IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Pracownia Zegarmistrzowska

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 442
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Pracownia Zegarmistrzowska   Sro Lut 17, 2016 10:27 am

First topic message reminder :

Przed zakładam wisi przekrzywiony, lekko pozłacany napis „Zegarmistrz”, niech jednak nie zwiedzie cię ukierunkowanie, bowiem bo przekroczeniu progu pracowni nie zastaniesz uśmiechniętego dżentelmena na tle setki tykających zegarków. O nie, gdy znajdziesz się już w środku zakładu należącego do niejakiego Lynna, możesz mieć wrażenie, jakby udało ci się pomylić owe miejsce z ostatnim kręgiem piekielnym. Może i odnajdziesz gdzieś tą setkę zegarków, jednak będzie ona częściowo zakryta toną dziwacznych wynalazków, których pierwotnego zastosowania zapewne nigdy nie rozpoznasz. Co kolejne to bardziej osobliwe od poprzedniego – buchający parą blaszany sześcian z okienkiem przykrytym kratką, metalowa proteza palca z wbudowanym nożem do smarowania chleba lub chociaż broń palna z kilkoma wystającymi elementami, aż spokojnie posądzić można ją o umiejętność parzenia kawy. Wszystkie urządzenia oznaczone są kartkami z nazwiskami, a więc czekają na swój odbiór, który sądząc po ilości sprzętu w zakładzie – nigdy nie następuje. Podsumowując… znajdziesz tu niemal wszystko, cokolwiek sobie zażyczysz! I niech nie ogranicza cię wyobraźnia, bo im lepsze wyzwanie tym prowadzący zakład mężczyzna chętniej je wykona. Tylko naprawdę, nie licz na tego uśmiechniętego dżentelmena. Usługiwać cię będzie ubrudzony smarem, zgrzany i spocony mężczyzna z zakasanymi rękawami wcale białej koszuli.
/później dodam obrazek

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn

AutorWiadomość
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 442
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Sro Sie 30, 2017 7:05 pm

Widział już, jakie zamieszanie spowodował swoją decyzją. Gwałtowna reakcja. Niedobrze, próby uspokojenia dziewczyny nie powiodły się w żadnym stopniu. Zamierzał jednak dalej brnąć w swoją opowieść, naciągając prawdę i ukazując Vivian w jak najgorszym świetle. Nim jednak ponownie odezwał się, również zmienił swoje położenie, stając pomiędzy swoimi niechcianymi gośćmi, lekko unosząc dłonie, jakby to miało uspokoić młodszą, jednak jego wzrok nieustannie wędrował w kierunku czarownicy, gdyż ta zdała mu się być na obecną chwilę dużo większym zagrożeniem. Nie zapomniał, że kobieta wciąż jest w posiadaniu broni. Zamierzał zareagować, gdy tylko dostrzeże cokolwiek niepokojącego z jej strony.
- Spokojnie - powtórzył jak echo słowa po Vivian, zwracając się do przestraszonej dziewczyny. Miał ochotę ją zrugać od góry do dołu, jak zwykł czynić to w przypadku Shilvii, gdy ta za bardzo się unosiła, lecz tym razem za kluczowe uznał odpowiednie odegranie swojej roli pokrzywdzonego, niewinnego zegarmistrza. Nie opuszczał rąk, kontynuując. - Chciałem, przyznaję - odezwał się, kiwając głową, jakby nie było w tym zupełnie nic niewłaściwego. - Bo wziąłem cię za wiedźmę, mówiłem. Instynkt inkwizytora, jak słusznie zauważyła ta, którą brałem za twoją wspólniczkę. Pamiętasz? Nazwałem cię tak. I proszę o wybaczenie. - Co prawda, przekręcił nieco wspomniane słowa, samemu nie pamiętając ich idealnie, ale też nie sądząc, by ktokolwiek w tej chwili mu je wypominał.
Wypowiadał się możliwie uprzejmie, spokojnie, nawet przez moment nie podnosząc głosu, choć wewnątrz niego szalał gniew. Spodziewał się kłopotów, gdy zobaczył Vivian przekraczającą próg jego pracowni, jednak nigdy nie podejrzewałby, że sprawy przyjmą taki obrót. Odwzajemniał więc nienawiść, jaką obdarzała go wiedźma. Nie obchodziło go, co się z nią stanie, miał tylko nadzieję, że nigdy więcej już jej nie spotka. Aktualnie zależało mu na wyjściu z sytuacji bez większych szkód, a następnie wymyśleniu solidnej wymówki, gdy dojdzie już do rozmowy z Inkwizycją, łudząc się, że będzie miał szczęście.
- Nie trzymam cię tu na siłę - zapewnił ją gorąco, mając nadzieję, że mu uwierzy, bo nie miał najmniejszej ochoty wypuszczać jej teraz z pracowni, wprost w uliczkę, na której wciąż byli ludzie badający tajemniczy wybuch w pobliżu. - Wypuszczę cię, masz moje słowo. Na ulicy nie jest jednak bezpiecznie, doszło tam do... pewnego wypadku. - wyjaśnił pobieżnie, nie zagłębiając się w szczegóły, których sam przecież nie znał. - Uważam, że powinnaś poczekać. Jednak... Już wkrótce znajdziesz się w bezpiecznym domu. Cała i zdrowa - usiłował obiecać, chociaż na takie kłamstwa było o wiele za późno.
Ani raz nie zwrócił się bezpośrednio do Vivian, starając się przekonać poszkodowaną dziewczynę. Czarownica mogła być świadoma, że zegarmistrz łże jak z nut, nie będąc zapewne w stanie udowodnić tego białowłosej.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Tabula rasa
Tkacz doznań
Tkacz doznań
avatar

Liczba postów : 14
Join date : 18/12/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Pon Wrz 04, 2017 6:47 pm

Kekekekekekeke... Chwila, co też się tam... Dziwne. Alkohol chyba uderzał do głowy, albo też przyszedł czas na kaca. Kac, w jego przypadku? To dziwne. Ale trochę nie czuł się w sosie. Z drugiej strony, tak nie zostawi swojej lalki tam, bo jak za daleko pójdzie to nie będzie mieć jak reagować. Albo będzie? Chwila, musiałby sobie przypomnieć... Hmmmm... Moment, ludzie się zebrali? A, no tak, wywalił dziurę w kamienicy, to się wszyscy zebrali. W sumie rzeczywiście, nie było tu bezpiecznie. Jeszcze jakiś inkwizytor się nawinie. Ummmm... O czym on... Moment, o czym on właściwie teraz myślał... A, ludzie się zbierają... I co właściwie z tego? Wrrrrr, skup się! Jeszcze miał robotę do zrobienia, i musiał być trzeźwy na umyśle!
A tak się dobrze zapowiada... Tylko nie miał pomysłu, jak to teraz pokierować... Chyba najlepiej będzie, jakby... No... Moment, ludzie się zbierają...
***
Czarownica mogła wyczuć, że albo świadomie albo nie koszmar dawał się oplątać jej mocy, by po chwili się wyślizgiwał w jednym rzucie emocji. Trudno było przewidzieć reakcje potwora, który gdzieś się krył kawałeczek dalej. Przynajmniej się nie ruszał, tyle mogła stwierdzić.
Co do samej dziewczynki, to musieli jej we dwójkę robić taki sam sajgon, co Vivian temu przypadkowemu koszmarowi na ulicy. Stała za stolikiem, odsuwając się jeszcze trochę gdy zegarmistrz stanął pomiędzy nią a czarownicą.
-Wy... Obydwoje, z daleka ode mnie!-Starała się brzmieć przekonująco, ale po twarzyczce widać było, że zupełnie nie czuła się pewna w tej sytuacji. Przyłożyła dwa palce do opatrunku na swojej szyi, ostrożnie. Co też mogło dziać się teraz w jej głowie, w tej właśnie chwili.
-Nie wiem o co wam chodzi, ale...-Zerknęła za siebie, by zaraz wrócić do tamtej dwójki. Zerknęła jeszcze raz.
-...chcę stąd wyjść. Będziecie mieć kłopoty, obydwoje, jak stąd zaraz nie wyjdę-Brzmiała poważniej, znacznie poważniej niż przed chwilą. Przestrach trochę zniknął, zastąpiona groźbą płynącą z jej głosu. Wzrok natomiast się przytępił. Zebrała w sobie tyle determinacji? Coś się w niej złamało?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 180
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Sro Kwi 11, 2018 1:03 am

Nie spieszyła się... chociaż może powinna? Wszyscy ludzie, których mijała, podążali gdzieś pospiesznie za celami dla Veilore nieznanymi. Tempo jej kroku zdecydowanie wyróżniało się na tle otoczenia – było spokojniejsze; nie czuła presji, by na przykład zdążyć zrobić zakupy lub na czas stawić się w pracy. Właściwie zakończyła swoje ostatnie zlecenie, a że dosyć długo nie było jej w mieście, postanowiła konieczną do odbycia drogę przekształcić w spacer i czas ten poświęcić na niespieszne rozglądanie się za potencjalnymi zmianami oraz w poszukiwaniu jakichś znajomych twarzy.
Bo owszem, najemniczka także miała rzecz do załatwienia. Nie była żadnym wyjątkiem w tłumie. Nadszedł dzień dokonania oględzin jej mechanicznej dłoni. Raz na jakiś czas należało to powtarzać, by nie okazało się nagle, że jakiś element ulegnie wpływowi czasu lub po prostu zużyciu, a proteza stanie się bezużyteczna w najmniej odpowiednim momencie. Veilore traktowała tę sprawę jako sprawę szczególnej wagi, bo okres zimowy oznaczał intensywniejszy wpływ warunków atmosferycznych na protezę. Teraz, kiedy świat zapomniał już o śniegu, blondynka musiała poddać się rutynowej kontroli. Nieprzyjemne wrażenia – których ostatnio Vei niekiedy doświadczała, używając mechanicznej kończyny – sprawiły dodatkowo, że kobieta postanowiła nie zwlekać tak, jak miało to miejsce rok temu na koniec lata.
Wtedy nie odczuwała żadnych przykrych dolegliwości, wolała skupić się na pracy. Nie chciała z niej rezygnować dla jednej wizyty kontrolnej.
Najemniczka stanęła przed drzwiami Pracowni Zegarmistrzowskiej, poważnie zastanawiając się, czy dostanie reprymendę za olanie letniego terminu. To byłoby dosyć dziwne uczycie – pomyślała Vei, po czym pchnęła drzwi. W następstwie przekroczenia progu znalazła się w otoczeniu osobliwych wytworów współpracujących ze sobą wyobraźni i rąk pana Cavendisha, właściciela owego lokalu. Zamknęła a sobą przejście i poszukała wzrokiem znajomego mężczyzny.
Dzień dobry! – Veilore zaznaczyła swoje nadejście, by Lynn, jeśli zajmował się czymś aktualnie i intensywnie się na tym skupiał, zdążył oswoić się z faktem, że ktoś zawędrował do jego lokalu.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t161-veilore-silver-hand
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 442
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Pią Kwi 13, 2018 10:13 pm

Zakład zegarmistrzowski na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie opuszczonego. To nie było miejsce, w którym klienci mieli sposobność rozwarstwiania się nad wyborem rodzaju pieczywa lub wdaniem się w dyskusję nad pochodzeniem składników wystawionego na straganie sera. Nie, dialogi w pracowni Lynna często ograniczały się do powitań, ustaleń zapłaty, pożegnań. Nikt nie wysilał się na szczegóły typu: „w moim zegarku prawdopodobnie osunęła się jedna ze sprężyn włosiowych balansu, niefortunnie zaczepiając się o przesuwkę regulacyjną”, z wiadomych powodów. Prawie zawsze kończyło się na: „Panie, zegarek mi stanął”.
I całe szczęście. Od reszty był już Lynn, niepotrzebujący dodatkowych sugestii ani wróżb, co może szwankować pod pokrywą mechanizmu. Pracował w samotności, milczeniu, dlatego po przekroczeniu progu zakładu, Veilore spokojnie mogła sądzić o tym, że Lynn przedwcześnie udał się na fajrant.
Nim kobieta zdążyła się zaniepokoić przyjściem na próżno, zza zaplecza dobiegł ją dźwięk odsuwanego krzesła. Lynn, usłyszawszy charakterystyczny dźwięk dzwoneczka nad drzwiami, przerwał swoją pracę, zdejmując z twarzy pokaźne szkło powiększające i odkładając narzędzia na bok ze znaczną starannością. Wychylił się, poprawiając przybornik w pasie, spodziewając się już kogo zobaczy.
- Veilore! - powitał ją, kłaniając się lekko, a na jego ustach pojawił się łagodny uśmiech.
Stanął przed nią w całej okazałości, doskonale prezentując swoją... solidnie poturbowaną ostatnimi czasy aparycję. Veilore mogła nie być świadoma, ile zmieniło się w życiu Lynna pod jej nieobecność. Jego najprawdziwsza zdolność do przyciągania kłopotów była w tej chwili idealnie widoczna. W pierwszej kolejności Veilore mogła zdziwić się na... bandaż przykrywający niesprawne już oko mężczyzny. Naprawdę, wiele musiało się wydarzyć od ich ostatniego spotkania.
On jakby tego nie zauważył. Zwyczajnie przywykł do swojego stanu zdrowia, wciąż obdarzając ją uśmiechem i nie planując się tłumaczyć, a już na pewno nie bez wyraźniej prośby. Jeśli chciała to uczynić, w pierwszej kolejności straciła szansę, bo on też miał do wtrącenia kilka słów:
- Veilore, do znudzenia powtarzam klientom, że nadgorliwość w stosunku do mechanizmów nie niesie za sobą niczego dobrego - powiedział pogodnie, lecz w tych słowach krył się właśnie drobny wytyk. - Ty jednak chyba za bardzo wzięłaś sobie moje słowa do serca - dodał, nie mając zamiaru udawać, że nie zauważył jej wielomiesięcznego spóźnienia od terminu kontrolnego.
Był zbyt wrażliwy na cierpienie mechanizmów. A niektóre z nich zasługiwały na dbałość w szczególności. Nie zamierzając przedłużać, kiwnął łagodnie głową w kierunku przeciwległej od wejścia ściany.
- Chodźmy na zaplecze. Nie ma dziś ruchu - wyjaśnił pokrótce, będąc właściwie pewnym, że Veilore przyszła tu w sprawie mechanicznej protezy. Gdyby kobieta zamiast tego wyciągnęła ku niemu uszkodzony zegarek, zdziwiłby się tak bardzo, jakby co najmniej ręka kobiety miała odrosnąć. - Herbaty? Och, chyba powinienem mieć jeszcze whisky za ladą... - zastanowił się na głos, usiłując sobie przypomnieć, czy zdążył odnowić zapasy od pewnej traumatycznej wizyty sprzed kilku miesięcy.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 180
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Sro Maj 02, 2018 1:34 am

Blondynka uniosła dłoń w geście powitania, ale ledwo się powstrzymała przed przytknięciem jej do ust, kiedy ujrzała Lynna w całej swojej okazałości, a dokładniej kiedy jego twarz odwróciła się w jej kierunku. Przez chwilę nie wiedziała jak na to zareagować. Niby miała styczność z rozmaitymi obrażeniami, u siebie czy to u innych, ale nie spodziewała się ich u zegarmistrza. Normalnie nie poruszyłoby jej to w takim stopniu... jakby zauważyła je na przykład u jakiegoś najemnika. To było oczywiste, że może zostać zraniony. Był wszak najemnikiem. Jednak w tych okolicznościach zastanawiała się czy to przemilczeć, czy zwrócić uwagę, co tym samym mogłoby wywołać zakłopotanie u mężczyzny, takie typowe dla nich, kiedy ktoś skopie im tyłek i wstyd się do tego przyznać. „Matko, a to niby ja prowadzę niebezpieczne życie” – pomyślała, po prostu zdziwiona.
Veilore podrapała się w tył głowy zakłopotana słowami Lynna. Uśmiechnęła się przy tym przepraszająco, mimo że przecież nieobecność najemniczki była tylko i wyłącznie na jej własną niekorzyść.
Tak jakoś wyszło... – zaczęła. – Wiem, że to nieodpowiedzialne, mam tego pełną świadomość. Ale nie miałam czasu, a w dodatku nic się nie działo z protezą.
Więc prawda wyglądała tak, że wolała wybyć w świat za jakimś zadaniem, a potem było jej głupio zawracać mężczyźnie głowę zupełnie innego, niespodziewanego dnia. Po prostu poczekała na następną okazję do kontroli. Raz po raz coś się zdarzało, co odciągało ją od pójścia na oględziny mechanicznej ręki. Teraz Vei przekonała się, że nie powinna aż tyle zwlekać.
Skinęła głową, po czym podreptała zaraz za swoim „lekarzem od protezy”, przy okazji rozglądając się na boki za jakimiś nowymi mechanizmami, których ostatnim razem nie widziała.
Chyba mamy o czym poplotkować. Herbata, brzmi dobrze. Ale coś mocniejszego to ewentualnie po twojej diagnozie – odpowiedziała z uśmiechem. A jednak nieprawdziwe okazałoby się stwierdzenie o tym, że Veilore wcale nie obawia się tego, co usłyszy. Gdy pozwalała serwisować swoją mechaniczną prawicę, zawsze gdzieś z tyłu głowy pojawiał się taki mały strach – że ujawni się jakieś poważne uszkodzenie albo, co gorsza, że może znowu zostanie bez kończyny, a raczej jej imitacji, oczywiście jakże przydatnej w życiu. Nadal pamiętała z najdrobniejszymi szczegółami (no może poza momentami, kiedy traciła przytomność) proces umieszczania protezy na swoim miejscu i z trudem przyszłoby jej myśleć o powtórce. Gdyby coś takiego usłyszała, pewnie najpierw zbladłaby do odcienia papieru i zeszła na zawał. Przede wszystkim jednak najbardziej obawiała się powrotu do kalectwa, druga kończyna była bardzo pomocna w życiu codziennym, szczególnie takiej jakości. Rozsiadła się we wskazanym, już z przyzwyczajenia, miejscu. Zajęła się wtedy ściąganiem rękawiczki i podwijaniem rękawa białej koszuli z prawego ramienia.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t161-veilore-silver-hand
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 442
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Czw Maj 03, 2018 6:46 pm

Kiwnął głową, zamierzając uszanować jej wolę. W stalowym imbryku o dziwacznym kształcie, nastawił wodę nad niewielkim płomieniem. Choć sam miał ochotę zacząć to piękne popołudnie od szklanki whisky, rozumiał jej obawy. W końcu w danej chwili mienił się niczym lekarz, więc nie przystawało mu dokonywać operacji z przerwami na przepłukanie gardła mocnym alkoholem. Nawet jeśli w ten sposób pracowało mu się lepiej.
- Nie traćmy czasu - mruknął tylko pod nosem, co właściwie nie było potrzebne, bo Veilore doskonale wiedziała już, co ma robić. Trochę czasu minie, nim woda w jego autorskim urządzeniu się zagrzeje, więc lepiej, aby zaczęli bez towarzyszących im herbat.
Dosiadł się tuż naprzeciw, sięgając do górnej kieszeni marynarki po niezbędny mu w pracy element - okulary wyposażone w szkło powiększające. Jako że był ślepy na jedno oko, połowa narzędzia była mu zupełnie zbędna, ale druga wciąż dostarczała mu nieocenionej pomocy i wiedzy na temat badanego mechanizmu.
Ujął stalową protezę w obie dłonie, początkowo dokonując ogólnych oględzin, jakby spodziewał się co najmniej, że Veilore zgubiła jeden z palców, nazywając to „pełną sprawnością”. Zmrużył oczy, poprawiając zaraz okulary. Zaczął odpływać we własny świat, lecz pracował jednocześnie prędko i zręcznie, bez krzty zawahania zginając pojedyncze zawiasy, testując sprężyny, na których utrzymywały się najdrobniejsze elementy. Nie zastanawiał się, jak czuje się przy tym jego klientka - na chwilę obecną jego jedyną pacjentem był przecież ten stalowy cud, jakiemu dał niegdyś życie. Odchylając ostatni z palców zacmokał cicho.
Sięgnął do swojego przybornika, grzebiąc w nim po omacku dłuższą chwilę. Od kiedy jego pomocnicą została Shilvia, stracił w nim orientację. Przywykł w końcu do nowego stanu rzeczy. Gdy wyciągał rękę, podając nazwę narzędzia, dziewczyna z prędkością dźwięku podawała je Lynnowi, niczym pielęgniarka podczas operacji chirurgowi. Nieszczęśliwie, Shilvia pobierała akurat nauki u jednej z guwernantki, więc musiał radzić sobie sam. W końcu wyciągnął coś co przeciętny śmiertelnik określiłby mianem pęsety z dziwacznie zakończonymi szczypcami. Podważył narzędziem jedną z ruchomych części, zaglądając do środka. Wtedy dopiero postanowił się odezwać:
- Nie powinienem ci tego mówić, Veilore, ale... - urwał, powstrzymując delikatny uśmiech. - Jest lepiej niż się spodziewałem. Proteza wymaga wyłącznie nieznacznej konserwacji i wymiany jednego z cylindrów. To tylko przypadek, pamiętaj. Albo nawet cud, więc... następnym razem bądź tu na czas - wyprostował się, spoglądając na nią znacząco.
Dopiero wtedy spostrzegł się, że woda w stalowym imbryku wrze. Bóg jeden (i być może Veilore) wiedział od jak dawna; zapominał o całym świecie oddając się swojej pracy. Zdjął okulary, wstając powoli w stronę stojącej na półkach porcelanowej zastawy, jednocześnie mówiąc:
- Znowu wywiało cię poza granice Wishtown? - zapytał w końcu o powód jej nieobecności, świadom, że być może od tego powinien zacząć rozmowę. - Życie nie daje ni chwili wytchnienia? - dodał jeszcze, sięgając już po filiżanki i zastanawiając się, jak właściwie funkcjonuje osoba pokroju Veilore.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 180
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Wto Maj 15, 2018 12:30 am

W końcu czas, cenna rzecz. Chociaż ja w każdym razie mam teraz trochę wolnego – oznajmiła blondynka. Życie od jednego płatnego zajęcia do drugiego, a w międzyczasie jakieś przyjemności, trochę obowiązków, tak wyglądało jej dosyć proste życie. – Nie spieszy mi się nigdzie.
Mimo że przedstawiła to tymi słowy i była to oczywiście prawda, bo nie miała żadnych powodów, by kłamać, to jednak nie do końca wszystko się zgadzało z jej stanem rzeczywistym. Spieszyło się jej... ale do usłyszenia werdyktu specjalisty. Może nie zachowywała się nerwowo, aczkolwiek dla Veilore była to dosyć stresująca sytuacja, stać przed niewiadomą; posiadać całkiem sprawną prawicę albo ledwie ramię kukiełki bądź innej bezwładnej zabawki.
Najemniczka próbowała się rozluźnić, podczas gdy Lynn zajmował się skomplikowanymi mechanizmami protezy. Od pewnego momentu nawet przestała myśleć o okolicznościach utraty oka u Lynna. Czuła wdzięczność za to, że mężczyzna lubił pracować w spokoju i ciszy, a tymczasowe milczenie z jej strony wcale mu nie przeszkadzało – czy raczej w ogóle go nie zauważał, co Veilore mogła stwierdzić po wielokrotnych wizytach u zegarmistrza i obserwacjach jego pracy. Kobieta była mu także wdzięczna, że nie miał zwyczaju komentować na każdym kroku tego, co sprawdzał, przestawiał, przekręcał, czy cokolwiek w danym momencie czynił ze skomplikowanym mechanizmem. Vei prawdopodobnie nie zniosłaby tego zbyt długo, gdyż samo oczekiwanie w ciszy na podsumowanie oględzin protezy było męczące.
Powiedz mi, Lynnie, o ile nie będzie to zbyt wścibskie pytanie... Czy tylko mi się wydaje, że w twoim otoczeniu tak jakby panuje większy porządek? Ktoś ci pomaga?
Blondynka zauważyła pewną zmianę, choć postanowiła odezwać się dopiero, gdy dostrzegła oznaki, że Lynn powoli kończy pracę i nie rozproszy go swoją wypowiedzią.
„Nie powinienem ci tego mówić...”, gdy to usłyszała, Vei wstrzymała oddech. Dotąd sądziła, że skoro zegarmistrz nie przejawia oznak jakichś większych trudności z częściami protezy prawej ręki, to nie dolega jej nic poważnego...
I ów tok myślenia wcale nie mijał się z prawdą, z powodu przejęcia się potencjalnym problemem, nie oceniła tonu słów oraz mimiki mężczyzny.
Proszę, nie trzymaj mnie w niepewności. Wal prosto z mostu, chcę mieć to za sobą – stwierdziła, lecz wkrótce przekonała się, że Lynn próbował ją wkręcić. – Dobra, masz mnie. Nie przegapię już żadnego terminu.
Oparła się wygodniej i odetchnęła, bo już mogła sobie na to pozwolić.
Tak. Nie było mnie w Wishtown. Pilnowałam transportu towaru stąd do najbliższej miejscowości, a potem stamtąd do nas. W czasie oczekiwania na powrót, a potrwało to dłużej niż przypuszczaliśmy, tam też znalazłam dodatkowe zajęcie, więc z całego przedsięwzięcia udało mi się uzbierać pieniądze na jakiś czas – opowiedziała pokrótce, nie wchodząc w szczegóły – przynajmniej na razie. Na pewno więcej działo się tutaj na miejscu i pragnęła się tego dowiedzieć.
Zanim zacznę cię zanudzać, powiedz lepiej co w Wishtown się wydarzyło... Bo zauważyłam, że wiele... Stało się na tyle niebezpiecznie, że nawet zegarmistrz ma się czego obawiać w swojej pracowni?

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t161-veilore-silver-hand
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 442
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Nie Maj 27, 2018 9:20 pm

Obdarzył ją zdziwionym spojrzeniem, nie mogąc powstrzymać się od łagodnego uniesienia brwi. W rzeczywistości, na przestrzeni wielu miesięcy, w których wewnątrz jego pracowni panowała Shilvia, wszystko zmieniło się nie do poznania. Widoczne to było również w jego wyglądzie zewnętrznym, w porządku, a nawet w nastawieniu do świata Lynna. Zmiany zachodziły na tyle wolno, że nie odczuwał ich na własnej skórze - dopiero Veilore mająca odniesienie do dalszej przeszłości uświadomiła go, jak wiele mogło się odmienić. Poza niezrozumiałą mu dumą, poczuł drobne ukłucie niepokoju. Tak łatwo było można dostrzec zmiany zachodzące w jego życiu po przygarnięciu pod swoje skrzydła jednej przybłędy?
Choć w zapasie zawsze miał niezliczoną ilość historyjek, które wymyślał na poczekaniu, kobietę, która aktualnie była jego klientką, szanował na tyle bardzo, że przez głowę nie przeszło mu raczenie jej dalekimi od prawdy bredniami. Ostrożnie podjął dialog:
- Słuszne spostrzeżenie - przytaknął, samemu rozglądając się wkoło, co miało potwierdzić jej przypuszczenia. - Nie radziłem sobie z jedną parą rąk do pracy. I wtedy też los usłuchał moich niemych próśb, zsyłając mi z nieba pomocnika. Złote dziecko, warte dziesięciu doświadczonych czeladników, a oddane pracy, że nieraz muszę za fraki wyciągać ją poza progi zakładu... - W dużych superlatywach przedstawił postać Shilvii, właściwie nie mijając się z prawdą za bardzo, ale pomijając wszelakie negatywne strony obcowania z nią. Skrzętnie pomijał informację na temat jej oślego uporu, powtarzających się napadów szału i poziomu intelektualnego przeciętnego młotka. Tego o dwóch tępych końcach, w dodatku.
- Żałuję, że nie ma go dziś z nami. I liczę na to, że kolejnym razem zapoznam was sobie... - dodał już ciszej, przywołując na usta uśmiech, mogący świadczyć o tym, że jest to niemal spełnieniem jego marzeń.
Podczas tej wesołej opowieści przebrnęli razem przez końcówkę przeglądu, którą Lynn skwitował łobuzerskim uśmiechem, rady z tego, że udało mu się nabrać Veilore. Czasami łagodne upomnienia dają lepsze efekty niż najsurowsze kary. To nastawienie działało w większości przypadków...
W zamyśleniu napełniał porcelanowy imbryk wypełniony odpowiednią ilością herbacianego suszu, wtedy też przysłuchując się odpowiedzi kobiety. Przyniósł na srebrnej tacy zastawę składającą się z łyżeczek, cukiernicy, imbryka i dwóch filiżanek. Standardowo odstawił je w bezpiecznej odległości od pracy, jako że jego wszelakie mechaniczne dzieci nie przepadały za wilgocią. Dopiero zasiadając na miejscu naprzeciw Veilore, zdobył się na stosowny komentarz:
- Czyli twoje życie jest jedną wielką niewiadomą i pasmem nie do końca bezpiecznych misji...? - zapytał, a w jego głosie dźwięczał lekki zawód, którym nie planował jej obdarzać.
Żałował. Ale jeszcze nie wszystko było stracone. Z ostrożnością sapera badał teren, knując plany, o jakie nikt nie mógł go posądzać.
Brew drgnęła mu na niespodziewane pytanie. Na co on liczył? Że rozmowa skupi się wyłącznie na jednej ze stron? O nie, on też musiał ofiarować coś od siebie, aby uzyskać ważne mu informacje.
- Zanudzać? Nie żartuj. Twoje przygody są po stokroć ciekawsze od mojej szarej codzienności ograniczającej się do przebywania z materią nieożywioną. Jakże wdzięczną, ale wciąż, nieożywioną - wypowiedział z delikatnym, lecz smutnym uśmiechem na ustach. - Jeśli chodzi o historię tejże rany, następnej do kolekcji... Nim się nią podzielę, chyba powinienem cię ostrzec - ściszył głos niemal do konspiracyjnego szeptu. I to postanowił potraktować jako sprawdzenie osoby Veilore. W końcu zanim przejdzie do tego, na czym naprawdę mu zależało. - Wiedza bywa ciężarem. Czasami lepiej jest żyć w nieświadomości, jeśli wiesz, co mam na myśli...? - zagaił dość oszczędnie w słowach.
Czekał na jej przyzwolenie. Na zielone światło i podniesienie rzuconego wyzwania. Na tym etapie miała jeszcze szansę zrezygnować, udając nieświadomą toczącej się walki. Nie obierać żadnej ze stron lub wręcz przeciwnie - jasno oznajmić, że nie ma zamiaru słyszeć teorii sprzecznych z doktrynami Inkwizycji. Nie sądził, że coś mogło się zmienić w poglądach kobiety, lecz wolał zachować ostrożność. I tak stąpał po wyjątkowo niestabilnym gruncie.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 180
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Sro Maj 30, 2018 4:56 pm

Nie bądź taki zdziwiony, Lynnie – powiedziała, dostrzegając zaskoczenie w oczach zegarmistrza. – Kobiety dostrzegają takie drobne zmiany.
Każda osoba pozostawiała po sobie jakieś ślady istnienia w życiu innej osoby. Była to rzecz nieunikniona i dla obserwatora, szczególnie takiego wprawnego jak Veilore, zauważalna niemal na pierwszy rzut oka. Blondynka nie wiedziała jedynie kto to taki, choć domyślała się...
Zaśmiała się w pewnym momencie, dosyć rozbawiona. Przytknęła palce do ust, przysłaniając je.
Przepraszam cię. Po prostu na początku pomyślałam, że znalazłeś sobie jakąś kobietę. Dobrze, że nie zapytałam, czy w końcu zdradzisz mi imię swojej wybranki. Wyszłoby głupio, że tak się zagalopowałam – przyznała. – Na pewno jest ci wdzięczna za pracę. Nie tak łatwo znaleźć dla siebie zajęcie, a przy okazji porządnego człowieka, który ci je daje.
Chytrzy pracodawcy nierzadko oszukiwali swoich młodocianych pracowników, płacąc im mniej niż powinni dostać. Żerowali na pilnej potrzebie znalezienia źródła zarobku
Albo wcale nie dawali wynagrodzenia. Tak też się zdarzało w tych czasach. Vei również miała kilka nieprzyjemnych przypadków w swojej karierze, kiedy na przykład zleceniodawca żył w przekonaniu, że skoro jest najemnikiem-kobietą i to w dodatku wyraźnie wyzwoloną spod norm społecznych, to świadczy również innego typu usługi... cielesne. Czemu Veilore musiała twardo zaprzeczać i w sposób bardzo dobitny uświadamiać, jak taki klient sobie wszystko ubzdurał.
Przyjmuję zlecenia od rozmaitych ludzi. Wiem, co mówię. Nie wszyscy tacy są.
Gdy Lynn skończył grzebać w mechanizmach ręki, Veilore poprawiła rękaw koszuli. Zsunęła go z powrotem na miejsce i zapięła na guzik. Gdy Lynn zadał kolejne pytanie, Vei uniosła
Tak, dokładnie tak to wygląda. Chociaż mimo jednej wielkiej niewiadomej, zawsze mam swoją chatkę i otoczenie, które mnie wyżywi. Nie muszę się nazbyt martwić. Gdybym chciała, mogłabym się stamtąd nie ruszać, nie przejmować zupełnie niczym. Żyć jak ten buszmen w Afryce – rzuciła. – Ale widzisz. Lubię ludzi, lubię coś robić i lubię też, kiedy to coś ma jakiś sens.
Najemniczka przerwała swoją wypowiedź, chociaż mogłaby jeszcze jakoś pogłębić filozofię swojego postępowania. Uśmiechnęła się serdecznie do mężczyzny.
Doprawdy?
Veilore uniosła lekko prawe przedramię, poruszyła lekko palcami.
Ja uważam, że ten mechanizm jest całkiem ożywiony. To wspólny cud techniki, medycyny i życia. I nawet jeśli nie stworzyłeś do tej pory nic samoświadomego, to jesteś w stanie robić wielkie, znaczące rzeczy. Twoje wynalazki nie są może żywe, ale mogą stać się powszechną częścią życia. Możesz pomagać ludziom, to wystarczający powód, by nie robić sobie żadnych wyrzutów o nierobienie niczego ciekawego – stwierdziła. Jeszcze brakowało, by wstała i krzyknęła do niego wyuczonym, przywódczym tonem: „Baczność! Ogarnij się!”. Najemniczka była Lynnowi wdzięczna w sposób niezmierzony wręcz za stworzenie protezy... i nie zamierzała pozwolić mu umniejszać swojej wartości, szczególnie w porównaniu ze sobą, za co uznała jego ostatnie słowa. Vei obdarzyła go pełnym uznania spojrzeniem.
Veilore też starała się pomagać innym, mimo że przecież była najemniczką i płacono jej za przykładowo bezpieczne przewiezienia towaru, ochronę, za znalezionych przestępców... Cieszył ją fakt, że może zniwelować wystąpienie jakiegoś zła. Z czegoś musiała jednak się utrzymać. Gdy zaś była w stanie pomóc komuś bezinteresownie, nie odmawiała.
Lynn. Przyjaźń, obowiązek, sprawiedliwość – zaczęła poważnie, krzyżując ramiona na piersi. – To są wartości, które są dla mnie najważniejsze. Jeśli masz jakiś problem, po prostu mi powiedz bez krążenia wokół tematu. Nie wierzę w nieświadomość. Można tylko odwracać wzrok od pewnych rzeczy. Więc, co się dzieje? Twoje słowa mówią mi, że to nie była żadna zwykła bójka z oprychem...

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t161-veilore-silver-hand
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 442
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Nie Lip 01, 2018 9:07 pm

Kiwnął z uśmiechem głową, właściwie nie potrafiąc się nie zgodzić. Mógłby zarzucić wiele wad znanym mu kobietom, jednak kłamstwem byłoby umniejszanie im pewnej wrażliwości; umiejętności dostrzegania nieoczywistych na pierwszy rzut oka faktów, momentami zakrawającą o szósty zmysł. Nigdy nie dziwił się, dlaczego to właśnie ta płeć została obdarzona przeklętym genem. Bez zazdrości podziwiał tę zdolność, zupełnie pogodzony ze swoją niedomyślnością.
Uwaga o kobiecie lekko zakuła go w serce, jednak niczego nie dał po sobie poznać. Wciąż nosił obrączkę na palcu jednej z dłoni, niczym przykładny wdowiec, mimo że nigdy nie wziął ślubu. Z ulgą przyjmował jednak, gdy kobiety zachowywały dystans, szanując jego wierność, która nie miała żadnego znaczenia. Zdobył się na uśmiech, odpowiadając bez wdawania się w szczegóły:
- Za stary już na to jestem... Romanse zostawię w rękach młodszych - przybrał ton rasowego dziada, który przeżył już w życiu wszystko. O dziwo, doskonale mu to wychodziło.
Przemilczał dość niewygodny dla siebie fakt o ich relacji zawodowej z Shilvią. Jej niewolnictwo przeplatało się nieustannie z momentami, w których żyła jak księżniczka. Jako że miał do Veilore sprawę, wolał jej nie podpadać.
I właśnie z tego powodu, po wyznaniu kobiety zdecydował się na łagodne zapewnienie:
- Zawsze będziesz tu mile widziana. Nie tylko ze względu na ten oczywisty cud techniki - kiwnął głową, obdarzając wzrokiem jej wyciągniętą protezę, grzecznie zgadzając się na to określenie. Przedmiot, a może już część ciała, z której był rzeczywiście dumny. Daleko mu było do skromności w tejże sferze. Jednak nie sprawiło to, że obcowanie z mechanizmami zastąpiło mu wszelakie dobrodziejstwa pochodzące z obecności drugiej osoby.
Miał wrażenie, że zaczyna się rozklejać. Czy to starość? Jeszcze trochę i w jego pracowni padną nostalgiczne westchnienia: „Kiedyś to było...!”. Miał ochotę wstać, by nie widziała jego wyrazu twarzy, jednak wszystko, czego potrzebowali, znajdowało się już na blacie drewnianego stolika. Zajął się więc piciem wrzątku, wkrótce rad ze zmiany tematu.
Poczuł pewnego rodzaju podziw, samemu nie będąc w stanie sformułować codziennie przyświecającej mu dywizy, podstawowych wartości, których zawsze będzie się trzymał. Nie, w jego życiu nie było stałych elementów. Los zbyt często śmiał mu się w twarz, udowadniając, że wszystko, co obdarzał uczuciem, może obrócić się w niewiele warte wspomnienia. Słowa Veilore uświadomiły mu, że wbrew temu, czego po sobie spodziewał, wciąż miał w sobie tyle ciepła, by wiedzieć, jak ważna jest dla niego Shilvia. Była mu jak córka, której nigdy mieć nie będzie. Wiele zaskoczeń i niewiadomych przewijało się przez jego życie, jednak sentyment, jakim obdarzał dziewczynę, na wieki nie ulegnie zmianie. Chciał dla niej jak najlepiej. Dlatego zdecydował się zaryzykować.
- Wpadłem w poważne kłopoty, Veilore - wydusił z siebie w końcu. - W bagno, z którego mogę już nie wybrnąć - ściszył głos, odstawiając filiżankę na spodek, nie chcąc, by uwidoczniło się drżenie jego rąk. Poczuł przemożną chęć zapalenia, którą stłumił w sobie na rzecz rozmowy. Musiał iść za ciosem, nim uleci z niego cała odwaga.
- Udzieliłem pomocy. Tylko tyle. I „tylko tyle” w niektórych kręgach uważane jest za grzech. - Jeśli jego rozmówczyni miała jeszcze wątpliwości, o czym mówił, teraz obraz kwestii wyostrzał się. - Przez moją beztroskę, padły na nią podejrzenia... - urwał, nie wiedząc od czego zacząć.
Choć nie był w stanie się płynnie wysłowić, o wiele bardziej obawiał się pytań Veilore, mających na celu ułatwienie mu wypowiedzi i dojście do sedna. Zamiast wdania się w szczegóły spróbował inaczej.
- Nie zwykłem prosić o pomoc, ale... - zerknął na nią badawczo, doszukując się reakcji w zachowaniu Veilore.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 180
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Pon Sie 06, 2018 7:48 pm

Wprawdzie Veilore nie zgadzała się ze stwierdzeniem Lynna, bo ile lat różnicy między nimi było? Tyle co wcale, to nawet nie połowa życia – czemu więc zamykać swe serce...? Pogrążać się w smutku i samotności wynikającej z braku towarzysza życia, podczas gdy świat jest wielki, a na nim miliardy osób, z których jeszcze jedna może okazać się niezwykle bliska? Powiedziała jednak ze spojrzeniem przepraszającym jeszcze raz za wcześniejsze błędne wnioski:
Jeśli tak uważasz. Po prostu widocznie mamy inne podejście. Ja nie lubię samotności... ciągle miałabym nadzieję – powiedziała, lecz zorientowała się, że temat nie jest zbyt odpowiedni oraz że sama wkrótce by go przerwała. Cóż mogłaby powiedzieć? Nikt jeszcze nie skradł w pełni serca najemniczki. A przecież nie chciałaby zwierzać się ze swych „podbojów”, jakby niektórzy to nazwali, od czego mężczyzna, całkiem możliwe, złapałby się za głowę, bo jakże tak można się prowadzić? Wyciągnąłby błędne wnioski, gdy tymczasem wszystko przedstawiało się zupełnie inaczej. Żadne to podboje, nigdy nie traktowała przedmiotowo osób, z którymi zdarzyło się jej mieć do czynienia. Po prostu... jakoś tak... bliskość, ta czy inna, pomagała jej z radzeniem sobie z samotnością, z wątpliwościami, czy kiedykolwiek znajdzie naprawdę bliską sercu osobę, taką która będzie chciała towarzyszyć jej na każdym kroku w dosyć niestabilnym życiu, jakie prowadziła. Albo chociaż czekać, prawdziwie oczekiwać i tęsknić.
Wróćmy do twojego problemu, Lynn. To teraz ważniejsze; widzę i słyszę, z jakim trudem przychodzi ci przekazanie mi zmartwień w słowach. Jakbyś obawiał się, że nawet twoje wynalazki mogły cię podsłuchać i zdradzić. Jesteśmy tutaj sami. Ty i ja. A mi możesz ufać.
Ujęła filiżankę za ucho i uniosła do ust, by ostrożnie napić się naparu. Spokojnie słuchała wypowiedzi zegarmistrza, która była jednak dosyć nieskładna. Kluczyła wokół tematu, tylko skubiąc od czasu do czasu istotę problemu, z jakim borykał się Lynn. Wszystko jednak stało się dla kobiety jasne, gdy usłyszała „udzieliłem pomocy”. Co innego miałaby zrozumieć przez te słowa, jak nie tę jedną interpretację? Komu innemu zdarzyłoby się zegarmistrzowi udzielić pomocy, za co groziłyby mu poważne kłopoty. Seryjnemu mordercy? Zbiegłemu więźniowi z całą księgą zapisanych przestępstw? Nie bardzo kleiło się to ze sobą.
Spokojnie. – Ton wypowiedzi kobiety zabrzmiał uspokajająco. – Nie przejdę obojętnie obok potrzebującego, jeśli jestem w stanie pomóc. Nie ma znaczenia, kim jest – miała oczywiście na myśli, że nie chodzi tylko i wyłącznie o ludzi. Według Lynna powinna już siedzieć na samym dnie piekła. Choć prawdą było, że porywała się na wiedźmy. Gdy była w wojsku broniącym zakłócanego porządku, by przejąć władzę, monarchy oraz nieoszczędzanych cywili. Albo gdy po prostu miała do czynienia z przestępcą, to nie miało znaczenia, czy jest obdarzona, czy nie.
Cenię twoją osobę. I jestem ci wdzięczna za wszystko, bo bez twoich umiejętności moje życie byłoby znacznie utrudnione.
Veilore uniosła tutaj dłoń z wyciągniętym palcem wskazującym, chcąc coś wyraźnie zaznaczyć.
Ale nie chcę ci pomóc tylko i wyłącznie dlatego, że chcę się jakoś odwdzięczyć. To jest dożywotnia wdzięczność... Pomogę ci, bo uważam, że tak trzeba – powiedziała i zamilkła na chwilę. Przede wszystkim najpierw chciała uspokoić mężczyznę, by był w stanie zobrazować jej to, co trzeba.
Zatem proszę, pozwól mi zrozumieć okoliczności. Zacznij od początku... Czy ta osoba... to twoja obecna pomocnica właśnie?
Najemniczka szukała potwierdzenia w oczach mężczyzny, by być już stuprocentowo pewną. Pragnęła usłyszeć tę historię, by podjąć najwłaściwsze kroki. Czy lepiej by w grę wchodziło przeszmuglowanie kogoś jak najdalej, najlepiej za granice? Czy znalezienie kryjówki na miejscu? Jak wielkie było ryzyko, że Inkwizycja będzie się interesować? Te i inne pytania kłębiły się w jej głowie, lecz jeszcze nie potrafiła na nie odpowiedzieć.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t161-veilore-silver-hand
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 442
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Pią Sie 10, 2018 6:49 pm

Wieki temu stracił nadzieję na szczęście, które mogła mu oddać jedna osoba. Jedyne, co oczekiwał w tej chwili to odrobina spokoju, która, jak na złość, nie witała u niego zbyt często. Z ulgą przyjął więc powrót do poważniejszych tematów, całkiem dobrze odnajdując się we własnej samotności i bezsensownej wierności osobie, która istniała wyłącznie w jego wspomnieniach.
Zabrnął już za daleko, by obrócić sprawę w żart i udawać, że wypowiedziane słowa nigdy nie odbiły się od ścian pracowni zegarmistrzowskiej. Mógł tylko brnąć do przodu i właśnie to spowodowało, że zyskał odrobinę pewności.
- W takich kwestiach... nie powinno się ufać nikomu. Jednak nie zwracałabym się do ciebie, gdyby nie była to ostateczność - poinformował ją, ani trochę nie czując, że przesadza. W obecnych czasach nie mógł powierzyć własnych myśli nikomu; nawet zegarmistrzowskie narzędzia mogły nie być przyjazne. - Oboje byliśmy w przeszłości powiązani z Inkwizycją... Nie mam pewności, czy moje słowa nie zostaną przekazane w nieodpowiednie ręce - urwał, by badawczo przyjrzeć się jej niebieskim oczom. Wiedział niewiele o jej przeszłości. Ale jednocześnie był świadomy, jak Inkwizycja pochłaniała zwyczajnych ludzi, chcących jedynie zarobić na chleb. - I ty też jej nie masz - ostrzegł ją łagodnie. Wolał, by była przeczulona niemniej niż on, jeśli ma powierzyć Veilore dość delikatne zadanie.
- Musisz jednak wiedzieć, że moja desperacja jest wielka. Gdybym nie zrobił tego dziś, brak działania zakończyłby się takim samym efektem, gdybym został zdradzony - poczuł nawet cień potrzeby wyspowiadania się ze swojego braku odpowiedzialności. Bowiem, nikt o zdrowych zmysłach nie oddawałby swojego i cudzego bezpieczeństwa w tak błahy sposób.
Przemilczał fakt, że właściwie ta przysługa, którą ją niegdyś obdarzył, wraz z całym pakietem zaradności Veilore, była sporym czynnikiem motywującym, dla którego się do niej zwrócił. Po świecie nie kroczyło wiele osób, od których mógłby zażądać tak wielkiej pomocy.
- Zacznę od początku - westchnął, w myślach przywołując wydarzenia pewnego, felernego dnia w pracowni zegarmistrza. - Mistrzyni psów gończych. Jestem pewny, że doszły cię słuchy o jej wyczynach, nawet jeśli nie stanęłaś oko w oko z tym potworem. Krążą legendy że potrafi wyróżnić obecność zmutowanego genu samym spojrzeniem. Postrach wiedźm, chodzący demon z najczarniejszych snów... takich, z których budzisz się z krzykiem. - W kilku słowach przedstawił czarującą postać Karen Rutherford, którą pamiętał jeszcze z czasów akademii. - Nie wiem czy była zainteresowana naprawą czegokolwiek, czy po prostu zwabił ją sam zapach lub zrządzenie losu... - westchnął, a Veilore mogła spodziewać się już, do czego Lynn zmierza. - Wyczuła ją. Przekonana, że po moim zakładzie panoszyła się wiedźma. I cóż... - westchnął ciężko. - Wiele się nie pomyliła. Całe szczęście, Simona, a raczej.... Shilvii nie było wtedy w pracowni - zakończył opowieść, sam nie wierząc, ileż szczęścia mu wtedy przyświeciło. Utrzymywał kontakty z różnymi osobami, zapewne wciąż nosząc na sobie zapach wiedźm. Nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby z jego winy coś złego stało się Shilvii lub Colette...
- Shilvia to moja pomocnica. Wiedźma. Dziecko, niczego winne. I posłuchaj... Następnym razem mogę nie mieć tyle szczęścia. Mistrzyni... Ona tu wróci, może nie będzie sama... - przewidywał, opisując najczarniejsze, ale prawdopodobne scenariusze przyszłości. - I dlatego... Muszę prosić cię o pomoc. Chcę, abyś zabrała ją w bezpieczne miejsce. Wierzę, że utrzymujesz kontakty z ludźmi podobnymi do niej... - ponownie zaczął mówić chaotycznie, nie wiedząc, czego od niej wymaga ani jak zabrać się do sedna sprawy. W końcu po raz pierwszy w życiu opiekował się wiedźmą. - Podobno Cyrk nie jest najstraszniejszym miejscem... - zaproponował, choć wzdrygnął się na samą myśl. Shilvia nie miała wybitnych zdolności wykraczających poza pracę w zakładzie zegarmistrzowskim, jednak wierzył, że znajdzie się tam dla niej miejsce.
Poczuł wielką ulgę na sercu, mimo że od teraz miał zacząć się początek jego kłopotów.
- Nie mogę dłużej jej narażać. Posłuchaj, Veilore. Koszta nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Chcę, aby była bezpieczna - rzekł konkretnie, dla dobra dziewczyny gotów poświęcić naprawdę wiele.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 180
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Nie Sie 26, 2018 10:50 pm

Przesadne zaufanie w tych niebezpiecznych czasach było bardzo ryzykowne, Veilore nie mogła odmówić Lynnowi racji. Ale z drugiej strony to w tej właśnie „ostateczności” bardzo często odnajduje się prawdziwych sprzymierzeńców i przyjaciół – tych, którzy nie odwracają się w trudnych chwilach. Wbrew pozorom, po tym świecie chodzili jeszcze normalni ludzie. Veilore siebie uważała za jedną z osób, które patrzyły na człowieka, nie na jego przynależność.
A jednak, gdy dokonasz dobrej oceny, możesz znaleźć oparcie w trudnej sytuacji – powiedziała. – I teraz go szukasz. Mimo ryzyka. Oboje zaryzykowaliśmy. Równie dobrze mógłbyś mi powiedzieć: „Ha, podpuszczam cię, teraz wiem wszystko”, a ja tobie odrzec: „Zwróciłeś mi utraconą rękę, zajmujesz się nią regularnie; by spłacić dług wdzięczności zrobiłabym wiele innych rzeczy, gdybyś ich potrzebował”. Oboje wyszlibyśmy na zero...
Albo nawet by stracili... Jednak postanowili być ze sobą szczerzy w tej tak zwanej „ostateczności”, dzięki czemu zyskali szansę obdarzenia się pełnym zaufaniem.
Lynn, wierzę twoim intencjom, bo gdybyś chciał w jakiś sposób mi zaszkodzić, na pewno nie szukałbyś u mnie pomocnej dłoni z takim zdecydowaniem, by postawić wszystko na jedną kartę – rzekła, będąc przekonaną, że podpucha objawiałaby się zupełnie inaczej.
Jeśli okazjonalną współpracę traktujesz jako poważne powiązanie... – postanowiła zwrócić uwagę, a słowa te zakończyła spokojnym poczęstowaniem się herbatą ze swojej filiżanki. Rzeczywistość każdy widział na swój sposób, więc nie dziwił Veilore fakt, że doinformowany pod względem jej kontaktów z Inkwizycją Lynn wiedział swoje. Tymczasem po prostu zdarzało się tak, że drogi instytucji i najemniczki krzyżowały się ze sobą i przez chwilę tworzyły jedną drogę. Nic jej nie wiązało z Inkwizycją poza tymi, jak Veilore by to określiła, incydentami. Moralnie żyła już nie na innej drodze, ale zdawać by się mogło – na innej płaszczyźnie. Nigdy nie przeszło jej przez myśl, żeby stać się częścią szeregów, których ręce plamiły się krwią niewinnych. Każdą aluzję zachęcającą do zmiany zdania kontrowała jakimś sprytnym argumentem.
Dobrze, że jesteś czujny. Może nawet uda ci się obejść zagrożenie szerokim łukiem, życzę ci tego z całego serca.
Po tychże słowach blondynka zamieniła się w słuch, gdyż zegarmistrz zdawał się zmierzać już do sedna. Z każdym słowem Vei zaczynała rozumieć, w jak złym położeniu znalazł się Lynn. Nie sięgnęła nawet w tym czasie po filiżankę, a w myślach zaczynała rozrysowywać wszystkie możliwe opcje wsparcia. Bo nawet jeśli prowadzenie interesu nastawionego na jakąś klientelę zawsze wiązało się z tym, że nawiązywało się standardowy kontakt z różnymi ludźmi, najczęściej nieświadomie również z wiedźmami i zapach wykryty przez wspomnianą inkwizytorkę mógłby zostać po prostu uznany za woń przypadkowej osoby przychodzącej ze sprawą, to ryzyko powrotu Karen było dosyć duże. Po prostu szukałaby okazji, wiedząc już, że jakaś czarownica kręciła się w tym konkretnym punkcie na mapie Wishtown. A jeśli trafiłaby do zakładu zegarmistrzowskiego w tym samym czasie, kiedy znajdowałaby się w nim młoda pomocnica Lynna? Veilore zadrżała nieznacznie, wyobrażając sobie ten okropny scenariusz. Niczemu winne osoby nie powinny być karane. No czymże sobie na to zasłużyły? Pomocą udzieloną drugiej osobie z dobrego serca? Albo urodzeniem, na które nie ma się wpływu?
Veilore pokręciła głową.
Nigdy jej nie spotkałam osobiście„...całe szczęście”, dopowiedziała sobie w myślach. Nie daj, może ta cała Karen wyczułaby jakiś ślad po wiedźmie na ubraniu czy we włosach, wszystko było przecież możliwe.
Zrobię, co w mojej mocy – powiedziała, gdy Lynn zaczął bardziej stresować się wypowiadanymi słowami. Najemniczka chciała ulżyć nieco jego nerwom poprzez oznajmienie, że mu nie odmówi w ostatniej chwili. Z drugiej jednak strony czuła, że powinna powiedzieć mu kilka rzeczy ponad to, co rzekła, ponieważ samo towarzyszące na co dzień spięcie może go zdradzić, a zasłyszenie gdzieś przypadkiem kilku dodatkowych informacji bez powiązania ich z odpowiednim tłem wcale nie pomogłoby mu w zachowaniu spokoju. Veilore sądziła więc, że dobrze będzie ubiec ewentualne zdarzenie, które może poskutkować niepotrzebnymi, narażającymi zarówno ją, Lynna oraz jego pomocnicę reakcjami.
Ale zanim ostatecznie przypieczętujesz swoją decyzję o powierzeniu mi bezpieczeństwa Shilvii, powinieneś poznać kilka faktów, żeby potem nie martwić się i nie rwać sobie włosów z głowy w przekonaniu, że cię oszukałam. Nie wiem, ile opowiedział ci o mnie pan Lambton, kiedy przyszedł do ciebie w poszukiwaniu genialnego wytwórcy wszelkiego rodzaju mechanizmów. We dwoje nigdy nie mieliśmy okazji do tego nawiązać, a gdybyś usłyszał to od kogoś innego, mógłbyś dojść do błędnych wniosków.
Vei wypiła trochę herbaty, zastanawiając się jak zacząć. Najemniczka postawiła na sposób „prosto z mostu”.
Długie lata temu walczyłam przeciwko wiedźmom na pełen etat, więc owszem, zdarzało mi się je zabijać. Ale nie zmieniaj, proszę, o mnie zdania. Musisz wiedzieć, że to były inne czasy i inne okoliczności. Niektóre wiedźmy stały się zagrożeniem dla bezpieczeństwa kraju, władzy i cywili, a monarcha wysłał to, co miał – swoją armię. Nie mieliśmy wtedy w naszych granicach Inkwizycji. Dołączyłam do armii, bo chciałam uchronić przed niebezpieczeństwem swoich bliskich i dopomóc w jak najszybszym zakończeniu wojny, aby zminimalizować zbierane przez nią żniwa. Zaufanie świętej pamięci ministra Lambtona zawdzięczałam nie tylko uchronieniu go od niebezpieczeństwa, pracę dał mi również z tego powodu, że nie okazałam się żadną fanatyczką. Mam wrażenie, że Inkwizycja uważa mnie za weterankę, której nudzi się na emeryturze i coś od czasu do czasu zrobi. Ale nigdy nie skrzywdziłam pośrednio lub bezpośrednio niewinnej osoby.
Veilore patrzała z przekonaniem na Lynna.
Nigdy. Wręcz przeciwnie, jestem w stanie zaryzykować, by choć trochę przyczynić się do zmniejszenia skali bezsensownego cierpienia. Pytanie, czy mi wierzysz?
Gdy Lynn wspomniał o pomyśle z Cyrkiem, Vei zamyśliła się. Pozornie dobry pomysł, ale niósł za sobą wiele negatywnych stron. Shilvia przede wszystkim nie mogłaby opuszczać cyrkowego namiotu i po prostu nie istniałaby możliwość dopilnowania tego.
Nie wiem czy to właściwy wybór. Oczekujesz ode mnie zapewnienia jej bezpieczeństwa. Ale jeśli zostawię ją w Cyrku...? Jakże miałabym cię informować, że wszystko jest w porządku, skoro daleko by mi było do pewności, że jeszcze żyje i ma się dobrze? Może... Może wzięłabym ją do siebie? Nikt nie posądzi cię o obcowanie z wiedźmami, jeśli chciałbyś kiedyś zobaczyć się ze swoją podopieczną. Spotykasz się ze mną, uczestniczką wielu bitew z wiedźmami, wybawicielką znanego polityka, nie z członkinią cyrkowej grupy, najprawdopodobniej podejrzaną o bycie wiedźmą, jak większość tego zgromadzenia. Mnie Inkwizycja tak szybko nie zacznie podejrzewać. A w razie wypadku miałabym szansę jakoś zareagować.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t161-veilore-silver-hand
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 442
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Sob Wrz 01, 2018 9:41 pm

Wątpił, by inkwizytor przyjąłby wymówkę opierającą się na pomocy ze wzgląd na stare czasy. Liczył się fakt pomocy wiedźmie, a to w oczach świętej organizacji urastało do rangi grzechu. Spoglądał badawczo w niebieskie oczy Veilore, lecz nie odzywał się, nie chcąc odbiegać od trapiącego go tematu i odwodzić ich myśli na zbędne tory.
- Nie wiem. Nie jestem w stanie sposób ocenić oddania, jakie kiedykolwiek łączyło cię z tą organizacją. Mówię... Pozostała mi wiara. Wiara, że nawet podczas „okazjonalnej współpracy” wiązał cię z nią jedynie rozkaz. A ty, w swojej ocenie, potrafiłaś odróżnić dobro od zła - podzielił się z nią nadziejami, choć było to tak niewiele w stosunku do wagi odpowiedzialności, jaka miała ich łączyć.
Najwyraźniej źle o nim świadczyło, jak niskie standardy miał co do osoby, której miał powierzyć kogoś, kogo traktował jako własne dziecko. Wiara. To brzmiało tak absurdalnie, że gdyby nie powaga sytuacji, zaśmiałby się żałośnie. Tylko wiara w szlachetność Veilore sprawiała, że wybrał akurat ją.
Również zapomniał o herbacie, tym razem nie musząc tuszować swojego zdenerwowania, nieustannie sięgając po filiżankę. Rozmowa, od której tyle zależało pochłonęła go do reszty.
- Nie znałem szczegółów - poinformował ją zgodnie z prawdą, gdy poruszyła informacje o swojej przeszłości. Ciepło wspominał postać Lambtona i nie było to spowodowane nawet sporą sumką, która wpadła do jego kieszeni po realizacji zamówienia. Nie wiązało się z tym również stworzenie tego istnego cudu techniki, a zwyczajna empatia, jaka charakteryzował się mężczyzna. Ostatni z dobrych na tym smutnym świecie. Człowiek, który potrafił docenić poświęcenie i lojalność. Wrócił do głównego wątku, nim wspomnienia pochłonęły go do reszty:
- Nosiłem tę świadomość. Nie zmienia to niczego. Znam potęgę rozkazu inkwizycji. Również mam krew na własnych rękach, choć nie przyczyniłem się do żadnej śmierci bezpośrednio... - urwał, niechętnie się do tego przyznając, choć fakt, że Lynn niegdyś zasilał szeregi Inkwizycji, nie był żadną tajemnicą. - Za swoich czasów zlecano mi tworzenie broni, które służyły w wiadomych celach... - przyznał, chcąc również pokazać, że nie ma czystego sumienia, a jego przeszłość nie ograniczała się wyłącznie do wyborów, jakie sam chciał dokonywać. Nie... Miał wrażenie, że dopiero od niedawna zaczął brać odpowiedzialność za siebie, świadomie decydując, co chce czynić.
- To niczego nie zmienia - powtórzył się, zapewniając ją po raz kolejny, że znajdują się w podobnej sytuacji. - Wierzę ci i historia ta tego nie zmieniła - skomentował jedynie, nie wahając się nawet przez moment.
Wątpliwości pojawiły się dopiero, gdy jego plan oddania Shilvii do cyrkowego kręgu nie przypadł do gustu Veilore. Uznawał to za jedyną opcję. Sądził, że znajdzie tam podobnych sobie. I uznawał to miejsce za jedyne, w którym mógłby ją odwiedzać, jeśli tylko... wciąż by tego chciała.
- To spore zobowiązanie, Veilore. Nie mógłbym narażać również ciebie, jeśli nie jesteś zamieszana w konflikt z Inkwizycją... jeszcze - dodał po chwili namysłu, czując, że nastanie to prędzej czy później.
Nie wiedział, co o tym sądzić. Wizja oddania dziewczyny pod opiekę Veilore pojawiła się nagle. Oferta była atrakcyjna, choć niespodziewana. W pośpiechu rozważał jej wszystkie wady i zalety.
- Zresztą... Czy byłaby bezpieczniejsza u twojego boku? Czy nie prowadzisz życia na walizkach? Czy byłabyś w stanie uniknąć inkwizycyjnych podejrzeń? - zasypał ją pytaniami. Jedno musiał jej przyznać. Pod opieką Veilore miałby pewność, że wszystko jest tak, jakby sobie tego życzył...
- Chciałbym ją widywać. Ale... Jestem świadom, że nie powinienem oczekiwać od losu kompromisów. Shilvia może nie być skłonna porzucić dotychczasowego życia - poinformował ją, zaraz wyjaśniając swoje słowa. - Nie dziw się tylko. Ty również nie opuściłabyś tego, na czym ci zależy, nawet jeśli ktoś poinformowałby cię, że to wszystko dla twojego dobra? - zadał kobiecie niejasne pytanie, jednocześnie spodziewając się odpowiedzi przeczącej. Jak sądził, sprowokowałoby ją to tylko bardziej. Nie opuściłaby towarzysza w potrzebie, narażając się na zagrożenie. Wiedział też, że równie trudne będzie przekazanie to Shilvii. - Jeśli będzie to konieczne... Zrobię wszystko, by odeszła pod twoje skrzydła. Choćbym miał wyrzucić ją z pracowni siłą - obiecał, zamierzając trzymać się postanowienia. Przywykł już do wychodzenia na zrzędliwego dziada, dodatkowa łatka skończonego chuja właściwie nawet by go nie wzruszyła. O ile tylko już takiej na sobie nie nosił.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Veilore
Panna srebrna rączka
avatar

Liczba postów : 180
Join date : 22/08/2015

PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   Nie Paź 07, 2018 3:23 pm

Odróżnianie dobra od zła... Z tym wielu ludzi na tym świecie miało wielki problem, a gros tych osób znajdowało się w Inkwizycji lub oficjalnie jej sprzyjało, często zupełnie zapominając o ludzkich odruchach względem innej jednostki, takiej wiedźmy... „bo przecież to nie człowiek, tylko pomiot szatana” niegodny, by traktować go chociażby jak zwierzę. Veilore jednak nie brakowało zdolności rozsądnego ocenienia, kto w całym tym bajzlu jest dobry, a kogo należy potępić. Uznając Inkwizycję za ostoję dla ludzi o spaczonym umyśle i nigdy nienasyconych, morderczych instynktach, dla kobiety nie było nawet mowy o jakiejkolwiek wierności tej instytucji. Nie chciała być jej częścią i stać z jej członkami ramię w ramię. Choć z pewnością zdarzały się w niej jednostki mniej szkodliwe czy po prostu zmuszone w jakiś sposób okolicznościami do współpracy, a w duchu myślące odmiennie niż im nakazano. Liczyły się jednak przede wszystkim czyny dokonane.
Najemniczce po prostu czasem było po drodze, to wszystko... chociaż wolałaby nie nawiązywać takiej nawet, okazjonalnej współpracy. I to jedyne, co jej wadziło.
Zawsze starałam się i staram postępować słusznie.
Veilore od razu, gdy usłyszała pomysł Lynna, poddała go analizie, dlatego postanowiła wyrazić swoje wątpliwości co do pewnych kwestii. Mężczyzna wyraźnie chciał pewności bezpieczeństwa swojej podopiecznej, jednakże czy umieściwszy ją w cyrku, będą w stanie tego dopilnować, jeśli coś stało się w tamtym towarzystwie? Kto by dziewczynie pomógł w razie komplikacji, jeśli i Veilore, i jej rozmówca zaglądaliby tylko od czasu do czasu?
Kobieta skinęła lekko głową na znak, że zdaje sobie sprawę z tego, jaki pomysł właśnie rzuciła i z czym się on wiąże. Wiedziała też, że była to po prostu kolejna opcja do rozpatrzenia i ewentualnych dalszych ustaleń. Decyzja zależała od Lynna, bo Veilore samą propozycją wyraziła aprobatę dla takiego rozwiązania. Podstawę nastawienia kobiety stanowiła chęć pomocy swojemu dobrodziejowi niezależnie od tego, jakie niosłoby to ze sobą trudności oraz przekonanie o wspomnianej słuszności pomocy młodej wiedźmie. Czy świat obecnie nie szedł w złym kierunku, skoro niewinni nie mieli żadnego oparcia? I cudem znajdowały się takie osoby jak Lynn czy Vei? – Takie osoby, które pomyślą, że w ich rzeczywistości coś działa nie tak, jak powinno?
„...konflikt z Inkwizycją... jeszcze” – ta fraza odbiła się echem w umyśle blondynki i przeszyła gdzieś działające trybiki. Zanim kontynuowała wątek potencjalnego wzięcia Shilvii pod swoją opiekę, musiała przetrawić te słowa, gdyż brzmiały one jakby mężczyzna spodziewał się, że...? Najemniczka żyła dosyć prostym życiem, działając w ramach otaczającej jej rzeczywistości, jedynie próbując nie dopuszczać do większej ilości nieszczęść, gdy miała ku temu okazję. Nie przechodziła obojętnie obok codziennego cierpienia. Czy w końcu mogło to przerodzić się w konflikt? A może Lynn wiedział o czymś, o czym ona sama nie wiedziała, nie dostrzegała? Czy Lambton też po niej czegoś oczekiwał?
Podróżuję dosyć często, to prawda. Jednak tutaj jest mój dom i tutaj zawsze wracam – zaczęła odpowiadać na pytania zegarmistrza. – Mieszkam na odludziu, mało kto wybiera się na takie wycieczki po niebezpiecznych lasach. Mam tam stosunkowo spokojne życie, jak również niewielu gości. Znalazłby się i kąt dla twojej Shilvii. A gdyby okazywało się to konieczne, brałabym ją ze sobą. Istniałyby też pewne inne korzyści, bo mogłabym ją czegoś nauczyć, w tym fechtunku, aby nie była bezbronna.
...jakąkolwiek mocą nie dysponuje. Zawsze warto umieć wykorzystywać różne opcje obrony, gdyż jedna, akurat ta, na której się polega, zawsze może zawieść.
Jak wspomniałam Inkwizycja ma o mnie pewne zdanie, nie sądzę, by podejrzewali, że będę wspierać przeciwną stronę barykady. Jestem tylko najemniczką czy tam starą, poszkodowaną weteranką, która czasem przegląda listy gończe za przestępcami i ich szuka. Nie wiem, co ci mogę jeszcze powiedzieć, by ułatwić podjęcie decyzji. Musimy się zastanowić nad każdym rozwiązaniem. Ale jeśli o mnie chodzi, moim zdaniem, każde z nich będzie w jakiś sposób ryzykowne – powiedziała.
Veilore brała pod uwagę, że problem może istnieć również od strony dziewczyny, o której bezpieczeństwie debatowali.Wypiła trochę herbaty, której poziom w filiżance niebezpiecznie zbliżał się do dna. Najemniczka zastanowiła się nad słowami Lynna. Oczywiście, że nie zostawiłaby kogoś dla siebie ważnego. Tak brzmiałaby jej natychmiastowa odpowiedź, gdyby do niej doszło. Ale przemyślenia Vei szły nieco dalej.
Nie opuściłabym, zgadza się – rzekła, jakby można by się tego spodziewać. – Ale przemyślałabym, czy w razie mojego sprzeciwu niebezpieczeństwo nie padłoby również na osobę, która ratunek organizuje. Jak sądzę, gdyby odkryli, że chronisz wiedźmę, nie uszłoby ci to płazem i może nawet obok niej trafiłbyś na stryczek. Będąc razem oboje jesteście zagrożeni.
Gdyby Veilore wiedziała, że rozdzielenie daje cień szansy na oddalenie go... na pewno rozważyłaby pomysł. Tymczasem dopiła swój napar do końca. Jeszcze ciepła smagała nozdrza unoszącym się aromatem. Chłodne ostatki napoju nigdy nie były tak przyjemne. Poza tym czas na serwisowanie ręki powinien niedługo dojść do końca, a blondynka miała wrażenie, że powinna też Lynnowi zostawić czas do porządnego namyślenia się nad dalszymi krokami.
Może w tym świetle powinieneś ukazać to Shilvii – zarzuciła drobną radą. Wtedy zrobiliby to wzajemnie dla swojego dobra.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t161-veilore-silver-hand
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Pracownia Zegarmistrzowska   

Powrót do góry Go down
 
Pracownia Zegarmistrzowska
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
 Similar topics
-
» Pracownia malarska
» Pracownia alchemika
» Pracownia Nanaś~
» Prywatna pracownia/Komnata Hiro [pierwsze piętro]
» Pracownia Laczka.

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Wishtown :: Uliczki-
Skocz do: