IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Rynek

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mea Culpa
Biały Indianin
avatar

Liczba postów : 11
Join date : 27/01/2017

PisanieTemat: Rynek   Nie Lut 05, 2017 1:08 pm

Podróże między miastami i miasteczkami zazwyczaj nie należały do najkrótszych, jednak ta do Wishtown rozpoczęła się na długo przed świtem i dopiero, gdy krótka wskazówka zegarka głównego kupca przebyła większość drogi do szczytu tarczy, ujrzeli zbliżające się zabudowania. Mea zdążyła już przyzwyczaić się do leżącego wokół, jak się dowiedziała, śniegu, gęstego angielskiego powietrza, masy ludzi i starych, pięknych miasteczek. Jednak krajobraz, który otaczał ją teraz… całkowicie zapierał dech w piersiach. Śnieg na przedpolu Wishtown nie przypominał mokrych zwałowisk na bokach ulic, widocznych gdzieniegdzie w miastach ani brunatnych mlaskających mas, pokrywających wszystkie trakty i drogi. Tutaj z mroków nocy wyłonił się śnieg błyszczący bielą kojarzącą się Mei z chustami pastora, którymi przykrywał kawałki chleba na mszy. Z puszystych chmur po chwili zaczęły spadać grube, białe płaty; powietrze trwało nieruchome, świat pogrążył się w ciszy wstrzymując oddech razem z dziewczyną siedzącą na tyle wozu kupieckiego nurzającego się w bieli. Śnieg padający z nieba z daleka wyglądał jak kłębki bawełny, z których Cicha Rzeka zwijała grube nici do tkania, a przy styczności z czymś ciepłym rozpadał się na malutkie, pojedyncze gwiazdki. Kupcy, z którymi podróżowała również zamilkli (gdy Mea odwróciła się do nich, zauważyła, że się lekko uśmiechają), nawet konie stąpały ciszej – dźwięk kopyt tłumił puszysty śnieg. Jechali pośród takiej scenerii aż do samego miasta co jakiś czas zmuszeni – konie również – do strzepywania śniegu z głów. Dziewczyna wpatrzona w śnieżny pejzaż nawet nie zauważyła zbliżającego się miasta, dopiero widząc pierwsze, mijane, niskie zabudowania, zaczęła się rozglądać. Przyzwyczaiła się już do widoku budynków, które im głębiej wjechać w miasto, tym bardziej rosły i stawały się ozdobniejsze. Jednak teraz, gdy każdy parapet, gzyms i rzeźbienie otulał biały kocyk, a szyby skrzyły się w nieprzypominających niczego wzorach malowanych mrozem, podziwiała angielskie miasto tak, jak za pierwszym razem. W końcu domy przemieniły się w kamienice, a ulica poszerzyła – wjeżdżali w centrum, już zdążyła nauczyć się mniej więcej rozkładu miast. Wóz przyśpieszył, było już całkowicie widno, mieszkańcy wylegli na ulice zmierzając na rynek, co oznaczało tylko jedno – spóźnili się. Mea wyczuła tę nerwową atmosferę kupców i odruchowo ścisnęła lalkę zapominając na chwilę o pięknie świata wokół. W końcu wóz zatrzymał się, para kupców wysiadła i zajęła się końmi, Mea zaś chwilę obserwowała otoczenie, aby bez wyrzutów sumienia móc zeskoczyć. Starszy kupiec, na którego wszyscy wołali Jeff uśmiechnął się do niej, podał jej mieszek z pieniędzmi, wskazał głową na powoli robiący się tłok przy straganach i pchnął ją w ich stronę.
– Pooglądaj sobie, dziewczyno. To już ostatnie miasto, ale bardzo ładne – powiedział, po czym odwrócił się do wozu pomagając towarzyszowi w układaniu ubrań i tkanin. Mea stała jednak nieco niepewna i oglądała się wciąż na znajome twarze, dopiero gdy po chwili ludzie zaczęli zbierać się wokół towarów zza oceanu, dziewczyna ruszyła z miejsca w głąb rynku Wishtown. Pierwszy raz tak późno przyjechali do jakiegokolwiek miasta, zawsze więc miała więcej czasu na przyzwyczajenie się do gęstniejącej masy ludzkiej przelewającej się między przyprawami, których zapach kręcił ją w nosie i odurzał, a najmodniejszych krojów ubraniami, między słoikami pełnymi kolorowych substancji a pięknymi kapeluszami, z których rond wylewały się kaskadami wieczne kwiaty, między świeżym mlekiem i jajkami a delikatnymi rękawiczkami z piórami, haftami, koronkami. Stragany tego dnia zajmowały sporą przestrzeń rynku Wishtown, resztę dopełniali kręcący się ludzie. Ktoś gdzieś stroił skrzypce i na początku to właśnie tam dziewczyna chciała iść, chłonąc otoczenie wszystkimi zmysłami, jednak w tym momencie jej uwagę przykuło zupełnie co innego. Stanęła przed niewielkim stoiskiem okrytym drewnianym daszkiem, na którym w rzędach rozłożono szale, tiule i przede wszystkim rękawiczki. Z tyłu na półeczkach stały wykwintne czepki i kapelusze, ale tym, w czym utkwiła swój bystry wzrok był cylinder. Z kroju męski, ciemnobrązowy, lecz na półce pysznił się wręcz wśród piór i wstążek delikatną i białą jak śnieg koronką powplataną pomiędzy turkusowe wieczne róże otulające rondo z prawej strony. Stała więc tak po środku uliczki między straganami zapatrzona w jeden punkt, trzymając w jednej ręce luźno lalkę i nie zważając na ludzi, którzy potrącali ją co chwila śpiesząc w różnych kierunkach. Turkusowe oczy Mei wczepiły się w turkusowe kwiaty. Jaki on piękny, taki piękny – pomyślała. Nawet sprzedawca już nie próbował nawiązać z nią kontaktu wzrokowego, oczarowanej dziewczyny nie udawało się wcale przywrócić do rzeczywistości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Saja
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 356
Join date : 06/01/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Pon Lut 06, 2017 7:41 am

Padające płatki śniegu wyglądały iście majestatycznie. Sam ich widok nie jednemu zapierał w dech piersiach. Uliczki pokrywały się śniegiem coraz, to szybciej i szybciej podobnie jak drzewa. Przybierając nie codzienny kształt, oraz widok.
Lekki mróz nie przeszkadzał nikomu, ludzie ubrani w cieplejsze rzeczy chodzili nieco ostrożniej niż zwykle. Śmiech bawiących się dzieci, gdzieś na podwórku odbijał się echem między domami. Dziewczyna zerkając na ułamek sekundy, przez okno na zewnątrz nie miała najmniejszego zamiaru opuszczać zacisza domowego. Nie bardzo przepadała za tą porą roku i gdyby nie fakt, że musi, udać się dziś w stronę organizacja nie wychyliłaby nosa zza drzwi. Dosłownie żadna siła nie ruszyłaby ją z miękkiego fotela z przed ciepłego kominka. Mając jeszcze sporo czasu do wyjścia, rozprostowała obie nogi wygodnie, wyciągając je na małą brązową pufę, stojąca na drewnianej mozaice, tuż przed nią. Wpatrywała się swoimi szafirowymi oczami prosto w kamienny kominek. Uwielbiał widok jasno czerwonego płomienia, który tańczył triumfalnie, nad rozpalonym drzewem, a żółte iskry dorównując mu kroku, łączyły się z nim w jedno ciało, które po pewnym czasie się rozdzielało, na dwie różne dusze. Po czym unosiły się delikatnie, pełne wdzięku gracji do góry, aby później rozpłynąć się w powietrzu. Przez chwilę przyszła jej myśli ~ Podobny proces zachodzi z przejęciem ciała, przez koszmary, najpierw łączą się ze sobą jak jedno ciało, po mimo ukrytych w nim dwóch dusz. Następnie po pewnym czasie przejmuję on kontrolę nad ciałem i życiem ofiary, ale mogą zdążyć się też wyjątki jak przykładowo mój nowy znajomy, od którego czerpię wiedzę na tego typu przypadkach zanim go oczywiście zabije. Uśmiechnęła się przebiegle i po chwili wróciła, do kontynuacji swoich zebranych myśli ~Po jakimś czasie ciało umiera, a dusza, o ile można nazwać to duszą? Unosi się w powietrzu jak gdyby nigdy nic, tylko z tą różnicą, że nie rozpływa się, jak iskry, tylko czai się  gdzieś w mrocznych zakamarkach i szuka kolejnej ofiary na żer jak pasożyt, który żywi się wyłącznie ludzkim ciałem. ~ jednak widok rozpływających się iskierek i dźwięk rozżarzonego drzewa szybko ją rozproszyły i powróciła do rzeczywistości. Ciepły blask płomieni przedostający się do ciemnego wnętrza pomieszczenia, był przyjemny, oraz przytulny. Dźwięk palącego się drzewa rozchodził się echem, po całym salonie. Razem tworzył urokliwy klimat, do przeczytania jakieś dobrej książki, przy szklaneczce dobrej whisky. Pomysł wydawał się idealny dla Saji na spędzenie popołudnia, które zbliżało się nieustannie wielkimi krokami.
Upłynęła jeszcze dobra chwila zanim postanowiła się zebrać z miękkiego skórzanego fotela i porzucić swoje wcześniejsze zamysły. Podnosząc się z wygodnego siedzenia, spojrzała kontem oka w stronę stojącego w kącie zegara, aby upewnić się, która dokładnie jest godzina. Zegar pokazywała dwadzieścia po dwunastej. Po krótkiej chwili namysłu skierowała się wolnym krokiem w stronę wyjścia. Zdjęła bez większego pośpiechu z drewnianego wieszak czarny długi płaszcz i włożyła, go jednym ruchem ręki, na swoje wąskie ramiona. Wychodząc z rezydencji włożyła kaptur na głowę z pod, którego można było zauważyć ino czerwone usta dziewczyny. Zamykając drzwi zza sobą mruczała pod nosem ~Ta cholerna zima nie miała kiedy się pojawić.. Wszystko dokoła jest w jednym kolorze.. Nic szczególnego, tylko z oddali czuć zapach zimnego powiewu wiatru, który z pewnością zwiastuje szybkie pojawienie się przymrozków.~Szła dość wolnym krokiem, na tyle, na ile pozwalały jej, na to pokryte śniegiem uliczki. Nie zatrzymując się nigdzie po drodze, znalazła się prawie na rynku. Zanim jednak weszła, przystanęła na jednej z uliczek prowadzącej, do jego wnętrza. Ludzi krążyło po nim, jak mrówek, każdy czegoś szukał dla siebie, podobnie zresztą jak handlarzy. Zapach unoszących się świeżych wypieków, kusił niemiłosiernie prawie każdego. Podobnie, jak czarnowłosą, która nie umiała, się oprzeć zapachowi świeżo pieczonego ciasta. Ruszyła wolnym krokiem, do przodu, przed siebie w kierunku, przy drożej kawiarni. Droga niestety, jak na złość, nie była zbyt wygodna. Pokryta śniegiem, pod którym skrywał się zamarznięty lód z spowalniał ruchy dziewczyny. Trzeba było naprawdę dobrze uważać, aby się nie poślizgnąć i nie wywrócić. Idąc tak po woli nie zwracała uwagi na nikogo. Kawiarenka z ciastem znajdowała się obok handlarza z różnymi cudownymi rękawiczkami i kapeluszami. Już prawie była na wyciągnięcie jej ręki, jednak los bywa okrutny, a dokładnie złamała obcasa w lewym bucie. Po czuła, że zaraz straci równowagę i się przewróci. Chcąc jednak temu zapobiec, chwyciła się silno zza ramię przypadkową dziewczynę przystrojoną w przepiękną chustę. Stojącą sobie zupełnie niewinnie, przy stoisku z cudownymi rękawiczkami i kapeluszami. Niefortunny przypadek sprawił, że chwytając się jej, starała się utrzymać równowagę, jednak to nie wystarczyło i obie, wylądowały na ziemi. Saja próbując się podnieść mruczała przez zęby ~ Szlak trafił nowe buty, a dopiero je, odebrałam, od szewca, niech tylko go dopadnę w swoje ręce. Cały obcas się złamał, jak to tragicznie wygląda? Jak ja teraz będę w tym chodzić? Pieprzona zima... Nic tylko.. ~ już miała dokończyć kilkoma przekleństwami swoją urozmaiconą wypowiedź, kiedy spostrzegła, że tuż obok niej leży jakaś dziewczyna. Na szczęście upadek nie wyglądał groźnie i nie był zbytnio bolesny, przynajmniej dla Saji, co do dziewczyny, to nie miała bladego pojęcia? Wstała do góry, po mimo że, bez jednego obca w lewym bucie, starała się utrzymać na nogach i pomóc leżącej nieznajomej. Wyciągnęła w jej kierunku prawą dłoń usiłując ją podnieść z ziemi, tak aby jej nogi powtórnie się nie rozjechały. Międzyczasie mówiąc ciepłym i miłym głosem :
- Wybacz mi. Mam nadzieję, że nic Ci się nie stało? - przygryzała, przy tym lekko prawy kącik ust.
- Na imię mam Saja.. Saja N. Ty pewnie ledwo, co przybyłaś do naszego miasta? A tu spotkało Cię niemiłe przywitanie z mojej strony.- Przekręciła z lekka oczami wiedząc, że całe zajście, to jej wyłącznie zasługa.
- Przybyłaś może tutaj z rodziną? Czy sama? Na długo planujesz, tu zostać? Może czegoś lub kogoś szukasz? Chętnie Ci w tym pomogę jeśli chcesz? To będzie taka moja mała rekompensata zza całe, to zamieszanie.- Saji od razu uruchomiła się intuicja i zalała dziewczynę kilkoma krótkim pytaniami, jak na jakimś przesłuchaniu. Obca osoba pojawiła się w mieście, o niecodziennym wyglądzie więc, jak to Saja musiała dowiedzieć się kilku istotnych informacji.

Ps; Najdłuższy post mojego autorstwa w historii tego wspaniałego forum jaki, udało mi się napisałam z telefonu brawo ja.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mea Culpa
Biały Indianin
avatar

Liczba postów : 11
Join date : 27/01/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Sro Lut 08, 2017 8:37 pm

Wtedy przypomniała sobie o otrzymanych od kupca pieniądzach. Sprawdziła przez materiał torby, czy skórzany mieszek dalej tam był i wyczuwszy w nim grube monety, pozwoliła sobie na dalsze przemyślenia. Zawsze było ich mniej więcej tyle samo, więc jeśli kapelusz nie był zbyt drogi… Ale mam przecież chustę, nie potrzebuję kolejnego nakrycia głowy – zrugała się w myślach. Jednak cylinder jakoś tak przyciągał jej wzrok, nęcił, po chwili wyobraziła go sobie na swojej głowie. Cylinder w tej wizji był biletem wstępu do Anglii, jakiej jeszcze nie poznała. Wszystko byłoby inaczej, gdyby tylko miała go teraz na sobie, byłaby jedną z nich wszystkich! Ten dziecinny obraz mimo wszystko zdołał jednak lekko nadwyrężyć pragmatyzm dziewczyny. Uch, chyba przecież nic się nie stanie, jak spytam o cenę… – oczy jej zabłyszczały, kąciki ust uniosły się lekko ku górze. – Tak! Nic się nie stanie. Po prostu spytam, tylko spytam, przecież mogę. Nie muszę kupować go od razu. Po prostu dowiem się o cenie i tyle, tak. I już podnosiła stopę z ziemi, aby zbliżyć się do straganu, podnosiła dłoń, aby zwrócić na siebie uwagę sprzedawcy, gdy w tym właśnie momencie czyjaś ręka złapała ją za ramię i pociągnęła do tyłu. Pewnie przeklęłaby w myśli, gdyby znała jakiekolwiek przekleństwo, jednak zamiast tego próbowała jakoś złagodzić upadek, gdyż wiedziała, że nie zdoła odzyskać utraconej w najgorszym momencie równowagi. Wyrzuciła ręce do tyłu, wypuszczając lalkę, której upadek złagodziła i spowolniła nieznacznie swoją tajemniczą umiejętnością i wygięła tułów do przodu, aby odbić się dłońmi od bruku i szybko przejść w kucki. Jednak nie wzięła pod uwagę lodu czyhającego pod puszystym śniegiem. Trzewiki rozjechały się i dziewczyna upadła płasko na ziemię. Drugi raz już nie popełniła tego błędu i lepiej badając powierzchnię podniosła tułów do siadu. Przyczyna jej upadku zdążyła już wstać i teraz wyciągała do niej smukłą dłoń. Mea zauważyła, że mimo wszystko nieznajoma dalej ledwo trzyma się na nogach, więc podniosła się sama ująwszy zaledwie na chwilę jej dłoń, aby znów obie nie wylądowały w śniegu. Niemiłym byłoby zignorowanie pomocy, a cechą, którą zauważyła u Anglików, to łatwość w sprawianiu im obrazy.
Pokręciła głową na znak, że jest cała, naciągnęła chustę na głowę, bo zsunęła jej się podczas upadku i szybko zerknęła nie poruszając nawet głową w stronę cylindra. Wciąż był na miejscu, a sprzedawca właśnie rozmawiał z jakimś chłopakiem, pewnie do pomocy. Mea odetchnęła i schyliła się, aby podnieść z ziemi Skaczącą. Otrzepała jej sukienkę i włosy ze śniegu i lekko przytuliła. Uszy miała wciąż otwarte na słowa nieznajomej, jak się dowiedziała, Saji. Mimo butów na obcasie tamtej, Mea górowała nad nią nieznacznie. W reakcji na nagły wybuch życzliwości, kąciki ust dziewczyny uniosły się lekko, a wzrok wypogodził.
– Nic mi nie jest, proszę nie martwić się o mnie. – Jej angielski był bardzo poprawny, słowa wypływały z ust w pełni przemyślane i nazbyt wyraźne. – A czy pani nie stała się krzywda? Widzę, że ucierpiał but. – Stwierdzenie to mogło wydać się zabawne, jednak nie dla Mei, która wypowiedziała je z poważną troską.
Przyglądała się chwilę Saji i pomyślała o jej słowach. Rekompensata, znaczy odwdzięczenie się. Czy potrzebuję… – jej wzrok w jednej chwili padł na cylinder i pozostał na nim przez nie dłużej niż kilka sekund, jednak nawet tak krótki czas mógł wystarczyć, aby ten gest został zauważony. Blade z natury policzki Indianki spąsowiały wyraźnie. Dziewczyna zawstydziła się swoich materialistycznych myśli, spuściła wzrok i pokręciła głową.
Kolejne słowo, na jakie zwróciła uwagę z pytań Saji to rodzina. Nie myślała o nich od ucieczki z kontynentu na statek, a teraz wszystkie te rdzawe uśmiechnięte twarze przebiegły jej przed oczami, wszystkie wspólne zwyczaje, polowania, noce, dnie i lata. A potem strzały. A potem ogień, który przecież sama podłożyła. Ogień, któremu podarowała te drogie ciała ogromnej rodziny. Mea wzięła głęboki oddech, żeby powstrzymać łzy cisnące się do oczu. Naraz zobaczyła na włosach lalki czarny warkocz, który spłynął z pleców do przodu, pewnie podczas podnoszenia się po upadku. To były ich włosy, rodziców, to był jej amulet, w którym żyła cząstka najdroższych dusz.
– Z rodziną. Przyjechałam z rodziną – szepnęła. Jej twarz znów wróciła do pewnej równowagi i spokoju, chwila słabości minęła bezpowrotnie. Nie można było teraz poznać na niej śladów poprzednich emocji.
Przyjrzała się Saji jeszcze raz. Była ubrana zupełnie inaczej niż ona. Wzrok Mei przyciągnęła przywieszka pięknej czerwonej barwy na jej szyi. Układała się w kwiat widziany przez nią wielokrotnie odkąd przybyła do Anglii. W końcu miała możliwość przezwyciężenia się i spytania:
– Co to jest za kwiat? Na pani szyi? – spojrzała prosto w oczy Saji. – Bardzo piękny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Saja
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 356
Join date : 06/01/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Sob Lut 11, 2017 6:57 pm

- Raczej nie.- Przymarszczyła lekko czarne brwi- Nie raz nie dwa lądowałam gorzej, ale zawsze wychodziłam z tego cało.- mrugnęła lewym oczkiem, jakby jej coś do niego wpadło- Może tak zdradzisz mi swe imię? Czy raczej wolisz, żebym nadal zwracała się do Ciebie przez Pani? - obdarzyła nieznajomą ciepłym uśmiechem. W głębi swojej mrocznej duszy cieszyła się, że nic się jej nie stało. Saja podobnie jak jej urocza towarzyszka usiłowała pozbyć się uporczywego śniegu z ubrania. Chwyciła mocno zza kąsek czarnego płaszcza i potrząsnęła nim energicznie, tak aby cały przylegający na nim biały puch spadł z powrotem na ziemię. Między czasie rozglądał się kontem oka, czy w pobliżu nie znajduję się jakiś niewielki przedmiot? Na którym mogłaby, przysiąść na chwilę i zobaczyć, czy uszkodzony but nadaje się jeszcze do użytku? Jednak pech jak, to pech niczego takiego w pobliżu nie było. Nagle do jej uszu dobiegł znajomy męski głos :
- Jak miło mi znów Cię zobaczyć.-  Saja chciała odwrócić się twarzą w stronę jego mościa, ale uszczerbek w lewym bucie i zmarznięta powierzchnia drogi na której stała, umożliwiały jej ten niewielki ruch ciałem. Zza jej pleców wyłonił się młody chłopak, o krótkich blond włosach i niebieskich oczach. Chłopak wysokiej postury, trzymał w obu rękach dużą brązową skrzynkę.
-W taką pogodę jak dziś. Proszę uwierzcie mi na słowo. Nie jeden, lądował plackiem na ziemi a kończyło się to o wiele gorzej. Dobrze, że żadna z was nie ucierpiał poważnie. - Obdarował czarującym uśmiechem kobietę wciągającą chustę na głowę. Spojrzał w kierunku Saji mówiąc :
- Ale tego nie można powiedzieć, o Twym pięknym bucie.- ponownie uśmiechnął się, po czym wzruszył z lekka ramionami :
- Wykładałem właśnie zawartość skrzyni na stragan a tu po chwili patrzę jak dwie piękne Panie leżą na ziemi całe w śniegu. Więc postanowiłem podejść bliżej i upewnić się na własne oczy, czy nic się wam nie stało. Przyniosłem skrzynię ze sobą, bo może mogła by się na coś przydać.- Blondyn położył ją tuż obok czarnowłosej. Oba jej policzki znacznie się zaczerwieniły. ~Nareszcie rozprawię się z tymi wstrętnymi butami.~ pomyślała, przez chwilę, po czym odpowiedziała :
- Dziękuję zza pomoc. Mnie też miło Cię zobaczyć. - odpowiedziała miłym tonem głosu, jak tylko potrafiła a w jej wydaniu było, to nie lada wyzwanie :
- Proszę bardzo. - Odrzekł i odwrócił się twarzą w stronę jasnowłosej :
- Nie widziałem Cię tu wcześniej?- ciągnął dalej, zanim zdążyła mu odpowiedzieć.- Ale kto wie? Może łaskawy los sprawi, że jeszcze się spotkamy. A teraz wybaczcie mi piękne Panie. Chętnie bym dotrzymał wam towarzystwa, ale teraz niestety muszę, wrócić niezwłocznie do pracy. Bo trochę się zagadałem i z pewnością mojemu szefowi się to nie spodoba. - Obracając się do nich plecami, pomachał im na pożegnanie. Saja dokładnie zbadała położony wcześniej przedmiot, przez młodzieńca, który wyglądał na bardzo solidnie wykonany. Miała nadzieję, że skrzynia wytrzymie jej ciężar ciała, bo gdyby tak się nie stało, to wpadłaby do jego wnętrza, swoimi szczupłymi czterema literami a śmiechu i wstydu byłoby, co nie miara. Dopiero po chwili namysłu na nim usiadła i założyła nogę zza nogę. Ściągając lewego buta ze stopy, obróciła go do góry uszkodzoną podeszwą. Nadal trzymała buta w dłoni, po czym chwyciła zza resztkę naderwanego obcasa i urwała go do końca, następnie włożyła gotowego buta z powrotem na stopę.
Zmieniła pozycję ułożenia nóg, tym razem prawa znalazła się na górze a lewa na dole. Podobnie jak wcześniej jednym szybkim ruchem ręki zdjęła prawego buta z nogi i położyła, go na skrzyni tuż obok siebie. Obcas skierowała do boku. Po chwili wyjęła z czerwonej skórzanej pochwy przypiętej, do pasa miecz. Miecz wyglądał cudownie w świetle blasku słońca, które rzucało swoje złociste promienie w prost na jego błękitne obu stronę ostrza. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że to zwykły miecz. Jednak jeśli przyjrzeć się mu nieco dokładnie od razu można zauważyć, że posiada on niezwykła grubą złotą rękojeść. Na samej jej górze znajduję się ogromny błękitny szafir, a po jego obydwu bokach znajdowały się duże czerwone rubiny, których nie było w żaden sposób nie zauważyć. W samym jego centrum znajduję się srebrny herb jej rodu, który idealne łączy jego całość. Przesuwając wzrok nieco niżej w dłuż błękitnego ostrza widniał manuskrypt w shtarym obcym języku, którego znaczenie znał wyłącznie jego właściciel.
Saja szybkim ruchome ostrza, odcięła nie potrzebny obcas w prawym bucie nie uszkadzając, przy tym jego grubej podeszwy. Kiedy oba buty znalazły się na nogach dziewczyny dodała :
- No teraz będą trochę wygodniejsze. Dziękuję ślicznie zza komplement.- chwyciła delikatnie wisiorek i obracała go w palcach prawej dłoni. - Ten wisiorek zarówno jak i miecz, to całe moje dziedzictwo, które zostały mi przekazane przez mojego ojca i cały nasz ród. Dodatkowo obie te rzeczy są dla mnie nie tylko wyjątkowe, ale też przypominają mi o tym, co jest moim życiowym priorytetem. A wisiorek szczerze mówiąc traktuję jak talizman, który zawsze przynosi mi szczęście i chroni mnie w pewien sposób przed złem. Przynajmniej tak twierdził mój ojciec.- Przybliżyła miecz w stronę dziewczyny, aby mogła zobaczyć, go w całej okazałości. Nie robiła tego wcześniej, raczej miecz służył jej wyłącznie, do obrony jak i zarówno do ataku, nigdy wcześniej nie pokazywała go w ten sposób.- Kwiat jest herbem rodowym miasta a także stał się symbolem przynależenia do jego straży. Wszyscy służący w obronie władzy i mieszkańców miasta noszą go z duma przy swoim boku. Chowając miecz z powrotem do pochwy, zwróciła uwagę na dziwną lalkę trzymaną w jej ręku :
- Rozumiem, że Twoja lalka, którą trzymasz w ręku, to też taki talizman, który ma Cię chronić? Czy bardziej pamiątka rodzinna? Może podarunek od ukochanej osoby? - Uśmiechnęła się :
- Twój strój oraz akcent mowy zdradza mi, że nie pochodzisz z naszych okolic? Jeśli chcesz to oprowadzę Cię po mieście? I pokaże Ci gdzie znajdują się dwa najlepsze sklepy z różnymi pięknymi kapeluszami, chustami oraz cylindrami. Dosłownie jest z czego wybierać i z pewnością Ci się spodobają.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mea Culpa
Biały Indianin
avatar

Liczba postów : 11
Join date : 27/01/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Sob Lut 18, 2017 8:48 pm

Drgnęła lekko. No tak! Imię! Poczuła, jakby znowu popełniła jakąś towarzyską gafę. Ale jakie imię? Przypomniała sobie długie godziny galopu przez płaskowyż. Znane krajobrazy powoli oddalały się, wszystko się zmieniało. Wiatr huczał jej w uszach i rozwiewał grzywę wiernej klaczy, a dziewczyna powtarzała: Mea, nazywam się Mea, Mea Culpa. Mea, takie jest moje imię.
– Jestem Mea – uśmiechnęła się. – Przepraszam za nieuprzejmość.
Nagle za plecami Saji ujrzała młodego mężczyznę. Instynkt nakazał jej czujność, gdyż nieznajomy zbyt długo i uporczywie wpatrywał się w niczego nie spodziewającą się dziewczynę z ułamanym obcasem. Jedynie wytrawny obserwator byłby w stanie zauważyć delikatne zmiany w postawie Mei – lekko ugięła kolana napinając jednocześnie łydki, lalkę oparła na biodrze trzymając ją już tylko jedną ręką, aby drugą mieć wolną w razie co. Mimo wszystko jednak, aby nie wzbudzić podejrzeć przyglądała się mężczyźnie tylko kątem oka. Przenosiła wzrok na różne rzeczy, ale tak, by nie stracić go z pola widzenia. Nawet, gdy podszedł i odezwał, Indianka nie traciła na czujności. Na uśmiech odpowiedziała ledwie skinięciem głowy. Obserwowała uważnie każdy ruch nieznajomego i nasłuchiwała, czy aby w głosie nie pojawia się u niego jakiś podejrzany dysonans.
– Nie widziałem cię tu wcześniej. – Zdawało się, że powiedział to do niej, więc spojrzała mu prosto w oczy. Wzrok miała twardy i nieustępliwy. – Ale kto wie? Może łaskawy los sprawi, że jeszcze się spotkamy…
Z jakiegoś powodu zabrzmiało to dla Mei niczym groźba lub wyzwanie. Zmrużyła oczy. Jeśli już, to nie będziesz miał tej uprzywilejowanej roli bohatera… Nie taki jesteś. – pomyślała, choć przecież wcale nie znała tego człowieka. Na szczęście odszedł. Jednak od tamtej chwili Mea nie przestawała sondować niemal niezauważalnymi ruchami oczu otoczenia.
Lecz nagle coś blisko zajaśniało. Blask na tyle zwrócił uwagę dziewczyny, że musiała skupić na nim wzrok zapominając o indiańskiej przezornej obserwacji. To Saja wyjęła miecz. Mea otworzyła oczy nieco szerzej. Piękno wykonania orężu zaciekawiło ją niezmiernie i bez żadnej kontroli zaczęła zastanawiać się od razu, kim musiał być twórca? Jakie czynności wykonywał, aby otrzymać taki efekt? Zdawało się, że im bardziej wpatruje się w miecz, tym więcej szczegółów zauważa na nim. Taka broń staje się już ozdobą. Tymczasem zachwyt Mei Saja przerwała odcinając obcas u buta. Ta prozaiczna czynność sprowadziła dziewczynę z podniebnej kuźni kowala-artysty. Miecz to dalej narzędzie. Nawet jeśli jest piękne, służy tylko do cięcia. Jak nóż. Tylko że miecz jest pewnie sporo cięższy. Głos rozsądku sprawił, że zniknął blask i tajemnicze szczegóły.
Wróciła wzrokiem na twarz Saji, a z niej na łańcuszek. Na jej słowa skinęła kilka razy głową. Usłyszawszy o spuściźnie od razu pomyślała o swoich warkoczach i zrobiło jej się cieplej na sercu. A więc nie była sama w swoim opuszczeniu. Byli też inni, którym pozostały po rodzinie tylko pamiątki i wspomnienia. W sumie przypuszczała tak od samego początku, gdy już trochę ochłonęła od emocji. Jednak dopiero teraz dotarło to do niej naprawdę.
Miecz w wyciągniętych rękach dziewczyny odzyskał trochę chwały, blasku i tajemniczości, jakie miał przedtem. Ciekawe, ile wypił krwi – przemknęła jej przez głowę myśl. Miecz jednak szybko zniknął z powrotem w pochwie, a wraz z nim rozpłynęła się wśród innych dziwna myśl. Tymczasem wzrok Saji padł na Skaczącą.
– Nie. Raczej towarzyszka podróży. – Wyciągnęła lalkę przed siebie na chwilę tak, jak przedtem Saja miecz. – Nazywa się Skacząca i jest wyjątkowa.
Lalka rzeczywiście mogła wydać się wyjątkowa. Raczej wyjątkowo brzydka. Wielka drewniana głowa otulona była płóciennym czepkiem, spod którego wypływały zmechacone już, żółte loki, po trzy z każdej strony. Usta stanowił uśmiechnięty czarny łuk, a oczy zwykłe czarne kropki. Również sukienka lalki nie była zbyt okazała. Zwykła granatowa falbaniasta, wycięta z koła spódnica ściągnięta pod szyją białym kołnierzykiem, z krawędziami obwiedzionymi białą koronką. Spod niej wystawały dwie luźne białe lalkowe stopy. Skacząca chwilę podyndała nimi w powietrzu, po czym wróciła do boku Mei.
Na słowa o kapeluszach zerknęła nieznacznie w stronę straganu. Tamtego cylindra już nie było, ktoś musiał go kupić podczas całego tego zamieszania. Dziewczyna postanowiła puścić to mimo.
– Tak. Z chęcią obejrzę to miasteczko. – Uśmiechnęła się lekko. – Zazwyczaj widziałam tylko rynki tutejszych miast. Resztę przejazdem.
Rozejrzała się. Zabudowania wokół rynku również wyglądały bajkowo z białymi poduszkami na parapetach i gzymsach. Stąd widziała również całe w bieli dachy i kominy otoczone puchem. Gdzieś w tłumie mignął jej wymarzony cylinder, jednak tym razem na głowie właściciela. Wyróżniał się spośród innych kanarkowym płaszczem i dość obfitym brzuchem. Piękny kapelusz idealnie współgrał z ekscentrycznym wyglądem mężczyzny. Mea powróciła wzrokiem do Saji.
– Ale mam pytanie. Mówiłaś, że ty i inni ludzie chronicie to miasto. – Zrobiła przerwę, by skupić się na oczach i ustach spotkanej dziewczyny. Szukała w nich jakichkolwiek uczuć, aby lepiej zrozumieć sens odpowiedzi. – Przed czym?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Saja
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 356
Join date : 06/01/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Czw Lut 23, 2017 6:13 pm

b]- Bardzo ładne imię ma Twoja towarzyszka podróży. Sama ją wykonalaś czy raczej ją może dostałaś? Na swój uroczy sposób jest bardzo piękna, bo nie liczy się tylko wygląda zewnętrzny, tylko to co tak naprawdę skrywa się wewnątrz. [/b]- Delikatnie skwitowała wypowiedź dziewczyny starając się w żaden sposób ją nie urazić. Saja razem z towarzyszką wędrował po tak zwanym chodniku o ile kamienną kostkę można było nazwać chodnikiem? Kamienie były nie równo poukładane, a miejscami w ogóle ich nie było. Droga nadawała się ewidentnie do naprawy jednak śnieg, ani mróz nie dawał zza wygraną i z naprawą dróg bocznych miasto musiało zaczekać do wiosny. Obie dziewczy szły spokojnym krokiem Saja spoglądała od czau do czasu na mijające wystawy sklepów. Suknie były przepiękne, wręcz cudowne, jednak to nie dla Saji. Nagle jej szczególną uwagę przykuły piękne skórzane sznurowane buty do kolan, był przepiękne, a wyżej nich były poukładane cylindry różnego kształtu. Wykonane z drogiego materiału. Zatrzymała się przed sklepem. Słysząc pytanie Mea wcale się nie zdziwiła, że o to pyta. Czarnowłosa z lekkim uśmiechem na ustach odpowiedźiał :
- Chronimy ludzi przed różnymi rzeczami, rabusiami, a przedewszyskim przed czarownicami i nie tylko.- przymarszczyła lekko brwi mówiąc dalej :
- Teraz gorsze od wiedźm są koszmary, które nie wiadomo skąd tak naprawdę pochodzą i jak przejmują ciało potencjalnej ofiary. To takie podstępne pasożyty.- tłumaczyła spokojnie :
- Wiedźmy nie stanowią już takiego zagrożenia jak wcześniej. Ludzie odkąd powstała organozacja czują się bezpieczni, a garstka czarownic, którym udało się przeżyć kryją się gdzieś za miastem. - wzruszyła ramionami :
- Nie ma co się martwić, prędzej czy później wytropimy je i spotka ich okrutny los.- spojrzała przenikliwie w stronę dziewczyny :
- Jednak koszmary atakują znienacka dosłownie kiedy tylko zachęca i kogo zechcą. Przejmują ciało i życie ofiary. Czasem mam wrażenie, że te koszmary, to są uwięzione dusze, która zostały z jakiegoś powodu na ziemi. Tylko nie wiem skąd bierze się ich moc? Te pasożyty po pewnym czasie wyniszczają duszę ofiary i wten sposób przejmuję jej kontrolę nad życiem, ale to tylko moja teoria. Koszmary to taka mieszanka wiedźm z duchami. Na to wygląda. Skończyła choć mogła ciągnąć ten temat w nieskończoność. Koszmary bardzo ją inspirowały, tym bardziej że nie było na to żadego lekarstwa. Zabijając ciało ofiary, którą wcześniej zawładną koszmar nie dawało rezultatu. On po pewnym czasie znowu się odradzał i szukał kolejnego nosiciela jak kolekcjoner ciał, albo dusz. Nagle zorientowała się, że jej towarzyszka wcale mogła nie mieć ochoty tego słuchać jej wywodów.
- Wybacz mi proszę, nie miałam zamiaru znudzać Cię opowieściami o swojej pracy. - Otworzyła drzwi do sklepu mówiąc spokojnie :
- Może wejdziemy? Znam dobrze tego sprzedawcę, a towar ma naprawdę z górnej półki.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mea Culpa
Biały Indianin
avatar

Liczba postów : 11
Join date : 27/01/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Sro Mar 01, 2017 4:39 pm

Gdy dziewczyna ruszyła się z miejsca, Mea instynktownie zrównała z nią krok. Indianka miała dziwne poczucie, że informacje od Saji mogą jej pomóc w dalszym odkrywaniu Wishtown, a nie miała już wątpliwości, że tego chce. Możliwe, że zbyt długo była już w podróży i potrzebowała zagrzać gdzieś miejsce na dłużej.
– Dziękuję, można uznać, że Skacząca sama wybrała sobie właściciela. – Uśmiechnęła się lekko. Po chwili namysłu, gdy między jej brwiami pojawiła się niewielka zmarszczka, a usta zwęziły się spojrzała na Saję poważnie. – Sądzę, że w środku lalki mają słomę… – Lekko ścisnęła Skaczącą, jakby chciała się co do tego twierdzenia upewnić. Tak naprawdę, nie bardzo rozumiała, co ma na myśli Angielka. Przecież, aby ocenić świeżość i zdrowie łososia trzeba ocenić go po łuskach. Gdy są lśniące i twarde, wnętrze ryby również będzie dobre… Jak można oceniać po wnętrzu? Postanowiła nie rozwodzić się dalej nad tym tematem.
Po chwili opuściły karczemną atmosferę rynku pełną muzyki, targów i kolorów. Teraz przed nimi otwierał się obraz zimowego angielskiego miasteczka w pełnej swojej krasie. Wysokie okna parterowe zajmowały wystawy licznych sklepów zawierających artykuły z pewnością droższe i bardziej eleganckie niż te wystawiane na rynku. Idąc z przewodniczką, Mea odpuściła sobie częściowo czujność i pilnowanie otoczenia, pozwoliła, aby spojrzenie błękitnych oczu wędrowało po oknach wystawowych, twarzach ludzi i ich strojach, aby uciekało w górę i zaglądało w okna właścicieli mieszkań. Tutaj kamienice były bogatsze od tych, które mijała, nawet ludzie pomimo lodu i śniegu, gdy raczej powinno się uważać na swoje nogi, nosili głowy nieco wyżej. Zdawało się, że zmrużonymi oczyma oceniają chmury ponad kamienicami, jakby chcieli przewidzieć kierunki ich lotu.
Nagle Saja zatrzymała się i Mea o mało co nie wpadła na nią, jednak instynkty tym razem nawet mimo rozproszenia zadziałały poprawnie i kolizji udało się jej uniknąć.
Na słowa dziewczyny o czarownicach i koszmarach, Indiankę przeszedł dreszcz. Czuła, jakby pilne oczy wwiercały jej się w czaszkę i sprawdzały czy aby nie jest potencjalnym zagrożeniem dla tego uroczego miasteczka. Mea nie rozumiała zbytnio, czym są koszmary, jednak rozejrzała się, jakby nagle zza jakiegoś rogu czy z jakiejś ciemniejszej uliczki miało wyskoczyć konkretne straszydło. W wyobraźni Indianki stwór przedstawiał się jako zbuntowany przeciw pożytkowi bóg, nawet na Dalekim Zachodzie takie rzeczy zdarzają się. Ścisnęła lekko Skaczącą i przypomniała sobie, dlaczego tak się nazywa i poczuła, jakby temperatura spadła o co najmniej parę stopni. Nie chciała nawet o tym myśleć, dlatego z ulgą przyjęła zakończenie tego tematu. Ale nawet pomimo takiej burzy myśli jej twarz wciąż utrzymywała kamienny wyraz.
Przyjrzała się dokładniej sklepowi, przed którym już od chwili stały. Wystawa zajmująca aż dwa szerokie okna przyciągała oczy wielu przychodniów. Drewniane drzwi z małym złotym dzwoneczkiem przy klamce cały czas wpuszczały i wypuszczały klientów. Eleganckie panie z równie eleganckimi mężczyznami u boku wychodziły na ulicę z głową uniesioną jeszcze wyżej, sami zaś panowie byli raczej bardziej zgarbieni pod ilością pakunków i torebeczek. Sklep wyglądał na bardzo popularny, a jego właściciel niemal z pewnością musiał wciąż bardzo szeroko się uśmiechać. Nabrała ochoty, aby zobaczyć, jak wygląda to w środku. Nigdy nie była w żadnym sklepie, tak więc na propozycję Saji ochoczo pokiwała głową.
Weszły po schodkach, Saja przodem. Przez drzwi właśnie wychodziła zabawna para – ona przeraźliwie chuda, pełna kątów ostrych i krawędzi, w czarnej sukni i gorsecie wręcz rachityczna; on straszliwie szeroki, o wielkich pulchnych dłoniach trzymających ogromne pudło zasłaniające mu twarz, a więc pewnie i widoczność. Oceniwszy szybko sytuację Mea złapała Saję za łokieć i przysunęła do siebie, aby zrobić miejsce dla pudła niesionego przez krągłego mężczyznę. Gdy para zeszła ze schodków, Indianka puściła dziewczynę i ujrzała, że drzwi podtrzymuje przed nimi otwarte skromnie, a jednak porządnie ubrany chłopak o starannie zaczesanych rudych włosach i twarzy pełnej uśmiechu w oczach, ustach, a nawet odstających lekko uszach.
– Zapraszam drogie panie do środka! – Odezwał się z lekkim akcentem nieznanym Mei, który Saja z pewnością mogła poznać jako irlandzki. W tym czasie wyszedł ze sklepu kolejny mężczyzna, tym razem bez partnerki, więc może dlatego z jednym tylko i małym pudełkiem. Chłopak skłonił się mu i rzekł: Dziękujemy za zakupy, zapraszamy ponownie! – Klient nie odpowiedział nic, jednak chłopak zdawał się być tym wcale nieporuszony. Niemal od razu znów spojrzał na nie. – Jest czym cieszyć oczy, przyszły nowe suknie z samego Paryża! Mamy również futra z Moskwy, najwyższej jakości, na dni zimne jak ten.
Mea nawet nie zauważyła, jak znalazły się w środku. Saja zniknęła jej na chwilę z oczu, więc zaczęła się rozglądać. Sklep urządzony był z gustem, chociaż trochę ciemny, więc przy ladzie i gdzieniegdzie indziej stały lampy o ozdobnych abażurach. Towar do kupienia wyglądał niczym element wystroju, nic nie raziło, nie odstawało. Przy butach uwijał się czarnowłosy, niski młodzieniec i podawał wciąż nowe pantofelki siedzącej na pufie klientce, bardziej na lewo, w głębi ciemno ubrany mężczyzna studiował jakość materiałów, gdzie indziej trzy młode dziewczęta śmiejąc się co chwilę, gdy tylko obsługujący ich chłopak odwracał się w stronę towaru, przymierzały rękawiczki. Indianka wciąż próbowała odnaleźć wśród ludzi, sukni i abażurów Saję, jednak wciąż jej się nie udawało.
– Przepraszam panią bardzo, czy mogę w czymś pomóc? – Mea od razu rozpoznała głos rudego chłopaka, który otwierał przed nimi drzwi. Odwróciła się w jego stronę.
– Ja… Nie wiem. Chyba nie. – Odpowiedziała po chwili z lekkim wahaniem. Nie czuła się zbyt bezpiecznie i komfortowa na tak ciasnej przestrzeni. Chłopak spojrzał na drzwi, jednak nikt nie nadchodził, więc skierował swoją uśmiechniętą twarz z powrotem do Mei.
– Nie jest pani stąd. Inaczej pani mówi. Ależ proszę się nie obawiać! Ja również nie pochodzę z Anglii. – Spojrzał tęsknie ponad wystawionymi przedmiotami, ponad sklepem, a nawet ulicą. Następne słowa przypominały raczej szept. – Irlandczycy mogą jedynie pracować w sklepie… Och, chyba powróciła pani towarzyszka! – Chłopak zauważył Saję pierwszy, gdy zaś Mea odnalazła ją wzrokiem, Irlandczyk stał już przy drzwiach i witał kolejnego klienta. Indianka zauważyła, że tym razem, mimo łuku na twarzy, oczy nie uśmiechały mu się już wcale ani nie patrzyły na wchodzących i wychodzących ludzi. Mea pomyślała, że patrzą pewnie na swój rodzinny kraj i zrobiło jej się żal tego chłopaka, chociaż wcale go przecież nie znała. Jednak podskórnie czuła, że są w jakimś stopniu podobni…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Saja
Żniwiarz
avatar

Liczba postów : 356
Join date : 06/01/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Pią Kwi 07, 2017 9:12 am

Saja wchodząc do sklepu. Zapomniała o nowej towarzysce i odrazu rzuciła się w szał zakupów. Choć nigdy wcześniej tego nie robiła, bynajmniej nie w obecności obcej osoby. Cóż zrobić, te buty były warte grzechu. Idealne, cudowne.. Myślała w duchu. Trzymała pewnie oba buty w prawej dołoni, które dosłownie udało się jej sprzątnąć z przed nosa innej kobiety, która najwidoczniej też miała na nie chrapke. Podeszła z lekkim trumfalnym uśmiechem w stronę stojącej w koncie czerwonej pufy i usiadła na niej. Nie miała jednak zamiaru czekać, aż pracownik sklepu ją obsłuży. Jednym ruchem ręki ściągła z obu stóp uszkodzone wcześniej buty. Przymieżyła nową parę, która leżała idealnie na jej szczupłych nogach. Same buty dodawały jej urok oraz nieco wzrostu. Płacąc zza buty zauważyła jak Mea rozmawia z jakimś mężczyzną przy drzwiach. Nie miała zamiaru ich podsuchiwać. Zaczekała, aż jej nowa towarzyszka zakończy spokojnie rozmowę. Będąc już bliżej niej rzekła spokojnym głosem :
- Wybacz, że tak Cię tu zostawiłam samą, to raczej nie w moim stylu zza co przepraszam. - Saji zrobiło się wstyd, bo wystawiła ją trochę do wiatru, a sama oddała się zakupą. Robiąc słodką minkę w ramach przeprosin :
- Nic Ci się tutaj nie podoba? A myślałam, że sobie jednak coś wybierzesz. Znam dobrze tego sprzedawcę i wiem, że najlepszy towar zawsze ma schowany na zapleczu sklepu. Żaden szary klijet tam nie ma wstępu, ale dla mnie to nie problem. - Saja odwróciła się plecami do Mea choć, to nie grzeczne, to i tak nie poczekała na jej odpowiedź. Czarno włosa dała znak sprzedawcy, a on ukratkiem wyprowadził obie dziewczyny sklepu w prost do zaplecza. Było to dość spore miejsce oświetlone kilkoma lampami naftowymi, oraz niewielki blask światła przedostawał się do ciemnego pomieszczenia przez małe okienka w ścianach. Saja zeszła jako pierwsza po mału po drewnianych schodkach mówiąc spokojnym głosem do sprzedawcy ;
- Pokaż nam proszę najlepsze kapelusze, oraz chusty i tego typu podobne nakrycia głowy. Sprzedawca znał Saję i wiedział doskonale z jakiego rodu się wywodzi jednak nigdy wcześniej nie kupował tego typu rzeczy, dla tego zapytał z ciekawości ;
- Szukasz czegoś specjalnego? Czy może dla kogoś szczególnego na prezent? - patrzył na nią z błyskiem w oku.
- Niestety rozczaruje Cię. Moja dobra znajoma stojąca zza twoimi plecami szuka czegoś szczególnego dla siebię, a ja znam twój doskonałej jakości towar, dlatego poleciłam jej twój sklep. - Saja delikatnie połektała jego ego i sprzedawca obrócił się twarzą w kierunku dziewczyny mówiąc:
- Witaj Panienko. Podejdź bliżej, pokażę Ci mój najlepszy towar.

___________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mea Culpa
Biały Indianin
avatar

Liczba postów : 11
Join date : 27/01/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Wto Maj 16, 2017 8:15 pm

Dla Mei wszystko działo się w tym miejscu zbyt szybko, gwarnie i zbyt blisko, bowiem pierwszy raz znalazła się w kompletnie zamkniętym pomieszczeniu – nawet podczas podróży z kupcami wolała spać na wozie i widzieć ponad sobą niebo. Czuła się jak ziarno pustynnej rośliny rzucone na największy wiatr i czekające, aż w końcu podmuchy zrzucą je na dobrą ziemię, gdzie zapuści pierwszy korzeń. Rozmowa z ryżym chłopakiem okazała się tylko skałą na jej drodze, wiatr bawił się nią dalej. W całym zamieszaniu, które w uszach biednej Indianki brzmiało, jakby znalazła się sama wśród stada bizonów, w samym jego sercu, zaczęła szukać drogi ucieczki kompletnie nie skupiając się na słowach Saji. Angielski brzmiał teraz dla Mei niesamowicie obco.
Skala obcości zwiększyła się jeszcze, gdy kolejny nieznany Mei człowiek zaprowadził je w zupełnie nowe, kompletnie zamknięte miejsce. Indianka poczuła, jak trzęsą jej się nogi, a powietrze przestaje starczać dla dziwnie skurczonych płuc. Kolejne towary zamieszczone na pułkach, stosach i paczkach zdawały się wyskakiwać wprost na Meę, przytłaczać i wciągać. Kolorowe szale nabrały groźnych póz węży, niepokojących kształtów rogów bawolich i czaszek. Indianka zdawała sobie po części sprawę z tego, że to musi być wyobraźnia, wyolbrzymienie nieznanego przez strach, lecz nie potrafiła w tamtym momencie pokonać go swoją zwyczajną ciekawością.
Spróbowała się więc skupić na rozmowie, lecz nie rozumiała wszystkich słów, gdyż mężczyzna wypowiadał się z głębokim, dziwnym akcentem, który Mea może słyszała kiedyś na którymś targu, lecz nigdy na tyle długo, by potrafiła go pojąć. Indianka zatęskniła nagle do milczącej, miedzianoskórej rodziny, wykonującej ruchy rozważnie i oszczędnie, a wypowiadającej słowa prosto i mądrze. Angielski zaś miał wiele upiększeń, nieścisłości po prostu wpisanych w swoją budowę, a każdego człowieka w Anglii krępował jakiś zwyczaj i konwenans.
Tymczasem mężczyzna i Saja właśnie skończyli rozmowę, podczas której wyglądali dla Mei niczym dwa sępy na suchej gałęzi naradzające się nad losem zranionego bizona. Teraz stali wpatrując się w nią, jak w przyszłą padlinę, dobry kąsek. Mężczyzna wykonał pierwszy ruch – podszedł do niej bliżej. Mea cofnęła się jak wypłoszony lis i wbiła w niego czujny wzrok ściskając w dłoni lalkę, a wszystkie szale oraz delikatniejsze materiały zafalowały leciutko, niczym poruszone lekkim powiewem wiatru. Indianka stała chwilę bledsza niż zazwyczaj, usztywniona, z błyszczącymi oczami i skupionym spojrzeniem. Pozą przypominała zastraszone zwierzątko, które stoi naprzeciw napastnika i czeka na moment najlepszy do ucieczki. Taka chwila nadeszła właśnie, gdy mężczyzna zbliżył się jeszcze krok z widocznym zniecierpliwieniem. Saja zniknęła dla Mei w tle tej sceny, ona nie była prawdopodobnie niebezpieczna, na pewno nie w tym momencie. Gdyż teraz Mea po prostu uciekała. Po schodach na górę, do wyjścia, byle szybciej, byle szybciej! Nie zauważyła nawet twarzy rudego subiekta, który powiódł za nią zaskoczonym i jednocześnie smutnym spojrzeniem. Indianka wybiegła daleko poza sklep i kluczyła chwilę w uliczkach, zanim poczuła się na nowo bezpieczna. Problem polegał jednak na tym, że nie wiedziała, gdzie jest. Nie widziała wcześniej tej ulicy, budynki tutaj były smutniejsze, bardziej zniszczone i niższe. Między budynkami przeszedł popielaty kocur, lecz na jej widok szybko uciekł.
Mea oddychała głęboko uspokajając serce po szybkim biegu. Kiedyś nie byłoby to dla niej najtrudniejsze, lecz teraz… kondycja wyraźnie spadła przez długą podróż statkiem i na wozach kupieckich. Zarówno sklep, jak i Saja zniknęły na tę chwilę z myśli Indianki. Czuła jedynie triumf płynący z pokonania niebezpieczeństwa.

________________________________________________________
W ten sposób zakończę naszą przygodę, dzięki za pisanie!
z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 169
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Pon Mar 12, 2018 8:03 pm

Dzień ten był wyjątkowy! Colette od rana szykowała swój strój, a że było już znacznie cieplej mogła sobie pozwolić na brak szalika. Tylko szalika? Wszelkich zimowych dodatków. Poczuła wiosenny wiatr całą sobą. Zdarzyło się to mniej więcej nad ranem, gdy otworzyła okno i wydala radosny okrzyk. Sąsiedzi nie byli zadowoleni, nie mówiąc o Rem, która spała niedaleko i została zerwana na równe nogi. Wtedy odkrzyknęła równie głośno "przepraszam" i spotkała się z jeszcze większym marudzeniem.
Ubranie się, umycie oraz zjedzenie trwało zadziwiająco krótko. Miała tak wielkie plany i oczywiście, coś musiało pójść nie tak. Remilia zdobyła bardzo dużo zamówień, a co za tym idzie towarzyszenie pomarańczowookiej w tym niesamowitym dniu odpadało. Z ciężkim sercem i namową blondynki, postanowiła jednak iść na festyn. Musiała przeboleć tą samotność, aż nagle przypomniała sobie o kolejnym kandydacie! Zupełnie wypadło jej z głowy, że Lynn nada się tak samo dobrze. Bez zastanowienia ruszyła w stronę rezydencji mężczyzny.
Zastała go w domu, więc radość Cole była jeszcze większa. Owszem, od razu powiedziała o co chodzi, lecz... Nie poprosiła, aby z nią poszedł. Ona po prostu uczepiła się go i starała wyciągnąć z mieszkania siłą. Werbalne sposoby nie były tak przekonujące. Jakby to powiedzieć, dla niej już sama obecność była potwierdzeniem uczestniczenia w festynie chleba. Musiała włożyć w to trochę siły, aczkolwiek koniec końców udało się. W ten sposób, niebawem dotarli na rynek.
Widok atrakcji, dekoracji i budek z różnościami sprawił, iż oczy Col świeciły się na całego. Nie wiedziała od której strony zacząć. Wszystko wokół kusiło i zapraszało w tak cudowny sposób.
- Chodźmy tam! Albo tam! Wszędzieeee! Zobaczysz, nie pożałujesz! Będziesz ten dzień wspominał zawsze, tak jak ja! I po co było to stawianie się? Ze mną nie wygrasz, przecież to wiesz. Smakołyki z chleba? Hm, myślę, że zaczniemy z tamtej strony... Jakbyś dojrzał ciekawe konkursy, mów! Zamierzam dziś wygrać wszystko. Nikomu nie pozwolę zająć pierwszego miejsca. Rozumiesz? To walka na śmierć i życie! Życie i śmierć! Czy coś w tym stylu, ej! Dobrze widzę? Ta kobieta w oddali niesie chlebową biżuterię...? Trzeba to zbadać.
Rzekła zdeterminowana przejeżdżając spojrzeniem po otoczeniu, choć wstrzymała się i zerknęła na twarz Lynna.
- Mam nadzieję, że się nie zgubisz. Jeśli zajdzie taka potrzeba, mogę przywiązać cię do siebie liną. Wzięłam jedną. To trochę niebezpieczne rozwiązanie, ale czego się nie robi dla dobra innych! Czuję... mięso.
Oznajmiła zaciągając się mocniej powietrzem. Mięso i chleb? Przecież to najlepsze połączenie na świecie! Jednakże, słodycze stoją na równi z tą parą.
Chciała mieć ciemnowłosego blisko siebie, jednak nie do końca wiedziała jak temu zaradzić. Pierwsza myśl to chwyt za dłoń, ale z jasnych powodów jakoś się wstrzymała. Pamiętała o jego słowach, odnośnie pewnych zachowań wśród innych. Lina to najlepszy pomysł...
- Nie żartuję. Jeśli znikniesz z moich oczu, zacznę od głośnego nawoływania, a skończę na przeszukiwaniu domów innych. Nie możesz mnie zostawić! Jesteś moją ostatnią deską ratunku! Więc... O! Zobacz, zobacz, zobacz! Pluszak jako nagroda? Biorę w ciemno! Proszę panaaaaaa!
Zakończyła wypowiedź głośnym zawołaniem w stronę starszego mężczyzny. Siedział on za ladą i trzymał pieczę nad pluszakiem. Zaraz zerwała się do biegu, lecz w połowie przypomniała sobie o Lynnie. Zahamowała, aby cofnąć się równie szybko.
- Idziemy!
Powiedziała uroczo uśmiechnięta i złapała za jego ubranie, starając się ciągnąć w stronę upatrzonego celu.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rynek   Sob Mar 17, 2018 11:32 am

Wiele się zmieniło od ich ostatniego spotkania. Przyzwyczajał się do obecności Colette na nowo. Bez pośpiechu, w sposób absolutnie niewymuszony. I prędko przyjął nowy stan rzeczy jako naturalny, który powinien trwać z nim od zawsze.
A ze spraw bardziej przyziemnych... Przybrał na wadze. Nie straszył już wystającymi kośćmi, a było to zasługą pewnej upartej dziewczyny, która najwyraźniej za punkt honoru ustanowiła sobie dokarmianie zwierząt zimą. Z początku odmawiał, wykazując się równym uporem, jednak... szkoda było marnować całkiem dobrze wyglądającego obiadu, prawda? I tak się zaczęło.
***
Colette zastała Lynna podczas przygotowywania drewnianej poręczy schodów do lakierowania. Zamierzał ten piękny, pierwszy dzień wiosny poświęcić właśnie na niekończący się remont. I właśnie to przekazał dziewczynie, twierdząc, że żaden (a szczególnie!) Festyn Pieczonego Chleba nie wyciągnie go na zewnątrz. Opierał się całkiem długo, aż dziewczyna mogła stracić resztki nadziei, gdy... Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów. I niespodziewanie zgodził się, natychmiast rzucając wszelakie przybory majsterkowicza, znikając chwilowo, aby się przebrać.
Tak. Wiosna. Tylko tego mu brakowało. Spódnica Colette jest krótsza o przynajmniej trzy cale, był pewien! Przecież nie mógłby jej puścić samej, narażając dziewczynę na napastujące spojrzenia innych samców, o nie!
W pośpiechu poprawił koszulę, zapinając guziki szarej kamizelki, już w biegu wpychając chustę pod szyją w odpowiednie miejsce. Narzucił na siebie jeszcze ocieplaną marynarkę ciemnozielonego koloru, wyszywaną w misterne wzory, stając przed nią, by oznajmić swoją gotowość na podróż życia (albo modlitw do Matki Boskiej Czerstwej, jak kto woli). Celowo zamiast swojego standardowego nakrycia głowy, wybrał zwykły kapelusz. Zupełnie dziwnym trafem, cylindry z jego głowy zbyt często były zrywane przez wiatr. Tak, to musiał być zbieg okoliczności.
Gdy dotarli w końcu na oświetlony wiosennym słońcem rynek, nad Lynnem zawisła czarna chmura poczucia bezsensownego trwonienia czasu. Oczywiście, musiał jeszcze trochę okazywać swoje obrażenie.
- Festyn Pieczonego Chleba, mówisz...? - powtórzył, rozglądając się wkoło, nie wierząc, że ktokolwiek na świecie mógłby wymyślić równie idiotycznie brzmiące święto w stanie trzeźwości. Przeciskając się przez tłum ludzi, nie omieszkał przekląć po raz dziesiąty tego dnia całe miasteczko i jego przeklętych mieszkańców. O tak, Remilia zdecydowanie byłaby lepszym towarzyszem dla spragnionej wrażeń Colette.
W centrum Wishtown poczuł wiosnę na własnej skórze. Na każdym kroku dochodziły go rozbawione okrzyki, ożywione rozmowy na te prozaicznie błahe tematy. Świat wrócił do życia, a wraz z tym cudem, powtarzającym się każdego roku - ludzie wyszli na zewnątrz, ogłaszając głośno swoje szczęście, celebrując z entuzjazmem początek wiosny. I on odetchnął w końcu pełną piersią, czując typową mu, chwilową chęć do życia. Aż usta drgnęły mu w zalążku uśmiechu, co jednak prędko opanował. Jeszcze Colette pomyślałaby sobie, że święto o tak kretyńskiej nazwie przypadło mu do gustu.
- Wolę nie wiedzieć, z jaką myślą, spakowałaś dziś linę, Col - mruknął pod nosem, wciąż zgrywając obrażonego. - Po prostu tu chodź - dodał, drobnym gestem, dając jej znać, że ma iść u jego boku, pod rękę. Nie spodziewał sie jednak, że dziewczę wytrzyma w jednej, stabilnej pozycji zbyt długo. Właściwie nie pomylił się, bo pewien niechlebowy element wystarczył, aby zająć całą uwagę Colette, najwyraźniej zapominającej o reszcie świata. Pogonił za nią, również nie dając sobie chwili do namysłu.
- Chwila, co? Czeeekaj! - maszerował, w nieubłaganym tempie zbliżając się do wspomnianego przez nią straganu. - Cholera, Col, to chyba konkursy dla dzieci... - dodał jeszcze z istnym przerażeniem w oczach. Cóż, w takim przypadku mieliby jakieś szanse.
Dotarli na miejsce, a czerwony na twarzy Lynn i iście urzeczona Colette najwyraźniej wyglądali piekarzowi za drewnianym, kolorowym straganem na chętnych uczestników konkursu. Powitał ich radośnie, prezentując swoje chlebowe skarby i wkrótce przechodząc do konkretów:
- Zasady są proste! Należy rozpoznać, jakie cuda natury znajdują się w świeżo pieczonych chlebusiach! Nie sugerujcie się ich wyglądem! Niektóre ze składników mogą być... ohohoho, EGZOTYCZNE! - starszy pan zaśmiał się z własnego żartu, odbierając te resztki chęci do życia Lynna. Nie, to jeszcze nie koniec. Entuzjazm mężczyzny wkroczył na nowy poziom, gdy ten przedstawił im nagrodę główną. - Za poprawne odgadnięcie wszystkich chlebusiów można wygrać... tego oto jedynego w swoim rodzaju Pana Chlebka! - wyciągnął ku nim szmacianą lalkę przypominającą miniaturowego niedźwiedzia z guzikami zamiast oczu... trzymającego w dłoni pluszowy chleb, a jakże.
- Można brać udział w parach! To jak będzie? - zaproponował im, a Lynn wyłącznie cudem nie zapadł się pod ziemię.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 169
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Sob Mar 17, 2018 5:01 pm

Czuła się jak w niebie, więc reakcje na wszelkie różne rzeczy były całkowicie zrozumiałe! Zrozumiałe przynajmniej dla niej, choć nie obraziłaby się, gdyby ktoś zaczął podziwiać jej wielki optymizm i podekscytowanie. Wszędzie słyszy tylko marudzenie, jak nie od Rem, to Lynna. Oszaleć można! Musi pracować za dwóch, aby odmienić spojrzenie na świat tej dwójki. Nikt nie mówił, że będzie łatwo!
Wzruszyła beztrosko ramionami, gdy wspomniał o linie. Miała zamiar ją wziąć, lecz skończyło się tak jak zawsze. Zostawiła ją w domu. Co prawda, wtedy jeszcze nie myślała, iż przyda się do obwiązania dwóch osób. Liczyła raczej na pomocną rzecz podczas jednego z konkursów.
- Hm? Oczywiście, że dla dzieci! Z innymi byś sobie nie poradził. To oczywiste. Taki żółtodziób jak ty, kochany Lynnie, nie może porwać się na poważniejsze konkursy. Sam wiesz dlaczego... U dorosłych rywalizacja wbija się ponad skalę. W tamtym roku, gdy brałam udział w jednym z nich, skończyłam na stole z ciastami. Pociągnęłam niechcący za sobą jedną ze starszych pań, która należała do wyższych sfer i było... niemiło. Nie dość, że wpadła ze mną na jedzenie, to... rozerwałam przód jej sukni. Ekhem. Widok, którego nie da się tak łatwo zapomnieć. Potem przez jakiś czas nie tknęłam morelowego ciasta. I dostałam kilka razy torebką po głowie, no i pewnie do dziś dla niej jestem "pieprzoną furiatką, która czai się na starsze, piękne, bezbronne niewiasty".
Rzekła, jakby zmęczonym tonem i westchnęła głębiej. Dlaczego tylko Col musi mieć niezapomniane przygody? Po tym starciu z niewinną niewiastą, na pomoc pomarańczowookiej przybyła trójka miłych panów. Rem powiedziała, że Colette skutecznie pozbyła się kilku kandydatów na męża, podczas otrzepywania się ze słodkości i rzuceniu żartu, typu "słodkość ciągnie do słodkości!". Oj tak, siedziała wtedy w domu kilka dni, jak nie tygodni. Poziom zażenowania zjadł nawet ją.
Wracając do teraźniejszego wydarzenia... Uważnie słuchała staruszka, a jej oczęta coraz bardziej błyszczały.
- Chlebusie! Egzotyczne! PAN CHLEBEK....!
Powtarzała ciszej, gdy wymieniał i zerkała na ciemnowłosego wyszczerzona. Padło najgorsze zdanie, jakie mogło paść. W tej sekundzie, los Lynna został przesądzony na zawsze. Col szybko się uspokoiła i oparła rękami o blat, tym samym zmniejszając swój uśmiech oraz przymykając powieki.
- Wchodzimy w to. Ja i ten niemiły pan przy mnie, jesteśmy na tak. Mam rację, prawda? Mrugnięcie uważam za tak, więc już się zgodziłeś. Możemy zaczynać!
Zakończyła głośno. Pierwszą część radosnej wypowiedzi kierowała do staruszka, zaś drugą, która brzmiała dość złowieszczo do swego towarzysza. Jednak nie ma się czego obawiać! Cole nie jest straszna, tym bardziej nic złego nikomu by nie zrobiła. Jeszcze, jeśli chodzi o Lynna to nie podniosłaby na niego ręki, nawet i w kolejnym życiu.
- Wspaniale! A więc, proszę... Częstujcie się i odgadujcie!
Rzekł staruszek, a w międzyczasie pojawił się przed nimi pierwszy pokrojony chleb i pierwsza okazja na punkt!
Brązowowłosa nie czekając dłużej, wzięła jedną kromkę i zatopiła w niej zęby. Specjalnie nie zjadła dużego posiłku przed festynem, więc nawet kubki smakowe powinny być wrażliwsze! Całe przygotowania nie mogą iść na marne.
Smak jakiego doznała był... Ciekawy. Słodki, lecz miał kwaśną nutę i to nadawało kromce pewnej harmonii. Przełknęła wszystko, po czym oblizała wargi.
- To niby jest dość oczywiste, aleee... Zazwyczaj to zawsze na oczywistych rzeczach wszyscy się mylą! Nie wykiwa nas pan tak łatwo, oj nie. Lynn, ten smak. Co ci przypomina? Gramy tu o najwyższą stawkę, więc potrzebuję twojej pomocy partnerze!
Spytała wielce zaintrygowana, aby upewnić się w swoich przekonaniach. Miała już pewną teorię, jednakże głos mężczyzny w tej sprawie jest nadzwyczaj ważny.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rynek   Nie Mar 25, 2018 9:58 am

Wraz z jej opowieścią wspominał podobne wypadki, które towarzyszyły im nieustannie za dzieciaka. A może już tylko dopowiadała mu je tęskniąca wyobraźnia? Pewne było jedno - tak, to brzmiało jak poczynania Colette. Roześmiał się lekko, gdy skończyła mówić, oczywiście nie zamierzając pozostawić wypowiedzi bez komentarza.
- Interesująca historia, Col. Prawie w nią uwierzyłem, gdyby nie szczegół o osobowości z „wyższych sfer”. Cóż, jak przypuszczam, mało który bogacz chciałby zostać przyłapany w ten urokliwy dzień i być jakkolwiek kojarzony z... ekhem, Festynem Pieczonego Chleba. - Za każdym razem musiał się skrzywić wymawiając tę nazwę.
Wyjaśnił jej pokrótce swoją teorię, może nawet po części mając rację. Jeśli się sprawdzała, jak na wydarzeniu kierowanemu w pospólstwo, odnajdował się Lynn? Otóż, bardzo dobrze. O wiele lepiej dogadywał się z prostymi ludźmi, mogąc zachować swoją niekiedy brutalną szczerość, nie bawiąc się w konwenanse przyprawiane setką fałszywych uśmiechów i czynów, na które wcale nie miał ochoty. Zresztą, sam nie uważał się już za człowieka pochodzącego z „wyższych sfer”. Może wcześniej. Teraz był po prostu zgorzkniałym, niebywającym na salonach mężczyzną przed trzydziestką, żyjącym w ruinie pozbawionej służby.
Nie zdążył popaść w zamyślenie, gdyż żywiołowa Colette jak zwykle nieco mu to uniemożliwiała. Stało się kolejne nieszczęście, sądząc po jej oczarowanych oczach. Utonęła w historii staruszka, zapewne gotowa oddać połowę duszy za możliwość potrzymania sławnego Pana Chlebka w ramionach. Oczywiście, zdecydowała za niego, zanim zdążył dać nogę w przeciwną stronę. Z kolei zdrowe oko trzymał otwarte szeroko, dlatego nie miał pojęcia, skąd dziewczyna przesądziła o jego chęci wzięcia udziału w konkursie. Spojrzał jeszcze tylko błagalnie na staruszka na straganie, jakby w nadziei, że mu pomoże, zamykając cały festyn i odsyłając ich do domów. Niestety, ten najwyraźniej źle odczytał jego pragnienia, wyciągając ku nim drewnianą deskę z wydzielonymi kawałkami pieczywa, zdobionymi różnymi ziarnami i suszonymi owocami.
Wziął pierwszy kawałek, czując jak na duszy staje się pusty w środku. To wszystko musiało być tylko złym snem...
Przeniósł spojrzenie na Colette, widząc pełne skupienie wymalowane na jej twarzy. To sprawiło, że uśmiechnął się delikatnie, lecz wkrótce za nią przeszła para mężczyzn, dlatego zrobił groźną minę, a na jego twarzy pojawiło się nieme ostrzeżenie, aby przyspieszyli kroku.
Ugryzł w końcu pierwszy kawałek, domyślając się już z czym ma do czynienia. Za słodko-kwaśny smak odpowiadała suszona żurawina, a skórka pieczywa okraszona była komponującymi się z całością ziarnami prażonego słonecznika. Odpowiedź była prosta.
Spojrzał prosto w guzikowe oczy szmacianego Pana Chlebka, czując na sobie rosnącą presję. Nie było opcji, że pozwoli zabrać to straszydło Colette do domu. Wypowiedział pytająco:
- Pomidor...?
Starszy mężczyzna zbaraniał, najwyraźniej spodziewając się wszystkiego, ale nie tak absurdalnej odpowiedzi. Zamrugał oczyma, starając się opanować swoją reakcję niedowierzania.
- Em... Niestety... Chociaż... Był pan całkiem blisko, jakby się zastanowić... - próbował go jeszcze pospieszyć, wyraźnie zakłopotany. Nie spodziewał się, że zawita u niego ktoś zupełnie pozbawiony kubków smakowych. - Na drodze wyjątku jestem skłonny podarować wam jeszcze jedną szansę! - zdecydował się w końcu, rujnując piękny plan Lynna, który brzmiał mniej więcej: oddalić się od tego miejsca jak najszybciej.
Już wkrótce na nowo straszyły go nowe kromki chleba przed twarzą.
- Eee... Col, tam obok chyba... sprzedają chlebową biżuterię... - ściszył głos, aby pełen nadziei piekarz ich nie dosłyszał.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 169
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Pon Mar 26, 2018 7:10 pm

Zarzucił jej kłamstwo! Jak tak można? Każdemu, ale Col? To naprawdę ciężkie przestępstwo. Co prawda, nie było powiedziane w jaki sposób dziewczyna wylądowała na ciastach, ale to zupełnie inna historia.
Biedny Lynn, nie zdaje sobie sprawy z otaczającej go rzeczywistości i dziwaków, którzy z chęcią pojawiają się na takich wydarzeniach! Sama obecność brązowowłosej jest potwierdzeniem. Niestety, jednakże wariaci zdarzają się nawet w "wyższych sferach". Wędrując dawniej z Rem, była świadkiem wielu niezrozumiałych zachowań bogatych ludzi. Zaskakiwali ją, ponieważ nie spodziewała się po nich czegoś takiego. Wtedy sobie uświadomiła, iż nie tylko niższa warstwa społeczna może zwariować. Wielkiego odkrycia nie dokonała, każdy jest w końcu człowiekiem.
Wkręciła się na dobre i nie zwracała uwagi na to co się dzieje dookoła. Istniał tylko ten stragan, Lynn i chleb. Oczywiście, wygrana była najważniejsza. Musiała dostać tego pluszaka i wcale nie przejmowała się opinią innych, choć zapewne powinna. Mniejsza! Była pewna, iż rywale z tamtego roku dziś też się pojawią. Nie opuściliby takiej okazji do zdobycia nagród.
Nie tylko staruszek przed nimi został zdezorientowany po wypowiedzi mężczyzny, bo i Col wlepiała swe zdziwione spojrzenie w Lynna. Starała się przez chwilę pojąć, czy jego język posiada jakiekolwiek sprawne kubki smakowe? Musi mieć! Przecież, podczas konsumowania przygotowanych przez nią obiadów wyglądał jakby mu smakowało. Kłamał? Niemożliwe. Wtedy nie zjadałby tak pięknie całej zawartości talerza!
- Em... Hah! I tak jestem wdzięczna za pomoc! Starałeś się i to doceniam, teraz czas na mnie. Więc, stawiałam na miechunkę przez moment, ale potem było wszystko jasne. Poprawna odpowiedź to żurawina i słonecznik po bokach!
Odparła radośnie, zaś odpowiedź okazała się prawidłowa.
Staruszek przystawiał w ich stronę kolejny chleb i zajmował się krojeniem następnych, a Colette odrobinę nachyliła się w stronę ciemnowłosego, by lepiej go słyszeć. Trochę mogło to wyglądać podejrzanie, jednak wiedźma nie bardzo się przejęła.
- Oh? A co, chcesz sobie sprawić coś ładnego? Teraz tak na serio. Lynn, coś nie tak? Źle się czujesz? Zbladłeś. Wygrajmy pluszaka i chodźmy dalej, na pewno w jakimś konkursie ci się powiedzie! Nie załamuj się. Jesteś ze mną, więc nie musisz się niczego obawiać.
Rzekła szeptem w jego stronę, aby po chwili uraczyć go ciepłym uśmiechem.
Bała się, że to coś poważnego i sprowadziła na niego w jakiś magiczny sposób chorobę, która będzie ciężka do pokonania. Oby to tylko złe samopoczucie, które rozwieje wiatr! Musi się postarać, by również dobrze się bawił. Jest to spore wyzwanie, któremu dziewczyna podoła i wyjdzie z tego zwycięsko.
Gdy tylko powrócili do gry, Col złapała kolejną kromkę i wzięła gryz. Tym razem było to coś bardzo słodkiego, więc odpowiedź wydawała się jeszcze prostsza. Mimo to, nadal nie udzieliła jej pierwsza.
- Nadal wierzę w mojego partnera i jego sponiewierane odczucia smakowe. To jak? Co ci to przypomina Lynn?
Spytała zerkając na niego uśmiechnięta i dojadając do końca kromkę w dłoni.
Zależało jej na wygranej, jednakże nie na tyle, by męczyć mężczyznę. Teraz to od niego zależało czy zostaje w grze, czy poddaje się. Jak nie wygrają tu, spróbują gdzie indziej. Najważniejsze to spędzenie czasu razem, czyż nie? Chociaż nie ukrywa, iż miło by było coś wygrać...

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rynek   Czw Mar 29, 2018 1:38 pm

Czuł już, że sprawa jest przegrana, a Colette nie odpuści, aż Pan Chlebek nie trafi w jej ramiona. Pozostało mu pogodzić się z sytuacją, właściwie jak w każdym sporze ze swoją towarzyszką. Nie potrafił jej wytłumaczyć, że jedyną rzeczą, jakiej się obawia to marnotrawstwo czasu. I trochę tego, że ktoś może go zobaczyć biorącego udział w smakowaniu chleba na festynie o tej idiotycznej nazwie.
Postanowił w niewątpliwie „dojrzały” sposób okazać swoje niezadowolenie, odwracając się bokiem i zostawiając Colette zdaną na siebie w tej heroicznej walce o odgadnięcie poprawnej nazwy dodatków do pieczywa. Rozglądał się wkoło, powstrzymując się, aby nie zacząć gwizdać, jeszcze dosadniej okazując brak zainteresowania. Nie spoglądając na dziewczynę, odparł:
- Doskonale radzisz sobie sama. Moja obecność ci tylko zawadza.
Jego głos był cierpki, a on jakby nie zdawał sobie sprawy, że sprawia dziewczynie przykrość. W końcu wystarczająco wiele poświęcił jej wyściubiając nos z posiadłości, prawda!? Podczas gdy Colette smakowała jeszcze drobnych kromek, on lustrował przechodniów, zastanawiając się, co skłoniło ich do pojawienia się w centrum Wishtown w tak licznym gronie.
Nie zdołał ich jeszcze porządnie zwymyślać, gdy w oddali, pomiędzy tłumem ludzi przechadzających się po straganach bez ładu, dostrzegł doskonale znaną mu twarz. Twarz, której miał nadzieję już nigdy więcej nie ujrzeć.
Poruszył bezgłośnie ustami układającymi się niewątpliwie w przekleństwo. Tak, teraz dopiero porządnie zbladł. Jego ojciec, z którym nie miał najmniejszego kontaktu od lat, zbliżał się właśnie w jego stronę, spacerując z kobietą u boku. Najwyraźniej jeszcze go nie zauważył, zajęty rozmową i chłonięciem chlebowych ozdób. Cóż, czyli Colette nie kłamała - na Festynie Pieczonego Chleba można było spotkać ludzi z wyższych sfer.
Lynn nie zamierzał zwlekać. Za nic na świecie nie chciał wpaść na ojca. Nie miał zamiaru zamieniać z nim chociażby słowa, tłumaczyć się ze swojego minionego zachowania, obecności Colette przy sobie, ani tym bardziej swojej wizyty na tym idiotycznym święcie. Obrócił się gwałtownie w stronę staruszka za ladą, pochylając się nad deską chlebów, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu. Zamrugał oczyma, zachowując pełne skupienie.
- Kawałki suszonej moreli i kminek - wypowiedział nagle, bez próbowania. I cale szczęście, bo za takiej połączenie staruszkowi  należała się przynajmniej egzekucja na stosie. Wskazywał jedynie palcem, w pośpiechu przeskakując do kolejnych kromek. - Chleb kukurydziany, mak i matko... RODZYNKI?! - zgadywał, robiąc wielkie oczy, dopiero teraz odkrywając tę brutalną prawdę. Całe szczęście z kolejnym było już lepiej. - Ciemny, razowy. Z czarnym sezamem. I suszoną śliwką - wypowiedział praktycznie na jednym tchu, unosząc lekko twarz, aby zorientować się, gdzie teraz znajduje się jego ojciec. Ten, całe szczęście, nie zdążył pokonać znacznej odległości, zatrzymując się przy poszczególnych straganach.
Lynn nie marnował zaś ani chwili:
- Jestem wzrokowcem - wyjaśnił krótko, pierwszą wymówkę, jaka przyszła mu do głowy, właściwie nie odbiegającą od prawdy. - Zgadliśmy wszystko, prawda? Czy możemy już odebrać nagrodę główną? - zapytał prędko, wprowadzając w osłupienie starszego piekarza. Spoglądał na niego z oczekiwaniem, wywołując na nim niemałą presję. Zaraz też przytknął dłoń do twarzy, dziwnym trafem chcąc się zasłonić z jednej strony.
- Ym... Owszem, wszystkie dodatki zostały odgadnięte prawidłowo... Chociaż nie tak, jakbym tego oczekiwał... - zawahał się, w rzeczywistości mając nadzieję na lepsze widowisko i zachwalanie jego przysmaków. Cóż, chyba musiał się pogodzić z ich wygraną. - Dobrze, dzieciaczeńki. Oto wasza nagroda, gratuluję! Poczęstujcie się na drogę i pamiętajcie, aby wrócić do piekarni pod... - mówił jeszcze, lecz Lynn przestał już słuchać, popędzając Colette:
- Bierz swojego Pana Bułkę i chodź - mruknął, natychmiast ujmując ją w talii i odciągając w boczną uliczkę, na której znajdowało się mniej atrakcji.
Teraz pozostało im przeczekać zagrożenie. I zająć czymś Colette, aby nie zachciała prędkiego powrotu. Obdarzył sceptycznym spojrzeniem gigantyczną kromkę chleba wiszącą na linkach pod szyldem drewnianego straganu. Była niewątpliwie prawdziwa i jadalna.
- Spójrz, Col - wskazał znalezisko. - Potrafisz docenić ten kunszt i wyszukany gust autora tego dzieła? - zapytał, jakby stał przed najpiękniejszym z rodzaju sztuki.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 169
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Pią Mar 30, 2018 5:12 pm

Na samym początku uznała zachowanie ciemnowłosego za najzwyklejsze marudzenie, które minie z czasem i znów powróci normalny stan. Niestety, nie zapowiadało się na nic takiego, wręcz było gorzej.
W pewnym momencie, po prostu się od niej odwrócił i nawet nie spoglądał w stronę owego straganu. Nie miała bladego pojęcia jak zareagować, ponieważ nie zrobiła nic złego. Tak się przynajmniej wiedźmie wydawało, lecz może to naprawdę była tylko i wyłączenie jej wina? Nie powinna naciskać. To tylko pogorszyło jego humor, który już od początku był zły. Zachowała się strasznie egoistycznie, a wcale nie miała takiego zamiaru. Wyciągnęła mężczyznę z domu, by spędzili ze sobą dobrze czas, jednakże... Wszystko poszło nie tak.
Cała zabawa straciła swój urok, gdy została sama na polu bitwy. Nie zdarza się to często, lecz nastrój Col uległ zaniżeniu i to w dodatku dość sporemu. Czuła się źle. Nie potrafiła tego wytłumaczyć. Zawiniła. Reakcja, gdy Lynn wrócił do gry i po kolei zgadywał wszelkie smaki, nie była taka jak zawsze. Uśmiechała się tylko delikatnie obserwując poczynania jego oraz staruszka.
Trzymając pluszaka w jednej ręce, podziękowała skinieniem głowy starszemu mężczyźnie i została zaciągnięta w jakąś uliczkę. Padło pytanie ze strony towarzysza, ale nie za bardzo miała chęć na nie odpowiedzieć. Odsunęła się od niego w pewnej chwili.
- Wiesz... Wróć do domu, Lynn. Niepotrzebnie cię wyciągnęłam na ten festyn. Mam nadzieję, że mi wybaczysz i nie zachowasz urazy. Zmusiłam cię do czegoś, na co wcale nie miałeś ochoty. Głupiaaa... Nie pomyślałam o tym, jak bardzo ci szkodzę i jak źle się musisz czuć! Dam sobie radę! Pokręcę się jeszcze trochę tu i tam. Dziękuję, że tyle ze mną wytrzymałeś.
Rzekła spokojnym tonem, a na twarzy miała przyjazny uśmiech.
Od razu po swej wypowiedzi zaczęła biec wzdłuż uliczki. Uznała, że tak powinna postąpić. Pozwolić mu odejść. Nie męczyć go. Ciągle zapomina, iż dawne czasy już minęły i dorosłość wygląda zupełnie inaczej, niż tamte odległe chwile. Zapomina, czy nie chce pamiętać?
Biegła przed siebie mijając kolejnych ludzi i siłą powstrzymywała się od wrócenia do Lynna. To bolało, jednak bardziej bolesne byłoby patrzenie jak musi się zadręczać w tym miejscu. I to wszystko przez nią. Te myśli wcale nie pomagały w uspokojeniu się.
Przy przebieganiu obok jednego drzewa, zauważyła grupkę dzieci. Szybko się zatrzymała i skierowała w ich stronę wolnym krokiem. Starała się opanować swoją zadyszkę przed rozmową z ową grupą. Otaczali płaczące dziecko.
- Hej? Coś się stało?
Spytała z malutkim uśmieszkiem Col, a jedno z zebranych smyków spojrzało na nią lekko zdziwione.
- Kotek mu uciekł... Teraz jest tam.
Wskazało palcem w górę, zaś dziewczyna podążyła spojrzeniem i sama przekonała się, gdzie dokładnie znajduje się zguba. Wdrapał się naprawdę wysoko.
- Woooahhh... Taki mały, a znalazł się praktycznie na samym czubku! No nic. Ściągnę go w mgnieniu oka! Nie martwcie się. A ty... No już, nie płacz. Przyniosę twojego kotka, a tymczasem poprzytulaj tego oto zwierzaczka.
Mówiła radośnie zerkając na dzieci, które delikatnie się uspokoiły i zaciekawiły. Wygranego pluszaka podała brzdącowi, po czym pogłaskała go po głowie. Zaczęła podciągać swe rękawy od koszuli, aby nie przeszkadzały we wspinaczce.
Myślała o tym, aby uratować go dzięki mocy, aczkolwiek nie było to bezpieczne w takim miejscu. Skoro nie moc, to zostaje pójście po niego z użyciem własnej siły. Dobrze, że drzewo miało sporo gałęzi, ale zdecydowanie gorzej, iż niektóre były cienkie.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rynek   Pią Mar 30, 2018 8:03 pm

Doprawdy, nie wiedział, co było gorsze. Rozentuzjazmowana Colette, która wszędzie wcisnęła swój ciekawski nosek, czy jej smutna wersja, udająca, że wszystko jest w porządku. Nie potrafił się zdecydować, ale też nie musiał tego czynić, bo dziewczyna prędko pozbawiła go możliwości przebywania z tą drugą osobowością Colette. Przestraszył się, natychmiast chcąc przepraszać i ratować opłakaną sytuację.
Zdążył jedynie wyciągnąć ku niej dłoń, lecz wtedy odwróciła się w przeciwną stronę, a jego ręka bezcelowo zawisła w powietrzu.
- Poczekaj...! - krzyknął za nią, natychmiast przedzierając się przez tłum za nią.
Praktycznie od razu zderzył się z parą karłów, która, jak się później okazało - była małżeństwem staruszków, Na moment stracił dziewczynę z oczu. Doskonale udało jej się skryć w tłumie ludzi; tylko momentami dostrzegał jeszcze jej czuprynę włosów. Przeprosił prędko potrąconych ludzi, niespecjalnie przejmując się ich losem. Popędził za dziewczyną, dopiero po chwili namyślając się, czy w ogóle powinien.
Czy nie lepiej byłoby ją zostawić? Przecież nie chciał tu być. Doprawdy, gdyby się zastanowić... Nie przepadał za jej dziecinnym zachowaniem. Do wychowania miał już Shilvię, nie potrzebował drugiej podopiecznej. Colette była już jednak dorosła, a on, na przekór, wciąż usiłował dopełnić obietnicy, którą już raz złamał. Nawet jeśli miałby się męczyć, wolałby, aby znajdowała się u jego boku.
Podążył za nią przyspieszonym krokiem, przepychając się przez przechodniów i chwilowo zapominając o obecności własnego ojca na tym nieszczęsnym festynie. Wielokrotnie pomylił ją z inną dziewczyną, za co spokojnie mógłby zostać posądzony o molestowanie uczestniczek festynu. Całe szczęście, już wkrótce znalazł odpowiedni trop. Trafił na gromadkę dzieci, wpatrujących się w niezidentyfikowany obiekt na niebie. Jeden z nich, a dokładniej ten z zapuchniętymi oczyma, trzymał ich... główną nagrodę! Ciężko zapracowaną! Pan Bułek, czy jak mu tam...!
- Hej! Ty! Skąd to masz!? - wyskoczył naprzeciw dziecka, które natychmiast przycisnęło do piersi pluszową zabawkę, robiąc wielkie oczy. Brawo, Lynn, doskonale wiesz, jak postępować z dziećmi.
- Ja... Do-dostałem od pani z góry... - wydukał, najwyraźniej powstrzymując się od nowej fali płaczu, która niedawno ustała.
Lynn spotulniał, ale tylko na moment, nim dotarł do niego absurd wypowiedzianych słów.
- JAKIEJ PANI Z GÓRY!? - huknął na niego, zupełnie nie mając nastroju na metafory i wymyślanie niestworzonych postaci z nieba. Otóż... Dziecko nie kłamało, co obwieściło drżącym paluszkiem wskazującym ku górze. Na gałąź drzewa tuż nad nimi.
Krew odpłynęła z twarzy Lynna. Rozchylił usta, nie potrafiąc uwierzyć, w to co widzi. Jakim cudem...? Kiedy ona zdążyła...? Dlaczego? Setki pytań cisnęły mu się do głowy, jednak w ogólnym szoku nie potrafił uformować w całość żadnego z nich. Gdy już dotarło do niego, co się tutaj dzieje, natychmiast nabrał powietrza w płuca, ignorując to, że zwraca na siebie uwagę przechodniów, a co za tym szło - prawdopodobieństwo natrafienia na swojego ojca wyraźnie wzrastało.
- Colette! Zejdź stąd w tej chwili! MASZ NA SOBIE SUKIENKĘ, DO CHOLERY!!! - wrzasnął z dołu, jakby to było najważniejszym argumentem przeciwko wspinaniu się na drzewa. Zaraz zmierzył młodych chłopców lodowatym spojrzeniem. - Wszyscy, spojrzenia w dół. Jeśli zobaczę, że któryś z was się gapi, przełożę przez kolano i spiorę po tyłku, nie żartuję - powiedział jak najbardziej poważnie, dużo groźniej niż zamierzał. Cóż, w grę wchodziła godność kobiety, która najwyraźniej nie przewidziała skutków wchodzenia na szczyt drzewa w kiecce. Najważniejsze, że dzieciaki posłuchały.
- COL, ZEJDŹ. Ja to zrobię, tylko... - przerwał, wydając z siebie warknięcie. - Gorzej niż z dzieckiem, naprawdę... - westchnął, zaczynając się zastanawiać, czy drzewo utrzyma ciężar ich obojga. Doprawdy, gdyby tatko go teraz widział...

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 169
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Pią Mar 30, 2018 9:18 pm

Pierwsza wspinaczka po drzewie w tym sezonie, zaliczona! Spodziewała się, że trudniej będzie wejść, lecz o dziwo poszło gładko i nim się obejrzała miała za sobą dwie gałęzie. Wspinając się w górę robiło się ich coraz więcej, jednak tylko poniektóre były grube. Dawno nie miała okazji chodzić po drzewie, więc miło było przypomnieć sobie ten wysiłek.
Nagle usłyszała krzyk z dołu, a głos był bardzo znajomy. Tak bardzo, że naburmuszona prychnęła i dalej starała się wybadać stabilną gałąź. Nie rozumiała po co za nią przylazł. Specjalnie zostawiła go samego, by nie musiał więcej się denerwować i mógł wrócić do domu, a on i tak stoi pod tym drzewem. Ludzie są za bardzo skomplikowani!
Kolejny wrzask wyprowadził ją z równowagi i złapała cieńszą gałązkę, więc nie obyło się bez małego zawału, kiedy ta się urwała. Dziewczyna znacznie mocniej przytuliła się do drzewa. Zaciągnęła się głęboko powietrzem, aby wypuścić go chwilę potem z płuc i zerknąć w dół.
- CHCESZ MNIE ZABIĆ?! Nie potrzebuję niańki! WRACAJ DO DOMU, LYNN! Czemu nadal tu jesteś?! Nikt ci nie każe tu być! Powiedziałam... Jesteś wolny! Sama ze wszystkim sobie poradzę! I MAM RAJSTOPY, WIĘC NIE MA WIELE DO OGLĄDANIA! CHYBA.
Odparła również krzykiem, który był wycelowany prosto w mężczyznę.
Była zła. Zdarzało się to bardzo rzadko, gdy dopadała ją złość. Na kogo dokładnie była zdenerwowana? Raczej na samą siebie, choć Lynn swym magicznym pojawieniem się w tym miejscu, też zasługiwał na odrobinę tego gniewu. Myślała, że dosadnie oznajmiła mu, iż resztę dnia spędzi na festynie sama. Najwyraźniej traktuje ją jak małe dziecko, które trzeba nieustannie mieć na oku.
Poruszała się dalej w górę, stawiając ostrożnie nogi na coraz to nowszych gałęziach. Nie było wiele trzeba, aby dokładnie poobcierała sobie dłonie i inne miejsca na ciele. Co najśmieszniejsze, niektóre badyle miały na sobie kolce, także nie tylko na otarciach się skończy.
Jeśli mowa o rajstopach, to czarny kolor był wyrazisty. Tylko bardzo spostrzegawczy ktoś mógł dostrzec bieliznę Col z tej odległości. Nie wątpi, iż parę takich osób by się znalazło tam na dole.
- Idź sobie, Lynn. Nie potrzebuję cię tu. Więcej nie zamierzam cię męczyć i prosić o cokolwiek. Nie jestem dzieckiem, a ty nie jesteś moją opiekunką. Obudź się.
Mówiła cicho do siebie nadąsana, nie zwracając uwagi na ewentualne skaleczenia, czy inne tego typu rany.
Spostrzegła w końcu swój cel, który znajdował się nie tak daleko. Trzy gałęzie w przód i go złapie! Mogła związać włosy, bo w niektórych momentach nieźle zawadzały. Mowa tu nie tylko o zasłanianiu widoku, lecz również wplątywaniu się w witki drzewa.
Kociak. Prawie go dosięgała! Jednak, sytuacja odrobinę się zmieniła, gdy postawiła nogę na lekko złamanej gałęzi i znienacka osunęła się trochę w dół. Na całe szczęście, mocno się trzymała zaufanych pędów i tylko się zaśmiała poprawiając swoje ułożenie.
- Cz-Czego ty się boisz, Col? Na co dzień, bywasz w o wiele wyższych miejscach i czujesz tylko radość. Nie mów, że przestraszyło cię drzewo...
Rzekła ponownie sama do siebie, wręcz wyśmiewając swoją osobę.
Kilka oddechów i mogła ruszać dalej. Kot siedział na jednej z gałązek i wbijał w nią pazury. Był przestraszony, lecz pomoc prawie była na miejscu.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rynek   Sob Mar 31, 2018 4:59 pm

Colette przeżyła mały zawał przy natrafieniu na niestabilną gałąź. On z kolei umierał ze strachu przy każdym jej kroku. Prędko zrezygnował z pomysłu wdrapania się za nią na drzewo, woląc ją asekurować. I tak też postąpił, niemal tańcząc pod drzewem, przesuwając się za nią o niepełne cale z wyciągniętymi rękoma, gotowymi do łapania spadającej dziewczyny. Jak sądził - to było nieuniknione.
- Colette, ostrzegam cię! ZEJDŹ NIM OSIWIEJĘ DO RESZTY!!! - krzyknął z dołu, z brakiem świadomości, że wcale nie pomaga jej z w dobrnięciu do upragnionego celu. - Będę chodził, gdzie mi się podoba, kretynko! ZABROŃ MI, PROSZĘ BARDZO! - wtórował jej dalej, coraz bardziej zwracając na siebie uwagę ludzi uczestniczących w festynie.
Kątem oka zauważył rosnące wokół siebie zgromadzenie. Miał tylko nadzieję, że wśród tych osób nie ma jeszcze jego ojca. Za nic na świecie nie wytłumaczyłby się, co on właśnie odpieprza. Chwilowo skupił się na Colette, z dołu doskonale dostrzegając jej czarną bieliznę. Nie zapomni jej tego. Oho. Czyli pora zareagować ostrzej.
Opuścił głowę, spojrzeniem rzucając niemal piorunami. Machnął wściekle na kilku dorosłych ludzi, którzy zdecydowali się zatrzymać i poczekać na rozwój wydarzeń.
- Proszę się rozejść, tu nie ma nic do oglądania - warknął przez zaciśnięte zęby, a gdy to nie pomogło, przeszedł do ostrzejszych gróźb. - Spójrzcie do góry, a wydrapię wam oczy.
Nie miał oczywiście możliwości kontrolowania każdego ze spojrzeń przechodniów, mógł mieć tylko nadzieję, że nie mają tak dobrych widoków jak on. Wtedy też wypowiedziała te magiczne słowa. Prychnął z pełnym oburzeniem i powtórzył krzykiem:
- „Nie jestem dzieckiem!” NIE JESTEM DZIECKIEM!? NAPRAWDĘ!? Powiedziała Colette, wspinając się po drzewie za kotem! ZOSTAWIĆ CIĘ NA PIĘĆ SEKUND I JUŻ WPLĄTUJESZ SIĘ W NIEMOŻLIWE BAGNO!!! - wrzeszczał do niej z dołu. Wiedział, że jeszcze trochę, a zostaną główną atrakcją Festynu Pieczonego Chleba.
- Psze pana, proszę tak ni-nie krzy...
- ZAMKNIJ SIĘ, SMARKACZU!!! - huknął stojące obok dziecko, najwyraźniej wpadając w prawdziwą furię.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 169
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Nie Kwi 01, 2018 8:51 pm

Wrzaski Lynna tylko rozpraszały brązowowłosą i mogły doprowadzić do upadku z drzewa. Starała się ignorować większość z jego wykrzyczanych słów, chociaż czasem po prostu nie dało się tego przemilczeć. Wiadomo, iż ta oto wiedźma nie będzie siedzieć długo cicho.
- TAAAAK, ŻEBYŚ WIEDZIAŁ! ZABRANIAM! WYNOCHA DO DOMU!
Machnęła ręką w jego stronę, po czym prychnęła kolejny raz tego dnia.
Nic nie pomagało. Zostawienie go, wrzaski, wszelkie inne próby przegonienia stąd... Wszystko szło na marne. Przecież, nie chciał tu być. Okazywał swe niezadowolenie i znudzenie, gdy stali przy straganie, którego nie dało się zignorować. Jasne, mogła nie zwrócić na to większej uwagi i dalej bawić się w najlepsze, ciągając go wszędzie za sobą. Tylko to mijało się z celem! Nie wybrała go w ramach opieki nad nią, a w celu wesołego spędzenia czasu razem.
Nie ma już ośmiu lat, lecz nadal przejawia takie zachowanie. Jest tego bardzo świadoma. Nie może pozbyć się infantylności od tak, jednak jeśli to ma sprawić, że przestanie być postrzegana jako dziecko, jest na to gotowa. Mnóstwo pracy przed nią, choć nie ma co ukrywać jednej, istotnej rzeczy. Jest tak strasznie zagubiona, iż zostaje jej podpatrywanie niektórych zachowań u innych.
Tak właściwie, jak powinna zachowywać się dorosła osoba? Przepuszczać innych w drzwiach? Nie śmiać się głośno? Nie wypowiadać się szczerze? Okłamywać się, że wszystko jest w porządku? Nie okazywać głośno swego niezadowolenia? Siedzieć cicho w towarzystwie? Przejmować się zdaniem innych? Ignorować tych, którzy wołają o pomoc? Jak?
Kolejny krzyk wywołał u Col następną falę oburzenia, jednakże nie przerywała swojego podążania w górę. Lynn uważał, że dziecinnym pomysłem jest uratowanie kota, czego wiedźma zupełnie nie mogła pojąć. Zgadzała się w tym, iż nie miała odpowiedniego stroju, ale nikt inny nie rwał się do pomocy tym dzieciom. Nie mogła ich zostawić.
- Wspinanie się... NIC NIE ROZUMIESZ! CHCĘ KOMUŚ POMÓC, A TY... NIE JESTEŚ LEPSZY! POTRAFISZ TYLKO BYĆ NIEZA...
Miała dokończyć, lecz kotek znalazł się na wyciągnięcie ręki. Nie traciła czasu i sięgnęła w jego stronę. Przystawiła wolno dłoń do pyszczka malucha, aby przypadkiem go nie spłoszyć.
Ciężko było się utrzymać w tej pozycji, w dodatku stojąc na tak mało stabilnych gałęziach. Kosztowało ją to wiele siły, nie wspominając o delikatnym staraniu się odczepienia kocich pazurów od drzewa.
Gdy był już bezpieczny, znalazł się na ramieniu Colette. Nie musiała długo asekurować zwierzaka, bowiem od razu wbił się małymi szponami w koszulę, a co za tym idzie i w skórę. To nie były łaskotki.
- Spokojnie, przeżyjemy.
Rzekła zerkając na wystraszonego malca i zabierając się za ostatnią część przedstawienia. Zejście.
Z tym pojawił się spory problem, ponieważ musiała teraz uważać na towarzysza. Z początku nie szło najgorzej. Sytuacja stała się tylko boleśniejsza, bo w którymś momencie przejechała mocniej udem o ostrą, złamaną gałąź. Nie zauważyła jej! No i tyle po rajstopach... Eh. Nie zliczy ile razy przeszedł ją ten nieprzyjemny dreszcz, który pojawiał się przy każdym urazie.
- Dziwne, że sukienka nadal jest cała.
Mruknęła do siebie, zaś schodząc szybciej powróciła do trzymania jedną ręką uratowanej zguby. Wszystko miało zakończyć się dobrze, gdyby nie to, że niedaleko ziemi rozległ się trzask i poszły dwie z gałęzi. Owe gałęzie trzymały jako tako Col, więc to normalne, iż zaczęła spadać w dół.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rynek   Nie Kwi 01, 2018 10:49 pm

- Ooo taaak! Już idę! Zobacz, już wracam do domu! - wtórował dalej, ani myśląc drgnąć chociażby o cal. Ruszy się dopiero wtedy, gdy dziewczyna zejdzie bezpiecznie z drzewa, nawet gdyby miał spędzić pod jego pniem całą noc. - Pożałujesz, kiedy już stąd zejdziesz! A jeśli spadniesz to... - urwał, nie mogąc wymyślić odpowiedniej groźby. Może to i nawet lepiej?
Podążał za nią, z każdym, najmniejszym krokiem mając wizję obsuwającej się stopy Colette. Ręce i szyja zaczynały go boleć od utrzymywania jednakowej pozycji. Już on sobie z nią porozmawia, gdy znajdą się na jednakowej płaszczyźnie...! Był wściekły! Zdążył już zapomnieć, że to ona od wieków była stroną wpędzającą go w największe kłopoty. A teraz, na domiar złego, mieli pół Wishtown za świadków.
Zamrugał oczyma, usiłując dokończyć jej urwaną wypowiedź. Jaki był? Niezastąpiony? Niezależny? Niezapomniany? Tak, zdecydowanie to miała na myśli dziewczyna. Nawet komplementy by jej nie pomogły, gdyby tylko chciała go nimi teraz obdarzać. Głosy wokół nasilały się, a on nawet nie miał czasu odpędzić gapiów ani nawet zrealizować swojej groźby na wypadek, gdyby zerknęli ku górze. Colette docierała już prawie do celu. I wtedy też wydarzyła się tragedia.
Koty zawsze spadają na cztery łapy. Podobno. Dziewczęta niosące pomoc zwierzętom rzadko miały równie spore szczęście. Chyba że na dole czeka na nie frajer z wyciągniętymi rękoma, gotów łapać je w całym pakiecie z zerwaną gałęzią.
Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Nie docierały do niego już żadne odgłosy. Wciągnął powietrze, zaraz wydając z siebie zduszony okrzyk. Cofnął się na pół kroku, przymierzając się lepiej do złapania dziewczyny z niechcianym mu pasażerem w ramionach. Rzucił się do przodu, mając nadzieję, że jego ręce wytrzymają.
Chwilę później leżał na ziemi, czując tępy ból w okolicach potylicy. W oczach mu pociemniało. Colette powinna zaś znaleźć się gdzieś na nim, więc miała zapewnione częściowo miękkie lądowanie, o ile kościste ciało Lynna można określić tym mianem. Jęknął, zupełnie nie kontaktując ze światem i nie pojmując, że właśnie oberwał gałęzią, która wciąż częściowo go przygniatała. Wszystko dochodziło do niego jakby przez mgłę.
Ociężałą rękę podniósł do głowy czując nań mokrą plamę. No tak. Przecież dawno nie zarobił żadnego obrażenia, nastała już na to najwyższa pora. Przez myśl przeszło mu stworzenie zegarka, który odliczał dni bez urazów. Zaśmiał się sam do siebie, co zdecydowanie nie świadczyło dobrze o jego zdrowiu po oberwaniu w głowę. Zupełnie zamroczony przeniósł wzrok na Colette, nie potrafiąc połączyć wątków i jakby zapominając o konieczności oddania jej wykładu na temat nieposłuszeństwa. Krew zlepiła mu włosy, ściekając po karku. Odpłynął, przechylając głowę i z rozbawieniem przyglądając się mężczyźnie, który przedarł się przez tłum ludzi, pochylając się nad nim.
- Lynn? Lynn! Co się tu...? - pytał, ale Lynn nie reagował zbyt gwałtownie. Nie poznał w zaczepiającej go postaci swojego ojca.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 169
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Nie Kwi 01, 2018 11:46 pm

Kto wiedział, że gałąź pęknie? Wytrzymała na początku jej ciężar, więc miała pewność, że wytrzyma i kolejny raz. Dziwnie kruche te drzewa, bo za dawnych czasów utrzymałyby dwie osoby jednocześnie. Matka natura się nie stara.
Podczas zupełnego upadku liczyła, iż to ostatnie chwile życia i w końcu nadszedł na nią czas. To było piękne. Za piękne. Otóż, została uratowana przez kogoś. Wnioskuje po dość miękkim lądowaniu, którego doświadczyła i braku światełka w tunelu.
Otworzyła powoli powieki i rozejrzała się ostrożnie wokół. Ten sam widok, ci sami ludzie, tylko z innej perspektywy, która nie wydawała się przyjazna. Gdy do niej dotarło co się dzieje, przeraziła się i podniosła gwałtownie w górę, schodząc z wygodnego gruntu.
Szybkie spojrzenie na dół, zaś tam widok Lynna. Bardzo zranionego Lynna. Odgarnęła prędko gałęzie, które spadły wraz z nią. Jego rana wcale nie wyglądała dobrze, jednak nie rozumiała czemu tak mu wesoło. Zbyt mocne uderzenie? I to wszystko przez to, że ten idiota się rzucił na pomoc! Przecież przeżyłaby, wręcz obeszłoby się bez tej aktualnej makabry.
Przydałoby się zatamować krwawienie, a że Col zdarzało się szybciej robić, niż myśleć już rwała kawałek swej sukienki. Starała się otrzeć mu twarz i przykładała mocniej materiał do rany. Prawdę mówiąc, w tym momencie siebie stawiała na ostatnim miejscu. Też miała pełno mniejszych, czy większych skaleczeń, ale to się nie liczyło. Najbardziej poszkodowany był on.
- Lynn?! Wiesz kim jestem?! Kim jest ten starszy pan?! Czy widzisz światło na końcu tunelu?! Matko... Jesteś taki głupi...!
Mówiła zrozpaczonym tonem, patrząc na jego twarz.
Ciężko było powstrzymać łzy, gdy doprowadziło się kogoś do takiego stanu. Bała się, że to wszystko pójdzie w gorszą stronę. Błagała w duszy, by rozcięcie okazało się tylko niewinnym przecięciem skóry. Szukała ewentualnych ran poza tą jedną, ale niczego się nie dopatrzyła.
Co prawda, kot został uratowany i uciekł w stronę małego właściciela.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rynek   Pon Kwi 02, 2018 12:23 am

Doprawdy, podejrzane. Za czasów, gdy byli wychudzonymi dziećmi metr dwadzieścia, drzewa charakteryzowały się większą stabilnością. Kiedyś to były czasy...! Chociaż, faktycznie, prościej będzie zwalić winę na matkę naturę. Która dodatkowo solidnie otumaniła Lynna.
Właściwie dzięki temu, obeszło się bez głoszenia kazania, wielkiego opieprzu i ciągnięcia Colette za ucho do kąta. Może więc nie wyszło tak źle? Lynn trzymał się jedną ręką za głowę, wciąż nie podnosząc się z ziemi. Ledwie pojmował zamieszanie wokół niego. Nie rozumiał, dlaczego jakiś starszy pan próbuje zwrócić na siebie jego uwagę, a Colette niemal zalała się łzami. Dobrze, że chociaż jej bredzenie bez sensu było taki jak zawsze. Jedyny stabilny element w tym chaosie.
- Lynn, kim jest ta dziewczyna? - rozległ się twardy głos, na dźwięk którego poszkodowany mężczyzna aż się wzdrygnął. Naprawdę dawno go nie słyszał.
Do starszego mężczyzny wkrótce dołączyła kobieta, przedzierając się za nim przez tłum gapiów i wydając z siebie okrzyk. Doprawdy, niech żałuje, że pominęła go całe przedstawienie! Nim Lynn zdążył się jej w ogóle przyjrzeć, rozległo się znowu:
- Niech ktoś wezwie pomoc! Trzeba go przenieść do szpitala!
Oho. Nawet w tym stanie zapaliła mu się czerwona lampka. Szpital? Jest tylko jeden publiczny szpital w tym mieście. Dokładnie ten należący do Inkwizycji. Którego mógłby już nigdy nie opuścić, nie mówiąc o Colette. Jego obwody najwyraźniej wciąż pozostawały przegrzane, bo nie potrafił zareagować tak, jak by tego chciał.
- Col... Jakie światełko? - wymruczał, jakby to było najważniejszą kwestią w jej wypowiedzi. - Ten pan... - powtórzył, przenosząc wzrok na stojącego nad nim mężczyznę. Skupił się, zbierając myśli i usiłując się nie pomylić przy rozszyfrowywaniu jego twarzy. - Ten pan... to mój ojciec - wypowiedział niemrawo, wciąż nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Zdziwiło go tylko to, że kobieta towarzysząca papie wydała z siebie kolejny okrzyk zdumienia. Najwyraźniej nie spodziewała się, że tak szanowany i poważny mężczyzna mógł kiedykolwiek spłodzić... leżącą przed nimi ofiarę.
- Odsuń się, panienko - poprosił ją twardo ojciec Lynna, usiłując się do niego dostać. Z towarzyszących w tle odgłosów, wywnioskować było można, że ktoś zorganizował im powóz.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Colette
Wiedźma Wiatru
avatar

Liczba postów : 169
Join date : 12/11/2017

PisanieTemat: Re: Rynek   Pon Kwi 02, 2018 4:20 pm

Wszystko działo się tak szybko. Ogarniała jego ranę, gdy nagle wspomniał o swoim ojcu. Nie uwierzyła mu od razu, ponieważ mógł przez uderzenie gadać jakieś głupoty. Przekonała się do tych słów przez zaangażowanie owego mężczyzny.
- Tak, już!
Odparła szybko, aby zaraz odsunąć się od poszkodowanego jeszcze dalej i dać miejsce starszemu człowiekowi.
Wybrała sobie pozycję pod przeklętym drzewem, choć była bardziej skryta za pniem. Nie była to idealna miejscówka, lecz musiała się czegoś podeprzeć, by wstać. Szło to opornie. Przy każdym ruchu odczuwała wielki dyskomfort, a skaleczenia pobrudziły krwią białą koszulę. Teraz dopiero miała szansę przyjrzeć się swym obrażeniom, które zdawały się być znacznie większe. Jeśli miałaby wybrać, to największy ból sprawiała lewa noga.
Zerkała co chwilę na Lynna, bo musiała mieć pod kontrolą co się obok niego dzieje. Zaraz miał się zjawić powóz w celu zabrania go stąd. Dziewczyna w międzyczasie przyglądała się uszkodzeniu na wewnętrznej stronie uda, które sporo krwawiło bez ustanku, zaś rozszerzając go palcami, mogła odrobinę zajrzeć do środka. Nie był to miły widok. Nie przypuszczała jednak, iż ta złamana gałąź rozetnie jej skórę w tak poważny sposób. Rajstopy były poprzerywane w kilku miejscach, a na włosach miała pełno listków i suchych gałązek.
Próbowała zapanować nad oddechem, który był głęboki i ciężki. Kto wiedział, że drzewo posiada niespodziankę jaką są kolce! Twarz pewnie też oberwała, nie mówiąc o dłoniach w opłakanym stanie.
Zepsuła wszystko. Całe wyjście było niesamowitym błędem, który zamienił się w zagrożenie dla życia Lynna. Ściąga nieszczęście na każdego w pobliżu. Zacisnęła dłoń w pięść i mocno uderzyła w zranione udo, po czym jęknęła cicho z bólu. Jest chodzącym przekleństwem. Nie powinna opuszczać domu. Nie powinna narażać innych. Nie powinna znać kogokolwiek... Tylko chciała pomóc! Może to właśnie tu popełnia błąd. Na pewno powinna pomagać?
Otarła oczy z nowo przybyłych łez, by znacznie bardziej przyciskać materiał sukienki do rany. Niewiele to dawało. Głupia, niepotrzebnie w nią walnęła.
Musi dowiedzieć się, czy nic na pewno nie zagraża Lynnowi i dopilnować, aby go szybko zabrali. Aktualnie wyglądała zza drzewa na miejsce tragedii. Skoro to jego ojciec, to powinien dobrze się zająć swoim synem.

___________________
Życie nie ma sensu.
Miłego dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lynn Cavendish
Zegarmistrz
avatar

Liczba postów : 446
Join date : 10/02/2016

PisanieTemat: Re: Rynek   Czw Kwi 05, 2018 8:16 pm

Z deszczu pod rynnę. Owszem, wykazywał zerowe chęci na uczestniczeniu w tym śmiesznym święcie. I los pokarał go za to najwyraźniej możliwością skończenia w szpitalu Inkwizycyjnym. A w dodatku stał nad nim człowiek, którego szczerze nie znosił. Odgrywał rolę sumiennie zatroskanego, a Lynn z kolei był za bardzo zamroczony, aby oskarżyć go o zgrywanie pozorów. Gdyby nie był zajęty uczeniem się na nowo mrugać oczyma przed rażącym słońcem, być może zaszczyciłby ojca kąśliwą uwagą.
Z solidną pomocą dłoni ojca podniósł się na równe nogi, co właściwie nie było dobrym pomysłem, z powodu nadchodzących mdłości i karuzeli w głowie, która uparcie nie chciała się zatrzymać. Rozejrzał się wkoło za Colette, będącą jeszcze chwilę temu u jego boku, lecz jego poszukiwanie nie osiągnęły odpowiedniego rezultatu, gdyż twarz Williama, ojca Lynna, wyłoniła się ponownie, ograniczając mu pole widzenia.
- Jak wielkiego trzeba mieć pecha, aby dostać w głowę zerwaną z drzewa gałęzią? - najwyraźniej próbował rozładować atmosferę, otrzepując marynarkę syna z ziemi.
O tak. Ta wersja podobała się Lynnowi. Gałęzie spadające bez powodu. Sto razy lepiej od czekania pod drzewem, na którym grasowała Colette goniąca za kotem. Kiwnął głową, wykonując uśmiech, od którego z pewnością kwaśniało mleko.
- Co ty tu robisz? - W jednym zdaniu z pewnością rozwiał wszelakie wątpliwości i odpowiedział na zadane pytanie oraz setkę tych niewypowiedzianych. I tak wykonał nim wielki krok ku pojednaniu - odezwał się do własnego ojca po raz pierwszy od lat. Co z tego, że nie rejestrował już jego historii o tradycji uczęszczania na festynie, zupełnie tym niezainteresowany.
Czuł jak powoli zaczyna kontaktować, niczym wybudzając się z głębokiego snu. Tłum się przerzedzał, a jednak Colette nie pojawiała się w zasięgu jego wzroku. Została ona odnaleziona przez kobietę, którą Lynn dziś po raz pierwszy widział na oczy, a towarzyszyła wyraźnie Williamowi. Pochyliła się ona nad ranną dziewczyną kładąc jej dłoń na ramieniu.
- Panienko...! To krew! - wykrzyknęła, zakrywając usta dłonią.
Tyle właściwie wystarczyło, by twarz Lynna przybrała białą barwę. Pierwszym odruchem przeciętnego człowieka na podobne obwieszczenie byłoby z pewnością zainteresowanie się sprawą. Jednak Lynn ze swoim strachem wobec krwi, nieprzerwanym od dziecka, najzwyczajniej na świecie odwrócił spojrzenie, celując głowę ku górze. Oddychał głęboko, jakby to miało mu pomóc w uniknięciu bliskiego spotkania z ziemią. Niemal po omacku i przy pomocy ojca doczłapał się do przyjaciółki.
- Colette? Jesteś ranna? - zadał dość oczywiste pytanie, co można było mu wybaczyć, jako że nie odważył się nawet spojrzeć na ociekające krwią nogi dziewczyny. Całkiem dobrze zaś szło mu nawiązywanie kontaktu wzrokowego.
- Trzeba zabrać was czym prędzej do szpitala - oznajmił z powagą starszy mężczyzna, najwyraźniej przyjmując już do wiadomości, że dziewczyna przyszła tu razem z jego synem. Swoją drogą, gdyby się bardzo postarał, mógłby dostrzec w jej twarzy coś znajomego...
- Chwila - obudził się Lynn, unosząc dłoń, nie zamierzając do tego dopuścić. Wiedźma w inkwizycyjnym szpitalu? To nie miało prawa skończyć się dobrze. - Poradzimy sobie, prawda, Col? - rzucił jej wymowne spojrzenie, mając nadzieję, że podłapie jego myśl.
Teraz nastał czas na udzielanie pierwszej pomocy. Jego niezastąpiona chustka wyjęta z wewnętrznej kieszeni marynarki poszła w ruch, ocierając jej ręce od ziemi i krwi. Miał nadzieję, że tym razem nie będzie próbowała mu oddać zużytej chustki.

___________________
Kursywa - dialog Lynna, pogrubienie - dialog Amona, Williama i innych randomNPCów, color=#cccccc - Lil, color=#cc9966 - tatamon aka Wilhelm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://wishtown.forumpolish.com/t243-lynn
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Rynek   

Powrót do góry Go down
 
Rynek
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next
 Similar topics
-
» Główny Rynek

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Wishtown :: Wishtown :: Centrum miasta-
Skocz do: