem znawcy niewieściego serca:
- Podziękuje mi jeszcze za to, zobaczysz.
Obserwowali w napięciu poczynania Cavendisha. Nie musieli nadstawiać ucha, bo kolejne słowa, które padły z jego ust, były nad wyraz donośne:
- Samantho Hadley! – zawołał uroczą blondynkę, sprawiając, że zatrzymała się, odwracając przez ramię z pytającym spojrzeniem. Lynn stanął blisko niej, zupełnie ignorując Caroline, również zaciekawioną rozwoju wydarzeń.
Amon zaś skamieniał. Chwycił przedramiona Matthewa, mocno zaciskając na nich palce i trzęsąc nim jak szmacianą lalką.
- Co… CO ON ROBI!? – wydukał, zupełnie sparaliżowany, przynajmniej, aby wstać i zapobiec tragedii. – Przecież to Sam! MOJA SAM! – jęknął rozpaczliwie, nie potrafiąc zamknąć ust, nawet po wypowiedzianych słowach. Wielkimi oczyma przyglądał się Lynnowi, wyjątkowo pewnemu siebie. Chłopiec przemówił z pełną powagą i dumą, jakby grał w pierwszorzędnym teatrze:
- Wybacz mi moją odwagę, panienko – poprawił się prędko, wykonując głęboki ukłon. – Nie pragnąłem narażać cię na ciekawskie spojrzenia i publiczność, lecz musisz być świadoma – oszalałbym, żyjąc w niepewności choć sekundę dłużej. Muszę się upewnić, tak samo jak muszę oddychać – wygłaszał patetyczne brednie, łącząc na raz wszystkie cytaty z romantycznych powieści, jakie w miał nieszczęście przeczytać w swoim krótkim życiu. – Pozbaw mnie więc wątpliwości, panienko. Czy uczyniłabyś mi ten zaszczyt, zapewniając towarzystwo w nadchodzącym balu? – zadał w końcu pytanie, obdarzając ją przenikliwym spojrzeniem, z nieustanną wzniosłością oczekując odpowiedzi.
Zgodziła się. Może z litości, może z szoku. A może dała się nabrać na kłamstwa wypowiedziane w podniosły sposób? Czerwona na twarzy wydukała krótką, grzecznościową formułkę, zaraz znikając z przejętymi koleżankami na korytarzu.
Lynn zaś odwrócił się wściekle do przyjaciela, który niemal wyzionął ducha, będąc świadkiem tej sceny. Uznał, że tamten sobie zasłużył. Żeby tak dobierać się do jego słodkiej Caroline! Wystawił mu środkowy palec na pożegnanie, prychając na głos i z przytupem opuszczając stołówkę, gdzie przy wyjściu aż huczało od rosnących plotek i komentarzy.
***
Nieprędko pojął, że sprawa z Caroline była wyłącznie kiepskim żartem, na którym ucierpiały obie strony. Żałował krótko. Później oddał się nowej sytuacji. I wcale nie było mu z tym źle. Za późno już było na odkręcanie całego wydarzenia. Jedynie więc Amon się z nim nie pogodził. Ba, wyklinał na przyjaciela jak nigdy dotąd.
Obserwował, jak Lynn traktuje Samanthę niczym księżniczkę, w skrajności trzymając ją wyłącznie za dłoń i to tylko, gdy był pewny, że nikt ich nie widzi. Zbliżyli się powoli, początkowo z przymusu, z czasem stając się nierozłączni bez żadnych zewnętrznych zachęt.
Musiały minąć tygodnie, nim Amon poruszył temat nie klnąc na starcie. Dostrzegł Sam już z oddali, wyczekującą Lynna pod bramami akademii, nieśmiejącą podejść bliżej właśnie przez towarzystwo blondyna, do którego wciąż żywiła urazę. Zapytał wtedy, co o niej sądzi. Lynn westchnął cicho, spoglądając na oddaloną dziewczynę i zbierając się powoli do drogi.
- Nie jest zbyt rezolutna; jak to kobieta. Zna się jednak na poezji i ma wybitnie wysublimowany gust, jeśli mowa o sztuce – pochwalił ją częściowo, kiwając głową. – Ojciec mówi, że jest idealnym  materiałem na żonę. I, niestety, muszę przyznać mu rację – uśmiechnął się do dziewczęcia, machając jej ręką na przywitanie. Wspomniał, jak jeszcze niedawno zwykł nazywać ją w myślach porcelanową lalką.
Na szczęście, nie dosłyszał zgrzytu zębów Amona, najwyraźniej żałującego zadanego pytania. Jego wyraz twarzy zdradzał czystą zawiść. Mimo to, zdobył się na niemal pogodny głos:
- To świetna nowina… Jednak... nie omieszkaj przypomnieć sobie w waszą noc poślubną, kto miał ją po raz pierwszy – mówiąc, szczerzył zęby w złośliwym uśmiechu, choć kłamał jak z nut. Desperacko pragnął zniszczyć mu chwilę uciechy, nawet najbardziej prymitywnymi sztuczkami.
- Nie rusza mnie to, Amon – spoważniał, ciemniejąc na twarzy. – Gdybyś traktował ją, jak należy, nie prowadzilibyśmy tej podłej rozmowy – prychnął, po czym podniósł się z ławki, ruszając w kierunku wyraźniej spoglądającej na niego dziewczyny.
Blondyn jeszcze długo wodził za nimi spojrzeniem, krzywiąc się na ich oficjalne powitanie, ograniczające się do wyuczonych formułek. Do czas aż zniknęli za murami akademii w cieniu jednego z drzew, wylegując się na trawie przy tomiku wierszy. Dopiero w towarzystwie drugiego z przyjaciół dał upust złości:
- Wrrr… próbowałem mu na złość, dobierać się do tej płaskiej deski na poważnie… ale ta panna jest jebnięta w głowę, przysięgam. Mówiła, że żaden mężczyzna przed otrzymaniem inkwizycyjnych święceń nie jest jej godzien, rozumiesz!? Ach, że też ten kretyn nie miał jaj podejść do niej w porę…! – westchnął, zupełnie zrezygnowany. Nie minęło dużo czasu, a poruszył temat na nowo. – Mam pomysł. Zrzucimy tę niewierną sukę ze schodów. Ty weźmiesz sobie Lynna, a ja zaopiekuję się zwłokami Sam, umowa? – zapytał, lecz właściwie nie było pewności, czy żartował.
***
Lynn był bardzo sceptycznie nastawiony do pomysłu Samanthy, ale uległ jej po dłuższych namowach. Para dopadła rudzielca, gdy udawał się po lekcjach do dormitorium. Stał za nią, usiłując przekazać Matthewowi za pomocą myśli, aby ten nie zgadzał się, cokolwiek ona powie. Pozwolił jej prowadzić rozmowę, usiłując nie umrzeć ze wstydu:
- Matt, dobrze cię widzieć! – uśmiechnęła się do niego na przywitanie, zaraz odwracając się do Lynna, jakby żądając potwierdzenia owych słów. Przytaknął jej gorliwie. – Wybieramy się jutro na piknik, korzystając z dobrodziejstw wiosny… Może zechciałbyś nam towarzyszyć?
Lynn już chciał kręcić głową, sugerując mu, aby za nic na świecie nie porywał się na podróż z nimi, ale ponowne kontrolne spojrzenie Samanthy sprawiło, że zamarł w bezruchu, dodając zaraz wyuczoną formułkę „chodź, mamy już upatrzone miejsce”. Dopiero po czasie blondynka zdecydowała się poinformować Matthewa o dość istotnym fakcie:
- Dołączy do nas również moja koleżanka, Rosanne. Bardzo chciała cię poznać, mam nadzieję, że będziecie się dobrze dogadywać – powiedziała uprzejmie, choć wewnątrz knuła już całkiem złożony plan o zeswataniu rudzielca ze swoją, zauroczoną w nim, przyjaciółką.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Pon Paź 09, 2017 9:25 pm

Dziś na kolację podali kaczkę. Nie żeby go to specjalnie obchodziło, jak zawsze po prostu z podpartą głową na ręce, grzebał widelcem w mięsie, a myślami odpłynął gdzieś daleko, może nawet dalej niż zazwyczaj. W końcu miał o czym myśleć…
- Matthew! - Chłopak poderwał się wystraszony, wyrwany z odmętów swojej głowy i napotkał zniecierpliwiony wzrok matki. - Czy ty w ogóle wiesz, o czym ja mówiłam?
Wielkie oczy zza szkieł okularów rudzielca mówiły za siebie, a pani domu nie pozostawało nic innego jak tylko głęboko westchnąć. - Ostatnio nic nie słyszysz jak się do ciebie coś mówi. Co ja z tobą mam, dziecko…
- Daj mu chwilę wytchnienia, mamo - odezwał się nagle słodki głos Lucy - narzeczonej Olivera, która spod długich rzęs lustrowała ich swoimi niebieskimi oczyma. - Mama nie wie, że chłopcy w tym wieku myślą tylko o jednym? - na jej twarz nagle wdarł się obrzydliwy uśmieszek, zdradzający jej prawdziwe intencje.
Mina Grace Borcke w jednej chwili z kompletnie zbitej z tropu zmieniła się w taką, jakby zaraz miała wybuchnąć gromkim śmiechem. - Rzeczywiście - zawołała niemalże klaskajac w dłonie. - Że też wcześniej o tym nie pomyślałam - świergotała, jakby kompletnie nie mieściło się jej w głowie, że najmłodszy z jej chłopców, byłby zdolny do takich uczuć.
- C-co? - Matt z niewiadomych powodów nagle zaczął się niemiłosiernie pocić. Biedny rudzielec wciąż jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że zaraz rzucą się na niego 3 wygłodniałe lwice (a przynajmniej 2, gdyż Maria jak zwykle swoje zainteresowanie ograniczała do minimum).
- Nie musisz się kryć, króliczku. Wszystko rozumiem… - Chichotała najstarsza kobieta, rozczulona faktem, że jej mały synek dorasta, podczas gdy on czerwieniał coraz bardziej. Czuł się usidlony w klatce, aż robiło mu się niedobrze, jednak kobiety nie zamierzały mu dać spokoju.
- Co? Ja nie..! Przecież… - dukał.
- Oj, nie wstydź się mały. Kim ona jest? Znam ją może? - Lucy nie dawała za wygraną, lecz w męczeniu chłopca przeszkodziła jej jego matka, trącając ją butem pod stołem.
- Kochana, przestań. Nie widzisz, że go stresujesz?
- Ależ mamo, nie udawaj, że nie jesteś sama ciekawa… Nasz mały Mattuś w końcu zainteresował się kimś innym, niż jego kolegami i książkami. - uśmiechała się szyderczo.
Tego już nie wytrzymał. Z hukiem wstał od stołu i wrzasnął ze wściekłą miną:
-NIE TWÓJ ZASRANY INTERES!
Nastała cisza, a na twarzach kobiet gościł czysty szok. Matthew nagle poczuł ciężar swoich słów i zmieszał się niezwykle.
-... - milczał przez chwilę - przepraszam … nie jestem głodny… - spuścił głowę i odszedł szybko od stołu. Słysząc tylko ciche szmery dobiegające stamtąd, kiedy się oddalał.


***później, tego samego wieczora***

Chłopiec jak zwykle oddał się swojemu wieczornemu; złożył skrzętnie ubrania, włożył na głowę szlafmycę, ściągnął okulary, poprawił poduszkę, wcisnął się pod kołdrę i zgasił lampkę na swojej nocnej szafce.
I… no właśnie. Powinien zasnąć, lecz jednak nie mógł.
Gapił się jedynie w ciemny sufit nad głową. Myślał, że po kąpieli mu przejdzie, że w końcu się rozluźni. Nie nastąpiło to jednak, a jedynie bardziej pogrążył się w swoich czarnych wizjach.
Głupie baby… Wystarczy, że nie przy nich ich facetów to już zaczynają gadać o takich pierdołach… - rozmyślał, niespokojnie przekręcając się na bok. Zawsze musiało tak być, kiedy jego bracia i ojciec wyjeżdżali na polowania… (choć w sumie z dwojga złego wolał jednak być z matką).
Nawet nie był na nie zły o te pytania, a nawet czuł się winny temu, że nie mógł im odpowiedzieć, nie mówiąc już o tym jak zareagował. Z pewnością pójdzie przeprosić matkę, Lucy i Marię, miał tylko nadzieję że mu wybaczą.
Nagle poczuł się jeszcze gorzej. Był taki sam, i taki… mały z tym wszystkim, z tą jego tajemnicą, która rosła i powoli wyślizgiwała się z jego dłoni. Wolał nie wiedzieć co by było gdyby jego rodzina się dowiedziała. Już to widział jak jego matka się go wypiera, wszyscy znienawidzili by go tylko jeszcze bardziej, a ojciec… w najlepszym przypadku wyrzuciłby go z domu, albo zabił. Zrobiło mu się niedobrze od tego, aż złapał się za brzuch.
Nie chciał tego, ale taka była prawda. Czuł się jak najobrzydliwszy karaluch, nadający się jedynie do tego by go rozgnieść.
Tak bardzo by chciał, by ktoś przy nim teraz był. Jak jeszcze nigdy wcześniej, nawet przed poznaniem swoich przyjaciół z Inkwizycji, nie dopadło go takie poczucie samotności. Tak bardzo chciał, by ktoś był tu blisko i powiedział mu, by wszystko było w porządku, ale kto? Matka? Ostatnio prawie w ogóle się nawet nie widują. Jest bardzo zabiegana w związku z dzieckiem Marii i teraz całą swoją uwagę poświęca jemu, to zrozumiałe, zawsze lubiła dzieci, a on już wyrósł, nieprawdaż? Nie można jednak powiedzieć, że się nie stara, ale… ona by nie zrozumiała i tylko by ją zranił. Lepiej będzie jak będzie udawał przy niej, że wszystko jest w porządku.
O Goldenmayerze nawet nie wspomni. Mężczyzna, mimo że bardzo go szanował to nie wydawał mu się najodpowiedniejszą osobą do takich spowiedzi. Co prawda okazał się o wiele cieplejszy, niżeli wydawało mu się na początku, lecz jakoś nie mógłby się przemóc, by to zrobić. Ta sprawa wydawała mu się nieodpowiednia dla uszu nauczyciela. Jeszcze nie zareagowałby tak jak chciałby tego Matthew i pogrążyłby się na wieki.
Był jeszcze Amon przecież, prawda? On jedyny znał jego tajemnicę i przysiągł nikomu nie mówić, prawda? Chyba tak. Chyba był jego przyjacielem, prawda..? Bardzo go cenił, on jedyny teraz chciał z nim spędzać czas. Na pewno zwariowałby, gdyby go nie było, aczkolwiek… Ciągle miał takie wrażenie, jakby nim gardził, a to wszystko ukrywał pod zasłoną “żartów”. Nigdy nie brał jego docinek na poważnie, jednakże od tamtego incydentu nie może się pozbyć uczucia, że wcale nie jest jego takim dobrym kolegą jak mu się wcześniej zdawało. Nie to że go nie lubił, wręcz przeciwnie - chciał się do niego zbliżyć, tylko że Amon był bardzo oporny co do tego. Dobrze przecież widział, że cierpi przez tą sytuację z Samantą i jest cały czas zły, a właściwie smutny. Wszystko to jednak ukrywał pod maską wygłupów i docinek. Może Lynn by się na to nabrał, lecz Matt doskonale znał gierki Amona, poza tym… słyszał że z jego ojcem nie było najlepiej. Żal mu go było, naprawdę. Chciał mu pomóc, z tym że nie miał pojęcia jak. Nie wiedział czy też w ogóle będzie chciał jego pomocy, czy w ogóle ją przyjmie? On nie był takim typem człowieka; miał strasznie dziwną i wygórowaną definicję własnej dumy i wartości… Czuł się wobec tego taki bezradny.
Wszystko to jednak nie było to… Dobrze wiedział kogo chciałby mieć przy sobie, tutaj, blisko. Aż skulił się w sobie jeszcze bardziej. Tak naprawdę to tylko on go rozumiał, tylko on potrafił mu poświęcić uwagę, tylko przy nim się nie bał niczego, tylko jego dotyk go koił, tylko przy nim czuł to ciepło, kiedy wszyscy inni byli dla niego oziębli. Tak bardzo pragnął być przy nim, bez niego czuł się… nieważny. Och, jak bardzo Matthew oddałby wszystko, by tylko on wiedzieć co o nim myśli! Czy on też nie mogąc zasnąć, w łóżku myśli tylko o nim, czy w ogóle to robi…
Nagle poczuł paraliżujący ucisk w brzuchu. Zadrżał. Zawsze tak było z tą myślą, która z każdym dniem rośnie w siłę. To też nie tak, że kiedyś w ogóle trudno mu było dopuścić do siebie to, że mógłby czuć cokolwiek innego, niżeli to samo co Matt do niego, lecz wciąż w nim jeszcze świeciła iskierka nadziei, niestety i ona słabła. Poczuł jak jego oczy robią się wilgotne.
Tęsknił za nim bardzo. Szczerze mówiąc to nie widywał się z nim nawet tak jak wcześniej. Nie rozmawiali tak dużo jak wcześniej, albo miał dużo pracy w związku z ostatnim rokiem, albo po prostu był… z nią. Chłopiec poczuł jak mu niedobrze. To jak trzymał ją za rękę, to jak się na nią patrzył… Aż przygryzł wargę i niespokojnie pochwycił swoją poduszkę w ramiona.
Na sam ich widok, mimo tego jak bardzo pragnął być z nim blisko to jak najszybciej uciekał w drugą stronę. Nie żywił do Samanthy jakiś otwartych, nieprzyjemnych uczuć, lecz kiedy widział jak on się do niej zwraca, jak traktuje ją jak delikatną laleczkę z porcelany, ba, nawet tak sam o niej mówił… To wszystko sprawiało, że jednak krzywił się na jej widok.
Po raz kolejny nerwowo się obrócił, mocno wtulając się w poduszkę, po czym po policzku spłynęła mu pierwsza łza. Dlaczego tak musi być? Dlaczego on nie może mieć go tylko dla siebie? Czuł się jakby ktoś odebrał mu jego lepszą połowę. W głębi serca jednak wiedział doskonale dlaczego tak jest. Nawet on potrafił docenić to jaka Samantha była piękna. Była wesoła, energiczna i wszystko czego mogła się tknąć jej wychodziło perfekcyjnie, z czym on miał niby konkurować? Każdy jej krok był powabny i pełen wdzięku, a on zawsze wyglądał tak jakby miał się zaraz przewrócić. Miała ciemne rzęsy. Jej ciało było delikatne i kobiece, a on po prostu był patykowaty i pokraczny.
Przygryzł poduszkę. Nie mógł już tego znieść. Miał wrażenie, że wszystko w nim było nie tak jak trzeba. Nie był godny miana mężczyzny psychicznie, a tym bardziej fizycznie, kobietą jednak też nie był. Nie wspominając o jego sodomistycznych tendencjach, Czuł się jak jeden wielki, nieśmieszny żart natury. Czasem nawet się zastanawiał czy należy do tej rodziny z którą mieszkał, nie był do prawie nikogo podobny i to nie tylko z zewnątrz.
Chwilami myślał jakby to było gdyby urodził się… inny. Może wtedy oczekiwano by od niego czegoś innego, może Lynn by go pokochał, może byłby w końcu szczęśliwy.

***
Następnego dnia pojawił się w umówionym miejscu.
Sam nie wiedział czy chciał tam być, lecz nie mógł przecież przepuścić okazji spotkania się z Lynnem, nawet jeśli miałoby być ostatecznie to dla niego nieprzyjemne, aczkolwiek starał się być dobrej myśli. Dzień był przecież taki piękny.
Nie przyszedł jednak o pustych rękach. Wczorajszy wieczór cały przesiedział w kuchni piekąc paszteciki. A tak jakoś go naszło. Wiedział też, że on je lubi… Jednak nie potrafiłby się przyznać, że on je zrobił. Niesłychane było by mężczyzna z jego sfer potrafił piec, lub wykonywać dowolną czynność zarezerwowaną dla kobiet.
Zbliżał się do nich powoli, ostrożnie. Tak jakby nie był pewien czy w ogóle chcę się do nich odezwać, a nie uciec z powrotem do domu, jednak zdecydował się nieśmiało pomachać im. Miał tylko szczerą nadzieję że nie będzie żałował, że tam przyszedł.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Wto Paź 10, 2017 6:21 pm

Od samego początku był sceptycznie nastawiony do nadchodzącego spotkania. W zaciszu prywatności uważał odrobinę dziecięce zachowanie Samanthy, w całym pakiecie z głupimi pytaniami i brakiem elementarnej wiedzy, za słodkie. I było to głównym powodem, dla którego miał obawy przed wypuszczeniem jej na świat zewnętrzny. A szczególnie do własnych znajomych. Im mniej o niej wiedzą, tym lepiej, doprawdy.
Odwrotu już nie było. Nim się obejrzał, jechał powozem przez wyboistą wiejską drogę. Towarzyszyli mu Samantha i Alcester, który pod idiotycznym pretekstem zobowiązał się dotrzymać im towarzystwa w podróży, a w rzeczywistości zapewne ich kontrolował, robiąc za przyzwoitkę. Ach, człowiek starej daty! Nie podążał za duchem czasu i rosnącą niezależnością kobiet! Przynajmniej... udawał głuchego na radosne szczebiotanie Samanthy, od którego Lynna zaczynała już boleć głowa.
- Rosanne będzie czekać na miejscu, mieszka niedaleko parku - poinformowała chłopaka, chyba po raz setny, wyglądając z niepohamowanym entuzjazmem przez okno, obserwując wiejski krajobraz. Nie miał pojęcia, skąd w niej tyle energii. - O, kaczka! Widziałeś!? - wykrzyknęła nagle, wychylając się i pokazując z przejęciem ręką. Lynn również odwrócił spojrzenie.
- To gęś, najdroższa - wyjaśnił ze spokojem, kryjąc zażenowanie. Zachichotała. Miał nadzieję, że Matt będzie wyrozumiały. Albo Samantha na ich uroczym pikniku poruszy jedynie tematy, na których się zna.
- W każdym razie! - zaczęła dziecięcym tonem, gestykulując rękoma. - Wiesz, co masz robić, prawda? - mrugnęła porozumiewawczo.
Westchnął, markotniejąc na chwilę. Choć tego pragnął, nie potrafił jej po prostu przytaknąć.
- Sam... To poniżej godności knuć intrygi, sprawiając, by poznał ją z nierealnej strony. Nie mogę się pod tym podpisać. Ludzie... po prostu to czują, czyż nie? Nic dobrego nie może zostać wybudowane na kłamstwie... - mówił niepewnie, bojąc się ją urazić.
Nie potraktowała jego słów poważnie albo nie dopuszczała już innego rozwiązania do głowy. Przybrała ton nauczycielki, jakby tłumaczyła mu rzecz trywialnie prostą:
- Damy im po prostu sposobność, nic więcej. Wrzucimy ich do romantycznej scenerii, doprawimy odrobiną sugestii, może damy chwilę dla siebie... - Sam weszła już w tryb marzeń sennych. - Resztą zajmą się sami! Nie uważasz tego za romantyczne, mimo swojej prostoty?
Alcester niby przypadkiem odchrząknął, gdyż stężenie młodzieńczych bredni w powietrzu przekroczyło normy. Samantha nie otrzymała odpowiedzi, gdyż wkrótce woźnica oznajmił koniec podróży, zatrzymując się przy drodze. Wtedy też Lynn przy następnej okazji obiecał sobie nie być tak wielkim pantoflem. Jego niedoczekanie.
Woźnica pomógł wysiąść panience z powozu, podając jej dłoń, a następnie wręczając młodemu Cavendishowi wiklinowy koszyk z jedzeniem. Otoczyły ich ciemnozielone tereny, z jedyną drogą wysadzaną kamieniami. Park wyglądał pięknie o tej porze roku, sprawiał jednak wrażenie odrobinę zaniedbanego i zdziczałego, co w mniemaniu Lynna jedynie dodawało mu uroku.
Umówili się z Alcesterem na godzinę powrotu, łaskawie dostając w końcu odrobinę prywatności. We dwójkę już ruszyli wzdłuż wydeptanej ścieżki, kierując się do głównej bramy, pod którą miała czekać reszta. Dopiero gdy oddalili się na bezpieczną odległość od cudzych spojrzeń, Lynn ujął dłoń dziewczyny, nie kryjąc lekkiego uśmiechu. Czuł się szczęśliwy, mimo nadchodzącej tragedii.
Stanęli na mostku przy bramie, oddychając pełną piersią, rozprawiając na lekkie już tematy, snując plany na niemożliwie daleką przyszłość. Gdyby nie pojawiająca się wkrótce osoba Rosanne, Lynn z pewnością uklęknąłby przed Samanthą, prosząc ją o rękę. Tak jak stał, tu i teraz. Bez pierścionka! Taki już był. Sądził, że poznał już znaczenie słów „na zawsze”. Całe szczęście, szalone rozmyślania przerwało mu ciche powitanie:
- Dzień dobry.
Kiwnął głową, odpowiadając i korzystając z okazji, lustrował ją spojrzeniem od stóp do głów. Drobna, niemalże krucha. Miała brązowe włosy spięte w gruby warkocz, niebieskie żywe oczy, alabastrową cerę i kilka piegów na nosie. Twarz zwyczajna, pospolita. Ocenił ją całkiem dobrze, w ostatecznym podsumowaniu określając ją nawet mianem „ładnej”. Patrząc głównie pod kątem doboru p potencjalnej partnerki dla Matta, największym jej plusem był niski wzrost. Sięgała Lynnowi zaledwie do szyi. Tak się wczuł, że nawet nie dochodziły do niego rozmowy dziewcząt. Wyłapał dopiero kolejny ich fragment.
- Stresujesz się? - dopytywała Sam.
- Odrobinę. - Z ust drugiej padło ewidentne kłamstwo. Przerażenie miała wymalowane na twarzy, nawet swobodna rozmowa z nimi nie przychodziła jej łatwo. - Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że zaoferowaliście mi...
- Drobiazg! - Blondynka przerwała Rosanne, ujmując jej przedramiona, jakby dodając otuchy. Tymczasem Lynn usiłował sobie przypomnieć, kiedy, do cholery, cokolwiek oferował dziewczynie.
Nie rozmawiali długo, już wkrótce pojawił się ostatni z przybyłych. Pomachał Mattowi już z oddali ręką, a później obserwował reakcje dziewcząt. Ich nachalne i wyczekujące spojrzenia niemal go przeraziły. Na miejscu rudzielca wykonałby w tył zwrot. Chyba jedynym wyjściem z sytuacji było potraktowanie jej jako żart. Tak. Musiał zachować dobry humor. I nie przejmować się żenującym próbom swatania tamtej dwójki.  
- Matthew! Jak dobrze, nie mogliśmy się już doczekać! - powitała go entuzjastycznie Sam. Rosanne spłonęła rumieńcem, a Lynn kiwnął jedynie głową, podając koledze dłoń. Nie wierzył, że dał się wciągnąć w to bagno. - Poznaj Rosanne. To twoja rówieśnica, z mojego kierunku, rocznika niżej. Chociaż... po co mówię te oczywistości! Pewnie się kojarzycie, nieprawdaż? - zatrzepotała rzęsami, wyczekując odpowiedzi.
Cavendish nie wątpił, że Rosanne dokładnie kojarzy rudzielca, jednak nie sądził o wzajemności tego odczucia. On widział ją po raz pierwszy, mógłby przysiąc!
- Miło mi, Matthew - odezwała się druga z nich, dygając lekko, muskając dłońmi poły swojej jasnoniebieskiej sukienki. - Samantha trochę mi o tobie opowiadała... - odważyła się nawet unieść spojrzenie.
Lynn przez serię pustych grzeczności musiał tłumić chęć skoczenia z mostku. W takich chwilach jak ta, naprawdę brakowało mu bezpośredniości Amona.
- Poszukajmy miejsca - uciął ich rozmowę, natychmiast znajdując się u boku rudzielca, wbrew pierwotnym założeniom podzielenia ich na oczywiste pary. - Wziąłeś coś ze sobą? - zapytał, marszcząc brwi.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Wto Paź 10, 2017 7:25 pm

O dziwo z daleka nie zauważył jeszcze jak jego przyszłe towarzyszki się mu przyglądały, lecz im bardziej się do nich zbliżał, tym trudniej było mu to po prostu tak pominąć, na razie jednak nie wzbudziło to niczego innego w nim poza lekkim zakłopotaniem. W ogóle nie przeszło mu jeszcze przez myśl w jakąż to szatańską intrygę uwikłała go ta przebiegła blondynka.
- Mi również miło, Cię poznać Rosanne - odparł, przywdziawszy delikatny uśmiech i uchylił lekko swój cylinder. Nie potrafił jednak ukryć swojej wrodzonej nieśmiałości, tym bardziej, że Samantha wydawała się dziś odrobinę zbyt podekscytowana.
- Ojej - jęknął zakłopotany. - mam nadzieję, że nie były to żadne niezręczne historie, a ich niestety jest dużo, hehe… - Z lekka został zbity z tropu. Nie przywykł do bycia w centrum uwagi i nie czuł się z tym najlepiej. Radził sobie o wiele lepiej niż zwykle! Jeszcze ani razu się nie zająknął (jak widać te zajęcia z Gldenmayerem naprawdę przynosiły efekty). - I chyba, kiedyś wskazywałem ci drogę do wschodniego skrzydła lochów w drugiej klasie… a może to było archiwum? - Zaczął się plątać i jakby doszukując się pomocy zerkał w stronę Lynna, który jak zwykle uratował mu skórę.
Nagle zrobiło mu się gorąco i poczerwieniał. Ścisnął bardzo mocno rączkę od koszyka i odparł, przełknąłwszy ślinę. - N-nic ciekawego! Z resztą… sami zobaczycie… - uciekł gdzieś w dal wzrokiem. Ładnie to spieprzyłeś Matthew.
Próbując jeszcze uratować sytuację, nie dał im za długo milczeć i wskazał palcem niezbyt odległe miejsce, przy rzeczce. - A może pójdziemy tam? Przy tulipanach. Podobno dopiero co wczoraj rozkwitły, będzie miło... - Zwrócił się ponownie do nich zatrzymując się na Cavendishu i czekał na ich wypowiedź, po czym w ciszy już robił to co zadecydowali, by bardziej się już nie skompromitować. Nie wiedział jeszcze czemu ale miał przeczucie, że nastąpi na ich spotkaniu jeszcze katastrofa.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Wto Paź 10, 2017 8:34 pm

Zazdrościł Mattowi nieświadomości, co tu się święci, jednak prawdopodobnym było, że wkrótce przejrzy dwie rozświergotane dziewczyny, które nie były zbyt subtelne. Doprawdy, wolał nie wiedzieć. Nie w smaku leżała mu gra aktorska do końca dnia. Z kamienną twarzą obserwował trzepotanie rzęs Rosanne.
- Nie! - zaprzeczyła natychmiast, tak energicznie, że wkrótce przestraszyła się swojego nietaktu, pąsowiejąc jeszcze mocniej. - Nic z tych rzeczy - dodała już spokojniej. - Przeciwnie, tyle słyszałam o twoim takcie i inteligencji... Zazdroszczę Lynnowi tak dobrego przyjaciela  - mówiła dalej, a wspomniany chłopiec poczuł się w obowiązku, aby przerwać tę żenującą scenę, nim Rosanne wyzna Mattowi miłość lub z emocji zaleje się łzami. Razem z Samanthą dostawały spazmów, ewidentnie widząc już tę drugą parę na ślubnym kobiercu. Kolejne niepozorne wspomnieni rudzielca wprost poruszyło jego rozmówczynię do żywego.
- Och! Pamiętasz! - wymsknęło jej się, aż zasłoniła usta dłonią w rękawiczce. - Nie sądziłam... Gdyby nie ty... - W końcu zająknęła się, milknąc.
Korzystając z chwili ciszy, ruszyli do przodu, ochoczo przystając na pomysł Matthew. Młody Cavendish nigdy nie posądzałby go o taką ckliwość. Jednak na dziewczętach zrobiło to ogromne wrażenie, więc przyznał mu sukces. Może się pomylił i całe przedsięwzięcie wyjdzie im na dobre? Czyżby sam Matt tego chciał? Dobrze... skoro tak, przecież nie mógł odmawiać im szczęścia!
- Doskonały pomysł. Będziemy mieli widok na staw! Zapakowano nam kanapki, możemy później pójść pokarmić gęsi! - zaproponowała Samantha, co Lynn zagłuszył atakiem kaszlu, gdyż ewidentnie miała na myśli kaczki. Cóż, uczyła się szybko, choć nie tak jak powinna.
Przepuścił dziewczęta przodem, zostając na ścieżce z Mattem. Dopiero wtedy odetchnął z ulgą, korzystając z chwili bezpośredniości.
- Żałuj, że nie widziałeś twarzy Amona, gdy dowiedział się o naszym spotkaniu. Prosił mnie jak dziecko, bym pozwolił mu iść z nami - mruknął pod nosem, aby Rosanne i Samantha nie dosłyszały. - Sam by mnie zabiła - dodał z rozbawieniem, lecz w tej sytuacji zdecydowanie nie byłoby mu do śmiechu. - Myślisz, że... - urwał, markotniejąc na moment. - Wciąż ma mi to za złe? - skończył myśl, obdarzając wzrokiem blond włosy tuż przed nim.
Powoli dochodzili na wskazane miejsce, dlatego poprosił rudzielca o pomoc z kocem.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Sro Paź 11, 2017 10:23 pm

Matthew spojrzał na swojego towarzysza lekko zdziwiony. Zmarszczył czoło i wzruszył ramionami. - Nawet mi o nim nie mów - westchnął. Miał już dość przytyków blondyna i gdyby tu był to jego wizyta stałaby pod wielkim znakiem zapytania. Nie potrafił jednak ukryć tego jak ten temat na niego wpływał. Od razu na jego twarzy pojawił się wyraz bezradności.
- Nie wiem Lynn - mruknął smutny. - Wiesz jaki on jest. Oczywiście, że nie pokaże tego, że przegrał, taki już ten głupek jest… - zmarkotniał. Nie chciał jednak przybijać przyjaciela, więc zaraz dodał. - Ale nie martw się o to. Kiedyś będzie musiał się z tym pogodzić… i dojrzeć przy okazji.
Pomógł Lynnowi z kocem i wszyscy w końcu mogli w spokoju spocząć.
Musiał to przyznać, dzisiejszy dzień był wręcz idealny do pikniku, ani jednej chmurki na niebie, nie wspominając nawet o samej miejscu, które wybrał. Tulipany rzeczywiście były takie świeże, a ich kolor zachwycająco intensywny. Nie potrafił się jednak tym w pełni cieszyć. Wciąż miał wrażenie, że kobieca część ich czwórki knuła coś nikczemnego, aż przełknął ślinę.
- Przepiękny dziś dzień, nieprawdaż? - usilnie próbował jakoś z tego wybrnąć z iście godnym pożałowania skutkiem, gdyż czuł się coraz bardziej uciśnięty przez tę sytuację. Nie mógł przecież cały czas polegać na Lynnie, a robiło się tu coraz bardziej niezręcznie.
Zwrócił się wtedy do dziewcząt. - Proszę mi wybaczyć moje nieokrzesanie. Muszę się przyznać, że nie jestem częstym bywalcem takich spotkań. - Uśmiechnął się niezręcznie. O wiele bardziej wolałby tu zostać sam ze swoim przyjacielem.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Czw Paź 12, 2017 6:11 pm

Zamilknął, chwilę zastanawiając się nad wyjaśnieniem rudzielca. Po chwili szczęścia trapiły go wyrzuty sumienia. Początkowy żart z naturalnej złośliwości, zaczął mu sprawiać taką przyjemność, że nie potrafił odpuścić. Wciąż jednak nie mógł oprzeć się wrażeniu - to dla Amona był cios poniżej pasa. Kiwnął jedynie głową w odpowiedzi, nieco żałując, że nie trzymał tych myśli do końca w sobie.
Nie zmarkotniał na długo; okoliczności i urok ów dnia skutecznie mu to uniemożliwiały. Owszem, spisek dziewcząt był przerażający, ale mimo to, Lynn odczuwał w sobie dziwną lekkość. Miał wrażenie, że w końcu jest samodzielny, dojrzały. Wszystko robił sam, bez obecności towarzyszącej mu niemal zawsze służby. Nigdy nie podejrzewałby, że samo rozłożenie koca, może dostarczyć mu tyle satysfakcji.
Gdy ułożyli się na materiale - każdy w innym rogu - na moment zapadła cisza, komplementując w ten sposób naturę wokół nich, zachwycając się nią jedynie w obrębie własnego umysłu. Rosanne zanurzyła nos w pąku rozkwitłego już tulipana, Lynn uniósł twarz do słońca, oddychając głęboko. Zewsząd dochodziły ich charakterystyczne, choć nieokreślone odgłosy natury, kojąc i wprawiając w dobry nastrój.
Młody Cavendish nie sądził, że coś tak normalnego jak wyjście ze znajomymi może spowodować u Matta zakłopotanie. Otworzył więc oczy, a dziewczęta równocześnie zachichotały.
- Matt, jesteś wśród przyjaciół - blondynka zapewniła go, patrząc mu głęboko w oczy, aż Lynn poczuł dziwne wrażenie zazdrości. - To zwyczajny piknik, taki jak setka innych - mówiła dalej, muskając dłonią położony obok wiklinowy kosz, wyłożony kraciastą chustą, o istnieniu którego Lynn właśnie sobie przypomniał.
Wyciągał z niego zapakowane jedzenie, gdy Sam najwyraźniej dobrnęła do celu swojej myśli, w podręcznej, koronkowej torebki, wyjęła niepozorną książeczkę w bordowej, skórzanej oprawie.
- Od kiedy tylko dopisuje pogoda, wracamy tu z Lynnem, czytając poezję... - Gdyby Matt spojrzał w tej chwili na swojego przyjaciela, z pewnością dostrzegłby zmiany na jego twarzy. Chłopiec bowiem, poczerwieniał po same uszy. Że też śmiała wypowiedzieć te żenujące fakty na głos! Wypakowywał więc jedzenie, udając, że rozmowa zupełnie go nie dotyczy. - To francuski pisarz, godny polecenia - uniosła tomik, aby Matt mógł przeczytać tytuł.
- Mówią o niej: spowiedź duszy, jej druga twarz. Lubisz poezję, Matthew? Czy... zaszczyciłbyś nas, czytając jedno z tych dzieł? - wypowiedziała w końcu, wyciągając ku niemu książkę, na twarz przybierając niby niewinny uśmiech.
Tym razem, Lynn nie zamierzał nikogo ratować, w obawie, że w następnej kolejności padnie na niego. Piknikowy kosz pochłonął go ro reszty.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 226
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Czw Paź 12, 2017 10:27 pm

Zawstydził się jeszcze bardziej. On naprawdę rzadko kiedy bywał na piknikach, a na każdych na których jednak był czuł się niekomfortowo. Miał wrażenie od zawsze że jego rodzina nie chciała go pokazywać światu, a najchętniej trzymaliby go zamkniętego w swoim pokoju, tak by nikt się o nim nawet nie dowiedział. Ewidentnie zmarkotniał.
Zauważył w końcu, że Lynn (na którego jedynie jak na razie zwracał uwagę) baraszkuje przy koszykach. Odruchowo swój przyciągnął do siebie, jakby tamten miałby mu je po prostu ukraść. Nie był jeszcze gotowy! Nie teraz! Po co on a dobrą sprawę je w ogóle robił? A co jeśli będzie musiał się tłumaczyć? Przecież się tylko skompromituje jeszcze bardziej. Co za katastrofa.
Ze swoich bólów wywołał go tylko głos Samanthy i słowo “poezja”. W jego oku pojawił się znajomy błysk, kiedy wziął do ręki książeczkę. Czy on lubił poezję? Sam chyba nie miała pojęcia z kim ona miała doczynienia. Zupełnie zapomniał o ich spisku.
- Ach, poznaję tego autora! - wypowiedział radośnie zupełnie nie tak jak on. Jednakże kolejna prośba dziewczyny trochę ostudziła jego zapał. Zerknął wtedy na przyjaciela, dziwnie spłoszonego, jak nie on. Nie o tym jednak teraz myślał.
Nagle wpadł mu do głowy pomysł, aż zadrżało mu serduszko. - Mógłbym? - zwrócił się ku blondynce, bardziej z grzeczności niż czegokolwiek.
- W takim razie jeśli panie pozwolą… - wyprostował się, aczkolwiek nie wziął ze sobą książki. Odchrząknął i wtedy zaczął:

"Śpiewaj wolno i cicho. Moje serce płacze...
Lekko uderzaj smętny akord minorowy!
Zimno! godziny płyną jak błędne tułacze —
Blada mgła tajemnicy skryła nasze głowy.
Przerwy! Tak! dobrze! ale twój głos jest tak senny...
Słyszysz, w pustce coś jęczy niby szloch stłumiony.
Śpiewaj wolno... Czy czujesz, jak na śpiewne tony
Pada lęk nierozwity klęski nieodmiennej?

Jeszcze! Pieśń się przewleka. Moje serce płacze...
Gromady jakieś szare przyćmiły pochodnie,
Niech nadmiar mocne wonie rozwieją się raczej:
Alkowa jak mogiła szarzeje i chłodnie.
Skądże mi ten dreszcz dziwu, co serce przenika,
Skąd to miękkie andante miarowej harmonii?
U bieli okien słania się dziwna muzyka
Ruchów mglistych i skrzydeł, i obłocznych woni.

Dość! Pozwól skonać pieśni. Moje serce płacze...
Oćma pokrywa kręgi świateł. Uroczyście
Zstąpiła cisza między poszmery żebracze,
Co pierzchają trwożliwie na jej dumne przyjście.'
Ostaw! Niech woń i tony wspólny grób się chylą
Pod rytmem melancholii bezmiernie zwycięskiej...
Wszystko głuchnie, szarzeje i kona... O, chwilo,
Zali otwierasz nawias wiekuistej klęski?"

Kończąc, ukłonił się lekko i ponownie zasiadł. Uśmiechnął się delikatnie. - Proszę, wybacz że nie odpowiedziałem na twoje pytanie, Samantho. Prawda jest taka, że chcąc nie chcąc, przyuczając się do stanowiska grabarza, wiedza na tematy retoryczno-literackie jest mi wręcz niezbędna. Aczkolwiek muszę się przyznać, że ostatnimi czasami przepadam za poezją. Może nie za bardzo potrafię opisać kwieciście moje odczucia, lecz można powiedzieć, że czuję pewną… bardzo osobistą więź pomiędzy mną, a poszczególnymi utworami, których dla ochrony już i tak zszarganego wizerunku wolałbym nie ujawniać. - Rozgadał się jak nigdy. Nie było mu z tym jednak źle, bo mówił najszczerszą prawdę, której wstydzić się nie musiał. Uczył się bardzo dużo poematów na pamięć, by ją wyćwiczyć, oraz je wygłaszał, by podciągnąć swoje zdolności retoryczne. Osobiście też faworyzował utwory pisane po łacinie, niżeli te nowomodne francuskie, nie chciał jednak psuć innym nastroju. Mimo to, najbardziej zdziwiło go że tak się swobodnie wypowiadał na temat tego co czuje odnośnie tego dzieła. Miał chociaż wrażenie, że tak jak sobie to wyknuł, zrobił wrażenie na osobie, o której ciągle myślał, kiedy to recytował.
- Och, byłbym zapomniał. - Przysunął wiklinowy koszyk z pasztecikami i odsłonił klapkę.- Moja matka… ZNACZY SIĘ KUCHARKA! Tak, kucharka wczoraj je zrobiła… - poczerwieniał delikatnie. Miałby sobie za złe gdyby tyle jedzenia się zmarnowało.
Przypomniało mu się nagle, że był tu ktoś, komu poświęcał stanowczo za mało uwagi. Nie chciał wyjść na niegrzecznego. - A ty, Rosanne? - uśmiechnął się. - Jaki jest Twój stosunek do poezji?

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 281
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Skrzydło Szpitalne   Pią Paź 13, 2017 11:47 am

Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Podążył za nim wzrokiem, zadzierając mocno głowę do góry, odczuwając dziwne poczucie zażenowania, mimo że Matthew sprawiał wrażenie zdecydowanego i pewnego siebie. Gdy chłopiec wstał, przez głowę Lynna nawet przedarł się pomysł o jego natychmiastowej ucieczce. Ale nic takiego nie wydarzyło się. Recytował wiersz. Głośno, dosadnie, ani myśląc przerwać aż do ostatniego wersu.
Przez ów szok nie potrafił skupić się nawet na treści wiersza, ani zawartości koszyka piknikowego. Dziewczęta również milczały jak zaklęte, wsłuchując się w recytację z szeroko otwartymi oczyma. Gdy utwór dobiegł końca, Lynn wciąż nie potrafił pozbierać szczęki z koca, Rosanne popadła w zadumę, a Samatha zaśmiała się krótko i zaklaskała klika razy w dłonie.
- Proszę, proszę... Lynn jak zwykle zapomniał podzielić się ze mną tak istotnym szczegółem - spojrzała z udawanym wyrzutem na wspomnianego chłopca. Wraz z jego słowami, rozbawienie blondynki pogłębiło się:
- Zszargany wizerunek? - powtórzyła aż. Najwyraźniej dobrze jej się rozmawiało z Mattem. Rozluźnienie biło z jej postawy, z każdego wypowiedzianego zdania. - Nie słyszałam o tobie ani jednej niepochlebnej opinii, Matthew. Zdradź nam więc, co siedzi w tobie straszliwego, że masz o sobie tak surowe mniemanie. Pamiętaj, że twoje tajemnice nie wyjdą poza krąg przyjaciół - mrugnęła do niego.
Położyła sobie na kolanach tomik, nieużyty przez Matta, zerkając porozumiewawczo na Ros. Ta wykonała niemrawy uśmiech, więc ich kobiecy niewerbalny język był efektywny.
- Cóż za smutny utwór... - Rosanne westchnęła jedynie, kręcąc głową.
Lynn zaś nie skomentował wystąpienia. Oczywiście, chłopiec zrobił na nim wrażenie. Matthew miał talent, którego brakowało Lynnowi. Gdy Sam zmusiła go już do tejże męczarni, nie brzmiał nawet w połowie tak dobrze. Miał pojęcie o intonacji, odpowiednim oddychaniu, ciszy jako najbardziej emocjonalnej ekspresji uczuć, nic nie można było zarzuci jego dykcji... jednak gdy przechodził do praktyki, wszystkie założenia brały w łeb. Jeśli czegoś nie czuł, czytał wyłącznie z myślą o końcu wiersza.
Przez zaistniałą sytuację zaczynał rozumieć, co lubi w Amonie i Lilly. Oboje byli cynikami i nie zwykli obnosić się z niczym, co mogłoby zdradzić ich uczucia (albo byli psychopatami bez duszy, co właściwie też było wysoce prawdopodobne). W ich towarzystwie Lynn jednak czuł się swobodniej - może przez to, że nie był na tyle dojrzały, aby mówić o podniosłych, dotyczących jego wnętrza kwestiach.
Całe szczęście, nikt nie pytał go o zdanie, więc mógł wrócić myślami do bardziej przyziemnych spraw. Mrużąc oczy sięgnął po wytwór z koszyka chłopca, przyglądając mu się uważnie, nim zatopił w nim zęby. Tymczasem pałeczkę przejęła Rosanne.
- Uważam, że... - zaczęła niepewnie, przerywając i zbierając w myślach słowa. - To szalenie indywidualna sprawa. Wiesz... Znaczenie, interpretacja. Wiersze przynoszą mi satysfakcję. Są dla mnie jak zagadka do rozwiązania. Ale nie mogłabym się podzielić rozwiązaniem z kimkolwiek... Rozumiesz, Matthew? - zaczęła spontanicznie, ale z każdym słowem uspokajała się i wypowiadała z większym spokojem. - Bo... ta zagadka ma wiele rozwiązań, nieprawdaż?
Nie wyraziła się jasno, ale Lynn zrozumiał i wtedy poczuł cień sympatii do dziewczyny, której imienia już zdążył zapomnieć. Żuł swojego pasztecika, czując się jak ostatni kosmita, zupełnie nie w tym podniosłym temacie. Gdy wyczekujące spojrzenia podążyły w jego kierunku, nie mógł milczeć już dłużej. Powiedział wtedy:
- Przekaż swojej kucharce, że ją uwielbiam, Matt.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
 
Skrzydło Szpitalne
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Skrzydło Szpitalne
» Skrzydło Szpitalne
» Świnka skarbonka Białego skrzydła
» Madara Tenebris
» Restauracja „Pod skrzydłami”

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Off-Topic :: Strefa pozafabularna :: Retrospekcje-
Skocz do: