IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Mieszkanie państwa Borcke

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Mieszkanie państwa Borcke   Nie Wrz 04, 2016 4:10 am

Jedna z największych kamienic w Wishtown (o ile nie największa), co nie oznacza, że mieszkają tam byle przybłędy z ulicy, o nie. Otóż miejsce to cieszy się dość dobrą sławą, a samo dołączenie do dość licznego grona mieszkańców tego miejsca nie jest takie proste, a co dopiero utrzymanie tego iście zaszczytnego statusu. Sam wygląd budynku jednak przez wiele lat zostawiał sobie wiele do życzenia, lecz niedawno gruntowy remont i w końcu może świecić przykładem jak osoby zamieszkujące jego zgliszcza. Nie można mieć już wymówki, by kogoś nie zaprosić do siebie na obiad, tylko pytanie kto nie chciałby afiszować się tym, że jest częścią tak cenionej i szanowanej społeczności.


Ze wszystkich mieszkań najbardziej błyszczy to nr. 1, należące do Andreasa i Grace Borcke (i ich dzieci)- właścicieli całej kamienicy. Jest to bowiem, największe, najbogatsze i w ogóle

___________________


Ostatnio zmieniony przez Matthew dnia Nie Lis 06, 2016 7:12 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Nie Paź 02, 2016 7:05 pm

Dni mijały szybko. Wiele się zmieniło. Nim zdążyli się spostrzec, dopadła ich późna, wyjątkowo ponura jesień. I znajomość zapoczątkowana w jednej z pustych klas, czy też na korytarzu akademii przerodziła się w przyjemną codzienność, do której każdy z nich zdążył już przywyknąć. Spotykali się na przerwach, po zajęciach, w mniej dziwnych okolicznościach lub podobnie jak przy ich pierwszym spotkaniu, doprowadzając do sytuacji, jakie opowiada się później wnukom.
A jak zakończyła się sprawa z Peterem, chłopcem, który pozwolił sobie na zbyt wiele? Oczywiście, nie zostawili tego w spokoju. Zemsta smakuje najlepiej na zimno, nieprawdaż? Jawnie sprowokowany, rzucił się w pogoń za Matthewem, a jako że biegł najszybciej – prędko zostawił swoich koleżków, zazwyczaj nieodstępujących go na krok. Mieli tylko jeden cel; doprowadzić go do klasy, gdzie odbywały się zajęcia z medycyny, aktualnie z prowadzoną sekcją zwłok, po której Amon z Lynnem zobowiązali się posprzątać. Gdy wściekły Peter przekroczył próg owego pomieszczenia, drzwi zatrzasnęły się za nim, doprawione jeszcze krzesłem podpierającym klamkę z drugiej strony. Jego wrzaski, stłumione przez grube drzwi, z czasem przerodziły się w błaganie, a później w płacz. Peter najwyraźniej nie był zachwycony towarzystwem w postaci gnijących zwłok. Zostawili go z pełną premedytacją na weekend.
Rankiem usunęli krzesło, by nie wzbudzać podejrzeń. Plotki głosiły, że Petera znaleziono skulonego pod stołem z mokrymi spodniami. Kto mu to zrobił? Bo chyba nie zamknął się tu sam? Nikt nie podejrzewałby przecież Lynna – wzorowego ucznia, Amona, pupilka każdego wykładowcy i uroczego Matthewa, który przecież nie potrafiłby skrzywdzić muchy. A Peter… cóż. Na początku nie potrafił się wytłumaczyć. Zresztą minęły całe tygodnie nim przestał się jąkać. Nic nie zapowiadało się na to, że planował zemstę. Spotulniał, bojąc się spojrzeć któremuś z dawnych wrogów w oczy.
***
Wyszli z ostatnich, późnych zajęć na szkolne błonia, poprawiając w drodze szale i kierując się w stronę głównej bramy. Nieopodal minęła ich grupka roześmianych dziewcząt, na co Lynn od razu spuścił wzrok, gdzieś w przeciwną stronę. Gdy oberwał łokciem od Amona był zmuszony jednak podnieść spojrzenie, aby zobaczyć, co się święci. Kilka dziewcząt z grupki machało wyraźnie w ich kierunku, z sławną Samanthą na czele. Zachichotały wdzięcznie, gdy blondyn ukłonił się głęboko, szczerząc się przy tym od ucha do ucha. Całe szczęście zignorowały przerażone spojrzenie drugiego z przyjaciół, wchodząc do budynku, gdzie ich rozemocjonowane głosy powoli cichły. Amon nie darował tego towarzyszowi, dźgając go jeszcze raz w żebra, o wiele bardziej dotkliwie.
- Co to miało znaczyć? Czy mi się zdawało, czy ty nawet nie zaszczyciłeś ich spojrzeniem? – W jego głosie czuć było taki wyrzut, aż Lynn naprawdę poczuł się winny. Był jednak upartym człowiekiem, więc całkiem zdecydowanym tonem odparł:
- Jakże mógłbym to zrobić, skoro przed poznaniem ich imion, zapoznałem się z ich cyckami? – odparł, wielce rozdrażniony, że jego przyjaciel nie posiada chociażby marnych resztek wyrzutów sumienia. Nie żałował tamtego podglądania, co zobaczył, było jego, ale wciąż nie potrafił odpędzić od siebie trapiącego poczucia winy.
Nie mieli wiele czasu, jeśli nie chcieli się spóźnić. Rzucili się biegiem po wąskich alejkach, mijając spieszących przed deszczem przechodniów. Dotarli na targ, gdzie złożyli się na kwiaty dla gospodyni i paczkę cygar dla pana domu, celowo wybierając te niezbyt wytworne, aby nie wzbudzić niczyich podejrzeń, że się na tym znają. Kłócili się dłuższą chwilę, zupełnie ignorując sprzedawcę, gdy dopadła ich straszliwa ulewa, więc bez większego wyboru popędzili dalej, okrywając głowy teczkami wypchanymi książkami.
Dysząc ciężko dopadli do drzwi pod wskazanym przez Matthewa adresem, nie tracąc czasu i od razu uderzając w nie kołatką. Odpowiedziała im cisza, zagłuszana miarowym uderzaniem kropel. Lynn zerknął na barwne pąki żonkili, po raz wtóry szpetnie zaklinając.
- Mówiłem ci, deklu, że nasturcje będą lepsze. Żółty oznacza zazdrość. – Lynn wziął sobie do serca naukę zaczerpniętą podczas lekcji układania kwiatów, do której zmusiła go rodzina.
- Człowieku, nikt nie słyszał o twoich fanaberiach, więc z łaski swojej…
- A obciągnij mi, frajerze… O, dzień dobry, pani Grace! – Lynn natychmiast zmienił ton głosu, gdy w drzwiach pojawiła się starsza kobieta, zapewne pani tego domu. Mógł mieć tylko nadzieję, że deszcz stłumił jego poprzednie słowa. Oblał się czerwienią, w ukłonie zerkając na rozbawianego Amona. Ten zawsze potrafił się przymknąć w porę.

___________________


Ostatnio zmieniony przez Lynn Cavendish dnia Nie Paź 02, 2016 7:11 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Nie Paź 02, 2016 7:07 pm

- O nie! - Jęknął rudy chłopiec, wyglądając przez okno. - Zaczęło padać! - Właściwie od powrotu ze szkoły, cyklicznie piętnaście sekund podchodził do niemalże wszystkich okien w swoim domu, by sprawdzić czy oczekiwani z niecierpliwością goście się już zjawił. Temu wszystkiemu z niemałym rozbawieniem przyglądała się dość drobna, czterdziestoletnia kobieta z szarym oczami.
- Coś się stało, pchełko? - Zapytała wodząc wzrokiem za rudzielcem, który najwyraźniej nie mógł zatrzymać się w miejscu na dłużej, a niżeli zaledwie kilka chwil, na co ten z żalem odparł jej. - Strasznie leje. Teraz już na pewno nie przyjdą!
Matthew z rozczarowaniem opadł na najbliższy fotel. Przez cały dzień z podekscytowania nie mógł zatrzymać się w miejscu na dłużej niż parę sekund, więc taki widok był niemało alarmujący w tej sytuacji, lecz zamiast panikować Grace Borcke - pani domu, żona właściciela kamienicy i (co najważniejsze) matka owego, udręczonego chłopca zachowała zimną krew,  pomimo jego dalszych zawodzeń.
- Oj, Mattuś... - Podeszła do niego przywdziewając łagodny uśmiech. - Dlaczego nie powiedziałeś mi, że twoi koledzy są zrobieni z cukru, wtedy wysłałabym po nich powóz. - Zagaiła żartem, czego Matthew chyba nie uchwycił, lub (co było bardziej prawdopodobne) nie miał w tej chwili najmniejszej ochoty na takie figle, bo zrobił bardzo poważną minę i z przejęciem, a i nawet jakby z wyrzutem odparł: - Ze szkoły jest daleko! Komu by chciało się tyle iść w taką ulewę? - Po czym smutny odwrócił wzrok.
- Ojej, to problem... - Matka Matta nie zraziła się wcale jego tonem, tylko delikatnie położyła dłoń na jego rudej czuprynie i wolnym ruchem pogładziła go po głowie. Widząc, że chłopiec trochę ochłonął, zagaiła - Posłuchaj, Mattuś... A czy ty byś nie przyszedł do kolegi, gdyby zaczął padać deszcz? - Na co on jedynie wzruszył ramionami. Grace jednak znała odpowiedź na to pytanie, Matthew nigdy nie przepuściłby takiej okazji. - Nawet jeszcze nie nastała ta godzina, na którą się umówiliście. Nie ma co martwić się na zapas. - Dała mu całusa w czoło, po czym powoli kierowała się w stronę drzwi.
- Mamo... - Odezwał się rudowłosy, zanim jeszcze kobieta wyszła. - Tylko, kiedy oni już przyjdą... Proszę nie mów do mnie "pchełko" i "Mattuś". - Odrzekł śmiertelnie poważnym tonem, jakby od tego zależało jego życie, na co kobieta jedynie uśmiechnęła się pobłażliwie.
Czas mijał, a po znajomych, ani widu, ani słychu. Matthew z każdą upływającą chwilą, był coraz bardziej zrezygnowany. Już miał zacząć jęczeć, kiedy nagle rozległ się dźwięk kołatki uderzającej o drzwi frontowe. Nieomal podskoczył pod sam sufit na fotelu. Natychmiast rzucił się w pogoń do wyjścia z jego mieszkania, przez co nie omal  nie zgubił swoich okularów, lecz nie zatrzymał się przed samymi drzwi, lecz chwilę przed, o tak w korytarzu za rogiem, co by nie wyjść na zdesperowanego.
Kiedy służąca przekroczyła już próg, a za nią weszli dwaj młodzieńcy, odczekał parę sekund i dopiero wtedy pokazał się im.
- O, jesteście i to przed czasem. - Powiedział starając się ukryć swoją ekscytację, patrząc w pobliski zegar naścienny. Już wcześniej oblazła go lekka trema, ale nie było tak źle jak za ich pierwszym spotkaniem. - Mamy jeszcze trochę czasu, pokażę wam co gdzie jest. - Rzucił wesoło i kiwnął głową tak, by za nim poszli.
Skierowali się w głąb domu, a Matthew co rusz rzucał takimi określeniami jak: "salon", "drugi" salon", "toaleta", "gabinet ojca", zatrzymując się chwile przy tym, by koledzy mogli sobie dokładnie obejrzeć o co chodzi.
- Jest dobrze...- Przerwał w końcu rutynę. - Może uda nam się jesz- - Nie dane było mu skończyć, gdyż za jego plecami jak wielki cień wyrosła nagle wielce uradowana Grace Borcke ze swoim. - Akuku!
Matthew dostał wtedy małego zawału. Odwrócił się powoli i niepewnie wybąkał. - Dzi-dzień dobry mamo...- Mimo iż widzieli się już dzisiaj wiele razy. Kobieta, albo nie widząc, albo ignorując zażenowanie syna przywdziała rozkoszny uśmiech i nie czekając zapytała. - Matthew, dlaczego nie przedstawisz mnie swoim kolegom?
- Ach tak! - Rzucił zakręcony. - Um, chłopaki... To jest moja matka. Mamo... - Znowu nie było dane mu skończyć, gdyż podobnie jak on, jego matka również nie potrafiła ukryć swojej ekscytacji i klasnęła w dłonie. - Ach, ty musisz być Amon, a ty Lynn, mam rację? - Zwróciła się kolejno do blondyna i nieco wyższego od niego bruneta. - Mattuś nie może przestać o was mówić! Tylko nie wspomniał mi, że będę miała do czynienia z takimi przystojnymi młodzieńcami.
Matthew oblał się niezdrowym rumieńcem. Myślał, że zaraz naprawdę dostanie zawału. - Mamooo... - Wyjęczał tylko, na co ów kobieta zareagowała tylko zrobieniem zdziwionej miny. - O co chodzi żabciu? - Zapytała. - Nie mam racji? Od trzech dni o niczym innym nie mówisz, jak tylko o tym spotkaniu. - Kontynuowała, a z każdą chwilą Matthew czuł, że coraz bardziej zapada się pod ziemię. Nie dręczyło go jednak tak długo, gdyż znowu swoją uwagę poświęciła ów kolegom jej syna i powiedziała z przejęciem. - Wielkie nieba... Jacy wy jesteście mokrzy, chłopcy! Zaraz każę posłać kogoś po ręczniki.

___________________


Ostatnio zmieniony przez Matthew dnia Pon Paź 03, 2016 7:00 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Nie Paź 02, 2016 7:18 pm

Osoba, na której wywarli koszmarne pierwsze wrażenie, całe szczęście okazała się być pokojówką, a nie panią domu. Lynn i tak zdążył spłonąć ze wstydu i postanowił unikać tej biednej służki przez resztę dnia. Później nie miał jednak czasu na namysły i wyrzuty sumienia, bo ich rudowłosy przyjaciel przywitał się z nimi energicznie, nie tracąc ani chwili, przeszedł do oprowadzania po domu, mimo że ociekali wodą.
Podążali za nim, zwiedzając posiadłość z nieukrywaną ciekawością, co w przypadku Lynna ograniczało się do spojrzeń, a następnie krótkich pytań i komentarzy, a w przypadku Amona – macania wszystkiego jak popadło oraz chichrania się bez większego powodu. Byli gdzieś w drodze do salonu, gdy dopadła ich starsza kobieta, na pierwszy rzut oka niepodobna do swojego syna. Na drugi rzut oka zresztą też, ale chłopcy w ich wieku, z pewnością nie zwracali na to uwagi. Przywitali się grzecznie, wysłuchując zaraz jej komplementów.
- Och, Matt, jak mogłeś zapomnieć o tak istotnym szczególe…! – Amon wyszczerzył zęby w niecnym uśmiechu na słowa pani Grace. Na początku było zabawnie, blondyn korzystał z każdej sposobności, aby się zabawić. Z czasem jednak sytuacja stawała się coraz bardziej żenująca. Niektórzy uznali to za koniec żartów. Inni za ich wspaniały początek.
Oboje spuścili spojrzenia na tą pobłażliwość, czerwieniąc się, z tą różnicą, że twarz Amona przybrała iście niezdrowy kolor. Trząsł się lekko, a w jego oczach zalśniły łzy. Wyraźnie powstrzymywał się od huknięcia gromkim śmiechem, co jednak nie szło mu zbyt sprawnie, więc ocierając łzy, odszedł na stronę jęcząc prawie wiarygodnie:
- Och, pani Grace... okazuje nam pani zbyt wiele dobroci… - Teatrzyk odgrywany przez Amona jak zwykle był pierwszorzędny. Jeśli matka Matthewa nie znała go wystarczająco, mogłaby uwierzyć w jego nadmierne wzruszenie, które niemal nie pozwoliło mu na składanie zdań. Przyjaciele mogli tylko ufać, że opowieści rudzielca nie zawierają każdej ich przygody, tej jeszcze niezbyt długiej znajomości. Nie, to raczej niemożliwe. W innym przypadku, kobieta zapewne nie pozwoliłabym im przekroczyć progu własnego domostwa.
Lynn był nieco bardziej przyzwyczajony do sztucznych uprzejmości, dlatego wiedział, jak się zachować, choć słowa rodzicielki jego przyjaciela zdawały się być… bardziej szczere niż to, co spotykał w otoczeniu swojej rodziny. A w dodatku ta niecna kobiecina chyba naprawdę upodobała sobie dręczenie biednego Matthewa. Tak czy inaczej, postanowił ratować resztki tej opłakanej sytuacji. Przestąpił krok, następując Amonowi na stopę, nawet na niego nie zerkając.
- Dziękujemy za zaproszenie. Matthew również nam wiele o pani opowiadał, nie szczędząc przy tym ciepłych słów. To zaszczyt, móc panią poznać. W podzięce… proszę przyjąć od nas ten skromny wyraz wdzięczności; dla gospodyni i… dla pana domu, choć chyba jest jeszcze nieobecny? – skłamał gładko i wręczył jej kwiaty, zerkając na pudełko cygar, trzymane wciąż w rękach rozbawionego Amona, który walczył ze sobą wszystkimi siłami.
Naprawdę, był już na skraju. Wybuch śmiechem stawał się nieunikniony, jego przyjaciele mogli mieć tylko nadzieję, że wydarzy się to z dala od gospodyni. Och, z pewnością też nie zamierzał tego darować Matthewowi. Przez najbliższe wieki.
- Dzię… ku… je-my, pani – wydyszał, gryząc się co chwila w język. – Proszę się… nie kłopotać więcej. Jest pani dla nas zbyt dobra. Matthew zaprowadzi nas do łazienki – wystukał ze sztywną od powstrzymywania śmiechu twarzą. W końcu jednak nie wytrzymał, bo zerkając na Matta, dodał:
- Prawda… żabciu? – wydał z siebie bliżej niezidentyfikowany odgłos, a łzy popłynęły mu ciurkiem po twarzy, na szczęście ginąc na jego mokrej od deszczu skórze.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Nie Paź 02, 2016 7:20 pm

- Cóż za skromność. - Kobieta zachwycała się blondynem, podczas gdy Matthew przeklinał dzień, w którym w ogóle przyszło mu do głowy, by zapraszać Amona do swojego domu. Zdążył już poznać chłopaka na tyle, by wiedzieć, że jeśli znajdzie choć najmniejszy powód to nie przepuści żadnej okazji by komuś dokuczać, lecz jak widać Grace Borcke całkowicie bagatelizowała to zagrożenie i ciągnęła dalej. - Dobroci nigdy za wiele jeśli w grę wchodzi zdrowie, a ja nie chcę, by tacy mili chłopcy mi się tu przeziębili. - Matthew z czystym sercem mógł uznać siebie już za martwego. Na szczęście na ratunek pospieszył mu Lynn (już po raz drugi!) i matka rudowłosego już całkowicie nie mogła wyjść z podziwu.
- Kochanie, to dla mnie? - Odparła dziwiąca się najzwyklejszymi rzeczami na świecie kobieta. Chociaż w sumie kto wie, może tak po prostu najzwyczajniej w świecie dobrze udawała - Skąd wiedziałeś, że uwielbiam żonkile? Ach! Głupia ja... Na pewno Mattuś ci powiedział. - Mówiąc to uśmiechnęła się promiennie do czerwonego jak burak syna, lecz słysząc drugą część wypowiedzi Lynna całkowicie zmieniła postawę o 180 stopni. Nagle przybrała bardzo poważny wraz twarzy i rzekła. - Pan domu jest bardzo zajęty, będzie dopiero na obiedzie.
Po tych słowach na moment zapadła na chwilę martwa cisza, w której Matthew zwęszył okazję, by się zmyć. Oczywiście nie umknęło mu... cokolwiek Amon zrobił i powiedział, na co tylko zareagował jedynie odwracając nerwowo głowę i jakby sycząc pod nosem jakieś niepochlebne dla kolegi słowa. Nie wytrzymał w końcu i szybko obwieścił swojej rodzicielce. - Tak, sam ich tam zaprowadzę! Idziemy koledzy!
Popędził wtedy w stronę łazienki, niemalże ciągnąc za sobą Lynna i Amona. Usłyszał jeszcze słowa matki. - Tylko pamiętaj, by nie spóźnić się na obiad, pchełko! - Po których zacisnął zęby i przyspieszył kroku. Będąc już na miejscu podał im ręczniki (a w przypadku Amona to raczej cisnął na twarz) i zwrócił się do blondyna nie patrząc mu w oczy. - Dalej, nie krępuj się. Nikt tu nie będzie Cię słyszał.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Nie Paź 02, 2016 8:43 pm

Lynn czuł się nieco rozdarty, bo z jednej strony sytuacja go śmieszyła, zwłaszcza, że matka Matta zdawała się być świadoma, jak zawstydza syna swoim zachowaniem, brnąc dalej i czerpiąc z wydarzenia rozrywkę. Zażenowanie rudowłosego osiągnęło wkrótce tak niezdrowy poziom, że ostatecznie zdecydował się stanąć po jego stronie. Oczywiście, nie planował o tym zapomnieć, jednak bezpieczniej byłoby wrócić do tematu, gdy chłopak sam nauczy się z niego śmiać. Dodatkowo, przebiegły uśmieszek Amona, rzucony mu ukradkiem na wieść o żonkilach przeważyła wszystko i Lynn już szykował palce na sowity wpierdol.
Grzecznie podążyli za Mattem, zachowując resztki przyzwoitości i pozorów. Lynn starał się jeszcze ukłonić na pożegnanie, czego towarzysząca im przed chwilą kobiecina raczej nie zauważyła, pochłonięta swoimi myślami. Mimo że młody balsamista nie miał daru rozszyfrowywania, co ludziom chodzi po głowach, potrafił dostrzec gwałtowną zmianę atmosfery i zrozumieć, że nie wszystko jest tak, jak być powinno lub jak chciałaby tego kobieta. Nie rozumiał jeszcze, a również nie próbował się za bardzo zagłębiać, jednak po wszystkim mógł wywnioskować drobną sprzeczkę małżeńską. Prędko jednak musiał odpędzić swoje myśli, gdy znaleźli się w łazience, otrzymując suche ręczniki.
Rozbierał się z marynarki, kładąc torbę z książkami na podłodze, gdy między Mattem, a Amonem rozpoczął się dialog:
- Słuuucham? Matthew, nie śmiałbym. Przecież mnie znasz. Nie wykorzystam tego przeciwko tobie, żabciu. Przecież powiedziałbyś mamusi, mylę się, mój dziubasku? – podszedł do rudowłosego, zarzucając ręcznik na ramiona. Przytulił go mocno, przyciskając mocno twarz do jego szyi. – Jesteś taki słodki, Mattusiu. Taaaki niewinny i bezbronny. Mam ochotę schować cię w piwnicy przed całym światem… - wył mu do ucha, w iście dramatyczny i teatralny sposób, nim Lynn zdążył złapać do za kark i odciągnąć w swoją stronę.
Amon zdołał się prędko wyrwać, ale już więcej nie kontynuował tematu. A przynajmniej na razie. Wycierał włosy, mierzwiąc blond kosmyki, wciąż utrzymując na ustach niezmienny od wieków, bezczelny uśmieszek.
- Ale chatę masz niezłą, muszę przyznać. Chociaż nie umywa się do tego, co zastałem u Lynna. Ten frajer ma armię pokojówek, rozumiesz to?! Gdyby chciał, podbiłby z nimi całą pierdoloną Francję – wykrzyknął ze zdumieniem, a gdy ręcznik stał się odpowiednio mokry, chlasnął nim swojego przyjaciela po udach.
- Ta… Amon aż musiał sprawdzić ich wierność. Wyobraź sobie, że od przekroczenia progów mojego domu, darł na kawałeczki stronice swojej książki od historii, rzucając ścinki za siebie, przez całą drogę do mojego pokoju. Spostrzegłem się dopiero pod koniec, gdy dusił się ze śmiechu, a za nami kroczyły dwie służki, z wypchanymi fartuchami od papieru… - opowiedział wściekle, choć sam musiał ukrywać rozbawienie, aby utrzymywać, że wciąż nie wybaczył tego przyjacielowi. – Także, pilnuj go, na pewno odpieprzy coś jeszcze – ostrzegł Matthewa, na co Amon obdarzył go najbardziej czarującym uśmiechem, na który z pewnością wyrwał już niejedną pannę.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Nie Lis 06, 2016 3:47 am

Zgasła w nim ostatnia iskra nadziei, że Amon kiedykolwiek mu jeszcze odpuści. Niczego chyba w życiu bardziej nie żałował, niż zapraszania tego pajaca do siebie, w tym momencie o niczym innym nie marzył niż by tamtego pamiętnego dnia, kiedy go poznał, Peter skopał by go na śmierć, ale na to niestety już za późno. Nie przyzwyczaił się jeszcze do końca do jego poczucia humoru i na jego ckliwe wyznania zareagował jedynie paraliżem kończyn, przybierając wtedy chyba najgłupszy wyraz twarzy jaki mógł, po czym uwolniony już z objęć kolegi zrobił się czerwony jak burak i tylko wydukał - Z-zamknij się głupku! - Wydukał odwracając twarz i zasłaniając swoje rozgrzane poliki rękoma. Tak, w ogóle nie potrafił sobie radzić z żenującymi sytuacjami.
Historia opowiadana przez Lynna, jednak przezwyciężyła jego chęć do schowania się przed wszystkimi pod wanną i znowu zaczął utrzymywać z nimi kontakt wzrokowy. Jego nastrój zmienił się o 180 stopni. W pewnej chwili chciał się nawet zaśmiać (to co wyrabiał blondyn, bądź co bądź go bawiło, mimo iż nie zawsze go rozumiał), lecz zaraz uderzyła go przerażająca myśl i całkiem spoważniał.
- Amon - Mówił jakby zależało od tego jego życie. - zaklinam Cię na wszystkie świętości, nie odwalaj tutaj takich rzeczy! A przynajmniej nie przed obiadem... - Mierzył go wzrokiem, kiedy do łazienki zapukała jedna ze służących oznajmiając, że nakryto już do stołu.
Z jednej strony odetchnął z ulgą, że Amon nie będzie miał zbyt dużo czasu na ojebanie jakiegoś szajsu, lecz z drugiej strony równie dobrze mógł to zrobić podczas samego posiłku (co było wręcz za bardzo prawdopodobne), a w takiej sytuacji zmarłby na miejscu, dlatego podczas drogi do jadalni ściszonym głosem rzucił jeszcze do swoich kompanów. - Nie odzywajcie się niepytani do ojca. - A na wszelkie sprzeciwy (o ile takowe zaistniały) odpowiadał, że później im powie.
Przekroczyli w końcu próg pokoju, w którym zwykłe było jadać rodzinie Borcke. Wszystko dzisiaj musiało być dopięte na ostatni guzik, a w tym wystrój stołu, który mógł wyglądać jakby zaraz miała się przy nim odbyć wielka uczta świąteczna. Obok czekała na nich na nowo rozentuzjazmowana matka Matta, oraz dwóch elegancko ubranych chłopców, a właściwie już młodych mężczyzn.
- Ach, w końcu jesteście. - Powiedziała Grace obdarzając ich promiennym uśmiechem. - Pozwólcie, że przedstawię wam resztę moich synów - Kontynuowała wskazując dłonią na dużo starszych od nich, zupełnie nie podobnych do Matta osobników. Pierwszym z nich nazywał się Oliver, będący starszy od rudzielca o 7 lat, posiadacz ciemnych zarówno włosów jak i oczu, niewiele przewyższający Lynna. Drugim z nich był Nathaniel, różniący się od swojego o 2 lata młodszego brata szarymi oczami po swojej matce, oraz całkiem pokaźną jak na swój wiek brodą. Ku boleści Matthewa jednak nie wykazali większego zainteresowania jego znajomymi.
Następnie matka większej części mężczyzn zebranych w tym pokoju zwróciła się do swoich własnych dzieci przedstawiając im przyjaciół ich brata, na co młodszy z nich zareagował jedynie bezczelnym uśmieszkiem i rzucił do stojącego obok Nathaniela - Czyli oni naprawdę istnieją - na co tamten odpowiedział parsknięciem śmiechem, na co Matthew zareagował jedynie mierząc ich wzrokiem, jakby przysięgając, że kiedyś się na nich zemści. Grace przyglądając się temu spokojnie zarządziła, że czas zasiadać do stołu.
- Ojca nie ma? - Zapytał Oliver, na co już całkowicie bez emocji oznajmiła mu jego matka. - Wasz ojciec musiał zostać dziś dłużej w gabinecie, spóźni się. - Wszyscy zrozumieli ten komunikat i nie podejmowali już więcej tematu.
Gdy już wszyscy zajęli swoje miejsca (oprócz pana domu na końcu i tajemniczego, pustego krzesła obok), jakby automatycznie weszły służki podając zupę do stołu. Dwóch braci Matthewa natychmiast pochłonęła rozmowa, o przeprowadzce młodszego z nich i kupnie nowych skrzypiec, a tym czasem matka chłopca zwróciła się do gości swojego syna. - Podobno uczycie się, by zostać balsamistami, prawda chłopcy? - mówiła obdarzając ich swoim firmowym, ciepłym uśmiechem. - Musicie mieć w sobie bardzo dużo silnej woli, by tak obcować z nieboszczykami. Gdybym ja była na waszym miejscu na każdych zajęciach uciekałabym gdzie pieprz rośnie.
- Balsamiści nie zajmują się tylko truchłami, mamo. - Wtrącił się Matthew, brodząc łyżką w zupie, najwyraźniej nie mając zamiaru jej w ogóle jeść. - Nie? - Zapytała z wyraźnym zdziwieniem go kobieta. - A więc dzięki bogu tym lepiej dla nich! Spędzanie tyle czasu wśród osób martwych zapewne miałoby fatalne skutki na samopoczucie... - ciągnęła. Nie ukrywała się z tym, że nie wiele wiedziała na temat Inkwizycji, oraz że nie miała ochoty tej wiedzy pogłębiać.
By podtrzymać rozmowę jak grom z jasnego nieba dotarła do niej pewna wiadomość. - Nazywasz się Hackett, dobrze pamiętam? Tak jak ten doktor? - Poświęciła uwagę blondynowi. - Podobno niezły z Ciebie urwis. Nie masz tam problemów z wychowawcami? Z tego co słyszałam są bezwzględni. Mów śmiało, nikomu nie powiem.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Nie Lis 06, 2016 8:14 pm

Amon najwyraźniej wziął do serca słowa swojego przyjaciela, całą drogę do salonu pokonując bez sprawiania większych problemów. A przynajmniej bez takich, których efekty byłyby natychmiastowe. Zapewne było to spowodowane przypadkiem albo brakiem szatańskich pomysłów, ale na obiad dotarli bez przeszkód. Zapoznali się z resztą rodziny, wymieniając się godnościami, a gdy brat Matthewa rzucił uwagą w ich kierunku, Amon aż zastrzygł uszami, spragniony kolejnych nowinek, po których mógłby naśmiewać się z przyjaciela. Niestety, był zmuszony zająć swoje miejsce, nie zdążając sformułować pytania. Miał nadzieję skorzystać ze sposobności później.
Zasiedli do stołu, Lynn obok Matta, a Amon naprzeciw rudzielca, blisko pani domu, zajmującej honorowe miejsce przy stole. Służba podawała do stołu, na co obaj przyjaciele zareagowali z entuzjazmem, z tą różnicą, że Lynn, przyzwyczajony do obecności służby, skutecznie nauczył się ją ignorować, a Amon wręcz przeciwnie, dziękował każdemu, kto zechciał mu podsunąć i nałożyć jedzenie na talerz, co nie było do końca na miejscu. Rozłożyli chusty na kolanach, gotowi do jedzenia.
Żaden z chłopców nie odważył się odezwać jako pierwszy, ale pani domu najwyraźniej poczuła się w obowiązku nie pozwolić ciszy zapaść choć na moment. Wysłuchiwali dialogu matki z synem, pochłonięci jedzeniem, gdy Amon (uprzednio upewniając się, że pani Grace nie widzi) wrzucił Lynnowi kawałek nadgryzionej brukselki do talerza, ochlapując go jednocześnie gorącą zupą. Młody Cavendish przez chwilę miał minę jakby chciał się rozpłakać, ale nie powiedział ani słowa, nabierając kawałek warzywa i zjadając go z kwaśną miną. Wiedział, że najlepszą formą obrony na ataki przyjaciela to bierne poddawanie się im, aż do znudzenia. Czasami jednak los dawał mu zbyt wielkie pole do popisu. Blondyn podjął więc temat, gapiąc się nieustannie na chłopców naprzeciwko i wypatrując ich reakcji:
- To prawda. A może to już kwestia przyzwyczajenia? Są jednak obrazy, które poruszają zawsze, niezależnie od tego, ile razy się je ogląda. Ostatnio mieliśmy okazję przyjrzeć się z bliska jeszcze ciepłym zwłokom wiedźmy, zdjętym wprost z inkwizycyjnego stosu… - nie skończył, gdyż przerwał mu huk łyżki obijającej się o brzeg porcelanowego naczynia, któremu zaraz towarzyszył atak kaszlu Lynna. Tylko tego brakowało, naprawdę! Nie mógł pozwolić mu kontynuować, jeśli tylko nie chciał zwrócić obiadu wprost na talerz.
- Zajmujemy się też szeregiem innych spraw, proszę pani. – Uspokoił oddech, mówiąc nerwowo, za nic na świecie nie chcąc dopuścić przyjaciela na nowo do słowa. – Biologią, chemią, inżynierią… Zresztą, na trzecim roku częściej obcujemy żywymi osobami! – oznajmił, niemal desperacko, usiłując zmienić temat. Jego przyjaciel jednak, jak zwykle, potrafił obrócić kota ogonem:
- O tak, ostatnio pracujemy nawet w parach, na sobie. W tym tygodniu pobieraliśmy krew. Nikt z całego roku nie chce pracować z Lynnem. Kompletnie nie wiem dlaczego… Może to przez to, że upodobał sobie nakłuwanie skóry bez otwierania oczu? – westchnął teatralnie, choć w jego głosie krył się wyraźny wyrzut. Odstawił łyżkę, pokazując zaraz pani Grace siniaki na swoich przedramionach, naprawdę wyglądające tragicznie. Lynn tym razem nie miał nic na swoją obronę, w milczeniu, cały czerwony na twarzy pochłaniał błyskawicznie zupę, jakby wierząc, że gdy skończy, jego piekło również przestanie mieć miejsce.
Później, na szczęście, udało im się zmienić temat. Ale ten najwyraźniej nudził Amona, mimo że to on był w centrum zainteresowania. Rozsznurował pod stołem buty, pomagając sobie stopami, ściągnął je, zostając w samych grubych, wełnianych skarpetach. Przysunął krzesło bliżej stołu, wyciągając się możliwie bardzo i badając gołymi nogami teren. W końcu doszedł do celu – natrafił na kolano Matta, sunąc niebezpiecznie po jego udzie.
- Dokładnie tak, dobrze pani skojarzyła. Nie wiem, co Matt o mnie mówił, jednak… Nie, nic takiego nie ma miejsca. A może po prostu nie daję się przyłapać? – Uśmiechnął się do kobieciny szeroko, obdarzając ją tak czarującym uśmiechem, że aż serce miękło na sam widok. Dokładnie w tym samym momencie sprawdził stopami na brzuchu rudzielca, czy ma on łaskotki. Tak dotkliwie, że chłopak musiał w jakikolwiek sposób zareagować. Wtedy obdarzył go lodowatym spojrzeniem i zapytał twardo:
- Śmieszy cię to, Matthew? – Po plecach Lynna aż przemknął się dreszcz. Co jak co, ale jego przyjaciel był stworzony do odgrywania przeróżnych ról. Nie wiedział, co się między nimi odgrywa, ale dla pewności kopnął czyjąś nogę pod stołem, mając nadzieję, że wycelował w Amona.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat:    Nie Lis 13, 2016 4:37 am

Matthew nie wiedział co przerażało go teraz bardziej: wybryki Amona, reakcje Lynna, to że jego bracia na to patrzą i nie dadzą mu później żyć, czy w końcu to, że podano dziś zupę z brukselkami. Co chwila nerwowo patrzył na swoich kolegów, jasną dając do zrozumienia wzrokiem blondynowi, że go wypatroszy żywcem po obiedzie, jeśli tamten nie przestanie. Jeszcze serio brakowało tutaj tego, by Lynn się tu zrzygał.
Matka chłopca, jednak w przeciwieństwie do swojego syna przyswajała wszystkie informacje ze spokojem (i lekką trwogą) nie zauważając, że jeden z gości zaraz zwróci całe pierwsze danie z powrotem. Albo może właśnie wręcz przeciwnie? Kto tam ją wie… Jedynie odsłonięcie blizn na ręce chłopca wywołało na niej jakieś większe wrażenie, które przejawiło się  poprzez zasłonięcie ust przez dłoń i wypowiedzenie na głos słów: “Matko Boska”. Matt z drugiej strony już dawno je widział i tylko przewracał oczami, kiedy jego przyjaciel popisywał się przed jego matką. Spojrzał później kątem okna na Lynna i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, bo ileż można znosić zastojów mózgowych ich kolegi, poza tym chłopcu zrobiło mu się go straszny żal.
Już miał otwierać usta i wypowiedzieć taką ripostę, że Amon nie odzywałby się aż do ukończenia akademii, gdy nagle poczuł, że coś go łaskocze po kolanie i niebezpiecznie zaczyna piąć się w jego bardziej wrażliwe miejsca. Jego twarz znów w mgnieniu oka przybrała niezdrowy, czerwony kolor, a dłonie drżały mu tak, że o mało nie dzwonił łyżką o talerz. Miał teraz najgłupszą minę na świecie, ale z całych sił powstrzymywał się od krzyku. Nie zauważył przez to, że od jakiegoś czasu ich poczynaniom przyglądali się z zaciekawieniem jego bracia.
Nagle jednak niespodziewanie doświadczył brutalnego ataku ze strony kolegi. Pech chciał, że miał łaskotki i to silne. Wydał wtedy z siebie bliżej nieokreślony pisk, jednakże był na tyle głośny, że aż jego matka podskoczyła na swoim krześle i przypadkiem (albo i nie) wbiła się obcasem w pozbawioną buta stopę Amona.
Matthew miał się już tłumaczyć, kiedy wtedy on oberwał czyimś butem, przez co stanął na równe nogi i nieomal wylał całą zupę z talerza. Wtedy Olivier, który był już na skraju swojej wytrzymałości nie wytrzymał i huknął gromkim śmiechem widząc tą całą sytuację. Wtedy rudzielec (będący czerwony, ale już ze złości), również dał się ponieść i gniewnie, cały się jeżąc ryknął na niego. - PRZESTAŃ RŻEĆ!
-  Matthew, jak ty się zachowujesz?! -  Upomniała się wtedy twardo jego matka. Zupełnie inaczej jak dotychczas. - No właśnie marchewo, ogarnij się. - Dalej podśmiechiwał się chłopak, na co wtedy Grace zmierzyła go tak ostrym wzrokiem jakby wstąpiła w nią zupełnie inna osoba, przez co nawet Oliverowi z twarzy natychmiast zszedł uśmieszek. - A ty zamilknij, ile ty masz lat?
- A-ale… - Brat rudzielca próbował się tłumaczyć podczas, kiedy Nathaniel ciężko wzdychał i krył swoją twarz w dłoniach, bo nie mógł już na to wszystko po prostu patrzeć. Ta iście komediowa scenka trwałaby oczywiście dłużej, gdyby nie dźwięk otwierających się drzwi. Nagle nastała cisza, a oczy wszystkich skierowały się w tamtym kierunku. W drzwiach stał postawny mężczyzna z mocno brązowymi oczyma i lekko szpakowatą brodą. Matthew natychmiast z powrotem zajął swoje miejsce i zwiesił głowę. Wydawało się wtedy, że skurczył się niemal dwukrotnie, jedynie jeszcze cichutko powiedział: - Przepraszam…
Mężczyzna zmierzył wzrokiem Lynna i Amona. - Kim są Ci ludzie? - Zwrócił się wtedy do Grace. Kobieta nawet nie patrząc mu w oczy odpowiedziała. - To goście twojego syna. Przyszli dziś na obiad.
Milczał on jeszcze przez chwilę, po czym dodał oschle. - Ach, tak… Rzeczywiście… Goście... - Po czym skierował się na drugi koniec stołu, by zasiąść na swoim miejscu. W tym samym czasie służba zaczęła podawać drugie danie, lecz tym razem wszyscy biesiadnicy niechętnie ruszali jedzenie. Nikt nie ważył się pisnąć ani słowa dopóki ojciec nie odezwie się pierwszy.
- Maria nadal chora? - Pan domu nagle się zwrócił do Nathaniela.
Syn wtedy zwrócił się do swojego ojca i odparł. - Tak, lekarz nadal nakazuje jej leżeć w łóżku, ale jej stan powoli wraca do normy. - Odpowiadał spokojnie, po czym korzystając z przywilejów najstarszego z zebranych tu synów, ośmielił się go zapytać. - Ojciec dalej męczy się z tym spod dziewiętnastki?
Matthew ścisnął wtedy swoje sztućce. Poruszyli najgorszy z możliwych tematów, teraz mógł się tylko modlić, by nie drążyli go za głęboko. Niestety w oczach ojca Matta pojawił się niebezpieczny błysk. Jakby tylko gadanie o tych rzeczach sprawiało mu w życiu jakąkolwiek przyjemność, a dawno tego nie robił.
- Oczywiście, już nie mam na niego siły. Dziś znowu przyszedł i tym razem zaczął ryczeć jak to bardzo nie potrzebuje tego mieszkania, i jak to ten jego brudas nie jest chory, czy nie próbował mi wcisnąć kolejnej bajeczki, kiedy to wyraziłem się jasno, że nie chcę żadnych popaprańców  w kamienicy i wyrzucę i go na zbity pysk, jak jeszcze raz mi się tu pokaże. Wyobrażasz sobie jakby nagle po tych samych korytarzach, po których chodzisz dzień w dzień zaczęły się panoszyć te szkodniki? Inkwizycja zamiast biegać z widłami za niekończącą się chmarą wiedźm powinna zwalczać problem u źródła. Już dawno byłoby po zarazie…
Matthew wiedział, że mężczyzna nie przestanie. Musiał szybko zmienić temat. - Ojcze, ja... - Przełknął ślinę, a oczy całej rodziny skierowały się na niego. - ...j-ja dostałem celujący dzisiaj z tego wypracowania na łacinę. - Dukał dalej, próbując nerwowo nabić ziemniaka na widelec.
- Jakie wypracowanie na łacinę? - Odezwał się groźnym głosem. - Powiedz mi lepiej dlaczego profesorowie mówią mi, że uciekasz  z zajęć praktycznych, albo odmawiasz wykonania zadania?!
-O-ojcze, ja…- Mówił drżącym głosem Matthew, ale nie dane mu było skończyć, gdyż nagle mężczyzna na niego huknął. - Zamilcz! Nie obchodzi mnie twój celujący z łaciny. Dobrze wiesz po co uczysz się w akademii św.Rozalii. Przynosisz wstyd rodzinie, a jeszcze do tego masz czelność mi przerywać przy stole? Za kogo ty się uważasz?
- P-przepraszam… - Wydukał jeszcze Matthew będący chwilę od całkowitego rozpłakania się. Żałował w tym momencie, że w ogóle się urodził.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Pią Lis 18, 2016 10:37 pm

Przygnieciony wąskim obcasem pani Grace, Amon poderwał się lekko i pisnął żałośnie, co całe szczęście nie zostało zauważone przez dalszych gości. Grzecznie podkulił nogi, natrafiając stopami na swoje buty i z prawdziwą boleścią rezygnując z dalszego torturowania Matta, chcąc jeszcze chwilę pozostać w łaskach jego matki. Lynn zaś pozostał w nieświadomości, zadowolony, że choć raz w życiu udało mu się bezkarnie powstrzymać przyjaciela. Wymierzył przecież karę solidnym kopnięciem, sam poczuł; musiało boleć! A to, że trafił w zupełnie inny piszczel niż ten, w który planował... Nie, nie odbierajmy mu tej chwili chwały, niech ma coś od życia!
Następnie zarówno Amon jak i Lynn, milczeli jak oczarowani uroczą scenką rodzinną, nie śmiejąc przerywać, bo i nawet nie było kiedy. Ledwie ruszyli podane drugie dania, zastanawiając się czy może spotkać ich coś jeszcze gorszego, gdyż zdawało się, że limit absurdu na dziś zaczął się wyczerpywać. I wtedy próg pomieszczenia przekroczył pan domu, na którego natychmiast przenieśli spojrzenie. Oczywiście, nie zrobił dobrego wrażenia, jednak nie planowali go oceniać po jawnym braku zainteresowania własnym synem i dotyczącymi go sprawami jak na przykład przyjaciele. Mógł być po prostu roztargnionym, zapracowanym człowiekiem. Jednak po tym, czego doświadczyli później... mieli jedną, wspólną opinię. Skończony buc i prostak.
Po ich stronie stołu zapadła przeraźliwa cisza, obaj bali się odezwać, nawet Amon docenił powagę sytuacji, spuszczając wzrok i usiłując pokroić kawałek ziemianka. Taka forma rozrywki i znęcania się nad biednym Mattem nie bawiła go ani trochę. Nie miał z tego satysfakcji. Bywał w tej kwestii ogromnie samolubny – nikt poza nim nie ma prawa się tak zwracać do jego rudzielca, ot! Odstawił powoli sztućce, przetarł usta i korzystając z głębokiej ciszy odezwał się donośnie, zwracając się wyraźnie do gospodarza:
- Proszę mi wybaczyć moją śmiałość... – zaczął poważnym i dojrzałym tonem, tak zupełnie innym niż ten, którym obdarzał panią Grace. – Ale czy wspominając o mieszkańcach kamienicy, miał pan na myśli nosicieli? – zdołał wydedukować. Stąpał po bardzo niepewnym gruncie, jednak było już za późno na odwrót. – Niewielu ludzi ma w sobie tyle odwagi, by jawnie potępiać to największe po wiedźmach plugastwo tego świata... – Zrobił minę, jakby chciał splunąć i w rzeczywistości, niewiele brakowało, aby pociągnął ten teatrzyk dalej. – To godna podziwu postawa, proszę pana – dodał jeszcze, choć w jego głosie wciąż brzmiała gorąca nienawiść towarzysząca mu, gdy mówił o nosicielach i czarownicach.
Wyprostował się dumnie na krześle, jak mógł uczynić do tylko osobnik o „czystej krwi” na obiedzie u państwa Borcke. Miał swoje powody, aby zaryzykować, a  w dodatku zapewne stracić sympatię pani Grace. Po pierwsze nie chciał słuchać rodzicielskiego kazania w tej niezwykle nieprzyjemniej wersji; zwyczajnie miał to na co dzień w domu. Innym powodem, była wspomniana wcześniej próba ratowania Matta, wracając do „bezpieczniejszych” tematów i usiłując naprawić nastrój pana domu. I co najistotniejsze... Amon był typem człowieka uwielbiającego chaos, który z rozkoszą odpali lont i będzie czekał aż świat zapłonie.
A Lynn... W tym samym czasie przeżywał najgorsze katusze. Na przemian bladł i niezdrowo się czerwienił, nie mogąc uwierzyć, że bezczelność jego przyjaciela nie ma żadnych granic. Był pewny jednego – Amon robi mu na złość, świadom jego nosicielstwa. Nagle stracił chęci na obronę, teraz jego jedyną ambicją pozostawała ucieczka z podkulonym ogonem. Drżał niemal, zupełnie tracąc apetyt, ledwie rozpoczynając drugie danie. Pozostawał świadomy niesprawiedliwości, jakiej doświadczył, jednak za bardzo bał się odezwać, zgłaszając sprzeciw. Nigdy nie pomyślałby, że poczuje się osaczony jak wiedźma z powodu, na który nie ma nawet wpływu. Czyżby i jemu mężczyzna życzył śmierci na stosie? Oddychał szybko, niemalże czując, jak się poci z nerwów. Aż...
Nagle wstał od stołu, gwałtownie odsuwając krzesło i z hukiem opuszczając nóż na talerz. Przytknął dłoń z serwetką do twarzy koloru kredowej bieli, oznajmiając słabym, stłumionym głosem:
- Przepraszam... Źle się czuję. Ja... Chyba muszę wyjść. – Ostatecznie zdecydował się na taki krok, co właściwie mogło go zdemaskować. Pewne było jednak to, że nie wytrzyma na tym uroczym obiedzie ani chwili dłużej. Mimo wszystko czekał na przyzwolenie, nie zerkając na Matta, chociaż cicho licząc na jego towarzystwo.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Nie Lis 27, 2016 4:23 am

Matthew pustym, pozbawionym emocji wzrokiem gapił się w swój talerz, a widelec w jego dłoni trząsł się niemiłosiernie. Co on najlepszego zrobił? Jak on mógł tak się odezwać do ojca? Dlaczego tak musiało się stać? W ogóle jak on mógł do tego dopuścić? Z grozą oczekiwał reakcji Lynna i Amona. Teraz to już na pewno do końca swojego życia nie będzie miał żadnych przyjaciół. Znowu będzie samotny, a najgorsze było to, że nie mógł już z tym nic zrobić.
W milczeniu słuchał słów Amona. Na początku zatkało go tak, że całkowicie zastygł w bezruchu, lecz po chwili ręce trzęsły się już mu tak bardzo, że o mało wypuścił sztućców z rąk. Jak on tak mógł?! Zaraz ojciec jeszcze bardziej się nakręci. Nigdy już nie spojrzy żadnemu z nich w oczy, a już na pewno nie Lynnowi. Skręcało mu wnętrzności na myśl o tym co siedzący obok niego chłopak musi sobie teraz myśleć. Nie potrafił się jednak zdobyć na to, by jakoś go uciszyć. Całkowicie brakowało mu na to sił. Zaczęła drżeć mu również warga co mogło oznaczać tylko, że dzieliły go sekundy od już całkowitej kompromitacji zarówno przed rodziną jak i znajomymi.
Temu wszystkiemu również przyglądała się w milczeniu matka chłopca, lecz jej twarz była całkowicie bez wyrazu, wyprana z emocji, jakby z osoby, którą przed chwilą poznała dwójka przyjaciół, uleciała cała chęć do życia i została sama wydmuszka kobietopodobnego stworzenia. Bracia Matta też nie wykazywali chęci do wtrącania się w tą sprawę, a jedynie obydwoje siedzieli z kamienną twarzą, z tym że Nathaniel wyglądał tak zawsze, a Oliver z lekka od czasu do czasu spoglądał na Amona. A o ojcu lepiej się nie wypowiadać nawet… Tylko czekać aż ta tykająca bomba wybuchnie. Wszyscy domownicy będą długo pamiętać ten obiad.
Matthew czuł już pierwszą łzę spływającą po jego policzku, gdy nagle Lynn wstał od stołu. Wtedy na chwilę stracił panowanie nad tym co robił i jakby automatycznie również zerwał się z krzesła i powiedział szybko, zanim jeszcze ktokolwiek zdążył zareagować. - Odprowadzę Cię do łazienki! - Złapał chłopaka za nadgarstek i pomknął ku drzwiom, nic innego nie mówiąc i nie żegnając się z nikim.
Chociaż raz dzisiaj miał szczęście. Normalnie dostałby wielkie bury za wstanie od stołu i niezjedzenie  drugiego dania, lecz w tamtym momencie cała uwaga głowy rodziny została skupiona na blondynie siedzącym między jego synem, a żoną.
- Kim ty w ogóle jesteś..?- Mruknął pod nosem ojciec Matthewa, lecz w jego głosie nie było słychać pogardy o ile zwyczajne w świecie zdziwienie.
- Młody Hackett, syn doktorka. - Odpowiedział Nathaniel, spokojnie krojący mięsiwo jakby nic wcześniej się w ogóle nie stało.
Mężczyzna zmarszczył lekko brwi w zamyśleniu, ale nie zdążył tego skomentować, kiedy odezwał się Oliver, również zajmujący się jedzeniem jakby nigdy nic.
- Hackett, jak Hackett, ale ten drugi to Cavnedish… - Mówiąc z lekka szturchał Amona butem chcąc wciągnąć go w pewną grę w jaką grał ze swoim bratem od paru chwil. Przez te wszystkie lata wykształcili jakby system porozumiewawczy dzięki czemu mogli się wyślizgnąć razem z prawie każdej sytuacji, lecz dzięki temu, że Amon zaskarbił sobie sympatię Olivera postanowili również mu pomóc.
- Cavendish? - Zapytał z lekkim entuzjazmem (takim w jego stylu). W jego oczach było widać niemalże ten sam błysk, którym obdarzył temat nosicieli. Szykowała się z jego strony kolejna fala ostrej krytyki. - Ależ oczywiście…
Tymczasem Matthew w kompletnej ciszy i skupieniu ciągnął (chłopak niemalże biegł) biednego Lynna po korytarzach swojego domu, skręcając gwałtownie w lewo przed łazienką. Nie zamierzał iść z nim gdzie obiecywał, a raczej w zupełnie inne miejsce.
Dotarli w końcu do celu. Pomieszczenie wyglądało jak najzwyklejszy w świecie pokój dziecka, z łóżkiem, biurkiem (i książkami walającymi się na nim), komodą, oraz tajemniczą skrzynią przed miejscem do spania, która się nie domykała i w którą rudzielec miał nadzieję, że nikt nie zajrzy, gdyż schował tam przed przybyciem kolegów cały swój spory zasób lalek i pluszowych zwierzątek.
Matt od razu po przekroczeniu progu swojego pokoju puścił biedną rękę swojego kompana i dał mu chwilę odpocząć. Zapadła głucha cisza. Matt miał teraz czas, by przemyśleć jakie konsekwencje go spotkają za dzisiejsze zachowanie przy stole. Ojciec wydawał się bardzo zły i w końcu się spostrzeże, że go nie ma. A na dodatek jeszcze zachowanie Amona i same komentarze na temat nosicieli. Tak, dzisiejszy dzień nie może być gorszy (chyba).
Będąc już w swoim sanktuarium, do którego chłopak uciekał już nie raz, przestał już na siłę wstrzymywać łzy, mimo że od początku robił to nieudolnie i zdjął okulary, by drugą ręką przecierać sobie oczy.
Łkał tak, odwrócony do Lynna tyłem (tak miał chyba nadzieję, że nie zauważy), aż w końcu wydukał. - P-przepraszam… - jęczał przez łzy. - T-to nie miało tak być! J-ja nie wiedziałem, że on… To moja wina! - Płakał już w najlepsze.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Pon Lis 28, 2016 1:19 am

Pozwolił się prowadzić, wdzięczny za błyskawiczną reakcję, choć wciąż mocno rozkojarzony nagłym przypływem rozbieżnych i sprzecznych emocji, jakie w jednej chwili go uderzyły. Nie miał czasu na reakcję – po prostu biegł, mocno ściskając dłoń przyjaciela. Mijał puste korytarze, czując się mały i nieznaczący jak nigdy wcześniej. Nie chciał kończyć ich podróży, bo koniec biegu oznaczałby rozmowę, podsumowanie i ubranie w słowa tej chorej sceny, jakiej byli widzami z przymusu. Odczuł wdzięczność, gdy znaleźli się w samotnym pokoju, zamiast łazience, Matthew bezbłędnie odczytał jego potrzeby, mimo że w jadalni głosił jeszcze co innego. Wtedy odsunęli się od siebie, pozwalając ciszy zapaść. Lynn nie żądał żadnego komentarza. Ba, uniósł lekko rękę, chcąc mu przykazać, by nic nie mówił, czego rudzielec już nie widział, gdyż odwrócił się do niego tyłem. Wystarczyłoby mu to, że znalazł się w bezpiecznych czterech ścianach, gdzie nie jest osaczony z powodu niezrozumiałego prześladowania. Wystarczyłaby mu cisza. I obecność przyjaciela. Zadrżał jednak na jego wypowiedź, rozumiejąc, że nie będzie on tym, któremu ofiaruje się pomoc, a tym, który jej udzieli.
Zadziałał szybko, instynktownie – przecież, choć uczono go manier, nikt nigdy nie pokazał mu, jak radzić sobie z tak naturalnym ludzkim uczuciem, jakim jest rozgoryczenie. Poczuł się w obowiązku, zbierając się w sobie i nie pozwalając na rozklejenie, nie gdy osoba naprzeciw niego wyraźnie potrzebowała w tej chwili oparcia. Położył mu dłoń na ramieniu, łagodnie zaciskając nań palce. Wyczuwał pod nimi drżenie, aż momentalnie zwątpił, że da radę. Pierwsze słowa padły z jego ust niepewnym głosem.
- Hej, spójrz na mnie. Nie płacz – zaczął w prawdziwie idiotyczny sposób, świadom, że podobne teksty nigdy nie działają. Ścisnął go mocniej, odwracając, a właściwie szarpiąc w swoją stronę. Objął go, silnie, oplatając rękoma wokół drobnej, kruchej sylwetki. – Gdzie leży twoja wina? Nie ty głosiłeś te poronione teorie, ani nie ty zabawiałeś się cudzym kosztem… - starał się być delikatny, choć na samo wspomnienie niemalże w nim zawrzało. Starał się odwlec planowanie mordu na Amonie jeszcze trochę, gdyż musiał odgrywać rolę starszego brata. Ścisnął go jeszcze mocniej, po czym odsunął się na półkroku, kładąc obydwie dłonie na ramionach rudzielca i ze współczuciem patrząc w jego zapłakane oblicze.
- Ostatecznie nie było tak źle, prawda? Twoja matka jest przemiłą osobą, a Amon… przynajmniej dostarczono mu rozrywki na jakiś czas. – Ostatnie słowa wypowiedział przez lekko zaciśnięte zęby, ewidentnie kłamiąc, ponieważ uważał, że całe nieszczęście dzisiejszego obiadu było spowodowane właśnie przez ich przyjaciela. – Następnym razem będzie lepiej, nie martw się. Będę wiedział na co uważać – starał się go pocieszyć, choć przez te słowa rozumiał raczej „będę wiedział, aby nigdy nie przebywać z twoim ojcem w jednym pokoju”. – Dobrze? – zapytał się jeszcze, uśmiechając się, niestety, w sposób łagodnie wymuszony.
Nie chciał poruszać kwestii nosicielstwa, za bardzo namieszało mu to w głowie. Podburzyło całą ideę, którą z takim uporem wpajano mu w Inkwizycji. Przez krótki moment nawet zdawało mu się, że byłby w stanie solidaryzować z wiedźmami, lecz prędko otrząsnął się z tak niepokojących i grzesznych myśli. Zamienili jeszcze kilka słów, Lynn usiłował go pocieszyć, nie odchodząc nawet na krok, do kiedy tylko nie dostrzegł efektów swojej pracy lub do momentu, w którym usłyszał głosy na korytarzu, pochodzące od ich przyjaciela i prowadzącej go służki. Wtedy, odsunął się, jakby nie miał żadnej styczności z Mattem. Nie tylko nie chciał, aby Amon podejrzewał go o podobną wrażliwość, ale także miał już w głowie pewien zamiar, wymagający wolnych rąk.
Drzwi otworzyły się bez pukania, a w nich zobaczyli uśmiechniętą od ucha do ucha twarz Amona. Najbardziej drażniący widok, jaki mogli sobie w tej chwili zażyczyć. Lynn zacisnął dłonie w pięści, powstrzymując się od bardziej brutalnych rozwiązań.
- Nie żałujcie, że nie zostaliście do końca. Niczego nie straciliście. Na deser była szarlotka. Nic ciekawego. No, może poza opowieścią Oliviera na temat niewidzialnego przyjaciela Matthewa, mówię wam, nawet pani Grace ożywiła się na ten mo…
Najstarszy z chłopców zwyczajnie nie pozwolił mu skończyć. Sięgnął po leżący dotychczas na skraju biurka, niepozornie wyglądający zeszyt w twardej okładce i używając sporych zasobów siły w chudych rękach, przywalił przyjacielowi prosto w skroń. Pusty trzask rozległ się po pomieszczeniu, a zaraz kilka kartek wzbiło się w powietrze, po to aby z cichym szelestem opaść na ziemię. Lynn zupełnie to zignorował, rzucając się na Amona z pięściami i przewracając go (raczej nie ciężarem ciała a prędzej) siłą rozpędu na dywan. Jedną dłonią szarpał jego kołnierz, drugą korzystając z zaskoczenia, prał go po twarzy, jednocześnie wrzeszcząc:
- Ty skurwysynu! Nie masz żadnych granic? Żadnych!? Udław się swoimi opowiastkami!!! – wypowiadał, gdy Amon w końcu przyjął obecny stan rzeczy i zaczął się bronić. Szarpali się na podłodze, wydając z siebie wściekłe odgłosy. – Tym razem, kurwa, przegiąłeś! – słychać było jeszcze takie i podobne zapewnienia.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Pią Gru 02, 2016 10:48 pm

- Nie, ty nic nie rozumiesz… - Wył przez łzy. Był już pewien, że był już spalony w oczach swoich jedynych przyjaciół, tym samym przekreślając ich wspólną przyszłość. Na samą myśl o tym miał ochotę zwinąć się w kłębek na łóżku i ryczeć jeszcze głośniej.Tak długo marzył o tym, by mieć kogoś z kim mógłby spędzać czas, kogoś kto by go lubił, lecz czego on się spodziewał? Że ktoś będzie chciał być jego przyjacielem? Takiego beznadziejnego, rudego, cherlaka z mnóstwem piegów na twarzy i na dodatek mazgajem płaczącym co kilka minut? Naprawdę był żałosny, lecz przez chwilę miał wrażenie, że w końcu ktoś wysłuchał jego modlitw i że miał nie jedną, ale dwie takie osoby… Niestety, jako że on to on, to oczywiście musiał wszystko zniszczyć. Znowu będzie samotny. Znowu będzie taki mały i niezauważalny, jak szmer myszy na ulicy. Aż rozbolał go brzuch.
Nie miał zamiaru przestawać, lecz Lynn zrobił coś czego nie spodziewałby się nigdy w życiu. Myślał, że go wyśmieje tak jak wszyscy, że będzie na niego zły, a nie… okaże mu tyle ciepła.
Matthew momentalnie zamilkł (jedynie od czasu do czasu jeszcze sobie załkał i pociągnął nosem) i wybałuszył oczy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ręce wyższego chłopaka, były długie i chude, ale teraz wydawały mu się najprzyjemniejszą rzeczą jaka mogła go objąć. Poczuł, że nie jest już taki malutki jak mu się przed chwilą wydawało, że nie jest sam.
Dawno nie czuł już czegoś takiego, aż jego serce lekko zadrżało. Niepewnie uniósł swoje dygoczące jeszcze z emocji ręce i mocno się w niego wtulił. Jakby z lekką obawą, że Lynn zaraz go puści i odejdzie, a on teraz tego tak bardzo potrzebował. Przypomniało mu się jak jeszcze niedawno zwykł tak się przytulać do swojej matki, a czego z dość osobistych powodów zaniechał jakiś czas temu. Potrzebował tego bardziej niż można było to sobie wyobrazić. Chociaż w małym stopniu poczuł się teraz bezpieczny.
Mimo, iż jego powieki były zapuchnięte, a wzrok miał daleki od idealnego to teraz wydawało mu się, że widział zielone oczy Lynna tak wyraźnie jak jeszcze nic na świecie. Słuchał go, powoli się wyciszając i wycierając łzy w rękaw. - Nie, nie było… - Odpowiedział mu niemrawo spuszczając w końcu wzrok. Musiał się doprowadzić już do porządku. Nadal mu było trochę wstyd, że rozryczał się przy koledze, mimo że czuł się już swobodniej w jego towarzystwie. W sumie może nawet trochę nieświadomie ucieszył się to właśnie mu Lynn, pokazał siebie z tej trochę innej strony. On również trochę wymuszenie się do niego uśmiechnął.
Zasłyszawszy kroki Amona, natychmiast zrozumiał sytuację i on również odsunął się parę kroków od Lynna jakby sytuacja przedtem w ogóle nie miała miejsca. Wolałby nie wiedzieć jak ich kolega zareagowałby, gdyby zastał ich tak… blisko. NA PEWNO POKRĘCIŁ BY TO W JAKIŚ GŁUPI SPOSÓB. Bardzo często nie rozumiał, Amona, ale koniec końców i tak go bardzo lubił. Jego życie stało się trzy razy bardziej ciekawsze, od kiedy go poznał, lecz co za tym szło również trzy razy bardziej zwariowane i niebezpieczne. Nie tęsknił jednak za starą rutyną, o nie. Szczerze mówiąc wolał by się z nim wpakować w najgorsze łajno, niżeli stać z boku i tylko się przyglądać. Co nie zmienia faktu, że miał go ochotę w tym momencie udusić gołymi rękoma i to przy Lynnie.
Od razu po wejściu musiał aż nerwowo spojrzeć w drugą stronę, by nie okazywać jakoś swojego gniewu, lecz oczywiście nic z tego nie wyszło. Jego słowa zmroziły mu krew w żyłach, w szczególności wiadomość o tym, że ten sukinkot Oliver powiedział mu o Horacym. Zacisnął zęby i dłonie w piąstki czerwieniąc się do tego niezdrowo, totalna kompromitacja. POZA TYM TO BYŁO DAWNO I NIEPRAWDA!
Zamierzał ignorować Amona i jego ewentualne zaczepki, dopóki po jego pokoju nie rozszedł się głuchy plask, wtedy natychmiast się obrócił i aż otworzył szczękę przyglądając się sytuacji, lecz nie samo okładanie się po twarzy sprawiło, że doznał małego zawału serca (choć nie był na to obojętny), lecz to czym Lynn postanowił przyłożyć ich blond druhowi.
- MÓJ DZIENNIK! - Wrzasnął żałośnie i już miał się rzucić do zbierania kartek wypełnionym mniej lub bardziej intymnymi szczegółami jego życia, kiedy nagle spostrzegł się, że podłoga w jego pokoju zmieniała się powoli w pole walki dla kogutów.
- Przestańcie! - Krzyknął zmartwiony widząc jak jego dwaj przyjaciele chcą zabić siebie nawzajem. Natychmiast rzucił wszystkie pozbierane kartki z powrotem na ziemie, na których między innymi znajdował się opis takich wydarzeń jak: śmierć babci Matta, jeden z wielu dni kiedy banda Petera się nad nim znęcała, jego nieudany występ przed gośćmi na urodzinach matki i dzień w którym poznał Amona.
Próbował odciągnąć jednego od drugiego z całej siły, którą tylko mógł wykrzesać ze swojej małej postury, lecz jeśli dalej nie będzie przynosiło to efektów to będzie zmuszony użyć swoich własnych zębów, nawet jeśli przez to miałby dostać w nos.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Sob Gru 03, 2016 12:22 am

Nim Amon wtargnął do pokoju rudzielca, Lynn zdołał podzielić się z nim jeszcze jedną, cenną radą, przykładając mu dłoń do twarzy i samym kciukiem przecierając mu mokry policzek.
- Otrzyj łzy, doprowadź się do porządku… Nie daj mu kolejnego powodu, ten człowiek najwyraźniej cały czas szuka pretekstu – powiedział cicho, rzucając jeszcze współczujące spojrzenie, jednocześnie przerażony tym jak niewiele może zrobić. Bał się, że jego słowa nie pomogły, a Matthew odpowiadał mu jedynie z grzeczności, bez większego przekonania. Nie potrafił go rozszyfrować, ale to żadna nowość – nie miał w sobie cennego daru rozpoznawania ludzkich emocji, mimo że te w przypadku przyjaciela były widoczne jak na dłoni. Zerknął na chustkę wystającą kieszeni jego marynarki, jednak nie było czasu na kolejne rozczulanie się, wraz ze zbliżaniem się głosu Amona, musiał sprawiać pozory i grać groźnego. Przecież w innym przypadku wzbudziłby w nim jedynie rozbawienie!
Niezależnie od poczynań Matta, Lynn skutecznie zajął świadomość Amona, walcząc o najmniejszy cios, nawet dłuższą chwilę dominując. Oberwał w oko, bójka rozkręciła się na poważnie; nikt z nich nie przejmował się tym, że opuszczą mieszkanie państwa Borcke w opłakanym stanie, na co żaden z nich nie będzie miał dobrej wymówki, po tym co zaprezentowali na obiedzie. Obaj jednak zgodnie ignorowali próby uspokojenia rudzielca, szarpiąc się zajadle, aż po podłodze potoczyły się pojedyncze guziki szkolnych mundurków, a odgłosy ich przyspieszonych oddechów stały się coraz bardziej warkliwe.
- Pierdol się, durniu – syknął Amon, na moment zdobywając przewagę, odtrącając ich najmłodszego przyjaciela łokciem, tylko po to, aby usiąść na Lynnie okrakiem, piorąc jego twarz. – Zrobiłem to dla Matta, nie spostrzegłeś się? Zmieniłem temat. Ty siedziałbyś po prostu bezczynnie, tak? Przyglądałbyś się, zadowolony, że nie ty dostajesz po łbie? – kontynuował, do czasu aż dostrzegł w oczach bruneta zwątpienie. Czy mówił prawdę, czy w pełni swojej inteligencji chciał wzbudzić w nim wyrzuty sumienia za niepotrzebną porywczość… Amon będzie utrzymywał już tylko wyłącznie jedną wersję, skoro sprawa zabrnęła tak daleko. Pewne było jednak to, że obaj na swój sposób dbali o przyjaciela.
Niezbyt honorowo wykorzystał chwilę zamyślenia Lynna, sprzedając mu kopniaka w żebra i z warknięciem zerwał się z podłogi, wstając i otrzepując się w ostentacyjny sposób, aby pokazać swoją wygraną. Wtedy też dotarła do niego wiadomość, która Matthew wykrzyczał już jakiś czas temu. Wydukał jedynie:
- Co? – rozglądając się wkoło, szukając jakichś pozostałości po owym wydarzeniu. Oczywiście, nie mógł przepuścić takiego daru od losu. – Hej, tam jest moje imię! – wykrzyknął do siebie, jakby zdumiony, dostrzegając niewyraźnie zapiski pomiędzy palcami Matta.  - To mnie dotyczy! Pokaż natychmiast, o co chodzi! – rozkazał, ruszając w jego stronę, ale najwyraźniej nie mając tyle tupetu, aby zwyczajnie wyszarpać mu dziennik z rąk. Zapewne zrobi to podczas chwili nieuwagi przyjaciela. Wtedy też poczuł szarpnięcie w nogawce i dosłyszał stłumiony głos, dobiegający z podłogi:
- Pomóż mi wstać, frajerze… - Lynn nie wyglądał najlepiej, mimo że to on rozpętał tę bójkę. Ich przyjaźń jednak miała jedną, piękną zaletę – nigdy nie żywili do siebie urazów. Spory rozwiązywali w ten oto sposób, a później… wszystko było zwyczajnie dobrze. Ścisnęli sobie ręce, jakby scena przed chwilą działa się w innym domu. Następnie stanęli obok siebie, obdarzając Matta wyczekującym spojrzeniem. Wtedy Amon natrafił ręką na wystający z kieszeni jego marynarki element…
Wydobył z niej pudełko cygar, zgniecione w wyniku nieoczekiwanej bójki.
- Nie daliśmy prezentu dla pana domu… - oznajmił, jakby zadziwiony swoim nierozgarnięciem. Nie zastanawiał się nad nimi długo, Lynn prędko wyszarpał mu je z dłoni, wściekle ciskając im o ziemię, jeszcze bardziej pogarszając stan prezentu. Miał ochotę zakląć, powiedzieć co myśli o ojcu rudzielca, jednak w porę przełknął gorzkie słowa, ze względu na obecność i zeszły stan Matthewa. Zacisnął zęby, spostrzegając się, że zrobił coś niewłaściwego.
- Przepraszam, Matt… - wydukał, choć ledwie przeszło mu to przez gardło. Miał na końcu języka cały arsenał obelg dla tego człowieka. Naprawdę musiał się powstrzymywać. Odwrócił twarz, zerkając w pustą ścianę, jakby dostrzegł na niej coś interesującego.
Amon zaś nie próżnował. Albo chciał ratować atmosferę, albo scena zupełnie go nie ruszyła, bo wyszczerzył zęby, wyciągając ręce do Matta.
- Nieeeważne. Lepiej powiedz, co tam wypisywałeś… Chociaż trochę, o. Byłem częstszym obiektem twoich dziennych relacji, niż ten jełop, prawda? – mrugnął, zaraz znacząco patrząc na Lynna.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Sob Gru 03, 2016 1:55 am

Jak widać mimo jego starań różnica wieku, wagi i wzrostu skutecznie uniemożliwiła mu jakąkolwiek ingerencję pomiędzy jego przyjaciółmi. Ba, wystarczyło jedno szturchnięcie, by rudzielec o mało nie wylądował na ziemi. Zapewne połamał by się na multum kawałków, jeśli oczywiście by do tego doszło.
Odetchnął po chwili z ulgą. Na szczęście spór jego kolegów nie trwał jednak zbyt długo i zapewne sami bez niego by sobie poradzili, co go trochę peszyło, ale przynajmniej nie skończyło się to wylewem krwi. Chociaż naturalnie martwił go stan marynarek jego kolegów. W domu uczono go zawsze poszanowania dla rzeczy, które się nosi, dlatego nawet kiedy był u swojej małej kuzynki, prawie że na wsi mało co się ruszał z miejsca, by nie pobrudzić skarpet. Sytuacja o tyle była gorsza, że były to mundurki szkolne, a nauczyciele byli bezlitośni jeśli o to chodziło. Poza tym jeszcze, ani trochę nie łyknął bajeczki Amona, mimo iż na początku aż przeszły go ciarki, lecz na tyle ile poznał chłopaka to wiedział, że był on królem manipulacji i każde jego słowo trzeba przełknąć z łyżką soli, ale postanowił przemilczeć ten fakt.
Później jednak był świadkiem zrywu Lynna. Przytrzymał wzrok na pudełku cygar, z którego w pewnym stopniu wysypała się zawartość. Przełknął ślinę. Mógł tylko się domyślać co w tym momencie myśli Lynn o jego ojcu. Wciąż było mu głupio za jego zachowanie, ale prawda była taka, że on sam nie wiedział co myśleć na temat nosicieli i czarownic, a jedynie powtarzał to co chcieli od niego usłyszeć inni. Musiał jednak przyznać, że jego ojciec dzisiaj był wielkim dupkiem, lecz był jego synem i nie mógł się mu postawić. Rozumiał Lynna, z tym że on musiał się zmagać z tym człowiekiem prawie codziennie, dlatego właśnie powiedział to co powiedział później: - W porządku. - Spojrzał na chłopaka z lekkim, pobłażliwym uśmiechem i rzekł. - Ojciec i tak pewnie, by je wyrzucił. Są za tanie… - Westchnął, lecz po chwili doszło do niego co on właściwie powiedział i od razu zaczął obronnie machać rękoma, by jakoś naprostować to co wypaplał. - Znaczy, wcale nie znaczy, że są złe! A-ale… No wiecie… Ugh! - Złapał się załamany za głowę - Z resztą i tak już są zniszczone. - Jęknął tylko, z lekka czerwieniąc się na twarzy.
-C-co?- Wybąkał. Nagle cała ruda czupryna niemal stanęła mu dęba, a twarz w mgnieniu oka zrobiła się cała czerwona. Natychmiast schował pamiętnik za plecy. Był teraz w kropce. Nic w sumie nie było dla niego bardziej osobiste niż zapiski w jego dzienniku, naturalne więc było to, że będzie go bronił, nawet jeśli się z tego powodu miałaby polać krew.
- Spadaj! Nie twoja sprawa co jest tam napisane! - Warknął na Amona robiąc groźną minę. Po czym szybko za swoimi plecami uchylił trochę bardziej swoją skrzynię i wrzucił do niej swój dziennik. Zaraz po tym na niej usiadł, skrzyżował ręce i wbijał wściekły wzrok w Amona nadal będąc czerwony jak pomidor.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Sob Gru 03, 2016 3:16 pm

Lynn, urzeczony chwilą pojednania z przyjacielem, był skłonny zrobić teraz dla niego całkiem sporo. Rzucili sobie porozumiewawcze spojrzenie, zaraz znajdując się po obydwu stronach Matta, obejmując jego barki i siadając z nim na skrzyni.
- Och, żabciu, przecież wiesz, że nie zrobimy niczego wbrew tobie… - zagadnął słodkim tonem Amon.
- Ciekawość, ludzka rzecz, nie możesz nas trzymać w kompletnej nieświadomości, bo się pochorujemy…! – wtórował mu Lynn, któremu powoli zaczęła puchnąć twarz od niedawnej bójki. – Jednak założę się, że moje imię widnieje tam częściej niż imię tej spierdoliny… - zaświergotał uroczo, zerkając znacząco na Amona przez ramię rudzielca.
- Matt, widzisz… Teraz to już kwestia honoru. Nie zasnę, jeśli się nie dowiem. – Kiwnął głową, jakby całkowicie rozumiał nastawienie swojego kompana. Jego ton jednak nagle uległ zmianie. – Dobra, ja go trzymam, ty wyciągasz – zarządził poważnie, w tej samej chwili łapiąc najmłodszego z chłopaków pod ramiona i ciągnąc go silnie do góry. Zszarpał go ze skrzyni, stając na równe nogi, podczas gdy Lynn, zataczając się ze śmiechu, dobierał się do skrzyni.
Otworzył ją z hukiem, efektownie, ale gdy obdarzył wzrokiem jej zawartość, mina automatycznie mu zrzedła, a on przez parę sekund w ciszy potrafił się jedynie przyglądać temu dziwnemu zjawisku, aż uniesione brwi zniknęły mu w końcu pod grzywką. Zatrzasnął gwałtownie klapę, cofając się o krok i bynajmniej niczego nie wyciągając. Pokręcił głową, widząc oczekujące spojrzenie Amona, który nie dostrzegł zawartości kufra.
- Nie no, to jest już zbyt żenujące… - wyjąknął, nawet nie potrafiąc się z tego śmiać. Nie chciał pokazywać tego Amonowi, jednak wiedział, że w tej chwili nie powstrzyma go już nic.
Spodziewając się zwłok jednego z zaginionych uczniów akademii św. Rozalii, pchnął Matta w drugą stronę, samemu doskakując do skrzyni i natychmiast otwierając ja na całą szerokość, aż jej klapa uderzyła z łoskotem w ramy łóżka.
Zareagował podobnie jak Lynn, przez dłuższą chwilę nie będąc w stanie wydusić ani słowa, co w jego przypadku nie zdarzało się często. Zamrugał wielokrotnie, jakby w podejrzeniu, że śni.
- Matt, zaczynam podejrzewać, że ty robisz to specjalnie… - wydukał ze zwątpieniem, mając na myśli szereg sytuacji, po których praktycznie mogliby się z niego śmiać do końca życia. – Ech… Dobra, zrobimy tak… Zapomnimy o pluszakach…
- Ja nie zapomnę – wtrącił Lynn, który powoli odzyskiwał nastrój. Jego kompan uśmiechnął się, potwierdzając, że i on również nie planował tego czynić.
- Nie, postaramy się o nich zapomnieć, a ty… - schylił się i sięgnął po dziennik leżący aktualnie gdzieś pomiędzy lalką a misiem w miniaturowej marynarce. – W zamian sam, DOBROWOLNIE, przeczytasz nam kilka smaczków z twojej opowieści. Nie szczędź Lynnowi, jestem pewny, że wielokrotnie komentowałeś jego gigantyczny nos. – Mrugnął do Matta, ignorując oburzone spojrzenie przyjaciela. Wyciągnął w stronę rudzielca zeszyt z powsadzanymi na szybko kartkami, z pozornie przyjazną miną – taką, którą może obdarzyć człowieka diabeł, zachęcający go do zawarcia paktu.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Sob Gru 03, 2016 6:39 pm

Spoglądał spode łba, to na jednego, to na drugiego. Przeczuwał, że Ci dwaj coś knuli, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić to już znalazł się w silnym uścisku Amona. Na początku nie jego mózg nie nadążał za tym co się działo, lecz gdy przyuważył Lynna zbliżającego się do jego skrzyni przy łóżku dostał mini-zawału serca. Począł wiercić się i machać nogami wykrzykując: - NIE, LYNN! NIE OTWIERAJ TEGO! TAM NIC NIE MA! - A kiedy było już za późno jego wrzaski stały się jeszcze bardziej desperackie. - TO NIE MOJE! PRZYRZEKAM! TO MOJEJ… MATKI! MÓWIŁEM JEJ BYŚMY JEJ RZECZY NIE TRZYMALI U MNIE!!! -darł się tak z całej siły dopóki Amon sam nie pobiegł, by zobaczyć chyba najbardziej żenującą rzecz w całym życiu Matta. Rudy chłopak jednak nie zatrzymywał go, a jedynie schował twarz w dłoniach. Dobrze, że już się wypłakał wcześniej, bo gdyby nie to to na pewno zrobiłby to teraz, a tylko tego brakowało.
Jednak ten dzień mógł być o wiele gorszy niż się spodziewał, a wydawało mu się, że był tak dobrze przygotowany na ich wizytę. Aż cztery razy sprawdzał, czy aby na pewno pochował wszystkie pluszaki, a lalki to sprawdzał chyba z siedem. Po co, skoro i tak wszystko na marne bo jest najzwyczajniejszym w świecie debilem i postanowił wrzucić pamiętnik właśnie tam. Teraz był spalony jak wiedźma w niedzielę po południu.
Stał tak w milczeniu i próbował ignorować ich podśmiechujki. Kiedy Amon wyciągnął ku niemu jego dziennik nawet na moment nie drgnął. Przez to przez chwilę w pokoju zapadła głucha cisza, lecz ku zdziwieniu tam zgromadzonych, Matt w końcu oderwał swoje dłonie od twarzy, na której jawiły się niezdrowe wypieki. Mimo, że nie patrzył żadnemu z nich w oczy w jego wzroku gościła jawna chęć masowego mordu. Szybko wyrwał mu pamiętnik i z prawdziwą pogardą rzucił mu jeszcze spojrzenie po czym zaczął posłusznie kartkować swój pamiętnik.
Zatrzymał się na stronie, na której opisał to jak kiedyś Peter wylał mu atrament na głowę, ale nie zamierzał ich uraczyć tą przykrą dla niego opowiastką, natomiast teatralnie odchrząknął i jakby nigdy nic zaczął “czytać”.
- Środa 23 października. Dzisiaj po raz kolejny urwaliśmy się z chłopakami z lekcji, by zdążyć na lekcję szermierki dziewcząt. Lynn znowu ślinił się na widok małych cycków Caroline, jak można było się spodziewać. Ale oczywiście zamiast zagadać do niej na przerwie jak normalny człowiek, ten zaczyna dostawać spazmów i ucieka gdzie pieprz rośnie. Zapewne boi się, że kiedy podejdzie do niej bliżej to wydłubie jej oko swoim wielkim nosem.- Rzucił Amonowi zaczepne spojrzenie. - Chociaż mało prawdopodobne jest, że ktoś dosięgnie tak wysoko, chyba że również zahacza czołem o sufit przy wchodzeniu do budynków. Ale wracając do tematu - I tak nie lampił się na nią zbyt długo. Zapewne powodem dla którego musiał wcześniej zejść z dachu, była ta jego opuchlizna w spodniach. - Nagle urwał i powiedział z przejęciem. - Mam kontynuować? - Podniósł niewinnie wzrok znad kartek.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Sob Gru 03, 2016 7:29 pm

Śmiali się głośno, a reakcje Matta powodowały u nich kolejne napady radości. Nie znali prawdy, ale wrzaski kolegi mówiły im już wszystko. Winny się tłumaczy, proszę bardzo. Gdy doszło jednak do sytuacji, w której rudzielec zaczął wertować swój dziennik, obaj wciągnęli powietrze, nie wierząc, że się udało.
- Oho, nieźle się zaczyna – przerwał mu w pewnym momencie rozbawiony Lynn, szarpiąc Amona za koszulę, aby ani drgnął, w milczeniu wysłuchując opowieści, o którą przecież tak walczyli. Chichotali jedynie, przyciskając dłonie do ust, a oczy błyszczały im niebezpiecznie. Jakie mroczne sekrety może skrywać w sobie Matthew? Mieli wielkie oczekiwania. Wraz z rozwojem historii płynącej z ust Matta, uśmiech Lynna rzednął, a Amona, wręcz przeciwnie – stawał się coraz szerszy i weselszy. Starszy z nich musiał natychmiast sprostować kilka kwestii. – Hej, nigdy nie śliniłem się na… - chciał wykrzyczeć to wierutne kłamstwo, ale kompan uciszył go własną dłonią. – Mmm-mmm!!! – szamotał się zawzięcie. – A mój nos jest normalnych rozmiarów!!! – zarzekał się, nie mogąc uwierzyć, że Matthew podłapał docinki Amona.
- O kurwa… - młodszy z nich wysapał jedynie, dusząc się ze śmiechu. – Cicho, Lynn, przecież sam tego chciałeś – kontynuował, spragniony dalszej rozrywki. Miał minę, jakby właśnie odgrywał się najlepszy dzień w jego życiu. Dalej silnie trzymał przyjaciela, chociaż aktualnie bardziej po to, by nie runąć na ziemię z rozbawienia.
- Nie wierzę, że to napisałeś! Przecież to… - zdołał się oburzyć, ale Amon prędko zagłuszył go głośnym rechotem.
- To jest zbyt prawdziwe, aby mogło być kłamstwem!!! Hahaha! – wył już, a w oczach zalśniły mu łzy rozbawienia. – Biedna Caroline… Uuuuu…!!! – zareagował na ostatnią część historii, która w rzeczywistości miała miejsce, ale jak Lynn miał nadzieję, nikt tego nie widział. Najwyraźniej przed czujnym okiem jego przyjaciela nie uchronią się i takie szczegóły. Poczerwieniał na twarzy, spuszczając wzrok. Jak sądził, jego naturalna nieśmiałość wobec Caroline aktualnie przerodzi się w niezdrową fobię. – Opuchlizna… hahaha, nie mogę… - słyszał jeszcze skowyt Amona, dla którego opowieść z dnia Matta była najlepszym kabaretem, jaki mógł sobie tylko wymarzyć.
Gdy rudzielec przestał czytać, Lynn zamilknął, z zażenowania nie potrafiąc wydusić z siebie ani słowa, za to Amon nie mógł się zamknąć już chociaż by na moment. Na pytanie Matta odpowiedzieli niezbyt zgodnie:
- Wiesz, ja już chyba podziękuję…
- Nie możesz teraz przestać! A pamiętasz tę sytuację, gdy płaskiej Carol wypadła chusta? Lynn ją wtedy podniósł, ale nie miał jaj, aby jej oddać… Pamiętasz, prawda!? – powtórzył się, wyraźnie rozemocjonowany. – Powiedz mi, że opisałeś ten dzień!!! – błagał go, jakby od tego zależało jego życie. Zupełnie zignorował Lynna, który schował twarz w dłoniach, zerkając na nich przez palce. Jego wstyd właśnie osiągnął szczyt. Poczuł się ukarany, wiedział już, że nie należy zadzierać z rudzielcem.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Sob Gru 03, 2016 9:45 pm

Doskonale widział to zażenowanie (z resztą zamierzone) Lynna, ale robił dobrą minę do złej gry i udawał, że w ogóle nie słyszał jego prośby. Z resztą nie było to konieczne. Lynn już swoje wycierpiał i może nawet trochę z nadwyżką, bo jednak gdzieś głęboko zaczęło mu być żal chłopaka. Z resztą najlepsze było dopiero przed nimi.
On również zachichotał pod nosem. - Oczywiście, że tak! - Rzucił niby wielce rozbawiony. - Poczekaj chwilę, mam coś o wiele lepszego. - Począł znowu kartkować dziennik, udając że poszukuje jakiś smakowitych kąsków, by móc obśmiać Lynna. W końcu jednak zatrzymał się na pewnej stronie i aż pokiwał głową, po czym z rozbawieniem rzucił. - O, to będzie dobre! Słuchajcie.
- Piątek 2 listopada. Dzień testu z historii i sprawdzianu z posługiwania się rewolwerem z którego zerwałem się wcześniej. By nie wzbudzić podejrzeń nie poszłem od razu do domu, oczywiście. W teatrze zazwyczaj o tej godzinie coś grali i może trafiłbym na jakąś operetkę. W drodze jednak na drugim końcu ulicy zobaczyłem Samanthę z trzeciego roku, oraz… Amona, niosącego jej torbę. Zaintrygowany tym jakże ciekawym widokiem postanowiłem pójść za nimi. Idąc tak w odpowiedniej odległości dowiedziałem się naprawdę wielu ciekawych rzeczy. Na przykład, że nasz łamacz niewieścich serc nigdy wcześniej nie był z żadną kobietą i również jak Samantha ma słabość do powieści o romansach. Ale to nie wszystko, bo doszedłwszy już do domu owej białogłowej, nasz Romeo wyciągnął z torby bukiet kwiatów i jąkając się spytał się, albo chociaż próbował, czy nie pójdzie z nim jutro do ogrodów miejskich, do szklarni. Niestety przepiękna Samantha, była odporna na zaczepki naszego mistrza podrywu i stwierdziła, że lepiej będzie jak zostaną przyjaciółmi. - Kpił sobie z niego już dość wyraźnie. - Teraz słuchajcie, bo to będzie najlepsze. Nasz przyjaciel cisnął gdzieś tym bukietem i ze spuszczoną głową poszedł płakać za swoją niespełnioną miłością na most nad Wishriver.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 258
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Sob Gru 03, 2016 10:40 pm

Chciał go powstrzymać, ale nie miał jak. Tyle walczył o ten pamiętnik, spragniony nowinek, tylko po to, aby po każdym słowie czuć się, jakby obrywał pięścią po twarzy. Dodatkowym ciosem były reakcje Amona, nie oszczędzające go nawet na moment. Już na starcie zaczął niemalże drżeć, w myślach usilnie doszukując, co żenującego robił 2 listopada. Za nic nie mógł sobie przypomnieć, więc pozostało mu wyczekiwać ciągu dalszego. Gdy jednak zamiast swojego imienia usłyszał imię kompana, w jego oczach rozbłysnęła nadzieja. Zaczynało się dobrze. Lynn wiedział o uczuciu, jakim przyjaciel obdarzał piękną Samanthę, jednak nie potrafił rozszyfrować, ile w nim było prawdy, a ile gry mającej na celu zdobycie serca najpiękniejszej panny w akademii.
W przeciwieństwie to poprzedniej opowieści, tę wysłuchiwali w napięciu i milczeniu. Oboje wiedzieli, co się święci. Matthew planował zemstę. Teraz zastanawiała ich tylko kwestia, czy powie prawdę… i czy naprawdę czyta swoje dawne zapiski. Amon nie przerywał jak Lynn wcześniej, cierpliwie wysłuchiwał z dosyć nieodgadnionym wyrazem twarzy, mimo że historia go dotycząca była nieco bardziej dotkliwa. Dopiero gdy Matt skończył mówić, odezwał się, nieco zmienionym głosem, ale niemożliwym do rozszyfrowania.
- Dziękuję za zainteresowanie, żabciu – ukłonił się lekko, a jego policzki delikatnie pokraśniały. Jego spokój zaczynał powoli przerażać Lynna. – Nigdy nie sądziłem, że moja codzienna historia może wzbudzić tyle zainteresowania, aby wylądować w cudzych zapiskach, doprawdy… Teraz jednak potrzebujecie kilka słów wyjaśnienia, prawda? Och, no tak. Chyba nie muszę wam tłumaczyć, że z przyjemnością mówiłem jej to, co chciała usłyszeć? Gdybyś słuchała uważniej, moja droga księżniczko, zrozumiałbyś, że już prawie miałem ją w garści! – obruszył się, co było pierwszym znakiem – tak, przejął się cała sprawą. – I wcale nie płakałem!!! – wykrzyknął, odsuwając się od Lynna i wykonując gest, jakby chciał kopnąć stojący nieopodal kufer. – I zapewniam was, nie ma nic złego w romantycznych po-powieściach! – odwrócił się, obrzucając ich wściekłym spojrzeniem.
Zająknął się, na co najstarszy z chłopców parsknął śmiechem, co spowodowało, że napięcie nieco z nich uszło. Nigdy, naprawdę, nigdy by się tego po nim nie spodziewał…
- Śmiej się, proszę bardzo – Amon również się uśmiechnął, krzyżując ręce na piersiach. – Sam będzie moja, zobaczycie obaj! – oznajmił poważnie, decydując się na szczerość, co wyszło mu całkiem dobrze. Z pewnością siebie było mu zdecydowanie do twarzy.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Matthew
Grabarz
avatar

Liczba postów : 196
Join date : 11/04/2016

PisanieTemat: Re: Mieszkanie państwa Borcke   Sob Gru 10, 2016 1:39 am

- Nie schlebiaj sobie tak. - Odezwał się znowu rudzielec po wypowiedzi swojego przyjaciela, mierząc go spokojnie wzrokiem chcąc zachować przesadną powagę. - Po prostu był to bardzo nudny tydzień i byłem zdesperowany, by cokolwiek opisać. - prychnął, udając nadąsanego.
Bacznie przyglądał się reakcjom Amona. Udało mu się go doprowadzić do stanu, w którym go jeszcze nie widział. Nie wiadomo dlaczego, ale odczuł teraz niezwykłą satysfakcję z możliwości utarcia nosa temu bucowi, mimo iż do końca go nie rozszyfrował, lecz nie spocznie dopóki mu się nie uda, o! Choćby miałoby mu to zająć całe życie!
Wraz ze śmiechem Lynna i kolejną wypowiedzią ich blond kolegi całe napięcie, jeśli takowe było natychmiast zeszło. Matt również zachichotał cicho pod nosem. - Oczywiście Amon, nikt w to nie wątpi. - Nagle jakby zapomnieli o wszystkich mniejszych nieporozumieniach wcześniej, jak za dotknięciem różdżki.
Reszta dnia upłynęła im raczej bez żadnych zakłóceń. Gadali… niemalże o wszystkim: o Inkwizycji, Lynn chwalił się swoją wiedzą o mechanizmach w niekończących się wypowiedziach na temat zegarków do chwili, aż Amon nie zaczynał przysypiać, po czym sam nie mógł przestać nawijać o dziewczynach z trzeciej klasy, a przede wszystkim przepięknej Sam, a Matt chłonął każde słowo co do joty. Wyraźnie odzywał się z całego towarzystwa najmniej, ale o dziwo (co do niego nie było w ogóle podobne) zaczął wtrącać swoje cztery grosze tu i tam. Ba! Nawet zaczął sam coś nabąkiwać na tematy teatru i opery co w ogóle przed dwoma miesiącami byłoby nie do pomyślenia. Jak widać towarzystwo chłopaków, mimo wszystko wychodziło mu na dobre.
Ani się obejrzeli, a już zrobiło się ciemno i niestety zbliżał się koniec odwiedzin. Odprowadził ich jeszcze na powóz i pożegnał się z nimi. Niestety, mimo iż bardzo chciał nie miał jak być z nimi dłużej, a szkoda bo koniec końców nie było tak źle, jednak długo potrwa zanim znowu zdecyduje się ich zaprosić..


***


Skrzętnie wycierał mokre, rude kosmyki włosów. Przywdział swoją koszulę nocną, a na nią szlafrok, nie zapominając jeszcze o szlafmycy na głowę i grubych, wełnianych skarpetach. Był już praktycznie gotowy do położenia się spać.
Przemierzając korytarz nerwowo spoglądał na zegar, czy aby to na pewno nie przekroczył swojej godziny, o której miał znajdować się w łóżku. Kątem oka jednak przyuważył postać, siedzącą na fotelu w salonie. Zatrzymał się. W półmroku przy gasnącej lampce oliwnej siedziała jego matka, ze zwieszoną głową patrząc w nicość. Matthew poczuł jak coś go ściska za serce.
Chwilę tak stał dopóki nie zdecydował się powoli ruszyć w kierunku kobiety, którą zwykł nazywać matką. Zatrzymał się dopiero przy niej samej, blisko. Jak widać go nie zauważyła. Przełknął ślinę. - Mamo..? Wszystko w porządku? - zapytał idiotycznie.
Kobieta powoli podniosła głowę. Mimo iż w pokoju było ciemno to było widać szklany blask w jej oczach. Uśmiechnęła się. - Och… To ty, myszko… - powiedziała. - I jak Ci się dziś podobało? Goście zadowoleni?
Matthew wpatrywał się w nią, nie wiedząc w sumie co powiedzieć, ale wiedział, że nie mógł pozwolić ciszy za długo zagościć akurat w tej rozmowie, więc kiwnął głową.
- Mhm, tak… - odpowiedziała, a po chwili dodał z większym przekonaniem. - Bardzo! A goście? Chłopaki nie mogą się doczekać, aż znowu będą mogli przyjść. - Skłamał, ale tak naprawdę obydwoje ukrywali teraz swoje prawdziwe uczucia. - Ja również nie mogę…
- Ach, widzisz... Mówiłam, że będzie fajnie… - Odparła po chwili, a on kiwnął głową. Ta sytuacja bardzo go bolała, lecz Grace Borcke była nieustępliwa i nie dała dojść chłopcu do słowa. - Już umyty? Która to godzina? Nie powinieneś być w łóżku?
- Tak, właśnie miałem już iść…
- Dobrze, zmykaj już. - Rzuciła mu, a kiedy zaczął się powoli oddalać to dodała jeszcze. - Mam Cię utulić?
Matthew, aż się wzdrygnął.
- Nie! - Powiedział stanowczo. - Jestem już duży, mamo!
Matka chłopca jedynie uśmiechnęła się szczerze pod nosem i ostatecznie się z nim pożegnała mówiąc “dobranoc.
Dotarłszy już na miejsce Matthew otworzył swoją skrzynkę przed łóżkiem. Wyciągnął swojego misia w miniaturowej marynarce. Dziś ostatni raz będzie spał z pluszakiem! Naprawdę! Długo się jednak jeszcze zastanawiał. Skoro dziś jest ta ostatnia noc to na wszelki wypadek weźmie jeszcze drugiego, skoro już nigdy więcej tego nie zrobi, o!
Usiadł na łóżku. Zdjął okulary i położył je na szafce obok, po czym zgasił lampkę oliwną. W pokoju nastała cisza i ciemność.
Chłopiec jeszcze długo rozmyślał nad tym co się dziś zdarzyło zanim zasnął. Myślał o Amonie, o Lynnie, o obiedzie i ojcu, o swoim dzienniku, i oczywiście o matce. Nie był to pierwszy raz, kiedy widział ją w takim stanie. Dobrze wiedział, że martwiła się o niego. Dlatego nie mógł jej więcej dodawać trosk.
W końcu jednak wtuliwszy się w swoich towarzyszy zasnął tak silnie, że nawet gdyby ktoś mu teraz krzyczał do ucha to by się nie obudził.


/zt x2

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Mieszkanie państwa Borcke
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Mieszkanie rodzeństwa Rosierów
» Mieszkanie
» Mieszkanie 18 - Marceline Delacroix i Madison Richelieu
» Mały salon
» Środek kręgu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Off-Topic :: Strefa pozafabularna :: Retrospekcje-
Skocz do: